Muzykanci. Niepowiedziana historia grupy Wagnera - ebook
Muzykanci. Niepowiedziana historia grupy Wagnera - ebook
„Muzykanci, których zna cały świat”.
Tak mówią sami o sobie. Najemnicy w służbie Kremla, przez ponad dekadę siejący chaos i niosący śmierć od Europy przez Bliski Wschód po Afrykę.
Najsłynniejsza, a jednocześnie najbardziej tajemnicza prywatna armia świata. Jej szlak bojowy rozpoczął się w Donbasie. Walczyła przeciw Państwu Islamskiemu w Syrii, służyła afrykańskim dyktatorom, brała udział w najkrwawszej bitwie XXI wieku, a w końcu rzuciła wyzwanie samemu Putinowi.
Oto historia Grupy Wagnera opowiedziana jak nigdy dotąd.
Autor odsłania kulisy jej powstania, rozwoju i finansowania — od pierwszych prób stworzenia rosyjskiej prywatnej firmy wojskowej po dziś. Z imponującą szczegółowością odtwarza przebieg najważniejszych kampanii i bitew, w których uczestniczyli wagnerowcy. Sięgając po nieznane wcześniej źródła, próbuje zrozumieć etos tej organizacji, jej wewnętrzne mity oraz motywacje ludzi, dla których wojna stała się rzemiosłem i sposobem na życie.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68639-24-7 |
| Rozmiar pliku: | 4,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Pod koniec 2025 roku na pewnym kanale w serwisie Telegram, prowadzonym przez byłego członka Grupy Wagnera, pojawił się wpis o treści:
Donbas to początek legendy. Debalcewe, lotnisko, rosyjska wiosna. Bez orkiestry nie byłoby rosyjskiego Donbasu. Nie byłoby specjalnej operacji wojskowej, a i w wyzwoleniu Krymu orkiestra odegrała ważną rolę. To właśnie w Donbasie ludzie Zachodu po raz pierwszy usłyszeli imię swojego wroga – Dmitrija Utkina.
Wpis zilustrowany jest fotografią – a być może wygenerowaną przez sztuczną inteligencję grafiką – przedstawiającą mężczyznę na tle typowego krajobrazu wyzwolonych miast Donbasu: zrujnowanego blokowiska, stosów gruzu i wraków samochodów. Mimo wojennej scenerii mężczyzna nie ma na sobie munduru ani nie nosi broni. Ubrany jest za to w koszulkę z napisem: „Orkiestra W – Donbas” i wizerunkiem Dmitrija Utkina, dowódcy Grupy Wagnera, stojącego z kolei na tle ruin lotniska ługańskiego, „wyzwolonego” ponad dekadę wcześniej.
Cały wpis wraz z dołączoną grafiką jest w istocie reklamą marki odzieżowej nawiązującej do symboliki i historii Grupy Wagnera – czy też orkiestry, muzykantów, jak sami siebie nazywają wagnerowcy. Nie jest to zresztą przypadek odosobniony. Inna firma powiązana z byłymi członkami formacji stworzyła własną markę odżywek i suplementów diety zaprojektowanych, by pomóc „w regeneracji wojowników” i „skutecznym wypełnianiu zadań bojowych w strefie Specjalnej Operacji Wojskowej”. „Załaduj, a będzie mocniej niż w Buczy, fajniej niż w Popasnej” – głosi hasło marketingowe marki, nawiązujące zarówno do bodaj najgłośniejszej zbrodni wojennej w Ukrainie, jak i do jednej z bitew stoczonych przez wagnerowców.
W przeciwieństwie do marki odzieżowej, promowanej przez byłego już najemnika, ten brand został stworzony przez aktywną, choć nieregularną i ochotniczą formację rosyjską. Część klipów reklamowych kręcona jest na ukraińskim froncie lub w jego pobliżu, gdzie produkty polecają umundurowani i uzbrojeni członkowie oddziału, a żołnierzom wykonującym zadania bojowe w Ukrainie lub przechodzącym rehabilitację po odniesieniu ran oferowane są specjalne zniżki.
Trudno o bardziej sugestywny symbol tego, czym stała się Grupa Wagnera dwanaście lat po swoim powstaniu: brandem nastawionych na zysk inicjatyw, funkcjonujących na styku struktur państwowych i prywatnych; popkulturowym fenomenem, najżywszym oczywiście w samej Rosji, ale powszechnie rozpoznawalnym również poza jej granicami; marką, której motywem przewodnim – główną koncepcją komunikacyjną, można by powiedzieć – jest duma z obracania wyzwalanych terytoriów w ruiny i zgliszcza w imię walki z „ludźmi Zachodu”.
Błędem byłoby jednak lekceważenie tego brandu i sprowadzanie go jedynie do marketingowego narzędzia, pozwalającego zmonetyzować przygasającą legendę Grupy Wagnera. Mimo śmierci jej przywódców i zmarginalizowania samej organizacji – a być może właśnie dzięki tym wydarzeniom – mit Wagnera pozostał żywy w rosyjskim społeczeństwie, w strukturach siłowych i w armii, szczególnie w tej jej części, która walczy w Ukrainie.
Paradoksalnie, mit ten jest przez Kreml zarazem źle widziany, jak i dyskretnie promowany i podtrzymywany. Z jednej strony Grupa Wagnera otwarcie i zbrojnie wystąpiła przeciwko Władimirowi Putinowi, za co – najprawdopodobniej – kazał on jej przywódców zamordować. Z drugiej: marka ta okazała się na tyle atrakcyjna, że aż żal byłoby nie wykorzystać jej do własnych interesów.
Wojnę w Ukrainie Rosja prowadzi głównie rękami ochotników. Aby skłonić kogoś do dobrowolnego udziału w konflikcie tak brutalnym i krwawym, nawet jeśli główną motywacją pozostają względy materialne, konieczne jest dostarczenie uczestnikom również ideologicznego uzasadnienia. Mit Grupy Wagnera – mit elitarnych, tajemniczych wojowników walczących o interesy Rosji zarówno na jej rubieżach, jak i w egzotycznych rejonach świata; ludzi jednocześnie poświęcających się dla ojczyzny, jak i czerpiących z tego wymierne korzyści – nadaje się do tego celu jak mało co.
„To nie subkultura” – pisał inny powiązany z Grupą Wagnera użytkownik Telegrama w drugą rocznicę śmierci Jewgienija Prigożyna. „To jedyna działająca obecnie ideologia. Nie prawicowa, nie lewicowa, nie czerwona, nie biała. Nie komercyjna. Nie religijna, ale z nutą mistycznego braterstwa wojskowego”.
I – kolejny paradoks – ideologia ta jest jednocześnie elitarna i egalitarna. Z jednej strony postwagnerowskie środowisko stanowi hermetyczny klub doborowych żołnierzy, mających za sobą szlak bojowy ciągnący się przez pół świata, z drugiej – bardzo łatwo do tego klubu dołączyć. Wystarczy podpisać kontrakt i wyjechać na front.
„Twarze zakryte, znaczy – każdy może być wagnerowcem” – czytamy w tym samym wpisie. „Twój sąsiad, kolega z klasy. Zauważaj znaki kątem oka. Krew. Honor. Ojczyzna. Odwaga. Sprawiedliwość?”
Znak zapytania przy ostatnim elemencie wagnerowskiego credo nie jest przypadkowy. To najdyskretniej wyrażona wątpliwość co do słuszności polityki władców Kremla, delikatne zmarszczenie brwi, nawiązanie do buntu Prigożyna – nazwanego przez niego samego Marszem Sprawiedliwości – i niewypowiedziana groźba, że podobny bunt, ponowna próba wymierzenia sprawiedliwości zdrajcom ojczyzny, może się powtórzyć.
„Nie ma byłych wagnerowców. Nie ma martwych wagnerowców. Każdego wyciągniemy, każdego pomścimy, a zadanie bojowe zostanie wykonane” – pisze dalej ten sam autor. I na koniec pyta retorycznie: „Bo inaczej po co to wszystko?”.
Odpowiedź na to pytanie, jakiej po zakończeniu wojny w Ukrainie udzielą sobie setki tysięcy jej uczestników, może okazać się brzemienna w skutki i dla Rosji, i dla świata, w zależności od tego, czy wojna zakończy się rosyjskim zwycięstwem, czy też raczej poczuciem, że „to wszystko” – jak eufemistycznie nazwano tu ukraińską maszynkę do mięsa – było w zasadzie po nic.
Zrozumienie fenomenu Grupy Wagnera, tej „ostatniej działającej ideologii” rosyjskich ochotników, jest więc bardzo ważne, a jednocześnie wymaga spojrzenia wykraczającego poza analizę jej struktur dowodzenia, operacji wojskowych, przedsięwzięć biznesowych czy politycznych ambicji jej przywódców. Równie istotne jest wniknięcie w wewnętrzne kody kulturowe, mapy mentalne, język i symbole; w mit, który pozwolił Prigożynowi poprowadzić swoich najemników na kolejne bitwy – do szturmu ługańskiego lotniska, syryjskiej Palmyry i Trypolisu w Libii, na wojny w afrykańskich dżunglach i pustyniach, na Bachmut i na Moskwę.
Do niedawna było to jednak niemożliwe. Przez większość swego istnienia Grupa Wagnera działała w cieniu. Obowiązywały w niej rygorystyczne zasady tajności, a o jej działalności świat dowiadywał się głównie dzięki dziennikarskim śledztwom i wyciekom dokumentów, pozwalającym wyciągnąć na światło dzienne informacje o tym, co się dzieje, ale nie – dlaczego się dzieje.
Sytuacja ta zaczęła się zmieniać po 2022 roku, gdy Grupa Wagnera oficjalnie wyszła z cienia i pojawiła się w Ukrainie pod własnymi sztandarami, a Jewgienij Prigożyn – wcześniej zaprzeczający jakimkolwiek związkom z formacją – zamiast garnituru przywdział wojskowy mundur, wziął do ręki karabin i zaczął regularnie występować przed kamerami, szczegółowo relacjonując działania Grupy Wagnera na froncie.
Po śmierci kierownictwa organizacji, wraz z jej stopniowym rozpadem, zasady tajności uległy dalszemu rozluźnieniu. W mediach społecznościowych nastąpił prawdziwy wysyp wspomnień, fotografii i nagrań dokumentujących wszystkie kampanie Grupy Wagnera – również te najwcześniejsze, prowadzone w Donbasie w 2014 roku, czy jeszcze dawniejsze, z czasów, gdy podejmowano pierwsze próby stworzenia rosyjskiej prywatnej firmy wojskowej.
Nie bez powodu przywołałem tu wpisy z Telegrama. W czasie wojny w Ukrainie platforma ta stała się jednym z głównych źródeł informacji o działaniach obu stron konfliktu – na tyle istotnym, że rosyjski regulator mediów Roskomnadzor podjął na początku 2026 roku próby ograniczenia dostępu do tej aplikacji, argumentując, że publikowane tam materiały ujawniają wrażliwe informacje dotyczące działań wojennych.
Niezależnie od tego, czy uzasadnienie to jest prawdziwe, czy też stanowi tylko pretekst do dalszego zaostrzania kontroli nad przestrzenią informacyjną w Rosji, faktem pozostaje ogromna liczba publikowanych na Telegramie materiałów. To właśnie dzięki tej masie rozproszonych relacji – tysiącom postów, zdjęć, nagrań – możliwa była konfrontacja informacji o działalności Grupy Wagnera dostępnych w innych źródłach z historią organizacji kolektywnie opowiedzianą przez samych wagnerowców, a tym samym poznanie i przynajmniej częściowe zrozumienie sposobu myślenia ludzi, dla których prowadzenie wojny jest świadomie wybraną ścieżką kariery, a ruiny „wyzwolonych” miast czy jeszcze bardziej złowieszczy młot – noszonymi z dumą symbolami własnej drogi życiowej.
Książka ta jest próbą spojrzenia na historię Grupy Wagnera z tej właśnie perspektywy – poprzez syntezę niezależnych źródeł i narracji samych wagnerowców. Połączeniem historii działań wojskowych na kolejnych teatrach i analizy ewolucji jej symboliki, języka i mechanizmów budowania wspólnoty opartej na doświadczeniu przemocy i poczuciu wypełniania misji o historycznym znaczeniu, wręcz ratowania świata.
Podejście to wiąże się ze szczególnym ryzykiem. Wewnętrzna narracja tej formacji nie jest przecież neutralna – stanowi często mieszankę faktów i subiektywnych opinii, samousprawiedliwień, niedomówień, propagandy, a niekiedy wprost kłamstw. Jej analiza jest jednak konieczna, by zrozumieć, w jaki sposób idee te zyskały tak wielką siłę oddziaływania i dlaczego ich konsekwencje mogą kształtować rzeczywistość długo po zakończeniu działań wojennych. Zrozumieć w sensie poznawczym – nie jako akceptacja czy próba relatywizowania opisywanych zjawisk.
Praca nad tą książką wymagała więc szczególnego rygoru analitycznego zarówno w doborze źródeł, jak i w ich weryfikacji oraz interpretacji. Wymagała także nieustannego zachowywania dystansu wobec narracji, które z założenia mają przekonywać, mobilizować i kształtować emocje. Jestem pewien – i mam nadzieję, że czytelnicy tę opinię podzielą – że rygor ten został zachowany, a przedstawiona tu opowieść pozwala możliwie najpełniej uchwycić fenomen Grupy Wagnera – zjawiska, które stało się jednym z najbardziej znaczących i niepokojących symboli współczesnych konfliktów zbrojnych.Rozdział 1 Korpus Słowiański
W październiku 2013 roku w pobliżu As-Suchny – niewielkiej miejscowości pośrodku syryjskiej pustyni, w połowie drogi między wybrzeżem Morza Śródziemnego a doliną Eufratu – dochodzi do starcia. Obsadzone przez prorządowe milicje punkty kontrolne na drogach dojazdowych do miasta zostają zaatakowane przez bojowników mało wówczas znanej organizacji dżihadystycznej, zwanej Państwem Islamskim Iraku i Syrii.
Dżihadyści dysponują znaczną przewagą liczebną, strona rządowa zaczyna więc sprowadzać posiłki, skąd tylko się da – między innymi z odległej o sto pięćdziesiąt kilometrów bazy wojskowej T4, leżącej w pobliżu miasta Homs.
Kolumna śpiesząca z odsieczą dociera do As-Suchny po południu i od razu wchodzi do walki. Bój trwa wiele godzin, do późnej nocy, po czym zostaje wznawiony rankiem. Bojownicy Państwa Islamskiego zaciekle atakują siły rządowe, przygniatają je ogniem, próbują oskrzydlić. Ich przewaga jest miażdżąca, w dodatku są wśród nich zdeterminowani i zaprawieni w bojach zagraniczni bojownicy – Czeczeni, Afgańczycy, Pakistańczycy. Położenie, w jakim znalazły się siły prorządowe, jest nie do pozazdroszczenia: prowizorycznie opancerzone pojazdy cywilne nie zapewniają wystarczającej osłony, brakuje ciężkiego uzbrojenia, w dodatku szwankuje łączność i poszczególne oddziały zaczynają się wzajemnie ostrzeliwać. I wszystko skończyłoby się dla nich znacznie gorzej, gdyby nie nadciągająca burza piaskowa, która przykrywa pole bitwy mroczną zasłoną i pozwala siłom rządowym się wycofać.
W teorii chaosu istnieje zjawisko zwane efektem motyla, definiowane jako wysoce wrażliwa zależność stanu końcowego od drobnych zmian w stanie początkowym. Dla ułatwienia zrozumienia definicja ta często uzupełniana jest anegdotyczną historią o motylu, którego trzepot skrzydeł – choć pozornie bez znaczenia – powoduje jednak serię małych, ale wciąż narastających zmian w systemie, w konsekwencji doprowadzając do huraganu po drugiej stronie kontynentu.
Innymi słowy: zmiana rodzi zmianę, a nawet pozornie nieistotne zdarzenie może mieć nieprzewidywalne skutki, tak jak trącenie kamyka jest w stanie wywołać lawinę.
Bitwa pod As-Suchną – jedno z setek podobnych starć, do jakich doszło podczas syryjskiej wojny domowej – przeszłaby zapewne bez echa do historii świata, gdyby nie drobnostka, przypadek, gdyby nie ten metaforyczny ruch skrzydeł motyla, który wywołać miał po latach huragany w odległych zakątkach świata, od Donbasu po Sahel.
Oto w chaosie wymiany ognia i miotanych wiatrem chmur piachu jeden z uczestników bitwy, walczący po stronie rządowej, wycofuje się i gubi lub porzuca plecak. Już po walce znajdują go przeszukujący pobojowisko bojownicy ISIS. W środku odkrywają legitymację służbową pracownika firmy Moran Security Group oraz aneks do umowy zawartej przez tegoż pracownika z firmą Slavonic Corps Limited. Oba dokumenty należą do niejakiego Aleksieja Maliuty, obywatela Federacji Rosyjskiej.
11 września 2001 roku to data graniczna – dzień, w którym skończyła się „geopolityczna przerwa” po rozpadzie Związku Radzieckiego, z niekwestionowaną dominacją Stanów Zjednoczonych. Obrócone w gruzy wieże World Trade Center zwiastują upadek światowego porządku, który ta dominacja gwarantowała. Oprócz wielu konsekwencji oczywistych, były i takie, które dostrzec można dopiero z perspektywy czasu. Jedną z nich jest renesans najemnictwa.
Samo najemnictwo nie jest oczywiście niczym nowym – wręcz przeciwnie, istnieje równie długo jak sama wojna. Pierwsze pisemne wzmianki o ludziach, dla których wojna była sposobem zarobku, pochodzą z końca drugiego tysiąclecia przed Chrystusem ze starożytnego Egiptu. Najemników używali Grecy i Rzymianie, pisali o nich starożytni chińscy stratedzy, przed korzystaniem z ich usług przestrzegał Niccolò Machiavelli. Począwszy jednak od wieku XVII, wraz z powstaniem armii z poboru, najemnictwo spychane było na margines, a państwa zaczęły sobie rościć monopol na stosowanie przemocy i prowadzenie wojny. Z tego monopolu zaczęły stopniowo rezygnować dopiero podczas tak zwanej wojny z terroryzmem.
W listopadzie 2001 roku, ledwie dwa miesiące po zamachach na WTC i Pentagon, wojska amerykańskie wkraczają do Afganistanu. Niecałe półtora roku później, w marcu 2003 roku, dokonują inwazji na Irak. Obie te wojny prowadzone były w dużej mierze rękami najemników – czy też, jak to bardziej dyplomatycznie określano, kontraktorów prywatnych firm wojskowych.
W Iraku, w latach, gdy toczyły się tam najbardziej intensywne walki, firmy takie miały łącznie około stu tysięcy pracowników – gdyby traktować je jako całość, stanowiłyby drugą największą siłą militarną w tym konflikcie zaraz po armii amerykańskiej. W 2016 roku na każdego żołnierza amerykańskiego w Iraku przypadało dwóch kontraktorów; w Afganistanie – trzech. Między 2009 a 2016 rokiem w obu tych krajach zginęło więcej pracowników prywatnych firm wojskowych – ponad półtora tysiąca – niż żołnierzy amerykańskich, których straty wyniosły tysiąc trzystu poległych.
Oficjalnie prywatne firmy wojskowe nie dostarczały najemników – zapewniały tylko pewne niezbędne usługi, na przykład ochronę konwojów, placówek dyplomatycznych, a nawet baz wojskowych. Doradzały, zapewniały zaopatrzenie drogą powietrzną dla wysuniętych baz operacyjnych, dostarczały personel do obsługi zaplecza wojny: mechaników, kucharzy, wartowników. Oczywiście ze względu na wysokie ryzyko personel ten często był uzbrojony i w razie czego mógł się bronić, ale oficjalnie nie pozostawał stroną konfliktu.
Przerzucanie prowadzenia wojny na prywatne firmy miało wiele korzyści. Jak w wielu innych obszarach, sektor prywatny lepiej radził sobie z dostarczaniem usług niż sektor publiczny. Było to też na dłuższą metę tańsze: kontraktorzy zarabiali wprawdzie znacznie więcej niż żołnierze regularnej armii, ale płacić im trzeba było tylko przez okres, na jaki byli zatrudnieni. No i wreszcie poległy pracownik prywatnej firmy nie wliczał się w oficjalne statystyki strat wojennych.
Na tym rynku pojawili się też oczywiście kontraktorzy z Rosji. I – zwłaszcza ci, którzy wywodzili się ze specnazu czy wojsk powietrznodesantowych – byli cenieni: stosunkowo dobrze wyszkoleni, z doświadczeniem wyniesionym z rozmaitych konfliktów – od Afganistanu, przez Naddniestrze, Abchazję i Tadżykistan, po obie wojny czeczeńskie – a jednocześnie znacząco tańsi niż ich zachodnioeuropejscy czy amerykańscy koledzy.
Rekrutacją i pośrednictwem zajmowały się rozmaite stowarzyszenia weteranów, w naturalny sposób mające szerokie kontakty wśród byłych żołnierzy, również tych, którzy nie odnaleźli się w cywilnym życiu. Początkowo dostarczały one pracowników firmom zachodnim, jednak w miarę upływu czasu zaczęły powstawać też rosyjskie prywatne firmy wojskowe. I podobnie jak te zachodnie nie nazywały się wprost najemnikami – nie tylko ze względów marketingowych czy PR-owych, ale i pragmatycznych. Najemnictwo jest bowiem w Rosji zakazane i zagrożone karą od trzech do siedmiu lat więzienia, zaś rekrutowanie, szkolenie lub użycie najemników w konflikcie zbrojnym – od czterech do ośmiu lat.
Jedną z takich firm jest Moran Security Group, istniejąca do dziś rosyjska spółka założona przez emerytowanego funkcjonariusza Federalnej Służby Bezpieczeństwa, oferująca usługi doradztwa i ochrony w strefach wysokiego ryzyka. Zajmuje się głównie ochroną statków przed somalijskimi piratami; na swojej stronie podaje również, że może przeprowadzić operację odbijania zakładników ze statków już porwanych przez piratów, choć nie wiadomo, czy kiedykolwiek taka akcja została przez nią przeprowadzona. Ma jednak większe ambicje i chciałaby rozszerzyć swoje usługi również na lądowe strefy konfliktów. Być może jednym z powodów szukania nowego rynku są kłopoty na dotychczasowym: w lutym 2012 roku należący do spółki statek Myre Seadiver został zatrzymany przez nigeryjską marynarkę w Lagos, a cała załoga aresztowana pod zarzutem przemytu broni.
W 2013 roku Moran Security Group zaczyna więc szukać kandydatów do pracy w ogarniętej wojną domową Syrii poprzez spółkę córkę – Slavonic Corps Limited. Rekrutacja nie wygląda tak, jak można by sobie wyobrazić werbowanie najemników na wojnę, to znaczy w zamkniętym kręgu zaufanych ludzi, z polecenia, poprzez tajne strony w darknecie. Przeciwnie – kampania rekrutacyjna prowadzona jest otwarcie i jawnie, w mediach społecznościowych i na portalach z ogłoszeniami o pracę. „Firma Korpus Słowiański, specjalizująca się w lądowych i morskich operacjach – brzmi jedno z takich ogłoszeń, które jeszcze przez wiele lat widniało na stronie z ogłoszeniami, zanim zostało usunięte – poszukuje kandydatów spośród byłych pracowników specnazu, Ministerstwa Obrony lub Wojsk Wewnętrznych, mających niezbędne doświadczenie w operacjach wojskowych, do podróży służbowych za granicę (3–6 miesięcy). Wiek: 24–45 lat, w zależności od kwalifikacji mogą być czynione wyjątki. Wysokie zarobki; uzależnione od wyników testów i zadań na misji”.
Praca polegać ma na ochronie infrastruktury wydobywczej: pól gazowych i naftowych, rafinerii, rurociągów. Zarobki wysokie – od czterech do ośmiu tysięcy dolarów miesięcznie, dodatkowo do dwudziestu tysięcy za uszczerbek na zdrowiu, a w razie śmierci – czterdzieści. Wszystko to w czasach, gdy średnia pensja w Rosji wynosi około tysiąca dolarów.
Znajdują się chętni – głównie byli żołnierze, ale też funkcjonariusze innych służb. Przechodzą rozmowy kwalifikacyjne w Moskwie i Petersburgu. Rekruterzy zapewniają, że wszystko jest legalne, umowa podpisana została przez Moran Security Group z przedstawicielami syryjskiego rządu, rząd rosyjski zaś wie o wszystkim, a nawet uczestniczy w projekcie za pośrednictwem Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Niektórym z kandydatów zapala się jednak czerwona lampka, gdy zauważają, że choć wszystkie rozmowy toczone były wcześniej z przedstawicielami firmy Moran, to podsunięte im do podpisania umowy zawierane są nie z nią, lecz z zarejestrowaną kilka miesięcy wcześniej w Hongkongu spółką Slavonic Corps Limited – Korpusem Słowiańskim. W umowie widnieją też niepokojące zapisy, jak choćby paragraf, zgodnie z którym kandydat do pracy wyraża zgodę, aby w razie śmierci jego ciało mogło zostać pochowane w kraju, w którym zginął, zamiast sprowadzane do Rosji. Część kandydatów rezygnuje – to właśnie jeden z nich później, gdy o Korpusie Słowiańskim zrobi się głośno, opowie dziennikarzom portalu Sobiesednik o tym, jak ta rekrutacja wyglądała.
Docelowo Korpus miał liczyć dwa tysiące ludzi, ale na początek udaje się zebrać 267 chętnych. Punkt zborny jest w Moskwie. Ochotnikom zaleca się, by nie mieli przy sobie żadnych dokumentów poza paszportem, nie zabierali wojskowego sprzętu ani nie ubierali się w nic, co kojarzy się militarnie. „Wrogi wywiad nie śpi”.
Wyloty odbywają się na początku września 2013 roku. Część personelu leci do Bejrutu, a stamtąd samochodami przemieszcza się do Damaszku; inni lecą do stolicy Syrii z przesiadką w Teheranie. Ostatecznie wszyscy trafiają do bazy koło Latakii – portowego miasta w zachodniej Syrii. Tam formowane są dwie kompanie: jedna składa się z Kozaków z Kubania i dowodzona jest przez ichniejszego atamana, druga – z ludzi z całej Rosji.
Całą operacją zarządza dwóch dyrektorów spółki Korpus Słowiański: Wadim Gusiew i Jewgienij Sidorow. Obaj są emerytowanymi oficerami rosyjskich sił zbrojnych; Gusiew ma też doświadczenie w sektorze prywatnym – pracował jako wojskowy kontraktor w Iraku.
W bazie Rosjanie otrzymują uzbrojenie i u niektórych pojawiają się wątpliwości co do prawdziwości deklarowanych zadań Korpusu Słowiańskiego. Najemnicy dostają broń przeciwlotniczą i moździerze, formowane są także cztery załogi czołgowe oraz dodatkowo kilka załóg bojowych wozów piechoty. Wydaje się, że Korpus bardziej niż firmę ochroniarską przypominać ma batalion zmechanizowany, a zamiast do ochrony infrastruktury szykowany jest do uczestnictwa w działaniach bojowych.
Co gorsza, sprzęt i uzbrojenie okazują się fatalnej jakości. Zamiast obiecanych czołgów T-72 Rosjanie otrzymują znacznie starsze T-62, w dodatku tak zdezelowane, że nie nadają się do użytku. Podobnie z bojowymi wozami piechoty: dostarczono im BWP-1 z 1979 roku – leciwe i kompletnie wyeksploatowane. Początkowo Rosjanie dostają też działa ZU-23-2, teoretycznie przeciwlotnicze, ale dobrze sprawdzające się też jako wsparcie piechoty; zostają one jednak ostatecznie przekazane jakiemuś syryjskiemu oddziałowi, a zamiast tego Korpus Słowiański otrzymuje armaty 61-K – sowiecką broń przeciwlotniczą zaprojektowaną pod koniec lat trzydziestych. Moździerze są niewiele młodsze – to model z 1943 roku. Do tego RPU-14, wieloprowadnicowa, holowana wyrzutnia rakiet z lat pięćdziesiątych, w Rosji dawno już wycofana ze służby. Całkiem przydatne ZPU-4 – poczwórnie sprzężone (czyli składające się z czterech wielkokalibrowych karabinów maszynowych) działka przeciwlotnicze – które początkowo również trafiają na wyposażenie Rosjan, później – jak wspominał jeden z uczestników wyprawy – „gdzieś się rozpłynęły”.
Okazuje się też, że miejscem pracy mają być pola naftowe leżące w pobliżu miasta Dajr az-Zaur, nad Eufratem – ponad pięćset kilometrów od Latakii, pięćset kilometrów przez sporne terytoria, na których działają liczne opozycyjne ugrupowania zbrojne. Co więcej, obiekty, które Korpus Słowiański ma ochraniać przed rebeliantami, trzeba najpierw z rąk tychże rebeliantów odbić. Umowa zaś nie jest podpisana z przedstawicielstwem rządu Syrii, a z jakimś podejrzanym oligarchą – „syryjskim Abramowiczem”, jak go określi potem jeden z uczestników wyprawy.
Ale już nie ma odwrotu. Kto zgłasza wątpliwości, słyszy od Gusiewa i Sidorowa, że „bilety powrotne kosztują” i jeśli nie chce za nie płacić z własnej kieszeni, musi na nie zarobić.
Czołgi i bojowe wozy piechoty nie nadają się do użytku, więc Rosjanie zostawiają je w bazie. Zamiast tego poruszać się będą pojazdami cywilnymi – pikapami, ciężarówkami, a nawet autobusami. Na publikowanych wiele później zdjęciach z tamtego okresu widać sprzęt, jaki mieli do dyspozycji członkowie Korpusu Słowiańskiego. Cywilne pikapy i półciężarówki zostały prowizorycznie dopancerzone: okna zasłonięto metalowymi płytami z wyciętymi otworami obserwacyjnymi, paki zamieniono w stanowiska strzeleckie, montując na nich karabiny maszynowe i konstruując wieżyczki strzelnicze, na drzwiach pozawieszano kamizelki balistyczne.
Takie wozy – cywilne samochody terenowe zmodyfikowane w ten sposób, by choć trochę nadawały się do prowadzenia walki – zwane są technicalami i używane powszechnie we wszelkich konfliktach, w których biorą udział ugrupowania partyzanckie czy terrorystyczne. W Syrii w 2013 roku korzystają z nich wszyscy: i Kurdowie, i ISIS, i Al-Kaida, a nawet armia rządowa. Dla odróżnienia od pojazdów grup rebelianckich samochody Korpusu Słowiańskiego pomalowane są więc na biało – bo taki kolor przyjęły siły prorządowe – dodatkowo Rosjanie obwieszają je syryjskimi flagami i portretami prezydenta Asada.
Kolumna wyrusza z Latakii 15 października. Rosjanie mają nadzieję, że przemkną niezauważenie drogą przez pustynię i szybko dotrą do Dajr az-Zaur. Mają jednak wyjątkowego pecha: kiedy mijają miasto Homs, nad kolumnę nadlatuje śmigłowiec syryjskich sił powietrznych. Prawdopodobnie pilot chce się tylko przyjrzeć pojazdom i upewnić, że nie należą do rebeliantów, ale schodzi zbyt nisko – śmigłowiec zahacza o przewody wysokiego napięcia i spada obok kolumny. Jeden pojazd zostaje uszkodzony, jeden z Rosjan ranny, do tego trzeba ewakuować rozbity helikopter i pilota. Kolumna zawraca więc na zachód, do bazy wojskowej T4, leżącej około osiemdziesięciu kilometrów od Homs.
W bazie, z jakiegoś powodu, Rosjanie spędzają półtora dnia. Rankiem 17 października podrywa ich alarm: w mieście As-Suchna, znajdującym się na ich planowanej trasie, trwa bój między siłami prorządowymi a bojówkami rebelianckimi. Korpus Słowiański ma ruszyć na pomoc. Zatem rusza…
Do As-Suchny docierają około szesnastej. Nad miastem unosi się słup gęstego, czarnego dymu – płonie zniszczony przez rebeliantów czołg T-72 syryjskiej armii. Jeszcze przed miastem Korpus Słowiański rozwija się w szyk bojowy: na lewym skrzydle kompania kozacka, w centrum sprzymierzeni Syryjczycy, na prawej flance – druga kompania Korpusu. Rozstawiają moździerze, wieczorem docierają jeszcze samobieżna haubica Goździk i wyrzutnia rakiet Grad. Walki trwają do północy, bez rozstrzygnięcia.
Rankiem bój zostaje wznowiony i od razu zaczyna się źle dla Korpusu. Nad As-Suchnę nadlatuje syryjski Su-22M, który ma zbombardować pozycje rebeliantów, ale zrzuca bomby kasetowe zbyt wcześnie – niemal na głowy Rosjan. Bojownicy ISIS atakują coraz zajadlej. Ostrzeliwują najemników z moździerzy i z działek przeciwlotniczych zamontowanych na pikapach, próbują ich oskrzydlić. W szeregi sił rządowych wkrada się chaos – kilkakrotnie Rosjanie i żołnierze syryjskiej armii ostrzeliwują się wzajemnie. Na szczęście nadchodzi burza piaskowa i pod jej osłoną Korpus Słowiański się wycofuje. To właśnie wtedy jeden z Rosjan, Aleksiej Maliuta, zostawia za sobą plecak z dokumentami, znaleziony później przez bojowników Państwa Islamskiego.
Po bitwie, na jednej z propagandowych stron powiązanych z ISIS, pojawia się informacja o starciach pod As-Suchną: „Mudżahedini z Islamskiego Państwa Iraku i Syrii przeprowadzili udaną operację w regionie Homs. Udało się zlikwidować ponad stu asadowców i szyitów. Wśród nich są także rosyjscy najemnicy”. Wraz z komunikatem publikowane są też zdjęcia zdobytych dokumentów, w tym karty identyfikacyjnej członka Korpusu Słowiańskiego o nazwisku zapisanym w łacińskiej transkrypcji jako Alexey Maliuta: w lewym górnym rogu logo Moran Security Group, przedstawiające alegoryczną Mateczkę Ruś, dalej nazwa i numer rejestracyjny firmy, numer karty identyfikacyjnej, imię i nazwisko, narodowość, numer paszportu. Na dole informacja, że posiadacz dokumentu jest uprawniony do noszenia broni.
Oprócz tego zamieszczono skany aneksu do umowy, jaką Maliuta zawarł ze spółką Slavonic Corps 16 września 2013 roku. Aneks jest krótki, zaledwie dwustronny, zatytułowany „Porozumienie co do dodatkowych warunków pełnienia obowiązków służbowych pracownika ochrony”. Maliuta potwierdza w nim swoim podpisem, że został zapoznany z sytuacją wojskowo-polityczną w Syryjskiej Republice Arabskiej i jest gotów do podjęcia w niej obowiązków służbowych, podaje dane osób, którym w razie jego śmierci należy wypłacić odszkodowanie, adres, na jaki należy dostarczyć ciało, oraz wyraża zgodę na pochówek w Syrii – „zgodnie z rosyjskimi zwyczajami” – jeśli nie będzie możliwości sprowadzenia go do Rosji.
O rosyjskich najemnikach w Syrii robi się głośno. O sprawie piszą duże rosyjskie i światowe media.
Publikując zdjęcia dokumentów, ISIS twierdziło, że ich właściciel zginął w walce. Okazało się to propagandowym kłamstwem: dziennikarze rosyjskiego portalu Fontanka dotarli do brata Aleksieja Maliuty – Siergieja. Tenże brat, jak się okazało, również pracownik Korpusu Słowiańskiego, zgodził się na rozmowę przez telefon. „Aleksiej żyje i ma się dobrze – twierdził Siergiej – zresztą wszyscy pracownicy firmy wrócili z Syrii cali i zdrowi. Zadaniem Korpusu Słowiańskiego była ochrona rządowych obiektów przemysłu naftowego i nie brał on udziału w żadnych walkach z rebeliantami”. „Jak więc to możliwe – dopytuje dziennikarz – że dokumenty Aleksieja znalazły się w rękach ISIS?” „Ano, zostały skradzione; Aleksiej wszedł do sklepu, plecak z jakiegoś powodu zostawił przed wejściem, no i ktoś go ukradł. Zdarza się”.
Poproszeni przez dziennikarza o dowód, że pogłoski o zabiciu Rosjanina przez bojowników ISIS są fałszywe, bracia Maliuta nagrali wideo, na którym wyraźnie pijany Aleksiej wznosi kieliszkiem wódki toast za szczęśliwy powrót z Syrii. Dziewięć dni po bitwie pod As-Suchną jej rosyjscy uczestnicy byli już w domach i intensywnie świętowali.
Korpus Słowiański, jak się okazało, nigdy nie dotarł do Dajr az-Zaur. W bitwie pod As-Suchną kilku jego członków zostało rannych – w tym dwóch ciężko. Rosjanie wycofali się więc z powrotem do Homs, a stamtąd do Latakii. Tam doszło do kłótni między Wadimem Gusiewem a syryjskim zleceniodawcą. Fontanka, powołując się na relację naocznego świadka, podaje, że podczas wymiany zdań padła kwota czterech milionów dolarów, które „trzeba odpracować”. Inny uczestnik wydarzeń twierdził, że Syryjczycy zażądali zwrotu pieniędzy zainwestowanych w Korpus – dwóch milionów dolarów – a nawet, że część Rosjan chcieli wziąć jako zakładników do czasu zwrotu tej sumy. Do porozumienia nie doszło, kontrakt zerwano i najemnicy wrócili do Rosji. A na lotnisku w podmoskiewskim Wnukowie czekali już na nich funkcjonariusze Federalnej Służby Bezpieczeństwa.
Najemnicy nie zostają wypuszczeni z samolotów. Ich bagaże są przeszukiwane, nośniki danych i urządzenia elektroniczne konfiskowane. Potem funkcjonariusze FSB wyprowadzają ich pojedynczo na przesłuchania. Trwa to godzinami. W końcu jednak – z napomnieniem, by raczej nie opowiadali za dużo o tym, co działo się w Syrii – FSB ich zwalnia. Z dwoma wyjątkami: obaj dyrektorzy firmy Slavonic Corps, Wadim Gusiew i Jewgienij Sidorow, zostają aresztowani pod zarzutem rekrutowania najemników do udziału w konflikcie zbrojnym. Niemal równo rok później – 24 października 2014 roku – po pierwszym w historii współczesnej Rosji procesie o najemnictwo obaj zostają uznani winnymi i skazani na trzy lata więzienia.
W całej historii nieszczęsnej wyprawy Korpusu Słowiańskiego do Syrii nie brakuje niewiadomych, dziwnych zdarzeń, niejasnych sytuacji. Jednak jedno z kluczowych pytań, jakie należałoby sobie zadać, brzmi: jeśli Gusiew i Sidorow zostali aresztowani, a następnie skazani, to dlaczego to samo nie spotkało żadnego z ich podwładnych? Obaj dyrektorzy dostali wyroki z artykułu 359 rosyjskiego kodeksu karnego, którego paragraf pierwszy zabrania rekrutowania, szkolenia, finansowania i zapewniania jakiejkolwiek innej pomocy materialnej najemnikom albo używania ich w konflikcie zbrojnym.
Logicznym wnioskiem jest więc, że ludzie, których tych dwoje rekrutowało do udziału w wojnie w Syrii, wzięli udział w tym konflikcie właśnie jako najemnicy – a tego zabrania ten sam artykuł w paragrafie trzecim. Kodeks karny przewidywał dla pracowników Korpusu Słowiańskiego kary niewiele niższe niż dla jego dyrektorów, mimo to żaden z nich nie spędził za kratami nawet jednego dnia. Dlaczego? Są dwa możliwe wyjaśnienia.
Pierwsze zakłada, że rosyjskie służby rzeczywiście nie wiedziały o syryjskiej wyprawie Korpusu Słowiańskiego, ale gdy już się dowiedziały, to pomysł prywatnych rosyjskich firm wojskowych im się spodobał. Należało tylko wprowadzić pewne zmiany w ich organizacji i mocniej podporządkować je Kremlowi. Ta opcja wydaje się jednak mniej prawdopodobna – wątpliwe jest bowiem, by w kraju takim jak Rosja ktoś mógł stworzyć prywatną firmę wojskową, rekrutować najemników i posłać ich na wojnę bez wiedzy i zgody służb.
Druga możliwość jest taka, że organizatorzy wyprawy do Syrii nie kłamali: rząd rosyjski o wszystkim wiedział i był w projekt zaangażowany. Winą Gusiewa i Sidorowa nie było wdanie się w syryjską awanturę bez wiedzy Kremla, lecz nieudolność. Nie najemnictwo, a fakt, że zawalili nadzorowaną przez rosyjskie służby operację, doprowadzając do tego, iż cały świat mógł oglądać dokumenty Aleksieja Maliuty opublikowane na stronie związanej z Państwem Islamskim.
Wiele wskazuje na tę drugą opcję. Zainteresowanie Kremla wykorzystaniem prywatnych firm wojskowych w polityce zagranicznej pojawiło się znacznie wcześniej. Jak pisali dziennikarze portalu The Bell, cytując wypowiedź anonimowego źródła powiązanego z Ministerstwem Obrony: „Wszystko zaczęło się, gdy nasi generałowie poznali Ebena Barlowa”.
Rzeczony Eben Barlow to były oficer południowoafrykańskiej armii, wywiadu wojskowego, a w końcu tajnej formacji Civil Cooperation Bureau, która zajmowała się morderstwami politycznymi. Po upadku apartheidu założył prywatną firmę wojskową Executive Outcomes, której pracownicy wzięli udział między innymi w wojnach w Angoli i Sierra Leone.
Spotkanie, o którym wspominało źródło The Bell, odbyło się w czerwcu 2010 roku. Barlow przyleciał wówczas do Petersburga na 14. Międzynarodowe Forum Ekonomiczne, by wziąć udział w panelu dyskusyjnym zatytułowanym „Nowe modele współpracy w branży wojskowej”, który – według tego samego źródła – był „krótkim wykładem na temat korzyści płynących z korzystania z najemników”. Poza oficjalnym wystąpieniem Barlow wygłosić miał też zamkniętą prezentację dla delegacji Sztabu Generalnego. To wówczas koncepcja użycia prywatnych firm wojskowych miała zostać zaakceptowana przez Kreml.
Koncepcja zakładała jednak, że firmy te mają pozostawać oficjalnie nielegalne, działać w cieniu, bez rozgłosu. A po opublikowaniu zdobytych przez ISIS dokumentów sprawy nie dało się już zamieść pod dywan i ktoś musiał zostać kozłem ofiarnym – padło na Gusiewa i Sidorowa. Aleksiej Maliuta, gubiąc plecak pod As-Suchną, nie tylko wydał wyrok na tych dwóch, ale i pośrednio namaścił ich następców – ludzi, którzy przez kolejną dekadę tworzyć mieli największą rosyjską prywatną firmę wojskową. Skoro bowiem zabrakło Gusiewa i Sidorowa, wyznaczonych wcześniej do stworzenia podporządkowanej Kremlowi prywatnej firmy wojskowej, to nowych dowódców należało wybrać spośród ich podwładnych.
Nie był to wielki problem. Wśród członków Korpusu Słowiańskiego nie brakowało doświadczonych oficerów elitarnych jednostek rosyjskiej armii. Wśród nich Andriej Bogatow – posługujący się pseudonimem Włóczęga czy Aleksander Kuzniecow – pseudonim Ratibor. A także Dmitrij Utkin – podpułkownik rezerwy specnazu Głównego Zarządu Wywiadu Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej, pseudonim Wagner.