Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Na 95 procent. Kroniki Bursztynowego Płynu. Tom 3 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
6 lipca 2026
29,99
2999 pkt
punktów Virtualo

Na 95 procent. Kroniki Bursztynowego Płynu. Tom 3 - ebook

Maja nie jest już zagubioną studentką z Łodzi – to Mistrzyni Płynu, od której zależy życie całej załogi. W trzecim tomie „Kronik Bursztynowego Płynu” cena wolności okazuje się najwyższą z możliwych. Po bolesnej zdradzie i tragicznych stratach, Maja i Kieł muszą zaryzykować wszystko w decydującej bitwie. W huku armat i oparach alkoholu ważą się losy Archipelagu. Wreszcie, który ze światów Maja ostatecznie wybierze - Archipelag Tysiąca Wysp czy ukochaną Polskę? Wyrusz w pełną wzruszeń opowieść o przebaczeniu, odnajdywaniu domu na krańcu świata i uczuciu, które potrafi pokonać całe Imperium. Poznaj spektakularny finał sagi, w której nauka, magia i namiętność tworzą mieszankę wybuchową w świecie, gdzie dwa słońca i dwa księżyce oświetlają drogę do wolności. Tagi: #romantasy, #GIRLSPOWER, #fantasy, #romance, #isekai, #portalFantasy. Przy tworzeniu niniejszej treści oraz materiałów towarzyszących wykorzystano narzędzia sztucznej inteligencji. Strona autorska: kossowski.eu

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Oczy Nawigatorki

Pierwsza salwa uderzyła w „Wilczego Cienia”, zanim Maja zdążyła złapać oddech.

Świat rozerwał się na kawałki – huk, ogień, dym, krzyki. Kule armatnie przeleciały nad ich głowami, wbijając się w wodę z sykiem, który przypominał odgłosy węży z filmów przyrodniczych. Deski pod stopami zadrżały, a z ładowni dobiegł trzask – coś pękło, coś się rozwaliło, ktoś krzyknął.

Maja stała na dziobie jak sparaliżowana.

W jej głowie działo się coś strasznego. Dar nawigacji – ten przeklęty, cudowny dar, który obudził się w niej – szalał jak burza. Widziała wszystko. Każdy okręt Imperium na horyzoncie, dwadzieścia punktów świetlnych w jej umyśle, każdy z armatami gotowymi do strzału, każdy z marynarzami biegnącymi do stanowisk, każdy z kulami armatnimi, które już opuściły lufy i leciały w ich stronę.

Widziała to wszystko.

I nie mogła przestać.

– Maja! – krzyknął Kieł, stojąc przy sterze. Jego twarz była blada, ale oczy płonęły. – Gdzie uderzą?!

Maja otworzyła usta, ale zamiast odpowiedzi wydobył się z nich tylko zduszony jęk. Obrazy w jej głowie nakładały się na siebie, tworząc chaos, w którym nie mogła rozróżnić przeszłości od przyszłości, bliskich kul od dalekich statków. Czuła się, jakby ktoś wlał jej do mózgu ocean i kazał wypić go jednym łykiem.

Kolejna salwa.

Kula armatnia uderzyła w burtę, tuż obok niej. Deski pękły, wióry poleciały w powietrze, a jeden z nich – ostry, wielki jak nóż – przeleciał centymetry od jej twarzy. Gdyby stała centymetr w lewo, rozciąłby jej policzek. Może zabiłby ją od razu.

– Maja! – tym razem to Pip wrzasnął jej do ucha, łapiąc ją za ramię. Jego małe, niziołkowe oczy patrzyły z przerażeniem, ale i determinacją. – Zamknij drzwi! Pamiętasz? Drzwi w głowie! Zamknij te cholerne drzwi, bo inaczej oszalejesz!

Drzwi.

Przypomniała sobie lekcje Pipa na „Wilczym Cieniu”, gdy opowiadał jej, jak kontrolować dar. Wyobraź sobie drzwi – mówił. Każdy obraz to gość, który chce wejść. Ty decydujesz, kogo wpuścić.

Zamknęła oczy.

W myślach zobaczyła drzwi – drewniane, ciężkie, z żelaznymi okuciami, takie jak w jej starym mieszkaniu w Łodzi. Za nimi tłoczyły się obrazy. Setki wysp. Tysiące fal. Miliony kropel wody. I dwadzieścia okrętów Imperium, każdy z armatami, każdy z kulami, które już leciały.

Niektóre obrazy były głośne. Inne krzyczały.

Jej skronie pulsowały. Krew waliła w głowie tak mocno, że bała się, że zaraz pęknie jej jakaś żyła. Czuła mdłości, zawroty, suchość w ustach. To był dar – ale też przekleństwo. Pip ostrzegał ją, że spirytus otwiera umysł na obrazy, ale nie uczy, jak je filtrować.

– Tylko to, co ważne – wyszeptała do siebie, zaciskając dłonie na relingu. Paznokcie wbiły jej się w drewno, aż poczuła ból. – Tylko to, co ważne.

Zamknęła drzwi. Nie wszystkie – to byłoby niemożliwe. Ale większość. Zostawiła tylko jeden obraz: flotę Valeriusa. Widziała ją wyraźnie – dwadzieścia okrętów ustawionych w szyk bojowy, z flagowcem pośrodku, ze złotym smokiem na purpurowym tle. Widziała każdą armatę, każdego marynarza, każdą kulę.

Otworzyła oczy.

– Kule – powiedziała, a jej głos był spokojny, rzeczowy, jakby nigdy nie straciła panowania. – Trzy pierwsze salwy. Celują w grotmaszt i linię wodną. Ster na lewo, o dwadzieścia stopni, potem gwałtowny zwrot w prawo. Teraz!

Kieł nie zawahał się. „Wilczy Cień” rzucił się w bok z gracją, która zdawała się niemożliwa dla tak dużego statku. Deski zaskrzypiały, liny zafurkotały, a woda trysnęła spod dziobu, zalewając pokład. Kule armatnie przeleciały obok nich – jedna o włos od burty, druga wysoko nad masztem, trzecia wbiła się w wodę tam, gdzie jeszcze sekundę wcześniej był ich kadłub.

– Udało się! – krzyknął ktoś z załogi.

Maja nie miała czasu na radość.

Widziała następne salwy, zanim wystrzelono.

Tymczasem nad wodą, wzmocniony magiczną tubą, rozległ się głos.

Głośny, metaliczny, zimny. Głos, który Maja znała aż za dobrze – z pałacu, z komnat, z nocy, gdy pijany wpadał do jej pokoju. Głos, który śnił się jej w koszmarach.

– MAJA KOWALSKA!

Valerius stał na dziobie swojego flagowca. Nawet z odległości setek metrów Maja widziała go wyraźnie – biały płaszcz z lisich ogonów powiewał na wietrze, a długie, białe włosy, związane w koński ogon, lśniły w promieniach dwóch słońc. Na jego twarzy gościł uśmiech – ten sam, który Maja zapamiętała z pałacu. Zimny, arogancki, pełen pogardy.

– SŁYSZYSZ MNIE, MAJA? – krzyknął przez tubę, a jego głos niósł się nad wodą jak grzmot. – MASZ JESZCZE SZANSĘ! PODDAJ SIĘ! TY I TWOI PIRACI!

Kieł stanął obok Mai na dziobie. Jego dłoń spoczęła na rękojeści szabli, a ogon przestał merdać – zesztywniał, gotowy do walki.

– Nie odpowiadaj – powiedział cicho. – On chce tylko, żebyś się zdradziła.

Maja skinęła głową, ale Valerius nie czekał na odpowiedź.

– PODDAJ SIĘ, MAJA! – krzyknął ponownie. – TWOJA FLOTA JEST OTOCZONA! MACIE TRZY OKRĘTY – MY MAMY DWADZIEŚCIA! NIE MACIE ŻADNYCH SZANS!

Obejrzała się za siebie. „Wilczy Cień”, „Lis” Sorszy i okręt Morvana – stary, powolny, ale uzbrojony po zęby. Trzy punkty światła na tle dwudziestu. Trzy przeciwko dwudziestu.

– ODDAJ MI SIĘ, MAJA! – ciągnął Valerius. – A OSZCZĘDZĘ TWOICH PRZYJACIÓŁ! BĘDZIESZ MIAŁA PAŁAC, JEDWABIE, LABORATORIUM! WSZYSTKO, CO ZECHCESZ!

Maja poczuła, jak krew uderza jej do głowy.

Pałac. Jedwabie. Laboratorium. To samo mówił, gdy więził ją w Złotym Mieście. To samo mówił, gdy planował oddać ją Radzie Lordów do podziemnych laboratoriów. Kłamca. Manipulator. Po tym wszystkim, co zrobił, śmiał jej oferować pałac i jedwabie.

Zrobiła krok naprzód, stanęła na samym dziobie, chwytając się wanty, by nie spaść. Wiatr rozwiewał jej włosy, a dym z płonących już gdzieś daleko okrętów smolił jej twarz.

– NIE! – krzyknęła, a jej głos niósł się nad wodą, bo wszyscy nagle zamilkli. – NIE PODDAM SIĘ! NIGDY! ANI DZIŚ, ANI JUTRO, ANI NIGDY!

Valerius zamilkł na chwilę.

Maja widziała w wyobraźni, jak jego twarz zmienia się – uśmiech znika, zastąpiony przez grymas wściekłości. Jego oczy, niebieskie i zimne, wpiły się w nią jak ostrza.

– WIĘC GIŃCIE! – wrzasnął, opuszczając tubę.

Odwrócił się do swoich oficerów.

– ZABIĆ ICH WSZYSTKICH! NIE BRAĆ JEŃCÓW! CZERWONA FLAGA!

Na maszcie flagowca powiewnęła czerwona flaga – barwa wojenna, barwa bez litości, barwa, która oznaczała, że Imperium nie będzie dziś brać jeńców. Każdy, kto stanie na ich drodze, zginie.

Dwadzieścia okrętów Imperium ruszyło.

– OKRĄŻAJĄ NAS! – krzyknął Pip z bocianiego gniazda. – CHCĄ NAS ZAMKNĄĆ W PIERŚCIENIU!

Maja zamknęła oczy.

Otworzyła drzwi w swojej głowie – te drewniane, ciężkie, z żelaznymi okuciami. Obrazy wpadły do niej, ale tym razem nie sparaliżowały. Widziała każdy okręt Valeriusa – ich pozycje, ich kursy, ich prędkości. Widziała, jak ustawiają się w szyk, jak fregaty zamykają pierścień od wschodu i zachodu, jak galery podchodzą od tyłu.

I widziała słaby punkt.

Na południowym wschodzie, między dwiema fregatami, była luka. Wąska – ledwo wystarczająca, by „Wilczy Cień” mógł się przez nią prześlizgnąć – ale była.

– Kieł – powiedziała, otwierając oczy. – Na południowy wschód. Między dwiema fregatami. Tam jest przejście.

– Jesteś pewna? – zapytał.

– Jestem.

– To idziemy.

„Wilczy Cień” skręcił, ale fregaty Imperium były szybsze.

Maja widziała je w swoim darze – trzy okręty, które odbiły od głównej floty i ruszyły w pościg. Każda po czterdzieści armat, każda z załogą wyszkoloną w abordażu. Jeśli dogonią, piraci nie mają szans.

– Sorsza! – krzyknęła Maja przez dar, który niósł jej głos nad wodę. – Fregaty! Zatrzymaj je!

– Zatrzymam! – odkrzyknęła lisica. – Ale daj mi czas!

– Masz dziesięć minut!

– Wystarczy!

„Lis” odbił w ich stronę, jego czarne żagle z czaszką i skrzyżowanymi lunetami lśniły w słońcu. Sorsza stała na dziobie, z szablą w dłoni i wiatrem we włosach. Jej rude, kręcone włosy sterczały we wszystkie strony, a oczy płonęły żółtym blaskiem.

– BIORĘ TRZY, TY BIERZ RESZTĘ! – krzyknęła. – BĘDZIE SPRAWIEDLIWIE!

Maja nie miała czasu na uśmiech.

Zamknęła oczy. Obrazy w jej głowie były już uporządkowane – nauczyła się filtrować, wybierać to, co ważne. Widziała flagowiec Valeriusa, jego uszkodzony maszt, widziała fregaty, które krążyły wokół nich jak rekiny, i widziała…

Zobaczyła snajpera.

Stał na bocianim gnieździe jednej z fregat, mniej więcej trzysta metrów od nich. Miał długą, mosiężną rurę – muszkiet, ale inny niż te, które widziała u piratów. Dłuższy, celniejszy, z soczewką na końcu. Celował w nią.

Maja widziała jego twarz – młodą, bez wyrazu, jakby zabijanie było dla niego tylko pracą. Widziała jego palec na spuście. Widziała jego oddech – wolny, miarowy, opanowany.

Otworzyła usta, by krzyknąć.

Była za daleko od Kła. Za daleko od kogokolwiek. Snajper wziął oddech, palec na spuście…

I wtedy poczuła, że ktoś pcha ją na deski.

Truk.

Ork rzucił się na nią z impetem, powalając ją na pokład. Pocisk z muszkietu przeleciał nad jej głową, świszcząc złowrogo. Maja usłyszała, jak wbija się mlaskając gdzieś za nią – może w maszt, może w burtę, może w kogoś, kto nie zdążył uciec.

Truk jęknął.

– Truk! – krzyknęła Maja, próbując się wyswobodzić spod jego ogromnego ciała. – Truk, jesteś ranny?!

Ork nie odpowiedział. Leżał nieruchomo, a spod jego ramienia, tam gdzie zasłonił Maję, sączyła się krew. Ciemna, gęsta, ciepła. Szybko wsiąkała w deski.

– NIE! – wrzasnęła Maja.

Nadbiegli inni. Kieł, Pip, Mira. Razem odciągnęli Truka z jej ciała. Jego oczy były otwarte, ale szkliste. Oddychał – jeszcze. Ale rana była głęboka. Kula weszła w ramię, tuż przy karku, i utkwiła gdzieś w mięśniach. Może w płucu. Może w tętnicy. Maja nie wiedziała. Nie mogła wiedzieć.

– Zanieście go do ładowni! – krzyknęła do marynarzy. – Połóżcie go na posłaniu. Natychmiast!

Dwóch ludzi podniosło orka i ruszyło w stronę schodów. Truk był ciężki – ciągnęli go, potykając się o deski. Jego krew zostawiała na pokładzie ciemny, błyszczący szlak.

Maja patrzyła za nim.

Jej serce waliło jak oszalałe. Czuła, jak krew – nie jego, jej własna – płynie w żyłach z prędkością, która przeraża. Czuła, jak coś w niej pęka. Jak ściana, która trzymała w ryzach jej strach, jej gniew, jej żal – runęła nagle, zostawiając tylko białą, palącą wściekłość.

I wtedy – po raz pierwszy – w pełni otworzyła swój dar.

Obrazy wpadły do jej umysłu jak powódź.

Ale tym razem nie sparaliżowały. Nie były chaosem. Były… narzędziem.

Maja zamknęła oczy, a świat w jej głowie rozpłynął się na tysiące drobnych elementów – każdy okręt, każdą falę, każdą kulę, każdego marynarza. Widziała prądy pod wodą, które wiły się jak węże. Widziała podwodne skały, ukryte pod powierzchnią. Widziała dryfujące wyspy, które przesuwały się powoli, zmieniając układ sił.

I widziała snajpera.

Stał na bocianim gnieździe fregaty, którą teraz widziała już nie jako punkt świetlny, ale jako trójwymiarową konstrukcję – każdą deskę, każdą linę, każdego marynarza. Snajper przeładowywał muszkiet, jego ręce poruszały się szybko, sprawnie. Nie wiedział, że ona go widzi.

– Kieł – powiedziała, a jej głos był lodowaty. – Fregata na południowym wschodzie. Ta, z której strzelali. Cel w jej maszt.

– Cel w maszt? – zdziwił się Kieł. – To trzydzieści stopni w lewo. Nasze armaty tam nie sięgają.

– Sięgają – odparła Maja. – Wiatr zmienił kierunek. Zaraz. Za dziesięć sekund. Przygotujcie się.

Kieł spojrzał na nią, jakby oszalała. Ale znał ją wystarczająco długo, by wiedzieć, że gdy mówiła w ten sposób – zimno, rzeczowo, bez strachu – nie warto z nią dyskutować.

„Wilczy Cień” skręcił. Fregata, która przed chwilą była za daleko, nagle znalazła się w zasięgu. Nie dlatego, że oni podpłynęli – ale dlatego, że prąd podwodny, który Maja widziała w swoim darze, pchnął ich w jej stronę.

– Ognia! – krzyknął Kieł.

Armaty zagrzmiały. Sześć kul armatnich – wszystkie, które mieli na tej burcie – przeleciały nad wodą, świszcząc, wyjąc, niosąc śmierć. Maja widziała ich trajektorie – precyzyjne, nieomylne.

Pierwsza trafiła w burtę fregaty, roztrzaskując deski. Druga i trzecia uderzyły w maszt. Drewno pękło z hukiem, który zagłuszył armaty, a żagle – purpurowe, ze złotym smokiem – opadły na pokład jak całun.

Snajper stracił równowagę.

Maja widziała, jak jego ręce rozluźniają się, jak muszkiet wypada mu z dłoni, jak on sam – powoli, jak w zwolnionym tempie – spada z bocianiego gniazda. Widziała jego twarz – zaskoczoną, przerażoną – zanim uderzył w buzującą kipiel w dole, w której pogrążył się na zawsze.

Kilka sekund później fregata eksplodowała – proch w ładowni zrobił swoje.

– Trafiony! – krzyknął Pip.

Maja nie czuła satysfakcji. Czuła tylko pustkę.

I wściekłość.

– Sorsza! – krzyknęła łącząc się z nią przez swój dar. – Ile zostało?

– Dziewiętnaście! – odkrzyknęła lisica. – Dziewiętnaście okrętów, ale Morvan stracił maszt! Jest powolny!

– Powiedz mu, żeby trzymał się z tyłu. My weźmiemy resztę.

– Resztę? Jest nas dwie przeciwko piętnastu!

– Świetnie, czyli mamy przewagę!

Maja otworzyła oczy.

Spojrzała na Kła.

– Prowadzę nas między skały – powiedziała. – Tam ich zgubimy.

– Jakie skały? – zapytał zdziwiony. – Tu nie ma skał.

– Są. Pod wodą. Tylko ja je widzę.

Kieł patrzył na nią przez chwilę. W jego żółtych oczach widziała niepokój, ale i dumę.

– Prowadź – powiedział.

Maja poprowadziła „Wilczy Cień” wprost na pozornie otwartą wodę.

W głowie widziała jednak coś, czego inni nie mogli dostrzec – podwodne skały, które wznosiły się z dna jak igły, pokryte koralowcami i glonami. Były niebezpieczne – ale tylko dla tych, którzy nie wiedzieli, gdzie są.

Valerius nie wiedział.

– Trzy fregaty za nami! – krzyknął Pip z bocianiego gniazda. – Idą prosto na nas!

– Niech idą – odparła Maja. – Ster na lewo, o dziesięć stopni. Potem prawo, o dwadzieścia.

„Wilczy Cień” skręcił. Fregaty Imperium, które przez cały czas trzymały się ich ogona, nie zawahały się – płynęły za nimi, wierząc, że piraci uciekają w panice.

Maja widziała ich kapitanów – młodych, ambitnych, żądnych sławy i złota. Nie widzieli skał. Ona widziała.

– Teraz – powiedziała cicho, gdy pierwsza fregata weszła na mieliznę.

Dno oceanu nagle się podniosło. Podwodna skała, szeroka na kilkadziesiąt metrów, była tuż pod powierzchnią. Fregata uderzyła w nią z impetem, który rozerwał jej kadłub na pół. Deski poleciały w powietrze, maszty runęły, a z wnętrza dobiegły krzyki setek marynarzy.

– Trafiony! – krzyknął Pip.

Druga fregata próbowała zawrócić, ale było za późno. Jej ster, uszkodzony przez wcześniejszy ostrzał, nie wytrzymał gwałtownego manewru. Zablokował się w pozycji, która skierowała okręt prosto na kolejną skałę.

Tym razem nie eksplodowała – tylko utknęła, przechylona na bok, z dziurą w kadłubie, przez którą woda wdzierała się strumieniem.

Trzecia fregata – ta najszybsza, dowodzona przez bardziej doświadczonego kapitana – zdołała zawrócić. Jej żagle napełniły się wiatrem, a wiosła uderzyły w wodę, by jak najszybciej oddalić się od pułapki.

– Ucieka! – krzyknął ktoś z załogi.

– Niech ucieka – odparła Maja. – I tak wróci.

Spojrzała na horyzont.

Flota Valeriusa wciąż była tam – siedemnaście okrętów, w tym flagowiec i jego gwardia. Nie byli jeszcze pokonani.

– Ile stracili? – zapytał Kieł.

– Trzy fregaty – odparła Maja. – Zostało im siedemnaście. Nam dwa.

– I co dalej?

Maja zamknęła oczy.

W jej głowie obrazy wciąż były – widziała prądy, wiatr, ruchy wrogich okrętów. Widziała też zmęczenie swojej załogi, krew na pokładzie, rannych w ładowni.

– Dalej – powiedziała, otwierając oczy – walczymy.

Flota Valeriusa była już blisko.

Czerwona flaga powiewała na maszcie.

A Maja, stojąc na dziobie „Wilczego Cienia”, czuła, że to dopiero początek.

I że najgorsze dopiero przed nimi.Wilczy Cień w Odwrocie

Maja widziała to, zanim się stało.

W jej głowie, w tym przeklętym, cudownym darze, który otworzył się po śmierci Truka, obrazy układały się w przejrzystą mapę. Widziała każdy okręt Valeriusa – ich pozycje, kursy, prędkości. Widziała, jak trzy fregaty odcinają Morvanowi drogę odwrotu, zmuszając jego stary, powolny okręt do walki na dwa fronty. Widziała kule armatnie, które już opuściły lufy i leciały prosto w jego ładownię.

Chciała krzyknąć. Ostrzec. Ale była za daleko, a jej głos – nawet wzmocniony darem – nie mógł pokonać huku armat i trzasku płonącego drewna.

– Morvan! – krzyknęła Sorsza przez połączenie, które Maja utrzymywała między nimi. – Morvan, zawracaj! Fregaty cię okrążają!

Głos starego kapitana dobiegł z oddali, spokojny, niemal pogodny.

– Za późno, lisico. Już po mnie. Powiedz Carterowi… – urwał, bo w tle rozległ się huk, bliższy niż poprzednie. – Powiedz mu, że to były dobre czasy.

– Morvan! MORVAN!

Nie odpowiedział.

Maja zobaczyła to w swoim darze – kulę armatnią, która trafiła w ładownię prochu. Eksplozja była oślepiająca, biała, a potem pomarańczowa, gdy ogień buchnął ku niebu. Deski, liny, żagle, ciała – wszystko poleciało w powietrze, rozrzucone na sto sążni wokół.

Okręt Morvana – stary, powolny, choć uzbrojony po zęby – przestał istnieć.

– NIE! – wrzasnął Kieł, uderzając pięścią w barierkę. Jego pazury – długie, ostre, zwykle schowane – wysunęły się z palców i wbiły w drewno, pozostawiając głębokie bruzdy. – MORVAN!

Maja nie miała czasu na żałobę.

Widziała, jak fregaty, które zniszczyły okręt Morvana, zawracają i kierują się w ich stronę. Trzy okręty. Każdy po czterdzieści armat. Świeże załogi, pełne amunicji, gotowe do walki.

– Kieł – powiedziała, a jej głos był zimny i rzeczowy, choć w środku czuła, jak coś w niej pęka. – Mamy tylko dwa okręty. Oni wciąż mają kilkanaście.

Kieł odwrócił się do niej. W jego żółtych oczach wciąż tlił się gniew, ale już nad nim panował. Był kapitanem. Nie mógł pozwolić sobie na rozpacz.

– Ile? – zapytał krótko.

Maja zamknęła oczy. Obrazy w jej głowie ułożyły się w przejrzystą mapę – dwadzieścia okrętów Valeriusa na początku bitwy, teraz o trzy mniej. Ale reszta wciąż była groźna.

– Siedemnaście – odparła, otwierając oczy. – Może szesnaście, jeśli Sorsza zdąży dobić tę uszkodzoną sztukę. Ale to wciąż za dużo.

– Wiem.

Pip, który zsunął się z bocianiego gniazda i stał obok, trzymając swoją manierkę tak mocno, aż mu zbielały palce, odezwał się cicho:

– Morvan był dobrym człowiekiem, dobrym piratem. Zasłużył na taką śmierć.

– Zasłużył – zgodził się Kieł. – Choć wcale jej nie szukał.

Maja spojrzała na horyzont.

Flagowiec Valeriusa był coraz bliżej mimo uszkodzonego jednego masztu – złoty smok na dziobie lśnił w słońcu, a purpurowe żagle powiewały dumnie, jakby bitwa była już wygrana. Valerius stał na rufie, z rękami splecionymi na piersi, i patrzył.

Uśmiechał się.

– Sorsza! – krzyknęła Maja przez dar. – Trzymaj się z tyłu. Osłaniaj nas przed fregatami. My idziemy na flagowiec.

– Sami? – zdziwiła się lisica. – To szaleństwo.

– Wiem. Ale nie mamy wyboru.

Sorsza zamilkła na chwilę. Potem Maja usłyszała jej głos – twardszy niż przed chwilą, pełen determinacji.

– Dobrze. Ale jeśli zginiecie, ja was nie pomszczę. Nie dziś. Zbyt dużo już umarło.

– Nie zginiemy – odparła Maja. – Obiecuję.

Sorsza nie odpowiedziała. Ale jej „Lis” skręcił, zajmując pozycję za „Wilczym Cieniem”, gotowy do osłony.

Kieł położył dłoń na ramieniu Mai.

– Jesteś pewna? – zapytał. – To może być nasza ostatnia misja.

– Jestem pewna – odparła. – A jeśli to nasza ostatnia misja, to niech będzie chociaż z przytupem.

Uśmiechnął się – wilczym uśmiechem, który pokazywał wszystkie jego kły.

– Zawsze jesteś spektakularna.

– Wiem.

Odwróciła się w stronę flagowca.

I wtedy kula armatnia trafiła w koło sterowe.

Huk był ogłuszający.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij