Myślenie w Powerpoincie - ebook
Czy Twoje życie stało się serią slajdów, a tożsamość numerem w KPI? Ta błyskotliwa satyra to podróż przez korporacyjny teatr pozorów — od pustych rytuałów „calli” po ciche wypalenie. Autor zdejmuje maskę profesjonalizmu, by pokazać, jak system obiecuje sukces, a odbiera oddech. To obowiązkowa lektura dla każdego, kto siedząc na spotkaniu, zapytał: „Czy to ma sens?”. Przestań być zasobem. Odzyskaj swoją historię. „Publikacja została utworzona przy pomocy sztucznej inteligencji (AI).”
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-571-0 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Pamiętam swój pierwszy dzień w korporacji. Pachniało nowością — nowym biurem, nowym laptopem, nowym rozdziałem życia. Miałem w sobie coś między ekscytacją a dumą, że oto wkraczam do świata, który wydawał się tak uporządkowany, profesjonalny, poważny. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że za tą sterylnością kryje się coś, co trudno uchwycić jednym słowem — pewien rodzaj cichego zmęczenia, które z czasem przenika człowieka głębiej, niż się spodziewa.
Na początku wszystko było proste. Rano kawa, szybkie spojrzenie na skrzynkę mailową, spotkania, które miały sens, bo wszystko było nowe. Uczyłem się języka, który wydawał się obcy, ale fascynujący — języka KPI, feedbacków, workflowów i roadmap. Z każdym tygodniem coraz sprawniej poruszałem się w tym świecie skrótów i procedur, jakbym grał w grę, której zasady znałem coraz lepiej. Aż w końcu zdałem sobie sprawę, że w tej grze nie chodzi o wygraną. Chodzi o to, żeby grać — dzień po dniu, kwartał po kwartale, aż zapomnisz, że kiedyś miałeś inne marzenia.
Nie zauważyłem, kiedy rytm pracy stał się rytmem życia. Kiedy kalendarz służbowy zaczął dyktować tempo oddechu. Kiedy niedzielny wieczór przestał być spokojem, a stał się napięciem. Z perspektywy czasu wiem, że to wcale nie dzieje się nagle. Korporacja wciąga powoli, jak ocean, który na początku łagodnie obmywa stopy, a potem — niepostrzeżenie — porywa całe ciało.
Nie chcę jednak udawać, że to historia tylko o wypaleniu. Bo po drodze było też dużo światła — ludzie, z którymi można było się śmiać z najgłupszych rzeczy, kawa wypita w ukrytej kuchni między jednym mailem a drugim, poczucie wspólnoty w absurdzie. Pamiętam rozmowy po godzinach, kiedy ktoś wreszcie mówił prawdę — o tym, że ma dość, że czuje się niewystarczający, że nie wie już, po co to wszystko. W takich chwilach zderzały się dwa światy: oficjalny, korporacyjny, pełen uśmiechów i tabelek, oraz ten drugi — prawdziwy, ludzki, zmęczony, ale szczery.
Ta książka powstała z potrzeby rozliczenia się z tamtym czasem. Nie po to, by kogokolwiek oskarżać, ale by zrozumieć — siebie i innych, którzy codziennie przechodzą przez te same biurowe korytarze, logują się do tych samych systemów, udają, że wszystko jest w porządku. Bo może nie chodzi o to, by uciec od korporacji, ale by przestać udawać, że to ona nadaje sens naszemu życiu.
Pisząc te wspomnienia, wracam do ludzi i miejsc, które wciąż gdzieś we mnie są. Do poranków, gdy winda wiozła mnie na ósme piętro, a ja próbowałem się przekonać, że to tylko praca. Do rozmów, które zaczynały się od „Jak się masz?” i kończyły milczeniem. Do momentów, kiedy czułem, że jeśli jeszcze jeden raz usłyszę słowo „priorytetyzacja”, to naprawdę coś w środku pęknie.
Ale też do chwil, w których odkrywałem, że nawet w tym świecie można znaleźć sens — jeśli się przestanie szukać go w wynikach, a zacznie w ludziach. Bo to oni, nie projekty, nie marki, nie targety — sprawiali, że dało się przetrwać kolejny poniedziałek.
