Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Mroczne Wybrzeża - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Tłumacz:
Data wydania:
14 sierpnia 2019
Discount ico

Oglądasz promocyjny produkt. Pospiesz się, aby nie przegapić najlepszej ceny!

Czytaj fragment
Pobierz fragment
PROMOCJA
27,90
36,90

Oszczędzasz 9,00 zł (24%)

Cena w punktach Virtualo:
2790 pkt.
Discount ico

Oglądasz promocyjny produkt. Pospiesz się, aby nie przegapić najlepszej ceny!

Mroczne Wybrzeża - ebook

Piraci, szantaż i bogowie wtrącający się w sprawy ludzi – to wszystko można znaleźć w trzymającym w napięciu pierwszym tomie nowej serii fantasy autorstwa Danielle L. Jensen.

W świecie podzielonym przez zdradzieckie oceany i bogów wtrącających się w sprawy ludzi jedynie Maarinowie umieją przemierzać Bezkresne Morza. Kierują się tylko jednym przykazaniem: „Wschód nie może spotkać się z Zachodem”.

NIEUGIĘTA PIRATKA

Teriana jest drugim oficerem na Quincense, statku oddanym bogini mórz, i spadkobierczynią jednej z Triumwiratu Maarinów. Jej lud zrodził się z morza i zna jego tajemnice, ale kiedy najlepsza przyjaciółka Teriany zostaje zmuszona do niechcianego małżeństwa, dziewczyna łamie przykazanie swojego ludu, by jej przyjaciółka mogła uciec – a wybór ten ma śmiertelnie niebezpieczne konsekwencje.

ŻOŁNIERZ Z TAJEMNICĄ

Marek jest dowódcą niesławnego Trzydziestego Siódmego legionu, który pomógł Imperium Celendoru podbić cały Wschód. Legion jest jego jedyną rodziną, a nawet jego towarzysze nie znają tajemnicy, którą ukrywa od dzieciństwa. Marek zrobi wszystko, by nie wyszła ona na jaw bez względu na koszty, ktokolwiek musiałby je ponieść – on czy reszta świata.

NIEBEZPIECZNA MISJA

Kiedy jeden z senatorów Imperium dowiaduje się o istnieniu Mrocznych Wybrzeży, bierze do niewoli załogę Quincensei grozi wyjawieniem tajemnicy Marka, o ile nie ruszą na podbój nowych terytoriów, zmuszając dowódcę legionistów i Terianę do zawarcia niespodziewanego – i niechętnego – sojuszu. Łączą wysiłki dla dobra swoich rodzin, ale oboje muszą zdecydować, jak daleko są skłonni się posunąć i jak wiele są gotowi poświęcić.

 

Ta bogato tkana opowieść, sugestywna i niemożliwa do odłożenia – zachwyciła mnie od pierwszych linijek! Mroczne Wybrzeża mają w sobie wszystko, czego szukam w fantasy: wyjątkowe miejsce akcji, skomplikowanych i ciekawych bohaterów, a także odważnie tworzony świat. Uwielbiam każde słowo tej książki.

Sarah J. Maas, autorka Dworu cierni i róż

 

Powieść Danielle L. Jensen zachwyca od samego początku wybitną kreacją świata i wielowymiarowymi postaciami, a elementy mityczne są znakomicie wkomponowane w tę historię. Kolejne rozdziały pisane z punktu widzenia Teriany i Marka pozwalają czytelnikom lepiej zrozumieć każde z nich… To trzymające w napięciu wprowadzenie do nowej serii.

Kategoria: Dla młodzieży
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-66173-20-0
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1 Teriana

Quincense wzniósł się na grzbiecie fali, jakby marzył o zerwaniu się do lotu. Jego niebieskie żagle wypełniał południowy wiatr popychający ich wzdłuż wybrzeża z niecierpliwością dorównującą tej, którą czuła Teriana. Minęło wiele miesięcy, od kiedy ostatnio odwiedzili Celendrial – a ona sama widziała się z Lidią. Aż mrowiły ją stopy z ekscytacji na myśl o ponownym spotkaniu z przyjaciółką, najbliższą, a jednocześnie najbardziej niezwykłą.

Statek nie spełnił swojego marzenia o wzniesieniu się w powietrze, uderzył o powierzchnię turkusowego morza, a Terianę zalała słona piana. Dziewczyna musiała na ślepo dokończyć zaciąganie węzła, zanim przetarła twarz wilgotnym rękawem. Podniosła się i instynktownie przeniosła ciężar ciała, by zachować równowagę, gdy Quincense wzniósł się na kolejnej fali. Przez cały czas wpatrywała się w horyzont, aż statek opłynął skalisty półwysep i w polu widzenia pojawił się Celendrial, klejnot w koronie Imperium Celendoru.

– Witaj, piękny Celendrialu! – krzyknęła w stronę błyszczącej bielą zabudowy rozciągającej się za olbrzymim portem, między wzgórzem pełnym willi a potężną rzeźbą legionisty trzymającego znak z połyskującym złotym smokiem.

Tuzin ogromnych kamiennych kei wyciągał się jak palce, a z niezliczonych statków z każdej prowincji Imperium rozładowywano towary na sprzedaż. Środkiem płynęła rzeka Sawio, wylewająca swoją ohydną zawartość do portu, przez co lazurowe wody stawały się zielonkawobrązowe i mętne.

Teriana uśmiechnęła się szeroko, pozdrowiła miasto jednym palcem i przecisnęła się z powrotem między przemoczoną załogą do matki, która stała za sterem. Mimo całego niecierpliwego wyczekiwania, gdyby nie udało jej się wynegocjować u kapitan trochę wolnego, czekałoby ją jedynie wielogodzinne targowanie się z handlarzami w porcie.

Kapitan Tesya stała z jedną ręką opartą o reling, w drugiej trzymała fajkę, która zdążyła już zgasnąć. Hebanowa skóra kobiety błyszczała na słońcu. Włosy upięła ciasno pod niebieską jedwabną chustą, ale kilka czarnych loków wyślizgnęło się i otaczało starszą, bardziej zaciętą wersję twarzy Teriany. Obie miały pełne wargi, łukowate brwi i okrągłe policzki. Skórę na szyi matki przebijały trzy małe niebieskie szafiry, co oznaczało, że jest triumwirem Konsorcjum Handlowego Maarinów. U jej boku stała Yedda, ciotka Teriany, i ze skupieniem przyglądała się wybrzeżu przez lunetkę. Teriana dosłyszała jej ostatnie słowa.

– …westchnienie ulgi Chersome oznacza, że inny naród wstrzymuje oddech.

– W tej połowie świata Reath nie pozostał żaden naród, który mógłby wstrzymywać oddech – mruknęła matka Teriany. – Mimo wszystko ich obecność tutaj nie przyniesie nic dobrego. Nie w sytuacji, kiedy zbliżają się wybory. Może nadszedł czas, żebyśmy się stąd zabrali. Czas, by zabrały się stąd wszystkie statki Maarinów.

– O czym rozmawiacie?

Teriana wpatrzyła się w wybrzeże za gniewną rzeźbą i samym miastem. Widziała szeregi białych namiotów wznoszące się na piaszczystych plażach, co oznaczało, że jeden z legionów Imperium rozbił obóz. W całym Celendorze i większości jego prowincji rodziny miały obowiązek wysyłać drugich synów na szkolenie w Campus Lescendor. Żołnierze legionów, od dzieciństwa wychowywani do walki, byli śmiertelnie niebezpieczni i pod żadnym pozorem nie należało im wchodzić w drogę. Jednak biorąc pod uwagę ich ciągłą obecność na Wschodzie, nie rozumiała, dlaczego wzbudzają zainteresowanie.

To słowa matki – nie żołnierze – sprawiły, że Teriana poczuła ściskanie w piersi. „Zabranie się” nie oznaczało jedynie udania się na Zachód – oznaczało pozostanie tam. A to znaczyłoby, że już nigdy nie zobaczy Lidii.

– Nie przypominam sobie, żebym zapraszała cię do udziału w rozmowie. – Matka Teriany odwróciła się plecami do wiatru, by znów zapalić fajkę.

Dziewczyna założyła ręce na piersi.

– To, dokąd płyniemy, jest moją sprawą.

Formalnie rzecz biorąc, była to prawda. W dniu siedemnastych urodzin została awansowana na drugiego oficera, a sam statek był jej dziedzictwem. Jeśli jej matka zamierzała popłynąć Quincense z powrotem, to…

– A ja myślę, że sprowadziły cię tutaj własne sprawy, a nie sprawy statku. – Ciotka Yedda wyrwała Terianę z zamyślenia. – Mylę się?

Prawdziwość jej uwagi walczyła z pragnieniem Teriany, by dowiedzieć się więcej o rozmowie dwóch starszych kobiet, ale ostatecznie wygrało to pierwsze.

– Czy mogę zejść na ląd, kiedy przybijemy do portu?

– Jesteś pasażerką? – Tesya zapaliła fajkę i posłała kłąb dymu w twarz córki, co było sporym osiągnięciem przy tak silnym wietrze.

– Nie bierzemy pasażerów – odpowiedziała Teriana, ponieważ żaden ze statków Maarinów ich nie brał, ale natychmiast pożałowała, że dała się złapać w tę pułapkę, bo jej matka unios­ła brwi.

– A to dlatego, że pasażerowie są bezużyteczni. Podobnie jak ty w tej chwili. A teraz do roboty.

Kłótnia nie miałaby sensu. Matce nie podobała się przyjaźń Teriany z Lidią, którą nazywała dzieckiem bezbożnego celendorskiego szczura lądowego. Sprzeciw w tej chwili sprawiłby jedynie, że Tesya znalazłaby powody, by zatrzymać córkę w porcie tak długo, że wyprawa na Wzgórze przestałaby mieć sens.

– Tak jest, pani kapitan – powiedziała więc Teriana i ruszyła na poszukiwanie czegoś do roboty.

– Nie miałaś szczęścia?

Głos Przynęty przyciągnął uwagę Teriany, kiedy wlokła się z pokładu rufowego. Przyjaciel siedział na stercie lin i ostrzył jeden z noży, z którymi nurkował, zwolniony z pracy ze względu na to, że był naznaczony przez bogów. Na pewno pomagało, że miał też szeroki uśmiech, którym mógł oczarować każdego obdarzonego oczami.

Teriana kopnęła liny i spojrzała ponuro na zbliżające się miasto.

– One chcą wrócić na zachód.

Ciemne dłonie Przynęty znieruchomiały, ale po chwili powiedział:

– Dobrze.

Teriana wymierzyła kolejnego kopniaka w jego golenie, jednak nie włożyła w to serca. Za każdym razem, kiedy trafiali do portu kontrolowanego przez Celendor, czyli każdego portu we wschodniej połowie świata, Przynęta musiał pozostawać na pokładzie. Naprawdę nie chcieli, by ktokolwiek zauważył znak bogów na jego ciele albo ciałach innych nurków Maarinów. Celendorczycy byli bezbożni i pragnęli wymazać z powierzchni świata to, co nazywali pogaństwem, a to z kolei znaczyło, że nie zrozumieliby jego odmienności. A jej nie podobała się perspektywa, że przez resztę życia miałaby odwiedzać przyjaciela na wystawie ciekawych okazów.

Twarz Przynęty złagodniała i wepchnął nóż z powrotem do pochwy na łydce.

– Jeśli cię nie puści, wieczorem przemycimy cię na brzeg razem z Magniusem.

Głowę Teriany wypełniło echo potwierdzenia ze strony strażnika Quincense. Stuknęła obcasem buta o pokład, wiedząc, że usłyszy ją ze swojego miejsca pod statkiem.

– Zwinąć żagle! – Głos matki zagłuszył hałas i załoga rzuciła się w wir kontrolowanego chaosu.

Potężne kamienne keje zbliżały się coraz bardziej, a jedna z łodzi magistra handlu już płynęła w ich stronę, podczas gdy nad głowami wioślarzy łopotała szkarłatno-złota bandera.

– Teriano!

Teriana odwróciła się i zobaczyła, jak jej matka klaszcze w dłonie, a jej złote bransolety błyszczą w słońcu. Posłała Tesyi zrezygnowane skinienie głowy. „Do roboty”.

Słońce wisiało nisko na niebie, kiedy w końcu zacumowali, rozładowali towary, zapłacili podatki i przekonali surowego magistra, że nawet jeśli cokolwiek przemycają, nie zamierzają wyładowywać tego w jego cennym porcie.

– Przeklęte bezbożne celendorskie świnie i ich zasady! – Tesya z każdym przekleństwem uderzała pięścią w reling, a później splunęła na idealnie czyste nabrzeże.

Magister odwrócił się i lekko skłonił głowę.

– Interesy z Maarinami zawsze są przyjemnością – powiedział w znośnym mudamorskim, który Celendorczycy nazywali językiem handlu, na co Tesya uśmiechnęła się niechętnie.

– Ten nie jest taki zły – mruknęła i odwróciła się do Teriany. – I co? Zamierzasz tu tak stać i przestępować z nogi na nogę jak dziecko, które zaraz zsika się w majtki, czy idziesz?

– Już mnie nie ma.

Teriana postawiła stopę na trapie, ale wtedy matka szarpnięciem pociągnęła ją z powrotem na pokład i wcisnęła jej w dłoń zakurzoną butelkę.

– Nie przychodzi się do senatora z pustymi rękami, dziewczyno. – Odetchnęła cicho. – Przekaż moje wyrazy szacunku senatorowi Waleriuszowi. I Lidii też. Wróć przed świtem. Szykują się kłopoty, a ja nie zamierzam być ich częścią.

Teriana zbiegła po trapie, żeby matka nie zdążyła przypadkiem zmienić zdania.Rozdział 2 Teriana

Celendorczycy wierzyli, że Celendrial jest sercem świata. Choć popełniali błąd w tym założeniu, mieli wszelkie prawo uważać miasto za serce Imperium, a ponieważ Imperium panowało nad wszystkimi lądami we wschodniej części Reath – również za serce swojej połowy świata. Rozrośnięty Celendrial był domem dla ponad miliona ludzi pochodzących z odległego północnego Sibernu, żyznych równin Atlii, wysokich gór Sibalinów i wszystkich krain pomiędzy, w tym samego Celendoru.

