Mutual Benefits - ebook
Dla Daisy Mitchell życie od pierwszych chwil nie było łaskawe. Jej mama Gianna zmarła tuż po porodzie, pozostawiając po sobie nie tylko pustkę, lecz także kwiaciarnię – pachnący stokrotkami zakątek mieszczący się przy drodze wjazdowej do Bel Air, bogatej dzielnicy Los Angeles. Ojciec nie potrafił unieść ciężaru straty i często sięgał po alkohol, przez co Daisy dorastała w domu przepełnionym smutkiem. Wiedziała, że kiedy przyjdzie czas, to na niej spocznie odpowiedzialność za utrzymanie rodzinnego biznesu.
Pewnego dnia dziewczyna otrzymuje zlecenie na wykonanie bukietu stokrotek, by ozdobił stół w eleganckiej restauracji, przy którym ma zjeść kolację wpływowa rodzina Parkerów. Anthony Parker, spadkobierca prestiżowej pracowni architektonicznej, aby przejąć firmę, musi się ożenić z kobietą, której nie kocha. Podczas kolacji mężczyzna kłamie, że ma dziewczynę Daisy – tylko to imię wpada mu do głowy, kiedy zauważa bukiet.
Tony ma tydzień, by odszukać dziewczynę o tym imieniu. I kiedy ją znajduje, składa Daisy nietypową propozycję będącą układem z korzyściami dla obojga.
Czy między intrygami i kłamstwami może rozkwitnąć coś prawdziwego?
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8418-545-2 |
| Rozmiar pliku: | 1,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Tony
Piątek wydawał się udanym dniem. Mój zespół wygrał przetarg dla firmy na budowę nowego osiedla w pobliżu Beverly Hills. Skończyłem projekt klubu golfowego w South Montebello i odbyłem udane spotkanie z właścicielem ziemi, na której planowano przeprowadzić rozbudowę lotniska Santa Monica.
Niestety szybko zostałem wyprowadzony z błędu. Ciszę w gabinecie ojca przeszyły jego słowa: „Do końca roku masz się ożenić”. To jedno zdanie wbiło się w każdą część mojego ciała jak pierdolone igły, dosłownie je kalecząc. Sprawiły, że już nic nie pozostało takie jak dotychczas.
Zacznijmy od początku…
We wrześniu nie panowały już takie upały, ale nadal zdarzały się dni, kiedy dało się roztopić.
Wracałem do rodzinnego domu Rolls-Royce’em. Kabriolet Phantom Drophead nadawał się idealnie na upalną pogodę. Miał wiele interesujących mnie funkcji. Jedną z nich było zwracanie uwagi płci przeciwnej. Cóż mogłem więcej powiedzieć, kiedy przemierzałem ulice Kalifornii, laski oglądały się za wozem, marząc, by znaleźć się na miejscu pasażera.
Przekroczyłem próg willi stojącej w samym środku Bel Air¹ i zderzyłem się z niecodzienną ciszą. Zastanawiałem się, marszcząc brwi, czy czasem nie zapomniałem o urodzinach albo innej uroczystości i czy za moment wszyscy domownicy nie zechcą mnie zaskoczyć.
Kiedy nie natknąłem się na nikogo nawet w salonie, pomyślałem, że to cisza przed burzą. I wiele się nie pomyliłem. Burza to jednak najłagodniejsze z określeń na to, co miało się wydarzyć. Nadchodził pierdolony kataklizm, więc wszyscy się przed nim pochowali.
Dźwięk przychodzącego SMS-a przerwał moje poszukiwania domowników.
Tata
Gabinet.
Zmrużyłem oczy i wpatrzyłem się w ekran telefonu.
Nie podobały mi się jego podchody, ale naturalnie, że z ciekawości, poszedłem tam, gdzie kazał.
Chwyciłem klamkę, otworzyłem drzwi i ucieszyłem się na widok dziadka, od zawsze pozostającego moim autorytetem. Anthony Parker. To po nim otrzymałem imię. Dziadek, kiedy nie miał jeszcze dwudziestu lat, założył firmę budowlaną, wyuczył się na architekta, a na koniec stworzył potęgę zajmującą do dziś najwyższe miejsca w światowych rankingach w dziedzinie architektury.
Dzięki niemu mieliśmy wszystko. Dzięki niemu mój ojciec był ustawiony i skończył najlepsze szkoły, a potem odziedziczył po nim firmę. Dzięki niemu mogłem pójść w jego ślady i miałem już z góry zaplanowaną świetlaną przyszłość. Dzięki niemu tamtego dnia zapragnąłem trzasnąć drzwiami, wyjść z domu i już nigdy do niego nie wracać, pozostawiając za sobą wszystko, co miałem.
– Cześć – przywitałem się. – Myślałem, że w domu nikogo nie ma.
Rozpiąłem jeszcze jeden guzik w śnieżnobiałej koszuli i usiadłem na dwuosobowej, grafitowej sofie. Ojciec tkwił za biurkiem. Dziadek zajmował miejsce tuż przed nim, na wygodnym krześle.
Rozłożyłem szeroko nogi, wiedząc, że przy nich mogę sobie na to pozwolić. Obaj mężczyźni zerknęli na mnie, jakbym był kimś, kogo mogą się obawiać. Widziałem ich stres, więc zacząłem główkować, co mogą mieć mi do powiedzenia.
– Anthony… – podjął dziadek.
Zmarszczyłem brwi, bo zawsze byłem dla niego Tonym.
– …firma potrzebuje pewnej przyszłości.
Nadal nie rozumiałem, o czym mówił. Otrzymywaliśmy wiele zleceń. Dlaczego więc rozpoczął temat czegoś, co zdawało się pewne…
– Z początkiem przyszłego roku stuknie ci trzydziestka. – Staruszek spojrzał na mojego ojca nerwowo. Liczył, że ten pomoże mu w przeprowadzeniu tej rozmowy.
– Do końca roku masz się ożenić – wtrącił nagle tata w taki sposób, jakby chciał się pozbyć tych słów z umysłu.
Odchyliłem głowę na oparcie i zacząłem się śmiać. Najpierw naprawdę myślałem, że robią sobie ze mnie żarty, przekonany, że się przesłyszałem, ale oni wyglądali na w kurwę poważnych.
Zacząłem przeskakiwać wzrokiem między jednym a drugim. Moje rozbawienie przygasło, kiedy nie zobaczyłem w ich oczach choć zalążka wesołości.
– Słucham? – Jeszcze zachowywałem spokój.
– Dziadek postanowił przekazać ci część udziałów.
Ucieszyłem się, że w końcu to zrobi.
– Cudownie – odparłem i próbowałem się uśmiechnąć, ale przez to, co usłyszałem wcześniej, uznałem, że chyba nie miałem się z czego cieszyć.
– Nie zrobi tego, dopóki się nie ustatkujesz.
Starszy mężczyzna tylko się przysłuchiwał.
– Co to, kurwa, ma w ogóle do rzeczy? – Wstałem z kanapy.
– Usiądź – poprosił ojciec.
– Skaczesz z kwiatka na kwiatek, Tony – mruknął dziadek.
Parsknąłem na jego słowa. Co mu do tego, z kim się spotykałem, spędzałem czas, kogo bzykałem albo nawet w czyim towarzystwie pijałem kawę.
– Co was obchodzi, po jakich kwiatkach skaczę?!
– To, że w końcu powinieneś wybrać ten jedyny.
Patrzyłem na nich szeroko otwartymi oczami. Mój wewnętrzny spokój zamienił się w szalejący sztorm.
– Dobrze wykonuję swoją pracę. Jestem, kurwa, najlepszy! – Wyrzuciłem ręce w powietrze.
– Tak. Dokładnie tak jest – potwierdził tata. – Ale ojciec chce, żebyś w końcu założył rodzinę i dopiero wtedy dostaniesz możliwość, by pomóc mi w przejęciu sterów.
– Jutro pojawisz się na kolacji z gubernatorem Kalifornii. – Dziadek podrapał się po siwej brodzie. – Stevens i jego małżonka również martwią się o córkę.
Przez kolejną zalewającą mnie falę złości i bezradności zacząłem chodzić po gabinecie.
– Masz na myśli, że znaleźliście mi żonę? – Patrzyłem na nich, znajdując się na skraju opanowania.
– Patricia to bardzo ułożona…
– Nawet nie chcę o tym myśleć. Wybijcie sobie ten pomysł z głowy! – wrzasnąłem. – To jest niedorzeczne!
Nie mogłem już dłużej słuchać planu zakładającego, że moje życie dotknie dna. Skierowałem się pewnym krokiem do wyjścia, opuściłem dom, po czym wsiadłem za kierownicę i obrałem kurs na klub, w którym często bywałem. Po drodze wstąpiłem jednak na cmentarz, żeby naskarżyć na dziadka. Stanąłem przed pomnikiem i pokręciłem głową.
Gdybyś tylko wiedziała, co wyprawia twój mąż, odezwałem się w myślach. Ma coraz głupsze pomysły, babciu.
Isabell Parker zawsze dbała o moje dobro. Pozostawała niezwykle empatyczna. Zabrakło jej przy nas pięć lat temu…
Podniosłem wzrok i zatrzymałem go na długich, blond włosach. Jakaś dziewczyna siedziała na ziemi przed jednym z pomników i rozmawiała z pochowaną tam osobą. Uśmiechnąłem się, kiedy ujrzałem, że przyszła odwiedzić grób z dwoma kubkami kawy, popijała tylko z jednego z nich, drugi ustawiła przed marmurową tablicą. Absolutnie się z niej nie naśmiewałem. Zaintrygowało mnie to i współczułem, że musiała spędzać tak czas. Widocznie była bardzo zżyta z kimś, kto odszedł.
Z daleka spostrzegłem także, że grób, nieopodal którego przysiadła, różnił się od innych. Wokół niego znajdowało się mnóstwo żywych kwiatów. Musiała odwiedzać to miejsce bardzo często i dbać o rośliny…
Zaraz po wejściu do Addiction poszedłem do baru, żeby napić się kilku shotów na rozluźnienie. A czułem się cholernie spięty.
Rozmowa z ojcem i dziadkiem wydawała mi się taka odległa i nierealna. Może naprawdę żartowali? To nie czasy, kiedy dzieciom kazano się z kimś wiązać.
Po czwartym wypitym w samotności kieliszku poczułem dłoń na swoim ramieniu. Próbowałem odgadnąć, czy zmianę ma dziś Samanta, czy jednak może Julia.
– Miło pana widzieć, panie Parker.
– Pożałujesz, że dziś mnie spotkałaś, Samanto – mruknąłem.
– Miał pan zły dzień? – Uśmiechnęła się.
– Fatalny. – Uniosłem rękę do barmana, a ten w mgnieniu oka postawił napełniony kieliszek. – Idź się przygotować do pokoju.
– Zielony, żółty czy czerwony, proszę pana?
– Czerwony.
To pytanie o pokój… Zielony to zwykła sypialnia, żółty został wyposażony w sznury, baty i inne akcesoria. Natomiast czerwony miał w sobie wszystko. Huśtawki, łańcuchy oraz rzeczy do intensywniejszych aktywności, ale oferował też pełną gotowość panienki. Dlatego, kiedy zobaczyłem, że Samanta przytaknęła i poszła się przygotować, wiedziałem, że miała na mnie ochotę. Ale czy znalazła się kiedyś choć jedna dupa, która nie miała? Nie. Wszystkie mnie pragnęły. I miało mi to zostać odebrane…
Do domu wróciłem rano, a na podjeździe spotkałem swojego asystenta. Przy trybie życia, jaki prowadziłem, przez ciągłe spotkania i ogrom obowiązków jego praca pozostawała nieoceniona.
– Dzień dobry, panie Parker – odezwał się Harry zaraz po tym, jak wysiadłem z auta.
Stał prosto, trzymając w rękach duży tablet.
– Co tutaj robisz? – mruknąłem, zatrzaskując drzwi Rolls-Royce’a.
– Przyszedłem poinformować o planach na dzisiaj. Musiałem wprowadzić zmiany. Przesunąłem trening na siłowni, na dwudziestą. – Stuknął kilka razy w ekran.
Pracował ze mną już kilka lat i doskonale rozumiał, że skoro milczę, to akceptuję.
– O godzinie czternastej odbędzie się natomiast spotkanie z gubernatorem, jego żoną i córką. Kwiaty dla panienki Patricii zostaną dostarczone do restauracji. Postawiłem na naturalny bukiet ze stokrotek. W ostatnim czasie są na topie. Tak powiedziano mi w kwiaciarni.
Harry na mnie popatrzył. Zagotowałem się od środka, bo sobie uświadomiłem, że wszystko, o czym mówił ojciec i dziadek, to prawda.
– Pierdolone żarty! – Uniosłem się przez nerwy.
– Radziłbym przeklinać nieco ciszej. Pańska siostra już wstała.
– Jakie mamy opcje?
Przymknąłem oczy, cholernie zirytowany.
– Opcje? – Asystent uniósł brwi, na co popatrzyłem na niego wrogo.
– Opcje na to, żeby się wywinąć z tego obiadu – wyjaśniłem. – Wymyśl coś, Harry.
– Obawiam się…
Zacząłem iść w stronę domu. Nie chciałem usłyszeć, że nie dało się zrobić nic, by nie doszło do tego spotkania.
Sobota i niedziela pozostawały dla naszej rodziny dniami wolnymi od pracy. Dziadkowie zawsze dbali, żeby weekendy spędzać wspólnie, a teraz, jak gdyby nigdy nic, senior rodu postanowił urządzić dla mnie pieprzoną randkę w ciemno.
Mama przywitała mnie w holu.
– Synku… – Uśmiechnęła się delikatnie.
– Wiedziałaś, co planują? – Zmrużyłem oczy.
– Tony – zaczęła – to dla twojego dobra.
– Oczywiście, że wiedziałaś – prychnąłem. – I nic nie powiedziałaś?
Posłała mi smutne spojrzenie. Gabriella zawsze trzymała stronę swojego męża.
– Tony! – zawołała moja młodsza siostra.
Mia podbiegła, objęła mnie drobnymi rączkami w pasie i zaśmiała się głośno, kiedy poczochrałem ją po włosach.
– Tony! Moje loki! – Próbowała uciec od mojej dłoni.
Mia zrobiła kilka kroków w tył, wpadając plecami na ojca. Przez chwilę przyglądał się uważnie naszym poczynaniom, po czym ułożył dłonie na ramionach córki.
– Nie było cię całą noc – zauważył chłodno.
– Chyba odwiedził dziewczynę – zachichotała dziesięciolatka. – Jego koszula pachnie dziewczyńskimi perfumami.
Rodzice spojrzeli po sobie, ale chyba doskonale wiedzieli, że nie zamierzam się tłumaczyć z tego, co robię. Wystarczająco wchodzili z butami w moje życie.
– Odeśpij noc – mruknął ojciec z niezadowoleniem. – Żebyś wyglądał na obiedzie jak należy.
Przed wejściem do restauracji dostałem powiadomienie od Harry’ego, że pieprzony bukiet dla Patricii czeka na stole. Nie zamierzałem jej go nawet wręczać. Miałem gdzieś jakiekolwiek uprzejmości.
Podszedłem z ojcem, mamą i Mią do stołu, przy którym siedział już dziadek. Zawsze cieszyłem się na jego widok, lecz w tamtym momencie chciałem, by wyparował i wrócił do nas, kiedy wybije sobie z głowy głupie pomysły.
Zaraz po nas dołączył gubernator z żoną, a zza ich pleców wyszła dziewczyna.
O nie, nie, nie, nie!
Gwałtownie podniosłem się z krzesła, co sprawiło, że wszystko na stole zaczęło się kołysać. Zebrani spojrzeli na mnie pospiesznie.
Ona też.
Skrzywiła się na moje zachowanie. Możliwe, że był to uśmiech, ale, do kurwy, piercing zasłaniał jej twarz.
Musiałem się ratować. Prędzej wyjadę z kraju, niż dotknę tej dziewuchy!
– Porozmawiamy? – zwróciłem się do córki gubernatora.
Wolałem zapytać, niż dostać w ryj ubłoconym glanem.
– Mamy o czym? – Ona również nie wydawała się zadowolona z takiego obrotu spraw, patrzyła na mnie z wyraźną pogardą.
No, chyba że zawsze tak wyglądała. To bardzo możliwe.
– Mamusiu, dlaczego ta pani ma trzy kolory na włosach? – Mię również zaskoczył wygląd kobiety.
Blond grzywka, czarne włosy z zielonymi pasemkami robiły wrażenie niczym żonglująca małpka w cyrku.
– Żebym mogła ci się przyśnić w koszmarach – postraszyła ją Patricia.
Żona gubernatora poczerwieniała ze wstydu, jej mąż zaś przybrał taktykę pozorowania nagłej głuchoty. Udawał, że nic nie słyszał, i niczym wyuczony aktor zaczął się witać z tatą oraz z dziadkiem.
Ominąłem stół i zebranych, aż zatrzymałem się przy dziewczynie.
– Trzeba zatrzymać to pieprzone przedstawienie – warknąłem cicho przy jej uchu i ruszyłem do wyjścia z restauracji.
Zdziwiłem się, że za mną poszła. Podejrzewałem, że nadal zamierza się buntować.
Stanęliśmy gdzieś w korytarzu. Przeczesałem ciemne włosy palcami i wciągnąłem powietrze.
– Nie zgodzę się na żaden ślub – oświadczyła pewnie. – Nie pozwolę się dotknąć!
– Ja pierdolę, nie zamierzam cię dotykać – oburzyłem się.
– Liczyłam na to, że masz jaja i postawisz się rodzinie!
– Cicho bądź – syknąłem. – Wrócimy tam i powiemy, że nie zgadzamy się na ślub.
– A oni tak po prostu odpuszczą? – Zaśmiała się. – Zajebisty plan! – Zaklaskała w dłonie. – Żyjesz w jakiejś bajce? Oni już postanowili i nie zmienią zdania.
– Więc zaczniemy kłamać.
Zmarszczyła brwi, po czym zażądała:
– Wyjaśnij.
– Powiem, że kogoś mam – odparłem, na co prychnęła. – Ty też zapewnisz swoich rodziców, że jesteś w związku. Znajdź sobie jakiegoś typa, by udawał zakochanego chłopaka.
– Nie gustuję w mężczyznach… – sarknęła.
– Nie obchodzi mnie, kogo wybierzesz. Zależy mi tylko na tym, żeby nasze drogi się rozeszły.
– Chodźmy więc zadbać o naszą przyszłość. – Wydawała się gotowa na przedstawienie.
– Jeszcze jedno. – Wbiłem w nią wzrok. – Nie strasz, do cholery, mojej siostry!
Patricia wybuchnęła śmiechem i ruszyła pierwsza w stronę sali.
Gdy tylko znaleźliśmy się przy stole, gubernator oznajmił z zadowoleniem:
– Nasze dzieci się chyba dogadały.
Usiedliśmy na wolnych krzesłach, naprzeciwko siebie, i kiedy zauważyłem, że Panna Stevens już otworzyła usta, żeby odpyskować, ubiegłem ją. Byłem zdecydowanie odpowiedniejszą osobą do przeprowadzania poważnych rozmów.
– Między nami nic nie będzie – zacząłem. – Nie tak wyobrażałem sobie chwilę, w której poinformuje was, że mam dziewczynę. – Popatrzyłem z udawanym wyrzutem najpierw na dziadka, a później na tatę.
Wariatka z naprzeciwka parsknęła i zasłoniła usta dłonią. Dziadek uniósł brwi.
– Ale fajnie! – krzyknęła Mia. – Całowaliście się już?
– Od kiedy, Tony? – Złapała przynętę mama.
– To jej perfumy dziś czułam? – wtrąciła siostra, szczęśliwa.
– Tak, jej.
– Jak ma na imię? – zainteresował się senior.
Kurwa, nie przemyślałem tego.
Zawsze cechowała go wścibskość. Wiedział wszystko o każdym pracowniku. Podejrzewałem, że sprawdzał nawet to, jaki numer buta noszą.
Nadszedł jedyny moment w moim życiu, kiedy głowę zaatakowała mi ciemność.
Imię.
Chcieli znać imię mojej partnerki, a ja nie potrafiłem żadnego wymyślić. Popatrzyłem na stół. W wazonie stał duży bukiet stokrotek. Jakie imię podać, do cholery?
– Twoja dziewczyna w ogóle istnieje? – sarknął ojciec.
Przejrzał mnie.
Musiałem zareagować, jego domysły powinny zniknąć raz na zawsze.
– Daisy².
– Jak pięknie! Też chcę mieć imię jak kwiat, mamo!
– Gdzie mieszka? – Dziadek zmrużył oczy. – Gdzieś niedaleko?
– Tak, niedaleko – palnąłem. – Dopiero zaczęliśmy się spotykać.
– W Bel Air? – ucieszyła się matka.
– Mhm – potwierdziłem.
– Wspaniale! – ożywił się staruszek. – Musisz koniecznie ją do nas zaprosić. Niech przyjedzie na obiad w następną sobotę.
Znalazłem się w dupie.
Patricia pękała ze śmiechu. Odnosiłem wrażenie, że za chwilę zacznie rżeć jak koń.
Przełknąłem ślinę na myśl, że tak spieprzyłem tę sprawę…
Następnego dnia zadzwoniłem do Harry’ego od razu po śniadaniu. Mieliśmy mieć wolne, ale to była kryzysowa sytuacja. Musieliśmy działać. Miałem tydzień, by znaleźć dziewczynę o imieniu Daisy.
Umówiłem się z asystentem w nadmorskiej knajpce przy plaży w Santa Monica. Pojawiłem się przed czasem, więc usiadłem już przy stoliku i czekając, ze zdenerwowania stukałem w blat palcami.
– Dzień dobry, panie Par…
– Siadaj, Harry – ponagliłem mężczyznę.
Usiadł na krześle i uważnie na mnie patrzył. Jak zawsze stawił się gotowy do pracy.
– Zwalniam cię ze wszystkich wykonywanych dotychczas obowiązków.
Chwycił się za klatkę piersiową.
– Nie rozumiem, panie Parker – powiedział zszokowany. – Zrobiłem coś źle? Nie jest pan zadowolony z mojej pracy? – Wyglądał, jakby miał się rozpłakać.
Dość, że się denerwowałem, to jeszcze on źle na mnie działał…
– Na litość boską, Harry, uspokój się!
Milczał.
– Dostaniesz zadanie specjalne. – Wystawiłem w jego stronę palec. – Skupisz się wyłącznie na nim.
Mężczyzna odetchnął z ulgą.
– Oczywiście – zgodził się. – Co mam zrobić, panie Parker?
– Musisz mi znaleźć dziewczynę. – Odchrząknąłem.
– Ślubu z córką gubernatora nie będzie? – zdziwił się.
– Nie przypominaj mi o niej! – warknąłem. – Wczoraj poinformowałem wszystkich, że mam dziewczynę.
– Ma szef dziewczynę? Gratulacje!
– Zamknij się, Harry! Cały problem w tym, że nie mam – westchnąłem.
– Nie rozumiem – odparł zmieszany.
– Okłamałem ich.
Wytrzeszczył oczy.
– Musisz znaleźć dziewczynę o imieniu Daisy – powiedziałem w końcu. – Musi mieszkać w Bel Air. Albo chociaż, kurwa, gdzieś bardzo blisko.
– Daisy? – Uniósł brwi.
– I masz czas do soboty.
– Daisy?! – powtórzył. – Nie mógł szef wymyślić jakiejś Anny albo Olivii? – jęknął.
Popatrzyłem na niego spod byka, on zaś z paniką w oczach spojrzał na plażę. Siedzieliśmy w ciszy przez pół godziny – mój asystent był w szoku i się zastanawiał, od czego zacząć, natomiast ja nie czułem potrzeby, by wracać do domu…ROZDZIAŁ 2
Daisy
Profesor Miller skończył wykłady wcześniej, więc wszyscy z zadowoleniem opuścili aulę. Słyszałam wokół, że studenci planowali, jak spędzą weekend. Naszedł piątek, dlatego też dostałam kilka propozycji, by się zabawić, lecz jak zwykle odmówiłam. Musiałam pomóc tacie odebrać dostawę w kwiaciarni, jak co tydzień. Nie mogliśmy dopuścić, żeby zabrakło świeżych kwiatów, a w soboty panował największy ruch.
Gdyby nie upór taty, firma już dawno by upadła, a może byłoby nam lepiej bez niej…
Za wynajęcie jakiegokolwiek lokalu w Bel Air płaciło się krocie. Mieliśmy szczęście, że kwiaciarnia znajdowała się tuż przy wyjeździe z osiedla i właściciel ziemi, na której mama lata temu założyła ten mały biznes, nie zdzierał z nas tak dużo.
Kiedy byłam młodsza, chwaliłam się tym, że cząstka naszej rodziny pozostaje związana z tą luksusową okolicą. Sami mieszkaliśmy w biedniejszej dzielnicy tuż obok, to już jednak nie to samo. Tak naprawdę każdy chciał znaleźć się choć raz za bramami strzeżonego osiedla. Mieliśmy to szczęście, a zarazem utrapienie, że codziennie pojawialiśmy się tu, by prowadzić kwiaciarnię.
Niegdyś Flower Paradise może i cieszyła się popularnością, drzwi otwierali liczni klienci, ale to działo się wiele lat temu. Dokładnie dziewiętnaście. Tyle lat mama już nie żyła i tyle też lat miałam ja. Podobno miała chore serce i dlatego zmarła przy porodzie. Tata nigdy nie pogodził się z jej odejściem.
Mama kochała stokrotki, stąd też wzięło się moje imię. Ojciec zadbał, żebym cały czas przypominała mu o żonie. Tym samym ściągnął na siebie ciągłe wspominanie miłości swojego życia. Nie dość, że byłam do niej podobna, to jeszcze za każdym razem, kiedy mnie wołał, brzmiało to z jego ust, tak, jakby miał mnie dosyć.
Niestety ojciec nie miał takiej ręki do kwiatów jak mama, a ja nie mogłam cały czas przesiadywać w kwiaciarni. Dlatego sklep zarabiał na swoje utrzymanie, ale trudno przychodziło z niego wyżyć.
Tata tuż po śmierci mamy wpadł w nałóg. Dużo pił, więc żyliśmy tak, jakbyśmy nie istnieli, a wegetowali.
Sama otrzymywałam małe stypendium, dzięki czemu mogłam przynajmniej opłacić autobus bądź inny środek komunikacji, by dotrzeć na uczelnię, a także książki potrzebne na studia. Miałam gdzie mieszkać i mogłam kontynuować oddawanie się swojej pasji – aerial dance. Tańczyłam na szarfach, odkąd skończyłam dziesięć lat. W każdą sobotę mogłam się wyżyć, będąc w powietrzu, pod okiem trenera. To stało się moją małą odskocznią od szarej rzeczywistości…
Zanim opuściłam uniwersytet, zajrzałam do bufetu, by kupić dwie kawy. Postanowiłam iść do mamy, skoro wcześniej skończyłam zajęcia. Tata mówił, że bardzo lubiła ją pić, więc czasami ją odwiedzałam, żeby ponarzekać na świat.
– Misiak! – zawołał Liam.
Przystanęłam w progu kafeterii.
– Myślałam, że skończyłeś godzinę temu. – Uśmiechnęłam się do mężczyzny, a następnie przywitaliśmy się buziakiem w usta.
– Zagadałem się z chłopakami i nawet nie wiedziałem, że minęło już tyle czasu – odparł. – Widzimy się dziś?
– Mamy dostawę – westchnęłam.
– Szkoda. – Wzruszył ramionami. – Caden robi ognisko.
– Wiem, dostałam zaproszenie – przyznałam smętnie.
– To może przyjedziesz chociaż na chwilę, kiedy uporasz się z obowiązkami?
