Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Na babski rozum - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
4 lutego 2026
E-book: EPUB, MOBI
49,99 zł
Audiobook
49,99 zł
49,99
4999 pkt
punktów Virtualo

Na babski rozum - ebook

Na dwoje babka wróżyła? A może na troje, czworo albo pięcioro? Liczna i dość upiorna rodzinka, nawiedzony dom, miłosna klątwa oraz trup, który sprawia same kłopoty. Marta Obuch w zupełnie nowej odsłonie! Jej najnowsza książka to kryminał rodowy o tym, co kobiety przekazały koietom. Oprócz poczucia humoru, oczywiście…

Tosia wyjeżdża na kilka dni za miasto, lecz szybko przekonuje się, że polska wieś wcale nie musi być ani sielska, ani tym bardziej anielska. Pechowy wypadek to dopiero początek problemów, bo wszyscy wokół kłamią albo skrzętnie coś ukrywają. Czy naprawdę nie można już ufać nawet najbliższym? Jednocześnie Tosia musi zająć się odziedziczoną po babci chatą oraz hektarami ziemi, które budzą zainteresowanie podejrzanych typków, a w historii rodzinnej odsłaniane są kolejne mroczne tajemnice. I nikt nie jest pewien, co z nimi zrobić. Tak samo jak nikt nie potrafi wyjaśnić, czemu nocą w chacie słychać kroki i skrzypienie szafy. Przecież duchów nie ma, prawda?

Jaki sekret skrywał prapradziadek? Dlaczego znaleziony na torach nieboszczyk ma na ręku zapisany numer telefonu Tosi? Czy naprawdę można samemu tak po prostu otworzyć grób? I jak, do diabła, skutecznie się odkochać, o zgubieniu kilku kilogramów nawet nie wspominając…

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8441-017-2
Rozmiar pliku: 1,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

_Kochani,_

_pragnę uczciwie uprzedzić – to będzie inna książka niż te, do których przyzwyczaiłam swoich Czytelników. Od prawie dwudziestu lat piszę komedie kryminalne i dobrze czuję się w tym gatunku, ale ta książka jest dość osobista i może dlatego spłatała mi figla. Bliżej jej do kryminału niż do komedii, i to kryminału rodowego, cokolwiek to znaczy. Będzie sporo nazwisk, postaci, stopni pokrewieństwa i awantur – sami wiecie, jak to jest w rodzinie, z którą ponoć najlepiej wychodzi się na zdjęciu (w książce też?). Oczywiście w opowieści puszczam do Czytelnika oko, bo oko zawsze należy puszczać, jednocześnie ze względu na jej genealogiczny charakter pozwalam sobie na o wiele większą niż dotąd refleksyjność._

_Od trzech lat badam dzieje mojej rodziny ze strony mamy – nie zliczę godzin, które przesiedziałam w archiwach, a że emocji policzyć się nie da, nawet nie próbuję. Była to trudna i jednocześnie fascynująca podróż. Trudna, bo to, co odkrywamy, nie zawsze jest łatwe, nie zawsze od razu to rozumiemy i nie od razu potrafimy przełożyć wiedzę o życiu przodków na własne doświadczenia._

_W pewnym momencie doszłam do wniosku, że skoro poświęciłam na te działania tak wiele czasu i energii, to może… Powinna powstać o tym książka, tym bardziej że z poszukiwań przodków zrobił się kryminał: mój pradziadek zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Po wielu próbach dotarcia do prawdy musiałam się jednak poddać, od tamtych zdarzeń upłynęło zbyt wiele lat, nie sposób dziś dotrzeć do niektórych faktów, ale jako pisarka mogę jedno._

_Mogę pisać._

_Mogę opowiedzieć o ludziach, którzy tak jak my mieli swoje troski, marzenia, małe i duże sprawy i nimi żyli._

_I tu od razu zastrzeżenie – książka nie stanowi zapisu historii mojej rodziny w rozumieniu historycznym, jest zaledwie inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, które w takich samych proporcjach połączyłam z wyobraźnią twórczą. Imiona i nazwiska prawdziwych osób zmieniłam, tyle samo postaci wymyśliłam, ale scenografia zdarzeń jest jak najbardziej realna: Przyrów pod Częstochową, Staropole, Mstów._

_Transmisja traumy jest ostatnio tematem nośnym, z czego bardzo się cieszę. Cieszy mnie również, że dziś mamy niemal nieograniczony dostęp do wiedzy, ale też wsparcie psychologiczne oraz zupełnie inną świadomość. Korzystajmy z tego dobrodziejstwa. Pokolenie naszych rodziców, dziadków, pradziadków i jeszcze wcześniejszych pra tego nie miało. Wszyscy oni żyli w zupełnie innej rzeczywistości, trauma dotykała ich więc niejako systemowo. O sobie mogę dziś z satysfakcją napisać, że jestem szczęściarą, ponieważ na koniec moich poszukiwań genealogicznych dotarłam do punktu, w którym dominującym uczuciem jest…_

_WDZIĘCZNOŚĆ._

_Mamy tak wiele, a tak rzadko zdajemy sobie z tego sprawę…_

_Z największą serdecznością_

_Marta Obuch_Ciało Tosi było jak pudełeczko szpilek.

Twarde pudełeczko szpilek ciasno obwiązane sznurkiem i najlepiej, myślała Tosia, żeby ten sznurek ktoś rozszarpał zębami. I żeby to rozszarpywanie było szybkie, gwałtowne, a nie przypominało pseudoprób zabicia komara gazetą w obawie, że jak się go za mocno pacnie, to na ścianie zostanie mokry ślad.

Jak na złość Lulka, jej starego przyjaciela i obecnego chłopaka, nie było.

Miał w Warszawie cykl spotkań biznesowych, więc Tosia musiała się uporać z rozmaitymi napięciami w ciele…

Sama.

I wcale nie chodziło o napięcie seksualne, w takim wypadku wzięłaby sprawy w swoje ręce, nic trudnego. Nie, nic z tych rzeczy – dopadło ją napięcie psychiczne, a to był zupełnie inny kaliber napięć. Zwykle objawiał się ćmiącym bólem głowy i falami bolesnych skurczów przepływającymi przez żołądek, które splatały narządy wewnętrzne w supeł, a po każdym posiłku ten supeł zaciskał się coraz mocniej.

Dodatkowo od jakiegoś czasu męczyły Tosię dziwne sny à la strzecha i sierp, jak je nazywała – tkwiła zamknięta w wiejskiej chacie i nie mogła się stamtąd w żaden sposób wydostać. Zalewały ją przy tym bezradność i lęk tak wielkie, że brakowało jej powietrza, makabra, ale to pewnie dlatego, że wkręciła się ostatnio w temat traumy rodowej i czytała właśnie bestseller Joanny Kuciel-Frydryszak _Chłopki. Opowieść o naszych babkach_¹.

Cerę Tosia też zaczynała mieć fatalną, pewnie z niewyspania, i co ranek, kiedy patrzyła w lustro, widziała w odbiciu szarość, jakby ktoś ją posypał popiołem. Po prostu ciało mówiło jej, że dochodzi do przegrzania systemu i należy coś z tym szybko zrobić, bo inaczej szpital psychiatryczny stanie się dla niej przymusowym miejscem spędzenia urlopu. Z napięciem psychicznym, podobnie jak z obsługą transformatora, Tosia radziła więc sobie średnio. Bo czy coś może się zmienić od oglądania trzeci raz z rzędu wszystkich sezonów _Dextera_?

Na przykład to, że przytyła pięć kilo w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, wciąż pozostawało faktem. Dźwiganie ciężaru, który złośliwie ulokował się głównie na jej brzuchu i ramionach, to było coś przeliczalnego na radość życia, która z niej uleciała, tym bardziej że brzuch można było na upartego przykryć jakimiś worami (czytaj: szerokimi spodniami), ale ramiona?

Lato szalało, był środek lipca, temperatura sięgała trzydziestu stopni i ona ma teraz zakładać długi rękaw, jakby cierpiała na bielactwo? Przecież się ugotuje! Ale kalorie należy spalać, może zatem jest to jakiś pomysł? Zagotować się, wytopić tłuszcz, odlać ekoświeczki i sprzedać je na OLX. Zarobić na własnym nieszczęściu, pozbyć się za wszelką cenę tego obrzydliwego sadła, więc może dobrze, że wynikły te problemy z żołądkiem… Tak, wie, nie powinna w ten sposób o sobie myśleć i mówić. „Sadło” to bardzo brzydkie słowo, a wygląd jej nie definiuje.

Podobno.

Ale czy naprawdę wygląd nie ma znaczenia?

Naprawdę, naprawdę?

A właśnie że ma!

I ten cholerny Lulkowy majątek – to też zaczęło ją ciągnąć w dół, czarny i głęboki, bo, zgodnie z tym, co podsłuchała wczoraj z telefonicznej rozmowy swojego chłopaka z jego matką, a rozmawiali o finansach, więc nie ma mowy o nadinterpretacji, wychodziło na to, że „Tosia jest biedna”.

BIEDNA!

Dokładnie takie słowa padły z ust Lulka, który dorobił się fortuny na bitcoinach, bo kupił ich pokaźną ilość, kiedy były jeszcze tanie jak barszcz i, skubaniec, na kilka lat o nich całkiem zapomniał, a wtedy buraki zamieniły się bez jego udziału w kokosy.

Można zostać milionerem przez własne niedbalstwo i sklerozę?

Można.

Rodzice Tosi dla odmiany nie spali na pieniądzach, choć nie mieliby nic przeciwko takiemu posłaniu. Jej matka była pielęgniarką i w ramach zemsty za swoje zarobki wykańczała nerwowo pacjentki w przychodni państwowej na Osiedlu Tysiąclecia w Katowicach, ojciec z kolei ciągnął półtora etatu w dwóch ośrodkach naukowych – był naukowcem łamane przez nieudacznikiem, jak dobitnie i z lubością podkreślała w chwilach przygnębienia jego druga połowa. Tosia miała wtedy niejasne wrażenie, że połowy wcale nie są równe, a w oczach ojca z roku na rok widać coraz mniej światła.

Niestety, choć jej rodzice całe życie uczciwie pracowali, talentu do zbijania fortuny nie przejawiali żadnego i to świństwo najwyraźniej przelazło na Tosię – sama była zatrudniona na Uniwersytecie Śląskim jako doktor nauk socjologicznych i jeśli w czymś tonęła, to na pewno nie w pieniądzach.

W tym momencie tonęła w smutkach.

A już największy stres wywoływała w niej ostatnimi czasy pięćdziesiątka matki, w której organizację Tosia dała się wrobić, i pomaganie mamie przy tym szaleństwie mogła dziś porównać do obsługi czołgu. Oczywiście Regina Biczak była dowódcą, Tosi przypadła rola całej załogi: była celowniczym (wyznaczała mnóstwo malutkich i wielkich celów, jak na przykład zakup srajtaśmy czy ulokowanie gości w pokojach), kierowcą (woziła matkę w tę i we w tę pomiędzy Lidlem a Auchan), radiooperatorem (odbierała telefony i sama obdzwaniała coraz bardziej spłoszonych gości) i w końcu ładowniczym – dźwigała zakupy i podnosiła matkę na duchu, która podupadała na tym duchu pięćdziesiąt razy na dobę, wieszcząc ponuro, że to wszystko na pewno się nie uda.

Tosia zaczynała po cichu podzielać jej zdanie.

Po miesiącu przygotowań Antonina Biczak była kłębkiem nerwów i teraz marzyła tylko o jednym – dojechać na miejsce imprezy, pozbyć się matki i iść w szczere pole, na spacer. I w tym szczerym polu ze sobą pewne kwestie porządnie przedyskutować.

Wszystko przemyśleć, ułożyć sobie na jednej półeczce to, że jest biedna, na drugiej to, jakie to ma znaczenie i dla kogo, na kolejnej, czy należy Lulkowi powiedzieć, co usłyszała, a na samym dole Tosia postanowiła upchnąć najgorsze: czy powinna się wynieść od Lulka i zacząć życie na własny rachunek, czy może otworzyć ten rachunek w mieszkaniu swojego chłopaka? Tyle że Lulek o tym ostatnim w ogóle nie chciał słyszeć, nie zgodził się na żadne dzielenie opłat, pozwalał jedynie swojej narzeczonej robić czasem większe zakupy, sytuacja patowa po prostu…

Jerzy Zender – bo tak się Luluś naprawdę nazywał – nie był skąpcem, przynajmniej tak do tej pory uważała Tosia, a znali się przecież niemal od urodzenia, bo ich matki w tamtym czasie się przyjaźniły, więc to cholerne „biedna” narobiło w życiorysie Tosi niezłego bałaganu, bo co ona ma teraz myśleć…

Może w ogóle nie trzeba się było z Lulkiem wiązać, tylko okiełznać to seksualne coś, co między nimi przypadkiem wynikło, wrócić do układów przyjacielskich, a nie od razu wpychać majtki do tej samej pralki i walczyć nocą o wspólną kołdrę.

Po co jej to wszystko było…

Kołdrę można kupić większą – coś przytomnie szepnęło na dnie umęczonej duszy Tosi, brudna bielizna Lulka przecież jej nie brzydziła, swojej też nie kładła do pralki wstrząsająco czystej, ale Luluś osiadł po tych dwóch latach związku na laurach, trzeba to sobie w końcu powiedzieć.

Znowu się zapuścił.

Po prostu przestał się starać.

Wyglądał tak, że gdyby stanął przypadkowo przy kościele, ludzie sami wciskaliby mu do ręki choćby po pięćdziesiąt groszy, a jakaś nadgorliwa babcia na bank zorganizowałaby mu nocleg w nieużywanej salce katechetycznej. Znowu łaził w porozciąganych gaciach, twierdził, że nie musi wyglądać każdego dnia jak Ibisz na festiwalu w Opolu, że nie znosi, kiedy wszyscy się na niego lampią, że ceni sobie praktyczność i wygodę, a obcisłe dżinsy są dla gejów.

Mimo że Lulek codziennie się pucował i mył, tego nie można mu było odmówić, jego szafa przypominała kryjówkę baskijskich bojowników: kłębiły się w niej brudne szmaty wymieszane z czystymi, za to pogniecionymi ubraniami, bo żadne z nich nie lubiło prasować, z pobojowiska wystawały ostatnio dwa plastikowe pistolety (Lulek robił sesję promocyjną sieci swoich knajp pod hasłem: „wystrzałowe jedzenie”), a wczoraj Tosia znalazła tam dwa puste pojemniki po płynie chłodniczym, przy czym z jednego wyciekła resztka płynu i umazała Lulka najlepszą koszulę. W kątach walały się papierzyska, puste puszki po coli, a spomiędzy kurtek sterczał dziarsko wciśnięty tu poprzedniej jesieni kij do strącania orzechów. Tosia namierzyła też w tym kłębowisku rolkę papieru ściernego i charango – peruwiański instrument muzyczny, na którym Lulek uparł się nauczyć grać; był przywalony brudnymi skarpetkami, nie do pary, jakżeby inaczej.

Czy ona miała być Lulka mamusią i sprzątać ten cały bajzel?

Ubierać synka, prasować mu ubrania?

I co jeszcze?!

Chce mieć partnera, a nie zapuszczonego bachora.

I tak, jeśli Lulek tego wszystkiego nie przyjmie do wiadomości, a mówiła mu już miliony razy, że ona ma dość chodzenia i sprzątania po nim, że kuchnia i salon wyglądałyby jak rumuńska stodoła, gdyby ich codziennie nie ogarniała, to…

Żegnaj Gienia, świat się zmienia.

Wcale nie muszą być razem.

Poza tym Lulek niby był jej narzeczonym, kazał się tak OD DWÓCH LAT tytułować, a co ona niby ma na palcu? W tym rzecz. Nie ma nic, żadnego pierścionka zaręczynowego. Na to jej kreatywny facet też nie wpadł, nie zorganizował żadnych porządnych oświadczyn, a przecież ona nie będzie się dopraszać, tak nisko jeszcze nie upadła, nie ma mowy.

Po prostu należy rozważyć inne opcje.

Na przykład rozstanie.

Już tylko od wypowiedzenia w myślach tych straszliwych słów Tosia poczuła ogarniającą ją panikę, tyle że później zaczęła się ta cała szopka z nawiedzonym domem i potem Lulek, pięćdziesiątka matki, tłuszczyk na brzuchu i ramionach, a nawet jedyna stała we wszechświecie, czyli praca naukowa – to wszystko przestało mieć znaczenie.

Runmageddon.

W jej życiu rozpętał się runnmageddon i po tych trzech dniach na wsi Tosia nie wiedziała już, gdzie jest, dokąd ma uciekać i kto jest jej przyjacielem, a kto wrogiem, kto kłamie, a kto mówi prawdę, i może w ogóle lepiej by było, gdyby od razu wywaliła cały ten tort i pocięła się świeczkami…

Potem i tak wszędzie było pełno krwi.

Jej krwi.

Przyrów pod Częstochową wcale nie jest na mapie Polski białą plamą.

Jest kropką, jaką kartografowie zwyczajowo oznaczają miasta.

A w rzeczywistości przypomina raczej miasteczko, wyludnione i senne, z którego, jak z wielu podobnych miejscowości, całymi hordami uciekają młodzi ludzie spragnieni miejskiego zgiełku, dobrze płatnej pracy, towarzystwa, imprez, galerii, kin, mrugających okiem przez całą noc neonów, słowem…

ŻYCIA przez duże Ż.

Bo jeśli już do czegoś przynależeć, to do czegoś wielkiego i spektakularnego, a nie do zapyziałego, cichego i boleśnie znajomego. Wtedy ta spektakularność i wielkość jakoś się mnożą, drobiny spadają i wśród skradzionego blasku stajemy się kimś zupełnie innym, może nawet doznajemy… oświecenia?

Trudno się zresztą dziwić młodzieży opuszczającej miejscowość, zważywszy, że w Przyrowie nocą ponad kręgami latarni mrugają jedynie gwiazdy na firmamencie, szerokim i granatowym. Do tego słyszy się tęskne szczekanie psów, raz bliżej, raz dalej, i wtedy w duszy człowieka podnosi swój czarny łeb smutek, a innym razem do uszu wdziera się pijacka przyśpiewka albo swojskie człapanie gumiaków i wtedy w duszy człowieka umiera radość, mała rozbrykana wariatka. Zazwyczaj jednak na ulicach Przyrowa nocą – a noc to egzamin z miejskości – panuje tyleż doskonały, co paraliżujący bezruch.

Jeśli ktoś chce usłyszeć siebie, ma do tego w mieścinie warunki wręcz idealne.

Pustka na zewnątrz i pustka w środku to coś, z czym mieszkańcy mierzą się każdego dnia, i albo osiągnie się w nadawaniu życiu sensu wprawę, albo zadziała rodzinne bądź religijne wsparcie, albo czerpie się ten sens wprost z butelki, co w dłuższej perspektywie czasowej i przy żelaznej konsekwencji konsumentów i tak wychodzi drogo.

Oficjalnie Przyrów jest miastem, ale takim reanimowanym – prawa miejskie otrzymał z rąk Kazimierza Wielkiego w XIV wieku, po czym, krnąbrny i waleczny, stracił je po powstaniu styczniowym, a odzyskał dopiero w tym roku, dwa tysiące dwudziestym czwartym. Może dlatego ta miejskość leży jeszcze w powijakach i kwili, ale dzieciątko ma potencjał i na upartego można je nawet uznać za urodziwe, mimo że noworodki niejednokrotnie bardziej przypominają obślizgłą żabę niż słodkiego aniołka z reklam Pampersów. Rodzice i tak się nad nimi rozpływają – ten zachwyt to coś absolutnie niezbędnego.

Pomaga dzieciom rosnąć.

Kiedy Tosia minęła zabytkowy Kościół Świętego Mikołaja i wjechała w zabudowania Przyrowa, jej matka, Regina Biczak, ni stąd, ni zowąd, rzuciła pytaniem retorycznym w przednią szybę samochodu, a Bobek, kundel, którego Tosia adoptowała wraz z Lulkiem przed dwoma laty, zapiszczał na tylnym siedzeniu z obawą.

– I co ja niby mam z tego życia?

W głosie matki brzmiała pozorna obojętność, choć na języku, a może już na jej pogardliwie wygiętych ustach, czaiła się źle maskowana pretensja.

Szyba, o dziwo, wytrzymała, za to Tosi zrobiło się zimno na żołądku.

Ze względu na ojca.

Matkę, zdaje się, znowu zebrało na perimenopauzalne rozkminy. Pięćdziesiątka zdecydowanie jej źle robiła – jubilatka ciągle szukała nowych zmarszczek, miewała huśtawki nastrojów, źle sypiała i pocieszała się kupowaniem biżuterii u Ani Kruk, bo, jak mówiła, stać ją było tylko na pozłacane srebro. Teraz też, zamiast się cieszyć, że czekają ją w sumie trzy imprezy (nie wszyscy z rodziny mogli się stawić jednego dnia), Regina Biczak jechała od Katowic w kamiennym milczeniu, co praktycznie nigdy się jej nie zdarzało, i już tylko to było niepokojące.

– Co my w ogóle mamy po tylu wspólnych latach, ja się pytam? – prychnęła. – Nawet mieszkanie nie jest nasze, tylko banku. Wystarczy, że nam się noga powinie, i co? Wywalą nas na ZBITY PYSK.

Trzeba było zareagować, i to szybko, zanim „zbity pysk” przebrzmi, a matka wyjmie z torebki kolejny granat albo wyciągnie z torby pod nogami przenośną wyrzutnię rakiet.

– Nic wam się nie powinie – zapewniła kategorycznym tonem Tosia. – Poza tym macie mnie. Córkę macie i córka wam pomoże.

– Taaa, a potem to pomaganie i tak skończy się w domu starców… Córkę! – zawołała matka, jakby właśnie obwieszczała, że na osiedlowy ryneczek ktoś rzucił w kwietniu rzodkiewkę. A to ci rewelacja. – Ja się pytam o konkrety. Co my mamy?! No, słucham? To ja wam powiem. Nic nie mamy! – odpowiedziała sobie po chwili sama z mocą. – Tylko komputer, tatuś sobie kupił nowy komputer! Kolejny. A nowego telewizora, bo na tym starym gównie już nic nie widać, nie mogę się doprosić od dziesięciu lat…

Ojciec poprawił okulary i w lusterku obdarzył Tosię zrezygnowanym spojrzeniem krótkowidza, po czym czule objął Bobka, który coraz bardziej się denerwował.

– Komputer to jest moje narzędzie pracy – bąknął, a Bobek przytaknął cichym pomrukiem.

– Tak? A może ja też chcę mieć w domu narzędzie…

– To sobie przynieś z gabinetu wziernik. – Ojciec nagle stracił cierpliwość i trudno się dziwić, tyle że niniejszym otworzył puszkę Pandory.

I od razu się zorientował, już niemal słyszał ten głuchy brzdęk…

Postanowił zatem nieco załagodzić sytuację.

– Gina…

Zważywszy na to, że matka pracowała u ginekologa, czułe zdrobnienie tylko zaogniło sprawę.

– Gina?! – Matka aż się zachłysnęła wciągniętym gwałtownie w płuca powietrzem. – Teraz to Gina? Ty jesteś bezczelny, Karol, wiesz?! Jak ty się do mnie zwracasz? Wziernik mam sobie wziąć?! Co za chamstwo! Myślisz, że jesteś taki zabawny? Właśnie pokazałeś swoją prawdziwą twarz…

Twarz ojca, naznaczona wokół oczu pajęczynką drobnych zmarszczek i otoczona rzadkimi siwiejącymi lokami, wyrażała teraz jedynie popłoch i zmęczenie. Tosia postanowiła więc działać i zatrzymać się na chwilę na rynku. Pójdą kupić wodę albo lody, może matka się przejdzie i emocje z niej opadną.

Od tygodni rodzice wałkowali wyjazd ojca do Stanów, bo Karol Biczak, niby taki nieudacznik, za to profesor informatyki, światowej klasy specjalista, jak się okazuje, dostał propozycję dwuletniego stażu w Harvard University Information Technology na stanowisku niezależnego eksperta. Warunki finansowe zaoferowano takie, że ho, ho, tyle że…

Nie chciał się na tak długi czas rozstawać z żoną.

Małżeństwa rozsypują się w kilka miesięcy, a co dopiero w dwa lata.

Poza tym bał się, że po powrocie nie będzie miał już czego szukać ani na Akademii Górnośląskiej, ani na Uniwersytecie Śląskim, wiadomo, jak jest.

Matka widziała to z kolei inaczej.

Według niej to była nieprawdopodobna szansa – w końcu będą mogli finansowo stanąć na nogi, Karol w swoim środowisku nareszcie będzie coś znaczył, a ona może go przecież odwiedzać, poza tym on też może do nich latać, na uczelni są trzymiesięczne wakacje.

Na prośby ojca, żeby matka rzuciła swoją fuchę opłacaną ze środków NFZ i wyjechała z nim, Regina Biczak tylko ujmowała się pod boki. A jej mała i zawsze perfekcyjnie umalowana twarz mówiła, że ktoś tu chyba oszalał.

Ma zostać zdegradowana?

I to do roli kury domowej?!

Po tylu latach ciężkiej pracy?

I co ona niby w tych Stanach będzie znaczyła, ona, pielęgniarka dyplomowana z wieloletnim stażem i z takim doświadczeniem, że klękajcie narody, przecież te młode dziewuchy nic nie potrafią, a ona? Ona się rozwija. Rok temu zrobiła zaoczną magisterkę z pielęgniarstwa i kurs instrumentariuszki, złożyła podanie o etat na bloku operacyjnym w szpitalu w Ligocie i właśnie przed tygodniem zaproszono ją na rozmowę kwalifikacyjną. Zamierzała podejmować wyzwania, operować, bandażować, łamać stawy w kolanach…

Ma poświęcić karierę, żeby pichcić dla Karola polskie obiadki?

Zwariował, naprawdę zwariował!

Regina Biczak wysiadła energicznie z klimatyzowanego samochodu i aż się cofnęła, takie uderzenie gorąca dostała na zewnątrz. Podobnie zareagowała Tosia, od upału rozbolała ją w sekundę nawet skóra, za to ojciec postanowił zostać z Bobkiem w chłodku, bardzo słusznie zresztą. Bobek nie cierpiał takiej pogody, pewnie dlatego, że wyglądał jak diabeł – był ruchliwą kulką czarnej sierści, z której patrzyły czarne oczy o dość upiornym spojrzeniu, a jego kudłaty pysk układał się zwykle w czarny, złośliwy uśmiech.

Teraz też Bobek śmiał się zza szyby – naiwniara z niej, mówił wyraz jego pyska. I Tosia musiała się z nim zgodzić. Myślała, że matka będzie zadowolona, że może uda się im wszystkim na wsi odpocząć, że spłynie na nich sielskość i anielskość, a wylądowali w piekle.

Dziś było ponad trzydzieści pięć stopni Celsjusza.

Znosić w takim poprzecinanym ostrymi cieniami dniu czyjeś napęczniałe emocje…

Ale potem emocje niespodziewanie strzeliły i w Tosi.

Pytanie matki zdradliwie wdarło się jej do środka i Tosia też zaczęła się zastanawiać – może i ona ma z tego życia niewiele. Tak, ma bezpieczeństwo, ma Lulka, który aktualnie jest dla niej bardziej bratem niż mężczyzną, mieszka w pięknym mieszkaniu, które jednak do niej nie należy, ma pracę, znajomych – ale to wszystko, chociaż niby dobre, jest jednocześnie osnute mgiełką rutyny, do zarzygania wręcz przewidywalnej…

Może to Bobka tak śmieszy?

Tosia westchnęła głęboko, bardzo głęboko, aż żołądek powędrował jej do gardła i przez chwilę miała wrażenie, że się rozpłacze. Tu, na bruku poukładanym naprzemiennie kolorami jak na szachownicy, o godzinie dwunastej piętnaście, pod przystankiem autobusowym. Czy ktoś wyszeptał jej właśnie do ucha: „szach i mat”?

Tylko że przecież miała dobre życie.

Czemu w takim razie czuła, jakby żyła tylko w połowie, z rozpędu?

Szczere pole, tam się ze sobą rozmówi, bo jak teraz zacznie to wszystko miętolić i rozkładać na czynniki pierwsze, to zaraz się rozklei i w tym stanie na pewno matki nie okiełzna.

Rynek tymczasem mdlał w bezlitosnym słońcu – przestrzeń otoczona domami, kamienicami, dźgana w rogu zabytkowym Kościołem pod wezwaniem Matki Bożej Szkaplerznej wyglądała jak wypucowana przez gorliwą gospodynię podłoga, w której można było zobaczyć swoje odbicie. Lśniła promieniami odbijanymi od szyb i wystaw i Tosia, nie wiedzieć czemu, pomyślała, że jeśli tylko postąpi krok, to zaraz się poślizgnie, choć przecież uwielbiała takie ryneczki.

A ten był mały, za to wyjątkowo zadbany.

Budynki, przeważnie parterowe, choć zdarzały się i takie dźwigające piętro – były świeżo pomalowane i stały sobie grzecznie za rączkę, jeden obok drugiego, doskonale wiedząc, gdzie jest ich miejsce. Tosia im tej wiedzy pozazdrościła i przyglądała się dalej. Jej uwagę zwróciła zabytkowa studnia zwieńczona wieżyczką, która wznosiła się pośrodku placu i go monitorowała. Dziś wyschnięta i pusta, stanowiła kiedyś bijące serce rynku – może tak było i z nią, Tosią? A może każdy człowiek czuje się w jakimś sensie samotny?

Co do czynnika ludzkiego to występował o tej porze w miasteczku w liczbie dość ograniczonej. Pojedynczy przechodnie przemykali w cieniu, oprócz kilku mężczyzn osłoniętych wiatą przystanku, zza której dolatywały ich monotonne głosy przypominające pobzykiwania pszczół nad talerzem słodkości – nie było tutaj prawie nikogo.

Pizzeria Eden, Kwiaty, Żabka, Lux Kebab, Apteka, Lewiatan – Tosia machnęła ręką w kierunku ostatniego sklepu.

– Chodź, mamo, kupimy sobie lody albo coś zimnego…

– Wolę Żabkę – zdecydowała Regina Biczak i tym samym bieg wydarzeń ruszył z kopyta w bardzo konkretnym kierunku.

Wnętrze sklepu powitało je kojącym chłodem i Tosia po raz pierwszy stwierdziła, że chłód może być zaraźliwy – matka tuż po przestąpieniu progu Żabki zaczęła nim wręcz emanować. Jej zlodowacenie było tak wymowne, tak przy tym gruntowne i nagłe, że miasto i gmina Przyrów powinny w okamgnieniu utworzyć lądolód o miąższości co najmniej 4000 metrów, w skład którego weszłyby okoliczne grunta wraz z okolicznymi zwierzątkami i ich mieszkańcami, o przyjezdnych nie wspominając.

Przy kasie płaciła za zakupy wysoka blondynka – krótko obcięta, dyskretnie umalowana, w zwiewnej sukience w niebieskie kwiaty. Na widok Tosi i jej mamy ona też na chwilę znieruchomiała, zdaje się, że z zaskoczenia, a potem zdobyła się na ostrożny uśmiech, w którym można było wyczytać zwykłą ludzką życzliwość.

– Dzień dobry – powitała się z nimi swobodnie, patrząc przy tym przeciągle na matkę.

Na terenie Polski miały dotąd miejsce cztery zlodowacenia: podlaskie, południowopolskie, środkowopolskie oraz północnopolskie. Jednak nawet ludzka życzliwość nie była w stanie powstrzymać piątego zlodowacenia: jurajsko-częstochowskiego.

– Dla mnie ten dzień NIE JEST… dobry. Od teraz już nie – oznajmiła matka w powietrze tonem, który mógłby zamrozić zupki w proszku, a co dopiero mówić o ludzkim mitochondrium, po czym pociągnęła Tosię brutalnie do lodówki, sycząc: – Nie odwracaj się!

Tosia zatem się odwróciła i wesoło kobiecie pomachała.

Chciała ją pocieszyć, jej matka potrafiła się zachowywać jak burak ćwikłowy, zero kultury, za to dużo soczystej i bezinteresownej wrogości. Chociaż w tym wypadku wrogość nie była chyba bezinteresowna, matka musiała tę kobietę znać i ewidentnie dawała jej swoim zachowaniem coś do zrozumienia.

W blondynce było coś miłego i jakby znajomego, choć Tosia jej nie kojarzyła, chyba widziała ją pierwszy raz. Kobieta na oko była od matki kilka lat starsza, ale świetnie się trzymała, a co najlepsze, w jej szarych oczach nie było widać śladu beznadziei czy menopauzalnych rozterek. W tym spojrzeniu tliły się najrozmaitsze światła, które łączyło jedno.

Ciekawość.

Tosia lubiła ciekawość, może właśnie tego jej ostatnio brakowało, powinna ją w sobie rozbudzać, ludzie ciekawi świata żyją dłużej i radośniej, ale nie zdążyła się podzielić przemyśleniami z matką, bo do sklepu wszedł z impetem facet.

I w Żabce zrobiło się jakby cieplej.

Nawet Tosia zawiesiła na nim wzrok, tak dobrze wyglądał, pomimo że wzrostem dorównywał automatowi do kawy, a jego wiek pewnie można było określić metodą radiowęglową. Horyzont zdarzeń faceta zasłaniały półki z wiktuałami, nie było widać jego całej postaci, a mimo to biła od niego zaskakująca na tej prowincji światowość. Modna fryzura, opalenizna, lśniąca bielą koszula. Po prostu niektórzy bez żadnego wysiłku wyglądają jak towar luksusowy, a inni przypominają zawiniętą w papier i rzuconą na ladę kaszankę, Lulek na przykład…

Uśmiech faceta odbił się efektownie w słoikach z dżemem Łowicz.

Matkę z wrażenia sparaliżowało, blondynka i sprzedawczyni stały i gapiły się na kolesia jak sroka w błyszczący gnat, z rozdziawionymi buziami, aż Tosia zachichotała, a wtedy na obliczu mężczyzny odmalowało się zadowolenie.

Zmysłowym głosem Strasburgera prowadzącego _Familiadę_ przemówił:

– Dzień dobry paniom, ale upał, prawda? Przepraszam, że przeszkadzam w robieniu zakupów, ale czy nie posiadają panie czasem w okolicy ziemi na sprzedaż?

Ruchy miał energiczne, typowe dla niskich facetów, święcie przekonanych, że musi ich być wszędzie pełno, bo inaczej może się okazać, że ich po prostu nie ma.

I wtedy stało się coś dziwnego.

Obie jednocześnie – i matka, i blondynka, w takiej samej tonacji i z identyczną kokieterią w głosie chórem odpowiedziały:

– Ja posiadam.

Ziemia…

To słowo dla odmiany sparaliżowało Tosię. W nocy miała koszmar z ziemią w roli głównej. Koszmary prawie w ogóle się jej nie zdarzały, chyba że zaczynała się na noc objadać, a ostatnio niestety tak było. W ciągu ostatnich miesięcy potrafiła ją pocieszyć tylko czekolada, więc sobie jej nie żałowała – to znaczy przed zjedzeniem tabliczki, bo po zjedzeniu miała kaca, jakby co najmniej obaliła flaszkę i przed powtórką mógł ją uchronić tylko odwyk w Parzymiechach.

Szkoda gadać.

W każdym razie Tosia ze względu na ostatnie męczące sny, które działy się właśnie w wiejskiej scenerii, trochę się obawiała tego urodzinowego wypadu. Nie lubiła nowego domu dziadków, nie lubiła ich starej chaty, ostatni raz była tu, kiedy miała pięć lat.

Śniło się jej, że jest w chacie, w dużym pokoju, w którym zawsze się bała. Tak organicznie, całą sobą, po dziecięcemu, ze wszystkich sił, choć we śnie była dorosła. I w zasadzie to był główny temat jej snu – STRACH. Strach wypełniał szczelnie sen jak dym laboratoryjną menzurkę. Tosia czuła, jak się kłębi we wnętrzu jej brzucha, i czuła go w gardle, tkwił tam wbity głęboko niczym kolec, uniemożliwiał przełykanie.

W pokoju było zimno – tam zawsze było zimno – i pusto, choć nie do końca. Tam Tosia zawsze odczuwała niepokój, którego źródła jako dziewczynka nie potrafiła wskazać. Leżała w wielkim drewnianym łóżku o rzeźbionym wezgłowiu, a w prawym rogu łóżka widziała pełno ziemi. Doskonale czarnej, kontrastującej z białą wykrochmaloną pościelą. I sypkiej, jakby ktoś wrzucał ją garściami do grobu.

A o łóżko stała oparta łopata.

I tyle.

Aż tyle, jeśli wziąć pod uwagę, że tak prosty obraz może tyle w człowieku skomplikować i tyle w nim poruszyć.

Czy mama nie powinna czasem wyprawić tych urodzin gdzie indziej? Wynająć sali w knajpie, zaplanować jakieś umiarkowane cenowo menu, a nie ściągać wszystkich do tej zabitej dechami wiochy?

Poza tym jak to – mama ma ziemię?

Jaką ziemię?!

W Staropolu pod Przyrowem, dokąd właśnie jechali, znajdował się malutki domek z komunistycznych pustaków nazywany przez wszystkich czule klockiem i stojąca obok wiejska chata po zmarłej dwa lata temu babci. Do tego trochę placu dookoła z akcentem na „trochę” i sad naprzeciwko, który dostały w spadku Mirosława i Dobromiła, czyli siostry babci Julianny, a mamy ciotki. Działka z chatą i domem mogła mieć z dziesięć metrów szerokości, co czyniło z niej totalną kiszkę, bardzo trudną do zabudowy, chyba że ktoś miałby życzenie pierdyknąć sobie na niej szeroki wychodek.

Jaką matka posiada w takim razie ziemię, o co w ogóle chodzi?

Tosia wyszła ostentacyjnie ze sklepu, bo widok wdzięczącej się do nieznajomego kurdupla rodzicielki to jednak nie było to, na co ma się ochotę patrzeć w upalne piątkowe popołudnie. Łudziła się, że matka, pełna poczucia winy, wypadnie zaraz za nią z Żabki, ale gdzie tam!

Tosia postała więc chwilę przy drzwiach, po czym już chciała wrócić do samochodu, w którym ojciec przyglądał się w błogiej nieświadomości drewnianym płaskorzeźbom zawieszonym na przystanku, ale zadzwonił Lulek.

I od razu, jak to on, zaczął rzucać swoje seksualne teksty.

Nawet się nie przywitał, zboczeniec jeden.

Gdyby chociaż realizował część z tych erotomańskich gawęd, coś by z tego miała, ale Lulek był ostatnio mocny tylko w gębie, w innych organach jedynie od czasu do czasu. A konkretnie – ich pożycie intymne ograniczyło się w czerwcu do… jednego razu na tydzień. Przy dobrych wiatrach, bo w maju kochali się jedynie trzy razy.

To nie było normalne.

Na takie coś musiał istnieć paragraf.

Lulek był przecież jej rówieśnikiem, faceci w okolicach trzydziestki wciąż chcą mieć stosunki dwa razy dziennie, nieważne z kim, choćby z rurą od odkurzacza, najlepiej oczywiście przy włączonym ssaniu.

– Miałem sen erotyczny – wymruczał Lulek do komórki i Tosię zemdliło. On chyba uważał, że te pomruki brzmią szalenie seksownie! – Z tobą.

– Co za ulga, że nie z kim innym – skomentowała z ironią Tosia, ale Lulek ciągnął dalej:

– Po angielsku.

– O, już nie po francusku?

– Nie, po angielsku. Mój pierwszy zagraniczny sen erotyczny. Leżałaś przy lustrze nagusieńka. I jak mnie zobaczyłaś, też gołego, powiedziałaś: _Yes!_

– Nie!

– Tak. Przy lustrze. _Yes!_

– Niezła ze mnie w takim razie poliglotka. Jestem w Przyrowie – dodała wyjaśniająco.

– Przy jakim rowie? Wolałem, jak byłaś przy lustrze. Chociaż pewne rowki bywają intrygujące…

– Boże, twoja romantyczność staje się legendarna i niebawem cię wyprzedzi. W Przyrowie, miejscowość taka, matołku – ucięła. – Pod Częstochową. Jedziemy do Staropola. Urodziny matki, trzy dni, mówiłam ci przecież.

Tak, Lulkowi można było pewne rzeczy powtarzać, ale Luluś miał w głowie tyle opcji, tyle przetaczało się przez jego makówkę myśli i wszelakich możliwości, że Tosia podejrzewała go po cichu o ADHD.

Może dlatego co ranek medytował?

– Aaa, faktycznie. – W końcu skojarzył. – I co?

– Co: i co?! Trzy imprezy z rzędu. I koniec, wreszcie odpocznę.

– No to fajnie, będziesz mieć z górki.

– Trzy rozkoszne wieczory z rodzinką? Chyba mnie po tym wszystkim odwiozą do szpitala… Na SOR.

– Nie nastawiaj się źle, bo będzie źle.

Głos Lulka wrócił do normalności i Tosia poczuła ulgę, a nawet sobie westchnęła, po czym znowu się uniosła. Czemu Lulek ją na zmianę to irytował, to koił? Nie mogło być normalnie? Nie mógł być cały czas miły, czuły, opiekuńczy, wyrozumiały…

Pobożne życzenia.

– Jakoś to przeżyję – zapewniła dla świętego spokoju i pomyślała smętnie, że ideały nie istnieją, taka prawda.

– No ja mam nadzieję. A prawo jazdy na ciągnik masz? Skoro jedziesz na wieś… – W głosie Lulka znowu zadźwięczał śmiech.

Zaraźliwy, niestety.

– He, he. Nie, mam za to na motór – odpowiedziała w podobnym tonie.

– Motór na wsi, dziołcha, to podstawa. Jak masz na motór, nie zginiesz. Dobra… Zadzwonię wieczorem złożyć twojej mamie życzenia, to jeszcze się usłyszymy. Mam tu w cholerę rzeczy do ogarnięcia, normalnie kosmos… Tosia…

– Tak?

– Lovki, kisski – dodał, jak zwykle, kiedy kończył z nią rozmowę przez telefon i czekał, aż mu odpowie.

Czemu czekał i wywierał presję?

Może jej się nie chce szczebiotać, może w niej rośnie opór, kiedy ktoś tak czeka i w tym czekaniu siedzi jej na plecach i dyszy.

– Mamooo… Kisski. Mama idzie. – Tosia dostrzegła wychodzącą ze sklepu rozpromienioną matkę i wykręciła się z lovków. – Musimy jechać. To narka.

Tym razem się udało, ale Lulek wyczuwał nastroje Tosi doskonale, czasem wiedział o nich szybciej niż ona sama, i na dłuższą metę nie dało się go oszukać.

Decydująca rozmowa zbliżała się wielkimi krokami.

Regina Biczak lubiła, kiedy sprawy toczyły się swoim rytmem, to znaczy kiedy toczyły się tak, jak chciała, żeby się toczyły.

Jasna sprawa.

Na przykład nie życzyła sobie więcej oglądać na oczy tej blond kreatury, na którą jak na nieszczęście natknęła się właśnie dziś.

To miał być wyjątkowy dzień, tak sobie rano postanowiła.

Pięćdziesiątka to nie przelewki, choć podobnie myślała przy skończonej czterdziestce. Tylko że przy czterdziestce mogła w nocy spać nawet dziesięć godzin ciągiem i się nie obudzić, a teraz zaczęło się jakieś wariactwo – spała jak na nocnym seansie w kinie albo jak na dyżurze w portierni. Budziła się, zasypiała, znowu się budziła, odwiedzała łazienkę, wracała, wietrzyła sypialnię, było jej za gorąco, potem za zimno, pociła się z nerwów, czasem z tych nerwów płakała, a wtedy już całkiem nie mogła zasnąć i w środku nocy szła do kuchni coś zjeść, popcorn na przykład. A potem się okazywało, że tyła, więc znowu popadała w rozpacz, nie chciała być starą, grubą babą.

I tak dzień w dzień, noc w noc.

Ale po urodzinach się za siebie weźmie.

Ten mężczyzna ze sklepu…

O matko kochana, kiedy, mijając kasę, złapała w przelocie jego zapach… Przeszył ją prąd. A może uderzył w nią piorun? Coś w tym było. Że takie uczucia mogły się w niej jeszcze obudzić… W brzuchu i pod brzuchem wezbrało w Reginie tak intensywne coś, że gdyby przeliczyć to na energię, przez tydzień mogłaby mieć włączone światło w całym mieszkaniu.

– No w końcu widzę jakiś uśmiech! – zawołał na jej widok Karol i też się uśmiechnął.

Poczciwina.

Taki był śmieszny, taki ciapowaty w tych zjeżdżających z nosa okularach i w za dużych spodniach – ostatnio mocno schudł i zaczął przypominać pająka o długich, cienkich nóżkach.

Za to Tośka spojrzała na nią podejrzliwie z boku i pytania omal się z niej nie wysypały jak jabłka z dziurawej reklamówki, więc Regina czym prędzej zarządziła odjazd.

– Lody mi się topią, właźcie do samochodu.

Bobek ponaglił ich szczeknięciem i po chwili ruszyli.

Ale Tosia, ledwie odpakowała w trakcie jazdy swój rożek, już się do niej dossała:

– Mamo, a jaką ty posiadasz ziemię? Do kwiatków? Torf, taką na balkon, te sprawy? Co to w ogóle było?

Regina Biczak jednym sprawnym ruchem oddarła ze swojego Magnum folię i łapczywie odgryzła zimny kęs. Aż rozbolały ją od zimna siekacze.

Bosko!

– Posiadam dziesięć hektarów – rzuciła, nie myśląc zbyt wiele, bo myśleć nie było za bardzo o czym.

Ale o kim już tak.

Do kieszonki torebki wsunęła elegancką wizytówkę, ale zanim ją schowała, zerknęła z ciekawością, bo mężczyzna w sklepie się przedstawił, owszem, ale z emocji nie zapamiętała nawet jego imienia.

Ireneusz.

I to tak można?

W jej wieku, w biały dzień, z Karolem na koncie paradującym w za dużych gaciach po przyrowskim rynku?

Można się kimś tak nagle i dogłębnie zachwycić?

Regina Biczak poczuła biegające po jej ściśniętej macicy małe, kąsające mrówki.

– Co proszę? – Tosia drgnęła za kierownicą.

– Posiadam dziesięć hektarów.

Jej córka omal nie wykonała piruetu tuż przy chodniku cmentarza, który właśnie mijali.

– Gdzie?! – ze wstrząsem zapytała i na pewno nie chodziło o cmentarz. – Ty, mamo, tak serio?

– W Staropolu przecież. Po mojej matce.

I po co się tak wstrząsać…

– Gdzie w Staropolu, przecież tam stoi skansen babci i klocek?! A za stodołą jest tylko kawałek pola. I stodoła podobno nie jest nasza.

Tosia miała na myśli chłopską chatę wybudowaną w 1920 roku i z pieczołowitością systematycznie konserwowaną przez jej babcię – matka Reginy była z wykształcenia i zawodu muzealniczką – ale słowo „skansen” zawsze działało Reginie na nerwy.

Może dlatego, że sama za tą chatą też nie przepadała?

– Chata, żaden skansen – sprostowała odruchowo. – W skansenie są chaty, liczba mnoga. A co do hektarów… Wyobraź sobie, że za stodołą jest pole, ale potem są tory i jest drugie pole, za torami, które ciągnie się prawie do Sierakowa. Potem są brzózki, są trzy łąki, potem znowu brzózki, nasze.

– Jakie brzózki, jakie łąki?!

Tym razem jej rozemocjonowana córka wcisnęła gwałtownie hamulec, aż orzechowe Magnum Reginy niebezpiecznie zagibało się na patyczku.

– Tośka! Możesz się opanować? Prowadzisz!

Bobek rozszczekał się na dobre, Karol zaczął coś tam z tyłu z dezaprobatą pomrukiwać.

– A ty mnie, mamo, wyprowadzasz z równowagi… – odburknęła córka. – Jak to mamy ziemię? Dwa pola?! Pierwsze słyszę!

– To trzeba było słuchać. Ale ty własną babcię masz gdzieś. A cię wychowywała.

– Własną babcię mam w grobie.

– No, no, tylko bez takich.

– A nie jest w grobie? Właśnie, dlaczego my przejeżdżamy obok cmentarza, a ty nic? Nie chcesz do niej nawet na chwilę zajrzeć?

– Zajrzę, jak będzie na to odpowiedni czas – odparła z godnością Regina. – Może zniczy nie będę jednak kupować z lodem w ręce! – prychnęła, widząc naganę we wzroku córki. – Jutro na spokojnie mnie tu przywieziesz.

– I co z tą ziemią, mamo, mów… Ja nie wiedziałam! – W głosie Tosi zabrzmiała ni to złość, ni pretensja.

Była tymi hektarami, nie wiedzieć czemu, nadzwyczaj poruszona. Nawóz, gnój, pług… Regina jakoś nie kojarzyła córki z gospodarką rolną, mimo że Tosia pierwsze lata życia spędziła właśnie w Staropolu, podkradając z kurnika jajka na kogel-mogel.

– Przecież jak babcia zmarła i ciotki wzięły sad, bo gospodarstwo to są przecież i wysokie podatki, i ziemia nie może tak po prostu leżeć odłogiem i niszczeć… – zaczęła, po czym nagle się zdenerwowała. – Czy ty mnie w ogóle słuchałaś? Przecież mówiłam, trąbiłam, ciągle się z ojcem naradzaliśmy, sto razy padło, że oprócz domu i chaty są po babci dwa pola, łąki i las, a dziadek jest stary i już nie daje rady. Nie mówiąc o tym, że nie zamierza tam mieszkać. Przytomna byłaś?

Tosia wyglądała, jakby sięgała pamięcią – daleko, bardzo daleko.

– Mamo, ja się wtedy świeżo przeprowadziłam do Lulka. Nie za dużo ode mnie wymagasz? Wiedziałam, że mamy pole, jedno, za stodołą, ale dziesięć hektarów?!

No proszę…

– Jak się myśli o… wiadomo o czym, to potem są efekty. Czyli własna rodzina…

– Obchodzi mnie własna rodzina! Po prostu mi umknęło. To grzech?!

– Dziesięć hektarów? Umknęło? No tak, taki drobiazg może przecież umknąć…

– Mamo! – zawołała w oburzeniu córka, a potem zaapelowała do instancji wyższej. – Boże, ile to jest dziesięć hektarów?!

Karol uciszył w końcu Bobka i włączył się do rozmowy.

Co za refleks!

– Boisko do gry w piłkę nożną ma pół hektara.

– No i? – podłapała Tosia.

– To sobie wyobraź dwa połączone boiska.

– Już, wyobraziłam sobie. Wielkie!

– To jest jeden hektar. A teraz pomnóż to razy dziesięć.

Tosia myślała chwilę, wpatrując się w groby przy płocie, a Regina zaczęła nagle czuć narastający niepokój. Po co tu tak stali? Groby po prawej stronie cmentarza przylegały do ogrodzenia, za to po lewej był niemal dwumetrowy pusty pas.

Tam w nie tak odległych czasach chowano samobójców.

I ten niby pusty pas wcale nie był pusty.

Regina znowu ugryzła swoje pełne orzechów Magnum i kiedy kawałek zachrupał jej w zębach, pomyślała, że w tej porośniętej trawą ziemi jest pełno wrzuconych luzem ciał. A ciało po takim upływie czasu to tylko kości i tak się składa, że zgniatane kości wydają bardzo podobny dźwięk do tego, który akurat słyszała we własnej głowie.

Zadrżała.

– Czy możemy już jechać? – ponagliła córkę, ale Tosia miała na twarzy wypisane oszołomienie.

Z jej malinowego rożka zaczęło kapać, krople w słońcu przybrały krwistoczerwony odcień, ściekały po białym udzie córki i Reginę znowu przeszył dreszcz. Magnum wciąż było zimne, za to jej macica wróciła w końcu do rozmiarów wyjściowych.

Chociaż tyle.

– Czy możemy wreszcie jechać?! – ponowiła prośbę, tym razem już mocno zirytowana.

– Ale jak to dziesięć hektarów? – Tosia nadal przeżywała. – My?! Przecież my jesteśmy biedni.

– No, jak na razie te hektary to tylko mnóstwo kosztów. Ale gdyby namówić dziadka … – Do Reginy wrócił nagle zapach ze sklepu i irytacja zeszła z niej tak samo szybko jak do niej przyszła. – À propos… W sklepie zagadał do mnie pewien facet. Ireneusz Kurek…

– Właśnie, miałam pytać, kto to był ten krasnal! – poinformowała ją upierdliwa córeczka, a Karol się nachylił.

„Krasnal” się Reginie bardzo nie spodobał, są przecież z panem Irkiem podobnego wzrostu, nie powiedziała jednak tego na głos.

_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_

1 J. Kuciel-Frydryszak, _Chłopki. Opowieść o naszych babkach_, Warszawa 2023.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij