Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

My Chance - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
14 maja 2026
49,90
4990 pkt
punktów Virtualo

My Chance - ebook

Poukładane życie Mikaeli rozpada się w jednej chwili. Jej narzeczony wraca z wielomiesięcznej misji wojskowej – i to nie sam, lecz z nową kobietą. Jakby tego było mało, zostaje niespodziewanie zwolniona ze szpitala, w którym pracuje. Bez pracy i perspektyw postanawia wyjechać tysiące kilometrów dalej, by uciec od mężczyzn takich jak jej były.

Na miejscu los stawia na jej drodze kogoś dokładnie takiego samego – osobę, która od pierwszego spotkania jest nią wyraźnie zafascynowana. Na dodatek wszystko wskazuje na to, że będą musieli ze sobą współpracować…

Manolo kilka lat temu odszedł z wojska po zakończeniu misji. Zagubiony, wrócił do domu – miejsca, w którym zawsze czuł się bezpiecznie. Wojna zmieniła jego spojrzenie na świat. Teraz jego celem jest przygotowywanie przyszłych żołnierzy tak, by mogli wracać do swoich rodzin cali i zdrowi. Nie spodziewa się jednak, że na jego drodze stanie uparta lekarka, która nieustannie będzie rzucać mu wyzwanie.

Czy tej dwójce uda się stworzyć coś trwałego?
Czy Mikaela odważy się zaufać na nowo i da miłości drugą szansę?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68587-84-5
Rozmiar pliku: 572 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

POSTACIE,
KTÓRE NALEŻY POZNAĆ

_Mi­ka­ela Rus­so_ – le­kar­ka. Po tym, jak na­rze­czo­ny zo­sta­wił ją dla in­nej, po­sta­no­wi­ła zmie­nić swo­je ży­cie. Obie­ca­ła so­bie, że nie zwi­ąże się z żad­nym mężczy­zną. Je­śli trze­ba, po­tra­fi ude­rzyć.

_Ma­no­lo McKey_ – były żo­łnierz. Za­ło­żył ośro­dek szko­le­nio­wy. Jego ży­cio­wą mi­sją jest zdo­by­cie ser­ca upier­dli­wej le­kar­ki, któ­ra ci­ągle mu od­ma­wia. Nie na­le­ży do cier­pli­wych, ale ma w so­bie to coś.

_So­nia McKey_ – le­kar­ka i wła­ści­ciel­ka przy­chod­ni. Wy­bu­cho­wa du­sza. W wy­ni­ku wy­pad­ku po­ru­sza się o la­sce. Ciot­ka Ma­no­la.

_Bil­ly McKey_ – pro­wa­dzi bar. Za­wsze go­to­wy do po­mo­cy, we­so­ły i miły. Jest nie­zwy­kle dum­ny ze swo­je­go syna Ry­ana, ale jed­no­cze­śnie boi się o nie­go. Wuj Ma­no­la.

_Da­vid Rus­so_ – tata Mi­ka­eli. Ge­ne­rał szta­bu, pra­ca za­wsze była dla nie­go naj­wa­żniej­sza. Nie za­uwa­żył, że tym sa­mym za­nie­dbał je­dy­ną cór­kę, ale po­sta­no­wił to na­pra­wić.

_Ryan McKey_ – syn Soni i Bil­ly’ego, ku­zyn Ma­no­la. Ci­ągle prze­by­wa w woj­sku.

_Bran­don Da­niels_ – za­wo­do­wy żo­łnierz. Były na­rze­czo­ny Mi­ka­eli. Typ na tyle bez­czel­ny, że pro­sił o zwrot pie­rścion­ka. Wró­cił do mia­stecz­ka z inną ko­bie­tą.

_Nisa Ama­ni_ – naj­lep­sza przy­ja­ció­łka Mi­ka­eli. Rzad­ko kie­dy po­ka­zu­je swo­je emo­cje. Lubi rzu­cać lap­to­pem.

_Adi­sa Wil­liam-Smith_ – za­mkni­ęta w so­bie ofia­ra po­rwa­nia. Sta­ra się na nowo od­na­le­źć sie­bie.

_Finn Col­lins_ – le­karz woj­sko­wy. Przy­je­żdża do mia­stecz­ka, aby po­móc przy­ja­cie­lo­wi. Wiecz­ny ka­wa­ler, nie po­zwo­li się uwi­ązać.

_Tom Smi­thy_ – sze­ryf. Tro­chę nie­po­rad­ny, ale kie­dy trze­ba, wie, co robi.

_Ste­phen Brown_ – były żo­łnierz. Pra­cu­je w ośrod­ku szko­le­nio­wym Ma­no­la. Stra­cił żonę w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym, za­czął pić i przez to zo­stał wy­rzu­co­ny z woj­ska.

_Mary Po­well_ – na­sto­lat­ka, któ­ra od cza­su do cza­su pra­cu­je w re­cep­cji przy­chod­ni. Nie­zwy­kle mądra i uło­żo­na jak na swój wiek.

_Hen­ry i Tor­ry McKey­owie_ – ro­dzi­ce Ma­no­la. Zgi­nęli w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym, kie­dy miał pi­ęt­na­ście lat. Często ich wspo­mi­na.

_Li­zet­te_ – ko­bie­ta, dla któ­rej Bran­don zo­sta­wił Mi­ka­elę. Nie lu­bi­my jej.PROLOG

Mika

– Czy ty, kur­wa, ro­bisz so­bie ze mnie jaja?! – wy­da­rłam się na nie­go.

Wi­dok mi­ło­ści mo­je­go ży­cia u boku in­nej ko­bie­ty to ból nie do opi­sa­nia. Wszyst­kie lata, któ­re ze sobą spędzi­li­śmy, były trud­ne nie tyl­ko dla mnie, ale i dla nie­go. Mia­łam jed­nak na­dzie­ję, że nasz zwi­ązek oka­że się tego wszyst­kie­go wart. Zno­si­łam jego ci­ągłe wy­jaz­dy na mi­sje woj­sko­we, bo wie­dzia­łam, że to tyl­ko umoc­ni na­szą re­la­cję. W ten spo­sób chcia­łam mu po­ka­zać, że bez względu na wszyst­ko, za­wsze sta­nę po jego stro­nie.

I co do­sta­łam?

Wy­wa­le­nie wszyst­kie­go, co bu­do­wa­li­śmy przez te lata, na bruk. Nie po­tra­fi­łam zro­zu­mieć, jak do tego do­szło, że zna­le­źli­śmy się w ta­kim punk­cie.

– Prze­pra­szam. Za­ko­cha­łem się – od­po­wie­dział Bran­don i miał w so­bie na tyle przy­zwo­ito­ści, by spu­ścić wzrok.

Stał przede mną z tą ma­ło­la­tą, któ­ra obej­mo­wa­ła go w pa­sie i nic nie ro­bi­ła so­bie z tego, że roz­wa­la­ła na­sze ży­cie. Pa­trzy­ła na mnie wy­zy­wa­jąco, jak­by nie ob­cho­dzi­ły jej moje uczu­cia i jak­by to była nor­mal­na ko­lej rze­czy.

Oni obo­je wszyst­ko znisz­czy­li…

W tym ca­łym sza­le mu­sia­łam przy­znać jed­no: przy­naj­mniej po­le­ciał na moje prze­ci­wie­ństwo. Na bez­mó­zgą ko­bie­tę, któ­ra wy­gląda­ła jak eks­klu­zyw­na pro­sty­tut­ka. Z ta­ni­mi do­cze­pa­mi we wło­sach, wul­gar­nym ma­ki­ja­żem i szpo­na­mi, któ­re inni na­zy­wa­li pa­znok­cia­mi. Jej su­kien­ka błysz­cza­ła jak cho­in­ka w Boże Na­ro­dze­nie, a bu­ta­mi mo­gła­by zro­bić ko­muś krzyw­dę.

– W du­pie mam two­je „prze­pra­szam”! – Nie na­le­ża­łam do po­tul­nych osób i je­śli my­ślał, że nic nie po­wiem, to się gru­bo my­lił. – Cze­ka­łam na cie­bie tyle lat! Wy­je­żdża­łeś co chwi­lę na mi­sje, ale się nie ska­rży­łam, bo wie­dzia­łam, że ko­chasz tę pra­cę. Że to two­je po­wo­ła­nie. A ty zna­la­złeś so­bie inną?! Za­je­bi­ście, kur­wa! – Prze­cze­sa­łam wło­sy pal­ca­mi, czu­jąc, jak emo­cje bio­rą nade mną górę. – Dwa­na­ście lat na cie­bie zmar­no­wa­łam, ty kre­ty­nie!

Po­świ­ęci­łam dla nie­go wszyst­ko, a on to tak ła­two za­prze­pa­ścił!

Naj­lep­sze lata mo­je­go ży­cia po­szły się wa­lić, a to wszyst­ko za spra­wą tej głu­po­ty, jaką jest mi­ło­ść. Plu­łam so­bie w bro­dę, że po­zwa­la­łam na wszyst­ko, cze­go chciał, za­miast za­ka­zać mu wy­jaz­dów i żądać ode­jścia z woj­ska. Zno­si­łam to, bo go ko­cha­łam, ale to uczu­cie przy­nio­sło mi wy­łącz­nie ból.

Mama Bran­do­na po­de­szła do mnie i ob­jęła mnie za ra­mię.

– Mika, uspo­kój się.

Za­wsze była dla mnie do­bra i od­kąd za­częłam się spo­ty­kać z jej sy­nem, przy­jęła mnie jak wła­sną cór­kę. Zży­łam się z nią tak bar­dzo, że po­wie­rzy­ła­bym jej swo­je naj­skryt­sze ta­jem­ni­ce, wie­dząc, że ni­g­dy ich nie zdra­dzi. Taka wła­śnie była. Na­wet nie po­tra­fi­łam so­bie wy­obra­zić, jak się w tej chwi­li czu­ła. Na pew­no była za­wie­dzio­na sy­nem i tym, co zro­bił, ale nie po­win­na się za­dręczać. To Bran­don pod­jął de­cy­zję.

Nie ona.

Wszy­scy wy­da­wa­li się zszo­ko­wa­ni w rów­nym stop­niu. By­łam prze­ko­na­na, że gdy zor­ga­ni­zu­ję dla nie­go przy­jęcie nie­spo­dzian­kę, będzie wnie­bo­wzi­ęty, mo­gąc się ze wszyst­ki­mi zo­ba­czyć. Li­czy­łam też na to, że po­czu­je się, jak­by nic go nie omi­nęło, na­wet je­śli wy­je­chał na je­de­na­ście mie­si­ęcy.

A on wró­cił z inną i po­ja­wił się z nią na swo­im przy­jęciu po­wi­tal­nym.

Nasi zna­jo­mi nie wie­dzie­li, gdzie skie­ro­wać wzrok, a ro­dzi­na Bran­do­na pa­trzy­ła na nie­go z wiel­kim roz­cza­ro­wa­niem. Za­wo­do­wy żo­łnierz, któ­ry oka­zał się nie­wier­ny. Spla­mił mun­dur i to nie tym, czym się zaj­mo­wał w trak­cie mi­sji, ale tym, co zro­bił wła­śnie te­raz. Zdra­dził, a dla tej ro­dzi­ny wier­no­ść była świ­ęto­ścią. Tego na pew­no nikt mu nie po­da­ru­je.

Po­zna­łam go, gdy mia­łam pi­ęt­na­ście lat, ale do­pie­ro w wie­ku sie­dem­na­stu coś się zmie­ni­ło i za­częli­śmy się spo­ty­kać. Szko­ła, stu­dia me­dycz­ne, a po­tem pra­ca, któ­rą pod­jęłam nie­spe­łna kil­ka mie­si­ęcy temu. Wszyst­ko za­pla­no­wa­li­śmy – na­wet we­se­le. Mia­ło się od­być za sie­dem mie­si­ęcy. Czu­łam się szczęśli­wa, że w ko­ńcu po­wie­my so­bie „tak” przed na­szy­mi bli­ski­mi. A te­raz zo­sta­łam z ro­ze­rwa­nym na ka­wa­łki ser­cem…

Jego ro­dzi­ce, wuj­ko­wie i ciot­ki, ku­zyn­ki i ku­zy­ni, do­słow­nie wszy­scy trak­to­wa­li mnie jak człon­ka ro­dzi­ny i oka­zy­wa­li mi to na ka­żdym kro­ku. Tyl­ko dzi­ęki moc­ne­mu uści­sko­wi pani Oli­vii nie roz­pa­dłam się do ko­ńca. Łzy szczy­pa­ły mnie w oczy, ale nie chcia­łam po­ka­zać, jak bar­dzo mnie zra­nił, bo na to nie za­słu­gi­wał.

Nie.

Nie po­zwo­lę mu się zła­mać.

Czu­łam się na tyle sil­na, aby wy­jść z tego domu z wy­so­ko pod­nie­sio­ną gło­wą, i tak też za­mie­rza­łam zro­bić. Na­wet je­śli moje ser­ce krwa­wi­ło i mó­wi­ło mi, że nie tak ła­two będzie się po­zbie­rać.

– Prze­pra­szam pa­nią. – Po­kle­pa­łam ko­bie­tę po dło­ni, nie chcąc nie­po­trzeb­nie jej de­ner­wo­wać. – Chy­ba będzie le­piej, je­śli wyj­dę.

– Ale… Mika? – Tata Bran­do­na do mnie pod­sze­dł. – Nie mu­sisz wy­cho­dzić.

Mężczy­zna sta­nął przede mną, jak­by chciał mnie po­wstrzy­mać, ale na to było zde­cy­do­wa­nie za pó­źno.

Uwiel­bia­łam pana Chri­sa, bo za­wsze miał dla mnie do­bre sło­wo. Czy wi­dzie­li­śmy się wczo­raj, czy kil­ka ty­go­dni wcze­śniej, trak­to­wał mnie tak samo. Miał w so­bie coś z de­li­kat­no­ści, cho­ciaż po­cho­dził z ro­dzi­ny woj­sko­wych. Ze słu­żby od­sze­dł z ho­no­ra­mi, a po­tem, kie­dy Bran­don po­sta­no­wił wstąpić do woj­ska, był nie­zwy­kle dum­ny. Wy­da­wa­ło mi się, że co­kol­wiek jego syn by ro­bił, pan Chris i tak by go wspie­rał. Na­wet je­śli chcia­łby pra­co­wać jako me­cha­nik czy zwy­kły pra­cow­nik biu­ro­wy.

Sądząc po jego mi­nie, miał jed­nak swo­je gra­ni­ce i jed­na z nich zo­sta­ła wła­śnie prze­kro­czo­na. Nie spo­dzie­wał się, że jego syn przy­pro­wa­dzi do domu inną ko­bie­tę. Naj­wy­ra­źniej żad­ne z nas tak na­praw­dę go nie zna­ło.

– Dzi­ęku­ję panu, ale nie mogę. – Le­d­wo uda­ło mi się za­pa­no­wać nad emo­cja­mi.

Dzi­siej­szy dzień był ja­kiś na­wie­dzo­ny i wszyst­ko szło z gór­ki… ale w złym zna­cze­niu. Mia­łam na­dzie­ję, że kie­dy mój na­rze­czo­ny wró­ci do domu, rzu­ci w moją stro­nę do­brą radą. Za­wsze od­zna­czał się spo­ko­jem, w prze­ci­wie­ństwie do mnie, po­ma­gał mi pod­jąć nie­któ­re de­cy­zje. My­śla­łam, że ten dzień nie może stać się gor­szy, ale, jak wi­dać, spo­tka­ła mnie ko­lej­na nie­spo­dzian­ka.

Igno­ru­jąc całe to­wa­rzy­stwo, a zwłasz­cza mo­je­go zdra­dziec­kie­go by­łe­go, przy­tu­li­łam szyb­ko jego ro­dzi­ców, za­pew­nia­jąc, że wszyst­ko będzie w po­rząd­ku, na­wet je­śli my­śla­łam ina­czej. Mach­nęłam nie­po­rad­nie do resz­ty jego ro­dzi­ny i na­szych przy­ja­ciół, po czym za­bra­łam to­reb­kę z bla­tu i wy­szłam z domu, za­my­ka­jąc za sobą ci­cho drzwi. Zi­gno­ro­wa­łam co­raz gło­śniej­sze gło­sy we­wnątrz, a co za tym idzie – zbli­ża­jącą się kłót­nię, bo to już nie był mój pro­blem.

Trzy­ma­łam gło­wę wy­so­ko, nie po­zwa­la­jąc, aby jego zdra­da znisz­czy­ła mnie psy­chicz­nie. To nie było ła­twe, bo zo­sta­wia­łam za sobą całe swo­je ży­cie, a zwłasz­cza przy­szło­ść, któ­rą skru­pu­lat­nie za­pla­no­wa­łam. Wie­dzia­łam jed­nak, że so­bie po­ra­dzę, na­wet je­śli po­cząt­ko­wo będzie mi się wy­da­wać, że to ko­niec wszyst­kie­go. By­łam nie­zwy­kle sil­na i na­uczył mnie tego tata, ale w tej chwi­li mia­łam ocho­tę po pro­stu za­szyć się gdzieś, gdzie nikt mnie nie znaj­dzie.

Ode­tchnęłam głębo­ko, czu­jąc, jak co­raz bar­dziej się roz­kle­jam. Za­częłam ma­chać ręką przed ocza­mi, sta­ra­jąc się po­wstrzy­mać łzy fru­stra­cji, bez­sil­no­ści i wście­kło­ści. Stra­ci­łam nie tyl­ko na­rze­czo­ne­go, ale i pra­cę. Kto by przy­pusz­czał, że ten dzień będzie jesz­cze gor­szy niż za­kła­da­łam.

Mo­głam się spo­dzie­wać, że to się wy­da­rzy. Dy­rek­tor szpi­ta­la, w któ­rym od­by­wa­łam staż, miał nie­zwy­kłą sła­bo­ść do mło­dych stu­den­tek – wy­star­czy­ło pó­jść z nim do łó­żka, aby do­stać po­sa­dę. Z tej szan­sy sko­rzy­sta­ła dziew­czy­na, któ­ra za­częła za­le­d­wie dwa mie­si­ące temu, a te­raz wsko­czy­ła na moje miej­sce. Mia­łam pod­pi­sa­ną umo­wę i zo­bo­wi­ąza­nia, ale naj­wy­ra­źniej nie było to na tyle wa­żne, aby ktoś się tym przej­mo­wał. W jed­nej chwi­li zo­sta­łam z ni­czym.

Chcia­łam wal­czyć o tę po­sa­dę ze wszyst­kich sił, ale sło­wa mężczy­zny spra­wi­ły, że nie po­tra­fi­łam.

„W szpi­ta­lu zda­rza­ją się błędy. Pa­cjen­ci umie­ra­ją. Chy­ba nie chcesz, żeby tra­fi­ło na two­je­go pa­cjen­ta?”

Nie spo­dzie­wa­łam się, że ktoś mógł być tak bez­dusz­ny, by spra­wić, że zo­sta­ła­bym po­zba­wio­na pra­wa do wy­ko­ny­wa­nia za­wo­du. Wie­dzia­łam, że nie mam szans z dy­rek­to­rem, któ­ry trzy­mał wie­le osób w ga­rści. Po­go­dzi­łam się z po­ra­żką. Jed­na głu­pia le­kar­ka, któ­ra po­sta­no­wi­ła się pu­ścić, po­grze­ba­ła moje szan­se na pra­cę w na­praw­dę pre­sti­żo­wym szpi­ta­lu. Nic mi w tej chwi­li nie po­zo­sta­ło.

– Mi­ka­ela!

Sta­nęłam z ręką na drzwiach sa­mo­cho­du, kie­dy usły­sza­łam jego głos.

Bran­don zmie­rzał w moim kie­run­ku żwa­wym kro­kiem, a na jego twa­rzy ma­ja­czył prze­pra­sza­jący uśmiech. _Se­rio, kur­wa?_ W jed­nej chwi­li roz­trza­skał mój świat i miał czel­no­ść pa­trzeć na mnie, jak­by przed chwi­lą nie znisz­czył na­sze­go ży­cia? Nie­do­cze­ka­nie.

– Cze­go chcesz? – Ota­rłam łzę, któ­ra ze­bra­ła mi się w kąci­ku oka.

Jego wi­dok bo­lał. Li­czy­łam, że w ko­ńcu będzie­my mo­gli cie­szyć się sobą, tym bar­dziej że mie­li­śmy po­roz­ma­wiać o za­ko­ńcze­niu jego ka­rie­ry. Był ode mnie star­szy o pięć lat, więc nie­daw­no ob­cho­dził trzy­dzie­ste czwar­te uro­dzi­ny. Po tak wie­lu wy­jaz­dach bez pro­ble­mu mógł prze­jść na eme­ry­tu­rę, zwłasz­cza że za­ci­ągnął się za­raz po osiem­na­st­ce, więc wy­pra­co­wał już mi­ni­mal­ny okres słu­żby wy­no­szący pi­ęt­na­ście lat.

Nie spo­dzie­wa­łam się jed­nak jego ko­lej­nych słów.

– Czy mo­żesz… – Chrząk­nął, wpa­tru­jąc się w swo­je buty. – Mo­żesz od­dać mi pie­rścio­nek?

Do­pie­ro wte­dy pod­nió­sł na mnie wzrok.

– Co?

– Chcia­łem dać go Li­zet­te – oznaj­mił, pa­trząc na mnie bła­gal­nie.

_Co za skur­wy­syn._

My­śla­łam, że po tylu la­tach zdąży­łam go po­znać na wy­lot, ale on ko­lej­ny raz wy­sko­czył z czy­mś ta­kim, że za­sta­na­wia­łam się, jak to mo­żli­we, że wy­trzy­ma­łam z nim tak dłu­go. W tej chwi­li wy­da­wa­ło mi się, że nasz zwi­ązek ni­g­dy nie był praw­dzi­wy.

– Je­steś nie­mo­żli­wy – za­śmia­łam się z ab­sur­du tej sy­tu­acji. Ja prze­ży­wa­łam za­ko­ńcze­nie wszyst­kie­go, na co cze­ka­łam od lat, a on za­py­tał mnie o cho­ler­ny pie­rścio­nek. – Nie – po­wie­dzia­łam sta­now­czo.

– Ale… do­sta­łaś go ode mnie. – Wpra­wi­łam go w zdu­mie­nie.

– Wła­śnie, do­sta­łam. – Otwo­rzy­łam drzwi za­ma­szy­stym ru­chem. – Kup swo­jej Li­zet­te… – po­wie­dzia­łam zja­dli­wie – …coś, co do niej pa­su­je. Może pie­rścio­nek z wi­ze­run­kiem sra­jącej świ­ni? – za­su­ge­ro­wa­łam, ma­jąc nie­zły ubaw z jego skon­ster­no­wa­nej miny.

Nie cze­ka­jąc na jego od­po­wie­dź, wsia­dłam do sa­mo­cho­du i rzu­ci­łam to­reb­kę na fo­tel pa­sa­że­ra. Nie przej­mo­wa­łam się tym, że coś do mnie krzy­czał. Prze­kręci­łam klu­czyk w sta­cyj­ce i ru­szy­łam z pi­skiem opon, aby jak naj­szyb­ciej się od nie­go od­da­lić. Jesz­cze chwi­la, a na­praw­dę nie przej­mo­wa­ła­bym się tym, że mogę wy­lądo­wać w wi­ęzie­niu za roz­je­cha­nie go na krwa­wą mia­zgę.

– Co za ku­tas! – krzyk­nęłam w prze­strzeń.

Spoj­rza­łam na pie­rścio­nek na mo­jej dło­ni. Wi­ęcej łez po­to­czy­ło się po mo­jej twa­rzy, jak­by tama w ko­ńcu pu­ści­ła. Mia­łam dwa­dzie­ścia dzie­wi­ęć lat. My­śla­łam, że nie­dłu­go wyj­dę za mąż, za­ło­żę z Bran­do­nem ro­dzi­nę i wy­bu­du­je­my dom, ale ży­cie po­sta­no­wi­ło po­trak­to­wać mnie nie­spra­wie­dli­we.

Nie wie­dzia­łam, co mnie na­pa­dło, ale pod wpły­wem chwi­li wci­snęłam przy­cisk na drzwiach, aby otwo­rzyć okno, po czym zsu­nęłam z pal­ca pie­rścio­nek za­ręczy­no­wy. Pa­mi­ęta­łam do­kład­nie mo­ment, w któ­rym Bran­don mi się oświad­czył, przy­klęk­nąw­szy na jed­no ko­la­no. Pa­trzył wte­dy na mnie z ta­kim uwiel­bie­niem i mi­ło­ścią, że zgo­dzi­ła­bym się zro­bić dla nie­go wszyst­ko. Za­śmia­łam się szy­der­czo z ab­sur­du tam­tej sy­tu­acji. W tym mo­men­cie pie­rścio­nek nic już dla mnie nie zna­czył, więc bez zbęd­nych uczuć wy­rzu­ci­łam go przez okno, ma­jąc na­dzie­ję, że kto­kol­wiek będzie je­chał tą dro­gą, roz­je­dzie go tak, że nic z nie­go nie zo­sta­nie. Tak samo jak z mo­je­go uczu­cia do by­łe­go na­rze­czo­ne­go.

– Ni­g­dy wi­ęcej nie po­zwól so­bie za­ufać mężczy­źnie. Ni­g­dy wi­ęcej, bo sko­ńczysz ze zła­ma­nym ser­cem. W su­mie nie ufaj żad­ne­mu fa­ce­to­wi, nie­za­le­żnie od tego, czym się zaj­mu­je, a zwłasz­cza żo­łnie­rzom – mó­wi­łam sama do sie­bie.

_Ni­g­dy wi­ęcej._ROZDZIAŁ 1

Mika

Dwa tygodnie później

Po czter­na­stu dniach wszyst­ko spa­ko­wa­łam do sa­mo­cho­du. Cały mój do­by­tek, któ­ry znaj­do­wał się w miesz­ka­niu. Od tam­te­go fe­ral­ne­go dnia Bran­don się w nim nie po­ja­wił. I bar­dzo do­brze, bo mia­łam czas, aby wszyst­ko upo­rząd­ko­wać i prze­my­śleć. Do­szłam do wnio­sku, że nie chcę miesz­kać w tym sa­mym miej­scu, bo za bar­dzo mi o nas przy­po­mi­na­ło.

Tak więc sprze­da­łam miesz­ka­nie i od­czu­łam ulgę, że tak szyb­ko zna­la­zł się na nie na­byw­ca, któ­ry być może znaj­dzie w nim szczęście. Wte­dy ru­szy­łam w dro­gę.

Tuż po nie­szczęsnym wie­czo­rze wró­ci­łam do domu i upi­łam się całą bu­tel­ką wina. Po­tem włączy­łam lap­to­pa i za­częłam prze­glądać ofer­ty pra­cy. Sama nie wiem, co mnie na­pa­dło, ale za­nim się obej­rza­łam, wy­mie­ni­łam kil­ka wia­do­mo­ści z moim po­ten­cjal­nym pra­co­daw­cą, a kie­dy na­stęp­ne­go dnia za­dzwo­nił te­le­fon, nie wie­dzia­łam, o co cho­dzi. Do­pie­ro kie­dy usły­sza­łam o mo­żli­wo­ści za­trud­nie­nia, wszyst­ko sta­ło się ja­sne. Przy­po­mnia­łam so­bie, jak bar­dzo na­wy­wi­ja­łam. Ta pra­ca spa­dła na mnie nie­spo­dzie­wa­nie, ale po­sta­no­wi­łam iść za cio­sem i od razu ją przy­jęłam.

Po raz pierw­szy po­sta­no­wi­łam zro­bić coś dla sie­bie i nie oglądać się na ni­ko­go. Może to było sza­lo­ne, że tak ra­dy­kal­nie zmie­nia­łam swo­je ży­cie, ale tego wła­śnie po­trze­bo­wa­łam, aby od­ci­ąć się od prze­szło­ści.

Nie­wiel­kie mia­stecz­ko Cad­do Mills – w hrab­stwie Hunt, w Tek­sa­sie. Na­wet nie wie­dzia­łam, że ta­kie ist­nie­je, ale spraw­dzi­łam to w In­ter­ne­cie. Mia­ło le­d­wo ty­si­ąc pi­ęćset miesz­ka­ńców, więc wi­ęk­szo­ść z nich za­pew­ne się zna­ła. Będzie dziw­nie wkro­czyć w ich spo­łecz­no­ść i za­cząć wszyst­ko od po­cząt­ku. Lu­dzie za­pew­ne nie­pręd­ko prze­sta­ną mnie ob­ser­wo­wać i oce­niać, czy się na­da­ję, ale by­łam go­to­wa.

W tam­tej­szej przy­chod­ni bar­dzo pil­nie szu­ka­li le­ka­rza, któ­ry chcia­łby zo­stać z nimi na dłu­żej, bo obec­nie pra­cu­jąca le­kar­ka nie da­wa­ła już rady ze względu na wiek. Czy chcia­łam tam zo­stać na sta­łe? Tego nie wie­dzia­łam, bo całe ży­cie spędzi­łam w Se­at­tle.

Kie­dy jed­nak wje­cha­łam na dro­gę pro­wa­dzącą do mia­stecz­ka, po­czu­łam, że może uda mi się tam zna­le­źć wła­sne miej­sce. Mia­łam wra­że­nie, jak­bym zno­wu je­cha­ła do bab­ci na wieś, jak wte­dy, gdy od­wie­dza­łam ją jako dziec­ko. Spędza­łam tam całe wa­ka­cje. Te chwi­le były dla mnie wy­jąt­ko­we.

Na­wi­ga­cja po­ka­zy­wa­ła, że już nie­dłu­go po­win­nam do­trzeć na miej­sce. Mi­ja­łam roz­ci­ąga­jące się aż po ho­ry­zont pi­ęk­ne pola, od któ­rych nie mo­żna było ode­rwać wzro­ku. Zło­te po­ła­cie zbóż mie­ni­ące się ni­czym sło­ńce i pi­ęk­ne zie­lo­ne łąki, na któ­rych ro­sły dzi­kie kwia­ty. Cu­dow­ny wi­dok.

Im bli­żej by­łam, tym bar­dziej się ba­łam, że nie wpa­su­ję się w kli­mat. Ba­łam się, że lu­dzie będą mie­li mnie za mia­sto­wą, któ­ra dłu­go u nich nie wy­trzy­ma. By­łam jed­nak upar­ta, więc wie­dzia­łam, że wy­trwam na­wet w naj­ci­ęższych wa­run­kach.

Za­trzy­ma­łam się pod ba­rem, tak jak wska­za­ła mi na­wi­ga­cja. Ro­zej­rza­łam się za wol­nym miej­scem i zna­la­złam je do­pie­ro na ko­ńcu par­kin­gu. Wzdy­cha­jąc, za­trzy­ma­łam sa­mo­chód i za­częłam pa­ni­ko­wać. To była dla mnie ca­łko­wi­cie nowa sy­tu­acja, a tych nie­na­wi­dzi­łam naj–bar­dziej. Czu­łam wte­dy, jak robi mi się go­rąco, a dło­nie pocą się ze stre­su.

– Dasz radę – wy­mam­ro­ta­łam, wy­cho­dząc z sa­mo­cho­du.

Od razu ude­rzył we mnie po­dmuch go­rące­go po­wie­trza, na co aż jęk­nęłam. Że też nie po­my­śla­łam o tym, aby spraw­dzić po­go­dę. Prze­cież w Tek­sa­sie na­wet zimą było cie­pło.

Mo­men­tal­nie po­czu­łam spły­wa­jący po ple­cach pot, a je­an­sy przy­lgnęły do nóg. Je­dy­ną roz­sąd­ną de­cy­zją, jaką pod­jęłam, było za­ło­że­nie zwy­kłych tram­pek, a nie szpi­lek czy in­nych dro­ższych bu­tów, bo od razu bym je ubru­dzi­ła py­łem i pia­chem.

Z gło­śnym trza­skiem za­trza­snęłam drzwi sa­mo­cho­du.

– Mi­ka­ela Rus­so? – Ci­chy dam­ski głos spra­wił, że się wzdry­gnęłam.

– Ale mnie pani prze­stra­szy­ła! – Spoj­rza­łam na ko­bie­tę sto­jącą za mną. Od­ru­cho­wo zła­pa­łam za na­szyj­nik w kszta­łce­nie ser­ca, chcąc cho­ciaż tro­chę uspo­ko­ić ko­ła­ta­nie w pier­si. – Pro­szę mi mó­wić Mika – do­da­łam.

– Prze­pra­szam, moja dro­ga. – Po­sła­ła mi skru­szo­ne spoj­rze­nie. – Jak tra­sa?

– Dłu­ga. Trzy­dzie­ści dwie go­dzi­ny sa­mej jaz­dy, a do­dat­ko­wo kil­ka przerw oraz drze­mek. Je­stem wy­ko­ńczo­na – oznaj­mi­łam szcze­rze.

– Ro­zu­miem cię. – Po­ki­wa­ła gło­wą. – Cho­dźmy do środ­ka, bo tu­taj za­raz się ugo­tu­jesz. – Żwa­wo ru­szy­ła w kie­run­ku we­jścia.

Do­go­ni­łam ją w kil­ku kro­kach. Pa­trzy­łam na nią prze­ni­kli­wie i z za­cie­ka­wie­niem, za­sko­czo­na tak cie­płym po­wi­ta­niem. Ko­bie­ta mo­gła być po pi­ęćdzie­si­ąt­ce, więc nie była tak sta­ra, jak mi się wy­da­wa­ło przez te­le­fon. Tyl­ko la­ska, na któ­rej się mo­men­ta­mi opie­ra­ła, po­zwa­la­ła zro­zu­mieć, dla­cze­go nie da­wa­ła już rady pra­co­wać tak, jak do tej pory. Ża­den le­karz nie re­zy­gnu­je z wła­snej woli. Mu­sia­ło być jej ci­ężko.

– Py­taj, Mika, bo wi­dzę, że je­steś cie­ka­wa – po­wie­dzia­ła, wcho­dząc do środ­ka. – A tak w ogó­le, mam na imię So­nia, więc nie ty­tu­łuj mnie „pani”, bo przez to czu­ję się jesz­cze star­sza. – Za­śmia­ła się.

My­śla­łam, że w środ­ku nie spo­tkam zbyt wie­lu osób, ale miło się za­sko­czy­łam. Prak­tycz­nie wszyst­kie miej­sca były za­jęte przez roze­śmia­nych lu­dzi, na­wet te przy ba­rze. Jak tyl­ko we­szły­śmy do po­miesz­cze­nia, roz­mo­wy od razu uci­chły, a wszy­scy za­trzy­ma­li wzrok na mnie. Czu­łam, że mnie oce­nia­ją, dla­te­go nie chcia­łam im się po­ka­zać jako nie­śmia­ła dziew­czy­na z mia­sta. Po­sta­no­wi­łam im udo­wod­nić, że je­stem tak samo od­wa­żna jak oni, dla­te­go prze­ska­no­wa­łam wzro­kiem całe po­miesz­cze­nie.

– A wy na co się pa­trzy­cie? – krzyk­nęła ko­bie­ta, ude­rza­jąc la­ską w podło­gę. – Cho­dźmy. Po­znasz mo­je­go Bil­ly’ego – po­wie­dzia­ła, ci­ągnąc mnie za dłoń w stro­nę baru.

Za­czy­na­łam ją lu­bić, bo była bez­po­śred­nia i otwar­cie mó­wi­ła, co my­śli.

Kie­dy tam do­ta­rły­śmy, So­nia nie przej­mo­wa­ła się sie­dzący­mi na krze­słach mężczy­zna­mi i ka­za­ła im zwol­nić miej­sca. Byli od nas o wie­le wi­ęk­si, ale bez szem­ra­nia spe­łni­li po­le­ce­nie, za­bie­ra­jąc ze sobą ku­fle z pi­wem. Ich miny wy­ra­źnie wska­zy­wa­ły, że z przy­jem­no­ścią od­stąpi­li nam miej­sce. Po­sła­łam im de­li­kat­ny uśmiech, a w od­po­wie­dzi je­den z nich pu­ścił do mnie oczko.

– Jest pani bar­dzo sta­now­cza – po­wie­dzia­łam, sia­da­jąc obok So­nii.

Po tylu go­dzi­nach jaz­dy nie­chęt­nie usia­dłam na sto­łku – chcia­łam tyl­ko oprzeć się cho­ćby o ścia­nę i za­snąć na naj­bli­ższe kil­ka­na­ście go­dzin. Czu­łam się, jak­by roz­je­chał mnie czo­łg, ni­g­dy wcze­śniej nie po­ko­na­łam tak dłu­giej tra­sy.

Wi­dząc jed­nak szczęśli­wą minę ko­bie­ty, nie po­tra­fi­łam tak po pro­stu jej po­wie­dzieć, że po­roz­ma­wia­my pó­źniej. I tak cze­ka­ła na mnie pra­wie dwa ty­go­dnie, więc mo­głam wy­trzy­mać jesz­cze go­dzin­kę czy dwie bez spa­nia.

– A jak! – stwier­dzi­ła. – Mężczy­źni są od tego, aby spe­łniać na­sze za­chcian­ki.

Po­pa­trzy­łam na bar­ma­na za ladą. Miał wło­sy przy­pró­szo­ne si­wi­zną, a na jego twa­rzy przez cały czas wid­niał nie­wiel­ki uśmiech. Prze­nió­sł na mnie pe­łne de­li­kat­no­ści spoj­rze­nie, od któ­re­go od razu zro­bi­ło mi się cie­plej na ser­cu. Było w nim coś, przez co od razu czu­łam, że mo­gła­bym go po­lu­bić, a na­wet z nim jesz­cze nie roz­ma­wia­łam.

– Oczy­wi­ście, ko­cha­nie – od­pa­rł od razu. – Mężczy­źni są od tego, aby spe­łniać wa­sze za­chcian­ki – par­sk­nął.

– Nie par­skaj mi tu. – Po­gro­zi­ła mu pal­cem. – Wie­dzia­łeś, na co się pi­szesz, kie­dy się za mną uga­nia­łeś.

– To ra­czej ty za mną. Po­le­cia­łaś na mój mun­dur. – Mru­gnął do niej i po­chy­lił się w jej stro­nę.

– Może i tak. – Po­sła­ła mu roz­ma­rzo­ne spoj­rze­nie.

Miło było zo­ba­czyć parę, któ­ra, po­mi­mo lat, na­dal pa­trzy­ła na sie­bie tak jak na po­cząt­ku zwi­ąz­ku. Opa­rłam gło­wę na rękach, ob­ser­wu­jąc ich za­chwy­co­na, cho­ciaż już w ta­kie uczu­cia nie wie­rzy­łam.

– Co ci po­dać, ko­cha­na? – za­py­tał mężczy­zna i z tru­dem ode­rwał wzrok od żony.

– Nie prze­szka­dzaj­cie so­bie – wes­tchnęłam.

– Wi­dzisz? – Pac­nął So­nię w rękę. – Taka mło­da dziew­czy­na, a pa­trzy na mnie jak za­ko­cha­na.

– Jaki pan jest uro­czy. – Wy­szcze­rzy­łam się.

Po­tra­fił za­kręcić oso­bą, z któ­rą roz­ma­wiał, i tak się sta­ło ze mną po za­le­d­wie dwóch zda­niach. Co­raz bar­dziej za­czy­na­ło mi się tu po­do­bać.

– A ty ślicz­na. – Mru­gnął do mnie.

– Bil­ly, daj jej coś do je­dze­nia, bo od pra­wie dwóch dni jest w dro­dze. – Klep­nęła męża w ra­mię.

– Roz­kaz, ka­pi­ta­nie. – Za­sa­lu­to­wał i znik­nął za drzwia­mi.

Mia­łam czas, aby ro­zej­rzeć się po wnętrzu. Po­dzi­wia­łam, jak pi­ęk­nie wy­gląda­ło – to pew­nie tym przy­ci­ąga­ło klien­tów. Cały bar utrzy­ma­ny był w ja­snych od­cie­niach brązu, co spra­wia­ło, że oka­zy­wał się o wie­le wi­ęk­szy, niż wy­da­wa­ło się z ze­wnątrz. Nie było tu ja­kiś zbęd­nych do­dat­ków w po­sta­ci bi­be­lo­tów czy ró­żnych an­ty­ków, któ­rych na­wet nie mo­żna do­tknąć. Pa­no­wał mi­ni­ma­lizm, co ja­sno wska­zy­wa­ło na to, że wła­ści­ciel sta­wiał na wy­go­dę go­ści.

Za­sko­czy­ło mnie, że na jed­nej ze ścian w kil­ku rzędach wi­sia­ły zdjęcia mło­dych mężczyzn ubra­nych w stro­je woj­sko­we. Zdo­bi­ły ją ni­czym tro­feum i spra­wia­ły, że nie mo­głam ode­rwać od nich wzro­ku. Było w tym coś pi­ęk­ne­go.

– To ro­bo­ta Bil­ly’ego – szep­nęła do mnie So­nia, gdy za­pa­trzy­łam się na zdjęcia. – Wszy­scy ci chłop­cy tu­taj miesz­ka­li albo na­dal miesz­ka­ją. Mój mąż w ten spo­sób chciał po­ka­zać, że ka­żdy z nas jest z nich dum­ny.

– Pi­ęk­ne. – Po­sła­łam jej ni­kły uśmiech, bo od razu przy­po­mnia­łam so­bie o tej jed­nej oso­bie, o któ­rej sta­ra­łam się za­po­mnieć.

– Ale z ja­kie­goś po­wo­du nie dla cie­bie. – Przyj­rza­ła mi się uwa­żnie, jak­by czy­ta­ła w mo­ich my­ślach. – Inni po­dzi­wia­ją te zdjęcia i mó­wią, że to za­szczyt po­znać twa­rze lu­dzi wal­czących za nasz kraj. A ty, mimo że wi­dać w two­ich oczach po­dziw, ukry­wasz za nim coś wi­ęcej.

Pra­wie mnie roz­gry­zła.

– Jest pani bar­dzo spo­strze­gaw­cza – od­pa­rłam, po­cie­ra­jąc pal­ca­mi dłoń, na któ­rej jesz­cze nie­daw­no znaj­do­wał się pie­rścio­nek za­ręczy­no­wy.

Jej wzrok od razu podążył w tym kie­run­ku. Bia­ły pa­sek od­zna­czał się na mu­śni­ętej sło­ńcem skó­rze ni­czym wiel­ki neon, ale nic w tym dziw­ne­go, sko­ro no­si­łam pie­rścio­nek od do­brych kil­ku lat i bar­dzo rzad­ko go zdej­mo­wa­łam. Nie dało się tego prze­ga­pić, a już wie­dzia­łam, że ko­bie­ta jest bar­dzo by­stra.

– Dłu­go by­li­ście ra­zem? – za­py­ta­ła ze wspó­łczu­ciem.

– Dwa­na­ście lat – wy­zna­łam z go­ry­czą. – Ale je­śli pod­su­mo­wać wszyst­kie jego mi­sje, wy­szło­by tego znacz­nie mniej.

– Cza­sa­mi roz­łąka może spra­wić, że nie­któ­re zwi­ąz­ki nie prze­trwa­ją. Trud­ne jest ży­cie żony woj­sko­we­go. – Po­ki­wa­ła gło­wą, jak­by mó­wi­ła o so­bie.

Z ja­kie­goś po­wo­du wie­dzia­łam, że po­tra­fi­ła­by zro­zu­mieć mój ból, więc chcia­łam jej o tym opo­wie­dzieć. Nie na­le­ża­łam do osób, któ­re ukry­wa­ją praw­dę – tym bar­dziej, że ja nie mia­łam się cze­go wsty­dzić. Wy­bór, któ­re­go do­ko­nał mój były na­rze­czo­ny, spra­wił, że za­częłam pa­trzeć na świat z szer­szej per­spek­ty­wy niż do tej pory. Na czas zwi­ąz­ku z nim pod­po­rząd­ko­wa­łam swo­je ży­cie pod Bran­do­na, ale te­raz mo­głam ro­bić do­słow­nie wszyst­ko i już nikt mnie nie ogra­ni­czał.

– Cze­ka­ła­bym na nie­go na­wet do ko­ńca ży­cia, ale naj­wy­ra­źniej dla nie­go nie mia­ło to zna­cze­nia, i wy­brał inną. – Sta­ra­łam się o tym mó­wić bez emo­cji, ale naj­wy­ra­źniej mi nie wy­szło. Ta rana była zbyt świe­ża, ale wie­dzia­łam, że so­bie z tym po­ra­dzę.

– Przy­kro mi, dziec­ko. – Na­wet nie zda­wa­łam so­bie spra­wy z tego, że Bil­ly przy­słu­chi­wał się na­szej roz­mo­wie. Po­sta­wił przede mną ta­lerz pa­ru­jące­go je­dze­nia. Obok usta­wił szklan­kę z so­kiem i mo­gła­bym się za­ło­żyć, że sa­mo­dziel­nie wy­ci­snął owo­ce. – Fa­cet nie wie­dział, co ma. – Po­chy­lił się w moją stro­nę. – Ale w na­szym mia­stecz­ku jest wie­lu in­nych żo­łnie­rzy i oni będą ci od­da­ni. – Mru­gnął. – Je­śli tyl­ko będziesz chcia­ła.

– Dzi­ęku­ję bar­dzo – par­sk­nęłam, bio­rąc wi­de­lec do ręki. – Ko­niec z fa­ce­ta­mi, a już zwłasz­cza z tymi, co byli w woj­sku.

– Ni­g­dy nie mów ni­g­dy – po­wie­dział, od­cho­dząc do ko­lej­ne­go klien­ta.

Wzi­ęłam kęs so­czy­ste­go ste­ku i aż jęk­nęłam. Ide­al­nie do­pra­wio­ny i w do­dat­ku śred­nio wy­sma­żo­ny, tak jak uwiel­bia­łam naj­bar­dziej. Ten mężczy­zna cza­ro­wał w kuch­ni i dał mi je­dze­nie, któ­rym wprost się za­chwy­ca­łam. Jak­by tego było mało, na ta­le­rzu zna­la­zły się pie­czo­ne ziem­nia­ki i sa­łat­ka z pora, któ­re do­pe­łnia­ły to da­nie. Czu­łam się zmęczo­na, ale roz­ko­szo­wa­łam się ka­żdym gry­zem.

– Wow – wes­tchnęłam, pa­trząc na męża So­nii, któ­ry był nieś­wia­do­my mo­je­go spoj­rze­nia.

Mężczy­zna roz­ma­wiał z przy­ja­ció­łmi. Jego lu­źna po­sta­wa i spo­sób, w jaki kle­pa­li się po ra­mio­nach, mó­wi­ły, że byli ze sobą bli­sko.

– Jest do­brym ku­cha­rzem – rzu­ci­ła So­nia, spo­gląda­jąc na mnie z uśmie­chem.

– Jest mega do­brym ku­cha­rzem – po­pra­wi­łam ją.

By­łam tak głod­na, że po­chło­nęłam cały ta­lerz w ci­ągu kil­ku mi­nut. Pod­ró­żo­wa­łam przez tyle go­dzin, że kar­mi­łam się ka­nap­ka­mi z au­to­ma­tów, prze­kąska­mi w pacz­kach czy owo­ca­mi, aby jak naj­szyb­ciej do­je­chać na miej­sce. Po­pi­ja­łam wła­śnie sok, kie­dy Bil­ly pod­sze­dł do nas z po­wro­tem.

– I jak? – za­py­tał.

– Uwiel­biam pana kuch­nię. – Od­sta­wi­łam szklan­kę ze stuk­ni­ęciem. – Od dzi­siaj przy­cho­dzę tu­taj co­dzien­nie.

– Cie­szy mnie to. – Mru­gnął, za­bie­ra­jąc pu­sty ta­lerz.

Po­pra­wi­łam się na krze­śle, chcąc w ko­ńcu prze­jść do kon­kre­tów, bo sko­ro już się naja­dłam, mo­głam się do­wie­dzieć cze­goś wi­ęcej. Wie­dzia­łam, jaki będzie za­kres mo­ich obo­wi­ąz­ków, a ta­kże ja­kie otrzy­mam wy­na­gro­dze­nie, jed­nak wie­le rze­czy mnie cie­ka­wi­ło. So­nia przez te­le­fon za­pew­ni­ła, że nie mu­szę się ni­czym przej­mo­wać – wy­star­czy, że przy­ja­dę, a ona mi wszyst­ko do­kład­nie wy­tłu­ma­czy.

– Nie że­bym była nie­cier­pli­wa, ale gdzie do­kład­nie będę miesz­kać?

To za­sta­na­wia­ło mnie naj­bar­dziej – i może by­łam kre­tyn­ką, że na po­cząt­ku o to nie za­py­ta­łam, ale moc­niej przej­mo­wa­łam się tym, aby jak naj­szyb­ciej opu­ścić stan Wa­szyng­ton.

– O tu­taj, nie­da­le­ko. – Mach­nęła nie­dba­le ręką. – Przy­szy­ko­wa­li­śmy dla cie­bie do­mek. Będziesz po­trzeb­na tym chłop­com. Ośro­dek musi mieć swo­je­go sta­łe­go le­ka­rza na miej­scu. A kil­ka­na­ście go­dzin w ty­go­dniu będziesz mi po­ma­ga­ła w przy­chod­ni.

– Ja­kim chłop­com? – za­py­ta­łam, nie ro­zu­mie­jąc, o czym ona do mnie mówi.

W ogło­sze­niu nie było nic o tym, że mia­ła­bym wy­ko­ny­wać inną pra­cę niż tę w przy­chod­ni. Może cho­dzi­ło jej o to, że mia­łam sa­mo­dziel­nie je­ździć do pa­cjen­tów? Coś w jej mi­nie mi nie pa­so­wa­ło, po­ja­wi­ła się nie­pew­no­ść.

– Tych, co wła­śnie we­szli. – Kiw­nęła gło­wą w stro­nę drzwi.

Z ja­kie­goś po­wo­du była za­chwy­co­na, a ja czu­łam co­raz wi­ęk­szy mętlik w gło­wie.

Od­wró­ci­łam się we wska­za­nym przez nią kie­run­ku. Pierw­sze, co rzu­ci­ło mi się w oczy, to ich czar­ne ko­szul­ki i spodnie w moro. Na no­gach mie­li buty… kur­wa jego mać, woj­sko­we. Za­czy­na­łam ro­zu­mieć, o czym So­nia mó­wi­ła, i po­czu­łam, jak­by po raz ko­lej­ny ktoś ro­bił so­bie ze mnie żar­ty.

Opu­ści­łam jed­no miej­sce, aby nie pa­trzeć na tego kre­ty­na Bran­do­na, a wpa­dłam w ko­lej­ne, któ­re mo­gło się oka­zać jesz­cze gor­sze. Czu­łam się za­nie­po­ko­jo­na całą sy­tu­acją i wie­dzia­łam, że na pew­no nie będę mo­gła spro­stać wy­ma­ga­niom So­nii. To było dla mnie zde­cy­do­wa­nie za dużo. Chcia­łam za­cząć ukła­dać so­bie ży­cie od nowa, ale nie będę mo­gła tego zro­bić, je­śli po raz ko­lej­ny zo­sta­nę wrzu­co­na w po­dob­ne ba­gno.

– Nie mogę z nimi pra­co­wać. Nie pi­sa­łam się na to!

– Pod­pi­sa­łaś umo­wę na pół roku – wy­tknęła mi.

– W obo­wi­ąz­kach nie wspo­mnia­łaś nic na ten te­mat. – Wska­za­łam ręką mężczyzn.

– To zwy­kła pra­ca. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Kie­dy cię za­trud­nia­łam, nie wie­dzia­łam, że masz awer­sję do żo­łnie­rzy i uni­kasz ich za wszel­ką cenę. Bez obaw, nie będziesz mia­ła przy nich dużo pra­cy, mu­sisz być tyl­ko w po­go­to­wiu. Oni tak ła­two nie dają się zra­nić. – Po­kle­pa­ła mnie po dło­ni, jak­by to było ta­kie pro­ste.

Mu­sia­łam przy­znać jej ra­cję, bo nie mo­gła od­po­wia­dać za coś, o czym kom­plet­nie nie mia­ła po­jęcia. Nie po­win­nam była od razu prze­no­sić na nią tego, że czu­łam się z tą sy­tu­acją źle.

– Mu­szę się na­pić cze­goś moc­niej­sze­go, aby to prze­tra­wić – za­żąda­łam, pa­trząc w stro­nę Bil­la.

– Prze­pra­szam, ko­cha­na, ale je­dziesz sa­mo­cho­dem – przy­po­mniał to, o czym kom­plet­nie za­po­mnia­łam.

– Kur­wa, no… – jęk­nęłam sfru­stro­wa­na.

– I już mó­wisz jak my. – Za­śmiał się. – Chłop­cy! – krzyk­nął w ich stro­nę.

– Co ty ro­bisz? – wark­nęłam ści­szo­nym gło­sem.

Nie by­łam głu­pia. Po­tra­fi­łam ob­ser­wo­wać – w ba­rze prze­wa­ża­li mężczy­źni, więc lo­gicz­ne było, że w tym mie­ście bra­ko­wa­ło płci pi­ęk­nej. Ta­kże to so­bie wy­go­oglo­wa­łam i, je­śli do­brze za­pa­mi­ęta­łam, licz­ba mężczyzn prze­wy­ższa­ła licz­bę ko­biet trzy­krot­nie. Je­śli któ­ry­kol­wiek z nich po­my­ślał, że by­łam ko­lej­ną, któ­ra tu osi­ądzie i za­ło­ży ro­dzi­nę, to bar­dzo szyb­ko wy­pro­wa­dzę go z błędu.

– Mu­sisz się przy­wi­tać, sko­ro masz z nimi pra­co­wać. – Nie­win­ny wzrok Bil­ly’ego ani tro­chę do mnie nie prze­ma­wiał, a tyl­ko utwier­dzał w prze­ko­na­niu, że mężczy­zna chciał na­mie­szać w moim ży­ciu. – Chło­pa­ki! – krzyk­nął gło­śniej. – Do mnie.

Będę mu­sia­ła ich po­znać. Nie mia­łam ani chwi­li spo­ko­ju. Jak­by ży­cie zwró­ci­ło się prze­ciw­ko mnie i po­now­nie wrzu­ca­ło mnie w świat żo­łnie­rzy, cho­ciaż bar­dzo chcia­łam od nie­go uciec. To wy­gląda­ło tak, jak­by wi­sia­ło nade mną ja­kieś fa­tum. Nie mo­żna tego ina­czej wy­tłu­ma­czyć.

– Bil­ly. – Je­den z nich pod­sze­dł do męża So­nii i po­kle­pał po ple­cach.

– Wol­ny dzień? – za­py­tał.

– W ko­ńcu Ma­no­lo dał nam ode­tchnąć. – Ro­ze­śmiał się. – Jed­nak już wiem, dla­cze­go mu­si­my prze­cho­dzić po­now­ne szko­le­nia.

– A tak w ogó­le, gdzie on jest?

Przy­słu­chi­wa­łam się roz­mo­wie, kie­dy obok mnie po­ja­wił się wspo­mnia­ny mężczy­zna.

– Je­stem – oznaj­mił ze spo­ko­jem.

Nie dało się prze­ga­pić tego, z ja­kim re­spek­tem i sza­cun­kiem resz­ta obec­nych na nie­go pa­trzy­ła. Kom­plet­nie nie mia­łam po­jęcia, cze­go do­ty­czy­ła roz­mo­wa i dla­cze­go tak wie­lu żo­łnie­rzy prze­by­wa­ło w tym jed­nym miej­scu, ale czu­łam, że prędzej czy pó­źniej się tego do­wiem. Sko­ro pod­pi­sa­łam umo­wę, to mu­sia­łam się z niej wy­wi­ązać, czy tego chcia­łam, czy nie. Moje do­świad­cze­nia nie po­win­ny na to wpły­wać.

Mężczy­zna wpa­try­wał się we mnie z wiel­kim za­in­te­re­so­wa­niem, ale też z dozą nie­uf­no­ści. Gdy­bym nie wie­dzia­ła, czym się zaj­mu­je, to może i bym się koło nie­go za­kręci­ła, bo był na­wet przy­stoj­ny… cho­ciaż ja­sno obie­ca­łam so­bie, że ko­niec z mężczy­zna­mi. Na­le­ża­łam te­raz do wol­nych ko­biet i mo­głam w pe­łni z tego ko­rzy­stać. No i wie­dzia­łam, czym się zaj­mo­wał, więc od razu mi prze­szło. Obiet­ni­ca to obiet­ni­ca. Ko­niec z żo­łnie­rza­mi.

– Cze­ść. Po­dob­no je­steś na­szą nową le­kar­ką. – Ode­rwa­łam wzrok od mężczy­zny imie­niem Ma­no­lo i prze­nio­słem go na ko­lej­ne­go żo­łnie­rza, któ­ry opa­rł się bio­drem o bar i po­chy­lił nie­znacz­nie w moją stro­nę. – Jaka je­steś ślicz­na. – Wy­ci­ągnął w moją stro­nę dłoń. – Mam na imię Luke.

– Na­wet nie pró­buj – od­pa­rłam bez­na­mi­ęt­nym to­nem, nie po­da­jąc mu ręki. – Gdy­bym od po­cząt­ku wie­dzia­ła, że mam się wami zaj­mo­wać, to bym tu nie przy­je­cha­ła.

– A co jest z nami nie tak? – za­py­tał Ma­no­lo.

Stał z ręka­mi za­ło­żo­ny­mi na pier­si, pa­trząc na mnie prze­ni­kli­wie. Po wcze­śniej­szym za­cie­ka­wie­niu nie było śla­du, za to po­ja­wi­ła się nie­chęć. Czy­li czuł do­kład­nie to samo co ja, kie­dy się do­wie­dzia­łam, że będą się wo­kół mnie kręcić. Nie przej­mo­wa­łam się tym zbyt­nio, bo by­łam po­nad to.

– Chłop­cy, daj­cie jej spo­kój. Wła­śnie zo­sta­wił ją fa­cet, któ­ry był woj­sko­wym. – So­nia ude­rzy­ła ka­żde­go po ko­lei la­ską, by od­su­nąć ich ode mnie.

Wes­tchnęłam ci­cho zła na nią, że tak otwar­cie po­wie­dzia­ła o czy­mś, co było moją pry­wat­ną spra­wą. Mój błąd, bo nie wie­dzia­łam, że wy­ko­rzy­sta te sło­wa. A z dru­giej stro­ny… może to i le­piej, bo dzi­ęki temu nie ze­chcą się ze mną zbyt­nio spo­ufa­lać i będę mo­gła w spo­ko­ju pra­co­wać.

– My je­ste­śmy inni – za­zna­czył Luke, mru­ga­jąc do mnie.

Ca­łko­wi­cie nie przej­mo­wał się moją po­sta­wą, jak­by chwi­lę wcze­śniej nie usły­szał, że wła­śnie za­ko­ńczy­łam zwi­ązek.

– Ta, ja­sne – prych­nęłam, ale nie mia­łam za­mia­ru się z nimi sprze­czać. – Wy rób­cie swo­je, a ja będę ro­bić swo­je. Resz­ta mnie nie ob­cho­dzi.

– Ra­nisz mnie. – Zła­pał się za pie­rś.

Par­sk­nęłam śmie­chem na ten uda­wa­ny prze­kaz. Nic a nic nie było po nim wi­dać, żeby się gnie­wał, ale sko­ro chciał się tak ba­wić, to ja po­sta­no­wi­łam nie być dłu­żna.

– Wiesz co? – Za­trze­po­ta­łam ko­kie­te­ryj­nie rzęsa­mi. – Chy­ba jed­nak zmie­nię zda­nie. – Do­tknęłam dło­nią jego tor­su. Sta­nęłam na pal­cach, zbli­ży­łam się do jego ucha i zmy­sło­wym gło­sem wy­szep­ta­łam: – Jak będziesz grzecz­ny, to może ci po­ka­żę, co cie­ka­we­go mo­żna ro­bić ze ste­to­sko­pem. Będzie za­ba­wa. – Mru­gnęłam do nie­go, śmie­jąc się z jego za­fa­scy­no­wa­nej miny.

– Ej! – Po chwi­li zro­zu­miał, że żar­to­wa­łam. Na­bur­mu­szył się jak dziec­ko. – To nie fair. Nie mówi się cze­goś ta­kie­go fa­ce­to­wi.

– Prze­ży­jesz. – Za­chi­cho­ta­łam, zaj­mu­jąc po­now­nie miej­sce.

Mężczy­źni po­śmia­li się tro­chę z ko­le­gi, któ­re­mu pod­ryw ca­łko­wi­cie nie wy­sze­dł, bo po­rwał się na prze­ciw­ni­ka o wie­le moc­niej­sze­go niż on sam. Śmia­li się wszy­scy z wy­jąt­kiem Ma­no­la, któ­ry w dal­szym ci­ągu nie spusz­czał ze mnie wzro­ku, co za­częło być tro­chę nie­zręcz­ne. Nie wie­dzia­łam, co o tym sądzić, dla­te­go wy­ko­rzy­sta­łam jego broń. Pa­trząc na nie­go z unie­sio­ną brwią, ska­no­wa­łam jego cia­ło. W ko­ńcu za­trzy­ma­łam się na jego twa­rzy, na któ­rej ma­ja­czył nie­wiel­ki uśmiech.

_Boże…_

Co to był za cu­dow­ny wi­dok. Po­czu­łam prąd prze­szy­wa­jący moje cia­ło. Naj­wy­ra­źniej w mo­men­cie wy­rzu­ce­nia pie­rścion­ka przez okno od­zy­ska­łam wszyst­kie swo­je zmy­sły, a tym sa­mym po­ci­ąg do mężczyzn.

– Ma­no­lo, po­dob­no da­jesz im w kość. – Bil­ly wy­sze­dł zza baru, aby sta­nąć za żoną. – Daj im tro­chę luzu.

– Oni nie po­trze­bu­ją luzu, mają się na­uczyć przy­dat­nych rze­czy, aby prze­żyć – oznaj­mił mężczy­zna.

– Je­steś za­wzi­ęty jak za­wsze. – Bil­ly po­kręcił gło­wą.

– Ty mnie tego na­uczy­łeś, wuju – od­pa­rł mi­ęk­ko.

– Se­rio je­ste­ście ro­dzi­ną? – za­py­ta­łam ci­cho So­nię.

– Je­ste­śmy – od­po­wie­dział za nią Ma­no­lo, dla­te­go prze­nio­słam na nie­go wzrok. Nie zda­wa­łam so­bie spra­wy z tego, że było mnie sły­chać, ale że nie na­le­ża­łam do osób wsty­dli­wych, to nie za­częłam uni­kać jego spoj­rze­nia. – A co? – za­py­tał.

– Oni są mili. – Wska­za­łam ręką na ma­łże­ństwo, jak­by to mia­ło wszyst­ko wy­ja­śnić, ale kie­dy Ma­no­lo spoj­rzał na mnie z wy­so­ko pod­nie­sio­ną brwią, po­sta­no­wi­łam do­pre­cy­zo­wać: – Z ko­lei ty za­cho­wu­jesz się, jak­by coś cię bo­la­ło i sama moja obec­no­ść była ci nie na rękę. Więc za­sta­na­wiam się, jak tak ró­żne oso­by mogą być ze sobą spo­krew­nio­ne – wy­zna­łam do­bit­nie.

Spoj­rza­łam na jego minę – naj­wy­ra­źniej, nie spodo­ba­ła mu się moja od­po­wie­dź.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij