Mroczny wymiar. Trylogia mistrza magii. Tom 1 - ebook
Mroczny wymiar. Trylogia mistrza magii. Tom 1 - ebook
Nimfa, która musi wykonać zadanie. Demon, który nie chce zabijać.
Clio jest nimfą żyjącą wśród ludzi. Nie może wrócić do rodzinnego królestwa, póki unosi się nad nim widmo wojny. Pewnego dnia pojawia się jednak szansa na powrót do Nadziemia i niewidzianej dawno rodziny.
Aby znów znaleźć się w swoim świecie, Clio powinna najpierw wykonać bardzo trudne zadanie. Musi wyruszyć w podróż do Podziemia i wykorzystać swe niezwykłe umiejętności, żeby wykraść śmiercionośne zaklęcie, które uratuje jej kraj przed zagładą.
Lira jest mistrzem magii, to on konstruuje najlepsze zaklęcia w Podziemiu i jemu przypada w udziale oprowadzenie nowej kontrahentki oraz sfinalizowanie transakcji. To jego nimfa będzie musiała oszukać, by wykraść potrzebne zaklęcia. Jednak jej idealny plan zaczyna się sypać, ponieważ mistrz jest bardzo niebezpieczny i niespotykanie piękny. Oprócz tego jego mocną bronią jest zdolność uwodzenia.
| Kategoria: | Young Adult |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-66815-26-1 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Pięć.
Nieopodal rozlegały się ciche głosy; rozmawiający byli ukryci za przypadkowo porozstawianymi regałami. Deszcz bębnił o szybę w niewielkim oknie wystawowym sklepu. Clio spacerowała pomiędzy półkami i przyglądała się towarom.
Cztery.
Przed oszkloną gablotą, zamkniętą na klucz, by chronić jej cenną zawartość, stał mężczyzna, ukryty pod kapturem czarnej bluzy. Ona przecisnęła się obok niego i zatrzymała przed ekspozycją delikatnych naszyjników i wisiorków.
Trzy.
Kilka kroków od niej ciasna alejka sklepowa przechodziła w otwartą przestrzeń z wysokim kontuarem, o który opierał się niedbale właściciel. Oświetlała go bucząca fluorescencyjna żarówka. Obserwował bacznie swoje małe królestwo, popatrując na każdego z klientów po kolei, jakby szykował się do rzucenia oskarżeń o kradzież.
Dwa.
Rozumiała doskonale jego nieufność. Koleś w kapturze, wgapiający się zaciekle w ekspozycję najdroższych towarów w sklepie, nie był wcale najbardziej podejrzanym klientem sklepu. Ciemność i deszcz nagoniły znacznie więcej klientów, niż można się było spodziewać we wtorkowy wieczór.
Jeden.
Gestem dłoni wysunęła zegarek spod rąbka rękawa dzianego bordowego swetra. Była dokładnie dwudziesta druga.
Dzwonek nad drzwiami zasygnalizował wizytę kolejnej osoby. Uśmiechnęła się – zdążył na czas.
W przeciwieństwie do sześciu pozostałych klientów ten nie zawracał sobie głowy ukrywaniem twarzy. Zaplecione w warkocz ciemnoblond włosy miał wsunięte za kołnierz długiego czarnego płaszcza, co podkreślało jego ostre kości policzkowe i zielono-żółte oczy, znacznie jaśniejsze niż u jakiegokolwiek człowieka – co zresztą nie było dziwne, gdyż żaden z pozostałych klientów nie był człowiekiem. Nowo przybyły podszedł prosto do lady i przywitał się z właścicielem, tak samo jak dokładnie tydzień temu o tej samej porze. I dwa tygodnie wcześniej. Zaczynały jej się kończyć przebrania, jednak to nie miało znaczenia – miała ostatnią szansę na zdobycie tego, czego potrzebowała.
Ostentacyjnie przyglądając się naszyjnikom, wybrała dwa najtańsze i sprawdziła metki z ceną. Nowy klient wymienił z właścicielem kilka zdań, których nie była w stanie usłyszeć, po czym sprzedawca zniknął za kotarą w wejściu na zaplecze. Przybysz w tym czasie oparł się o ladę i ze zniecierpliwieniem postukiwał w nią palcami.
Kiedy przesunął po niej obojętnym spojrzeniem, Clio odeszła kawałek dalej i jakby nigdy nic sięgnęła po kolejny tandetny naszyjnik do kolekcji trzymanej w dłoni. Nie obchodziło jej za bardzo, czy zostanie zauważona – jej strój, składający się ze swetra, legginsów, wysokich do kolan kozaków i za dużej czapki, stanowił dobre maskowanie. Nie wyróżniała się na tle typowych klientów, których przyciągał ten sklep. Przyciemnione wnętrze i półki poupychane w każdym kącie sprawiały, że było to miejsce idealne dla tych, którzy nie mogli ot tak nabyć magicznych ingrediencji i przedmiotów w lokalnym monopolowym.
No i byli też klienci tacy jak ten przy kontuarze, którzy przychodzili tu po magię wykonywaną na zamówienie.
Odeszła kolejny krok od lady. Będzie musiała do niej powrócić, gdy właściciel zjawi się z powrotem, ale nie było sensu ryzykować, że ktoś ją zauważy wcześniej.
Stojący nieopodal mężczyzna w kapturze w zamyśleniu postukiwał paznokciem o szkło. Zmierzyła go spojrzeniem wyrażającym irytację. Stał zgarbiony, jedną dłoń trzymał w kieszeni spodni. Jeśli nadal będzie tak sterczał w tym samym miejscu, zwłaszcza przed ekspozycją najdroższych produktów w sklepie, zwróci na siebie czyjąś uwagę, a ona nie chciała, żeby przy okazji zauważono i ją.
Odłożyła naszyjnik i odkaszlnęła cicho w nadziei, że odstraszy go, zanim spróbuje otworzyć gablotę. W takim miejscu jak to na pewno chroniły ją czary, które sprawiały, że każdy złodziej pożałowałby próby włamania. Tylko idiota by się na to porwał… Ale też świat jest pełen idiotów.
Mężczyzna spojrzał na nią. Ujrzała jego twarz i błyszczące bursztynowe oczy.
Serce podeszło jej do gardła tak wysoko, że niemal się nim udławiła. Zmusiła się, by odwrócić wzrok, i zaczerpnęła głęboki oddech.
Tego nie przewidziała.
To był najprzystojniejszy mężczyzna, na jakiego patrzyła w życiu.
Potrząsnęła głową. Okej, był ciachem, ale co z tego? To niczego nie zmieniało. Jej cel – facet stojący przy kontuarze – skubał luźną nitkę przy rękawie i przyglądał się innym klientom. Pan Piękniś powrócił do studiowania w skupieniu gabloty, nadal postukując o nią palcem. Z jego głowy nieco zsunął się kaptur, odsłaniając kawałek obdarzonej silną szczęką twarzy.
Wydęła usta. Bursztynowe oczy… Bursztyn był niemal jak złoto. A ona doskonale wiedziała, co miało złote oczy i sprawiało, że kobiety wariowały.
Inkuby.
Mistrzowie uwodzenia, bogowie pożądania. Nieludzko piękne, nieskazitelne, zmysłowe. Postrach szanujących się kobiet na całym świecie. Pokiwała głową, rozluźniając się. Nie miała się czego wstydzić. Nic dziwnego, że ją tak zaskoczył. I nie musiała się też martwić, że narobi problemów. Inkuby były popychadłami.
Tak w każdym razie słyszała, choć nie spędzała za wiele czasu na pogaduszkach z mieszkańcami Podziemia. W zasadzie starała się ich unikać. To wiele ułatwiało, a ona lubiła łatwe życie. A już na pewno nie miała zamiaru gapić się na to bożyszcze seksu stojące nieopodal…
Jednak inkub nadal postukiwał palcem o szkło, co przyciągało jej uwagę.
Nagłe poruszenie przy ladzie sprowadziło ją na ziemię. Właściciel wrócił z zaplecza z jakimś długim przedmiotem zapakowanym w brązowy papier. Nabywca zwrócił się ku niemu z rekinim uśmiechem i zaczął rozpakowywać swoje zamówienie.
Oto nadszedł ten moment. Odłożyła naszyjniki na półkę i ruszyła ku ladzie, przesunąwszy dłonią przed oczami, by skupić swój drugi wzrok.
Wszędzie naokoło panował blask – wijące się, zmieniające wzory tworzone przez czary, które wypełniały sklep. Skupiła się jednak na mężczyźnie przed nią i na jego zamówieniu.
Otaczała go żółto-zielona aura – jego urok, magia ukrywająca prawdziwą tożsamość. Widziała błysk zaczarowanych broni poukrywanych pod jego ubraniem. Przedramiona miał poznaczone zielonymi symbolami, które rozpoznała jako zaklęcia obronne przed magicznymi atakami. Był dobrze uzbrojony, tak jak się tego spodziewała.
Ona jednak nie przyszła tu, by rozbierać jego magiczne właściwości na części pierwsze. Skupiła się na obiekcie, który właśnie skończył rozpakowywać. Skomplikowane czerwone runy unosiły się w powietrzu nad przedmiotem. Zbliżyła się z zamiarem przejścia tuż obok, jakby nigdy nic, w drodze do wyjścia. Potrzebowała tylko rzutu okiem…
Za jej plecami rozległ się trzask, po którym nastąpiło ciche pyknięcie. Obejrzała się odruchowo przez ramię; jej magiczne spojrzenie spoczęło na inkubie.
Z niedowierzania opadła jej szczęka.
Gość przy ladzie był dobrze uzbrojony, ale inkub… Był po prostu chodzącym magicznym arsenałem.
Jego ciało pokrywały złote zawijasy, tak jasne, że niemal go zasłaniały. Zaklęcia oplatały jego nadgarstki i ramiona, wiły się wokół szyi, otaczały biodra i jaśniały nawet wokół kostek. Miał na sobie wystarczająco dużo magii, by wysadzić w powietrze cały budynek.
Te zaklęcia… Jej niedowierzanie przerodziło się w zimny lęk.
Nie rozpoznała żadnego z czarów, które dostrzegła. Ani jednego. Znała wszystkie podstawowe runy obronne i ofensywne, jak również sporo bardziej zaawansowanych. Nie była jednak w stanie odczytać żadnego z jego zaklęć bez przyjrzenia im się znacznie dokładniej. Tak samo jak czerwonych run, które kupujący…
Cholera, kupujący!
Odwróciła się błyskawicznie, dokładnie w momencie, gdy nieznajomy kończył owijać przedmiot z powrotem w papier. Uścisnął dłoń sprzedawcy. Starszy mężczyzna wyszedł zza lady, by odprowadzić klienta do drzwi. Clio mogła tylko przypatrywać się bezradnie, jak mężczyzna odchodzi. Straciła jedyną szansę obejrzenia czerwonych run.
Zacisnęła zęby, by nie zakląć w głos. Przegapiła okazję, bo zagapiła się na tego cholernego inkuba, zamiast myśleć o tym, co robi.
Jeden z klientów zawołał sprzedawcę. Clio odwróciła się od lady i zamrugała, przywołując zwykły wzrok. Uzbrojony po zęby inkub nadal stał w tym samym miejscu. Drzwiczki do gabloty były otwarte.
Clio z niedowierzaniem rozwarła szeroko powieki. Co się stało z chroniącymi gablotę czarami, które winny być powiązane z wolą sprzedawcy, nie dopuszczając nikogo innego do jej otwarcia?
Inkub jakby nigdy nic przebierał w buteleczkach i fiolkach, ignorując zupełnie błyszczące diamenty i inne kamienie szlachetne. Wyjął niewielką fiolkę i uniósł ją do światła. Jej zawartość połyskiwała jak płynne srebro z drobinkami diamentu.
Odwrócił wzrok od flaszeczki i spojrzał na Clio.
Zesztywniała, zaciskając szczękę i mrużąc wrogo oczy, choć jej serce zabiło żywiej pod wpływem jego spojrzenia. Teraz wiedziała już, skąd wziął te wszystkie rzadkie, bezcenne zaklęcia. Był złodziejem. I właśnie kradł kolejny drogi obiekt, rozpraszając jej uwagę, tak że nie mogła się skupić na swoich zadaniach.
Uniósł brwi i spojrzał jej w oczy. Nie poruszył się – najwyraźniej czekał, co teraz zrobi Clio, gdy przyłapała go na gorącym uczynku. Czy zauważył, jak wcześniej przyglądała się jego arsenałowi magii? Raczej nie. Jej zdolność widzenia magii była rzadka, a on na pewno nic nie podejrzewał, tak przyzwyczajony do tego, że kobiety się na niego gapią. Mając taką twarz, zapewne regularnie powodował wypadki drogowe samą swoją obecnością.
Ponieważ nie zaczęła krzyczeć, uśmiechnął się lekko, co spowodowało, że nieco zmiękły jej kolana. Opuścił fiolkę. Clio spodziewała się, że ukryje ją pod ubraniem, jednak zamiast tego inkub wypuścił ją z rąk.
Naczynie roztrzaskało się na podłodze, ale odgłos pękającego szkła zagłuszył dzwonek nad drzwiami, które otworzyły się w tym samym momencie. Clio zamrugała, wpatrując się w srebrną kałużę na brudnych płytkach podłogowych. Inkub wsunął dłonie do kieszeni i wzruszył ramionami. Czy upuścił fiolkę specjalnie, czy po prostu wyśliznęła mu się z dłoni?
Za jej plecami rozległy się ciężkie kroki, ktoś złapał ją za ramię. Pchnięto ją brutalnie na ekspozycję naszyjników. Czapka na jej głowie się przekrzywiła, a blond włosy rozsypały i opadły poniżej łokci.
Mężczyzna, który ją popchnął, stanął przed inkubem. Za nim był drugi nieznajomy. Obaj mieli na sobie ciemne kurtki z kapturami zarzuconymi na głowy.
– No więc? – zapytał szorstko pierwszy. – Znalazłeś?
Clio wyprostowała się, pocierając ucho. Nigdy nie przypuszczała, że męski głos może brzmieć tak… dobrze. Nawet przemawiając w złości, facet brzmiał, jakby potrafił rozebrać kobietę samymi słowami.
– Nie – odparł inkub. – Nic.
Clio poprawiła starannie swoją workowatą czapkę. Wydawało się to niemożliwe, ale głos inkuba był jeszcze seksowniejszy!
– Dulcet był pewien, że w tym sklepie to mają – wymamrotał drugi z przybyszów, znacznie spokojniejszy niż jego kolega i również obdarzony anielskim głosem.
Ten niecierpliwy uniósł dłonie w geście irytacji.
– Jak to możliwe, że w całym mieście nie ma rtęci?!
Rtęci? Czy błyszcząca kałuża na ziemi nie wyglądała nieco jak stopiony metal?
Inkub wzruszył ramionami.
– Nie wyczaruję ci jej z powietrza.
Mężczyzna otaksował inkuba wzrokiem, po czym spokojnym gestem chwycił go za przód bluzy i pchnął na gablotę. W zetknięciu z głową inkuba na szybie pojawiła się pajęczyna pęknięć.
– Mamy jeszcze czas zajrzeć w jedno miejsce – wymamrotał towarzysz agresora.
– Idziemy.
Obracając się, wdepnął w kałużę srebrnej substancji i zachwiał się. W tym momencie Clio ruszyła. Sama nie wiedziała, co ją do tego skłoniło. Może to, jak popchnął niestawiającego oporu inkuba? Może nagła świadomość, że inkub rozbił fiolkę, by pokrzyżować zamiary tego dupka? A może lęk, co by się stało, gdyby rzeczony dupek odkrył, że to, na czym się pośliznął, faktycznie było rtęcią?
– Przepraszam – odezwała się, maszerując przed siebie agresywnie. Wszyscy trzej mężczyźni spojrzeli na nią, na co stanęła jak wryta.
Byli do siebie podobni jak trzy krople wody. Mieli te same ciosane szczęki, zmysłowe usta i niesamowite bursztynowe oczy.
To nagromadzenie męskiego uroku spowodowało krótkie spięcie w jej mózgu. Zamiast ich wyminąć, potknęła się. I weszła prosto w kałużę na podłodze. Tę samą, którą chciała przed nimi ukryć. Poleciała twarzą naprzód i wpadła prosto na pierś pierwszego inkuba. Chwyciła się jego bluzy. Inkub objął ją ramieniem i mocno przycisnął do siebie.
Jej twarz była wciśnięta w jego ramię, całym ciałem przylegała do jego ciała, a serce biło jej tak mocno, że bała się, iż połamie jej żebra. Nozdrza Clio wypełnił rozkoszny zapach egzotycznych przypraw z nutą wiśni.
– Laski same się na ciebie rzucają, dosłownie – skomentował ten agresywny głosem wręcz ociekającym zniesmaczeniem. – Wynosimy się stąd.
Dwaj mężczyźni ruszyli ku wyjściu, zostawiając ją w objęciach tego pierwszego.
– Nie stój tak! – zawołał jeden z nich. – Rusz się!
Zabrzęczał dzwonek, a drzwi zatrzasnęły się głośno. Clio nadal stała jak wmurowana, tuląc się nieprzyzwoicie do zupełnie obcego mężczyzny, zamroczona, jakby sam jego dotyk miał narkotyczne działanie. Kaptur zsunął mu się z głowy, odsłaniając potargane blond włosy, tak jasne, że niemal białe. Uderzająco kontrastowały z jego opaloną na miodowo skórą. Im dłużej na niego patrzyła, tym robił się atrakcyjniejszy.
Musiała wziąć się w garść! To tylko mężczyzna. Szalenie atrakcyjny mężczyzna. Powinna się od niego odkleić, zanim zacznie sobie za dużo wyobrażać. Jego ramię oplecione wokół jej kibici napięło się, po czym przesunął dłoń na jej biodro – a następnie na pośladki.
Wszystkie słodkie, cudowne uczucia opuściły ją jak ręką odjął. Odskoczyła od niego.
– Co, do cholery?! – warknęła.
Uniósł brwi i uśmiechnął się z udawaną skruchą. Zanim się zorientowała, przysunął się do niej ponownie. Przesunął delikatnie palcami po jej policzku i zbliżył wargi do jej ucha.
– Dzięki – wyszeptał, po czym odszedł, ocierając się o nią. Clio wpatrywała się w jego plecy, gdy zbliżał się do drzwi i je otwierał. Była oszołomiona.
Inkub nasunął kaptur na głowę i odwrócił się, po raz ostatni patrząc jej w oczy. Uśmiechnął się szelmowsko, a jej żołądek wywinął fikołka.
Gdy drzwi zamknęły się za nim, zamrugała kilkakrotnie, po czym przycisnęła dłonie do twarzy. Czuła, że policzki jej płoną. Jasna cholera. Nadal czuła jego ciepłe usta przy swoim uchu. „Dzięki”. Za co on jej dziękował?
Potrząsnęła głową, wypuściła głośno powietrze i ponownie poprawiła czapkę. Straciła szansę, spaliła przykrywkę, zrobiła z siebie pośmiewisko i dała się obmacać inkubowi. Nie najlepszy wynik. Czy mogło być gorzej?
– Co do…
Obróciła się na pięcie. Na drugim końcu alejki stał rosłej postury sprzedawca. Wpatrywał się wściekłym wzrokiem w otwarte drzwiczki gabloty i srebrną kałużę na podłodze. Na czoło wystąpiły mu żyły.
– Dziewczyno! – ryknął.
Okej, a więc mogło być gorzej.Dwa
– Czy Bastian lubi zieloną fasolkę? – Clio przygryzła wargę, przyglądając się koszom z warzywami. – Nie pamiętam, czy ostatnio jadł.
– Ostatnio to on nie zjadł niemal nic.
Clio momentalnie się zasmuciła i ku rozczarowaniu sprzedawcy odeszła od stoiska. Było wczesne popołudnie, słońce rzucało złoty blask na zatłoczony rynek. Clio zwróciła wzrok na swoją towarzyszkę.
– Nie wiem, czym ty w ogóle zawracasz sobie głowę – kontynuowała Kassia, zarzucając na plecy długi koński ogon płomiennorudych włosów. – On nie je prawie nic, co ugotujesz.
Clio obciągnęła rąbek zielonego swetra, który miała na sobie. Cienki materiał nie chronił najlepiej przed chłodnym jesiennym wietrzykiem.
– Czy ja jestem złą kucharką? Powiedz szczerze.
– Zawsze jestem wobec ciebie szczera – odpowiedziała poważnym tonem Kassia. – Z twoim gotowaniem wszystko w porządku. Bastian to po prostu nadęty arystokrata, który nie chce kalać ust jedzeniem dla pospólstwa.
– Nie przesadzaj, on nie jest taki zły. – Clio skręciła ku stoisku rzeźnika na skraju rynku. – Zawsze chwali moje potrawy.
– Ale ich nie je.
Clio westchnęła i ponownie spojrzała na Kassię. Towarzyszka była od niej nieco wyższa i stanowiła uosobienie gracji. Miała szczupłe nogi, krągłe biodra i elegancką posturę; mogła uchodzić za arystokratkę, gdyby nie tatuaże wijące się od wierzchów jej dłoni aż do ramion. Miała na sobie bluzkę bez rękawów i dopasowane dżinsy, noszone tak często, że zaczęły się już przecierać na kolanach.
Clio miała dłuższe włosy, które opadały falami na jej plecy, ale w porównaniu z wytatuowaną koleżanką jej prosty strój, złożony ze swetra, czarnych legginsów i botków do kostki, nie robił żadnego wrażenia. Biorąc jednak pod uwagę to, że pozostanie niedostrzeżoną było jednym z jej życiowych celów, nie miała z tym problemu.
– Bastian… jest nawykły do innego stylu życia. W końcu to książę koronny.
Kassia wzruszyła ramionami. Niełatwo było jej zaimponować.
– Tak czy inaczej nie przekupisz go kolacją.
Podchodząc do stoiska rzeźnika, Clio rzuciła okiem na ceny i skrzywiła się. Kurczak był w zasięgu jej budżetu, ale już wieprzowina okazała się zdecydowanie za droga, a na wołowinę mogli sobie pozwolić jedynie najbogatsi. Słyszała gdzieś, że dawniej wołowina była tak pospolita, że ludzie jedli ją codziennie. Trudno było jej to sobie wyobrazić.
Wskazała palcem na opakowanie tłustych wieprzowych żeberek.
– Nawet tym?
– Nawet. Tylko stracisz pieniądze.
Clio jęknęła.
– To jak mam go obłaskawić, zanim mu powiem…
– Że zawaliłaś robotę? – dokończyła za nią Kassia. – Czy że sprzedawca cię złapał i musiałaś uciekać, i nie możesz się tam już więcej pokazać?
Clio ponownie jęknęła.
– A może… – ciągnęła Kassia – …że to wszystko z powodu jakiegoś inkuba?
– Ech… – Clio opadły ręce. – Nie wiem, jak mu to wyjaśnię.
– Zawsze możesz wyznać, że zapomniałaś o całym świecie, kiedy ten inkub cię zmacał.
– Po co ja ci w ogóle o tym powiedziałam?
Kassia z poważnym wyrazem twarzy obrzuciła wzrokiem całe kurczaki do wyboru.
– Powinnaś była złamać mu nos.
Złamanie tak idealnego nosa byłoby zbrodnią, ale Clio nie miała zamiaru mówić tego na głos.
– Zróbmy pieczonego kurczaka i ziemniaki. Masz rację, Bastian i tak nie tknie jedzenia, więc możemy równie dobrze ugotować coś, co my lubimy.
Kassia wybrała kurczaka i zapłaciła rzeźnikowi, po czym obie powróciły do stoisk na zewnątrz. Tak samo jak sprzedawca w sklepie z magią, tak i sprzedający na rynku obserwowali swoich klientów z mieszaniną chciwości i podejrzliwości. Kupujący poruszali się pomiędzy stoiskami, nie zwracając uwagi na innych, śpiesząc się z zakupami, by jak najszybciej wrócić do domów. Zapewne nawet by tutaj nie trafili, gdyby nie fakt, że było to jedyne miejsce w mieście, gdzie dało się nabyć świeże produkty. Clio podążała w milczeniu za Kassią, wybierającą warzywa. Cały tydzień obawiała się tego spotkania – comiesięcznej wizyty Bastiana, podczas której będzie musiała się przyznać do kompletnej porażki. Ale czuła też lekką ekscytację na myśl o spotkaniu z nim.
Jego wizyty były krótkie, jednak stanowiły dla niej jedyny pomost łączący ją z ojczyzną. Z rodziną.
Rynek miejski był zatłoczony do granic możliwości i miał taki pozostać aż do zachodu słońca. Gdy nadejdzie ciemność, ludzie rozejdą się do domów, a na placu będą tylko najodważniejsi kupcy, gotowi handlować z tymi, którzy rzadko opuszczali swoje schronienia przed zmrokiem.
– Masz dość życia w strachu?! – zawołał jakiś mężczyzna, przekrzykując gwar tłumu. – Dość chowania się przed własnym cieniem i każdym obcym?
Wokół zapadła cisza. Kilka metrów od Clio i Kassii nad tłumem wyłoniła się brodata twarz mężczyzny w średnim wieku, stojącego na jakimś podwyższeniu.
– Chcesz odzyskać wolność? – mówił dalej tonem wprawnego mówcy. – Chcesz spokojnie chodzić ulicami po zmroku? I możesz! Wszyscy możemy!
– O nie, tylko nie to. – Clio szturchnęła Kassię w plecy. – Chodźmy stąd.
Kassia zaczęła się przeciskać przez tłum. Mężczyzna dalej perorował głośno, przyciągając uwagę coraz większej gawiedzi.
– Ponad sześćdziesiąt lat temu demony nawiedziły nasz świat i przejęły nad nim władzę. Rządzą nami za pomocą strachu, jednak w naszych rękach jest zbawienie! Musimy jedynie zebrać się na odwagę! Mamy moc, by odesłać demony do piekła, gdzie ich miejsce!
Clio się wzdrygnęła, a tłum szybko się rozrzedził, ignorując pieniacza, który rozkręcał się coraz bardziej.
– Złoczyńcy używają magii, by kraść żywoty niewinnych ludzi! Kryją się za szatańskimi urokami, chowając prawdziwe oblicza! Ale możemy ich powstrzymać! Pozbyć się ich…
Głos mężczyzny cichł za ich plecami, gdy oddalały się w kierunku spokojniejszej części rynku, gdzie sprzedawano rękodzieła. Większość zwykłych obywateli ledwo miała na jedzenie, więc ten sektor był rzadko odwiedzany.
Clio przesunęła palcami po ręcznie tkanym szalu z wzorem w romby.
– Odesłać do piekła… – wymamrotała pod nosem. – Co za ignorant. Czy on nie wie, że nie wszyscy pochodzimy z Podziemia?
– Oni myślą, że każde z nas to demon – odpowiedziała Kassia, wzruszając ramionami. – Chociaż my sami często mamy problemy z rozróżnieniem Podziemian.
Clio wzięła szal w dłonie, rozkoszując się miękkością tkaniny. „Demony”. Nie znosiła tego słowa. Ludzie sprawiali, że czuła się brudna i niechciana, a nawet nie zdawali sobie sprawy, że nie jest jedną z nich.
Choć wiedzieli, że świat nie należał już wyłącznie do nich, rozpoznawanie demonów było czymś zupełnie innym. Clio i Kassia wyglądały zupełnie zwyczajnie, jednak łatwo byłoby im zademonstrować, że nie były ludźmi.
Wiele stworzeń z ludzkiej mitologii – zarówno tych przerażających, jak i nieszkodliwych – miało korzenie w rzeczywistości. Ich właściwa nazwa to „daemon”, nie „demon”.
Daemony były stworzeniami nadnaturalnymi, pochodzącymi z dwóch wymiarów: Podziemia i Nadziemia. Tak jak piekło i niebo, tak i światy daemonów stanowiły przeciwieństwo, a ich mieszkańcy byli naturalnymi wrogami, jednak w przeciwieństwie do mitów żaden z tych wymiarów nie był ani dobry, ani zły. Po prostu różniły się od siebie.
Ludzkość wiele czasu poświęcała na zamartwianie się daemonami, a Clio interesowało wyłącznie ograniczenie z nimi kontaktów do minimum.
Niestety nic nie zapowiadało końca jej banicji w ich świecie, chyba że tym razem Bastian przyniesie lepsze wieści niż te, które dostarczał od dwóch lat.
Westchnęła, odłożyła szal i ruszyła dalej. Jeśli chciała, by jej zesłanie dobiegło końca i rodzina przyjęła ją na powrót, zawalenie tej roboty w zeszłym tygodniu było wielkim krokiem wstecz. I choć miała ochotę zrzucić całą winę na inkuba, wiedziała, że nie ma to sensu. Bastian i tak to ją obarczy odpowiedzialnością. I słusznie.
Clio wbiła palce w mokrą glebę. Ciężkie krople deszczu bębniły jej po głowie i kapały z koniuszka nosa. Zapach deszczu i wilgotnej ziemi maskował smród miasta – niemal była w stanie sobie wyobrazić, że znów jest w domu.
Chwyciła w palce pękatą cebulkę i delikatnie wyciągnęła z ziemi. Otrzepała ją z kawałków gleby i odłożyła na stertę obok siebie.
Ciepłe żółte światło zalało ogród, a siatkowe drzwi stuknęły głośno, gdy się otwierały.
– Clio… – westchnęła Kassia. – Co ty wyprawiasz?
– Przesadzam cebulki krokusów – odparła cicho, grzebiąc w błocie.
– Myślałam, że wyszłaś zaczerpnąć świeżego powietrza.
– Bo to prawda. – Wydobyła kolejną cebulkę. – Ale potem zaczęło padać. To dobry moment, żeby przesadzić cebulki.
Kassia westchnęła ponownie.
– Bastian może się zjawić lada chwila.
– Spóźnił się, przegapił kolację.
– Musiało coś mu wypaść. Może jeszcze przyjdzie.
– On się nigdy nie spóźnia. – Wydłubała ostatnią cebulkę, po czym chwyciła mokrą, zabłoconą stertę cebulek w ramiona. Wstała i uśmiechnęła się radośnie. – Na pewno ma ważniejsze sprawy. Zobaczę go w przyszłym miesiącu.
Kassia przyjrzała jej się sceptycznie.
– Gdzie masz zamiar posadzić te krokusy?
– Tu. – Clio przeszła na przeciwny koniec ogrodu. – Będzie im tu lepiej. – Przykucnęła z gołymi stopami w kałuży i zaczęła odgarniać na bok błoto. Kassia przez chwilę przyglądała się jej w milczeniu.
– Clio… Uważam, że powinnaś przestać przyjmować zlecenia od Bastiana – odezwała się w końcu.
– Co? – Clio zamarła w pół ruchu i spojrzała na Kassię, mrużąc oczy przed deszczem. – Uważasz, że nie dam sobie rady? Może zawaliłam kilka razy, ale oprócz tego idzie mi świetnie.
– Nie, nie o to… – Kassia przerwała i otarła wodę z twarzy. – Trochę się martwię o te fuchy. Niektóre są niebezpieczne i nie jesteś do nich przygotowana. Ta ostatnia mogła się skończyć naprawdę źle, gdybyś nie wymknęła się sprzedawcy.
– Ale się wymknęłam. – Clio zmarszczyła nos. – Poza tym czekałaś na zewnątrz. Pomogłabyś mi w razie czego.
Kassia przykucnęła obok niej.
– Nie widzisz nic złego w tym, co on ci każe robić?
– W sensie moralnym? – Clio umieściła cebulkę w ziemi. Dziurka, którą wykopała, zapełniła się już wodą. – Daemony, które szpiegujemy, są naszymi wrogami. Stanowią dla nas zagrożenie.
– Chodzi mi o to, że… Bastian ma ludzi od tego typu roboty. Ludzi po odpowiednim treningu. Dlaczego zleca ją tobie?
Clio uniosła brew. Niewiele daemonów posiadało taki talent jak ona – może tuzin w całym Nadziemiu. Bastianowi niełatwo byłoby ją zastąpić.
Kassia podała jej cebulkę.
– Myślisz, że te zlecenia coś zmienią?
– Oczywiście, że tak – odpowiedziała Clio, ignorując nawracające wątpliwości. – Sytuacja w domu jest teraz zbyt niestabilna, ale kiedy zniknie zagrożenie wobec Iridy, będę mogła wrócić. Pomagam Bastianowi odnowić spokój w ojczyźnie.
Kassia potarła skronie.
– A co, jeśli Bastian nigdy nie stwierdzi, że jest już bezpiecznie?
– Na pewno stwierdzi. Wkrótce.
– Clio… A jeśli on nie chce, żebyś wróciła?
Clio poczuła ciarki przerażenia, jednak szybko się otrząsnęła.
– Bastian chce, żebym wróciła do domu.
Oczywiście, że tak. Odprawił ją z Nadziemia tylko dla jej bezpieczeństwa. Pomoże jej wrócić tak szybko, jak to tylko możliwe. Była tego pewna. I gotowa zrobić, o co ją poprosi, by pomóc chronić Iridę, ich ojczyznę; nie tylko by móc do niej wrócić, ale też by Bastian wiedział, że troszczyła się o nią tak samo jak on. Zasadziła ostatnią cebulkę i wstała. Ubranie miała kompletnie przemoczone, a zwiewną sukienkę, którą włożyła z myślą o wizycie Bastiana, pokrywały plamy błota. Próbowała je strzepnąć, ale bez starania.
– Chodźmy, Clio. – Kassia delikatnie pociągnęła ją w kierunku drzwi. Zostawiła ją w obskurnej małej kuchni, nadal pachnącej pieczonym kurczakiem i ziemniakami w ziołach, i poszła po ręcznik dla niej.
Clio odsunęła kilka przemoczonych kosmyków z oczu, rozmazując sobie przy tym błoto po policzku. Pod krótko przyciętymi paznokciami miała półksiężyce brudu. Spiłowała wcześniej paznokcie tak, by były czyste i równe. Upięła też włosy. Miała szczery zamiar ukoić niepokoje w ogrodzie, ale kiedy Bastian się nie zjawił i zaczęło padać…
Nie myślała o tym, czy się ubrudzi, musiała po prostu czymś się zająć.
Słowa Kassii odbijały jej się echem w głowie. Myśl o tym, że Bastian mógł nie chcieć, by wróciła do domu, myśl o utknięciu na wygnaniu na zawsze…
Przełknęła z trudem ślinę i rozejrzała się po zapuszczonej kuchni – spojrzała na odklejającą się żółtą tapetę, popękane szafki i poplamiony kontuar. Na środku malutkiego stołu stała lilia o wielkich różowych kwiatach. Krzesła stojące przy stole były nie do pary. Naczynia już umyto, a resztki z obiadu były schowane w obtłuczonej lodówce, z której ciekło na podłogę. Bastian nie zjadłby u niej posiłku nawet prosto z piekarnika, więc nie było sensu proponować mu resztek.
Kupił ten dom dla niej, gdy poprosił ją o opuszczenie ich ojczyzny. Kassia też była podarunkiem od niego. A w każdym razie pensja, którą dostawała. Co wcale nie czyniło jej gorszą przyjaciółką. Po dwóch latach spędzonych razem ich relacja wykroczyła poza granice ochroniarz–klient.
Jakby usłyszała jej myśli, Kassia pojawiła się w kuchni z brązowym ręcznikiem. Rzuciła go Clio, po czym oparła dłonie na biodrach i cmoknęła z dezaprobatą.
– Powinnam była ci przynieść miskę do umycia nóg. Może po prostu zaniosę cię do wanny.
Clio zarzuciła ręcznik na głowę i zaczęła energicznie wycierać włosy.
– Chwytem strażackim czy jak pannę młodą?
– Oczywiście, że po strażacku.
Clio parsknęła rozbawiona.
– Może tak…
Przerwało jej głośne pukanie do drzwi.
Uśmiech zniknął z twarzy Kassii. Odwróciła się na pięcie i ruszyła ku wejściu. Clio podążyła za nią, przypominając sobie poniewczasie o swoich brudnych stopach. Już i tak zostawiła ślady na podłodze, trudno.
Kassia wyminęła oklapłą sofę, sfatygowany fotel i rozchwierutany stolik w zapchanym salonie. Magiczne iskry unosiły się wokół niej, gdy szykowała czary, które miały je obronić. Przyłożyła dłoń do drzwi, zwalniając zaklęcie ochronne, po czym otworzyła je na oścież, gotowa do ataku.
Na progu stali dwaj mężczyźni. Wyższy był uzbrojony po zęby, imponująco umięśniony i onieśmielający nawet, gdy stał w bezruchu. Uwagę Clio zwrócił jednak niższy, szczupły przybysz.
Bastian, dziedzic rodziny Nereidów, książę koronny Iridy, przyszły władca nimf.
I jej przyrodni brat.