Nie wiem, czy ta książka to bardziej pożegnanie, czy próba zrozumienia. Może jedno i drugie. Wiem tylko, że chciałem ją napisać dla tych, którzy kiedyś, tak jak ja, wierzyli, że korporacja to droga do spełnienia. A potem — któregoś dnia — obudzili się z poczuciem, że w drodze zgubili coś po drodze: siebie.
Może więc ta książka jest przede wszystkim o odzyskiwaniu — czasu, sensu, uważności. O powolnym uczeniu się, że wartość człowieka nie mieści się w rocznym podsumowaniu ani w mailu z gratulacjami, ale w tym, co potrafi czuć, dawać i przeżywać naprawdę. Bo z korporacji można odejść fizycznie, ale prawdziwe odejście zaczyna się dopiero wtedy, gdy przestaje się myśleć jej językiem. I może właśnie w tym — w odzyskaniu własnego głosu — kryje się najcenniejsze doświadczenie, jakie można z tego świata wynieść.Rozdział I — Pierwsze dni
Pamiętam to bardzo dobrze. Ten moment, gdy drzwi windy otworzyły się po raz pierwszy, a ja wszedłem do przestrzeni, w której wszystko wyglądało tak, jak w folderze rekrutacyjnym: szerokie open space’y, błyszczące ekrany monitorów, profesjonalne biurka, ludzie z kubkami kawy w dłoniach. Pachniało świeżością — tą specyficzną mieszanką nowego sprzętu, detergentów i klimatyzacji.
Wtedy pomyślałem: to właśnie jest ciekawe życie w takiej firmie. Miałem na sobie koszulę której nie lubiłem, buty, wyświechtane, i jakże naiwny uśmiech, który był prawdziwy. Czułem dumę. Czułem, że w końcu coś osiągnąłem. Za mną były rozmowy kwalifikacyjne, testy, oczekiwanie na maila z ofertą. Teraz byłem częścią „tego świata” — świata, o którym mówiło się z mieszaniną podziwu i zazdrości. Świata, który miał gwarantować rozwój, stabilność i prestiż. Pierwsze godziny upłynęły na wdrażaniu. Hasła, loginy, regulaminy, szkolenia BHP, polityka bezpieczeństwa danych, zasady zachowania w biurze. Słuchałem uważnie, robiłem notatki, choć połowy z tego nie rozumiałem. Niektórzy uspakajali mnie, żebym się nie niepokoił tym miejscem. Ludzie wokół wydawali się pewni siebie, same bystrzaki, inteligentni, spokojni, jakby od lat wiedzieli, co mają robić. Ja w tym czasie próbowałem zapamiętać, jak dostać się do toalety i jak wrócić z niej z powrotem na swoje biurko. Moim pierwszym przełożonym była atrakcyjna kobieta przywitała mnie z uśmiechem, i troską, ale spojrzenie miał takie, jakby widział mnie już wiele razy — kolejną twarz, która pojawi się.
— Fajnie, że jesteś., łatwo się zaaklimatyzujesz., nie ma znaczenia, ze przyszedłeś z fabryki., czy magazynu. Zobaczysz, szybko się wdrożysz — powiedziała, a ja przyjąłem to jak obietnicę. Nie wiedziałem wtedy, że w języku korporacji „wdrożysz się” znaczy: nauczysz się, jak nie zadawać zbyt wielu pytań i jak zniknąć w rytmie kalendarza.
Pierwsze spotkanie odbyło się tego samego dnia. Siedziałem w sali razem z innymi swieżakami jak ja, otoczony ludźmi, którzy mówili z prędkością i pewnością, jakiej nie znałem. Padały słowa, które brzmiały mądrze, ale niewiele znaczyły. „taski”, „elviry”, „synergia”. Notowałem wszystko w zeszycie, jak student pierwszego roku, który boi się, że nie zda egzaminu. Dopiero po kilku tygodniach zrozumiałem, że nikt tam tak naprawdę nie wiedział, o czym mówi — ale wszyscy mówili tak samo, więc wyglądało to profesjonalnie.
Po południu oprowadzono mnie po piętrze. Mój zespół siedział w open space’ie, gdzie każdy miał swoje biurko, monitor i roślinkę na oknie. Nad głowami wisiały plakaty motywacyjne: _„Think outside the box”_, _„Teamwork makes the dream work”_. Wtedy jeszcze mnie to bawiło. Z czasem zaczęło przypominać zaklęcia — powtarzane bez wiary, ale z przyzwyczajenia.
Każdy dzień wyglądał podobnie. O siódmej poranna kawa i krótkie rozmowy o głupotach. O ósmej piętnaście pierwsze spotkanie. O dziewiątej maile, które wymagały odpowiedzi, choć nie niosły żadnej treści. O trzynastej lunch — najczęściej z tymi samymi ludźmi, w tym samym miejscu, przy tych samych rozmowach o niczym. I tak dzień po dniu, tydzień po tygodniu. Ale na początku to wszystko miało w sobie coś magicznego. Czułem się częścią większego organizmu. Gdy wychodziłem z biura po ośmiu godzinach, miałem wrażenie, że zrobiłem coś ważnego — choć nie umiałem powiedzieć, co dokładnie. Wysyłałem dokumenty, uczestniczyłem w spotkaniach, odbierałem pocztę, która była do różnych działów tworzyłem tabelki w exelu, które ktoś przeglądał przez pięć sekund. I choć dziś wiem, że wiele z tego było bez znaczenia, wtedy czułem się potrzebny.
Pierwszy raz poczułem niepewność po kilku miesiącach. Zorientowałem się, że większość mojej pracy polega na powtarzaniu pewnego procesu, który ktoś stworzył, a ja niczym najemnik zostałem przedzielony do jego podtrzymywania.. Czasem miałem wrażenie, że to system stworzony tylko po to, by zachować własne istnienie. Ale nie mówiłem tego głośno. W końcu dopiero zaczynałem. Nie chciałem być „tym, który narzeka”.
Najbardziej zaskakujący był język. W korporacji nie mówi się normalnie. Nie prosi się o pomoc — tylko „eskaluje problem”. Nie ma się spotkania — tylko „calla” czy,,meeting”. Nie pracuje się nad czymś — tylko „deliveruje”. Początkowo brzmiało to śmiesznie, potem stało się codziennością. Z czasem zauważyłem, że ten język zmienia sposób myślenia. Każda emocja musi mieć swoje miejsce w tabelce, każde uczucie — format. Złość staje się „frustracją wynikającą z braku zasobów”, zmęczenie — „potrzebą recalibracji priorytetów”. Kiedyś podczas przerwy usłyszałem, jak ktoś mówi:
Wiesz, ja już nie myślę po polsku. Myślę w PowerPoincie. Wtedy się zaśmiałem. Dziś nie jestem pewien, czy to żart. Pierwsze miesiące były jak szkoła przetrwania. Każdego dnia uczyłem się nowych skrótów, nowych narzędzi, programów nowych zasad niepisanych. Z czasem zacząłem rozpoznawać, kto jest kim — kto naprawdę coś wie, a kto tylko umie wyglądać na zajętego. Nauczyłem się, że lepiej nie kończyć zadań zbyt szybko, bo wtedy dostajesz kolejne. Nauczyłem się, że „spotkanie o dziewiątej” oznacza, że i tak zacznie się o dziewiątej dziesięć, bo ktoś „ma overlap z poprzednim callem”. I że najważniejszą umiejętnością w tym świecie nie jest wiedza, lecz zdolność wyglądania na osobę, która ma wszystko pod kontrolą. A mimo to, w tym wszystkim było coś pociągającego. Ta organizacja, ta precyzja, ten rytm, który wciągał jak dobrze naoliwiona maszyna. Może dlatego ludzie zostają — bo łatwiej być trybikiem w przewidywalnym systemie niż człowiekiem nonkonformistą w niepewnym świecie. Po kilku miesiącach wiedziałem już, że nie jestem tu tylko po to, by pracować. Byłem tu, by zrozumieć mechanizm, w którym wszyscy — mniej lub bardziej świadomie — uczestniczymy. Mechanizm, który uczy, jak być zajętym, ale niekoniecznie spełnionym. Jak rozmawiać godzinami, nie mówiąc niczego istotnego. Jak sprawiać wrażenie ruchu, stojąc w miejscu.
Patrząc wstecz, widzę w tamtym początku coś symbolicznego. Człowiek przychodzi do korporacji z wiarą, że zbuduje swoją przyszłość. I rzeczywiście — buduje ją, tylko często z materiałów, które nie należą do niego. Z czasem sam staje się częścią konstrukcji, której sensu już nie rozumie, ale której rytm zna na pamięć. Pierwsze dni w korporacji nauczyły mnie jednego: że największe systemy nie powstają po to, by nas niszczyć. One po prostu nie potrafią nas widzieć. System nie zna imion — zna role, funkcje, statusy. A im dłużej w nim jesteś, tym bardziej zaczynasz myśleć, że to właśnie one definiują, kim jesteś naprawdę. Zachwyt mija powoli. Nie nagle, nie dramatycznie. Po prostu pewnego dnia zauważasz, że nie pamiętasz już, po co przyszedłeś. Że poranne spotkania nie budzą już ekscytacji, tylko automatyzm, przechodzący w monotonnie przypominającą specyfikę pracy na tasmie w fabryce. Że wiesz, kto na którym „callu” będzie się uśmiechał, kto udawał zaangażowanie, a kto przestał już udawać dawno temu. Ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałem. Wtedy wszystko było nowe, błyszczące i pełne obietnic. I może dobrze, że tak było. Bo gdyby ktoś mi wtedy powiedział, jak to naprawdę wygląda, pewnie bym nie uwierzył.
Czasem myślę, że pierwsze dni w korporacji są jak inicjacja w nowy porządek świata. Człowiek przechodzi przez symboliczne drzwi — od chaosu indywidualności do harmonii systemu. To, co osobiste, zostaje na zewnątrz. W zamian dostaje się strukturę, język i poczucie przynależności. Wydaje się, że to uczciwa wymiana. Dopiero później przychodzi zrozumienie, że oddało się coś więcej, niż się sądziło — prawo do własnego rytmu, do milczenia, do braku sensu. Może właśnie na tym polega paradoks współczesności: że człowiek szuka miejsca, w którym będzie mógł wreszcie poczuć się potrzebny, a trafia do świata, który potrzebuje go tylko wtedy, gdy działa bez wahania. System nie prosi o duszę — ale z czasem i tak ją zabiera, bo wszystko, czemu oddajemy uwagę, staje się nami. I tak, krok po kroku, uczymy się mówić językiem, którego nie czujemy, myśleć w kategoriach, które nie należą do nas, i żyć w rytmie, który dawno przestał być nasz.
Z perspektywy czasu widzę, że pierwszy tydzień był jak mgła: gęsta, miękka, osłaniająca. Człowiek jeszcze nie wie, co jest istotne, co groźne, a co zwyczajnie absurdalne. Wszystko wydaje się neutralne, a nawet ekscytujące. Miałem wrażenie, że jestem częścią wielkiej układanki — nawet jeśli nie znałem jej kształtu. Pierwsze wieczory po pracy spędzałem w domu, przeglądając notatki. Chciałem zrozumieć każdy skrót. Każdy proces. Każde narzędzie. Wydawało mi się, że od tego zależy przyszłość. Że jeśli zrozumiem ten świat, świat zaakceptuje mnie. Dziś wiem, że to złudzenie: system nie ma nic wspólnego z akceptacją, ma za to wiele wspólnego z przyswajaniem.
Na początku wszystko było nowe, świeże, nawet ekscytujące. Ale po kilku tygodniach zauważyłem, że mój uśmiech stał się bardziej mechaniczny, a moje ruchy powtarzalne jak kolejne dni. Zaczęły się pierwsze pęknięcia — te drobne sygnały, których początkowo się nie zauważa, bo człowiek jest zbyt zajęty udawaniem, że „wszystko gra”. Zrozumiałem, że każdy w tej firmie nosi maskę. Nie wrogą, nie zimną — raczej znużoną. Maskę, którą zakładało się rano razem z identyfikatorem, a zdejmowało dopiero po powrocie do domu. Zaczynałem widzieć, jak bardzo ludzie byli zmęczeni, choć nikt tego nie mówił. Śmiali się, opowiadali żarty, narzekali półgębkiem, ale ich oczy zdradzały prawdę: coś w nich gasło. Coś, co kiedyś tliło się mocniej. Pamiętam dzień, w którym pierwszy raz poczułem, że praca zaczyna mnie pochłaniać. Wysłałem maila, zamknąłem laptopa, a mimo to w głowie nadal układałem odpowiedzi na wiadomości, które mogły nadejść jutro. Ciało siedziało w autobusie, ale umysł wciąż tkwił przed monitorem. Jakby ktoś włączył we mnie tryb czuwania, który nie znał opcji wyłączenia.
Z biegiem czasu zacząłem poznawać ludzi lepiej. Niektórych naprawdę polubiłem. Jednak w korporacji przyjaźnie mają inny rytm, inne prawa. Można z kimś rozmawiać codziennie, śmiać się, spędzać razem przerwy, a jednak czuć, że to wszystko jest „na pół gwizdka”, w bezpiecznej odległości, bo każdy wie, że w każdej chwili może odejść. Awans, rekrutacja, zmiana zespołu — i nagle osoba, z którą piłeś kawę przez pół roku, znika z dnia na dzień. Nie ze złej woli. Po prostu taka jest dynamika tego miejsca. Były też te momenty, które coś we mnie zmieniały — małe, zwyczajne, a jednak bolesne. Ktoś, kto obiecał pomoc, ale ostatecznie zniknął. Kolega, który bez słowa brał moje zasługi. Przełożona, która chwaliła mnie na spotkaniu, a pół godziny później wysyłała krytycznego maila „do wiadomości wszystkich”. Widziałem, że nie chodzi o mnie — chodziło o system, który nagradzał spryt, unikanie odpowiedzialności i umiejętność wyglądania na zajętego. Nadszedł dzień, kiedy po raz pierwszy pomyślałem: _czy ja na pewno chcę tu być?_ To był zwyczajny wtorek. Siedziałem przy biurku, analizując dokument, który już trzykrotnie poprawiałem, choć wciąż nie wiadomo było, czego dokładnie oczekują. Za oknem padał deszcz, a światła w biurze były zbyt jasne, jakby udawały słońce. Nagle poczułem, że coś we mnie pęka. Nie głośno, nie dramatycznie. Bardziej jak delikatne trzaśnięcie gdzieś w środku. Spojrzałem na swoich współpracowników i zobaczyłem, jak obojętnie klikają w klawiatury, jakby wykonywali ruchy wyuczone do perfekcji. Zrozumiałem, że ja też zaczynam tak wyglądać. W tamtym momencie miałem ochotę wyjść. Po prostu wstać i wyjść, zostawić laptop, identyfikator, wszystkie obowiązki. Ale oczywiście tego nie zrobiłem. W korporacji nie odchodzi się tak łatwo — najpierw trzeba złożyć wniosek, maila, potem odbyć rozmowę, potem kolejną. Nawet odejście ma procedurę.
Wracając tego dnia do domu, długo patrzyłem w okno autobusu. Krople deszczu spływały po szybie, a ja oglądałem swoje odbicie — zmęczone, trochę szare, z lekko przygarbionymi ramionami. To nie byłem ja, ten pełen entuzjazmu człowiek, który kilka tygodni wcześniej wchodził do biura z uniesioną głową.
Zacząłem sobie zadawać pytania, które wcześniej odganiałem:
— Czy ta praca naprawdę daje mi to, czego chciałem?
— Czy rozwijam się, czy tylko wykonuję czynności?
— Czy ja w ogóle pasuję do tego świata?
Nie znałem wtedy odpowiedzi. To był dopiero początek drogi. Początek historii, która miała mnie nauczyć więcej o sobie, niż kiedykolwiek chciałem wiedzieć. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, wiem, że w tamtych pierwszych tygodniach pojawiły się wszystkie sygnały nadchodzącej zmiany. Ale wtedy udawałem, że ich nie widzę. Bo przecież nie tak miało wyglądać moje „dorosłe życie zawodowe”. Nie po tylu staraniach, nie po tylu planach.