Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Mrok pragnienia - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
16 czerwca 2026
14,90
1490 pkt
punktów Virtualo

Mrok pragnienia - ebook

Przypadkowe spotkanie na siłowni uruchamia lawinę, której nie da się zatrzymać. Blanka i Konrad przekraczają granice bezpiecznego flirtu, wchodząc w duszny, bezwzględny świat zakazanych fantazji i mrocznego pożądania. Każda potajemna noc to gra o najwyższą stawkę, w której liny i ból zdejmują z nich codzienne maski. Gdy sekretna obsesja przejmuje całkowitą władzę, system zaczyna pękać. Jeden błąd dzieli ich od spektakularnej katastrofy. Ile jesteś w stanie poświęcić, by poczuć, że naprawdę żyjesz? Mroczna, surowa opowieść o zatraceniu, w którym cena za wolność bywa najwyższa.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Erotyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

CHAPTER 1

Blanka

Lustro w garderobie Blanki miało trzy metry wysokości i ramy z postarzanego, szczotkowanego złota. Kosztowało tyle, ile roczna pensja przeciętnego urzędnika państwowego, ale Blanka rzadko o tym myślała. Dla niej było po prostu kolejną taflą szkła, która każdego ranka odbijała tę samą, perfekcyjnie wyreżyserowaną wersję jej samej.

Stała przed nim w samej bieliźnie – jedwabnym, szmaragdowym komplecie od La Perla. Jej ciało, w wieku trzydziestu czterech lat, wyglądało nienagannie. Każdy mięsień był precyzyjnie wyrzeźbiony godzinami spędzonymi na sali treningowej, skóra była gładka, oliwkowa, pozbawiona jakichkolwiek niedoskonałości. Była dziełem sztuki. Tyle że dzieła sztuki zazwyczaj wiszą w galeriach po to, by podziwiano je z dystansu. Dokładnie tak traktował ją Robert.

Usłyszała jego ciężkie, miarowe kroki na dębowym parkiecie korytarza. Nie zapukał. Nigdy tego nie robił – w końcu to był jego dom, jego garderoba i jego żona. Robert wszedł, zapinając złote spinki przy mankietach śnieżnobiałej koszuli. Pachniał drogim, skórzanym perfumem Tom Ford i chłodem poranka. Był postawnym mężczyzną po czterdziestce, o gęstych, lekko szpakowatych na skroniach włosach. Twarz miał twardą, uformowaną przez lata bezwzględnych negocjacji na rynku nieruchomości.

Spojrzał na nią przez odbicie w lustrze. Jego wzrok przesunął się po jej brzuchu, udach, zatrzymał na piersiach, ale w tym spojrzeniu nie było ognia. Była to czysta inwentaryzacja. Sprawdzenie, czy inwestycja wciąż przynosi oczekiwany zwrot wizerunkowy.

– Wieczorem mamy kolację z nowym inwestorem z Dubaju – powiedział, nawet nie zwalniając tempa przy układaniu kołnierzyka. – Załóż tę czarną sukienkę od Saint Laurent. Tę z głębokim wycięciem na plecach. Masz dobrze wyglądać, Blanka. Ten facet zwraca uwagę na detale.

– Rozumiem – odpowiedziała cicho. Jej głos był pozbawiony emocji, idealnie potulny. Nauczyła się tego przez sześć lat małżeństwa. Głośne wyrażanie własnego zdania kosztowało zbyt wiele energii, a Robert i tak zawsze znajdował sposób, by postawić na swoim.

– Będę po ciebie o wpół do siódmej. Kierowca podjedzie pod dom. Bądź gotowa. – Podszedł bliżej, musnął ustami jej policzek. Jego usta były suche, dotyk mechaniczny. Zanim zdążyła poczuć cieplejszy oddech, już go nie było. Usłyszała tylko trzask zamykanych drzwi wejściowych i charakterystyczny, cichy pomruk silnika jego Porsche, które odjeżdżało spod ich podmiejskiej willi.

Blanka została sama. Wypuściła powietrze, które do tej pory nieświadomie wstrzymywała. Podeszła bliżej lustra i dotknęła swojej szyi. Skóra w tym miejscu była tak delikatna. Przez chwilę wyobraziła sobie, jak to jest, gdy ktoś chwyta ją za tę szyję z siłą, która nie pyta o zgodę. Nie tak jak Robert, który rzadko w ogóle jej dotykał, a jeśli już do czegoś dochodziło, był to seks szybki, higieniczny, odbywający się w całkowitej ciemności, kończący się jego ciężkim westchnieniem i natychmiastowym odwróceniem się na drugi bok. Robert bał się brudu, bał się chaosu. Seks z nim był jak transakcja bankowa – zatwierdzona, rozliczona, zapomniana.

Poczuła nagły skurcz w żołądku. Spojrzała na leżący na toaletce zegarek – była dopiero ósma rano. Przed nią rozciągał się cały dzień pustki. Mogła pójść na zakupy, mogła spotkać się z koleżankami z osiedla na bezkofeinowe latte i rozmawiać o nowych zabiegach medycyny estetycznej, ale na samą myśl o tym robiło jej się niedobrze. Te kobiety były jak ona – luksusowymi więźniarkami, które udawały, że markowe torebki są w stanie zapełnić brak czegokolwiek prawdziwego w ich życiach.

Jedynym miejscem, gdzie Blanka czuła, że naprawdę żyje, była siłownia. Tam, pośród huku odkładanych ciężarów, zapachu potu i surowego wysiłku, mogła na chwilę zapomnieć, kim jest. Mogła zmusić swoje ciało do cierpienia, które było realne. Ból mięśni był jedyną rzeczą, której Robert nie mógł od niej kupić ani kontrolować.

Podeszła do szafy, wyciągnęła obcisłe, czarne legginsy z wysokim stanem i pasujący top. Bez zbędnego makijażu, z włosami spiętymi w ciasny, wysoki kucyk. Chciała zniknąć. Chciała stać się maszyną.

Konrad

Konrad gapił się w monitor, na którym rzędy zielonego kodu układały się w skomplikowaną strukturę bazy danych nowego systemu autoryzacji banku. Dla większości ludzi to, co robił, było czarną magią, nudną i niezrozumiałą. Dla niego przez lata była to pasja. Teraz, w wieku trzydziestu ośmiu lat, była to już tylko rutyna, która pozwalała mu spłacać kredyt hipoteczny i udawać przed samym sobą, że ma kontrolę nad swoim życiem.

Jego palce uderzały w klawiaturę z mechaniczną prędkością, ale myśli krążyły zupełnie gdzie indziej. W boksie obok jego kolega z zespołu, młodszy o dziesięć lat programista, właśnie opowiadał komuś przez telefon o szalonej imprezie z weekendu. Konrad słuchał tego z niemym, tłumionym żalem. Nie tęsknił za piciem taniego piwa w klubach, ale tęsknił za poczuciem, że jutro może przynieść coś nieprzewidywalnego.

W jego życiu nie było miejsca na nieprzewidywalność. Wszystko było zaplanowane z dokładnością do minuty.

O szesnastej trzydzieści zamknie laptopa. O siedemnastej odbierze sześcioletniego syna ze świetlicy. Potem szybkie zakupy w Lidlu – bułki, mleko, parówki, ser w promocji. Powrót do trzypokojowego mieszkania na nowym, ciasnym osiedlu, gdzie sąsiedzi zaglądali sobie w okna. O osiemnastej trzydzieści obiadokolacja z Martą. Marta opowie mu o problemach w szkole językowej, w której uczyła angielskiego, albo o tym, że pralka znowu wydaje dziwne dźwięki przy wirowaniu. On pokiwa głową, powie, że sprawdzi to w weekend. Potem kąpiel syna, czytanie bajki o samochodzikach, a około dwudziestej drugiej – cisza nocna.

Marta była dobrą kobietą. Konrad ją kochał, a przynajmniej tak sobie powtarzał każdego dnia. Była matką jego dziecka, była lojalna, ciepła i przewidywalna do bólu. Ich życie intymne praktycznie przestało istnieć po porodzie. Jeśli już do czegoś dochodziło, działo się to w sobotnie wieczory, przy zgaszonym świetle, pod kołdrą, w pozycjach, które znali na pamięć od dekady. Marta rzadko wykazywała inicjatywę, a kiedy on próbował wprowadzić coś nowego – odrobinę mocniejszy dotyk, zmianę rytmu, przytrzymanie jej rąk nad głową – spinała się i pytała, czy wszystko z nim w porządku.

Z czasem przestał próbować. Zamknął swoje fantazje w najgłębszych zakamarkach umysłu. Fantazje o dominacji, o kobiecie, która oddaje mu się całkowicie, która potrzebuje jego siły, by poczuć rozkosz, o ciele, które potrafi okiełznać i zmusić do posłuszeństwa. Na co dzień był miłym, spokojnym informatykiem w okularach i flanelowej koszuli. Nikt w pracy, ani tym bardziej w domu, nie miał pojęcia, jaki drapieżnik budzi się w nim, gdy zostaje sam ze swoimi myślami.

Przetarł zmęczone oczy. Spojrzał na zegarek na pulpicie komputera. Była trzynasta. Przerwa na lunch. Wszyscy z działu szli do pobliskiego food trucka na burgery. Konrad wstał, ale zamiast iść z nimi, sięgnął po swoją torbę sportową stojącą pod biurkiem.

– Nie idziesz z nami, stary? – zapytał kumpel z boksu.

– Nie, muszę coś załatwić – skłamał Konrad. – Zrobię szybki trening.

Siłownia była jego jedynym azylem. Miejscem, gdzie chłodny, analityczny umysł informatyka wyłączał się, a do głosu dochodziło ciało. Miał ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, szerokie ramiona i naturalnie gęstą muskulaturę, którą od lat utrzymywał w rygorze żelaza. Kiedy podnosił ciężary, nie myślał o bazach danych, o kredycie ani o zepsutej pralce. Liczył się tylko opór materii. Ból w rozrywanych włóknach mięśniowych był jedyną rzeczą, która pozwalała mu poczuć, że pod tą warstwą korporacyjnego otępienia wciąż bije serce faceta, który ma jaja.

Blanka

Klub fitness „Platinum” znajdował się w prestiżowej dzielnicy, blisko centrum biznesowego. Był urządzony z dbałością o każdy detal – betonowe ściany mieszały się z elementami z ciemnego drewna, a sprzęt był najnowszej generacji. O tej porze, w środku dnia, było tu stosunkowo pusto. Kilku biznesmenów w przerwie między spotkaniami biegało na bieżniach, a dwie celebrytki robiły sobie zdjęcia w lustrach strefy cardio.

Blanka skończyła rozgrzewkę. Przeszła do strefy wolnych ciężarów, która zazwyczaj była zdominowana przez mężczyzn. Nie przeszkadzało jej to. Lubiła ten surowy klimat. Stanęła przed klatką do przysiadów, założyła na gryf dwie dwudziestokilogramowe tarcze. Sto kilogramów. Dla kobiety o jej posturze był to ciężar ekstremalny, ale Blanka potrzebowała dzisiaj czegoś, co ją przygniecie. Czegoś, co zmusi ją do skupienia się wyłącznie na przetrwaniu.

Podeszła pod gryf, ułożyła go na mięśniach czworobocznych pleców. Skóra natychmiast zareagowała na chłód metalu z ostrymi nacięciami. Spięła brzuch, zdjęła ciężar ze stojaków i zrobiła krok w tył.

_Raz._ Zeszła głęboko, czując, jak pośladki i uda napinają się do granic możliwości. Wstała, wypychając powietrze z płuc.

_Dwa._ Pot zaczął perlić się na jej czole. Jeden z kosmyków włosów wysunął się z kucyka i przykleił do wilgotnego policzka.

_Trzy._ Przy czwartym powtórzeniu poczuła, że brakuje jej tlenu. Zeszła w dół, ale w połowie drogi powrotnej poczuła, że jej nogi zaczynają drżeć. Ciężar zaczął ją dominować, wgniatać w podłogę. W jej oczach pojawił się ułamek sekundy czystej paniki. Była sama, nie było wokół niej nikogo, kto mógłby jej pomóc, a jeśli puści gryf, narobi strasznego hałasu i zaryzykuje kontuzję.

Wtedy usłyszała nad sobą głęboki, spokojny, męski głos.

– Nie puszczaj. Pomogę ci. Jedź w górę.

Zanim zdążyła zareagować, poczuła na swoich biodrach dwie potężne, twarde dłonie. Dotyk był pewny, zdecydowany i pozbawiony jakichkolwiek wahań. Te dłonie nie prosiły o pozwolenie – one po prostu przejęły kontrolę nad jej ciałem. Nieznajomy nie podniósł ciężaru za nią; dał jej dokładnie tyle wsparcia, ile potrzebowała, by jej biodra ruszyły w górę, prostując sylwetkę.

Gdy gryf z głośnym trzaskiem wylądował na bezpiecznych hakach stojaka, Blanka natychmiast wysunęła się spod metalu. Oparła dłonie na kolanach, łapczywie chwytając powietrze. Jej serce waliło jak oszalałe – nie tylko z powodu wysiłku, ale z powodu tego nagłego, brutalnego wtargnięcia w jej przestrzeń.

Odwróciła się gwałtownie.

Przed nią stał wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna w prostej, czarnej koszulce i szarych spodenkach treningowych. Miał krótkie, ciemne włosy, lekki zarost i kilkudniowe zmęczenie wypisane wokół oczu. Ale jego oczy… jego oczy były niesamowicie bystre, niemal przeszywające. Patrzył na nią bez uśmiechu, bez taniego flirtu, który tak dobrze znała ze strony facetów z otoczenia jej męża.

– Sto kilogramów bez asekuracji to głupota – powiedział spokojnie, krzyżując ramiona na piersiach. Jego bicepsy napięły się pod materiałem koszulki. – Mało brakowało, a ten gryf zrobiłby ci krzywdę.

Blanka poczuła, jak krew uderza jej do policzków. Zazwyczaj faceci w tym miejscu próbowali jej nadskakiwać, prawić komplementy, pytać o numer pod pretekstem wspólnego treningu. Ten facet skrytykował ją z pozycji siły, a ona, zamiast się wściekać, poczuła dziwne, pulsujące ciepło nisko w brzuchu.

– Miałam wszystko pod kontrolą – skłamała, prostując się i próbując przywrócić swojemu głosowi chłodny, wyniosły ton, który tak dobrze ćwiczyła w domu.

Mężczyzna uniósł jedną brew. Na jego ustach pojawił się ledwo widoczny, ironiczny uśmiech.

– Jasne. Szczególnie w połowie ruchu, kiedy twoje kolana zaczęły schodzić się do środka, a ty zaczęłaś szukać wzrokiem ratunku. – Zrobił krok do przodu, zmniejszając dystans między nimi. Pachniał surowym potem, męską skórą i czymś, co natychmiast wywołało u Blanki gęsią skórkę. – Następnym razem po prostu zapytaj. Jestem Konrad.

Wyciągnął w jej stronę dużą, szorstką dłoń. Na wewnętrznej stronie dłoni miał odciski od sztangi – dowód na to, że nie unikał ciężkiej pracy.

Blanka spojrzała na jego rękę. Przez ułamek sekundy wahała się, czy wejść w tę grę. Wiedziała, że ten moment może być początkiem czegoś, czego nie będzie potrafiła kontrolować. Ale nuda jej dotychczasowego życia, ten wieczny głód autentyczności i chłód Roberta sprawiły, że podniosła swoją dłoń.

– Blanka – powiedziała, wkładając swoje palce w jego dłoń.

Kiedy ich skóra się spotkała, oboje poczuli to samo – delikatne, elektryczne spięcie. Konrad zamknął dłoń wokół jej palców. Uścisnął ją trochę mocniej, niż wymagały tego zasady dobrego wychowania. Trzymał ją o dwie sekundy za długo, patrząc prosto w jej rozszerzone źrenice.

– Miło cię poznać, Blanka – powiedział cichym, matowym głosem, od którego jej ciało zareagowało natychmiastowym napięciem sutków pod cienkim materiałem sportowego topu. – Jeśli chcesz robić kolejną serię, będę stał obok. Tym razem zrobimy to bezpiecznie.

Odszedł o dwa kroki, podnosząc z podłogi swoje hantle, ale Blanka wiedziała, że jego uwaga pozostała skupiona na niej. Kiedy podeszła do sztangi po raz kolejny, czuła jego wzrok na swoich plecach, na swoich pośladkach, na każdym centymetrze swojego ciała. I po raz pierwszy od lat, zamiast dyskomfortu, poczuła czystą, pierwotną ekscytację.

Konrad

Konrad siedział w samochodzie na parkingu przed siłownią, trzymając dłonie na kierownicy swojego sześcioletniego Forda. Silnik pracował cicho, klimatyzacja próbowała schłodzić rozgrzane wnętrze, ale Konrad nie ruszał się z miejsca. Jego serce wciąż nie wróciło do normalnego rytmu, a powodem wcale nie był intensywny trening nóg.

Była nim ona. Blanka.

Wciąż czuł w dłoniach kształt jej bioder. Były twarde od mięśni, ale jednocześnie niesamowicie kobiece, zaokrąglone w sposób, który od razu budził w nim najbardziej prymitywne instynkty. Kiedy trzymał ją za te biodra, pomagając jej wstać ze sztangą, przez jego głowę przemknęła wizja, która niemal zmusiła go do ugięcia kolan: wyobraził sobie, jak chwyta ją dokładnie w ten sam sposób, ale od tyłu, rzucając ją na maskę samochodu lub materac, wbijając się w nią bez pytania o zgodę, słysząc jej urwany, pełen rozkoszy szloch.

– Kurwa – warknął pod nosem, uderzając otwartą dłonią w kierownicę.

Kim ona była? Ta kobieta promieniowała pieniędzmi. Jej legginsy, buty, luksusowy zegarek na nadgarstku – wszystko to krzyczało, że należy do świata, do którego Konrad nie miał wstępu. Na parkingu widział, jak wsiada do luksusowego, białego Mercedesa Coupe, wartego więcej niż jego całe mieszkanie. Zapewne miała bogatego męża, idealne życie, wielki dom z ogrodem.

A jednak… kiedy spojrzał w jej oczy, nie widział tam szczęścia. Widział tam ten sam głód, który sam nosił w sobie. Głód destrukcji. Głód przekroczenia granicy.

Wyciągnął telefon. Otworzył aplikację bankową, sprawdził stan konta – wszystko się zgadzało, rutyna, cyfry, nuda. Potem wszedł na WhatsAppa. Na liście czatów najwyżej była Marta. Zdjęcie profilowe przedstawiało ich troje na wakacjach nad Bałtykiem – uśmiechnięci, poprawni, zmęczeni słońcem. Marta napisała pół godziny temu: _„Kup te parówki z szynki dla małego, te co zwykle. I weź coś na wieczór do oglądania.”_

Poczuł, jak ogarnia go nagła, duszna fala zniecierpliwienia. Odpisał krótkie: _„Ok.”_

Schował telefon do kieszeni, wrzucił pierwszy bieg i wyjechał z parkingu. Musiał wrócić do biura, musiał dokończyć kodowanie systemu, musiał odebrać dziecko, zjeść kolację, pogadać o pralce. Musiał grać swoją rolę. Ale wiedział, że coś się zmieniło. Ta gra stała się właśnie o wiele trudniejsza, bo w jego głowie, na stałe, zagościł obraz kobiety o szmaragdowych oczach, która pod ciężarem stu kilogramów potrafiła patrzeć na niego z mieszaniną strachu i pożądania.

Nie wiedział jeszcze, jak, ale wiedział, że spotka ją ponownie. I tym razem nie skończy się na zwykłym uścisku dłoni.

Blanka

Willa w Gdyni Orłowie powitała ją ciszą. Dom był ogromny, urządzony przez topowego architekta wnętrz w stylu skandynawskiego minimalizmu. Dużo bieli, szarości, szkła i betonu. Żadnych zbędnych przedmiotów, żadnych pamiątek, żadnego ciepła.

Blanka rzuciła kluczyki od Mercedesa na marmurowy blat w kuchni. W lodówce czekał na nią przygotowany przez catering dietetyczny lunch – sałatka z komosą ryżową i pieczoną rzepą. Dokładnie wyliczone 450 kalorii. Spojrzała na plastikowe pudełko z obrzydzeniem. Robert dbał o to, by oboje trzymali formę. „Jesteśmy wizytówką firmy, Blanka” – powtarzał często.

Otworzyła pudełko, wzięła widelec, ale po dwóch kęsach odsunęła jedzenie. Nie była głodna. A przynajmniej nie w ten sposób.

Weszła pod prysznic. Ciepła woda spływała po jej ciele, zmywając pot z siłowni, ale nie potrafiła zmyć wrażenia, jakie zostawił na niej dotyk Konrada. Zamknęła oczy, opierając się czołem o zimne kafelki. Jej dłonie same powędrowały w dół, wzdłuż brzucha, aż między uda. Kiedy dotknęła swojego nabrzmiałego, wilgotnego wnętrza, głośno westchnęła.

Przed jej oczami stanęła jego twarz. Szorstka, męska, z tym lekko kpiącym uśmiechem. Wyobraziła sobie, że to nie woda spływa po jej piersiach, ale jego mocne, pokryte odciskami dłonie chwytają ją za sutki, ściskają je aż do granicy bólu. Wyobraziła sobie, jak Konrad każe jej uklęknąć pod tym prysznicem, jak chwyta ją za włosy i odchyla jej głowę do tyłu, narzucając swoje tempo.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij