Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Muzyka z zaświatów - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
6 lipca 2026
3432 pkt
punktów Virtualo

Muzyka z zaświatów - ebook

Subtelna, niepokojąca i wciągająca bez reszty powieść mistrza grozy!

Gideon Lake, utalentowany kompozytor, zakochuje się w tajemniczej Kate – kobiecie równie pociągającej, co niepokojącej. Ich uczucie szybko przeradza się w obsesję, a rzeczywistość wokół Gideona zaczyna się zmieniać.

W jego życiu pojawiają się niewyjaśnione zjawiska: szepty dochodzące z pustych pomieszczeń, cienie poruszające się bez światła i muzyka, która zdaje się płynąć prosto zza granicy śmierci. Z czasem uświadamia sobie, że Kate skrywa mroczny sekret – związany z tymi, którzy nie odeszli na zawsze.

Bo niektóre melodie nigdy nie milkną… nawet po śmierci.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68923-20-9
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Spojrzała na mnie, schodząc za mężem po frontowych schodach. Miała w sobie coś bardzo niezwykłego, posłała mi jednak tak zniewalający uśmiech, że zapomniałem, co to było. Dopiero po prawie trzech miesiącach zrozumiałem, o co chodziło, ale wtedy moje życie zawaliło się jak licha dekoracja teatralna.

Była drobna i szczupła i miała równo przycięte popielate włosy. Tego dnia włożyła bluzkę z krótkim rękawem w najbledszym z możliwych odcieni żółci oraz szare spodnie z podwyższoną talią. Ale to jej szelmowski uśmiech i filuternie zmrużone oczy tak na mnie podziałały – jakby dawała mi znać, że dzieli ze mną jakąś tajemnicę.

– Hej, Lalo, gdzie mam to postawić? – zawołała z kuchennego aneksu Margot.

– Co postawić? – zapytałem, nadal obserwując nieznajomą blondynkę, która właśnie przechodziła przez ulicę.

– To coś, co wygląda jak gaśnica.

– To nie gaśnica, ale mój dozownik do ciasta.

Margot weszła do salonu, patrząc na mnie z niedowierzaniem.

– Dozownik do ciasta?

– Tak. Żyć bez niego nie mogę. Dzięki niemu wychodzą mi idealnie okrągłe naleśniki. Co prawda są tak samo gumowate, ale przynajmniej okrągłe.

– Lalo, czasami naprawdę mnie zadziwiasz.

Było ciepłe popołudnie pierwszego dnia września. Siedziałem z butelką zimnego Michelob Amber w oknie swojego mieszkania na drugim piętrze przy St Luke’s Place, obok parku imienia Jamesa J. Walkera w Greenwich Village – zrobiłem sobie właśnie przerwę w ustawianiu regałów. St Luke’s Place była ulicą kamienic w stylu włoskim, z fasadami z piaskowca, kolumnowymi portykami i gazowymi latarniami.

Wprowadziłem się tu przed trzema dniami i zaczynałem podejrzewać, że nigdy nie uda mi się urządzić, nawet z pomocą Margot. W korytarzu stały trzy skrzynie po herbacie, wypełnione książkami, partyturami, zdjęciami i emaliowanymi rondlami. Sypialnię zastawiono walizami wypchanymi ubraniami oraz kartonami z ręcznikami i kompaktami. Nigdy wcześniej nie sądziłem, że mam aż tyle gratów. Mój ojciec często mawiał: „Synu, nie można mieć wszystkiego, bo gdzie byś to postawił?”.

Margot otworzyła sobie piwo i dołączyła do mnie. Była małą brunetką w typie Betty Boop z wielkimi brązowymi oczami i odrzuconymi do tyłu włosami. Miała na sobie przyduże ogrodniczki, obcisłą koszulkę w różowe pasy i wściekle różowe chodaki Crocs. Czułem się jak jej starszy brat, choć to ona była starsza ode mnie przynajmniej o pół roku i – pod pewnymi względami – o niebo dojrzalsza.

Przyjaźniłem się z Margot od pierwszego spotkania na studiach w Brooklyn Academy of Music. Kiedy wpadliśmy na siebie przy tablicy ogłoszeń uczelnianych, poprosiłem ją, by pożyczyła mi ołówek, i od razu się polubiliśmy. Wiosną 2005 roku spędziliśmy razem kilka weekendów, podczas których omal nie zostaliśmy kochankami. Niestety, zanim wyplątałem się ze związku z Cindy, „pianistką z syndromem napięcia przedmiesiączkowego”, jak ją nazywała Margot, zaczęła randkować z Estebanem, kubańskim tancerzem o gorącym temperamencie. Tak więc nasza zażyłość nigdy nie wykroczyła poza wspólne wylegiwanie się na kanapie przy czerwonym winie i koncertach fortepianowych Beethovena albo starych albumach Dire Straits. Poznaliśmy siebie tak dobrze, że wspólne pójście do łóżka wydawałoby się nam kazirodztwem.

– Widziałem sąsiadów z parteru – oznajmiłem.

– O! I kto to?

– Parka po trzydziestce. Wyglądają na konserwatywną inteligencję. I chyba są nadziani.

– Tu mogą mieszkać tylko bardzo nadziani. Musisz mieć brylanty w podeszwach butów, nie to co u mnie na Trzynastej Wschodniej.

– Masz cudowne poddasze. Jest magiczne jak Narnia.

– Jasne. Roi się w nim od magicznych, inteligentnych gryzoni.

– Słuchaj, chcę ci podziękować za pomoc… może pójdziemy dziś do Cafe Cluny? – zaproponowałem.

Rozejrzała się po wnętrzu z wysokim białym sufitem i lśniącym dębowym parkietem.

– Wiesz co, Lalo? Temu mieszkaniu potrzebna jest kobieta. I tobie też, szczerze mówiąc. Faceci nie mogą żyć wyłącznie pisaniem muzyki dla telewizji, nawet tacy, którzy robią idealnie okrągłe naleśniki.

Spojrzałem na nią. Drzewa z dworu rzucały na jej policzek roztańczone cienie.

– Przecież mam ciebie.

– Owszem – odparła. – Ale potrzebujesz namiętności. Niebezpieczeństwa. Kobiety, która zmywa gary nago.

Betty Boop – postać z amerykańskich kreskówek Maksa Fleischera, pioniera filmu animowanego (m.in. stworzył słynnego marynarza Popeye’a). Narodziła się na początku lat 30. XX wieku i dzięki erotycznym aluzjom zawartym w jej zachowaniu szybko została okrzyknięta pierwszym animowanym symbolem seksu.ROZDZIAŁ 2

Bliższą znajomość z blondynką zawarłem dwa dni później. Wchodziłem wtedy po schodach z torbą zakupów z Sushila’s, a ona stała na podeście pod drzwiami mojego mieszkania. Na rękach trzymała puchatego persa. Miała dziwnie nieobecny wyraz twarzy, ale gdy ruszyłem ku niej, jakby na mnie czekała. Poczułem zapach jej perfum: bardzo lekki, kwiatowy, nie udało mi się jednak rozpoznać marki.

– Dzień dobry – przywitałem się. – Szukała mnie pani?

– Szukałam Małkin. Moja kocica robi się wścibska, gdy wprowadza się ktoś nowy. Chce o nim wszystko wiedzieć.

Z bliska wyglądała młodziej niż wtedy, gdy widziałem ją po raz pierwszy. Miała może ze dwadzieścia dziewięć lat, a rysy twarzy tak delikatne, jakby wśród jej przodków zaplątały się elfy. Lekko opuszczone powieki skrywały oczy koloru deszczowych chmur. W stonowanym świetle słońca na podeście jej włosy połyskiwały niczym srebro.

Widzicie? Poznałem ją niecałe pół minuty temu, a już zaczynałem sypać poetyckimi porównaniami.

Przerzuciłem zakupy do lewej ręki i wyciągnąłem do niej prawą.

– Gideon – przedstawiłem się. – Gideon Lake. Przyjaciele mówią mi Lalo.

– Dlaczego?

– To od imienia Lala Schifrina, autora muzyki do Brudnego Harry’ego i Mission Impossible. Ja też to robię: piszę muzykę do filmów, telewizji i takich tam. Do reklam także! „Chodź, chodź, wzywa cię dom, w którym rodzinę i przyjaciół masz, a jedna łyżka Thom’s przypomni ci rodzinny dom…”. No wie pani, zupa pomidorowa Thom’s.

Pokręciła głową, ale wciąż się uśmiechała.

– Nie zna pani tego? – zdziwiłem się. – Jest pani chyba jedyną osobą na świecie, która nie słyszała tej reklamy. Moja matka mówi, że ma ochotę udusić mnie za tę melodię, tak za nią chodzi.

Gdy przekładałem zakupy z ręki do ręki, blondynka przełożyła kota i również wyciągnęła dłoń.

– Katherine Solway. Mów mi Kate. Miło mi cię poznać, Gideonie. Mam nadzieję, że będziesz tu szczęśliwy.

– Może wejdziesz i napijesz się czegoś? – zapytałem, otwierając drzwi. – Co prawda jeszcze nie skończyłem się urządzać, ale już niedługo uporządkuję ten bałagan…

– Z przyjemnością – odparła Kate. – Dziękuję. Mogę wziąć Małkin? Nie masz uczulenia na kocią sierść?

– Skądże. Jestem uczulony tylko na dwie rzeczy: na utwory Johna Williamsa i osy.

Dzięki dekoratorskim talentom Margot mój salon zaczynał nabierać elegancji godnej West Village. Naprzeciwko siebie ustawiła dwie staromodne sofy z jasnoniebieskimi obiciami, a przy oknie dwa krzesła z wygiętymi oparciami. Na środku salonu położyła owalny niebieski dywan, na którym stał bielony dębowy stolik z posążkiem bożka Pana skaczącego przez trzciny nad rzeką.

Na jednej ze ścian pyszniło się wielkie lustro w złoconej ramie, a po przeciwnej stronie wisiał obraz olejny przedstawiający dwie kobiety w różowych strojach kąpielowych, stojące na błękitnej pustyni. Płótno podpisano „Jared French”.

Kate postawiła Małkin na podłodze. Kotka otrząsnęła się, po czym zaczęła krążyć po mieszkaniu, obwąchując meble.

– Długo tu mieszkasz? – zapytałem Kate.

Podeszła do okna i wyjrzała na park. W szybie dostrzegłem przezroczyste odbicie jej twarzy.

– To zależy, co rozumiesz przez „długo”. Chyba dłużej, niż powinnam.

– Rozumiem – odparłem, choć nic nie rozumiałem. – Co chcesz do picia? Jest mrożona herbata, zinfandel, piwo… Mam też Dr Peppera.

– Poproszę zinfandela. Wiesz, że kiedyś mieszkał tu Jared French?

– Tak, pośrednik mi powiedział – odpowiedziałem z aneksu kuchennego. – Dlatego kupiłem jego obraz, chociaż o mało nie zemdlałem, gdy podali cenę.

– Każdy dom na tej ulicy ma swoje duchy – dodała Kate. – Obok, pod szesnastką, mieszkał Theodore Dreiser i właśnie tam zaczął pisać swoją Tragedię amerykańską. Apartament pod dwunastką zajmował Sherwood Andersen. A Jared French mieszkał tu razem z Patilem Cadmusem, też malarzem. Obaj byli gejami. Cadmus zawsze malował marynarzy w absurdalnie obcisłych spodniach.

Wróciłem z kuchni z dwoma dużymi kieliszkami schłodzonego białego wina.

– Lubię nawiedzone domy – oświadczyłem. – Czuję się w nich częścią historii. To wspaniałe, oczywiście pod warunkiem, że jakiś duch nie podszczypuje człowieka lodowatymi palcami pod prysznicem.

– Tym nie musisz się martwić. Duchy w tych domach odnalazły już spokój. A przynajmniej większość z nich.

– Dobrze wiedzieć. Na pewno nie widziałaś tu żadnych duchów?

– Kiedy się tu wprowadziliśmy, byłam pewna, że ktoś płacze w jednym z pokojów na strychu. Wydawało mi się, że to kobieta. Poszłam tam i zapukałam do drzwi, ale nikt nie zareagował.

– Brrrr… – wzdrygnąłem się.

– Myślę, że to tylko wiatr – uspokoiła mnie Kate. – Zimą są tu spore przeciągi.

Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Miałem wrażenie, że moja sąsiadka chce mi coś powiedzieć, ale nie potrafi ująć tego w słowa. Co chwila na mnie zerkała, a gdy odwzajemniłem spojrzenie, obdarzyła mnie tym swoim tajemniczym uśmieszkiem i upiła łyk wina.

– Masz dzieci? – zapytałem. – To trochę dziwne, ale nie słyszałem tu żadnych dzieci i nie widziałem żadnych deskorolek w korytarzu.

– Victor nigdy nie chciał dzieci.

– Rozumiem. A ty chciałabyś mieć dzieci?

– Tak, bardzo! Chciałabym je mieć.

– Naprawdę?

– Tak. Dałabym jej na imię Melinda. Ubierałabym ją w sukienki z falbankami, zaplatała jej warkocze i uczyła piec jeżyki.

– Chyba nie jest jeszcze na to za późno? Może przyprzesz Victora do muru?

– Victora nie da się przyprzeć do muru. Poza tym zawsze jest za późno na dzieci.

Nie miałem pojęcia, co chciała przez to powiedzieć, a ona najwyraźniej nie zamierzała mi niczego wyjaśnić, więc nie pytałem dalej.

Po chwili ciszy zapytała:

– A ty jaki jesteś? Lubisz podróżować?

– Podróżować? Chyba żartujesz. Nie cierpię podróży. Co miesiąc latam do Los Angeles, do Capitol Studios. Chciałbym, żeby ktoś w końcu wymyślił ten teleport ze Star Treka, wiesz, wchodzisz do kabiny w Nowym Jorku i po dziesięciu sekundach jesteś w Los Angeles. Ale przy moim pechu pewnie znalazłbym się w tej kabinie razem z muchą.

– Nie o to mi chodziło. Myślałam o podróżach do Europy, na przykład do Rzymu, Wiednia lub Pragi.

– Ach, do źródeł kultury? No cóż, siedziałem kiedyś przez tydzień w Londynie, ale w interesach, i właściwie jedynym miejscem, które zwiedziłem, było studio dźwiękowe w Soho. Nie widziałem nawet pałacu Buckingham.

– Powinieneś podróżować – stwierdziła Kate. – Podróże dobrze robią na duszę. A ile można się nauczyć! Im dalej jedziesz, tym lepiej poznajesz to, co zostawiasz za sobą.

Czekałem, aż mi opowie, co sama w ten sposób poznała, ale nie kontynuowała tego tematu. Miałem wrażenie, że rozmawiamy o dwóch różnych sprawach – albo może chciała, żebym pojął coś, co dla niej było oczywiste, jednak nie domyślałem się, o co mogło jej chodzić. Zachowywała się, jakbym powinien wszystko rozumieć. A może specjalnie mówiła zagadkami? Może nie chciała, by Małkin się domyśliła, co chce mi przekazać. Pewnie mogłaby donieść o tym Victorowi, panu „niedającemu-się-przyprzeć-do-muru”.

– Jeszcze wina? – zapytałem Kate, choć wysączyła zaledwie parę łyków. – A może chcesz chipsy ziemniaczane? Mam do nich sól morską, sos jalapeño i jakiś ziołowy.

Pokręciła głową.

– Powiedz mi, do czego pisałeś muzykę?

– Hm… Na przykład do Sztukmistrza. Widziałaś ten serial? O gliniarzu, który był kiedyś iluzjonistą. Rozwiązywał sprawy za pomocą sztuczek.

– Chyba widziałam jeden odcinek, ale nie przypominam sobie muzyki z czołówki.

Sięgnąłem po gitarę opartą o skraj sofy. Zabrzdąkałem delikatnie w struny i zagrałem łagodną melodię z serialu, wznoszącą się z każdym taktem.

– To było prawie piękne – przyznała Kate, gdy skończyłem.

– Prawie?

– Debussy jest piękny, Delius też. A ten kawałek był cokolwiek komercyjny.

– Och, daj spokój. Debussy i Delius nie musieli pisać muzyki dla Jerry’ego Bruckheimera.

Roześmiała się, a potem popatrzyła na mnie. Jej spojrzenie znów zdawało się sugerować, że dzielimy jakąś wspólną tajemnicę, tak samo jak wtedy, gdy zobaczyłem ją na schodach. Nie odwracała wzroku ani nie mrugała, tylko wpatrywała się we mnie tak intensywnie, jakby chciała na zawsze zapamiętać, jak wyglądam.

– Czy mogę cię spytać, ile masz lat? – zapytała po chwili.

– Trzydzieści jeden – odparłem. – Wyglądam na starszego, bo włosy zaczęły mi siwieć już w wieku dwudziestu sześciu lat. To dziedziczne.

– Podobają mi się. Dzięki nim wyglądasz jak człowiek, któremu mogłabym zaufać.

Zastanowiło mnie, dlaczego tak powiedziała. Czemu miałaby mi zaufać? Najwyraźniej chce, żebym coś dla niej zrobił. Tylko co?

Spojrzała na wiszący obok lustra zegar.

– Muszę już lecieć – powiedziała.

– Czas zrobić obiad?

– Nie, nie. Na obiad też już za późno.

– Przecież możesz zamówić coś na wynos. W Little Havana mają pyszne arroz con pollo. Jeśli powdzięczysz się do kucharza, da ci tostones gratis.

Wstała bez słowa. Albo w ogóle mnie nie słuchała, albo nie lubiła kuchni kubańskiej, albo nie jadała mięsa.

Nigdy nie byłem zbyt spontaniczny, ale zapytałem wtedy:

– Hm… Czy masz czas w tygodniu? A może pracujesz?

– Jestem grafikiem. Robię rozkładówki o modzie dla „Harper’s”. To znaczy robiłam.

– Więc teraz jesteś wolna?

– To zależy, co przez to rozumiesz.

– No, gdybym na przykład powiedział: „Przyjdź jutro około południa, zrobię lunch i zagram ci moją prawie piękną muzykę”, czy miałabyś coś przeciwko temu?

Nie odpowiedziała, wciąż wpatrując się we mnie. Jej spojrzenie było tak przenikliwe, że zakręciło mi się w głowie, jakbym wypił o jedną tequilę za dużo. I wtedy Małkin zaczęła szarpać pazurami frędzle przy obiciu krzesła.

– Ej, kotek, przestań! – krzyknąłem i czar prysł.

Małkin podreptała do swojej pani jak zbesztane dziecko. Kate przyklęknęła i podniosła ją.

– Słuchaj… – zacząłem. – Wiem, że jesteś zamężna. Chciałem po prostu zaprosić cię na sałatkę. Siedzę sam i pracuję całymi dniami, więc czasami mam wrażenie, że zaczynam zamieniać się w wariata, który gada do siebie.

– Dobrze – odparła. Wyciągnęła rękę, żebym pomógł jej wstać, ale gdy już się podniosła, nie puściła mojej dłoni. – Nie przejmuj się Victorem. To zarozumiały, pewny siebie facet, który myśli, że cały świat należy do niego. Nawet nie przyszłoby mu do głowy, że mogłabym go zdradzić.

Miałem wielką ochotę zapytać, czyby go zdradziła ze mną. Ale było za wcześnie na takie pytania. Nadal nie wiedziałem, czy jej się podobam, ale sam z każdą mijającą chwilą zauważałem w niej rzeczy, które coraz bardziej mnie pociągały: delikatny zarys nosa, odblask słońca na górnej wardze, błękitne żyłki na nadgarstkach. Jednocześnie jednak dostrzegałem jej rezerwę i czujność. Podejrzewałem, że gdyby sytuacja tego wymagała, potrafiłaby zmiażdżyć jaja każdemu facetowi.

Puściłem jej dłoń.

– Skoro mówisz, że nie muszę martwić się Victorem, to nie będę się nim martwił. Co powiesz na tuńczyka z sałatką z kapusty pekińskiej?

– Brzmi apetycznie. Małkin też by chyba smakował. Ale zostawię ją w domu, żeby nie przeszkadzała.

Odprowadziłem ją do wyjścia. Zanim wyszła z mieszkania, odwróciła się i dotknęła włosów za moim uchem jak sztukmistrz, który ma zamiar wyciągnąć stamtąd monetę, po czym delikatnie pocałowała mnie w policzek.

Odprowadziłem ją wzrokiem, kiedy schodziła na dół. Gdy zniknęła, cicho zamknąłem drzwi i wróciłem do salonu.

Przyjrzałem się sobie w lustrze. Usiłowałem odkryć, co widziała, gdy na mnie patrzyła. Zawsze uważałem, że bardziej przypominam drugoligowego tenisistę niż kompozytora. Jestem szczupły, mam sto osiemdziesiąt trzy centymetry wzrostu, a moje ręce i nogi wyglądają, jakby należały do kogoś innego. Po dziadku Luukasie, Finie, odziedziczyłem pociągłą twarz o kanciastej szczęce i niebieskie oczy. Myślę, że jestem całkiem przystojny, jak Kris Kristofferson, choć Margot zawsze mówiła, że jestem zbyt często ponury bez wyraźnej przyczyny.

Wziąłem gitarę i zagrałem temat ze Sztukmistrza. Nagle przerwałem w połowie akordu.

– Kate Solway – wyszeptałem.

Chciałem usłyszeć, jak jej nazwisko brzmi w moich ustach.

Jerry Bruckheimer – amerykański producent seriali i filmów sensacyjnych m.in. seriali CSI: Kryminalne zagadki Las Vegas i Gliniarz z Beverly Hills oraz filmów Top Gun, Twierdza, Con Air: Lot skazańców i Piraci z Karaibów.

Arroz con pollo – kurczak z ryżem i warzywami.

Tostones – smażone banany.ROZDZIAŁ 3

Tego samego wieczoru, jakoś tak przed dwudziestą trzecią, gdy pracowałem nad tłem muzycznym do programu The Billy Wagner Show, usłyszałem trzaśnięcie drzwiami samochodu, a potem czyjś śmiech.

Moje palce zawisły nad klawiszami syntezatora Roland. Po chwili znów usłyszałem śmiech. Należał do kobiety. Potem męski głos oznajmił:

– Jesteś całkiem pogięta, wiesz? Chyba zupełnie ci odbiło.

Na bosaka przemierzyłem salon i wyjrzałem przez otwarte okno. Po schodach prowadzących do frontowego wejścia wspinała się rudowłosa kobieta w zielonej satynowej sukni, chwiejąc się jak pijana. Tuż za nią szedł Victor Solway we frakowej koszuli, z rozwiązaną muchą i karmazynowym smokingiem przewieszonym przez ramię. Karmazynowym!

Był opalony na głęboki brąz. Skronie jego kruczoczarnej czupryny zdobiły siwe pasma. Wyglądał jak niższa i bardziej zwalista wersja George’a Hamiltona. Gdy ruda wspięła się na szczyt schodów, złapał ją za pośladek. Skwitowała to wrzaskiem i zamachała mu torebką przed twarzą.

– Moja przyjaciółka Daisy ostrzegała mnie przed tobą! – krzyknęła. – Mówiła, że nie umiesz trzymać łap przy sobie!

– Do mnie masz pretensje? To twoja wina, ty kusicielko! Nie powinnaś tak kręcić zadkiem! Myślisz, że jestem z kamienia?

Ruda wybuchnęła głośnym śmiechem, trzęsąc bladymi piersiami i zakrywając oczy. Victor Solway otworzył drzwi frontowe kluczem i razem wtoczyli się do środka.

Trzasnęły dwie pary drzwi, najpierw frontowe, potem do mieszkania Solwaya. Po dłuższej chwili usłyszałem przytłumiony głos Tony’ego Bennetta. Śpiewał Cold, Cold Heart.

Niech to jasna cholera. Trawiłem prawie każdego kompozytora na świecie oprócz Johna Williamsa. Muzyka do Gwiezdnych wojen? Dajcie spokój. Dotyczyło to również piosenkarzy – z wyjątkiem Tony’ego Bennetta.

Wróciłem do syntezatora. Układałem kawałek dla Billy’ego Wagnera do wywiadu, który przeprowadził z dość ekscentryczną rodziną z Bakersfield. Jej członkowie nosili stroje z początku dwudziestego wieku przez cały rok, na okrągło. Matka i dwie córki wkładały nawet gorsety z fiszbinów. Jednak zupełnie straciłem nastrój. Jak miałem pisać muzykę fortepianową w stylu lat dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku, gdy na dole smęcił Tony Bennett? „Kolejna miłość, znów nie w czas, twe serce wypełniła smutkiem…”.

Jezu Chryste. Nie mogli włączyć czegoś choć trochę weselszego? I co tam się działo, do cholery? Usłyszałem histeryczne śmiechy i jakiś łoskot. Nie potrafiłem sobie wyobrazić, że Kate może brać udział w tej zabawie. Nie pasował mi do niej trójkącik z Victorem i wstawioną rudą kobitką, szczelnie wypełniającą swoimi obfitymi kształtami sukienkę z zielonej satyny.

Zagrałem kilka taktów ze Sztukmistrza, po czym wyłączyłem syntezator i poszedłem do aneksu kuchennego. Wyjąłem z lodówki butelkę zinfandela. Dorośnij, powiedziałem sobie w duchu. Nie bądź takim nadętym nudziarzem. Kate może robić, co jej się żywnie podoba, a tobie nic do tego. Jeśli chce brać udział w pijackiej orgii, jej sprawa. Ma prawo zrobić to nawet z całą obsadą musicalu Spamalot.

Tego popołudnia była jakaś nieobecna i pełna rezerwy. Niemożliwe, by teraz tarzała się w łóżku, śmiejąc się głośno. Poza tym miałem wrażenie – słuszne lub nie – że prosiła mnie o pomoc albo o ochronę.

Uchyliłem nieco drzwi mojego mieszkania. Tony Bennett śpiewał: „Czemu uciekasz przed życiem? To przecież niemądre…”.

Na schodach pojawiła się Małkin, biała puchata kotka Kate. Usiadła po drugiej stronie podestu i wbiła we mnie ponure spojrzenie.

– Kici, kici – zawołałem cicho. – Co ta twoja pani kombinuje? No już, przestań udawać, że nie umiesz mówić. Każdy kot to potrafi, więc nawet nie próbuj zaprzeczać.

Małkin wciąż patrzyła na mnie spode łba. Nie odzywała się, mruczała tylko jak zdezelowany klimatyzator.

– Chcesz wejść? – zapytałem. – Może dasz się zaprosić na spodeczek mleczka? Niestety, nie mam Wild Kitty, ale myślę, że da się zorganizować trochę sardeli.

Otworzyłem szerzej drzwi i cofnąłem się do mieszkania.

– No chodź, kiciu. Co, nie lubisz mleka? Wolisz strzelić sobie tequilę, na przykład El Tresoro?

Nagle odezwała się moja komórka, wygrywając melodyjkę Hang On, Sloopy, i na sekundę oderwałem wzrok od Małkin. Gdy znów spojrzałem na podest, już jej nie było. Zniknęła jak kot w sztuczce z serialu Sztukmistrz. Dosłownie wyparowała – nie słyszałem nawet, jak zbiega po schodach.

Zamknąłem drzwi i odebrałem telefon. Dzwoniła Margot, najwyraźniej z jakiegoś przyjęcia. W słuchawce usłyszałem w tle jakąś kobietę, która wołała:

– Margot, chodź tu! Michael chce ci pokazać coś odjechanego!

– Wszystko w porządku? – zapytałem.

– Jasne. Jestem na urodzinach Lydii, ale chciałam sprawdzić, czy u ciebie wszystko w porządku.

– Oczywiście. Po prostu pracuję… to znaczy pracowałem, dopóki ci z dołu nie zaczęli orgietki.

– Twoi dziani sąsiedzi robią orgię? No proszę! Najwyraźniej to mieszkanie jest w sam raz dla ciebie!

– No, nie do końca. Puszczają Tony’ego Bennetta.

– O Jezu! I tak dobrze, że nie słuchają Barry’ego Manilowa.

– Słuchaj, Margot… chciałaś ze mną o czymś pogadać? Zamierzam iść spać, może uda mi się zasnąć mimo tych orgiastycznych wrzasków.

– Owszem. Martwię się o ciebie. Chciałam się upewnić, czy wszystko w porządku.

– Oczywiście, że tak. Co miałoby mi się stać?

– Wiesz, dziś wróżyliśmy sobie z paciorków tybetańskich. Są niesamowite… Nasz wróżbita odgadł nawet, że moja siostra jest chora!

– No dobrze… Ale co takiego chcesz mi powiedzieć?

– Poprosiłam go, żeby sprawdził, czy będziesz szczęśliwy w nowym mieszkaniu, i ciągle wyciągał dwa paciorki oznaczające „kruka”, czyli nieszczęście. Powiedział, że będziesz cierpiał, połamiesz sobie kości i zginiesz w pożarze. Ale przede wszystkim masz się trzymać z dala od kobiety, przy której nikt nie chodzi…

– Co to oznacza, do cholery?

– Nie wiem. Zapytałam go o to, ale powtarzał w kółko to samo. Aha, powiedział coś jeszcze: „Biała pamięć cię obserwuje… więc nie otwieraj drzwi”.

– Biała pamięć? Co to niby ma znaczyć?

– Lalo, nie mam zielonego pojęcia. Nie zabijaj posłańca, dobra? Uznałam, że powinnam ci powiedzieć o tej wróżbie, żebyś mógł się odpowiednio zabezpieczyć. Cieszę się, że nic ci nie jest.

– Dziękuję, Margot – odparłem znużonym głosem.

– Nie ma za co. Kocham cię, Lalo. Nie chcę, żebyś źle skończył.

Rozłączyłem się. Piosenka Bennetta się skończyła, lecz z mieszkania na dole wciąż dochodziły jakieś łomoty. Co oni tam robili, do cholery? Przemeblowywali mieszkanie? Miałem ochotę założyć trapery i odtańczyć kozaczoka w salonie. Zreflektowałem się jednak – gdybym to zrobił, zachowałbym się jak dziecko. Solwayowie będą moimi sąsiadami przez następnych parę lat, więc powinienem przyzwyczaić się do ich wieczorków towarzyskich. Przecież nie będą urządzali orgii co noc. Przynajmniej taką miałem nadzieję…

Wziąłem gorący prysznic. Stałem pod nim tak długo, aż coś zaczęło trzaskać w rurach, po czym wytarłem się i poszedłem do łóżka w bokserkach drużyny nowojorskich Metsów. Przez okno sypialni obserwowałem księżyc w trzeciej kwadrze, dopóki nie zniknął za bryłą Franks Building. Nareszcie było cicho. Słyszałem jedynie odległy ruch na ulicach i zawodzenie syren, przynajmniej Tony Bennett już nie smęcił.

Ciekawe, co działo się na dole. Może trójkącik leżał teraz na łóżku, popalając skręta?

Nagle z irytacją uświadomiłem sobie, że nucę pod nosem: „Kolejna miłość, znów nie w czas, twe serce wypełniła smutkiem…”.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

George Hamilton – amerykański aktor filmowy i telewizyjny oraz reżyser filmowy (Lone Star, Dom od wzgórza, Ojciec chrzestny III, Człowiek, który kochał Tańczącą Kotkę, Koniec z Hollywood).

Spamalot – musical, który powstał na podstawie filmu komediowego Monthy Python i Święty Graal. „Spamalot” to połączenie słów „spam” (mielonka) i „Camelot”.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij