MROCZNE PRZESILENIE - ebook
Złowrogi Szept t. II „Mroczne Przesielenie” Warszawa tonie, a wraz z nią budzi się coś, co od wieków czekało pod powierzchnią. Zielone pnącza oplatają Pałac Kultury i wieżowce jak żywe ostrzeżenie, a mgła niesie szepty starsze niż samo miasto. Po wydarzeniach Złowrogiego Szeptu bohaterowie stają wobec sił, których nie da się zatrzymać. Drugi tom Mrocznego Przesilenia to opowieść o odrodzeniu, katastrofie i przeznaczeniu, które nie pozwala uciec.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-682-5 |
| Rozmiar pliku: | 2,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
_MOKRY ŚLAD_
Warszawa płakała.
To nie był zwykły deszcz. To była ulewa, która zdawała się nie mieć początku ani końca, wisząca nad miastem jak ciężka, ołowiana kurtyna. Krople nie spadały — one uderzały w asfalt z wściekłością, zmieniając ulice w rwące potoki, a światła neonów i latarni w rozmyte, akwarelowe plamy, które drażniły oczy.
Była druga czternaście w nocy. Godzina, w której miasto powinno spać, ale Warszawa nigdy nie spała naprawdę. Ona tylko czuwała, mrużąc swoje betonowe powieki, czekając na kolejny cios.
Komisarz Aleksandra Nowak siedziała na miejscu pasażera w nieoznakowanej skodzie, wpatrując się w wycieraczki. _W lewo, w prawo. W lewo, w prawo._ Dźwięk gumy trącej o mokrą szybę był hipnotyczny, jak metronom odliczający czas do czegoś, czego nie potrafiła jeszcze nazwać, ale co czuła w kościach od tygodni.
Samochód stał na czerwonym świetle przy skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej. Miasto za szybą wyglądało jak akwarium wypełnione brudną wodą. Pustka na ulicach była nienaturalna, przerywana jedynie przejazdem nocnego autobusu, który wzbijał w powietrze fontanny brudnej deszczówki.
Aleksandra poprawiła pas bezpieczeństwa, który wpijał się jej w ramię. Mimo chłodu panującego w samochodzie — klimatyzacja huczała cicho, próbując osuszyć zaparowane szyby — czuła parzące ciepło na mostku. Przez cienki materiał bawełnianej bluzki, tuż przy skórze, pulsował mały, drewniany przedmiot. Kawałek gałęzi. Dar od istoty, która według wszelkich praw logiki i nauki nie powinna istnieć.
Od wydarzeń w Kamiennym Kręgu minął miesiąc. Trzydzieści dni. Siedemset dwadzieścia godzin udawania, że świat jest taki sam jak dawniej. Że raporty policyjne, statystyki włamań, poranne odprawy i mandaty drogowe mają jakiekolwiek znaczenie w obliczu tego, co czaiło się w cieniu puszczy. Aleksandra wróciła do pracy, wróciła do swojego biurka zawalonego aktami, ale część niej została tam, w lesie.
Spojrzała na swoje dłonie. Były spokojne, nie drżały. Ale pod skórą czuła mrowienie, jakby prąd, który przepłynął przez nią podczas składania Przysięgi, nigdy w pełni nie wygasł.
— Śpisz? — Głos Mikołaja wyrwał ją z zamyślenia.
Siedział na miejscu kierowcy, bębniąc nerwowo palcami o kierownicę w rytm jakiejś niesłyszalnej melodii. W świetle ulicznej latarni, które wpadało do wnętrza auta, wyglądał starzej niż jeszcze kilka tygodni temu. Cienie pod jego oczami stały się głębsze, fioletowe, jak siniaki, które nie chcą się zagoić. W jego spojrzeniu zniknęła dawna, techniczna pewność siebie — ta arogancja analityka, który wierzył, że wszystko da się wyjaśnić tabelką w Excelu.
Widział rzeczy, których nie da się zapomnieć. Widział Leszego. Widział Cień. I to zmieniło go bardziej, niż chciał przyznać.
— Nie śpię — mruknęła Aleksandra, przecierając twarz dłonią. — Myślę.
— Niebezpieczne zajęcie o tej porze — odparł, wrzucając bieg, gdy światło zmieniło się na zielone. Skoda ruszyła z szarpnięciem. — Dyżurny mówił coś więcej?
— Tylko tyle, że patrol prewencji rzygał, jak to zobaczył. I że technicy nie wiedzą, co wpisać w protokół.
— Czyli standard w naszej nowej rzeczywistości — prychnął Mikołaj, ale w jego głosie nie było wesołości. Tylko zmęczenie. — Myślisz, że to… powiązane?
Nie musiał kończyć zdania. Oboje wiedzieli, o co pyta. O wydarzenia w Kampinosie. O Wolskiego, który gnił w areszcie. O demony, które podobno odeszły.
— Mam nadzieję, że nie — odpowiedziała, dotykając naszyjnika przez ubranie. Drewno było ciepłe, niemal gorące. — Ale nadzieja to kiepska strategia w naszej branży.
Skręcili w Nowy Świat. Mimo deszczu, pod wiatami przystanków i w bramach kłębiły się grupki niedobitków z weekendowych imprez. Ktoś krzyczał, ktoś próbował złapać taksówkę, ktoś inny sikał na mur zabytkowej kamienicy, nie zważając na ulewę. Życie toczyło się dalej, wulgarne i głośne, nieświadome tego, jak cienka jest granica oddzielająca je od mroku.
Mikołaj zwolnił i skręcił w ulicę Chmielną. Tutaj światła były rzadsze, a cienie dłuższe. Bruk lśnił czernią. Radiowóz zaparkował w poprzek chodnika, blokując wjazd w jeden z bocznych zaułków. Niebieskie światła kogutów odbijały się w mokrych fasadach kamienic, nadając całej scenie upiorny, stroboskopowy rytm.
— Jesteśmy — powiedział Mikołaj, gasząc silnik. — Gotowa?
— Jak zawsze — skłamała.
Otworzyła drzwi i uderzył w nią zapach. Mokry beton, spaliny, woń przepełnionych śmietników i taniego kebaba. Ale pod spodem, na granicy percepcji, czuła coś jeszcze. Coś, co sprawiło, że żołądek podszedł jej do gardła.
Zapach mułu. Zapach stojącej, martwej wody, w której gniją rzeczy zapomniane przez słońce.
Aleksandra postawiła kołnierz kurtki i wysiadła prosto w kałużę. Woda natychmiast przesiąkła przez buty, zimna i nieprzyjemna. Ruszyła w stronę policyjnej taśmy, która łopotała na wietrze jak wściekła, biało-niebieska flaga.
Przy taśmie stał młody sierżant. Wyglądał na nie więcej niż dwadzieścia dwa lata. Jego mundur był przemoczony, a twarz w świetle latarki miała kolor starego pergaminu. Trząsł się, i to nie tylko z zimna.
— Komisarz Nowak — przedstawiła się, pokazując odznakę. — Co tu mamy, sierżancie?
Chłopak przełknął ślinę, jakby miał w gardle szkło.
— Pani komisarz… ja… ja nie wiem. Myśleliśmy, że to zwykły zgon. Jakiś pijak, albo zawał. Ale… — urwał i wskazał ręką w głąb zaułka. — Sami zobaczcie. Tylko uważajcie pod nogi. Ślisko.
Mikołaj dołączył do niej, wyciągając z kieszeni latarkę.
— Dzieciak wygląda, jakby zobaczył ducha — mruknął jej do ucha.
— Albo coś gorszego — odpowiedziała.
Przeszli pod taśmą. Zaułek był wąski, wciśnięty między tyły eleganckich kamienic a stary, odrapany mur. To było jedno z tych miejsc w centrum Warszawy, o których turyści nie wiedzą, a mieszkańcy starają się zapomnieć. Królestwo szczurów, gołębi i przypadkowych spotkań.
Na końcu ślepej uliczki, pod ścianą pokrytą wyblakłym graffiti, pracowała ekipa techników. Dwa halogeny ustawione na statywach rzucały ostre, białe światło, które w starciu z deszczem tworzyło mleczną poświatę.
W centrum tego kręgu światła leżało ciało.
Aleksandra podeszła bliżej, czując, jak naszyjnik na jej szyi pulsuje coraz mocniej. Rytm był szybki, ostrzegawczy. _Zagrożenie. Zagrożenie. Zagrożenie._
— Cześć, Ola — przywitał ją Jacek, główny technik kryminalistyki. Znała go od lat. Był cynikiem, który widział wszystko — od poćwiartowanych zwłok po samobójstwa rozszerzone. Nic nie robiło na nim wrażenia.
Ale dziś Jacek nie żuł swojej ulubionej gumy. I nie rzucił żadnym niesmacznym żartem. Stał nad zwłokami z rękami w kieszeniach ochronnego kombinezonu i wyglądał na zagubionego.
— Co mi powiesz, Jacku? — zapytała, stając obok niego.
— Że powinienem był zostać piekarzem, jak chciała moja matka — mruknął, przecierając zaparowane okulary. — Denat to Paweł Różycki, lat czterdzieści. Mamy dokumenty przy nim. Pracownik banku, korposzczur. Znaleziony godzinę temu przez patrol straży miejskiej.
Aleksandra spojrzała na ciało. Mężczyzna leżał w nienaturalnej pozycji, wygięty w łuk, z rękami rozrzuconymi na boki, jakby został wyrzucony na brzeg przez niewidzialną, potężną falę. Miał na sobie drogi garnitur, teraz pociemniały od deszczu, i lakierki, z których jeden zsunął się z pięty.
— Przyczyna zgonu? — zapytał Mikołaj, oświetlając twarz ofiary.
— I tu zaczynają się schody — Jacek westchnął ciężko. — Nie ma ran kłutych. Nie ma śladów duszenia na szyi. Nie ma urazów głowy, poza lekkim otarciem, pewnie od upadku. Nie ma śladów walki. Wyglądał, jakby po prostu szedł i nagle padł.
— Zawał? Wylew? — sugerowała Aleksandra, choć intuicja podpowiadała jej co innego.
— Też tak myślałem. Ale spójrzcie na jego dłonie.
Aleksandra kucnęła przy ciele, ignorując wodę przesiąkającą przez kolana spodni. Wzięła dłoń denata w rękawiczce. Była zimna, co oczywiste, ale jej tekstura była… niewłaściwa.
Skóra na opuszkach palców była sina, pomarszczona, zbielona.
— Skóra praczek — powiedziała cicho. — Maceracja naskórka.
— Dokładnie — potwierdził Jacek. — Wygląda, jakby leżał w wodzie przez dobre kilka godzin. Może cztery, może pięć.
— Ale pada dopiero od godziny dwudziestej — zauważył przytomnie Mikołaj. — A on leży na betonie. Nawet w taką ulewę nie zrobiłyby mu się takie zmiany w tak krótkim czasie.
— To nie wszystko — głos technika stał się cichszy. — Kiedy spróbowaliśmy go obrócić, żeby sprawdzić plecy…
— Co?
— Z jego ust wylała się woda.
Aleksandra podniosła wzrok na Jacka.
— Woda? Wymiotował?
— Nie, Olu. To nie była treść żołądkowa. To była czysta, no… prawie czysta woda. Litry wody. Płuca są pełne. Żołądek jest pełny. Kiedy nacisnąłem klatkę piersiową, trysnęło jak z fontanny.
— Utonął? — Mikołaj brzmiał, jakby próbował dopasować puzzle z dwóch różnych zestawów. — Tutaj? Na środku chodnika w Śródmieściu? Najbliższy basen jest kilometr stąd, Wisła dwa kilometry.
— Na to wygląda — Jacek bezradnie rozłożył ręce. — Wtórne utonięcie jest możliwe, znacie teorię. Ktoś się topi, ratują go, idzie do domu, a potem płuca wypełniają się płynem obrzękowym. Ale to? To wygląda, jakby ktoś go trzymał pod wodą pięć minut temu.
— Może ktoś go utopił w wannie i tu przywiózł? — Aleksandra próbowała znaleźć racjonalny punkt zaczepienia.
— Też o tym myślałem — Jacek pokręcił głową. — Ale sprawdziliśmy ubranie. Podszewka marynarki jest wilgotna tylko z wierzchu. Koszula pod spodem jest sucha, nie licząc potu. Skarpetki suche. Bielizna sucha.
Cisza, która zapadła po tych słowach, była głośniejsza niż szum ulewy.
Suchy człowiek, który utonął. Ofiara wody, która nie dotknęła wody.
Aleksandra wróciła wzrokiem do twarzy denata. Jego oczy były otwarte. Przekrwione naczynka popękały, barwiąc białka na krwistoczerwono. Wpatrywały się w czarne, zachmurzone niebo z wyrazem pierwotnego, zwierzęcego przerażenia. Usta miał otwarte w niemym krzyku.
Pochyliła się niżej. Czuła ten zapach. Był teraz silniejszy. To nie był zapach chlorowanej wody z kranu, ani nawet deszczówki. To była woń rzeki — dzikiej, brudnej, pełnej mułu i gnijących roślin. Woń Wisły, ale tej głębokiej, przy dnie, gdzie światło nie dociera.
Nagle, bez ostrzeżenia, ciałem ofiary wstrząsnął spazm. To były gazy pośmiertne, wiedziała o tym, ale w tej scenerii wyglądało to, jakby Paweł Różycki próbował wziąć ostatni oddech.
Z kącika jego ust wypłynęła kolejna stróżka. Ciemna, gęsta ciecz.
— O kurwa — syknął Mikołaj, cofając się o krok.
To nie była tylko woda. W świetle halogenów Aleksandra zobaczyła coś zielonego, zaplątanego w zęby denata. Sięgnęła pęsetą, którą podał jej Jacek. Delikatnie wyciągnęła znalezisko.
Kawałek wodorostu. Moczarka kanadyjska. Roślina typowa dla wód stojących i wolno płynących.
— Mamy tu w pobliżu jakieś akwarium? — zapytał Jacek, choć w jego głosie nie było nadziei na twierdzącą odpowiedź.
— Nie — odpowiedziała Aleksandra, prostując się. Schowała roślinkę do dowodowej torebki. — To nie jest woda z akwarium.
Spojrzała na Mikołaja. W jego oczach widziała strach, który doskonale rozumiała.
_To się zaczyna._
Wydarzenia sprzed miesiąca nie były końcem. Były tylko preludium. Zamknęli jedną bramę, ale ktoś — lub coś — właśnie wyważyło inną.
— Pobierzcie próbki tej wody z płuc. Każdą kroplę — rozkazała twardo, starając się zagłuszyć drżenie własnego głosu. — I zabezpieczcie telefon. Chcę wiedzieć, z kim rozmawiał, gdzie był, co jadł i o czym myślał przez ostatnie 24 godziny.
— Jasne — Jacek skinął głową, wyraźnie zadowolony, że dostał konkretne polecenia, które pozwalały mu wrócić do sfery rutyny.
Aleksandra odsunęła się od ciała. Musiała złapać oddech. Powietrze w zaułku wydawało się zbyt gęste, jakby sama atmosfera zamieniała się w wodę. Czuła ucisk w klatce piersiowej.
Podeszła do ściany kamienicy, kilka metrów od miejsca zbrodni, próbując schronić się przed zacinającym deszczem. Oparła dłoń o mokrą cegłę.
— Olu? — Mikołaj podszedł do niej. Zniżył głos, tak by technicy nie słyszeli. — Ten zapach… to to samo, co czułem w snach.
Aleksandra spojrzała na niego ostro.
— W snach o bracie?
— Tak. Ten sam smród mułu. I ta woda… ona jest zimna w sposób, w jaki woda nie powinna być zimna. Jakby wysysała ciepło z otoczenia.
— Myślisz, że to Wodnik? — zapytała szeptem.
— Wodnik pomagał nam przy Julii. Dlaczego miałby topić bankowca w centrum miasta?
— Może nie on. Może coś innego. Pamiętasz, co mówił mój ojciec? Że w wodzie żyją rzeczy starsze niż Leszy. Rzeczy, które nie mają imion.
Nagły podmuch wiatru uderzył w zaułek, gasząc na chwilę jeden z halogenów. Ciemność skoczyła naprzód, połykając scenę zbrodni. Przez ułamek sekundy, w tym mroku, Aleksandrze wydawało się, że słyszy dźwięk — bulgotanie, jakby ktoś wydychał powietrze pod wodą. Tuż przy jej uchu.
Odskoczyła od ściany, instynktownie sięgając do kabury.
— Co jest? — Mikołaj też drgnął, kładąc dłoń na broni.
Światło wróciło z brzęczeniem żarnika. Zaułek był pusty. Tylko technicy, ciało i deszcz.
Aleksandra oddychała ciężko. Jej serce waliło jak młot.
— Słyszałam coś — szepnęła. — Szept.
— Złowrogi szept? — zapytał Mikołaj, a w jego głosie była gorzka ironia.
— Nie. Inny. Mokry.
Odwróciła się z powrotem do ściany, o którą się opierała. Mikołaj skierował tam strumień swojej latarki.
— Cholera… Olu, spójrz.
Na wysokości oczu, na czerwonej, chropowatej cegle, widniała plama wilgoci. Ale to nie był przypadkowy zaciek od deszczu. Woda wsiąkła w mur, tworząc wyraźny, ciemny kształt.
Spirala.
A może wir? Albo oko, które płacze?
Linie były precyzyjne, jakby ktoś namalował je mokrym palcem chwilę temu. Woda lśniła w świetle latarki, ale nawet gdy patrzyli, brzegi znaku zaczynały wysychać, rozmywać się, znikać.
— To znak — powiedział Mikołaj, a jego głos był tak cichy, że ledwo przebił się przez szum ulewy. — Zostawili wiadomość.
Aleksandra poczuła, jak amulet na jej piersi parzy żywym ogniem. To nie była wiadomość dla policji. To była wiadomość dla niej. Dla Strażniczki.
Ktoś rzucił wyzwanie.
— To nie wiadomość, Mikołaj — powiedziała, czując, jak zimny dreszcz spływa jej wzdłuż kręgosłupa. — To zaproszenie.
— Zaproszenie? Dokąd?
— Na dno.
Znak na ścianie zniknął, wchłonięty przez cegłę i wszechobecną wilgoć. Ale Aleksandra wiedziała, że obraz ten zostanie w jej głowie na długo.
— Zbieramy się stąd — zdecydowała nagle, czując przytłaczającą potrzebę ucieczki. Czuła się obserwowana. Nie przez ludzi w oknach, nie przez kamery. Czuła wzrok wychodzący z kratek ściekowych, z rynien, z kałuż. — Nic tu po nas. Technicy skończą robotę.
— A co z raportem? Co wpiszemy?
— Prawdy nie możemy — odparła, ruszając szybkim krokiem w stronę radiowozu. — Wpisz „zgon z przyczyn nieznanych, podejrzenie zatrucia”. Niech patolog się martwi, jak to wyjaśnić w papierach.
Wsiedli do samochodu, zatrzaskując drzwi i odcinając się od szumu miasta. Cisza wewnątrz była dzwoniąca. Mikołaj odpalił silnik i włączył ogrzewanie na maksa.
— Co teraz? — zapytał, nie ruszając z miejsca. — Jeśli to wróciło… jeśli to coś nowego… potrzebujemy pomocy.
— Wiem — Aleksandra wyciągnęła telefon. Ekran rozświetlił mrok kabiny. Wybrała numer, którego nie zapisała w kontaktach, ale który znała na pamięć.
— Do kogo dzwonisz? Do ojca?
Aleksandra zawahała się. Przez chwilę chciała zadzwonić do Stanisława. Chciała usłyszeć jego głos, zapytać o radę, poczuć się znowu jak mała dziewczynka, którą tata uczy rozpoznawać tropy w lesie. Ale przypomniała sobie jego zmęczoną twarz, jego strach. Nie mogła go w to znowu wciągać. Jeszcze nie teraz.
— Nie — powiedziała. — Do Julii.
Sygnał łączenia był długi i monotonny.
— Jeśli woda jest bramą — powiedziała, patrząc w boczne lusterko — to potrzebujemy kogoś, kto potrafi pływać w mroku.
W lusterku, przez zalaną deszczem szybę, w cieniu bramy, którą właśnie opuścili, Aleksandra zobaczyła sylwetkę.
Postać nie miała rogów ani poroża. Nie była wysoka i majestatyczna jak Leszy. Była garbata, płynna, rozmyta, jakby utkana z brudnej mgły i oparów. Stała nieruchomo, wpatrując się w ich samochód.
Aleksandra zamrugała. Kiedy otworzyła oczy, brama była pusta. Tylko deszcz zacinał o bruk.
— Jedź, Mikołaj — powiedziała ostro. — Jedź, już.
— Coś się stało?
— Po prostu jedź.
Skoda ruszyła z piskiem opon na mokrym asfalcie. Warszawa płakała coraz mocniej, a woda w rynsztokach przybierała, niosąc ze sobą szept, którego nikt inny w tym mieście jeszcze nie słyszał, ale który wkrótce miał stać się krzykiem.
_Płyń…_
Aleksandra zacisnęła dłoń na telefonie. Julia w końcu odebrała.
— Halo? — głos dziewczyny był zaspany, ale czujny.
— Julia, to ja. Obudź się. Mamy problem.
— Jaki problem?
— Mokry — odpowiedziała Aleksandra, patrząc na wycieraczki walczące z nawałnicą. — Bardzo mokryRozdział 2
GŁOSY W GŁOWIE JULII
Julia Kowalczyk nienawidziła luster.
Kiedyś, jeszcze przed tym wszystkim, przed śmiercią babci i przed zejściem do piwnicy, w której powietrze pachniało ziemią i starą krwią, lustra były po prostu taflami szkła. Służyły do nakładania makijażu, poprawiania włosów, sprawdzania, czy nowa sukienka dobrze leży. Były niewinnymi przedmiotami codziennego użytku.
Teraz były bramami.
Siedziała na krawędzi wanny w swojej małej łazience na Pradze, wpatrując się w swoje bose stopy. Kafelki były zimne, ale ona tego nie czuła. Jej ciało wciąż płonęło dziwną, wewnętrzną gorączką, która nie miała nic wspólnego z wirusem czy grypą. To było gorąco pochodzące z trzewi, z miejsca, gdzie splot słoneczny spotyka się z duszą.
Kran przeciekał. _Kap. Kap. Kap._
Dźwięk był rytmiczny, wwiercał się w czaszkę jak ciche uderzenia młoteczka. Powinna była to naprawić tydzień temu. Powinna była wezwać hydraulika. Ale myśl o wpuszczeniu obcego człowieka do jej sanktuarium, do mieszkania pełnego suszonych ziół, starych ksiąg i amuletów, paraliżowała ją.
Podniosła głowę. Nie chciała tego robić, ale wzrok sam powędrował w stronę lustra nad umywalką.
Jej odbicie patrzyło na nią. Blada skóra, podkrążone oczy, ciemne włosy w nieładzie opadające na ramiona. Wyglądała na zmęczoną studentkę etnologii, która zarywa noce nad pracą magisterską. Nic nadzwyczajnego.
A potem odbicie mrugnęło.
Julia zamarła. Ona sama nie mrugnęła. Jej powieki pozostały szeroko otwarte, piekące od braku snu. Ale dziewczyna w lustrze przymknęła oczy powoli, z leniwą gracją, a kąciki jej ust uniosły się w minimalnym, drwiącym uśmiechu.
— _Jesteś słaba, dziecino_ — szepnął głos w jej głowie.
Nie był to jej własny myślowy monolog. Ten głos był głębszy, chrapliwy, brzmiący jak szelest suchych liści deptanych w lesie i jednocześnie jak bulgot gęstego błota. Głos, który nie należał do XXI wieku.
— Zostaw mnie — szepnęła Julia do pustej łazienki. Zacisnęła dłonie na krawędzi wanny tak mocno, że aż zbielały jej knykcie. — Proszę, po prostu bądź cicho.
— _Cisza jest dla martwych. A my żyjemy. O, jak bardzo żyjemy…_
Lustro zaparowało, mimo że w łazience było zimno. Na mlecznej powierzchni zaczęły pojawiać się znaki, jakby ktoś rysował je niewidzialnym palcem od drugiej strony.
Spiralne wzory. Symbole płodności i wilgoci. Znaki Mokoszy.
Julia zamknęła oczy i zaczęła recytować w myślach mantrę, której nauczyła ją babcia. Słowa ochronne, które miały budować mur wokół jej umysłu. _Jesteś panią swojego domu. Jesteś strażniczką progu. Nic nie wejdzie bez zaproszenia._
Ale to kłamstwo, pomyślała z goryczą. Ona już weszła. Zaprosiłaś ją lata temu.
Dzwonek telefonu rozdarł ciszę jak wystrzał z pistoletu.
Julia podskoczyła, serce podeszło jej do gardła. Otworzyła oczy. Lustro było czyste. Żadnej pary. Żadnych znaków. Odbicie patrzyło na nią z przerażeniem, dokładnie naśladując jej ruchy.
Wybiegła z łazienki do salonu, potykając się o stos książek leżących na podłodze. Telefon wibrował na stole, świecąc w mroku pokoju. Na ekranie wyświetlało się imię: _Aleksandra_.
Odetchnęła z ulgą. Aleksandra. Rzeczywistość. Kotwica.
— Halo? — odebrała, starając się, by jej głos brzmiał normalnie, choć gardło miała ściśnięte.
— Julia, to ja. Obudź się. Mamy problem.
Głos komisarz Nowak był napięty, twardy. To był głos policjantki, która właśnie zobaczyła coś, czego żaden kodeks karny nie przewiduje.
— Jaki problem? — zapytała Julia, przecierając twarz. Czuła pod palcami zimny pot.
— Mokry — odpowiedziała Aleksandra. W tle słychać było szum ulewy i rytmiczne uderzenia wycieraczek. — Bardzo mokry. Jadę do ciebie. Będę za dziesięć minut. Masz zioła? Te mocniejsze?
— Mam. Co się stało?
— Znalazłam topielca, Julia. W środku miasta. Na suchym chodniku. I… on pachniał tak, jak to, co czułyśmy w lesie. Tylko gorzej.
Połączenie zostało przerwane.
Julia stała przez chwilę z telefonem w ręku, wpatrując się w ciemne okno, o które bębnił deszcz. _Topielec na suchym lądzie._
— _Wody nie zatrzymasz_ — zachichotał głos w jej głowie. Tym razem brzmiał niemal radośnie. — _Ona zawsze znajdzie drogę. Szczeliny. Pęknięcia. Ustępy._
Julia rzuciła telefon na kanapę i ruszyła do kuchni. Musiała się przygotować. Musiała być przytomna. Musiała być Julią Kowalczyk, a nie naczyniem dla słowiańskiej bogini, która nudziła się w jej ciele.
Zaczęła parzyć kawę, jej ręce drżały. Rozsypała trochę ziaren na blat. Czarne kropki na białym laminacie wyglądały jak robaki. Albo jak oczy.
— Skup się — syknęła do siebie.
Dziesięć minut później domofon zadzwonił. Julia wpuściła ich na górę, a potem otworzyła drzwi mieszkania.
Aleksandra weszła do środka jak burza. Była przemoczona, z jej kurtki kapała woda, tworząc kałużę na drewnianym parkiecie. Za nią wszedł Mikołaj. Wyglądał fatalnie — blady, z podkrążonymi oczami, jakby nie spał od tygodnia. Ale w jego spojrzeniu była ta sama determinacja, którą Julia widziała u Aleksandry. Byli zespołem. Byli ocalonymi.
— Przepraszamy za najście o tej porze — powiedział Mikołaj, zamykając drzwi. — Ale to nie mogło czekać.
— Nie szkodzi. I tak nie spałam — Julia gestem zaprosiła ich do salonu.
Mieszkanie było zagracone. Wszędzie leżały notatki, kserokopie starych rycin, pęki suszonej szałwii i bylicy wiszące pod sufitem. To nie był bałagan leniwej osoby — to był chaos badacza, który szuka odpowiedzi na pytania, których nikt inny nie zadaje.
Aleksandra nie usiadła. Chodziła po pokoju, jakby nadmiar adrenaliny nie pozwalał jej zastygnąć w miejscu.
— Opowiedz mi wszystko — poprosiła Julia, stawiając na stole kubki z kawą. — Od początku.
Komisarz oparła się o regał z książkami.
— Paweł Różycki. Bankowiec. Znaleziony na Chmielnej. Wyglądał, jakby leżał w Wiśle od kilku godzin. Maceracja skóry, woda w płucach. Ale ubranie suche. Brak śladów przenoszenia ciała.
— I ten zapach — dodał Mikołaj, biorąc kubek w obie dłonie, jakby chciał się ogrzać. — Muł. Zgnilizna. Jak w tym śnie… o moim bracie.
Julia poczuła ukłucie współczucia. Wiedziała, jak bardzo Mikołaj cierpiał. Czuła jego aurę — poszarpaną, pełną dziur, przez które wlewał się mrok.
— Masz coś z miejsca zdarzenia? — zapytała, patrząc na Aleksandrę.
Policjantka sięgnęła do kieszeni kurtki i wyjęła plastikową torebkę dowodową. W środku znajdował się mały, zielony fragment rośliny.
— Moczarka kanadyjska — powiedziała Aleksandra, kładąc torebkę na stole. — Wyjęłam mu to z ust.
Julia pochyliła się nad stołem. Nie musiała dotykać rośliny, żeby to poczuć. Przez plastik bił chłód. Nie fizyczny, ale energetyczny. Zimno, które kojarzyło się z głębiną, w której nie ma światła, i z ciśnieniem, które miażdży żebra.
— To nie jest zwykła roślina — szepnęła Julia. — Ona rosła w miejscu, gdzie woda miesza się z krwią.
Wyciągnęła rękę. Chciała tylko przesunąć torebkę bliżej światła lampy.
W momencie, gdy jej opuszki palców musnęły plastik, świat zawirował.
Dźwięk deszczu za oknem zmienił się w ogłuszający ryk wodospadu. Ściany jej mieszkania rozpłynęły się, zastąpione przez ciemną, mulistą otchłań. Poczuła, jak woda wdziera się jej do gardła, do nosa, do uszu. Dusiła się.
A potem… coś w niej pękło. Jak tama, która nie wytrzymuje naporu rzeki.
Głowa Julii odskoczyła do tyłu, jakby ktoś uderzył ją w twarz. Jej kręgosłup wygiął się w nienaturalny łuk.
— Julia! — krzyk Aleksandry dobiegał z bardzo daleka.
Julia chciała odpowiedzieć: „Jestem tutaj, pomóż mi”, ale nie miała już ust. Jej usta należały do kogoś innego.
Oczy Julii otworzyły się gwałtownie. Tęczówki, zwykle ciepłe i brązowe, teraz zalała czerń, rozszerzając źrenice tak bardzo, że niemal zakryły białka.
Kiedy przemówiła, jej głos nie był głosem dwudziestokilkuletniej dziewczyny. Był niski, wibrujący, pełen starożytnej mocy i pogardy.
— _Ścierwo…_ — warknęła, patrząc na torebkę z wodorostem.
Aleksandra i Mikołaj cofnęli się gwałtownie. Mikołaj upuścił kubek z kawą. Ciemny płyn rozlał się po dywanie, ale Julia — a raczej To, co w niej siedziało — nawet nie mrugnęła.
— _Odważyły się wyjść na powierzchnię_ — kontynuował głos, a każde słowo brzmiało jak zgrzyt kamieni w rzece. — _Pomioty Welesa. Mokre psy._
— Julia? — Aleksandra zrobiła krok w przód, wyciągając rękę, ale nie dotykając dziewczyny. — Słyszysz mnie?
Istota w ciele Julii obróciła głowę w stronę policjantki. Ruch był zbyt płynny, zbyt szybki, przypominający ruch węża.
— _Twoja mała wiedźma śpi, Wojowniczko_ — powiedziała istota, a na twarzy Julii pojawił się grymas, który miał być uśmiechem. — _Jest zmęczona. Zbyt słaba, by nosić koronę, którą jej dałam._
— Kim jesteś? — zapytał Mikołaj, sięgając instynktownie do kabury, choć wiedział, że broń na nic się tu nie zda.
Istota zaśmiała się. Dźwięk był przerażający — gardłowy, mokry.
— _Jestem tą, która przędzie los. Jestem wilgotną ziemią. Jestem matką zbóż i kochanką deszczu. Jestem Mokosz._
Temperatura w pokoju spadła gwałtownie. Para z ust Mikołaja stała się widoczna. Książki na regałach zaczęły drżeć, jakby przejeżdżało obok metro, ale wibracje pochodziły od dziewczyny stojącej na środku salonu.
Mokosz podeszła do stołu. Jej ruchy były ciężkie, dostojne, zupełnie niepasujące do drobnej sylwetki Julii. Spojrzała na wodorost z obrzydzeniem.
— _To tylko zwiadowca_ — powiedziała, wskazując na dowód rzeczowy długim, oskarżycielskim palcem. — _Wysłali wodę, by zbadała grunt. Szukają pęknięć. Chcą zatopić Jawę, by połączyć ją z Nawią. Chcą zrobić z waszego miasta jedno wielkie bagnisko._
— Kto? — zapytała twardo Aleksandra, nie spuszczając wzroku z czarnych oczu Julii. — Kto to robi?
— _Ci, którzy śpią w mule. Słudzy Rogatego Pana Podziemi. Myśleliście, że Leśny Dziad_ — wskazała z pogardą na naszyjnik Aleksandry — _zatrzymał ich, zamykając jedną bramę? Głupcy. Woda nie potrzebuje bramy. Woda potrzebuje tylko szczeliny._
Nagle ciałem Julii wstrząsnął dreszcz. Bogini spojrzała na Aleksandrę z nagłą intensywnością.
— _Uważaj na deszcz, Wojowniczko. On nie pada z nieba. On pada z dołu. A ten, którego szukacie… on już tu jest. Pływa w żyłach miasta._
Światło w pokoju zamigotało i zgasło na sekundę. Kiedy zapaliło się z powrotem, Julia zachwiała się. Czerń zniknęła z jej oczu, zastąpiona przez mgłę dezorientacji. Kolana ugięły się pod nią.
Mikołaj doskoczył do niej w ostatniej chwili, łapiąc ją, zanim uderzyła głową o podłogę.
— Mam cię — powiedział cicho, sadzając ją na kanapie.
Julia oddychała ciężko, chwytając powietrze, jakby właśnie wynurzyła się z głębokiej wody. Z jej nosa popłynęła cienka stróżka krwi, kapiąc na białą bluzkę.
— Co… co się stało? — wyszeptała, patrząc przerażonym wzrokiem na Aleksandrę. — Znowu to zrobiłam? Znowu odpłynęłam?
Aleksandra podeszła do niej i kucnęła, podając chusteczkę. Jej twarz była maską opanowania, ale Julia widziała w jej oczach strach.
— Była tu — powiedziała prosto Aleksandra. — Mokosz.
Julia ukryła twarz w dłoniach. Czuła się zgwałcona. Czuła się brudna. Obecność bogini zostawiała w jej umyśle ślad, jak tłusty osad na dnie szklanki.
— Przepraszam — szlochała cicho. — Nie panuję nad tym. Te luki w pamięci… są coraz dłuższe. Kiedyś to były sekundy. Teraz minuty. Ona staje się silniejsza, Olu. Ona chce wyjść.
— Dlaczego? — zapytał Mikołaj, patrząc na nią z mieszaniną lęku i fascynacji. — Dlaczego w ogóle w tobie jest?
Julia wytarła krew z nosa. Spojrzała na swoje ręce. Były takie drobne, takie ludzkie. A jednak mieściły w sobie coś tak potężnego.
— To była cena — powiedziała cicho, a jej głos drżał. — Dwa lata temu. Moja babcia umierała. Nie na raka, nie na serce. Umierała, bo coś ją zaatakowało. Demon choroby, nasłany przez kogoś z… drugiej strony.
Aleksandra usiadła obok niej na kanapie, kładąc dłoń na jej ramieniu. Ciepło jej dotyku było kojące.
— Babcia była Szeptuchą — kontynuowała Julia. — Wiedziała, jak się bronić, ale była za stara. Jedynym ratunkiem było wezwanie patronki. Mokoszy. Ale bogini potrzebuje naczynia. Młodego, silnego ciała, żeby móc działać w naszym świecie.
— I zgodziłaś się — domyśliła się Aleksandra.
— Nie miałam wyboru. Babcia to jedyna rodzina, jaką miałam. Zgodziłam się na symbiozę. Mokosz miała ją uzdrowić, a w zamian ja miałam dać jej schronienie.
— Uzdrowiła ją? — zapytał Mikołaj.
— Tak. Na kilka miesięcy. A potem babcia zmarła ze starości, we śnie. Ale Mokosz… ona nie odeszła. Umowa nie przewidywała klauzuli wyjścia. Została we mnie. Na początku była cicha. Szeptała tylko w snach. Uczyła mnie o ziołach, o znakach. Myślałam, że to dar.
Julia spojrzała na torebkę z wodorostem leżącą na stole.
— Ale teraz, kiedy bariery między światami pękają… kiedy Leszy się obudził, kiedy Cień atakuje… ona czuje zew. Chce walczyć. Chce dominować. I nienawidzi Biesa. Nienawidzi demonów wody.
— Powiedziała, że to „mokre psy” — przypomniała Aleksandra. — I że woda nie potrzebuje bramy, tylko szczeliny.
Julia pokiwała głową. Czuła, jak ból głowy narasta, pulsując w skroniach.
— Ona ma rację, Olu. Woda jest żywiołem chaosu. Przenika wszystko. Jeśli Bies i jego słudzy używają wody jako medium… to żaden beton, żadne zamki ich nie powstrzymają. Wyjdą z kranów. Z rur. Z deszczówki.
— Więc jak z tym walczyć? — zapytał Mikołaj. — Jak aresztować wodę?
— Nie aresztujesz jej — powiedziała Julia, patrząc mu prosto w oczy. — Musisz ją odciąć. Albo wysuszyć.
Wstała chwiejnie i podeszła do regału. Wyciągnęła grubą, oprawioną w skórę księgę — dziennik swojej prababki. Kartki zaszeleściły, gdy otworzyła ją na zaznaczonej stronie.
— Mokosz powiedziała coś jeszcze? — zapytała, nie patrząc na nich.
— Że ten, którego szukamy, pływa w żyłach miasta — powtórzyła słowa bogini Aleksandra.
Julia przesunęła palcem po starym, wyblakłym rysunku. Przedstawiał on mapę Warszawy, ale nie taką, jaką znają z GPS-a. To była mapa podziemnych cieków, starych rzek, które zostały zasypane i wpuszczone w kanały. Rzeka Drna, Sadurka, Żurawka. Zapomniane żyły miasta.
— Obserwatorzy — szepnęła. — Jeśli Wolski miał rację, jeśli oni naprawdę chcą otworzyć bramę dla Welesa… to nie zrobią tego w lesie. Las należy do Leszego. Oni uderzą tam, gdzie Leszy nie ma władzy.
— W kanałach — dokończył Mikołaj.
— Pod nami jest drugie miasto — powiedziała Julia, odwracając się do nich. — Labirynt tuneli, starych piwnic, kolektorów burzowych. Tam woda jest królową. Jeśli chcą przyzwać Welesa, Pana Podziemi… to tam będą odprawiać rytuały.
Aleksandra wstała. Jej twarz była twarda, zdeterminowana. Była Strażniczką. Przyjęła na siebie ten ciężar i nie zamierzała się ugiąć, nawet jeśli wróg był płynny i nieuchwytny.
— Musimy dowiedzieć się, gdzie dokładnie — powiedziała. — Mikołaj, sprawdź stare plany kanalizacji. Skontaktuj się z wodociągami, ale dyskretnie. Szukaj anomalii. Spadków ciśnienia, dziwnych awarii, zgłoszeń o hałasach.
— A ja? — zapytała cicho Julia. — Co ze mną?
Aleksandra podeszła do niej i ujęła jej twarz w dłonie. Spojrzała głęboko w oczy dziewczyny, szukając w nich śladu przyjaciółki, a nie potwora.
— Ty musisz wytrzymać, Julia. Jesteś naszą encyklopedią. Jesteś naszym łącznikiem. Bez ciebie błądzimy po omacku.
— Boję się — wyznała Julia, a łza spłynęła jej po policzku. — Boję się, że następnym razem ona nie odda mi ciała. Że zasnę i już się nie obudzę.
— Nie pozwolę na to — obiecała Aleksandra. — Przysięgam ci. Znajdziemy sposób, żeby ją z ciebie wyciągnąć. Ale najpierw musimy przeżyć to, co nadchodzi.
Na zewnątrz ulewa przybrała na sile. Grzmot przetoczył się nad Warszawą, wstrząsając szybami w oknach. Brzmiał jak śmiech. Albo jak ryk głodnej bestii.
Julia spojrzała w stronę łazienki. Drzwi były uchylone. W lustrze nad umywalką, w ciemności, coś się poruszyło. Cień. A może tylko gra świateł?
Wiedziała jedno. Jej mieszkanie przestało być bezpiecznym azylem. Stało się polem bitwy. A ona była terytorium, o które toczyła się walka.
— Zostańcie na noc — poprosiła cicho. — Proszę. Nie chcę być sama.
Aleksandra skinęła głową, zdejmując mokrą kurtkę.
— Nigdzie nie idziemy.
Trójka ocalonych. Policjantka z gałęzią zamiast serca. Detektyw z traumą senną. I dziewczyna z boginią w głowie. Siedzieli w małym salonie na Pradze, słuchając deszczu, który próbował zmyć miasto z powierzchni ziemi.
Wiedzieli, że to dopiero początek potopu.Rozdział 3
DYWANIK Z WEŁNY I KŁAMSTW
Komenda Rejonowa Policji przy ulicy Wilczej miała swój specyficzny mikroklimat. Niezależnie od pory roku, panowała tu duszna, lepka atmosfera, będąca mieszaniną zapachu dymu tytoniowego, który wżarł się w tynki dekady temu, i kwaśnej woni ludzkiego nieszczęścia.
Dla komisarz Aleksandry Nowak był to zapach domu. Albo więzienia. Granica między tymi dwoma pojęciami zatarła się w jej życiu już dawno temu.
Siedziała przy swoim biurku, które tonęło w stertach akt. Papierowa wieża Babel, zbudowana z raportów, zeznań i protokołów oględzin, chwiała się niebezpiecznie przy każdym mocniejszym uderzeniu w klawiaturę. Aleksandra pisała raport z nocnych oględzin na Chmielnej. Szło jej opornie. Jak opisać słowami urzędowymi coś, co wymykało się logice? Jak wpisać w rubrykę „przyczyna zgonu” sformułowanie: „utonięcie na chodniku w wyniku działania sił nadprzyrodzonych”?
Wpisała „nieznana, w toku ustaleń toksykologicznych”. Kłamstwo. Kolejna cegła w murze, który budowała wokół siebie i wokół Prawdy.
Telefon na jej biurku zadzwonił, podskakując na plastikowych nóżkach. Dźwięk był natarczywy, wwiercający się w czaszkę. Aleksandra odłożyła długopis i podniosła słuchawkę.
— Nowak — rzuciła krótko.
— Do mnie. Natychmiast.
Głos komendanta rejonowego, inspektora Marka Sokołowskiego, brzmiał jak zgrzyt metalu o beton. Nie czekał na odpowiedź. Połączenie zostało zerwane z trzaskiem.
Aleksandra westchnęła, patrząc na słuchawkę, jakby ta mogła ją ugryźć. Sokołowski rzadko wzywał do siebie podwładnych tylko po to, by pogratulować im wyników. Zazwyczaj oznaczało to kłopoty. A ton jego głosu sugerował kłopoty rozmiaru XL.
Wstała, poprawiając marynarkę, która kryła kaburę. Czuła na sobie wzrok innych policjantów w pokoju. Niektórzy patrzyli z sympatią, inni z nieukrywaną satysfakcją. Wydział Zabójstw to nie była szkółka niedzielna. Tu sukces jednego często oznaczał zazdrość drugiego, a „dywanik” u Starego był ulubionym spektaklem biurowej gawiedzi.
Przeszła korytarzem, którego ściany pomalowane były olejną lamperią w kolorze zgniłej zieleni. Każdy jej krok odbijał się echem od lastryko.
Przed gabinetem komendanta siedziała pani Basia, sekretarka, która pamiętała czasy Milicji Obywatelskiej i wiedziała o tej jednostce więcej niż sam minister spraw wewnętrznych. Spojrzała na Aleksandrę znad okularów.
— Coś ty znowu narozrabiała, Olu? — zapytała cicho, a w jej głosie brzmiała autentyczna troska. — Stary chodzi po ścianach od rana. Klnie tak, że aż paprotki więdną.
— To co zwykle, Basiu — Aleksandra uśmiechnęła się krzywo. — Istnieję.
Pchnęła ciężkie, obite dermą drzwi i weszła do jaskini lwa.
Gabinet Sokołowskiego był duży, ciemny i przesiąknięty zapachem cygar, których palenia zabronili mu lekarze, a które on namiętnie palił przy otwartym oknie. Teraz jednak okno było zamknięte. Szyby bębniły od ulewy, która nie odpuszczała Warszawie od tygodni.
Komendant stał przy oknie, tyłem do niej. Był potężnym mężczyzną o karku byka i siwych, krótko przystrzyżonych włosach. Jego sylwetka na tle szarego, spłakanego nieba wyglądała jak monolit.
— Siadaj — warknął, nie odwracając się.
Aleksandra usiadła na niewygodnym, drewnianym krześle naprzeciwko biurka. Czekała. Wiedziała, że to gra. Sokołowski lubił budować napięcie. Lubił, gdy podwładni miękli w ciszy. Ale Aleksandra nie była miękka. Była z drewna i żelaza.
Komendant odwrócił się gwałtownie. Jego twarz była czerwona, żyły na skroniach pulsowały. Rzucił na biurko gazetę. „Kurier Stołeczny”.
— Czy ty wiesz, co to jest? — zapytał, dźgając palcem w szpaltę.
— Gazeta? — Aleksandra uniosła brew, udając niewiniątko. — Służy do owijania ryb albo mycia okien.
— Nie kpij sobie ze mnie, Nowak! — Sokołowski uderzył dłonią w blat. Huk sprawił, że zdjęcie Prezydenta na ścianie przekrzywiło się lekko. — To jest problem! Mój problem! A skoro mój, to i twój!
Aleksandra pochyliła się i spojrzała na gazetę. Artykuł na trzeciej stronie. Tytuł: „Tajemnicze zgony w cieniu Kampinosu. Czy policja tuszuje seryjnego mordercę?”.
— Czytałam — powiedziała spokojnie. — Stek bzdur. Teorie spiskowe, łączenie faktów, które nie mają ze sobą nic wspólnego.
— Bzdur?! — Komendant oparł się o biurko, zbliżając twarz do jej twarzy. Czuła od niego zapach mocnej kawy i nerwów. — Ten pismak, ten… Grodzki… on nie pisze o faktach. On pisze o nas! O tobie!
— Nie wymienił mnie z nazwiska.
— Ale opisał cię tak dokładnie, że nawet ślepy by cię rozpoznał! „Charyzmatyczna komisarz o specyficznych metodach”, „samotny wilk w spódnicy”. A co gorsza, on węszysz.
Sokołowski zaczął chodzić po gabinecie, wyrzucając ręce w powietrze.
— Dzwonił do rzecznika prasowego. Dzwonił do prokuratury. Był nawet w prosektorium, wyobrażasz sobie? Próbował przekupić technika, żeby zobaczyć ciało tego bankowca z Chmielnej. Różyckiego.
Aleksandra poczuła, jak jej serce na ułamek sekundy zmienia rytm. Różycki. Topielec na suchym lądzie. Sprawa, która śmierdziała magią na kilometr.
— Grodzki to hiena — powiedziała chłodno. — Szuka sensacji, bo nakład im spada.
— On pytał o wodorosty, Nowak! — Sokołowski zatrzymał się i spojrzał na nią przenikliwie. — O wodorosty w płucach faceta, który zmarł w centrum miasta! Skąd on, kurwa, wie o wodorostach? W raporcie oficjalnym tego nie ma. Kto sypie?
— Nikt z moich ludzi — zapewniła twardo. — Może ratownicy? Może ktoś z przypadkowych świadków widział, jak wyciągaliśmy mu ziele z gardła?
— Nie obchodzi mnie skąd! Obchodzi mnie to, że ten Grodzki lata po mieście i zadaje pytania, na które nie mamy odpowiedzi. A wiesz, co się dzieje, jak prasa zaczyna drążyć tematy, których nie rozumie?
— Robi się burdel?
— Gorzej. Robi się panika. Ludzie i tak są poddenerwowani tą pogodą. Deszcz pada od miesiąca, piwnice zalane, studzienki wybijają. A teraz jeszcze ten pismak sugeruje, że w Warszawie grasuje jakiś „Wodny Dusiciel” albo inna cholera. Góra dzwoniła do mnie rano. Są wściekli.
Aleksandra oparła się wygodniej na krześle, zakładając nogę na nogę. Musiała grać pewną siebie. Musiała bagatelizować sprawę, żeby Sokołowski nie zaczął grzebać głębiej. Jeśli komendant zainteresuje się „dziwnymi” aspektami śledztwa, odkryje rzeczy, które wyślą go do Tworek, a ją do więzienia.
— Szefie — powiedziała łagodniej. — To tylko jeden dziennikarzyna z przerośniętym ego i bujną wyobraźnią. Zajmę się tym.
— Jak? — Sokołowski zmrużył oczy. — Znowu go nastraszysz? Obijesz mu nerkę w ciemnej uliczce? Znam twoje metody, Nowak.
— Porozmawiam z nim. Wytłumaczę mu, że utrudnianie śledztwa to paragraf. Że sianie paniki to paragraf.
— Nie — komendant pokręcił głową. — Masz się trzymać od niego z daleka. On tylko na to czeka. Żebyś zrobiła jakiś błąd. Żeby mógł napisać, że policja go zastrasza. To by tylko potwierdziło jego tezy.
— Więc co mam robić?
— Masz robić swoje. Ale po cichu. Zamknij tę sprawę Różyckiego. Wpisz zawał, wpisz zatrucie alkoholem, cokolwiek, co zamknie gębę prokuratorowi i prasie. I masz to zrobić szybko. Zanim Grodzki wykopie coś, czego nie da się zamieść pod dywan.
Sokołowski podszedł do biurka i wyciągnął z szuflady teczkę. Rzucił ją w stronę Aleksandry.
— I jeszcze jedno. Dzwonili z „Wodociągów”. Twierdzą, że w nocy, w czasie kiedy znaleziono ciało, ich czujniki w rejonie Chmielnej zwariowały. Skoki ciśnienia, przepływ zwrotny. Grodzki też o to pytał. Węszy wokół infrastruktury miejskiej.
Aleksandra wzięła teczkę. Wiedziała, co w niej jest. Wykresy, które dla zwykłego człowieka byłyby bełkotem, ale dla niej i Mikołaja były mapą drogową bestii.
— Zrozumiałam — powiedziała, wstając. — Sprawa zostanie zamknięta. Grodzki się znudzi i znajdzie sobie inny temat. Może dziury w asfalcie.
— Obyś miała rację, Aleksandra — Sokołowski westchnął ciężko, siadając w swoim fotelu. Wyglądał nagle na bardzo zmęczonego. — Bo jeśli on ma rację… jeśli w tym mieście dzieje się coś, czego nie kontrolujemy… to te twoje pogańskie amulety cię nie uratują. I mnie też nie.
Aleksandra zamarła w pół kroku. Spojrzała na niego. Czyżby wiedział? Czyżby domyślał się czegoś?
Sokołowski patrzył na nią, bębniąc palcami o blat. Na jego palcu lśnił sygnet. Zwykły, srebrny, z herbem rodowym. Żadnych węży. Żadnych symboli.
— Wyjść — rzucił krótko.
Wyszła.
Na korytarzu odetchnęła głęboko. Powietrze wciąż śmierdziało tym samym, co wcześniej, ale teraz wydawało jej się lżejsze. Przeżyła.
Szybkim krokiem ruszyła w stronę swojego pokoju. Musiała porozmawiać z Mikołajem. Sytuacja właśnie skomplikowała się z „bardzo złej” na „krytyczną”.
Weszła do swojego gabinetu — małej klitki, którą dzieliła z szafą pancerną i paprotką, która umierała od trzech lat, ale nie miała odwagi uschnąć ostatecznie.
Mikołaj siedział na parapecie, paląc e-papierosa. Dym o zapachu wanilii gryzł się z atmosferą posterunku. Na kolanach trzymał laptopa.
— I jak? — zapytał, nie podnosząc wzroku. — Żyjesz? Czy mamy już pakować twoje rzeczy do kartonu po bananach?
— Było blisko — Aleksandra zamknęła drzwi na klucz i zasłoniła żaluzje. Podeszła do biurka i rzuciła na nie gazetę, którą „pożyczyła” od Sokołowskiego. — Mamy problem. Nazywa się Tomasz Grodzki.
Mikołaj spojrzał na artykuł. Jego twarz spochmurniała.
— Ten dziennikarz? Czytałem jego wypociny o Kampinosie. Myślałem, że to nieszkodliwy wariat.
— Ten wariat ma źródła — powiedziała Aleksandra, nalewając sobie wody z dzbanka. Ręce jej lekko drżały. — Wie o wodorostach w płucach Różyckiego. Wie o anomaliach w wodociągach. Stary mało nie dostał zawału.
— O wodorostach? — Mikołaj odstawił laptopa. W jego oczach pojawił się błysk niepokoju. — To niemożliwe. Raport techników jest utajniony. Dostęp ma tylko patolog, prokurator i my.
— I ktoś, kto sypie. Albo… — Aleksandra zawiesiła głos.
— Albo co?
— Albo Grodzki widzi więcej, niż powinien. Pamiętasz, co mówiła Julia? Że bariera słabnie. Że zwykli ludzie zaczynają dostrzegać pęknięcia. Może Grodzki jest wrażliwy? Może to nie jest kwestia informatora, tylko… intuicji?
Mikołaj prychnął, wypuszczając kłąb pary.
— Intuicja nie powie ci o Moczarce kanadyjskiej w przełyku denata. Ktoś gada. Musimy go sprawdzić.
— Stary zabronił mi się do niego zbliżać. Mam trzymać się z daleka, żeby nie robić szumu.
— Oficjalnie tak — Mikołaj zeskoczył z parapetu. Podszedł do niej. W półmroku gabinetu jego twarz wyglądała na zmęczoną, starszą. Cienie pod oczami były głębsze niż zwykle. — Ale nieoficjalnie… musimy wiedzieć, ile on wie. Jeśli trafi na ślad Julii… jeśli połączy Różyckiego z…
— To Obserwatorzy go znajdą, zanim my to zrobimy — dokończyła Aleksandra.
Podeszła do okna. Przez szpary w żaluzjach widziała ulicę Wilczą. Deszcz zacinał, zmieniając świat w rozmytą akwarelę.
— On tropi moje śledztwa, Mikołaj. Wypytuje na mieście. Chodzi za mną. Czuję to. To nie jest zwykłe dziennikarskie śledztwo. On jest jak pies gończy, który złapał zapach krwi.
— Co zamierzasz?
Aleksandra odwróciła się do niego. W jej oczach zapalił się ten sam zimny ogień, który Mikołaj widział w lesie, gdy składała przysięgę.
— Jeśli Stary myśli, że będę siedzieć cicho, gdy ktoś depcze mi po piętach, to się myli. Grodzki chce prawdy? To może ją dostanie. Ale na moich warunkach.
— Chcesz się z nim spotkać?
— Nie. Chcę wiedzieć, kim on jest. Prześwietl go, Mikołaj. Chcę wiedzieć, co jada na śniadanie, z kim sypia i jakie ma długi. I chcę wiedzieć, dlaczego tak bardzo interesuje go woda.
Mikołaj uśmiechnął się lekko. Był to uśmiech lojalnego wspólnika, który wie, że właśnie łamią kolejne regulaminy, ale nie dba o to.
— Już się robi, szefowo. Ale ostrzegam. Jeśli on naprawdę coś wie… to może być bardzo niebezpieczny.
— Zobaczymy — mruknęła Aleksandra, patrząc na zdjęcie w gazecie.
Przedstawiało sylwetkę człowieka we mgle. Podpis głosił: _Kto pilnuje strażników?_.
— Zobaczymy, panie Grodzki, czy jesteś gotowy na odpowiedzi, których szukasz. Bo w tej historii ciekawość to pierwszy stopień do piekła.
Za oknem zagrzmiało. Dźwięk przetoczył się nad Warszawą jak śmiech czegoś ogromnego, co budziło się w podziemiach.
Aleksandra poczuła, jak kawałek drewna na jej piersi pulsuje ciepłem. Ostrzeżenie.
— Zaczyna się — powiedziała cicho. — On już wie, że o nim rozmawiamy.
— Grodzki?
— Nie. Ten, o którym Grodzki próbuje pisać.
Mikołaj spojrzał na swój kubek z kawą. Czarna tafla płynu drżała, marszcząc się w koncentryczne kręgi, mimo że nikt nie dotykał biurka.
— Woda słucha — szepnął.
— Niech słucha — Aleksandra wyciągnęła pistolet z kabury i położyła go na aktach, tuż obok gazety. — Niech wiedzą, że jesteśmy gotowi.
Tyle na dzisiaj. Czas wrócić do pracy. Przesilenie nie będzie czekać.