Przełknęłam ślinę. Wiedziałam, jak będzie wyglądać mój wieczór. Wrócę do domu zmęczona i z obolałymi od przenoszenia rzeczy plecami.
– Jasne, gdy tylko skończę, to do ciebie napiszę – obiecałam, żeby nie ciągnąć tematu.
Liam puścił do mnie oczko, zadowolony z mojej odpowiedzi.
– Idziesz na cmentarz? – Skinął głową na kawy w moich rękach.
– Tak – rzuciłam i odchrząknęłam. – Muszę już uciekać, żeby zdążyć do kwiaciarni.
– Podrzucę cię, jeśli chcesz. – Błysnął zębami. – Jadę w tamtą stronę, ustawiłem się z chłopakami. Pogramy trochę na PlayStation.
Uśmiechnęłam się, żeby zatuszować rozdrażnienie. Chciał mnie odwieźć tylko dlatego, że jechał w stronę cmentarza, a mimo to zgodziłam się bez pyskowania i obrażania. Cieszyłam się na myśl, że zyskam więcej czasu na rozmowę z mamą.
Postawiłam kubek z białą kawą przy marmurze. Przejechałam dłonią po wyżłobionych literkach: ,,Gianna Mitchell – Kto żyje w sercu tych, którzy pozostają, nie umiera”.
– Z tatą dzieje się coraz gorzej, mamo – oznajmiłam z wyrzutem. – Nie możesz powiedzieć mu we śnie, że sobie szkodzi, że przestaje panować nad wszystkim?
Usiadłam po turecku na trawie i wzięłam pierwszy łyk kawy. Zdążyła już ostygnąć…
– Ostatnio próbowałam zabrać mu butelkę wódki. Wiesz… już nie wystarcza mu piwo. Zdenerwował się i pierwszy raz mnie odepchnął. To bardzo przykre, ale wiem, że to nie on. To alkohol… Zastanawiałam się nad tym, czy nie warto zmienić imię. Ono cały czas mu o tobie przypomina. Bardzo tęskni – prowadziłam monolog. – Na studiach wszystko dobrze. Zdałam egzaminy z prawa budowlanego i chyba zostanę przy architekturze wnętrz. Coraz bardziej mi się podoba. O Liamie nie ma co wspominać, mamo. Żyjemy jak w innych światach. On nie rozumie, że muszę pomóc tacie. Czasami myślę, że lepiej byłoby mi samej. W sumie i tak jestem sama… – Otarłam łzę z policzka. – Wiesz, co zrobiła pani Smith? Nasza sąsiadka zafarbowała włosy na czerwono – prychnęłam. – Gdybyś tylko mogła ją zobaczyć. Wygląda bardzo śmiesznie, kompletnie nie pasuje jej ten kolor. Ona sama chyba też tak uważa, bo od dwóch dni na okrągło chodzi w wielkich kapeluszach.
Gdzieś w oddali usłyszałam szelest, przez co odwróciłam się gwałtownie za siebie i ujrzałam, że jakiś mężczyzna wychodził z cmentarza. Znajdował się już przy bramie. Trochę się przestraszyłam, myślałam, że jestem tu sama. Zazwyczaj byłam…
– To upiorne, mamo. – Pokręciłam głową. – Przeraziłam się.
Wybiła dwudziesta, a ja miałam za sobą dopiero połowę wypakowywania towaru. Zostały mi jeszcze dwie palety z mnóstwem kwiatów, gąbek florystycznych, wypełniaczy, wstążek…
Tata wyszedł chwilę wcześniej, twierdził, że rozbolała go głowa. Doskonale wiedziałam, że właśnie siedział w barze. Wróci do domu pijany i zaśnie na kanapie z butelką w ręce.
Obiecałam mu, że zrobię na rano zamówione bukiety. Niestety zebrało się ich dwanaście. Nabrałam pewności, że nie wyjdę z kwiaciarni przed północą…
O dwudziestej trzeciej Liam zaczął wydzwaniać, a po piątym nieodebranym połączeniu stwierdziłam, że powinnam go poinformować, że żyję.
– Misiak! – krzyknął do słuchawki. Był wstawiony. – Ale przednia impreza! Żałuj, że cię nie ma.
Popatrzyłam na ekran i poczułam się bliska zakończenia połączenia.
– Daisy? – Słyszałam w słuchawce śmiechy.
– Cały czas przerywa, Liam – kłamałam.
– Ja słyszę cię dobrze – odparł.
– Halo? – Udawałam, że nadal mam problem z połączeniem.
– Daisy? Przyjdziesz na imprezę? Może chcesz później spać u mnie?! – wołał do słuchawki.
– Nadal niewiele słyszę i mam jeszcze dużo pracy. Może uda nam się zobaczyć jutro. Naprawdę muszę kończyć.
Rozłączyłam się i rzuciłam telefon na blat biurka, przy którym pracowałam.
Spojrzałam w notes z zapisanymi zamówieniami.
BUKIET ZE STOKROTEK, sobota, godz. 13.00 – Harry Brown.
Prychnęłam na to, z jakich kwiatów przyjdzie mi zrobić bukiet, którym zakończę dzień…
Następnego dnia, jak zawsze w sobotę rano, udałam się na aerial. Zanim przekroczyłam próg sali do ćwiczeń, poszłam przebrać się w odpowiedni strój. Kiedy włożyłam stanik sportowy i legginsy, spięłam długie, jasne włosy w wysoki kucyk.
– Panienko Mitchell, jesteś gotowa na podbój szarf? – Zaśmiał się Grayson.
Uśmiechnęłam się szczerze na jego widok. Już na mnie czekał i kiedy zaczęłam iść w jego stronę, wyciągnął ręce.
Grayson był gejem i człowiekiem o najpiękniejszym sercu. Gdyby nie on, już dawno bym zrezygnowała z sobotnich treningów. Gdy brakowało mi pieniędzy, pozwalał mi brać udział w zajęciach na kreskę, a często się zdarzało, że nie miałam gotówki na czas.
Przytuliłam się do niego na powitanie.
– Mam ostatnio gorszy czas – przyznałam. – Wszystko jest do dupy.
– Ojciec? – Popatrzył na mnie ze smutkiem.
– Ojciec, kwiaciarnia, Liam…
– A Liam to dlaczego? – Uniósł brwi.
– Zachowuje się jak dzieciak. Nawet nie próbuje zrozumieć, że muszę pracować…
– Powiedziałaś mu to? – Zrobił dzióbek.
Zawsze przybierał taką minę, kiedy się zastanawiał.
– Naprawdę muszę mu tłumaczyć takie rzeczy? – prychnęłam. – Bez przesady…
– Powinnaś z nim porozmawiać – zauważył i poklepał mnie po plecach.
– Grayson… – zaczęłam, by poruszyć znienawidzony temat. – Mogę zapłacić w przyszłym tygodniu?
– Przecież wiesz, że możesz. – Kolejny raz posłał mi szczery uśmiech i ruszył w stronę głośnika, by podłączyć telefon.
– Wskakuj, mała. – Wskazał palcem na szarfy. – Taniec pozwoli ci się pozbyć złych emocji.
W głośniku rozbrzmiała Billie Eilish Everything I Wanted, a ja podciągnęłam się do połowy szarych szarf. Zaplątałam nogę w jedną ze wstęg i owinęłam drugi pas materiału wokół swojej talii. Zaczęłam tańczyć do smutnej piosenki.
Tak jak mówił trener, ruch pozwolił mi się wyżyć i wyzbyć na chwilę tego, co męczyło mnie od środka.
Zmęczona, ale zadowolona z treningu wróciłam do domu i planowałam przez chwilę odpocząć. O dwunastej miałam zmienić ojca w kwiaciarni. Zdziwiłam się, że na schodach czekał na mnie Liam. Podpierał głowę na dłoni i miał zamknięte oczy.
– Liam?! – zawołałam go, kiedy zbliżyłam się do małej werandy.
Chłopak zerwał się na równe nogi.
– Dopiero wracasz z imprezy, prawda? – Przymknęłam na moment oczy, ale zaraz wyciągnęłam klucze z torebki i ominęłam mężczyznę.
– Nie wkurzaj się, misiaku – rzucił znudzony, a następnie podszedł do mnie od tyłu.
– Musimy porozmawiać – odparłam, kiedy wchodziliśmy już do środka.
– Te słowa zawsze brzmią tak poważnie – zażartował.
– Bo są poważne.
– Co jest? O czym chcesz rozmawiać?
Weszliśmy do mojego pokoju. Rzuciłam sportową torbę obok łóżka i odwróciłam się do swojego faceta.
– O nas.
Liamowi zrzedła mina, najwidoczniej właśnie do niego dotarło, że mówię poważnie.
– Wkurzyłaś się, że impreza się przedłużyła? – Zmrużył oczy.
Wciągnęłam powietrze nosem.
– Nie chodzi o imprezę – oznajmiłam głośniej, niż zamierzałam. – Chodzi o to, że nawet nie próbujesz zrozumieć, że muszę pracować. Namawiasz mnie na imprezy, chociaż wiesz, że nie mogę na nie chodzić.
– Obiecałaś, że zadzwonisz, gdy skończysz. – Zmarszczył brwi.
– No właśnie. – Pokręciłam głową. – Nie dzwoniłam, więc postanowiłeś sam to zrobić i powiedzieć, jak świetnie się bawisz…
– Mogłabyś czasami odpuścić, okej?
– Odpuścić? Co mam odpuścić? – prychnęłam.
– Ciągle jesteś zajęta. Biegniesz na każde skinienie ojca. Nie możesz tak robić, Daisy. Wykończysz się.
– Nie radzi sobie – mruknęłam.
– Należałoby wysłać go na odwyk.
– Nie stać mnie. I go nie namówię.
– Zresztą, to nie powinien być twój problem. – Zbliżył się.
– To mój tata. – Zrobiłam krok w tył. – Uważasz, że co? Że mam go zostawić?
– Misiaku, nie denerwuj się. – Liam objął mnie w pasie. – Zobacz, przyszedłem, pogadaliśmy, jest wszystko dobrze.
Nie było dobrze.
– Idziesz dziś do kwiaciarni? – zapytał i zaczął całować moją szyję.
– Tak, za dwie godziny – powiedziałam cicho.
– To mamy dwie godziny – mruknął przy moim uchu. – To dobrze nam zrobi. Dawno się nie kochaliśmy.
Na samą myśl o nudnym seksie zacisnęłam zęby. To zawsze wyglądało identycznie. I niestety w łóżku też mi czegoś brakowało…
– Daisy! – Usłyszeliśmy krzyk ojca.
Odskoczyłam od Liama. Tata powinien być w kwiaciarni…
– Daisy? Do cholery! – Po głosie słyszałam, że jest pijany.
Chłopak usiadł na łóżku, a ja na niego zerknęłam. Zezłościł się, że znowu wszystko kręciło się wokół moich problemów.
– Tata? – Wyszłam do salonu.
– Do kwiaciarni – bełkotał. – Masz iść do kwiaciarni.
Broda mi zadrżała. Dopiero dochodziła dziesiąta, a on już pił…
– Dlaczego to robisz, tato…
– Zejdź mi z oczu. – Przechylił butelkę piwa, pociągnął łyk i odstawił ją z hukiem na stolik.
Bez słowa zabrałam z sypialni torebkę. Chwyciłam Liama za rękę i wyprowadziłam go z domu. Musiałam jak najszybciej dostać się do Bel Air i wydać zamówienia.ROZDZIAŁ 3
Tony
W poniedziałek o jedenastej do mojego gabinetu wpadł Harry. Nie widziałem go od rana, a przecież zawsze już czekał na mnie w biurze z tym swoim tabletem i precyzyjnie rozpisanym planem dnia. Jego nieobecność została spowodowana otrzymanym ode mnie niecodziennym zadaniem.
– Mów, Harry – poleciłem zniecierpliwiony.
– Znalazłem – oświadczył w końcu.
Kiwnąłem głową i uniosłem kącik ust.
– Na co czekasz? – Odsunąłem dokumenty na bok.
Mężczyzna podszedł do biurka i podjął:
– Znalazłem kilka kobiet, które mieszkają w Bel Air bądź są związane z dzielnicą.
– Pokaż je – rzuciłem z zadowoleniem i potarłem dłonie, po czym wstałem, żeby dobrze się przyjrzeć.
Cieszyłem się, że dostanę wybór.
– Daisy Anderson – przedstawił pierwszą z nich i podsunął mi tablet przed nos.
Z wrażenia usiadłem na fotelu. Robił sobie ze mnie, kurwa, jaja?!
– Przecież ona ma jakieś sto lat! – wrzasnąłem.
Zacisnął usta w cienką linię. Co on sobie w ogóle myślał? Miał mi znaleźć dziewczynę, a nie organizować wycieczki do domu spokojnej starości, do cholery.
– Dalej, Harry. Pokaż następną…
Przesunął kilka razy opuszką po tablecie i spuścił wzrok na podłogę. Z ciekawości popatrzyłem na ekran.
– Daisy…
– Zamknij się! – Zacisnąłem zęby. – Przecież to dziecko! Miałeś mi znaleźć dziewczynę w moim wieku! – Przymknąłem oczy, kiedy ponownie popatrzyłem na ekran. Na oko dziewczynka była w wieku mojej siostry…
– Rozumiem pańskie rozdrażnienie. Niestety poszukiwania okazały się trudne, zważywszy na niepopularne imię.
Podniosłem na niego srogi wzrok.
– Została ostatnia – szepnął.
Wiedziałem, że nie ponosił za nic winy. Sam wpierdoliłem się w tę pułapkę…
– Daisy Mitchell – zaczął. – Nie mieszka w Bel Air.
– To na chuj mi ją pokazujesz?! – Przeczesałem włosy palcami.
Oto nadszedł mój koniec…
– Nie mieszka, panie Parker, ale…
– Ale?
– Razem z ojcem prowadzi kwiaciarnię, która znajduje się w Bel Air.
Zmrużyłem oczy, kiedy się jej przyglądałem. To mogłoby się udać. W restauracji poinformowałem rodzinę, że Daisy mieszka w Bel Air, ale przecież mogłem być zdenerwowany i powiedzieć głupotę.
Mogłem też wspomnieć, że pierwszy raz zobaczyłem ją w kwiaciarni. Przecież to brzmiało jak tandetna historia miłosna i zakochanie od pierwszego wejrzenia.
Naprawdę mogłaby mnie oczarować już po jednym zerknięciu w jej stronę. Miała długie blond włosy, zniewalający uśmiech i oczy… Wydawały się smutne, ale czy to w ogóle ważne?
– Ile ma lat? – zapytałem asystenta.
– Dziewiętnaście.
– Gówniara – odparłem z westchnieniem.
– Przykro mi, panie Parker. Nie ma nikogo innego…
– Potrzebuję na nią coś, co może ją pogrążyć – przerwałem mu, na co popatrzył na mnie z przejęciem. – I potrzebuję umowę.
– Umowę? – zdziwił się.
– Sądzisz, że tak po prostu zgodzi się udawać moją dziewczynę? – prychnąłem. – Zechce pieniędzy.
– Jaki budżet wziąć pod uwagę? – Chwycił tablet w dłonie i zaczął zapisywać informacje.
– Nie wiem. Przygotuj kilka. Zobaczymy, co ją zadowoli. – Potarłem dłonią szczękę. – Przy jakiej ulicy znajduje się ta kwiaciarnia?
– Przy zachodniej bramie, panie Parker.
– Ziemia należy do jej ojca?
– Nie wiem…
– Dowiedz się. Jeżeli nie jest ich, umów mnie z właścicielem działki.
– C-co szef planuje? – przejął się.
– Muszę przekonać tę dziewczynę, żeby się zgodziła… Stanowi moją jedyną szansę.
Harry pokręcił głową. Chyba nie lubił się bawić w detektywa.
– Może chce ją szef zobaczyć? – Uniósł brwi.
– Odwiedzimy ją w kwiaciarni, kiedy dowiem się o niej wszystkiego.
– Nie zawsze tam jest. Studiuje. – Uśmiechnął się lekko. – Architekturę wnętrz.
Prychnąłem i pomyślałem, że może w zamian za udawanie przyjęłaby ofertę pracy w firmie… Zapamiętałem tę myśl. Stanie się ona planem awaryjnym.
Postanowiłem się zgodzić i zobaczyć Daisy Mitchell, której życie zamierzałem wywrócić do góry nogami.
– Możemy jechać – rzuciłem i zgarnąłem kluczyki do samochodu.
Pół godziny później opierałem się o jedno z drzew rosnących tuż przy wyjściu głównym z Uniwersytetu Kalifornii. Harry poszedł sprawdzić, czy dziewczyna nadal przebywa w budynku.
Po dziesięciu minutach zobaczyłem, że mój asystent zbiegał ze schodów. Ustawił się przy mnie i wykrztusił mimo zadyszki:
– Za chwilę się pojawi.
Poprawiłem okulary pilotki i założyłem ręce na klatce piersiowej. Wyczekiwałem, kiedy ją zobaczę.
W pewnym momencie przy drzwiach pojawiła się spora grupa studentów. Zaczynała się przerwa obiadowa i na dziedzińcu zrobiło się gwarno.
– To ona. – Usłyszałem z ust Harry’ego. – Biały T-shirt i czarne ogrodniczki.
Bardzo szybko odnalazłem dziewczynę wzrokiem. Wyglądała tak, jak na zdjęciu. Przez ramię miała przewieszoną małą torebkę, schodziła po schodach z gracją i lekkością. Kiedy znalazła się już na naszym poziomie, dostrzegłem, że emanuje kobiecością mimo trampków i niezbyt wyszukanego stroju. Nie wyglądała już jak nastolatka.
Miała w sobie coś wyjątkowego. Liczyłem na to, że za pomocą drogich ciuchów zdołamy zrobić z niej kandydatkę na moją kobietę. Niestety była młodziutka i nie wiedziałem, czy przyjmie moją propozycję i zdoła udźwignąć jej konsekwencje.
Wstrzymałem oddech, kiedy popatrzyła w naszą stronę. Zmrużyła nawet lekko oczy. Nie sądziłem, że w ogóle zwróci na nas uwagę. Na szczęście trwało to tylko chwilę, bo ktoś zaczął ją wołać.
– Daisy! – Typ, na oko w jej wieku, machał do niej z szerokim uśmiechem na ustach.
Obok niego stała spora grupa innych studentów.
Z zaciekawieniem obserwowałem, czy do nich podejdzie. Kiedy już się przy nich znalazła, wspięła się na palce i pocałowała kolesia w usta.
– Kurwa – rzuciłem bez kontroli.
Harry milczał. Był świadomy tego, jak fakt, że Daisy miała chłopaka, utrudniał moje plany.
Chwycili się za rękę i pożegnali z pozostałymi. Odchodząc, na krótki moment dziewczyna raz jeszcze odwróciła się w naszą stronę.
W środę zaplanowałem spotkanie z właścicielem ziemi, na której stała kwiaciarnia. Ogromnie się ucieszyłem, kiedy się okazało, że ojciec panny Mitchell tylko wynajmuje ten lokal.
Niecierpliwie czekałem na Jamesa Tremblaya, mężczyznę koło sześćdziesiątki. Zarezerwowałem stolik w jednej z restauracji w pobliżu Beverly Hills, gdyż tam pracował i taka opcja pozostawała dla niego najdogodniejsza.
Zalewała mnie frustracja wywołana faktem, że się spóźniał. Mało, że miał dostać ode mnie kupę forsy, to jeszcze nie szanował mojego czasu. Ja zaś zostałem zmuszony zadbać o pierwsze wrażenie i się przed nim płaszczyć. Musiałem przekonać tego gościa do sprzedaży ziemi, za wszelką cenę.
– Anthony Parker? – Usłyszałem za plecami.
Zerknąłem za siebie znudzony, ale ożywiłem się, kiedy zobaczyłem Jamesa.
Z dwudziestominutowym opóźnieniem Tremblay wyciągnął w moją stronę rękę.
– Tak. – Odchrząknąłem. – Dzień dobry. Dziękuję za poświęcenie czasu – przywitałem się, wstałem od stołu, przytrzymując krawat, i ująłem jego dłoń.
– Byłem zdziwiony telefonem od pana – przyznał, mrużąc oczy.
– Proszę usiąść. – Wskazałem krzesło. – Może najpierw coś zamówimy?
Przytaknął i zajął miejsce, a ja znów się odezwałem:
– Mogę zaproponować kawę?
– Chętnie – zgodził się.
Wzrokiem odnalazłem kelnera. Gdy tylko na niego popatrzyłem, chwycił notes i tacę, a następnie do nas ruszył.
– Dzień dobry. Co podać? – zapytał z powagą.
– Proszę podwójne espresso – złożył zamówienie Tremblay.
– Dla mnie americano.
Po przyjęciu zamówienia mężczyzna nas zostawił, a ja w końcu mogłem przejść do konkretów.
– Uważam, że rozmowa lepiej się ułoży, kiedy przejdziemy na ty. Według zasad savoir-vivre’u nie powinienem tego proponować, bo jesteś starszy, ale myślę, że mam dla ciebie wspaniałą propozycję, więc można to podciągnąć pod sprawy biznesowe, a tutaj mało kto przejmuje się tym, co wypada. – Uśmiechnąłem się.
– Oczywiście, będzie się nam lepiej rozmawiać – zgodził się. Zachowywał ostrożność w rozmowie.
– Cieszę się, James. Pragnę ci coś zaoferować.
– Jestem ciekaw, czego możesz ode mnie chcieć.
– Posiadasz interesującą działkę – odparłem.
– Nie jest na sprzedaż – zastrzegł natychmiast.
– Wszystko można sprzedać. Pieniądze wróżą wspaniałą przyszłość.
– Ja już ich nie potrzebuję. – Wydawał się nieugięty. – Ceny ziemi w Bel Air ciągle rosną, a tę chcę przepisać na córkę. Za kilka lat dostanie za nią dużo więcej.
– Może otrzymać pieniądze już teraz – mówiłem spokojnie. – Z milionem na koncie czeka ją znakomity start w życiu.
– Niestety. – Tremblay prychnął i wzruszył ramionami.
Kelner przyniósł nasze zamówienie, a gdy ustawił przed nami napoje, James uniósł filiżankę. Czekał, aż będę kontynuować, tylko że mnie już się odechciało przedłużać.
– Ile za nią chcesz?
Przyłożyłem naczynie z americano do ust i dobrze, że, kurwa, przełknąłem na czas, bo mężczyzna rzucił ceną z kosmosu.
– Cztery miliony.
– Cztery? – Uniosłem brwi. – Działka ma tylko sześć akrów.
– Ale stoi na niej budynek i można na nim zarabiać.
– Marne pieniądze co miesiąc? – Zaśmiałem się. – Nie rozśmieszaj mnie, James.
– Przykro mi, ale chyba się nie dogadamy.
– Dwa miliony – oświadczyłem z niezadowoleniem.
– Trzy i mogę podpisać umowę nawet teraz. Widzę, że ci zależy.
– Dobry z ciebie negocjator, ale ja…
– To moja ostateczna oferta – zastrzegł z powagą.
Z jego miny mogłem wyczytać, że nie zejdzie z ceny.
– Co z najemcami?
– Od lat ci sami – oznajmił.
– Jak wysoki czynsz płacą? Na ile podpisałeś z nimi umowę? – Mogłem uzyskać od niego wiele informacji na temat Mitchellów.
– Nie będzie z tym problemu. Płacą uczciwie co miesiąc, ale niestety to tylko tysiąc dwieście dolarów. Z początkiem października podnieś czynsz albo nie przedłużaj z nimi umowy. Ja nie miałem serca im tego robić.
Tak mało?! To Bel Air. Mógł od nich żądać przynajmniej dwa razy tyle za wynajem lokalu…
– Dlaczego?
– Ledwo wiążą koniec z końcem. Ta kwiaciarnia jest dla nich jak pamiątka, chyba tylko dlatego nadal ją prowadzą. – Westchnął.
Uśmiechnąłem się na jego słowa.
– Trudno przyszłoby im się z nią rozstać?
– Myślę, że po tylu latach tak. Ta rodzina nie zaznała szczęścia…
Wszystko mnie w cholerę ciekawiło.
– Dlaczego?
– Gianna była cudowna, to ona założyła kwiaciarnię, ale zmarła zaraz po urodzeniu Daisy. Od tamtej pory Mitchellowie nie mają łatwo. Słyszałem, że Chris pije coraz więcej.
Ta rodzina z opowieści wydawała się jednym wielkim zbiorowiskiem problemów.
– Smutne – rzuciłem bez emocji.
Podniosłem skórzaną aktówkę stojącą przy nodze krzesła, po czym wyciągnąłem z niej najważniejsze dokumenty. Do soboty musiałem raz jeszcze spotkać się z Jamesem, tylko że u notariusza.
Na dokumencie sprzedaży wszystko zostało już uzupełnione. Prócz jednej rzeczy. Ceny.
Odkręciłem pióro i zawiesiłem stalówkę tuż nad papierem.
– Dwa i pół – spróbowałem ostatni raz.
– Trzy – nie odpuszczał.
Nie pozostawił mi innego wyjścia. Wpisałem w umowę trzy miliony, a następnie złożyliśmy podpisy.
W czwartek umówiliśmy spotkanie z prawnikiem, a w piątek, dzień przed rodzinnym obiadem, postanowiłem odwiedzić Daisy w kwiaciarni…
Notariusz powiedział, że do Mitchellów przyjdzie powiadomienie o zmianie właściciela działki oraz wynajmowanego przez nich lokalu. Na szczęście, zanim list do nich dotrze, zdążę przedstawić się panience Daisy.
W czwartkowy wieczór spotkałem w salonie dziadka. Przywitał mnie uśmiechem, ale wbijał bystry wzrok w moją twarz jak nigdy.
– Zaczynasz traktować dom jak hotel – mruknął z odrobiną rozbawienia.
– Naprawdę nie mam ochoty się kłócić – odparłem spokojnie.
– Byłeś u Daisy?
– Nie miałem dziś czasu – rzuciłem luźno.
Popatrzyłem na niego dłużej. Odniosłem wrażenie, że mnie sprawdza. Czyżby już szukał czegoś na jej temat? Podejrzewa, że chodzi o pannę Mitchell?
– O kobietę trzeba się starać, Tony. Należy poświęcać jej czas, inaczej ci ucieknie.
Przewróciłem oczami.
– Ona też była dziś zajęta.
– A czym się zajmuje? – wypytywał.
– Nie wolisz, żeby sama ci powiedziała? – Uniosłem kącik ust.
– Zdradź coś, Tony – prosił.
Nie mogłem uwierzyć, że moja dziewczyna stanie się atrakcją rodziny i nie będą mogli przez nią spać.
– Daisy… – spojrzałem gdzieś w bok, zastanawiając się, co mogę mu wyjawić – …nie ma w życiu łatwo. Ciężko pracuje i jeszcze się uczy.
– Zaradna kobieta. – Dziadek pokiwał głową z uznaniem.
– Bardzo.
– Dlaczego ją ukrywałeś? Mówisz o niej tak dobrze… Nie mogę się doczekać soboty. – Poklepał mnie po plecach.
– Wspomniałem przecież, że dopiero zaczęliśmy się spotykać. Nie mam w zwyczaju przyprowadzać do domu każdej nowo poznanej laski.
Staruszek zmarszczył brwi. Zrozumiałem, że źle dobrałem słowa.
– Chodzi o to, że wcześniej tak było. Z Daisy wszystko wygląda inaczej. Ona jest… Jest… – Odchrząknąłem. – Wyjątkowa.
Senior wyglądał na zadowolonego z moich słów.
– I to rozumiem. – Zacisnął palce, pokazując, że trzyma kciuki.
Wyszedł z salonu, a ja przymknąłem oczy i z westchnieniem odchyliłem głowę. To dopiero początek…