-
nowość
-
promocja
Mrokowisko - ebook
Mrokowisko - ebook
Czerwony Dom od piętnastu lat stoi pusty. I taki powinien pozostać…
Maja, agentka nieruchomości, przyjeżdża na podlaską wieś wraz z nastoletnią córką Gabrielą. Planuje odrestaurować starą posiadłość i przygotować ją do sprzedaży. Szybko jednak okazuje się, że Czerwony Dom jest zupełnie inny, niż się spodziewała. Wszystko zostało tu porzucone w pośpiechu – meble, ubrania, nawet talerze z niedojedzonym posiłkiem. Jakby mieszkańcy wyszli… i nigdy nie wrócili. Wkrótce wychodzi na jaw, że przed laty zaginęła mieszkająca tu nastolatka. Ostatnią osobą, która ją widziała, była jej młodsza siostra.
Zaintrygowana Gabriela rozpoczyna własne śledztwo. Im głębiej zanurza się w przeszłość domu, tym bardziej chwiejna staje się teraźniejszość. Nocami po korytarzach niosą się kroki, w mroku pojawiają się sylwetki, zewsząd dobiegają dziwne dźwięki.
Bo Czerwony Dom pamięta wszystko. A dawne tajemnice, które miały nigdy nie wyjść na światło dzienne, właśnie zaczynają się budzić.
Mrokowisko to kolejna powieść autorki klimatycznego Rykowiska.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8335-881-9 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Są na świecie takie miejsca, w których prawa rzeczywistości zanikają. Te miejsca mącą w głowie i tworzą cienie mroczniejsze niż wszystkie inne. Na pierwszy rzut oka wyglądają zwyczajnie. Nie chodzi jednak o wygląd, tylko o uczucia, jakie miejsca te wzbudzają i co roztaczają w powietrzu: gęste toksyny załamujące czasoprzestrzeń, zacierające kontury tego, co racjonalne. Nie pozwalają o sobie zapomnieć, osaczają swoim dziwnym magnetyzmem. Zapraszają do środka, ale nie pozwalają wyjść już nigdy. Nie w pełni. Taki jest Czerwony Dom. Zwyczajny, piękny w swojej prostocie i solidnym wykonaniu. Położony w środku lasu, na skraju miejscowości, jakby od zawsze odseparowany i skazany na samotność, a co za tym idzie — na powolną dezintegrację.
Początkowo nic nie wskazywało na to, że może być zarażony tą chorobą inności i czymś, co przyciągało do niego dziwne echa. Przecież zbudowany jest z tych samych cegieł i drewna co inne domy. Jego okna odbijają promienie słoneczne i ciemność nocy dokładnie tak samo. Ściany są proste, a szare dachówki porośnięte mchem. Pnącza bluszczu oplatają finezyjną elewację z drewna i cegieł i sięgają dachu. Niemal zamknęły już całą budowlę w swoich objęciach, przeganiając z niej resztki światła.
Jego drzwi stoją otworem, ale nie ma w nim gości. Każdy odrzuca zaproszenie tego osobliwego budynku. Nikt nie śmiałby zakłócać jego spokoju. Nie po tym, co się tam wydarzyło. Teraz z wizytą przychodzi jedynie wiosenny wiatr, później czerwcowe upały, jesienne nawałnice i mroźne zamiecie. Powietrze przemyka przez zniszczone deski, nieszczelne okna i framugi, wywołując dziwne świsty, które rozlegają się we wnętrzu. Nie ma już w nim ciepła. Stał się częścią krajobrazu, czymś, co po prostu jest. Na terenie posesji natura przejęła kontrolę. Sad jest dziki, a niezbierane jabłka i wiśnie, gnijące na ziemi, roztaczają mdły zapach. Dom bez właścicieli stał się czymś na granicy snu. Czas płynął w nim inaczej, gdy rano nikt już nie parzył w nim kawy i gdy wieczorem nikt nie siedział przy żarze kominka. Istniał, ale nie miał już w sobie serca. Godzina po godzinie, dzień po dniu, rok po roku — przemijał. Wszystko tutaj powoli zanikało. Kontury się zacierały i pozostały tylko wspomnienia. Niszczał. Część szyb jest wybita. Wieża, przyłączona do głównej części, ma zrujnowany dach, a nocą słychać skrzypienie żelaznej zardzewiałej balustrady. Nie dociera tutaj świat-
ło. Gdy mrok nocy się zagospodarował, wypełnił dogłębnie każdą szczelinę, zostawiając nicość absolutną.
Dom osacza z każdej strony. Samotność spowodowała, że stał się lustrzanym odbiciem swojej dawnej świetności. Nie ma w nim już zapachów ani dziecięcych śmiechów. Nie ma surowych dźwięków pianina ani weselnych oklasków. Cisza wypełnia wnętrze, zalewa je zupełnie, aż dzwoniąc w uszach. Otula jak grubym kocem, tłumiąc wszystko inne oprócz zawodzenia wiatru. Ale nie jest to cisza pustki, lecz raczej cisza nasłuchu-
jąca, pełna uwagi.
Stoi na uboczu, zupełnie sam, a ludzie trzymają się od niego z daleka. Nikt nie niepokoi Czerwonego Domu i tego, co chodzi po jego pustych korytarzach.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książkiROZDZIAŁ 1
Od zawsze chciałem założyć rodzinę. To było jedno ze skrytych marzeń, które zakorzeniło się w mojej duszy tak głęboko, że stało się częścią mnie. Pragnąłem także mieć piękny dom, w którym będę mógł obserwować, jak dorastają moje dzieci. Powoli do tego dążyłem i nie byłem w tym sam. Miałem cudowną, wspierającą żonę, która spała ze mną w kamperze przez parę miesięcy, podczas gdy ja odnawiałem naszą starą rodzinną posiadłość, datowaną na 1860 rok. Była w kompletnej ruinie. Do dzisiaj pamiętam swoje poranione dłonie i pęcherze powstałe od ciężkiej pracy, wynoszenia gruzu, zdzierania starych tynków i dźwigania ciężkich belek. Wiedziałem, że ten remont pochłonie ogromne środki i będzie okupiony ponadludzkim wysiłkiem, ale byłem tym jeszcze bardziej urzeczony. Tym, że trzeba się postarać, aby tu zamieszkać. Dlatego dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, sam i z zatrudnioną ekipą budowlaną naprawiałem Czerwony Dom — cegła po cegle, deska po desce.
To mieszkanie w starym kamperze, mimo że zmarzliśmy tam strasznie i cały czas chorowaliśmy na zatoki, też miało swój urok. Codziennie byliśmy świadkami wschodu słońca i tego, jak chowało się za horyzontem, rozlewając fioletowe światło na całym nieboskłonie. Często rozpalaliśmy ognisko i spoglądaliśmy na rozjarzone gwiazdy, które tutaj były o wiele bardziej widoczne niż w mieście. Nie mogłem nacieszyć się zapachem jaśminu i kwitnącego bzu wiosną i nie mogłem się napatrzeć na białe pąki wiśniowych kwiatów w dzikim sadzie. Latem za to budził nas ptasi śpiew. o tak, było tam mnóstwo ptaków. Prawdziwe piękno i potęgę tego miejsca można było dostrzec wieczorami, gdy słońce chowało się za horyzontem, a potem rozlewało swoje światło po murach. Dom pochłaniał ostatnie tchnienie dnia. zdawałoby się, że płonie w czerwonym blasku. Stąd ta nazwa: Czerwony Dom. Przypominał on bardziej część lasu — jakby był w symbiozie z naturą.
Pnącza oplatały jego fasadę, wdrapywały się na dach i wchodziły przez wybite okna, wspinając się po starych ścianach pokrytych zmarszczonymi tapetami. Dużo czasu zajęło nam zdjęcie pnączy. Nie pozbywałbym się ich, ale fasada się kruszyła, a dach był do wymiany.
Do domu prowadziła długa, naprawdę długa droga dojazdowa. Z obu jej stron posadzone były ogromne dęby, które tworzyły ze swoich gałęzi baldachim. W najbliższym otoczeniu Czerwonego Domu panowała pustka. Tylko sam budynek i jego surowe
piękno. Las i dziki sad wyrastały dopiero kilkadziesiąt metrów dalej, jakby dom celowo został postawiony w idealnej pustce, aby go podziwiać.
Dom był duży, ale nie przytłaczał swoją wielkością, wręcz przeciwnie, mnie wydawał się w sam raz. Kompaktowy. Piękny w swoim chaosie, bo na pierwszy rzut oka budynek miał dziwny kształt. Elewacja z drewna i cegieł. Okna mansardowe miały widok prosto na zachodzące słońce. Po północnej stronie wyrastała wieża z żelazną balustradą i spiczastym dachem, piękna, choć masywna i kwadratowa. Jak się później okazało, bardzo niebezpieczna ze względu na jej stan. Nieco tylko wyższa od dachu — była fantazją osoby projektującej budynek. Do tyłu domu przyłączono ogromny zimowy ogród, zamknięty w szklanej konstrukcji ze spawanymi zdobieniami. Miał półokrągły kształt z widokiem na staw. Początkowo nie dostrzegłem stawu. Wysokie trawy
i lśniąca rosa przesłoniły jego widok, ale on tam był. Za domem. Zachwycało mnie to, że z upływem czasu odkrywałem coraz więcej historii i nowych miejsc. Potem za domem stworzyłem ogród z prawdziwego zdarzenia: z bukszpanowym żywopłotem, rabatami pełnymi kwiatów, zielnikami i ścieżkami. Posadziłem nawet kilka rzędów dyń.
Nic jednak nie urzekło mnie tak jak to, co później nazwałem sercem domu. Na pierwszy rzut oka nie widać ukrytego w środku oszklonego atrium, łączącego ze sobą lewą i prawą stronę budynku. Był to przedsionek do sali balowej z czarno-białymi marmurami na podłodze oraz rzeźbą anioła z rozpostartymi skrzydłami i dłonią wyciągniętą prosto do nieba.
Posiadłość stała się gotowa do zamieszkania szybciej, niż się spodziewaliśmy. Po prostu wyremontowaliśmy część domu z wieżą, aby można się było tam urządzić, a resztą zajmowaliśmy się potem. Szczęśliwie miałem zabezpieczenie finansowe i zamożną, wspierającą rodzinę. Wiedziałem, że jeśli uda mi się odrestaurować posiadłość, rodzinną kancelarię prawniczą będę mógł prowadzić tutaj. Może nawet zajęlibyśmy się organizacją wesel w tym miejscu. Zresztą pieniądze nigdy nie były problemem.
Niecały rok później dom wypełniło słodkie echo śmiechu naszej pierworodnej córki. Zostałem ojcem. Płakałem ze szczęścia, smutku i strachu. Miałem w dłoniach cały świat. Żyłem swoimi najskrytszymi marzeniami. Nie było lekko — zdarzały się noce, kiedy siedziałem na tarasie, skręcając papierosa za papierosem, przerażony, jak szybko upływa czas. Nie raz kłóciłem się z żoną, nie raz wstawałem w środku nocy, nieludzko zmęczony, aby przytulić zapłakaną córkę. Ale wiedziałem, że to wszystko jest lepsze niż nasze dotychczasowe życie w centrum śmierdzącego spalinami miasta. Wiedziałem, że trzeba doceniać wszystkie momenty. I te dobre, i te złe. I te gorzkie, i te słodkie. Bo takie jest życie. O, jaki byłem wtedy mądry! Myślałem, że wszystko już wiem. Rok później urodziła się druga córka. Rodzina się powiększyła i zaczęły się pierwsze problemy. Moja ukochana doznała tak ciężkich powikłań po porodzie, że obowiązki rodzica spadły na mnie.
Nie poddałem się. Zarwałem wiele nocy, wycierałem brudne buzie i trzymałem małe rączki, gdy moje dzieci stawiały pierwsze kroki. Obserwowałem, jak zmieniają się ich oczy, jak rosną im coraz dłuższe włosy. Pomagałem żonie w rehabilitacji. Było ciężko, ale mieliśmy siebie. Korytarze bezustannie wypełnione były tupotem małych stóp, dziewczęcym chichotem, reprymendami żony, która usiłowała wychować narybek na eleganckie młode damy, a nie dzieci lasu, którymi nasze szkraby bardzo chciały zostać.
Szkoda, że nie wiedziałem wcześniej, iż dzień, w którym podjęliśmy decyzję o zamieszkaniu w posiadłości, był początkiem końca naszej rodziny. Myślałem, że to marzenie będzie już trwać. Mieliśmy dom, zostałem ojcem. Nie wiedziałem jednak, jak daleko człowiek jest w stanie się posunąć, dopóki nie zostałem rodzicem. Dopóki nie zmyłem krwi z moich dłoni. Dopóki nie ściągnąłem z siebie zakrwawionych ubrań i nie spaliłem ich w kominku. Wmawiam sobie, że to, co zrobiłem, było konieczne, ale wciąż się zastanawiam, czy jestem dobrym ojcem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książkiROZDZIAŁ 2
Im jaśniejsze światło, tym głębsze cienie. Choć nie zapad-
ła jeszcze noc, a na zewnątrz czerwone słońce wisiało nad linią horyzontu, barwiąc niebo płynnym ogniem, po pokojach snuł się mrok mimo zapalonych lamp. Dom taką już miał naturę — światło nie docierało do wszystkich kątów, sprawiając, że wydawał się bezkresny. Przez otwarte okna wpadał wiosenny wiatr, niosąc ze sobą zapach słodkiego jaśminu. Odsłonięte kotary poruszały się razem z oddechem powietrza. Słychać było także szmer kołyszących się kryształków żyrandola. Dom sprawiał wrażenie żywego, obserwującego. Czarne narożniki i sufity były przytłaczające, powodowały dziwne uczucie niepokoju. Kusiły swoim mrokiem i z każdą minutą spowijały wnętrze domu coraz większym kocem zmierzchu. Pomarańczowe lampy zdawały się przygasać niezdolne do odpędzenia nocy. Nie w pełni.
Kolejny podmuch wiatru zgasił świeczkę, z której zaczęła się unosić w powietrzu smuga dymu. Chichot poniósł się echem po korytarzu. Zaraz potem rozległ się tupot stóp. Dwie dziewczęce sylwetki przemknęły jak duchy przez starą część domu do sali balowej, kręcąc się przy filarach i wpadając na siebie z łobuzerskimi minami. Powinny szykować się już do spania, ale rodzice byli dzisiaj poza domem, a one nie miały najmniejszego zamiaru tak szybko powiedzieć sobie dobranoc.
Pod względem charakteru różniły się jak ogień i woda, ale z wyglądu były podobne. Obie miały jasne cery i włosy, okrąg-
łe piegowate twarze. Starsza siostra dbała o schludną fryzurę
i zawsze nosiła ładnie upięte włosy. Młodsza była uosobieniem małego diablęcia o pięknych, zwodniczych oczach i rozwichrzonych włosach.
Stanęły w wejściu do sali balowej i posłały sobie spojrzenia pełne napięcia. Zgasiły światła i teraz szarość była tak przytłaczająca, że miały wrażenie, jakby znajdowały się w bardzo niewyraźnym śnie. Przez uchylone okna słychać było cykanie świerszczy i rechot żab znad stawu. Oprócz tego słyszały jedynie swoje przyspieszone oddechy i czuły coraz zimniejszy powiew wiatru. Nadchodziła noc.
— Policz do dwudziestu — odezwała się Lila, starsza siostra.
— Przecież wiem — odparła Ida i zasłoniła oczy dłońmi.
To była ich ulubiona zabawa, zmodyfikowana wersja chowanego, kiedy w domu panowały egipskie ciemności, co nie było trudne. Wybierały miejsce, w którym będą się ukrywać i szukać, i ruszały w mrok, polegając na wszystkich zmysłach prócz wzroku. Która pierwsza znalazła drugą lub na nią wpad-
ła — wygrywała. Trzeba było tylko krzyknąć: „Mam cię!”.
Ida westchnęła. Nie lubiła sali balowej tak samo jak biblioteki. Była zbyt wielka, a rzeźby stojące przy ścianach przyprawiały ją o dreszcze. Zgodnie z poleceniem policzyła jednak do dwudziestu i odsłoniła oczy. Dzięki światłu księżyca wpadającemu przez świetlik mogła się zorientować, gdzie znajduje się przejście do sali balowej. Opuściła kwadratowe, otoczone filarami atrium i wkroczyła do głównego pomieszczenia. Musiała znaleźć siostrę.
Lila uśmiechnęła się pod nosem, gdy usłyszała przesunięcie krzesła. Jej siostra jest niezdarą, nie umie się poruszać tak bezszelestnie jak ona. Schyliła się i na czworakach weszła pod stół. Czuła zimno czarno-białych płytek pod stopami i dłońmi. Wyszła z drugiej strony. Chmury odsłoniły księżyc i zalały wnętrze anemiczną poświatą. Rząd kamiennych posągów zdawał się obserwować każdy ruch Liliany. Nagle zapanowała cisza. Absolutna cisza — nawet jej oddech wydawał się nie na miejscu. „To dziwne”, pomyślała, wytężając słuch. Nic. Kompletne nic. Nie słychać było wiatru, świerszczy za oknem ani cichego szmeru poruszanych żyrandoli. Mimowolnie spięła wszystkie mięśnie i zaczęła się wycofywać w głąb pomieszczenia, jak najdalej od tych przerażających rzeźb, które teraz osaczały ją z każdej strony. Gdziekolwiek się odwróciła, widziała ich głowy i martwe oczy, które w tej ciemności przewiercały ją na wylot. Omal nie krzyknęła, gdy poczuła na karku lodowaty wiatr. Kiedy zrobiło się tak zimno? Coś jest nie tak. Coś jest bardzo nie tak. Nagle zapragnęła przerwać zabawę i znaleźć się w swoim łóżku, gdzie powinna być.
Krok po kroku sunęła po zimnej podłodze, obserwując bacznie otoczenie, ale nie widziała nic prócz rozmytych konturów. Jakby znalazła się w innym świecie, wypełnionym strachem i poczuciem nieistnienia. Przeraziło ją to. Niebycie. Wiszenie w wiecznej ciemności, całkiem samej, zapomnianej.
— Ida? — szepnęła, bojąc się odezwać głośniej. — Ida, gdzie jesteś? Przestańmy już.
Odpowiedziało jej martwe echo jej własnych słów. Stanęła na samym środku sali. Jej siostra musi kiedyś tu zajrzeć, prawda? Nie pomyślała, że nie tylko siostra może ją teraz zobaczyć. Że może w mroku jest z nią coś jeszcze. Coś, co ma złe zamiary. Nic, co czai się po kątach, nie życzy jej dobrze. Jej oddech przyspieszył, krew zaczęła pulsować w żyłach, a na czole pojawiły się kropelki potu. Dotknął ją dziwny paraliż.
— Ida? — zawołała, ale ten głośniejszy dźwięk wydał się tak nie na miejscu, że skuliła się w sobie.
Wiatr uderzył niespodziewanie w okna, wprawiając w ruch kryształki żyrandola. Odwróciła się w jego stronę spłoszona. Nagle prosto z ciemności złapały ją w uścisk dłonie siostry. Tym razem to Ida wygrała, co zdarzało się bardzo rzadko. Lila wrzasnęła ze strachu i podskoczyła, ale ręce trzymały ją mocno, triumfalnie. Ogarnął ją gniew. Pozwoliła, by owładnął nią zwykły strach. jak małym dzieckiem, którym przecież nie była!
— Wygrałaś! Już możesz mnie puścić… — syknęła przez zaciśnięte zęby, czując, jak zimne palce wbijają się natarczywie w jej ciało i zwiększają ucisk.
— Lila, gdzie jesteś? — rozległ się głos z oddali. Dochodził z przejścia do biblioteki po drugiej stronie sali. — Lilaaaa! — Echo potroiło odległy głos siostry.
Księżyc ponownie zasłoniły chmury. Ciemność zgęstniała, zawładnęła całym pomieszczeniem, stała się materialna, wycis-
kała powietrze z płuc, bezczelnie wpychała się we wnętrzności i skręcała je. Tak wygląda dziki, pierwotny strach. Tak przeradza się w histerię.
Lilę zmroziło. Skoro Ida odezwała się z innej części domu, to czyje ręce ją pochwyciły?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki