Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

My Dark Prince - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 maja 2026
47,90
4790 pkt
punktów Virtualo

My Dark Prince - ebook

Wychodzę za pięknego potwora.

Krętacza. Oszusta. Kawalera numer jeden Ameryki.

Twierdzi, że jesteśmy w sobie zakochani, ale w jego pocałunkach czuję tylko nienawiść i pożądanie. Nie pamiętam, w jaki sposób doszło do tego wszystkiego. Wiem tylko, że jest moim wrogiem. Utknęłam w koszmarze – w jego domu, na jego łasce.

A Oliver zrobi wszystko, żeby utrzymać mnie w ciemnościach.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Erotyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68851-01-4
Rozmiar pliku: 5,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Briar

Nie jestem bohaterką mojej opowieści.

Nie jestem też czarnym charakterem.

Jestem postacią drugoplanową – w książkach innych ludzi. Niechcianym dzieckiem, którego rodzice uznali, że nie można go pokochać.

Kiedyś żyłam w cieniu, wciśnięta pomiędzy strony czyjejś historii jak uschnięta róża. W końcu on wyciągnął mnie spomiędzy tego dusznego papieru, zalał mnie światłem, aż rozkwitłam i stałam się osobą, którą według niego mogłam być.

Oliver von Bismarck.

Mój najlepszy przyjaciel. Moja potajemna miłość, w dodatku pierwsza...

A obecnie? Mój zagorzały wróg.

Ollie może i o mnie zapomniał, ale ja pamiętam blizny, które po sobie zostawił. Mówi się, że najlepsza zemsta to nie być jak twój wróg. Gdy dorastałam, byłam miła, rzetelna i odpowiedzialna. A to wszystkie cechy, których jemu brakuje.

Dzięki niemu nie jestem już różą.

Jestem cierniem.Briar Rose

Czternaście lat

_Nie ma go tu. Przestań go szukać._

Odwróciłam głowę od przyjęcia i zmusiłam się do skupienia na falach, które uderzały o brzeg pod złowieszczo wyglądającym księżycem. Niebo było usiane gwiazdami, które mi towarzyszyły, kiedy siedziałam na brukowanym tarasie Château de Chillon.

Wszędzie wokół mnie poruszali się ludzie – tańczyli, flirtowali, śmiali się, żyli. Nigdy jednak nie czułam się bardziej samotna.

Każdego lata von Bismarckowie urządzali wielki bal, żeby zaznaczyć swoje przybycie do Szwajcarii. Setki arystokratów z europejskim rodowodem i magnatów zebrały się w średniowiecznym zamku u brzegu Jeziora Genewskiego, by szukać szansy na popisanie się koneksjami z jednym z najstarszych rodów świata – a dwoje z nich to moi nadęci rodzice.

Oliver powinien już tu być, krążyć po korytarzach albo planować jakiś wymyślny dowcip. Jego wielkie wejście nastąpi, kiedy będzie gotowy, i ani minuty wcześniej.

_Nie szukaj go. Miej choć odrobinę samokontroli._

Za późno.

Moje zdradzieckie ciało zadziałało na własnych zasadach. Odwróciłam głowę z powrotem w kierunku przyjęcia, by móc wypatrzyć te bladozłote loki i psotliwe oczy.

Tańczący wypełnili zewnętrzną salę balową po brzegi i zniweczyli zupełnie moje szanse na dostrzeżenie go. Pastelowe suknie muskały płyty chodnikowe niczym chmurki waty cukrowej, wirując z wyćwiczoną łatwością.

Ze sceny na podwyższeniu barokowa orkiestra raczyła nas bogatymi dźwiękami suity _Maskarada I_ Arama Chaczaturiana. To jeden z moich ulubionych walców.

Wygładziłam spódnicę różowej sukni z tafty, chociaż wiedziałam, że rodzice nie zrugaliby mnie za pobrudzenie jej na zewnętrznym tarasie. Żeby zwrócić uwagę na jawne nieposzanowanie satynowej kreacji, najpierw musieliby w ogóle zauważyć moje istnienie. Co stanowiło niewygodny fakt, o którym usilnie starali się zapomnieć.

Wyjrzałam za brzeg werandy. Gdybym wypadła, uderzyłabym w dach, a potem spadła prosto na żwir. To wysokość dziesięciu, może dwunastu pięter. Wystarczyłoby, żebym zginęła. Odwróciłam się w stronę rodziców, którzy stali obok swoich przyjaciół kilka kroków ode mnie.

Nawet nie zauważyli, że siedziałam na brzegu.

W ogóle mnie nie dostrzegali.

– A więc... – Kobieta w oliwkowej sukience spojrzała ponad swoim kieliszkiem szampana na moich rodziców, jej szykowny akcent sprawiał, że dodawała sylaby tam, gdzie nie powinno ich być. – Dokąd się teraz wybieracie, skoro oddział w Zurychu funkcjonuje, jak należy?

Tata pracował dla Luxor Trust, banku specjalizującego się w „masowaniu jaj bogatych dupków”. Jego słowa, nie moje. Zajmował się zarządzaniem, a jego zakres obowiązków obejmował całowanie ogromnej liczby tyłków, otwieranie nowych oddziałów, by wypełnić międzynarodowe wymagania Luxoru, i ciąganie naszej rodziny za sobą do każdego zajmowanego przez miliarderów zakątka świata.

Od najmłodszych lat znałam jedynie życie na walizkach. Dom był dla mnie pojęciem abstrakcyjnym. Czymś, co miały tylko inne dzieci. W wieku czternastu lat mieszkałam już w Londynie, Tokio, Paryżu, Montrealu, Zurychu, Rijadzie i Budapeszcie.

Mimo że miałam amerykański paszport, przez całe życie spędziłam raptem kilka miesięcy w Stanach. Kiedy ludzie mnie pytali, skąd pochodzę, odpowiadałam, że z Nowego Jorku, ale prawda była taka, że nie miałam żadnych korzeni. Żadnego początku swojej historii.

_Nie, jeśli Oliver von Bismarck może coś na to poradzić. Albo raczej – jeśli można go do tego przekonać._

– Och, nawet nie zaczynaj rozmowy o naszej kolejnej przygodzie. – Mama przeczesała wystylizowanymi paznokciami swojego czarnego boba, a wolną dłoń zacisnęła na marynarce garnituru od Prady ojca. – Firma Jasona chce, żeby otworzył nowy oddział w Buenos Aires. Wiesz, jak uwielbiam to miasto. Przecież sama jestem w połowie Argentynką.

– A jak Briar Rose znosi te wszystkie przeprowadzki? – Mąż Olive Dress zakołysał winem w kieliszku. – Fabienne i ja przenieśliśmy się kiedyś na trzy lata na Alaskę. Oczywiście ze względu na pracę. Dzieciaki były wściekłe. Dla nastolatki to musi być szczególnie trudne.

– W kwestii nauki zawsze radzi sobie świetnie. – Plecy mamy wyprostowały się gwałtownie. Zawsze tak się działo, kiedy wypływał jej najmniej lubiany temat, czyli ja. – Uczy się w domu i ma najlepszych korepetytorów w Europie, a w przyszłym tygodniu kończy kurs analizy matematycznej w Oksfordzie. Le Rosey¹ już dwa razy odzywał się do nas w zeszłym roku, żeby ją zrekrutować, ale wiesz, jak to jest z częstymi przeprowadzkami. – Wymuszone westchnienie wyrwało się spomiędzy jej zaciśniętych zębów. – Trudno jest zaangażować się w cokolwiek.

Nie wspomniała tylko, że poszłam na te zajęcia, bo usłyszałam, że Oliver może przyjechać do Birmingham na tydzień, a to tylko godzina pociągiem od Oksfordu.

_Nawet nie próbujesz udawać, że ci nie zależy, Briar Rose._

Ten statek odpłynął, kiedy zaczęłam przeszukiwać brukowce w nadziei, że znajdę jakieś wiadomości o rodzinie von Bismarcków gdzieś pomiędzy wątpliwą konsumpcją awokado przez rodzinę królewską a informacjami o rozwodach gwiazd Hollywood.

Olive Dress poklepała mamę po ramieniu.

– Cóż, Briar Rose zawsze była bystrym dzieckiem. Nigdy nie było co do tego wątpliwości.

W przeciwieństwie do tej obcej kobiety nie łudziłam się, że ocena osiągnięć naukowych sporządzona przez mamę to prawdziwy opis mnie. Nie, kiedy defensywność sączyła się z niej jak woda wyciekająca przez pękniętą tamę. Zesztywniała do tego stopnia, że wystarczyłby jeden podmuch wiatru, by się przewróciła.

Olive Dress zacmokała z udawanym współczuciem.

– A jak radzi sobie towarzysko?

– Towarzysko... – Mama zacisnęła usta tak mocno, że mogłaby kruszyć nimi diamenty. Wszelkie ciepło zniknęło z jej twarzy. – Cóż, z natury jest dość cicha i nieśmiała. Nie sądzę, żeby zbytnio ją to obchodziło.

_A właśnie że obchodzi, mamo. I to tak bardzo, że czasami czuję, jakbym się dusiła._

– Przecież nie możemy zrezygnować z życia dla dziecka, na litość boską. – Tata wyjął kieliszek z dłoni mamy i odstawił go na tacę przechodzącego kelnera. – To nowoczesne podejście do wychowywania dzieci nie jest dla nas. Ludzie w dzisiejszych czasach wychowują paskudne bachory.

Zakłuły mnie oczy. Zmusiłam się do skupienia na tańczących parach, żeby choć trochę zagłuszyć ból. Pod warstwami materiału moje stopy poruszały się w rytm walca, kopiąc w barierkę werandy przy każdym ruchu.

Prawa stopa – z powrotem. Lewa stopa – w bok. Obie stopy – razem. Lewa stopa – do przodu. Prawa stopa – w bok. I od nowa.

Czułam mrowienie w mięśniach. Każda cząstka mojego ciała chciała tańczyć. Obserwowałam jak zaczarowana, gdy ludzie wirowali, opadali i kołysali się, ich śmiechy wywoływały prąd na moim kręgosłupie jak po wypiciu filiżanki espresso.

_Buenos Aires._

Po raz pierwszy usłyszałam o ich planach. Jason i Philomena Auerowie nigdy nie pozwoliliby dziecku zadawać pytań, a zwłaszcza o przyszłość, nad którą mieli całkowitą kontrolę.

„Takie samolubne pytania denerwują twojego tatę” – upominała mnie mama za każdym razem, kiedy przywoływałam temat naszych częstych przeprowadzek. „Nie wstyd ci, że jesteś niewdzięczna i rozpieszczona? Myślisz, że wszystkie dzieci żyją w takim luksusie?”.

Nie. Wcale tak nie myślałam.

Problem polegał na tym, że nie chciałam ubrań od projektantów, penthouse’ów w drapaczach chmur ani szykownych restauracji. Chciałam lojalnych przyjaciół, domowych posiłków i gier w remika z rodzicami w leniwe wakacyjne wieczory.

Rzeczy, o których Oliver von Bismarck snuł opowieści – tak piękne i obce, że nie wierzyłam, by coś takiego mogło być prawdą.

_Pewnego dnia będę to miała._

_Szczęście. Wolność. Przyjaciół tak bliskich, że będą jak rodzina._

Mama westchnęła.

– W każdym razie znaleźliśmy rozwiązanie.

To dla mnie nowość. Rozwiązanie? Na moją samotność? Może w końcu pozwolą mi mieć psa.

– Tak? – Odwróciłam głowę w ich stronę akurat na czas, by zobaczyć, że Olive Dress pochyliła się do przodu. – Jakie to rozwiązanie?

Tata przekręcił spinkę do mankietu, żeby nasz herb rodowy układał się właściwie.

– Briar Rose od września zacznie uczęszczać do Surval Montreux.

Krew zamarzła mi w żyłach. Surval Montreux to szkoła z internatem dla dziewcząt. W Szwajcarii. Zamierzali mnie tu porzucić i nawet tego ze mną nie przedyskutowali.

– Surval Montreux? – Suknia Olive zaszeleściła, kiedy odsunęła się, jakby sama ta myśl ją odrzucała. – Dlaczego nie Le Rosey?

Mama zaczęła się bawić perłami Mikimoto spoczywającymi na jej obojczykach, a jej wzrok odpłynął gdzieś, jakby ta rozmowa ją nudziła.

– Cóż, nie możemy pozwolić, żeby włóczyła się po Europie bez nadzoru, i to z chłopcami, prawda?

_Tłumaczenie: po co ryzykować skandal, którego można uniknąć najprościej w ten sposób, że sprawimy, by nasza córka czuła się okropnie?_

Tata położył dłoń w dole pleców mamy i wpatrywał się w nią, jakby była jedyną osobą w jego życiu, która miała znaczenie. I tak było. Ja dla niego nie istniałam.

– Tak będzie lepiej dla wszystkich. – Pomasował dół jej pleców tuż ponad wycięciem sukienki od Oscara de la Renty. – Naszym ostatnim przystankiem był Zurych, a Briar Rose znakomicie mówi po francusku. Szkoła akceptuje amerykański system oceniania, więc nie będzie problemu z przeniesieniem. Będzie miała mnóstwo okazji na poznanie nowych przyjaciół.

Wysyłali mnie do szkoły z internatem.

Porzucali mnie w Europie i wyjeżdżali do Ameryki Południowej bez chwili zastanowienia.

Co jest jednak najgorsze? Mimo że moje ciało aż drżało z wściekłości i strachu, nie potrafiłam znaleźć w sobie siły, żeby się im postawić. Wtrącić się. Powiedzieć, że pod żadnym pozorem nie zamierzałam przestać z nimi mieszkać. Nie dlatego, że byli takimi świetnymi rodzicami, ale dlatego, że byli moją jedyną namiastką normalności, niezależnie od tego, jakie to nędzne i żałosne.

– Misiaczku? – Znajomy tenor wyrwał mnie z tych lepkich, przypominających smołę myśli.

Odwróciłam głowę w kierunku głosu.

Jego właściciel ubrany w idealnie skrojony, czteroczęściowy garnitur podszedł do mnie w leniwym tempie. Ludzie wokół nas przystawali, by śledzić jego ruchy, ale jego wzrok pozostawał skupiony na mnie.

Nasze spojrzenia się spotkały, a popisowy, przebiegły uśmieszek wypłynął mu na usta.

Dzika radość przetoczyła się przeze mnie. Jej dotyk był ulotny jak muśnięcie warg, ale nie uczepiłam się go z całej siły. Wiedziałam, że wróci.

Ponieważ on w końcu się pojawił.

Oliver von Bismarck.

Hrabia Karyntii.

Najstarszy syn Feliksa von Bismarcka, księcia Karyntii.

Mój własny, osobisty upadek.Briar Rose

Hermes. Właśnie jego mi przypominał. Greckiego boga płodności, muzyki, podstępu i wszelkiej deprawacji. Z tymi falowanymi blond włosami o barwie pszenicy, błękitnymi oczami i arystokratycznymi rysami. Jedyną drobną niedoskonałością w boskim wyglądzie Olivera był odstający kosmyk na czubku głowy. Gdy na niego patrzyłam, czułam, jakby był moim prywatnym zwycięstwem. Dowodem na to, że chłopak był śmiertelnikiem zupełnie jak my wszyscy, a nie całkiem odrębnym bytem.

Ollie zmarszczył brwi.

– Hej, co się dzieje? – Chwycił moje dłonie w swoje i odciągnął mnie od brzegu tarasu. – Siedzisz niebezpiecznie blisko krawędzi i wyglądasz, jakbyś zaraz miała się rozpłakać.

Tak właśnie było. Moi rodzice porzucali mnie w Szwajcarii. Zamierzali w ogóle mi powiedzieć? A może obudzę się pewnego dnia w pustym domu?

Pot pokrył moje dłonie. Gdybym nie była w kompletnym szoku, z pewnością poczułabym, że są zimne z powodu paniki. Pragnęłam powiedzieć mu wszystko, a jednocześnie nie chciałam mówić nic. Ostatecznie Oliver von Bismarck był jedyną osobą na świecie, która uważała mnie za coś więcej niż tylko dodatek. Nie chciałam obciążać go swoimi problemami. Nasze wspólne lata miały być zabawne. Lekkie.

Zmusiłam się do śmiechu, wstałam i otrzepałam kurz z tyłka.

– Naprawdę?

– Tak. Rozmazał ci się eyeliner i nie mów mi, że to najnowsza moda. Zeszłego lata to było przedłużanie włosów w nosie. Nigdy nie zrozumiesz, jaka to trauma, kiedy po cholernie długim locie wychodzisz na płytę lotniska, żeby zastać tam gromadę włochaczy. Myślałem, że wylądowałem na niewłaściwej planecie.

Prawie się zaśmiałam, po czym odwróciłam, żeby zetrzeć tusz, w który wmanewrowała mnie makijażystka mamy. Nagle poczułam pełną moc uwagi tłumu. Nigdy się do tego nie przyzwyczaiłam. Nie żebym musiała. Zdarzało mi się to tylko wtedy, kiedy towarzyszył mi Ollie. Miał swoje własne pole grawitacyjne i gdy się pojawiał, nic nie mogło odciągnąć od niego ludzi.

– Pieką mnie oczy. Pewnie podeszłam zbyt blisko do przedstawienia z ogniem, które odbywało się na dole. – Przechodziłam przez zaciekawiony tłum, błądząc bez celu. – Co chcesz robić?

Zawsze przeszukiwaliśmy różne miejsca, zaglądaliśmy do kuchni i podkradaliśmy ciastka, kiedy obsługa nie widziała. Mieliśmy niepisaną umowę, że zawsze spędzamy lato razem. Nasi rodzice mieli domy nad jeziorem niedaleko siebie. Co roku czekałam z zapartym tchem, żeby sprawdzić, czy Oliver zmieni zdanie, wyjedzie na obóz albo po prostu będzie wolał spędzać czas ze swoimi kolegami. Zawsze jednak wracał do mnie.

Gdy Ollie mnie dogonił, zauważyłam, jak bardzo góruje nade mną swoim niesamowitym wzrostem.

– Najpierw taniec. – Złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę parkietu.

Wpadłam na jego pierś z cichym westchnieniem, niegotowa, żeby podnieść wzrok i spojrzeć mu w oczy. Był wręcz skandalicznie piękny, ale był również moim najlepszym przyjacielem. Cóż, moim jedynym przyjacielem.

Byłam pewna, że w wieku piętnastu lat Ollie całował już wiele dziewczyn, i to podejrzenie wywoływało we mnie złość. Chciałam, żeby mój pierwszy pocałunek był właśnie z nim, ale możliwość utraty tego, co mieliśmy, przerażała mnie.

– Taniec? – Prychnęłam i spróbowałam uwolnić palce z jego uścisku. – Przecież ty nie znosisz tańczyć, Ollie.

– Obawiam się, że nie jestem w stanie przegapić okazji, żeby cię zawstydzić.

– Jedyna osoba, którą zawstydzisz, to ty sam.

Kłamstwo. Gdyby chciał, Ollie mógłby stawać w szranki z profesjonalnymi tancerzami. Kiedy tylko nauczył się chodzić bez przewracania, jego pruska babcia, sześciokrotna zwyciężczyni Blackpool, nauczyła go kroku podstawowego.

– Jestem dobry właściwie we wszystkim. – Poprowadził mnie na środek parkietu i się zatrzymał. – W czymś muszę być do kitu.

Pochylił głowę i spojrzał na mnie. Miał szelmowski błysk w oku i niebezpieczny uśmieszek na wydatnych wargach. Moje serce eksplodowało milionem motyli. Skoro moi rodzice wyjeżdżali, czy to miało być nasze ostatnie wspólne lato? Na samą myśl gula urosła mi w gardle. Przełknęłam ją i położyłam dłoń na jego wyciągniętej ręce. Kiedy tylko jego palce zacisnęły się na moich, muzyka ucichła.

Wyrwałam rękę w nadziei, że moje policzki nie zdradzą zdenerwowania.

– Uratowany przez dzwon.

Wyprostował się i chwycił mnie znowu za rękę, jakby to było naturalne.

– Poczekaj chwilę.

Jak na zawołanie orkiestra zagrała _Śpiącą Królewnę_ Czajkowskiego. Śmiech Olivera dotarł do moich uszu niczym dźwięk korynckich dzwonków. Popełniłam błąd, podnosząc na niego wzrok akurat w odpowiedniej chwili, żeby zauważyć, jak się rozpromienił. Był zbyt uroczy. To niesprawiedliwe. Powinien być brzydki jak noc. Wtedy miałabym go całego dla siebie i nie kochałabym go ani odrobinę mniej. To był najpilniej strzeżony sekret Olivera. Jego cudowny wygląd nie mógł się w niczym równać z tym, jak idealny był w środku.

Objął moje plecy i przyciągnął mnie do siebie.

– No, no, czyż to nie twoja piosenka?

– Moja piosenka? – Zamrugałam i desperacko próbowałam utrzymać się w teraźniejszości. Zapomnieć o tym, jaką bombę zrzucili moi rodzice przed pojawieniem się Olliego.

– Tak. To ty jesteś Śpiącą Królewną, głuptasku.

– Akurat jestem całkowicie rozbudzona... chociaż drzemka to całkiem dobry pomysł – zażartowałam i poczułam się niekomfortowo, gdy starsze pary zaczęły robić dla nas miejsce i skupiać wzrok na naszych płynnych ruchach.

Z zewnątrz musiało wyglądać, jakbyśmy z Olliem ćwiczyli to od lat. Poruszaliśmy się wspólnie jak rzeka spotykająca się z oceanem, kręciliśmy się i wirowaliśmy, nasze ciała splatały się ciasno. Przez jedną słodką chwilę udawałam, że on jest mój, a ja jestem jego, że rodzice mnie nie zdradzili i że od zawsze znałam ciepło domowej miłości. Dom z sercem, a nie tylko z adresem.

– Nazywasz się Briar Rose, zupełnie jak ta księżniczka. – Ollie mnie przechylił. – A do tego wyglądasz jak ona.

– To fikcyjna bohaterka, Oliverze. – Uniosłam nogę i skierowałam palce w stronę nieba.

Ludzie wokół nas zaczęli klaskać. Pięć minut temu nawet nie zauważyli, że byłam o krok od śmierci.

– No i? Jesteś sobowtórem postaci Disneya. – Patrzył na mnie wygłodniałym wzrokiem. – Długie ciemnoblond włosy, wygięte brwi, różowe wargi. – Przerwał i zmarszczył czoło. Przyglądał mi się jeszcze uważniej. – I zero paznokci.

Tym razem zasłużył sobie na mój szczery śmiech. Klepnęłam go w pierś. Niemożliwe, że rozśmieszył mnie po wieściach, które usłyszałam. Jak zawsze Oliver dokonał niemożliwego.

– Przecież mam paznokcie. – Pomachałam palcami, żeby to udowodnić.

– Ledwo. Dziewczyno, pożerasz je jak pieprzone ciastka.

– Mam stresujące życie, dobra?

– Rozumiem. Trudno jest być tak pięknym i mądrym, kiedy wszyscy wkoło są przeciętni. Mam ten sam problem. Powinniśmy założyć klub.

Wyrwał mi się kolejny śmiech.

– Przestań. Jesteś irytujący.

– Rozśmieszyłem cię. – Jego oczy zamigotały rozbawieniem. – Wiedziałem, że mi się uda. Nie można mi się oprzeć.

_Nie masz nawet pojęcia._

Ponownie włożyłam swoją dłoń w jego i się otrząsnęłam.

– Jak ci minął rok szkolny?

– Hmm. Pomyślmy. – Przechylił mnie tak, że moje piersi znalazły się na wysokości jego oczu. Cóż, piersi to za dużo powiedziane, zważywszy na ich rozmiar. – W szkole w porządku. Mój tata buduje trzy nowe hotele w Japonii, co oznacza, że nie przebywał w domu zbyt często.

– I jak było?

– Nikt nie zauważył.

Wiedziałam, że żartował, podobnie jak wiedziałam, że ogromnie kochał swoich bliskich. W naszych kręgach ludzie traktowali rodziny jako karty przetargowe, coś, czym można tasować, kiedy przyjdzie taka potrzeba. Jednak na przekór wszystkiemu von Bismarckowie naprawdę lubili siebie nawzajem.

Wydęłam wargi i potarłam kciukiem o nadgarstek.

– Przykro mi, że spędziłeś ten rok z dala od taty.

Wzruszył ramionami w ten beztroski sposób charakterystyczny dla Olivera.

– Interesy to interesy. Poza tym kupił mi prezent w ramach przeprosin za porzucenie mnie w okresie kształtowania osobowości, i to naprawdę epicki.

– Niech zgadnę. Sekretne drzwi?

– Po pierwsze, to było na szczycie mojej listy prezentów świątecznych lata temu. Po drugie, _Lew, czarownica i stara szafa_ to klasyk. – Okręcił mnie tak szybko, że wbiłam palce w jego ramiona. – Kupił mi dom. Przy Dark Prince Road.

Przez ostatnie lata Oliver lamentował nad tym, że jego dwaj najlepsi przyjaciele mieszkali przy tej samej ulicy, a on musiał zamieszkiwać w urokliwej, mającej tysiąc sześćset metrów kwadratowych posiadłości po przeciwnej stronie Potomacu w Maryland. Boże broń, żeby rozpętali jakiś chaos bez niego, chociaż Zachary Sun ma na stałe kij wetknięty w tyłek, a Romeo Costa nie byłby w stanie znaleźć dobrej zabawy nawet na mapie, z GPS-em, kompasem oraz Dorą i przyjaciółmi na szybkim wybieraniu. (Słowa Olliego, nie moje. Ja nigdy ich nie poznałam i szczerze mówiąc, sama możliwość mnie przerażała. Naprawdę, Ollie wspomniał kiedyś, że rodzina Romea zostawiała za sobą szlak ciał na tyle długi, że można by wypełnić nimi cały krąg piekła).

– Dom? – powtórzyłam i usiłowałam opanować ukłucie zazdrości, która zagnieździła się w mojej piersi. Sama myśl o mieszkaniu w pobliżu ludzi, którzy mnie kochają, wystarczyła, żeby w oczach stanęły mi łzy.

– Największy na całej ulicy. Mama mówi, że mogę tam zamieszkać, kiedy skończę osiemnaście lat, ale tylko pod warunkiem, że będę ją odwiedzał co wtorek i pozwolę, żeby Seb czasem u mnie nocował.

W wieku trzynastu lat młodszy brat Olliego troszczył się tylko o swoją rodzinę i wioślarstwo. Sebastian i ja dobrze się dogadywaliśmy, jednak jak na mój gust był trochę zbyt zimny i szorstki.

– Twoi sąsiedzi pożałują dnia, w którym się tam sprowadzisz.

– Pani Costa zadzwoniła do mamy i błagała, żeby jeszcze to przemyślała, ale i tak jest za późno. Już wybudowałem tam stajnię.

– Po co?

Znając Olivera, mogło to być wszystko, od produkcji bomb gazowych po minibrowar. Miał tendencje do spełniania swoich zachcianek i robił to, na co przychodziła mu ochota, tylko dlatego, że może. Gdyby to Oliver miał zostać wysłany do szkoły z internatem, zapewne zatrudniłby kogoś, żeby chodził tam za niego, albo wykorzystałby kampus jako miejsce do wszczęcia rewolucji.

Ollie przechylił ramię i poprawił moją pozycję.

– Rodzice kupili mi nowego konia, który wydaje się codziennie srać tyle, ile sam waży. Poza tym dom jest nad wodą i Seb już nie może się doczekać, żeby tam trenować.

– Nadal jest tak niedorzecznie dobry we wioślarstwie?

– Myślę, że ma szansę dostać się na olimpiadę.

– A polo?

– W porządku. Wygraliśmy mistrzostwo kraju. – Ollie wzruszył tylko ramionami na swoje osiągnięcie. – A co z tobą, Misiaczku? – Puścił do mnie oczko. – Złamałaś w tym roku jakieś serca?

Nie potrafiłam stwierdzić, czy mówił poważnie, czy się ze mną droczył. Z pewnością wiedział, że nie miałam żadnych przyjaciół, o których mogłabym rozmawiać, a co dopiero adoratorów.

– Uczę się łaciny i mandaryńskiego. Rodzice mówią, że to pomoże przy podaniach do college’u. – Szukałam w głowie czegoś, co nie brzmiałoby tak kujońsko i przygnębiająco, czym mogłabym mu zaimponować. – I zrobiłam tę sukienkę sama. Zepsułam kilka szwów z tyłu, ale ogólnie wygląda całkiem nieźle, prawda?

– Jest idealna.

Machnęłam nogą w przód i w tył.

– Dziękuję.

Ponownie nas okręcił.

– A tak przy okazji, zupełnie jak ty.

Zaśmiałam się i odchyliłam głowę.

– Tylko tak mówisz.

– Nigdy niczego nie mówię tak sobie. – Jego mina zrobiła się poważna i zacisnął usta w wąską linię. – Jestem całkowicie poważny, Misiaczku.

Zwolniliśmy i zatrzymaliśmy się tuż przed zakończeniem piosenki. Entuzjastyczne klaskanie dobiegło do moich uszu. Rozejrzałam się w osłupieniu. Wokół nas stworzył się krąg, który dał nam prywatną przestrzeń do tańca. Przeczesałam wzrokiem tłum roześmianych twarzy w poszukiwaniu rodziców, ale ich nie znalazłam. Natomiast Felix i Agnes von Bismarck podziwiali syna z czułością w oczach. Serce łomotało mi w piersi. Gdzie podziali się moi rodzice? Dlaczego nigdy nie byli ze mnie dumni?

– Chodź. – Oliver złapał mnie za rękę. – Chcę ci coś pokazać.

Przeszliśmy przez gęsty tłum, zakradliśmy się do prywatnego wejścia i pobiegliśmy w dół wąską brukowaną klatką schodową. Jak we wszystkich średniowiecznych posiadłościach dobra pogoda nie radziła sobie z wilgotnym powietrzem i chłodem.

– Zwolnij. – Podniosłam spódnicę, żeby nie potknąć się o nią na schodach. – Jestem w szpilkach. – Nie były wysokie, ale mimo to nie mogłam dotrzymać Oliverowi kroku, nasze palce pozostawały splecione, a on prawie mnie za sobą wlókł.

– Dziewczyno, jesteś wolniejsza niż martwy leniwiec. – Odwrócił się i podniósł mnie jak pannę młodą, jakbym nie ważyła zupełnie nic, a potem zbiegł po schodach po dwa stopnie.

Zarzuciłam mu ręce na szyję.

– Dobra, po pierwsze, to chamskie.

Jego pierś zadudniła od śmiechu, ale nie odpowiedział.

Ściszyłam głos do szeptu.

– Po drugie, dokąd idziemy?

– Seb znalazł składzik z alkoholem, naprawdę wspaniały.

Zbiegł kolejne piętro w dół. To nie pierwszy raz, kiedy kradliśmy alkohol podczas letnich przyjęć. Zaczęliśmy, gdy skończyłam jedenaście lat i przypadkowo napiłam się wina mamy zamiast soku jabłkowego. Nigdy tak naprawdę się nie upiliśmy, ale coś zakazanego zawsze smakowało bardziej słodko.

Po pokonaniu sześciu pięter wypadliśmy na zewnątrz. Ollie mnie postawił i znowu złapał za rękę. Pobiegliśmy w stronę winiarni, chichocząc i potykając się o własne nogi. Żółte latarnie prowadziły nas przez ciemność. Potężna muzyka wstrząsała ziemią pod naszymi stopami, brud pokrywał brzeg mojej sukni, na której stworzenie poświęciłam całe tygodnie, i gdzieś po drodze Ollie zgubił krawat. Podążałam za nim, moja dłoń nadal spoczywała bezpiecznie w jego ręce.

– Poczekaj tylko, aż to zobaczysz. – Jego słowa tańczyły na wietrze, a muzyka i światła były tym słabsze, im dalej biegliśmy. – Znalazł też skrzynkę ze starymi książkami.

– Wziął książki?

– Tak.

– Przecież on nawet nie czyta.

– Mamy nadzieję na jakieś sprośne sceny.

Biegliśmy przez kilka minut, aż dotarliśmy do opuszczonej stajni na drugim końcu posiadłości. Na tyle daleko od przyjęcia – i moich rodziców – że znowu mogłam oddychać. Cóż, kiedy już złapałam oddech.

Ollie nie wydawał się ani trochę zdyszany, po prostu wyjął telefon i poprowadził nas przy latarce.

– O cholera. Zapomniałem o czymś. – Włożył sobie telefon do ust, przytrzymał go zębami i z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjął pogniecioną koralową różę. Z uśmiechem wetknął ją w moje włosy i ponownie chwycił telefon w dłoń. – Róża dla Briar Rose. – Puścił oczko. – Chyba nie sądziłaś, że zapomniałem?

Pokręciłam głową. Wiedziałem, że nie zapomni. Nigdy nie zapominał. Za każdym razem na rozpoczęcie lata Oliver dawał mi różę, żeby przypomnieć, kim byłam. To nasz pakt, odkąd próbowałam uciec z domu w wieku siedmiu lat, żeby spotkać się z dziadkami. Mama i tata nigdy mi na to nie pozwalali. Mówili, że mają na mnie zły wpływ, nazywali ich naciągaczami i „białą biedotą”.

Oliver otworzył ramieniem przesuwane drzwi stajni. Przywitały nas zakurzony beton i rząd otwartych boksów. W chwili, gdy wkroczyliśmy do środka, w moje nozdrza uderzyła woń starego drewna i zaschniętego moczu.

– Seb? – Głos Olliego odbił się echem od ścian.

– Tutaj. – Z ostatniego boksu dobiegł nas zabawny zaśpiew.

Znaleźliśmy Seba rozłożonego pod drewnianą ścianą, z butelką wina w dłoni. Marynarka zwisała ze spleśniałego snopka siana i nikogo nie obchodziło, jaka była droga. Śnieżnobiała koszula chłopaka była całkowicie rozpięta i ukazywała złocistą klatkę piersiową, opaloną i smukłą dzięki latom rygorystycznych treningów wioślarskich. Podczas gdy Oliver mógłby uchodzić za greckiego boga, Sebastian przypominał renesansowe dzieło.

Mama Olliego wyjaśniła kiedyś, że to imię zwabiło ją podczas romantycznej podróży przedporodowej do Toskanii. Musieli lądować awaryjnie w Wielkiej Brytanii i postanowili zatrzymać się w Londynie. Gdy los przyciągnął ją do sławnego obrazu _Męczeństwo św. Sebastiana_, wpatrywała się w oczy torturowanego świętego, udręczone i niezłomne, co skłoniło ją do nazwania po nim syna.

Bez mięśni i potężnej postury Sebastian byłby prawie dziewczęco ładny. Traktował swoje długie rzęsy, niesforne płowe kosmyki i duże oczy koloru czystego letniego nieba jak męczące akcesoria. Tak właśnie było z Sebem. Zawsze miał w sobie coś tragicznego. Zupełnie jak ten święty. Arogancki upór, który sprawiał, że niepokoiłam się o niego.

– Cześć, B.R. – Seb wycelował światłem latarki w moją twarz. – Widzę, że pozbyłaś się tego okropnego aparatu na zęby.

Skrzywiłam się z powodu jasności i zauważyłam obok niego skrzynkę pełną książek.

– Jeśli masz ochotę zachować zęby w obecnym stanie, lepiej uważaj, jak się do niej odzywasz – ostrzegł Ollie.

– Chodźcie, chodźcie. – Seb zignorował go i poklepał miejsce obok swoimi oksfordkami od Berluti. – Może zainteresuję was... – Odwrócił butelkę i zmrużył oczy, gdy patrzył na etykietę. – Domaine Leflaive Montrachet Grand Cru? – Czknął. – Albo tym, co z niego zostało.

Wyjęłam dłoń z uścisku Olivera.

– Yyy... jasne.

– Piłeś bez nas? – Ollie przeszedł przez boks, wyrwał bratu latarkę i zaświecił mu w twarz. – Jaki ty masz problem?

Seb zmrużył oczy.

– Zdrowa mieszanka wyniszczającego niepokoju, zwątpienia w siebie i złudzeń o megalomanii. – Ziewnął z butelką przy ustach. – A ty? – Zawsze brzmiał jak trzydziestoletni rozwodnik na skraju wczesnego kryzysu wieku średniego.

Oliver pokręcił głową.

– Jezu, ale jesteś nawalony.

Seb wzruszył ramionami i wziął kolejny łyk wina. Opadł na zeschłe liście i się zaśmiał.

– Wolę określenie „komfortowo znieczulony”.

– Zobaczymy, co powiesz o komforcie, gdy spędzisz noc z głową w muszli toalety, wymiotując ustami, nozdrzami i uszami. – Oliver posadził brata prosto. – Cuchniesz winem. Mama i tata dostaną zawału, kiedy cię zobaczą.

Jego słowa uderzyły mnie prosto w pierś i przeszyły ją okrutną zazdrością. Po pierwsze dlatego, że Ollie i Seb mieli rodziców, którym zależało na nich na tyle, by przejąć się prywatną libacją alkoholową nieletnich. Będą kary, rozmowy i konsekwencje. Może nawet łzy. Po drugie, bo wiedziałam, że nigdy do tego nie dojdzie. Ollie nie pozwoli, żeby ich rodzice się dowiedzieli. Ukryje Seba i dopilnuje, żeby wrócił do formy. Weźmie na siebie winę, jeśli zajdzie taka potrzeba. Oliver i Sebastian byli wobec siebie całkowicie lojalni.

– Czy ty w ogóle słuchasz? – Ollie kopnął brata czubkiem buta.

Ten drugi odpowiedział głośnym chrapnięciem potwierdzającym, że zasnął. Oliver pociągnął nosem i wyjął butelkę wina z dłoni Seba.

Odwrócił się do mnie i wzruszył ramionami.

– Masz ochotę?

------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij