-
nowość
Mrok nad Grodem - ebook
Mrok nad Grodem - ebook
Jan z Kalisza, pisarz sądowy wysłany przez biskupa, przybywa do odciętego od świata grodu, by wyjaśnić śmierć kasztelana. Wszystko wskazuje na samobójstwo. Ciało jednak nie mówi tego samego co mieszkańcy. Na belce nad zmarłym widnieje znak, którego Jan nie potrafi rozpoznać — choć jego umysł reaguje na niego tak, jakby znał go od dawna. W grodzie nikt nie ufa nikomu. Wdowa kasztelana milczy. Kapłan Witko mówi o boskiej próbie. Mieszkańcy zapominają rzeczy, których zapomnieć nie powinni. A Jan coraz częściej ma wrażenie, że nie przybył tu po raz pierwszy. „Mrok nad Grodem” to mroczna fantasy o pamięci, winie i rytuale. To pierwszy tom historii osadzonej w świecie grodu, w którym prawda okazuje się groźniejsza niż sama śmierć.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397944541 |
| Rozmiar pliku: | 3,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Rozdział 1 Droga przez bór
Rozdział 2 Brama, która się nie zamyka
Rozdział 3 Ciało kasztelana
Rozdział 4 Wdowa
Rozdział 5 Pierwsza noc
Rozdział 6 Ludzie grodu
Rozdział 7 Kapłan Witko
Rozdział 8 Dziewczyna zza bagna
Rozdział 9 Dziennik
Rozdział 10 Rytuał
Rozdział 11 Ruiny kaplicy
Rozdział 12 Wspomnienie, które boli
Rozdział 13 Wdowa pęka
Rozdział 14 Lustro
Rozdział 15 Konfrontacja z Witkiem
Rozdział 16 Sława mówi prawdę
Rozdział 17 Ostatni zapis
Rozdział 18 Pożar
Rozdział 19 Śmierć kapłana
Rozdział 20 Dobrawa wybiera
Rozdział 21 Cisza po ogniu
Rozdział 22 Nowy kasztelan
Epilog Ostatnie zdanie
Podziękowania
O Autorce
Czytaj dalejROZDZIAŁ 1
DROGA PRZEZ BÓR
Las zaczął się nagle, jakby ktoś jednym, brutalnym ruchem zaciągnął nad światem ciężką, zieloną kurtynę. Granica między zalanymi słońcem łąkami a ścianą drzew była ostra, wręcz nienaturalna, jak linia odcięta tępym nożem. Trakt, dotąd suchy
i bezpiecznie ubity kołami kupieckich wozów, zmienił się w wąską, rozjeżdżoną koleinę pełną czarnego, grząskiego błota. Gniadosz Jana parsknął nerwowo, zatańczył w miejscu i zastrzygł uszami. Zwierzę stawiało kopyta z wyraźną niechęcią. Miało się wrażenie, że samą ziemię w tym miejscu trawiła zgnilizna, od której sam instynkt kazał trzymać się z daleka.
Drzewa rosły tu nieprzeniknioną gęstwiną. Ich pnie, powykręcane w bolesnych skurczach, pokryte były sinymi naroślami
i grubą warstwą wilgotnego mchu. Gałęzie pochylały się ku sobie, splatając w niemal nieprzebity dach.
Jan miał wrażenie, że korony szepczą nad jego głową rzeczy, których żaden prawy chrześcijanin nie powinien słyszeć.
Naciągnął kaptur na czoło, choć nie padało. Chciał się po prostu odciąć.
Powietrze stało w miejscu — gęste, przesiąknięte słodkawym zapachem gnijących liści, mokrej ziemi i rozkładu. Od dobrych kilku godzin nie spotkał żywej duszy. Nie to jednak niepokoiło go najbardziej. Przerażała go cisza. Bór był martwy. Nie śpiewał tu żaden ptak, nie cykały owady, nie trzaskała ani jedna gałąź łamana kopytem sarny. Nawet wiatr zdawał się omijać to miejsce z daleka, bojąc się zaburzyć jego upiorny spokój.
Odruchem tak dawnym, że nie pamiętał jego początków, dotknął rzemiennej sakiewki przy pasie. Dokumenty były suche, starannie zwinięte w tubie i opatrzone czerwoną pieczęcią biskupa. Złamanie tego wosku przez niepowołaną osobę mogło kosztować więcej niż życie. Jan z Kalisza przesunął kciukiem po twardej pieczęci. Ten drobny, niemal rytualny gest zazwyczaj przywracał mu spokój. Przypominał mu, że jest drobnym elementem porządku prawa.
Nie była to jego pierwsza sprawa. Przez lata podróżował między grodami, surowymi murami klasztorów i dworami możnych. Zapisywał zeznania, badał wieloletnie spory, czasem zjawiał się tam, gdzie nagłe zgony budziły niebezpiecznie wiele pytań.
Lecz nauczył się w tym fachu jednego: ludzie kłamali zawsze. Dokumenty kłamały rzadziej, ale potrafiły oszukiwać równie sprawnie, gdy ktoś z sakiewką pełną srebra pragnął, by pewne słowa na zawsze zniknęły z kronik.
Westchnął ciężko. Dźwięk ten w martwym lesie zabrzmiał niczym herezja.
List od biskupa był zwięzły, wręcz chłodny:
_„Kasztelan znaleziony martwy. Podejrzenie samobójstwa. Wątpliwości miejscowego duchowieństwa. Konieczność sporządzenia oficjalnego zapisu._”
Nic niezwykłego dla człowieka jego zawodu. A jednak od chwili, gdy złamał pieczęć na biskupim wezwaniu, nie potrafił pozbyć się lepkiego lęku pełznącego pod skórą.
Próbował przypomnieć sobie, czy słyszał wcześniej nazwę tego grodu. Brzmiała strasznie znajomo. Obijała się o obrzeża jego umysłu, drążąc w nich jak kornik — nie na tyle wyraźnie, by wywołać konkretne wspomnienie mapy czy twarzy, ale wystarczająco natrętnie, by budzić furię. Jak słowo, które ma się na końcu języka, lecz które umyka przy każdej próbie jego wypowiedzenia.
Potarł lewą skroń.
Ból wrócił. Zaczynało się zawsze tak samo — od tępego pulsowania u nasady karku, które powoli pełzło w górę, by ostatecznie wbić się zardzewiałym gwoździem tuż za oczami. Od kilku miesięcy zdarzało się to coraz częściej. Towarzyszyły temu nagłe zawroty głowy i chwile całkowitej, paraliżującej amnezji. Medyk z Kalisza, zażywając tabakę, tłumaczył to prosto: nadmiar czarnej żółci i przemęczenie. W końcu skryba, który pół życia spędził zgarbiony nad pergaminami w mroku dymiących świec, miał pełne prawo narzekać na pękającą głowę.
Jan rozpaczliwie chciał w to wierzyć.
Jednak czasami budził się w środku nocy zlany zimnym potem, z cichym krzykiem na ustach. Z przeświadczeniem, że śnił
o drogach wijących się w mroku, których nigdy nie przemierzał.
O ludziach, których zniekształcone lękiem twarze znikały z jego umysłu natychmiast po przebudzeniu, zostawiając jedynie puste, dzwoniące w uszach echo. Dla człowieka, którego jedynym atutem była doskonała pamięć, była to perspektywa gorsza od utraty wzroku.
Poczuł chłód na karku. Instynkt wrzeszczał, by zawrócił konia. Rozsądek chłodno przypominał, że strach nie odpowiada przed obliczem biskupa.
— Starzeję się — mruknął pod nosem.
Słowa zabrzmiały obco, jak z cudzego gardła. Jan ścisnął wodze mocniej, aż skórzane rzemienie wpiły mu się w dłonie,
i ruszył w mgłę.
Trakt zdawał się zwężać. Gałęzie nad nim splotły się ostatecznie, tworząc duszny, szary tunel. Koń zwolnił niemal do stępa. Gniadosz, zazwyczaj posłuszny i nawykły do trudów podróży, teraz stąpał sztywno, jakby kroczył po krawędzi przepaści. Z jego nozdrzy buchała para, a na karku wykwitła gęsta, biała piana, choć od dawna nie galopowali. Zwierzę rzucało łbem, szarpiąc wędzidło z taką siłą, że metal do krwi ranił mu pysk. Oczy konia, rozszerzone w czystym, zwierzęcym przerażeniu, łypały w mrok. Wyczuwał coś, czego ludzkie zmysły Jana jeszcze nie rejestrowały.
— Dalej, ruszaj się, przeklęta szkapo! — warknął Jan. Uderzył go piętami i szarpnął za wodze, walcząc nie tylko
z uciekającym w panikę zwierzęciem, ale i z własnym, narastającym w trzewiach strachem.
Kilka chwil później Jan usłyszał szept.
Krótki, urywany dźwięk, ledwo wybijający się ponad szum końskich kopyt w błocie. Odwrócił głowę w lewo. Nic. Tylko splątane korzenie paproci. Odwrócił głowę w prawo. Ciemność między pniami. Las trwał w bezruchu.
— Zmęczenie — powiedział na głos, próbując nadać swojemu głosowi ton urzędniczego autorytetu.
Ruszył dalej, ale po kilkudziesięciu krokach szept powrócił. Tym razem był bliżej. Wyraźniejszy. Jakby ktoś stojący tuż przy strzemieniu wypowiedział na wydechu jedno słowo.
Jan.
Pociągnął za wodze tak gwałtownie, że koń rzucił łbem. Serce skoczyło mu do gardła. Dłoń instynktownie powędrowała do rękojeści noża.
— Kto tam jest?! Pokaż się! — krzyknął. Jego głos utonął we mgle, nie wywołując najmniejszego echa. Odpowiedziało mu głuche milczenie.
Zacisnął zęby i popchnął konia do przodu. Kilkanaście metrów dalej dostrzegł coś na korze jednego z potężnych dębów. Złote refleksy zdartych włókien odcinały się od czerni drewna. Podjechał bliżej, mrużąc oczy.
Świeża rysa. Potem druga. Trzecia. Cięcia były głębokie
i precyzyjne. Z pnia wciąż sączyła się żywica, przypominająca krzepnącą krew. Znak składał się z prostych linii przecinających się pod dziwnymi, nienaturalnymi kątami. Geometria tego wzoru zmuszała oko do nerwowego błądzenia po nacięciach, nie pozwalając wzrokowi nigdzie spocząć, jakby sam kształt zaburzał przestrzeń wokół pnia. Nie był to żaden znany mu herb ani symbol graniczny.
Jan wpatrywał się w niego z dziwną, lepką fascynacją,
a jego umysł skryby desperacko próbował ułożyć te linie w logiczną całość. Ta wizualna pułapka wywołała u niego nagłe, ostre zawroty głowy. I wtedy ból eksplodował z taką siłą, że jęknął w głos, zaciskając mocno powieki.
Przez ułamek sekundy świat zewnętrzny zniknął. Zamiast mokrego lasu pod powiekami rozbłysnął mu inny obraz. Ciemna, chropowata drewniana belka zawieszona nisko pod sufitem zadymionej izby. Dokładnie ten sam znak. Wyryty w drewnie głębiej, staranniej, niemal z morderczym pietyzmem. Poczuł smród palonego łoju i starego strachu. Otworzył szeroko oczy, łapiąc chciwie powietrze. Obraz pękł jak bańka. Pozostał tylko stary dąb.
— Co jest z tobą nie tak... — szepnął, przecierając mokre czoło. Nie wiedział, czy pyta swój zawadzający umysł, czy otaczający go las.
W tej samej sekundzie koń zarżał z czystego przerażenia
i zaczął cofać się gwałtownie. Jan spojrzał przed siebie. Między rzednącymi drzewami ktoś stał. Zbyt daleko, by rozpoznać rysy twarzy. Wysoka, nieruchoma sylwetka spowita w ciemność.
Jan mrugnął. Tylko raz. Kiedy otworzył oczy, postać zniknęła. Pozostała tylko pusta przestrzeń.
Lodowaty chłód oblał plecy skryby. Gdzieś na samym dnie jego umysłu obudził się głos, który uświadomił mu, że nie po raz pierwszy widzi tę sylwetkę. Najgorsze jednak nie było to, że wydawała mu się znajoma, lecz że za nic w świecie nie potrafił przypomnieć sobie, z jakiego grobu przeszłości właśnie wyszła.
Kiedy zobaczył go na skraju drogi, koń wbił kopyta w błoto
i zamarł, odmawiając dalszego marszu. Przed nim, zaledwie kilkanaście kroków dalej, stał człowiek.
Wyszedł z cienia paproci bezszelestnie. Był tak sędziwy, że skóra na jego twarzy przypominała wysuszoną, popękaną ziemię. Plecy miał zgarbione, a na sobie brudną, parcianą koszulę.
W prawej dłoni luźno trzymał sierp. Ostrze narzędzia błysnęło matowo. Było niepokojąco czyste, bez najmniejszej skazy z rdzy czy ziemi.
Jan odzyskał panowanie nad sobą. Wyprostował się
w siodle, przybierając postawę urzędnika.
— Dzień dobry, starcze — rzucił chłodno, opierając dłoń
w pobliżu noża. — Zejdź z traktu.
Starzec nie drgnął. Przyglądał mu się długo, a w jego spojrzeniu nie było zaskoczenia. Był tam tylko ciężki, ołowiany smutek. Przesunął wzrok na rzemienną sakiewkę przy pasie Jana. Zobaczył lakową pieczęć biskupa. Jego zmarszczki pogłębiły się.
— Przysłali pana — stwierdził bez wyrazu.
Jan zmarszczył brwi.
— Skoro widzisz pieczęć kurii, to tak. Jadę do grodu z nakazu prawa. Zejdź z drogi.
Starzec odwrócił głowę i splunął gęstą śliną w mech.
— Prawo... Zawsze przysyłają was za późno. Zawsze z tymi samymi pismami.
— Za późno na co? — zapytał ostro Jan. Nie miał cierpliwości do wiejskich obłąkańców. — Mów jaśniej, starcze.
— Do grodu jedziecie, panie? — zapytał starzec, ignorując jego ton.
— Tak.
— Sami?
— Nie widzę nikogo więcej w swoim towarzystwie.
Na twarzy starego człowieka pojawił się cień współczucia zmieszanego z lękiem.
— Oni też byli sami. Zawsze przyjeżdżają sami. Myślą, że pergamin uchroni ich przed nocą.
Po karku przebiegło mu znajome, nieprzyjemne mrowienie.
— Kto? O kim ty mówisz?
Mężczyzna z sierpem spojrzał ponad ramieniem Jana
w głąb mglistego traktu, jakby sprawdzał, czy mrok za nimi nie podsłuchuje.
— Świadkowie.
To słowo padło z jego ust w tak dziwny, niemal sakralny sposób, że wywołało u Jana fizyczny dyskomfort.
— Jacy znowu Świadkowie? Do czego?
— Tacy, których zadaniem jest udokumentować upadek, kiedy na ocalenie brakuje już czasu — odparł starzec.
Ból przeszył skroń skryby z podwojoną siłą. Syknął, chwytając się za głowę.
Starzec zauważył to natychmiast. Jego dłoń zacisnęła się na trzonku sierpa.
— Już się zaczęło, prawda? Czuć to na milę.
— Co takiego? — warknął Jan.
— Zapominanie. Znak już zaczyna puszczać.
Jan wyprostował się, ignorując ból.
— Nie wiem, o czym ty bredzisz. Mój umysł jest ostry jak brzytwa. Zapisuję setki słów każdego dnia.
— Oczywiście, panie. Oczywiście, że tak mówicie.
Starzec pokiwał smutno głową.
— Jak ci na imię, pisarzu?
— Jan z Kalisza.
Starzec zamarł. Ramiona mu opadły, a sierp drgnął w jego dłoniach tak mocno, że mało nie upadł w błoto. Twarz zszarzała mu jeszcze bardziej.
— Jan… — powtórzył szeptem.
Imię to zabrzmiało w jego ustach jak echo dawnej zdrady. Albo jak wyrok śmierci.
— Skąd znasz moje imię? — Jan niemal krzyknął, nachylając się w siodle. — Pytam, po raz ostatni!
— Nie znam go, panie.
— Wymówiłeś je tak, jakbyś na nie czekał!
— Bo już je kiedyś słyszałem. Wiele zim temu, przy blasku ognia, który nigdy nie powinien był zgasnąć.
Zapanowała głucha cisza.
— Od kogo je usłyszałeś? — zażądał Jan.
Starzec podniósł na niego wodniste oczy. Był w nich czysty, nagi strach.
— Od człowieka, który wyglądał i mówił dokładnie tak jak pan. Z tą samą blizną na dłoni, z tym samym, pewnym siebie spojrzeniem kogoś, kto uważa, że rozumie świat.
Krew odpłynęła z twarzy Jana.
— Nigdy w życiu tu nie byłem — powiedział wolno, dobitnie, jakby chciał przekonać samego siebie.
— Tak właśnie powtarzacie, panie. Wszyscy.
— Wszyscy?!
— Ci, którzy ostatecznie decydują się wrócić — odparł starzec.
Kolejna fala bólu rozlała się po czaszce Jana. Przed oczami mignął mu obraz, potężniejszy niż poprzedni. Skrzypiąca drewniana brama. Smród palonego mięsa. Dźwięk uderzania
w żelazny dzwon i… czyjeś krzyki.
— Co dzieje się w tym przeklętym grodzie? — zapytał niemal błagalnie, gubiąc gdzieś całą swoją arogancję.
Starzec wpatrywał się w niego ze smutkiem.
— Nic, panie. Zupełnie nic. I właśnie tego „niczego” powinien się pan bać najbardziej.
Zrobił krok w stronę konia. Podszedł tak blisko, że uderzył go odór stęchlizny bijący z ubrań starca.
— Posłuchaj mnie dobrze, panie pisarzu. Zapamiętaj jedną rzecz, zanim znowu ci ją wydrą. Kiedy wejdziesz za palisadę i ktoś
w grodzie powie ci, że czegoś nie pamięta…
Urwał gwałtownie. Jego oczy rozszerzyły się w panice. Wzrok uciekł ponad ramię Jana, w mrok puszczy za plecami skryby.
Zaczął cofać się szybkimi, nerwowymi krokami.
— Co się stało?! — Jan obejrzał się instynktownie, dłoń zaciskając na nożu. Widział tylko mgłę.
— Za późno! Dla ciebie już za późno! — krzyknął starzec.
— Dokąd uciekasz?!
— Brama już wie, że jedziesz. Brama otworzyła oczy!
— Stój w imieniu prawa! — ryknął Jan.
— Jedź! — Głos starca załamał się w desperackim szlochu. — Jedź tam i na litość boską, nie pozwól im znów zabrać sobie wszystkiego!
Odwrócił się i rzucił między gęste zarośla. Krzaki zaszeleściły, gałęzie zamknęły się za nim. Po sekundzie zniknął bez śladu, jakby puszcza wchłonęła go w całości.
Jan siedział w siodle drżąc. Po raz pierwszy w karierze poczuł obezwładniającą chęć ucieczki. Nie zrobił tego. Przymus prawdy — albo chorobliwe przyciąganie, któremu nie umiał nadać imienia — kazało mu spiąć konia i ruszyć w górę traktu.
Las z wyraźną niechęcią ustępował miejsca. Wzgórze przed nim było obdarte z zieleni, porośnięte jedynie kępami suchej trawy. I wtedy zza mgły wyłonił się cel.
Gród nie wyglądał jak duma ludzkich rąk. Z tej perspektywy przypominał raczej gnijący strup na ciele ziemi. Domy stłoczono za palisadą bez jakiejkolwiek logiki czy ładu zabudowy, jakby wznoszono je w pośpiechu i narastającej panice. Dachy nachodziły na siebie pod nienaturalnymi kątami, tworząc czarny, porowaty pancerz. Całe to miejsce sprawiało wrażenie zamkniętego, duszącego się w sobie organizmu.
Najpierw dostrzegł wieżę. Ciemną, zwalistą bryłę drewna na tle stalowego nieba. Potem drugą. Pomiędzy nimi ciągnęła się palisada. Jan widział w życiu dziesiątki twierdz, ale ta była inna.
Jej ociosane, sczerniałe bale nie wyglądały jak obrona przed wrogiem zewnętrznym. Wyglądały jak klatka, która miała powstrzymać to, co znajdowało się w środku, przed wylaniem się na świat.
Zatrzymał konia.
Zza palisady nie dochodził żaden dźwięk. Żadnego szczekania psów, uderzeń kowalskiego młota, krzyku dzieci. Gród był zawieszony w nienaturalnej, grobowej ciszy, jak makabryczny obraz na desce.
Dopiero po chwili ruch na wieży przykuł jego uwagę. Stał tam wartownik z włócznią. Nie patrzył na horyzont. Jego wzrok wbity był pionowo w trakt. Prosto w Jana. Jakby odliczał sekundy do jego przybycia.
_Brama już wie, że jedziesz_ — przypomniał sobie słowa starca.
Wiatr z grodu przyniósł zapach wilgotnego popiołu i czegoś metalicznego. Słodkawego. Mózg podsunął Janowi słowo _krew_, ale w tej samej chwili je odrzucił. Zbliżył się do potężnych, dębowych wrót. Zadarł głowę i znów poczuł znajomy skurcz w trzewiach. Przez ułamek sekundy był pewien, że na nadprożu bramy widzi wyryte te same, okrutne linie, które dostrzegł na drzewie w lesie. Mrugnął. Znak zniknął. Zostało tylko poczerniałe drewno.
Wartownik przed wrotami nie wyglądał na zaskoczonego. Nie sięgnął po broń, nie zapytał o powód wizyty. Patrzył na Jana pustym, zrezygnowanym wzrokiem człowieka, który odgrywa
z góry zapisaną dla niego rolę.