Stan ulic poprawiał się błyskawicznie, w miarę jak Teriana wspinała się na Wzgórze, z dala od portu i wiecznie smrodliwej rzeki Sawio. Ciasne insule i wąskie uliczki najgorszych dzielnic miasta ustępowały szerokim bulwarom, których środkiem biegły rozbudowane kamienne akwedukty. Wzdłuż ulic stały potężne budynki użyteczności publicznej, składające się z samych kolumn i łuków, a na każdym rogu wznosił się pomnik jakiegoś słynnego legionisty lub polityka – te ostatnie zwykle były dekorowane wulgarnymi i często zabawnymi napisami. Jeszcze dalej Terianę otoczyły domostwa bogatszych obywateli, cofnięte od ulicy i nierzadko ogrodzone. Zdobiły je kolumny, a droga do wejścia prowadziła przez ogród.

Jednak dopiero kiedy ulice się skończyły, zastąpione wąskimi, krętymi ścieżkami i zadbanymi kamiennymi schodkami, Teriana znalazła się twarzą w twarz z prawdziwym bogactwem i potęgą Imperium. Na Wzgórzu wznosiły się okazałe rezydencje senatorów, ledwie widoczne w cieniu starożytnych drzew i starannie utrzymanych ogrodów, wypełnionych wonią kwiatów i drzewek cytrusowych. Wszystko otaczały wysokie mury z bramami z misternie kutego żelaza. Teriana zdążyła się zasapać i spocić, zanim dotarła na szczyt, gdzie najwspanialsze z willi wznosiły się nie nad miastem, lecz nad oceanem. Tam pozwoliła, by bryza osuszyła jej skórę, a potem podeszła do bramy. Nie było dzwonka, a ona odczekała zaledwie pół uderzenia serca, po czym wspięła się na ogrodzenie i przeszła na drugą stronę. Zawartość butelki, którą dostała od matki, zachlupotała, kiedy dziewczyna z łoskotem wylądowała na ziemi. Wzdłuż ścieżki wyłożonej kwadratowymi płytami z marmuru wznosiły się kolumny połączone kunsztownie rzeźbionymi łukami, a jej środek wypełniała długa, wąska sadzawka z liliami wodnymi i złotymi rybkami. Na drugim końcu z rzeźby nagiej kobiety wyciągającej przed siebie szczupłą dłoń, do sadzawki spływała woda. Teriana zatrzymała się na chwilę, żeby opłukać ręce, po czym weszła po marmurowych schodach i stanęła przed ciężkimi drzwiami zdobionymi płytkami przedstawiającymi podboje Celendoru. Nawet nie zapukała – od razu je otworzyła i weszła do środka.

Atrium nie miało dachu, a na niebie było widać pierwsze gwiazdy. Na środku znajdowała się ogromna brązowa cysterna, w której zbierała się woda z rzadkich deszczów. Wokół stały niewielkie ławki, a za nimi nisze z popiersiami poważnych mężów. Po lewej i po prawej kręcone schody prowadziły na pierwsze piętro, ale Teriana wyszła przez drzwi na tyłach atrium. Powietrze było lekko wilgotne, przepojone aromatem kwiatów pochodzącym z mokrego lnianego płótna rozciągniętego na oknach zwróconych w stronę oceanu. W ciągu dnia korytarze domu wypełniały się cichymi odgłosami służby wywiązującej się ze swoich obowiązków, ale słońce już zaszło i jedynym dźwiękiem był drażniący męski śmiech dochodzący z tyłu willi.

Ruszyła korytarzem w tamtym kierunku, aż znalazła się w jasno oświetlonym pomieszczeniu przesyconym wonią jedzenia, trunków i aromatycznych olejków, które w najmniejszym stopniu nie tłumiły smrodu potu.

– Oczywiście, że ufunduję całą imprezę – powiedział jeden z mężczyzn, wyciągnięty na kanapie i odwrócony plecami do Teriany. – To uczciwe, jeśli wziąć pod uwagę, że to ja wyjdę lepiej na naszej transakcji.

– To niezwykła uprzejmość z waszej strony. – Młody mężczyzna spoczywający po drugiej stronie miał togę rozchyloną tak bardzo, że poważne miny jego towarzyszy zasługiwały na najwyższą pochwałę. – Ale tak naprawdę to wy wyświadczacie nam ogromną przysługę. Już zawsze będziemy waszymi dłużnikami za tę łaskę.

Teriana właśnie zastanawiała się, jak młodzieniec mógł jeszcze oddychać z głową wciśniętą tak głęboko w zadek starszego mężczyzny, kiedy ten służalczy błazen ją zauważył.

– Co to ma być? Co to ma być? – Był tak pijany, że podnosząc się, prawie się przewrócił. Wskazał palcem na Terianę. – Co to ma być?

– I wam również dobry wieczór – powiedziała powoli, po czym skinęła ojcu Lidii, który także się podniósł. – Dobry wieczór, senatorze.

Mężczyzna, wcześniej zwrócony do niej plecami, odwrócił się teraz twarzą do niej, a na jego lekko opalonym obliczu malowały się jednocześnie rozbawienie i… chłód.

– Piękna noc, czyż nie? – zagadnęła go.

– Owszem.

Uśmiechnął się, a Teriana stłumiła pragnienie, by cofnąć się o krok, ponieważ w tym uśmiechu wyczuła coś niewłaściwego. Coś niebezpiecznego.

– Jak się tu dostałaś? – spytał ostro młody patrycjusz, znów przyciągając jej uwagę.

– Przez frontowe drzwi.

– Jak to możliwe?

– Otworzyłam je.

– Otworzyłaś je?

Mężczyzna aż się gotował – z oburzenia i od nadmiaru trunku, a Teriana odchyliła się do tyłu i próbowała zapanować nad uśmiechem. W Imperium obowiązywała sztywna hierarchia: na samym szczycie znajdowali się patrycjusze, wyłącznie Celendorczycy, a poniżej plebejusze, czyli zwyczajni obywatele Celendoru. Następni byli peregrini, pochodzący z podbitych narodów – obecnie prowincji, które stanowiły większość Imperium. Plebejusze i peregrini nie wchodzili bez zaproszenia do domów patrycjuszy, ale ponieważ Maarinowie nie zaliczali się do żadnej z tych grup – jako jedyna nacja na Wschodzie, która nie znalazła się pod panowaniem Imperium – Teriana nie czuła się w obowiązku przestrzegać tego protokołu. Była równa tym mężczyznom, nawet jeśli oni tego nie wiedzieli.

– Obawiam się, że niewiele mam do dodania do swojej relacji z otwarcia drzwi. Choć mogłabym zademonstrować, jeśli pomoże wam to w zrozumieniu tak wspaniałej opowieści.

Złocista skóra młodzieńca zaczynała nabierać charakterystycznego purpurowego odcienia, ale mężczyzna o chłodnym spojrzeniu tylko się roześmiał i uniósł w jej stronę kielich w ­toaście.

– Spokojnie – odezwał się w końcu senator Waleriusz i pospiesznie stanął między nią a młodzieńcem, który obciągał togę, jakby przygotowywał się do wielkiej obrony niestrzeżonych drzwi willi. – Znam tę młodą kobietę. – Wpatrzył się w butelkę w dłoni Teriany. – Nie musiałaś przynosić jej osobiście, moja droga. Wysłałbym kogoś po nią, gdybym wiedział, że statek twojej matki zawinął do portu.

Posłał jej ostrzegawcze spojrzenie, które rozjaśniło Terianie w głowie. Wzruszyła ramionami.

– Najlepsi klienci wymagają najlepszego traktowania, senatorze. A teraz, gdybyście byli łaskawi uiścić…

– Oczywiście, oczywiście. – Położył dłoń na jej ramieniu i wyprowadził ją z komnaty. – Jaką cenę ustaliliśmy?

Podała nieprzyzwoicie wysoką kwotę, ale dopiero kiedy znaleźli się w głębi korytarza, senator Waleriusz opuścił rękę i potrząsnął głową.

– Doceniam twój tupet, Teriano, ale czasami aż prosisz się o kłopoty. Może następnym razem przyślesz wiadomość ostrzegającą nas o swoim przybyciu?

– Nie chciałam marnować czasu i papieru. – Podała mu butelkę.

– Dlaczego nie dziwi mnie, że tak właśnie myślisz. – Westchnął, a jego zaciśnięta na butelce dłoń zadrżała. – Jest w bibliotece. Postarajcie się zachowywać cicho do czasu wyjścia moich gości.

– Pewnie.

Teriana posłała mu jeszcze jedno spojrzenie i zauważyła, że złocista skóra przybranego ojca Lidii miała bardziej ziemisty odcień niż ostatnim razem, kiedy go widziała. Później pobiegła korytarzem i po schodach do biblioteki.

Z dużego pomieszczenia emanował łagodny blask lamp. Teriana zatrzymała się w drzwiach i z aprobatą patrzyła na regały sięgające od podłogi do sufitu, wypełnione rzadkimi i cennymi tomami we wszystkich językach Wschodu. Choć za nic nie oddałaby swojego życia na Quincense, na statku miała nieco ograniczoną przestrzeń.

Lidia siedziała przy biurku po drugiej stronie biblioteki, pochylona nad swoją pracą. Pomijając już to, że została adoptowana, przyjaciółka Teriany była anomalią na Wzgórzu. O głowę (a czasami i ramiona) wyższa od większości Celendorczyków, w przeciwieństwie do nich miała ciemne włosy, a jej blada cera wyraźnie nie pasowała do rozpalonego Celendoru. Najbardziej przypominała mieszkańców północnej Mudamory na Zachodzie, szczególnie z powodu skośnych zielonych oczu, błyszczących jak kwarc. Wyglądała jak kopia arcydamy Dareeny Falorn, co było całkiem zabawne, bo Dareena była wojowniczką naznaczoną przez bogów, a Lidia nigdy nie miała w ręku niczego ostrzejszego od pióra. Mimo uderzającego podobieństwa było jednak niemożliwe, by Lidia urodziła się na Zachodzie. Jedynie statki Maarinów przepływały Bezkresne Morza, a jej rodacy nie brali pasażerów. Nigdy.

Teriana i Lidia poznały się przed pięcioma laty, kiedy Maarinowie negocjowali nowy traktat handlowy z Senatem. Jako triumwir jej matka była jednym z kapitanów prowadzących negocjacje i została zaproszona do domu senatora Waleriusza na kolację. Tesya zaciągnęła ze sobą Terianę, żeby ta „czegoś się nauczyła”. Lidia także była obecna, wyglądała jak kruk w stadku żółtych kaczątek, niemal równie nie na miejscu jak Teriana. Co wiele znaczyło, ponieważ Teriana miała skórę czarną jak noc, niezliczone długie do pasa warkoczyki ozdobione złotem i klejnotami, a ramiona umięśnione od pracy na Quincense. Mimo wszystko Teriana zakładała, że Lidia była kolejną Celendorką, która nie odzywała się niepytana. Śliczna jak starannie ułożony bukiet i równie mało interesująca.

Jakże się myliła.

Jeden z towarzyszy Waleriusza – senator wyróżniający się tylko tym, że zachowywał się jeszcze bardziej protekcjonalnie niż typowi patrycjusze – upierał się, że będzie mówił w języku handlu, co byłoby godne uznania, gdyby nie powiedział otwarcie, że robi to, „by nie słuchać, jak Maarinowie masakrują celendorski”. Teriana z wielkim trudem powstrzymywała śmiech, kiedy kaleczył ten język, a Tesya musiała wręcz wbić obcas w stopę córki, gdy mężczyzna popełnił wyjątkowo rażący błąd ­dotyczący rozmiarów swoich posiadłości. I wtedy Lidia wstała.

– Senatorze, z całym szacunkiem, właśnie powiedzieliście pani kapitan, że znajdujecie się w posiadaniu bardzo dużego – zakaszlała cicho – członka. – Później uśmiechnęła się do niego niewinnie. – Poprawiam was jedynie dlatego, że wielokrotnie powtarzano mi, iż w tego rodzaju negocjacjach najważniejsza jest precyzja.

Właśnie wtedy, mimo że nie miały ze sobą nic wspólnego, Teriana zrozumiała, że dziewczyna jest jej siostrą duchową, a ich przyjaźń została nakazana przez samych bogów. I tak było aż do tej pory.

Teriana stanęła za Lidią i pochyliła się nad ramieniem przyjaciółki. Bawiło ją, że dziewczyna tak bardzo zatopiła się w tłumaczeniu, iż nie dostrzegła jej obecności.

– Źle napisałaś „kurczak” – powiedziała głośno Teriana. – A twoja znajomość gramatyki bardeeńskiego jest bezna­dziejna.

– To nie… – Lidia usiadła prosto i przekręciła się na krześle. Na jej twarzy pojawił się uśmiech, a okulary zsunęły się z nosa. – Teriana!

Padły razem na ziemię, obejmowały się i wykrzykiwały, zupełnie ignorując prośbę senatora Waleriusza.

– Nie spodziewałam się ciebie. – Lidia oparła szczupłą rękę na podłodze i poprawiła jedwabną suknię.

– Nie ty jedna. – Teriana ściągnęła buty i odrzuciła je na bok, po czym usiadła ze skrzyżowanymi nogami. – Twój ojciec ma dziś nieciekawe towarzystwo.

– Ach tak?

Teriana opisała dwóch mężczyzn, a Lidia się skrzywiła.

– Młodszy to bratanek mojego ojca Wibiusz.

„Bratanek ojca – nie jej brat cioteczny”. Kolejne przypomnienie, że choć Lidia została adoptowana przez senatora, kiedy była niemowlęciem, nie czuła się prawdziwym Waleriuszem i nigdy nie mogła nim zostać. Teriana zdjęła jeden z pierścieni Lidii, by przyjrzeć się bliżej klejnotowi, i znów zastanawiała się, czy kolejny raz spytać przyjaciółkę o wspomnienia z czasów, zanim została przygarnięta przez senatora. Tyle że znała odpowiedź: matkę Lidii znaleziono zasztyletowaną przed rezydencją Waleriusza, a w zimnych ramionach trzymała zapłakane dziecko. Tak małe, że jedynie gaworzyło. Tak małe, że nie pamiętało, skąd pochodzi.

– A ten drugi mężczyzna?

Lidia odebrała pierścień, kilka razy obróciła go na palcu i w końcu powiedziała:

– Lucjusz Kasjusz.

Teriana uniosła brwi. Wszyscy wiedzieli, że Lucjusz Kasjusz urodził się w bocznej gałęzi rodu patrycjuszy, ale seria wypadków i chorób pozwoliła mu odziedziczyć bogactwo rodziny i miejsce w Senacie, kiedy jego kuzyn, czy kimkolwiek był, umarł. Teraz uważano go za potężnego senatora, lecz jego poglądy polityczne stały w sprzeczności z podejściem przybranego ojca Lidii, co sprawiało, że jego obecność w rezydencji była dziwna. I to w niezbyt pozytywny sposób. Był człowiekiem, co do którego wszyscy zgadzali się, że ma złą reputację, choć nikt nie umiałby wyjaśnić dlaczego. Ciągnęło się to za nim jak paskudny smród z nieznanego źródła.

– Wybory – odparła Lidia w ramach wyjaśnienia, po czym pomogła Terianie wstać z podłogi. – Chodźmy do ogrodu. Tu jest zimno.

Nie było, ale Teriana się nie sprzeciwiała i ruszyła za przyjaciółką z powrotem na dół.

Tam znalazły się twarzą w twarz z panem domu. I jego bratankiem.

Młody mężczyzna popatrzył na Terianę, kołysząc się lekko, po czym posłał Lidii lekceważące spojrzenie, które sprawiło, że dziewczyna aż się skuliła.

Jej reakcja skłoniła Terianę do sięgnięcia po nóż. Jedynym, co powstrzymało ją przed zrobieniem kilku dziur w łajdaku i jego bezzasadnym poczuciu wyższości, była dłoń Lidii zaciskająca się na jej nadgarstku.

– Nie dość, że przynosisz nam wstyd, to jeszcze bratasz się z żeglarką – powiedział Wibiusz do Lidii, po czym zwrócił się do senatora: – Pobłażasz jej.

Twarz senatora, zwykle przyjazna, stężała.

– I wciąż będę jej pobłażał, póki to w mojej mocy. – Skinął krótko Lidii, która zaciągnęła Terianę za róg i wyprowadziła do ogrodu.

– Co za napuszony fiutek – warknęła Teriana. – Lepiej niech na siebie uważa, bo mam ochotę odciąć mu…

Lidia uniosła dłoń, uciszając atak przyjaciółki.

– Choć to urocza wizja, naprawdę musisz pohamować język w jego obecności.

Teriana patrzyła na nią zaskoczona.

– Nigdy nie byłaś bardzo delikatna.

– No tak. – Lidia przetarła dłonią zmęczoną twarz. – On jest dziedzicem mojego ojca.

Teriana przypomniała sobie drżącą rękę i ziemistą skórę senatora Waleriusza i nagle wszystko zrozumiała. „Wciąż będę jej pobłażał, póki to w mojej mocy”. Był chory. Może nawet umierał. A prawa Celendoru w najlepszym wypadku nie sprzyjały kobietom. W najgorszym były paskudne. Najbardziej bezwzględne, jakie napotkała na całej Reath.

– Będziesz jego własnością, kiedy odziedziczy spadek.

Przyjaciółka zrobiła grymas, który oznaczał, że próbuje powstrzymać płacz.

Teriana poczuła ściskanie w gardle, z trudem wypowiedziała słowa:

– Da się to jakoś obejść?

– Gdybym wyszła za mąż.

Co wcale nie było rozwiązaniem – znaczyło jedynie, że stałaby się własnością innego mężczyzny. Pewnie jednak dałoby się znaleźć kogoś lepszego od Wibiusza.

– Niewątpliwie wielu mężczyzn potykałoby się o własne nogi, byleby tylko związać się z twoją rodziną.

– Możliwe, gdyby nie było powszechnie wiadome, że mój ojciec choruje. To byłby krótkotrwały związek.

– A ktoś, kto nie jest patrycjuszem?

Patrycjuszowskich rodów było zaledwie kilkaset, za to bogatych plebejuszów marzących o powiązaniu z wpływowym rodem – całe rzesze.

– Zachęta finansowa mogłaby…

– Dość, Teriano. Ta rozmowa sprawia, że czuję się jak klacz rozpłodowa. Porozmawiajmy o czymś innym. – Lidia zrobiła krótki gest i znikąd wyłoniła się służąca z tacą z winem i ze świeżymi owocami. – Opowiedz mi o swoich podróżach. Gdzie byliście? Co widzieliście? Jak się miewa twoja rodzina? Jak Przynęta?

Łatwiej jej było zmienić temat. Zasypywać Lidię opowieściami o wzburzonym morzu, wybrykach załogi w różnych portach i dowcipach, które w wolnej chwili robiła z Przynętą. Radosne opowieści. Zabawne opowieści. Cokolwiek, byle nie myśleć o beznadziejnej sytuacji jej najlepszej przyjaciółki. I bezradności, bo nic nie mogła na to poradzić.

W komnatach Lidii napiły się jeszcze wina, a Teriana przymierzyła połowę jedwabnych sukni przyjaciółki. Wszystkie były dobre sześć cali za długie i nie pasowały na umięśnioną Terianę. Obie dziewczyny śmiały się histerycznie, kiedy Teriana próbowała zmniejszyć różnicę wzrostu za pomocą pary butów na obcasach. Przeszły na balkon i usiadły na kanapie. Lidia zaplotła zdobione klejnotami warkoczyki Teriany w koronę na jej głowie, a w rozmowie przechodziły z języka na język, bo Lidia lubiła ćwiczyć. W końcu zwinęły się zwrócone do siebie na ogromnym łóżku. W otoczeniu zbyt wielu poduszek i odpowiedniej ciemności Teriana w końcu spytała:

– Boisz się?

Jedynymi odgłosami były bzyczenie owadów za oknem i cichy szum fal oceanu poniżej. Wreszcie Lidia szepnęła:

– Tak. Sądzę, że dzień po śmierci mojego ojca Wibiusz sprzeda mnie temu, kto da najwięcej. A jeśli nikt nie zapłaci, każe mnie zabić.

Serce Teriany wybijało szybki rytm w piersi, strach o przyjaciółkę sprawił, że wino w jej żołądku skwaśniało. Senator Waleriusz mógł przeżyć jeszcze rok, ale jeśli nie uda mu się znaleźć męża dla córki, jej los był przypieczętowany. Musiało istnieć inne wyjście. Miejsce, do którego Lidia mogłaby uciec poza zasięg Imperium. Miejsce, do którego mógł ją zabrać jedynie statek Maarinów.

„Wschód nie może się spotkać z Zachodem”.

Jedynym, co powstrzymywało rozprzestrzenianie się Imperium, były Bezkresne Morza i nieświadomość Senatu, że po drugiej stronie warto cokolwiek podbijać. Madoria była najbardziej łaskawym z Sześciorga, ale utrzymywanie obu półkul w niewiedzy o sobie nawzajem stanowiło jedno z najważniejszych przykazań. Gdyby Teriana je złamała, jej dusza mogłaby trafić do podziemi.

A jednak…

Wyobrażała sobie przyjaciółkę, której wszystkie cechy wyraźnie świadczyły, że urodziła się na Zachodzie i pochodziła z ludu wiernego bogom tak samo jak Maarinowie. Że Lidia należała do Sześciorga na równi z Terianą.

Co znaczyło…

Nim zdążyła to przemyśleć i stracić odwagę, spytała:

– A gdybyś odeszła? A gdybyś uciekła?

Zduszony śmiech.

– Dokąd? Nie ma miejsca, nad którym Senat nie panuje. Żadnego, w którym nie odnalazłyby mnie jego legiony.

– Jest.

Cisza.

– Gdzie?

Serce Teriany biło szybko, pod piersiami zbierał się pot. Ponieważ to było zakazane. „Zakazane, zakazane, zakazane”.

– Po drugiej stronie Bezkresnych Mórz.

– Co masz na myśli? Tam jest tylko woda.

– Jest cały inny świat.

Teriana usłyszała westchnienie Lidii. Dla Imperium wszystko, co znajdowało się za Bezkresnymi Morzami, było jedynie przypuszczeniami i mitem, morze zdawało się zbyt potężne i zdradzieckie, by ich okręty mogły potwierdzić teorię, że może tam być coś więcej. Choć próbowały.

Lidia szepnęła:

– Masz na myśli Mroczne Wybrzeża? Istnieją?

Teriana nie potrafiła się zmusić, by wypowiedzieć potwierdzenie, więc jedynie pokiwała głową. A później, modląc się, by nie miała powodu tego pożałować, oznajmiła:

– Jeśli uznasz, że chcesz odejść, albo jeśli kiedyś będziesz rozpaczliwie potrzebowała się ze mną skontaktować, tak to się robi.Rozdział 3 Marek

Marek wyciągnął przed siebie nogę i spojrzał z ukosa na karty w dłoni. Zdążył już zapomnieć, że w Celendrialu jest tak gorąco. Trzydziesty Siódmy Legion powrócił przed niewiele ponad tygodniem po siedmiu latach w obcych krajach, a Marek już był gotów znów wyruszyć. Miny przyjaciół świadczyły, że nie był w tym odosobniony. Ledwie wzeszło słońce, a Serwiusz i Feliks zdążyli się rozebrać do pasa i pocili się obficie.

Feliks rzucił karty na stół.

– Pasuję.

– Ja też. – Serwiusz odchylił się do tyłu i spojrzał na słońce. – Nigdy się nie spodziewałem, że zatęsknię za śniegiem, ale niech będę przeklęty, tak właśnie jest.

– Idź popływać. – Marek zgarnął monety ze stołu i wrzucił je do dość pękatej sakiewki.

– Nie ma mowy. – Serwiusz zrobił krzywą minę. – W wodach otaczających Celendrial jest pełno potworów.

– Po prostu zabierz ze sobą kogoś, kto pływa wolniej od ciebie. – Marek znów przekręcił się na zydlu. Bezczynność doprowadzała go do szaleństwa.

– Nie ma mowy. Wolę się pocić.

– Szkoda. – Feliks pomachał ręką przed nosem. – Śmierdzisz. Jestem zaskoczony, że smród twojego potu i pierdzenia nie wypalił mi włosów w nosie.

– Lepiej byś wyglądał, gdyby tak się stało, złocistoskóry dupku – odparł Serwiusz.

Marek już ich nie słuchał. Jego umysł skupiał się na innych kwestiach: dlaczego Senat wezwał ich z powrotem? Owszem, Chersome zostało podbite, jednak ich powrót wydawał się przedwczesny. Na wyspie było więcej przemocy i niepokojów niż we wszystkich pozostałych prowincjach razem wziętych. Nie istniało lepsze miejsce dla Trzydziestego Siódmego. A biorąc pod uwagę to, że nie dało się bardziej oddalić od Celendrialu, nie istniało lepsze miejsce dla niego.

Jego zamyślenie przerwał cichy głosik dochodzący zza pleców.

– Szukam Trzydziestego Siódmego Legionu.

Marek odwrócił się i zobaczył stojącego kilka kroków za nim młodziutkiego służącego. Chłopiec trzymał zapieczętowany zwój pergaminu i nerwowo przestępował z nogi na nogę.

– Trzydziestego Siódmego? – spytał Serwiusz. – A dlaczego spodziewasz się go tu znaleźć?

Chłopiec popatrywał na nich nerwowo, nie dosłyszał sarkazmu w głosie Serwiusza. Ta liczba była wszędzie. Wykuta w złocie na smoczym znaku legionu wbitym w ziemię w odleg­łości paru metrów. Haftowana na niezliczonych chorągwiach łopoczących na wietrze. Wytatuowana wielkimi czarnymi cyframi na piersiach wszystkich czterech tysięcy stu osiemnastu młodych mężczyzn odpoczywających w obozie. Chłopiec otworzył usta, ale zaraz znów je zamknął. Pergamin drżał w jego dłoniach.

Serwiusz się roześmiał, a ten dźwięk sprawił, że dzieciak aż się skulił.

– Zamknij się, Serwiuszu – powiedział Marek.

Posłaniec nie był głupi, tylko przerażony. I nie bez powodu. Zaokrąglone niebieskie tatuaże na jego czole świadczyły o tym, że pochodził z Chersome. Trzydziesty Siódmy spustoszył jego ojczyznę i zmusił jego rodaków do przymusowej służby. Ktokolwiek wybrał go, by dostarczył tę wiadomość, był albo skrajnym ignorantem, albo miał złośliwe poczucie humoru. Marek wstał.

– Jesteśmy Trzydziestym Siódmym.

Chłopiec cofnął się o krok.

– Do kogo jest ta wiadomość?

Pergamin zmiął się w uścisku służącego.

– Do legata Marka. Numer legionowy jeden pięć jeden dziewięć.

– Znalazłeś go. – Marek wyciągnął rękę po wiadomość, ale chłopiec przycisnął ją do piersi.

– Powiedziano mi, że mam poprosić o dowód. – Broda dzieciaka drżała.

Serwiusz błyskawicznie podniósł się na równe nogi i wyciągnął ręce do chłopca.

– Ty pozbawiony szacunku mały…

Marek machnął ręką, trafił przyjaciela w twarz i odepchnął go do tyłu.

– Siadaj.

Serwiusz usiadł.

Marek złapał za dekolt tuniki i ją zdjął. Odwrócił się, by pokazać numer wytatuowany na plecach, po czym spytał:

– Czy to wystarczający dowód?

Jedyną odpowiedzią było stłumione łkanie. Marek westchnął i znów włożył tunikę. Podszedł powoli do klęczącego chłopca i wydobył mokry od potu pergamin z jego uścisku.

– Idź i powiedz swojemu panu, że wykonałeś polecenie.

Dzieciak podniósł się niezgrabnie i pobiegł przez obóz.

– Arogancki gówniarz – wymamrotał Serwiusz przez szmatkę, którą przyciskał do twarzy. – Marku, chyba złamałeś mi nos.

Marek go zignorował. Oddalił się o kilka kroków od przyjaciół, rozwinął pergamin i przeczytał parę starannie spisanych linijek tekstu.

– Wpuszczą nas do miasta? – spytał Feliks.

– Nie. – Marek jeszcze raz przeczytał wiadomość i schował pergamin. – Nie pozwolą legionowi na swobodne wejście do Celendrialu.

– To niesprawiedliwe – burknął Serwiusz przez szmatkę. – Czterdziesty Pierwszy wpuścili.

– Czterdziesty Pierwszy to co innego – skwitował Feliks. – To tak, jakby wypuścili na ulicę legion małych kotków.

– Umiem mruczeć.

Marek uchylił się przed rozbryzgiem krwi i śliny, kiedy Serwiusz zademonstrował tę umiejętność, i ruszył w stronę swojego namiotu. W środku zdjął przepocone ubranie i gestem kazał służącemu przynieść czystą tunikę. Założył ją przez głowę i znów przeklął celendrialski upał, bo wełna przylepiła mu się do pleców. Amarin, sibalski służący Marka, właśnie zapinał sprzączki jego pancerza, gdy przyjaciele postanowili wejść za nim do środka.

– Spotkanie towarzyskie? – Feliks uniósł brew.

– Zostałem wezwany – mruknął Marek do swojego zastępcy.

– Przez Senat?

– Nie. – Podniósł gladius i przypasał go, a służący zapiął na jego ramionach czerwony płaszcz ze smokiem wyhaftowanym błyszczącą złotą nicią. – Ale przez senatora.

Na twarzy Feliksa po chwili pojawił się uśmiech.

– W takim razie odpowiedzi? Misja.

– Może.

– Coś cię zaswędziało?

– Mnie zawsze coś swędzi. – Serwiusz ze śmiechem podrapał się po tyłku.

Obaj go zignorowali.

Marka rzeczywiście coś zaswędziało, jak to nazywał Serwiusz. To uczucie, które wypełniało go przed bitwą albo zanim dostał zadanie. Tyle że coś wydawało się niewłaściwe. Dlaczego zostali wezwani z powrotem? Dlaczego biorąc pod uwagę ich reputację, Senat kazał im marnieć pod bezcenną stolicą? Dlaczego został wezwany nie po to, by stanąć przed obliczem Senatu, ale by spotkać się z jednym mężczyzną? I jak to świadczyło o tym mężczyźnie, że wysłał z wiadomością Chersomczyka? To było więcej niż swędzenie – bardziej przypominało próbę spania we włosiennicy.

– Powiesz nam kto?

– Człowiek, którego imię jest dziś rano na ustach wszystkich. – Marek podniósł swój czerwono-złoty hełm z pióropuszem i wcisnął go na głowę. – Lucjusz Kasjusz.Rozdział 4 Teriana

Świt już dawno minął, zanim Teriana wróciła do portu.

Pot przemoczył tył jej bluzki, kiedy przeciskała się między celendorskimi marynarzami pracującymi na nabrzeżu, a później wbiegła po trapie. Rozglądała się po pokładzie za matką, której – Sześciorgu niech będą dzięki – nigdzie nie zauważyła.

– Nie mogłaś się wydobyć z puchowego łoża?

Ciotka Yedda siedziała i popijała parujący płyn z kubka. Jej jasnobrązowa skóra, którą zawdzięczała mudamorskiemu ojcu, ostro kontrastowała z żółtą bluzką. Poza śladami siwizny w warkoczach nie było po niej widać upływu czasu. Błękit pogodnych oczu Yeddy falował łagodnie, odzwierciedlając jej nastrój w odcieniach morza – podobnie jak się to działo u wszystkich, którzy mieli w żyłach choć kroplę krwi Maarinów. Celendorscy uczeni w tych swoich eleganckich kole­giach wierzyli, że oczy Maarinów przypominają skórę kameleona, ale jej lud wiedział, że to znak, iż Madoria uważa ich za swoich.

– Przepraszam. Rozmawiałyśmy do późna.

– Jak się czuje Lidia?

Na twarzy Teriany pojawił się grymas. Gdyby miała powiedzieć prawdę, wolałaby, by nikt nie podsłuchał tej rozmowy, a większość załogi kręciła się po pokładzie. Spojrzenia mieli zaspane, ale ich dłonie poruszały się zręcznie, wykonując wszystkie czynności niezbędne do wyjścia w morze. Terianę bolała głowa od wina wypitego poprzedniej nocy i nie umiała do końca stwierdzić, czy to trunek skłonił ją do opowiedzenia Lidii o Zachodzie, czy też sprawiła to prawdziwa rozpaczliwa potrzeba przyjaciółki. Kiedy bowiem zaczęła już mówić, zupełnie jakby otworzyły się wrota i kolejne tajemnice opuszczały jej usta, by wpaść w uszy Lidii, aż nad ranem obie zasnęły.

I trudno jej było nie czuć przerażenia na myśl o tym, co zrobiła. „Wschód nie może się spotkać z Zachodem” było mantrą, którą powtarzano jej od dzieciństwa, i nigdy nie słyszała, by ktoś z jej ludu złamał przykazanie Madorii dotyczące zachowania obu półkul Reath w niewiedzy o sobie nawzajem. Teriana nie była nawet pewna, jakie byłyby konsekwencje, gdyby ktokolwiek dowiedział się, co zrobiła…

Dochodzące od strony miasta donośne okrzyki i dudnienie w bębny wyrwały ją z zamyślenia. Wszyscy odwrócili się, by rzucić okiem na targowisko w poszukiwaniu źródła zamieszania. Wkrótce w ich polu widzenia pojawiła się grupa mężczyzn machająca rękami i wykrzykująca coś niezrozumiałego. Naraz dostrzegli drugą grupę, zachowującą się w bardzo podobny sposób, obie zatrzymały się zwrócone do siebie, w odległości kilkunastu kroków. Dołączali do nich kolejni ludzie i robił się coraz większy hałas.

I tak działo się w całym Celendrialu.

W mieście zaczęły się protesty, plebejusze wychodzili na balkony i ulice, dołączając swoje głosy. A istniała tylko jedna rzecz, która potrafiła tak bardzo poruszyć Celendorczyków – polityka.

Dwójka członków załogi Quincense, która spędziła noc poza statkiem, szła pospiesznie w jego stronę.

– Co się dzieje? – spytała ciotka Yedda.

– Lucjusz Kasjusz ogłosił, że będzie się ubiegać o urząd konsula – odparł jeden z nich.

Pot na plecach Teriany zrobił się zimny i poczuła, że znalazła się zbyt blisko paskudnej sytuacji.

– Kasjusz był wczoraj wieczorem w domu Lidii. – Nie zwracała się do nikogo szczególnego. – Spotkał się z jej ojcem.

Yedda zmarszczyła czoło, a jej liczne warkoczyki zakołysały się, kiedy znów spojrzała w stronę miasta. Ale to Tesya, która podeszła do nich bezszelestnie, odezwała się jako pierwsza:

– Musimy wypłynąć. Czy wszyscy są na pokładzie?

Yedda potrząsnęła głową.

– To może potrwać jeszcze kilka godzin.

– A niech to. – Tesya uderzyła pięścią w reling. – Nie zdążymy na odpływ. – Mięśnie jej szczęki napięły się, naciągając ciemną skórę. W końcu powiedziała: – Nikt nie opuszcza statku. Dziś z pewnością będą zamieszki, a ja nie chcę, by ktoś z mojej załogi wpakował się w tarapaty. – Odwróciła się i ruszyła w stronę swojej kajuty.

Teriana poszła za nią.

Tesya obmyła się w misce, a Teriana czekała, aż matka skończy i zawiąże szal powstrzymujący grube czarne włosy przed wpadaniem do oczu. Nie ukryło to jej zapuchniętych powiek, a na widok sterty ksiąg rachunkowych na biurku Teriana stwierdziła, że matka pracowała przez całą noc.

– Dobrze się wczoraj bawiłaś?

Pytanie sprawiło, że Teriana aż podskoczyła.

– Tak. Miło było się z nią spotkać. Ale…

– Ale? – Matka odwróciła się od lustra.

– Martwię się o nią.

Z nadzieją, że ciemniejszy odcień oczu matki wynikał z troski o Lidię, Teriana wyjaśniła sytuację.

– A czego się spodziewałaś? – spytała matka, gdy Teriana skończyła opowieść. – Celendorczycy to tępaki, a Waleriusz, choć jest lepszy od większości, to jedynie przez porównanie. Myśl o wydaniu Lidii za plebejusza nawet nie przyszła mu do głowy… Patrycjusze pilnują swojego pochodzenia tak samo pilnie, jak Gamdeshowie rodowodu swoich psów myśliwskich, chociaż to ostatnie przynajmniej ma jakiś cel. I dlatego senatora Waleriusza będzie kosztowało fortunę, by ktokolwiek przestał zwracać uwagę na białą jak płatki lilii skórę dziewczyny. Ona nie ma w żyłach kropli celendorskiej krwi.

Ani kropli wschodniej krwi zdaniem Teriany, ale nie wypowiedziała tych słów na głos. Zamiast tego, choć znała odpowiedź, spytała:

– Czy możemy zabrać ją ze sobą?

– Nie.

– Ale…

– Powiedziałam, że nie. Sądzisz, że jej ojciec nie podejrzewałby, że to my ją zabraliśmy? A jak myślisz, jakie miałoby to konsekwencje dla tego statku i jego załogi? Dla wszystkich ­Maarinów, gdyby wyszło na jaw, że wykradliśmy córkę senatora? Mielibyśmy na karku marynarkę i legionistów czekających na nas w każdym porcie.

– Popłynęlibyśmy na zachód – sprzeciwiła się Teriana. – Tam byłaby bezpieczna.

Matka coś mruknęła.

– To zaszkodziłoby relacjom Imperium i Maarinów. A wielu z nich czerpie dochody z portów po tej stronie Reath. Zniszczyłabyś życie niezliczonych ludzi dla jednej dziewczyny?

– Jesteś…

– Odpowiedź brzmi „nie”, Teriano. Żal mi Lidii, ale nic nie możemy dla niej zrobić.

I w ten sposób rozmowa się skończyła.

Teriana otworzyła drzwi tak gwałtownie, że uderzyły o ścianę, wypadła z powrotem na pokład i pospieszyła do relingu, by popatrzeć na statki zakotwiczone dalej wzdłuż nabrzeża, bo dzięki temu nikt nie widział jej łez.

Słońce już wzeszło. Było gorąco, miała kaca i dała swojej najlepszej przyjaciółce fałszywą nadzieję. Ocierając łzy z policzków, dostrzegła poruszenie pod powierzchnią morza i przez jedno uderzenie serca zastanawiała się, dlaczego Magnius odważył się zmierzyć z brudną wodą w porcie, kiedy jego głos odbił się echem w jej głowie: „Lidia potrzebuje pomocy”.

Minęła chwila, nim zarejestrowała jego słowa, a później kolejna, nim dotarło do niej, że Lidia zaryzykowała przeprowadzenie rytuału przywołującego Magniusa, a następnie jeszcze jedna, nim w jej głowie pojawiło się pytanie, co mogło ją do tego skłonić.

– Lepiej, żeby to nie był eksperyment, Lidio – mruknęła Teriana pod nosem i odwróciła się.

Cała załoga się na nią gapiła. Teriana poczuła ściskanie w żołądku, kiedy uświadomiła sobie, że Magnius odezwał się nie tylko w jej umyśle. Przemówił do wszystkich.

Drzwi kajuty kapitana otworzyły się z taką siłą, że szkło aż popękało, i na zewnątrz wypadła matka Teriany.

– Ty idiotko! – wrzasnęła. – Coś ty narobiła?! Co ty sobie myślałaś?!

Teriana otworzyła usta, ale zaraz je zamknęła – zużyła argumenty, które matki i tak nie obchodziły. Tesya ruszyła w jej stronę, rozpinając pas, a jej gniewna tyrada była jedynie szumem w uszach Teriany. Ciotka Yedda próbowała stanąć Tesyi na drodze, ale kobieta odepchnęła ją na bok.

– Odwróć się – poleciła.

To nie złość w głosie matki sprawiła, że Teriana wypełniła polecenie, ale strach w jej oczach. Ignorując śmiechy i gwizdy z sąsiednich statków, Teriana oparła czoło o reling i przygotowała się na uderzenie pasa, kiedy w całe zamieszanie wbił się głos Magniusa: „Pozwól jej pójść do dziewczyny”.

Szyderstwa na pobliskich statkach trwały dalej, ale na Quin­cense wszyscy zamilkli w oczekiwaniu na reakcję swojej kapitan.

– Idź. Idź. – Głos matki drżał, a Teriana unikała spojrzenia jej w oczy, kiedy się prostowała.

– Nie przedostanie się sama przez miasto.

Spokojny ton Yeddy nie uspokoił gorączkowego bicia serca Teriany.

– Tam jest niebezpiecznie.

Tesya przeniosła wzrok na Celendrial.

– Przynęto, weź jedną z łodzi i zabierz ją do Wzgórza.

– Obserwują nas – zauważyła Yedda. – Magister pomyśli, że przewozimy przemycane towary.

– W takim razie odwróćcie jego uwagę! – krzyknęła Tesya. Stanęła tyłem do załogi i rozmasowała skronie, ale Teriana zobaczyła ślad łez w jej oczach. – Zajmij się tym, Magniusie.

Strażnik Quincense nie odpowiedział, a w każdym razie Teriana tego nie usłyszała. Ale Przynęta zaczął opuszczać jedną z długich łodzi, z twarzą nietypowo pozbawioną uczuć. Zamiast mu pomóc, powiedziała:

– Mamo, ja…

– Idź, Teriano.

Niepewność zatrzymała ją w miejscu. W życiu niezliczone razy doprowadziła matkę do szału i musiała znosić różnorakie kary. Ale nie w taki sposób. Nigdy w taki sposób.

– Porozmawiam z nią – mruknęła ciotka Yedda. – Ty zajmij się Lidią.

Odejście nie wydawało się właściwe, ale pozostanie było jeszcze gorszym rozwiązaniem. Jej wnętrzności podgryzała niepewność, jak przerośnięte okrętowe szczury. Co się stało z Lidią? Czy ktoś zrobił jej krzywdę? Ale jeszcze gorsze było pytanie, co Teriana mogłaby zrobić, by jej pomóc.

„Zabierz książkę”. Głos Magniusa wypełnił jej myśli razem z wizją tomu, który doskonale znała – który w takiej lub innej formie doskonale znał każdy pochodzący z Zachodu.

„Oszalałeś? – odpowiedziała w myślach. – Jeśli dam jej tę książkę, czy może wyjść z tego coś dobrego?”

„Istnieje tyle ścieżek, ilu wędrowców”.

Typowa tajemnicza odpowiedź, ale Teriana wiedziała z doświadczenia, że innej nie dostanie.

– W porządku – bąknęła i pospieszyła do kajuty po wspomniany tom. – Równie dobrze mogę wpaść z deszczu pod rynnę.

Przynęta już opuścił łódkę, a Teriana ześlizgnęła się po drabince, żeby do niego dołączyć.

– Wiosłujesz? – spytała.

Pokiwał głową, ale jego spojrzenie było nieobecne, patrzył, ale nie widział – wiedziała, że jest pogrążony w rozmowie z Magniusem.

– Musimy tylko zaczekać…

Cokolwiek powiedział dalej, zagłuszyły to okrzyki przerażenia, gdy w całym porcie zapanował chaos.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: