Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Na cienkim lodzie. Reguły przyciągania. Tom 1 - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 lipca 2026
3499 pkt
punktów Virtualo

Na cienkim lodzie. Reguły przyciągania. Tom 1 - ebook

Jeden z najlepszych sportowych romansów wszech czasów! Spoiler alert: ta książka uzależnia równie mocno jak „Gorąca rywalizacja”.

Connor Kennedy, kapitan drużyny i uprzywilejowany syn legendarnego hokeisty, to złoty chłopiec ligi. I jedyny zawodnik, który działa na nerwy Gavinowi Marshalowi. Ich rywalizacja narasta od lat, a kiedy jako olimpijscy reprezentanci zostają zmuszeni do dzielenia pokoju, napięcie między nimi sięga zenitu.

Gavin Marshal grający na pozycji rozgrywającego i egzekutora to zawodnik budzący największy postrach na lodzie. Chłopak sprawia wrażenie nieprzyjemnego brutala pochodzącego z zapadłej dziury na Alasce, jednak każdego wieczoru po treningu coraz trudniej utrzymać mu tę pozę.

Co więcej, nie może przestać myśleć o Connorze – do niedawna rywalu, obecnie koledze z drużyny – a ta obsesja może zniszczyć ich obu.

Jednak nie od dziś wiadomo, że niektóre reguły są po to, żeby je łamać.

„Jeśli szukasz czegoś, co pozwoli ci przetrwać do następnego sezonu Gorącej rywalizacji - to jest to!” – Papergirl, Goodreads

„Czy od razu zakochałam się w bohaterach? Tak. Czy cały czas chichotałam i wierzgałam nogami? Zdecydowanie. Czy mam nadzieję, że to będzie seria? Tak!” – Sammi, Goodreads

„Gdyby Gorąca rywalizacja i Game changer mieli dziecko, to byłaby właśnie ta książka” – Booktrowertyk, Goodreads

„Uwielbiam dojrzałość emocjonalną i samoświadomość głównych postaci. Ich relacja jest bardzo zdrowa, czego nie spotykamy zbyt często w romansach. To mi się bardzo podobało. Wzajemny szacunek i opiekuńczość były absolutnie urocze” – Natalie Lyons, Goodreads

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8449-472-1
Rozmiar pliku: 6,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1

28 grudnia: Chicago Broad Wings kontra Buffalo Blizzards

GAVIN MARSHAL

Jeszcze dwadzieścia minut. Tyle mam, żeby przypomnieć Connorowi Kennedy’emu, że chociaż przez ostatnie trzy sezony zgarniał tytuł najbardziej wartościowego gracza, sześć sezonów temu zdobył tytuł debiutanta roku, a jeszcze rok wcześniej podczas draftu¹ został wybrany przede mną, to wciąż nie jest ode mnie lepszy.

No dobra. Jest szybszy. Przypominam sobie o tym już w momencie, gdy sędzia upuszcza krążek na początku trzeciej tercji. Connor wygrywa wznowienie, a ja znowu muszę gonić jego chudy tyłek po lodzie. I niech wam będzie, liczba bramek, którą wbiłem w całej karierze, jemu wpada w jednym sezonie, ale ja nie jestem tutaj od strzelania goli. Moim zadaniem jest powstrzymywanie rozpuszczonych bogatych chłopaczków takich jak on przed wrzuceniem krążka w siatkę nad ramieniem mojego bramkarza.

Łup! Jestem tu też po to, by wbić go biodrem w bandę.

– Nie widzę, żebyś teraz tak ładnie tańczył – syczę, gdy sędzia łapie mnie za ochraniacze na ramionach i odciąga na bok, zostawiwszy na lodzie spłaszczoną wersję Connora Kennedy’ego.

– Naciesz się widokiem z pierwszego rzędu. Masz na to całe dwie minuty – mówi Connor, powoli się podnosząc.

Spogląda na mnie tymi cholernymi lodowato niebieskimi oczami i otrzepuje śnieg z ramion i bioder. Do tego wszystkiego ma jeszcze czelność się uśmiechać, podczas gdy ja jestem odprowadzany tam, gdzie moje miejsce. Na ławkę karną.

Tak, serio. To miejsce należy do mnie. Czeka tam podpisana moim nazwiskiem butelka z wodą. Biorę ją do ręki, naciskam i wypijam kilka łyków, po czym siadam na ławce, którą trener Matthews ochrzcił moim tronem. Dlaczego? Bo tutaj, w Buffalo w stanie Nowy Jork, w domu Blizzards, to ja sprawuję niepodzielne rządy w jedynym aspekcie gry w hokeja, w którym Connor nigdy mnie nie pobije, czyli w liczbie karnych minut. Szczerze mówiąc, nie jestem nawet pewien, czy złoty chłopiec kiedykolwiek widział ławkę karną od środka. Wątpię też, żeby zdarzyło mu się słyszeć, jak jego własna publiczność wiwatuje na jego cześć, gdy odstawiają go, by ochłonął – tak jak wiwatują teraz, po tym, jak bezlitośnie wbiłem go w bandę.

Ładni chłopcy w stylu Connora wiedzą tylko, jak to jest, gdy inni mdleją z zachwytu na ich widok. Ciekawe, jak by sobie poradził, gdyby ludzie zaczęli się go bać, zamiast uwielbiać. Czy wystające spod kasku złocistobrązowe loki dalej by tak lśniły? Czy publiczność ujrzałaby wreszcie jego niebieskie oczy tak, jak ja je widzę – chłodne i obojętne niczym lodowa tafla, po której jeździmy? Jak zniósłby to, że jest znienawidzony w każdym mieście oprócz swojego?

Podejrzewam, że w ogóle by sobie z tym nie poradził.

CONNOR KENNEDY

– To ich uciszy – mruczę do swojego kolegi z drużyny Jamesa Bryanta, gdy za siatką zapala się czerwone światełko. Udało mi się wyrównać. Ciekawe, czy Gavin Marshal dalej siedzi taki zadowolony z siebie, teraz, gdy optymalnie wykorzystałem jego nieobecność na lodzie. Ja strzelam bramki, a on grzeje ławę, odpokutowując za nadmierną ostrość w grze.

Jego tron. Przewracam oczami. Wyobraźcie sobie – nazywać się królem minut karnych.

– Dobra robota, Connor! – Słyszę, jak trener Chris krzyczy z ławki. – A teraz wracaj! Lars, wchodzisz za Kennedy’ego!

– Nie potrzebuję przerwy, trenerze. Mogę zagrać jeszcze jedną zmianę – mówię, prześlizgując się koło ławki i blokując Larsa, który już wspina się przez bandę.

– Może i możesz – odpowiada trener, wskazując brodą na drugą stronę lodowiska, dokładnie tam, gdzie w boksie kar stoi Gavin Marshal. Patrzy prosto na mnie jak wściekły niedźwiedź w klatce, tylko czekający, aż wyjdzie z powrotem na wolność. Puszczam do niego oko, a on się uśmiecha szeroko, szczerząc wszystkie zęby. – Ale nie zostawię cię samego na pożarcie. Na ławkę, bez gadania.

– Dobra – ulegam i zamieniam się miejscami z Larsem.

Siadam i spoglądam na tablicę wyników. Szesnaście minut do końca. Remis 1:1. Naprawdę powinienem zostać w grze. Jestem najlepszym napastnikiem w drużynie, naszą największą szansą, żeby zdobyć decydującą bramkę i zakończyć ten morderczy mecz zwycięstwem. Tutaj w Buffalo zawsze jest ciężko. Na lodowisku pełno nieczysto grających zawodników, a trybuny są nabite kibicami, którzy pragną krwi. Jestem pewien, że większość przyszła tylko po to, żeby zobaczyć, jak Gavin Marshal rozpłaszcza przeciwników na lodzie.

Zerkam jeszcze raz na zegar. Pięć… cztery… trzy… dwa… jeden. Sędzia puszcza krążek. Wygrywamy wznowienie. Marshal wystrzela po tafli jak rakieta, goniąc za Jamesem, naszym prawym skrzydłowym, który właśnie pojawia się z krążkiem kilka metrów przed bramką Blizzards. Ich bramkarz jest gotowy. James szykuje się do strzału, a ja mogę tylko napiąć mięśnie, bo wiem, że zaraz uderzy w niego taran. Ten sam taran, który ja sam znałem aż za dobrze. Gruchnięcie na lód po zderzeniu z Gavinem Marshalem, czyli coś w rodzaju tradycji w mojej karierze. Znam to uczucie jeszcze z czasów juniorskich, zanim trafiliśmy do ligi. Zawsze tak jakoś wychodziło, że graliśmy przeciw sobie. Los chyba już wtedy postanowił, że mamy być rywalami. I właśnie widzę, jak ta rywalizacja przenosi się na mojego kolegę z drużyny.

Tylko że… tym razem Gavin nie robi tego, czego się spodziewam. Zamiast staranować Jamesa, robi coś zupełnie innego. Jak zwinny złodziejaszek wyłuskuje krążek i sprawnym ruchem nadgarstka podaje go do czającego się z tyłu partnera, a potem sam zawraca i mknie razem z pozostałymi członkami drużyny płynnie podającymi sobie krążek. Patrzę na ich grę – podania, zwody, ruch na lodowisku. Wszyscy wiedzą, gdzie kto za chwilę się pojawi, jakby czytali sobie w myślach. Tymczasem Gavin skutecznie blokuje obrońców i przypominam sobie, dlaczego to właśnie Buffalo Blizzards zgarnęli puchar w zeszłym roku.

Ta drużyna to prawdziwy front burzowy na lodzie, a Gavin to wiatr, który zdmuchuje wszystkich z drogi. Przemierza taflę szybciej niż krążek i nawet nie musi go dotykać. Gdy tylko ich środkowy, Alexander Tavish, rusza do przodu, Gavin parkuje swój ogromny tyłek tuż przed naszym bramkarzem i zasłania mu cały widok.

To działa. Znów trafiają. Z głośników rozlega się ryk syreny bramkowej. Blizzards strzelili drugiego gola. Tłum skanduje imię Gavina, mimo że to nie on trafił do siatki. Wrzask kibiców jest trudny do wytrzymania.

Spoglądam w dół na swoje łyżwy i nawet się uśmiecham. Nie chcę, żeby ktoś zobaczył, że jestem dumny z faceta, którego powinienem nienawidzić.

GAVIN

– Gavin! – krzyczy kolejny reporter, pchając mi mikrofon prosto w twarz.

Chociaż jesteśmy już w szatni, to skupiam na nim uwagę, a na moich ustach pojawia się wymuszony uśmiech. Nienawidzę tej części zabawy. Chcę zdjąć sprzęt, wziąć prysznic i wskoczyć w świeże ciuchy. Chcę wrócić do domu, zarzucić nogi na oparcie sfatygowanej kanapy i obłożyć lodem knykcie i kolana. Nie mam ochoty rozmawiać z dziennikarzami po to, żeby analitycy sportowi i wszyscy ci, którzy oglądali mecz z piwem w ręku, rozparci w wygodnych fotelach – wszędzie poza Buffalo – mogli nazwać mnie brutalem albo boiskowym bandytą.

– Naprawdę mocno zaatakowałeś Connora Kennedy’ego…

Oczywiście. Zawsze od tego zaczynają. Ciągle to samo. Nieważne, że to właśnie ja umożliwiłem naszej drużynie zdobycie bramki, która rozstrzygnęła mecz.

– Nie sądzisz, że takie traktowanie innych zawodników utrudni ci znalezienie miejsca w reprezentacji Stanów Zjednoczonych na tegoroczne igrzyska?

Przeciągam dłonią po spoconych włosach i odgarniam je z twarzy.

– Skład drużyny USA nie został jeszcze ogłoszony – mówię, a potem śmieję się i posyłam do kamery najbardziej szelmowski uśmiech, na jaki mnie stać. – I szczerze wątpię, żeby moje nazwisko znalazło się na liście.

Taka jest prawda. To przecież igrzyska olimpijskie. Chociaż główny trener na pewno pragnie zwycięstwa, to chce go osiągnąć przy jak najmniejszych kontrowersjach, a dodanie mnie do składu byłoby przecież megakontrowersyjne.

– Lepiej, żeby twoje nazwisko tam było! – rozlega się głos Alexandra Tavisha, mojego kolegi z drużyny, który wyskakuje zza swojej szafki i zarzuca mi ramię na szyję.

Kanada błyskawicznie wybrała go do swojej kadry, i słusznie – to świetny napastnik, który prawie w każdym meczu strzela przynajmniej jedną bramkę. Podnosi dłoń w rękawicy i czochra mi fryzurę. Mokre, ciemne włosy lądują mi z powrotem na oczach. Od razu je odgarniam, a Alex uśmiecha się i zaczyna mną potrząsać.

– Chcę tylko wiedzieć, jak reszta ligi zniesie granie przeciwko temu gościowi przez kilka tygodni!

– Nie boisz się? – dopytuje reporter.

– Nie – parska śmiechem Alexander i znowu zarzuca mi rękę na ramię. – Jesteśmy hokeistami. My się niczego nie boimy.

Prawie niczego. Ale może w jego przypadku to prawda. Kiedy nie gra na lodowisku, siedzi w domu ze swoją porządną narzeczoną i szczeniakiem rasy golden retriever. Ja wracam do mojego prawie pustego mieszkania wielkości pudełka na buty i ukrywam się, żeby nikt za bardzo mi się nie przyglądał. Im mniej ludzie wiedzą o moim prywatnym życiu, tym lepiej. Dotyczy to również kolegów z drużyny. Zawsze byłem zamknięty w sobie i trzymałem swoją przeszłość poza zasięgiem wzroku innych ludzi. Nie chcę skończyć jako temat ckliwego reportażu o chłopaku z nizin, który wspiął się na szczyt. Albo gorzej – jako twarz coraz bardziej kontrowersyjnych Wieczorów Dumy organizowanych przez ligę, żeby wspierać inkluzywność.

Wciąż uwieszony na mnie Alexander śmieje się i żartuje z reporterami, a ja szukam wzrokiem naszego PR-owca. Wreszcie łapiemy kontakt. Spec od PR-u kiwa głową, co oznacza, że mogę się już ewakuować. Zna mnie i wie, że jego podstawowe zadanie to powstrzymać mnie przed palnięciem czegoś głupiego przed kamerami.

Wyczuwam odpowiedni moment i wymykam się spod ramienia Alexa. Ruszam w stronę pryszniców, mijając po drodze kolegów, którzy wiwatują na moją cześć, poklepują mnie po plecach i przybijają ze mną żółwiki. Trener Matthews patrzy na mnie, kiwając z uznaniem głową.

– Dobry mecz – mówi. – Zasłużyłeś na to „A” na koszulce.

Stukam kciukiem dwa razy w literę na piersi, a moje usta układają się w coś w rodzaju uśmiechu.

Alternate captain. Zastępca kapitana. Mój pierwszy sezon z tą naszywką. Byłem naprawdę zaskoczony, kiedy na samym początku jesiennego zgrupowania zobaczyłem literkę „A” na mojej koszulce treningowej. To rzadkość, żeby drużynowy twardziel nosił tę odznakę. „Dajcie ją komuś mniej brutalnemu” – mówią malkontenci. „Komuś, na kim młodzi mogą się wzorować”. Jakby początkujący hokeiści nie trenowali zrzucania rękawic i łapania przeciwnika za koszulkę, kiedy przyjdzie moment, żeby pokazać, o co w tym wszystkim chodzi.

A przecież chodzi o wygraną.

Bez względu na to, co ludzie mówią – a może właśnie dlatego, że gadają – jestem dumny z tej literki. Niewykluczone, że nawet bardziej niż z tytułu króla minut karnych. Nie zrozumcie mnie źle – lubię chronić swoich kolegów. Lubię pilnować, żeby mogli robić, co do nich należy. Lubię strzec niepisanych reguł hokejowego lodowiska i przypominać pozostałym trzydziestu jeden drużynom w lidze, że Buffalo Blizzards to ostatni zespół, z którym należy zadzierać. A przy okazji… jeśli będę walczył wystarczająco twardo, jeśli pokażę, jak silny i nieustępliwy potrafię być, to może – jeśli wyjdzie na jaw, że jestem gejem – ludzie będą zbyt przerażeni, żeby mi z tego powodu dogryzać. Hokej to wszystko, co mam. Nie mogę tego stracić przez coś tak banalnego i nieistotnego jak to, z kim lubię chodzić do łóżka.

CONNOR

– To była ciężka porażka, ale daliśmy z siebie wszystko – mówię do grupki reporterów otaczającej mnie w szatni po meczu. – Mecz z Buffalo to zawsze wyzwanie.

– Chodzi o zespół czy stadion? – dopytuje jeden z nich.

– I jedno, i drugie. – Śmieję się. – Sam tam byłeś. To jedno z najgłośniejszych miejsc w całej lidze, z najbardziej… oddanymi kibicami.

Ładnie to ująłem, prawda?

Chyba jednak nie. Za tłumem dziennikarzy widzę mojego ojca, który jest jednocześnie dyrektorem generalnym naszego klubu – stoi ze skrzyżowanymi ramionami i miną niepozostawiającą wątpliwości, że powiedziałem coś nie tak.

Przełykam ślinę.

– Ale spokojnie – dodaję szybko. – Za miesiąc gramy u siebie i będziemy gotowi, żeby się zrewanżować.

– A co powiesz o ogłoszeniu składu na olimpiadę? – zagaja kolejny reporter. – Dziś wieczorem ma się pojawić oficjalna lista. Jesteś gotowy zobaczyć na niej kogoś z Blizzards?

Zderzam się spojrzeniem z tatą. Ostatnio każdą wolną chwilę spędza, próbując subtelnie wpłynąć na tę listę. Mój ojciec to złoty medalista olimpijski i były zawodnik NHL, więc jego opinia zawsze jest brana pod uwagę. Rzecz jasna, nie wszyscy ubiegający się o miejsce w kadrze są tym zachwyceni – większość uważa jego wpływy za, powiedzmy… lekko dyskusyjne. I wcale się nie dziwię. Powinien odejść ze stanowiska w klubie, gdy okazało się, że mogę zostać wybrany do reprezentacji. Bo nie ma nic bardziej niezręcznego niż chwila, w której to twój ojciec ogłasza skład i wypowiada do mikrofonu właśnie twoje nazwisko jako gracza numer jeden. Ludzie myślą, że to coś przyjemnego, lecz w rzeczywistości w powietrzu unosi się zapach presji z nutką nepotyzmu.

Przełykam ślinę, po czym zwracam się z powrotem do reportera:

– Niezależnie od tego, czy zostanę wybrany, czy nie, będę dumny z każdego, kto znajdzie się w kadrze, bez względu na to, w jakim gra klubie.

– Nawet z Gavina Marshala? – pada kolejne pytanie.

Przeklinam w myślach. Serio? Ten koleś naprawdę musiał to powiedzieć?

Więcej mikrofonów wystrzela w moim kierunku i natychmiast zapada cisza. Wszyscy wiedzą, że powinienem nienawidzić Gavina. To narracja, którą ojciec oraz media stworzyli już siedem lat temu po tym, co stało się wieczorem na dzień przed draftem. Uśmiecham się do kamery, gotowy odegrać swoją rolę, nawet jeśli w środku czuję, że to fałsz.

– Myślałem, że rozmawiamy o hokeju, a nie o mieszanych sztukach walki – odpowiadam i kątem oka widzę, jak tata kiwa głową z uznaniem, więc korzystam z okazji, żeby skończyć tę szopkę. – Jeśli pozwolicie, pójdę się przebrać.

Kiedy w końcu wchodzę pod prysznic, opieram się o chłodne kafelki i z ulgą wypuszczam powietrze z płuc. Gorąca woda spływa po moich ramionach.

– Następnym razem ich dorwiemy. – James daje mi kuksańca.

– Jasne! – wtóruje mu Lars, gdy wychodzi spod wody i owija ręcznik wokół bioder.

– Oczywiście, że tak – odpowiadam, bo do moich obowiązków należy także podtrzymywanie morale drużyny. Choć szczerze mówiąc, to nie przegrana sprawia, że czuję się tak przygnębiony. Porażki się zdarzają. Sezon jest długi i nikt nie wygrywa wszystkich meczów.

– Gavin Marshal to naprawdę kawał dupka – rzuca Johnson, przechodząc obok.

– Ma się rozumieć – potwierdza James i przybija Johnsonowi piątkę.

Ja milczę. Bo to nie przez Gavina tak się czuję. Jasne, na lodowisku potrafi budzić grozę i jest z pewnością najniebezpieczniejszą w całej lidze mieszanką rozgrywającego i egzekutora², ale przecież tylko wykonuje swoją robotę. I wykonuje ją cholernie dobrze. Gra z całego serca. Po prostu u niego wygląda to inaczej niż u większości zawodników.

Po prysznicu podchodzę do szafki z moim nazwiskiem. Nie, chwileczkę. Z nazwiskiem mojego ojca. Czasem zastanawiam się, czy po prostu nie przymocowali jego starej tabliczki. Niekiedy myślę nawet, że gdybyśmy nie nosili tego samego nazwiska, to w ogóle by mnie tu nie było.

Nie. Nie myśl o tym. Nie tędy droga.

Może i trafiłem do Broad Wings w szczególnych okolicznościach, ale na miejsce w NHL sam sobie zapracowałem. Nie ma drużyny w tej lidze, która nie rzuciłaby się na okazję, żeby podpisać ze mną kontrakt, choć oczywiście ojciec nie rozważałby ani przez sekundę możliwości wystawienia mnie na sprzedaż, nawet gdybym miał grać jeszcze przez milion sezonów.

Ale cholera… czasem desperacko tego pragnę. Chciałbym, żeby to zrobił.

Wtedy nie musiałbym żyć i grać w jego cieniu. Właśnie dlatego tak bardzo zależy mi na miejscu w kadrze olimpijskiej. Jasne, ojciec na pewno poleci do Mediolanu, żeby oglądać mecze, ale nie będzie mógł z nami podróżować. Nie będzie miał dostępu do pokojów w wiosce olimpijskiej i nawet nie będzie mógł obserwować treningów. Zasiądzie na trybunach jak zwykły kibic, a ja po raz pierwszy w życiu będę mógł zagrać kilka meczów w spokoju, bez konfrontacji z nim zaraz po zejściu z lodowiska.

– Dobra, chłopaki! – rozlega się głos mojego taty, który właśnie maszeruje przez szatnię. – Skupcie się!

Podchodzi prosto do trenera Chrisa i prosi go, żeby zwiększył głośność telewizorów pokazujących fragmenty naszego meczu na kanale ESPN, na którym komentatorzy analizują teraz naszą porażkę zagranie po zagraniu.

Ojciec patrzy prosto na mnie i się uśmiecha.

– Zaraz ogłoszą skład kadry.

Gavin

– Connor Kennedy – oznajmia spiker w telewizorze, a na ekranie pojawia się zdjęcie portretowe z uśmiechniętym od ucha do ucha amerykańskim złotym chłopakiem.

– Jakby to była niespodzianka – rzuca Tavish, wywołując salwę śmiechu w szatni.

– Lepiej zabieraj mu krążek przy każdej możliwej okazji – mówi Ander Bouchard, bramkarz z naszego podstawowego składu.

– Możesz na to liczyć! – krzyczy Tavish i puszcza oko dokładnie w momencie, gdy w telewizji pada nazwisko Boucharda.

– Tak jest! – Szatnia wybucha wiwatami, a połowa drużyny rzuca się na Boucharda i przewraca go na ziemię. Na szczęście wciąż ma na sobie większość bramkarskiego sprzętu.

Kiedy w końcu wydostaje się spod młyna, wskazuje palcem na Tavisha.

– Do zobaczenia na lodzie!

– Lepiej mi nie odpuszczaj! – odkrzykuje Tavish, uśmiechając się jak dzieciak w Boże Narodzenie.

Chciałbym, żeby udzieliła mi się radosna atmosfera. Naprawdę.

Nie zrozumcie mnie źle – cieszę się z sukcesu kolegów. Naprawdę się cieszę. Ale mimo całej tej gadki z reporterami ja też chcę się znaleźć w kadrze. Sam nie wiem dlaczego. Może żeby coś sobie udowodnić. Albo pokazać innym drużynom w lidze, na co mnie stać. Albo dać nauczkę kibicom darzącym mnie nienawiścią za to, że rozjeżdżam ich ukochane gwiazdy. Albo pokazać środkowy palec trenerom i menedżerom, którzy zawsze próbują nagiąć zasady, żeby mnie zawiesić.

Ale szczerze? Chciałbym to zrobić dla ojca. Nie byłoby mnie tutaj, gdyby nie wszystko, co poświęcił, wychowując mnie w pojedynkę. To nie było łatwe i chcę, żeby wiedział, że się opłaciło. Niestety, teraz moje szanse spadły prawie do zera. Niezwykle rzadko się zdarza, żeby z jednej drużyny wybrano więcej niż dwóch zawodników. Nawet jeśli jeden dostaje powołanie z Kanady, a drugi z USA, moje szanse na wyjazd do Mediolanu właśnie drastycznie zmalały.

W sumie jednak może nie jest aż tak źle. Przecież trudno sobie wyobrazić drużynę z Connorem Kennedym i ze mną na pokładzie. Nienawidzimy się. A przynajmniej on mnie nienawidzi. Ja z kolei nienawidzę raczej tego, kim on jest. Tego, co sobą reprezentuje. Chodzi o jego elitarne pochodzenie. To przecież syn jednej z legend hokeja, przed którym rozpostarto czerwony dywan już w chwili narodzin.

Nie mogę jednak powiedzieć, żebym naprawdę nienawidził go jako osoby. Ledwo go znam. Właściwie to kiedyś prawie zostaliśmy przyjaciółmi. Dawno temu, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy na obozie juniorów. Tyle że nasza przyjaźń została zduszona w zarodku szybciej niż krążek śmigający po świeżo wygładzonym lodzie. Ojciec Connora, zawodnik, którego podziwiałem od momentu, gdy zdobył dla naszego kraju złoto olimpijskie, okazał się kompletnym dupkiem. Wszystko się skończyło, kiedy tylko dowiedział się, że mój bilet na obóz został opłacony z publicznej zbiórki zorganizowanej przez lokalny klub na Alasce, żeby dać mi szansę na grę w największej juniorskiej lidze w kraju.

Connor Kennedy senior szybko mnie przejrzał i wiedział dokładnie, kim jestem.

I wcale się to nie zmieniło.

Nadal jestem ubogim przybłędą z jakiejś zapomnianej wioski rybackiej, który nie ma czego szukać w towarzystwie złotych chłopców takich jak jego syn.

To przecież Kennedy senior sam wybiera zawodników do Broad Wings i byłbym idiotą, gdybym myślał, że nie ma również wpływu na decyzję, kto zagra dla Stanów Zjednoczonych na olimpiadzie.

A może jednak się mylę.

Bo właśnie w tym momencie słyszę swoje nazwisko z ust spikera.

– Kurwa mać – mówię i padam z powrotem na ławkę przed swoją szafką, podczas gdy cała drużyna wpada w prawdziwą ekstazę.Rozdział 2

Ósmego lutego: obóz treningowy reprezentacji Stanów Zjednoczonych w hokeju na lodzie, Las Vegas, Nevada

CONNOR

Wciąż noszę w sobie żywe wspomnienie pierwszego razu, kiedy zobaczyłem Gavina Marshala. Mieliśmy wtedy po szesnaście lat i właśnie dotarliśmy na obóz treningowy ligi juniorskiej, który odbywał się latem w Ann Arbor w stanie Michigan. Dla większości młodych graczy, którzy tam trafili, był to oficjalny początek drogi do zawodowego hokeja. Najlepsi z nas mieli trafić do draftu albo znaleźć się w drużynach uniwersyteckich, gdzie czekał dalszy rozwój. W przeciwieństwie do większości kolegów moja ścieżka została wyznaczona już w chwili, gdy się urodziłem, więc znałem cały proces i wszystkich chłopaków, którzy przyjechali na obóz.

Wszystkich z wyjątkiem Gavina.

Był na swój sposób wyjątkowy. W tłumie nastolatków wyglądał jak dorosły mężczyzna. Nawet w wieku szesnastu lat był wielkim facetem, bez wątpienia największym na całym obozie. Wysoki i szeroki w barach, stał między nami, ze zniszczoną torbą pełną używanego sprzętu w ręku, i robił podejrzliwą minę, jakby w każdej chwili był gotów rzucić się do wyjścia. Pamiętam, że zauważyłem u niego zarost. Jego twarz była porośnięta krótką szczeciną, a przecież nie minęła jeszcze druga po południu. Zarost podkreślał jego ostrą szczękę i ładnie kontrastował z permanentnie opaloną, oliwkową cerą, na którą opadały dłuższe pasma ciemnych włosów.

Zwróciło na niego uwagę również kilku moich kumpli, których znałem od lat, bo wspólnie braliśmy udział w rozgrywkach młodzieżowych.

– Skąd oni wytrzasnęli tego gościa?

– Myślałem, że to obóz dla juniorów.

– No raczej, a on wygląda, jakby grał w lidze więziennej.

– Przestańcie – powiedziałem, choć szczerze mówiąc, mieli trochę racji.

Od samego początku było jasne, że Gavin tu nie pasuje. Przede wszystkim przyjechał sam, podczas gdy reszta została przywieziona przez rodziców. Stanowił zagadkę i nikt o nim wcześniej nie słyszał. Ale mnie przyciągnął do niego błysk w oczach, który zdradzał jego prawdziwy wiek. Pod surową skorupą ten facet, czający się przy drzwiach i gotowy do szybkiej ucieczki, wyglądał na zdenerwowanego i kompletnie osamotnionego.

Przeprosiłem znajomych i podszedłem do niego.

– Cześć. Jestem Connor. Pierwszy raz na obozie?

Skinął głową, po czym wyciągnął rękę i powiedział, że nazywa się Gavin Marshal. Ledwo go usłyszałem, bo byłem zbyt skupiony na sposobie, w jaki ściskał moją rękę. Jego dłoń była szorstka i zrogowaciała, ale nie w sposób, do jakiego przywykłem jako hokeista. Odniosłem wrażenie, jakby zgrubienia na skórze były wynikiem pracy z drewnem, a nie treningów na lodzie.

Gavin sprawiał wrażenie kogoś o wiele twardszego, grubiej ciosanego niż typowy szesnastolatek.

Z zainteresowaniem odnotowała to moja świeżo odkryta homoseksualność.

Przełknąłem ślinę, po czym cofnąłem rękę i spojrzałem mu prosto w oczy.

– Niech zgadnę – powiedziałem z uśmiechem. – Uniwersalny rozgrywający, ale często występujący również w roli egzekutora.

Znów skinął głową, a na jego ustach pojawił się lekki uśmieszek.

– A ty grasz na środku.

– Och, daj spokój. – Roześmiałem się. – To aż tak oczywiste?

– Przecież nazywasz się Connor Kennedy – powiedział, mierząc mnie wzrokiem z góry na dół. Kiedy nasze spojrzenia znowu się spotkały, zobaczyłem w jego oczach figlarny błysk. – Aha. – Zrobił minę jak ktoś, kto właśnie coś wygrał. – Myślałeś, że nie wiem, kim jesteś.

Miał rację, co było dowodem mojej własnej naiwności i ignorancji.

Jasne, znałem tutaj wszystkich i wszyscy znali mnie, ale zaskoczyło mnie, że on wiedział, kim jestem, bo przecież wyglądał, jakby pochodził z innego świata.

Wskazał gestem na otaczające nas pomieszczenie, po czym włożył ręce do kieszeni i oparł się o zamknięte drzwi.

– Znam was wszystkich – powiedział. – Miałem długi lot z Alaski i mnóstwo czasu, żeby przestudiować wszystkie nazwiska i pozycje.

Otworzyłem szerzej oczy.

– Alaska! – To wiele wyjaśniało. – Chyba nigdy nie mieliśmy stamtąd zawodnika na obozie.

– Nie mieliście.

Rozejrzałem się, próbując znaleźć kogokolwiek, kto nie wyglądał znajomo.

– Jest tu jeszcze ktoś z waszej juniorskiej ligi?

Zaśmiał się gorzko.

– Tam, skąd pochodzę, nie ma żadnej juniorskiej ligi.

Żadnej ligi? Z ciekawością zmrużyłem oczy.

– To po co tu przyjechałeś?

– Bo miałem do wyboru albo ten obóz, albo kuter rybacki.

GAVIN

Wchodząc na lód na pierwszy trening kadry, widzę, że niewiele się zmieniło od czasów, kiedy byłem nastolatkiem. Connor Kennedy stoi na środku, otoczony kolegami, a ja kręcę się na uboczu, przy bramce. No dobra, nie do końca jestem sam. Jest ze mną Ander Bouchard. Przygląda się pozostałym graczom, którzy wzajemnie się poszturchują i składają gratulacje Connorowi z okazji wyboru na kapitana. Kilku z nich szarpie specjalną naszywkę na jego koszulce treningowej. Nawet z drugiego końca lodowiska widać wyraźnie, że wszyscy biorą udział w grze w podlizywanie się naszemu złotemu chłopcu. Ciekawe, ilu z nich naprawdę go lubi. W lidze krążą plotki, że jego koledzy z drużyny w Chicago mają dość rodzinnego układu ojciec–syn. Uważają to za coś męczącego i niesprawiedliwego.

– Uwielbiam, jak udają, że w ogóle się tego nie spodziewali – mówi Bouchard.

– No – zgadzam się, lekko wzruszając ramionami. – Nawet jeśli jego stary nie zarządza tą imprezą, to i tak muszą wybrać synalka na kapitana.

Bouchard uderza mnie łokciem, porządnie wyściełanym ochraniaczami.

– Mogli wybrać ciebie.

– Jestem zdziwiony, że w ogóle tu trafiłem. Bycie kapitanem to już chyba przesada.

– Powinieneś bardziej w siebie wierzyć. Jesteś najlepszym egzekutorem w lidze. Głupotą byłoby nie powołać cię do kadry.

Spoglądam na niego przez ramię.

– A wygląda na to, żeby w ogóle chcieli mnie wybrać?

Uśmiecha się szeroko.

– A co powiesz o mnie? Jesteśmy tu już dziesięć minut i nikt nas nawet nie zauważył.

– Ależ zauważył – mówię, czując na sobie wzrok naszych nowych kolegów z drużyny, którzy co chwilę rzucają spojrzenia w naszą stronę, jednocześnie krążąc swobodnie po lodzie i witając się ze sobą.

Bouchard się uśmiecha.

– Próbują ocenić, czy wybijesz im zęby, jeśli powiedzą ci „cześć”.

Robię sceptyczną minę, po czym chwytam kij obiema rękami, podnoszę go wysoko i kładę sobie na ramionach, żeby rozciągnąć klatkę piersiową.

– Kusząca perspektywa.

Ale szczerze mówiąc, to nieprawda. Chociaż robię groźne miny, to naprawdę chcę tu być. Tak samo jak naprawdę chciałem brać udział w juniorskim obozie hokejowym tamtego lata. Można by pomyśleć, że przez dziewięć lat coś się zmieniło. W końcu gram w lidze już od siedmiu pełnych sezonów.

Ale nie. Wciąż jestem outsiderem. Outsiderem z Pucharem Stanleya na koncie, ale ciągle outsiderem.

– Hej. – Bouchard znowu daje mi kuksańca w żebra. – Pierdolić ich wszystkich. Wiesz przecież, że są wkurzeni tylko dlatego, że to nasza drużyna jest aktualnym mistrzem. Ale zobaczysz, zmienią zdanie, jak tylko się zorientują, że potrzebują nas bardziej niż my ich.

– No tak. – Opuszczam kij i zaczynam bawić się krążkiem, przerzucając go krótkimi ruchami raz w prawo, raz w lewo.

Na lodowisku pojawia się trener Chris z Chicago Broad Wings, który został wybrany, żeby prowadzić drużynę narodową. Ciekawe, dlaczego właśnie on. Gestem nakazuje mi i Bouchardowi, żebyśmy dołączyli do grupy. Robimy to bez specjalnego pośpiechu.

Powoli suniemy po lodzie, ale żeby oddać nam sprawiedliwość, cały sprzęt, który Bouchard ma na sobie, nie czyni go szybkim łyżwiarzem. Jednak dzięki temu jest skuteczny wtedy, kiedy powinien, czyli przed bramką, gdy wybija krążek.

– Dobra, chłopaki! Widzę, że poznaliście już swojego kapitana. – Trener Chris zawiesza głos i podnosi naszywkę z literą „A”. – Jednak ta literka wciąż szuka swojego właściciela. Ktokolwiek ją dostanie, będzie musiał na nią zapracować.

– W przeciwieństwie do Kennedy’ego – mówi Bouchard pod nosem, tylko do mnie.

Patrzę na niego, tłumiąc śmiech.

Trener Chris kontynuuje:

– Mamy tylko tydzień, żeby nauczyć się ze sobą grać. To niewiele, ale jesteście elitarną grupą zawodników i wierzę, że szybko stworzycie drużynę.

– Nie myślałem, że tak to będzie wyglądać – mówi Bouchard, ale tak cicho, że tylko ja go słyszę. – Nie byłem przygotowany na klub wzajemnej adoracji.

Tym razem nie mogę się powstrzymać i głośno się śmieję.

– Coś się stało? – pyta mnie Connor Kennedy.

Odchrząkuję.

– Nie, nic. – Odwracam się od Connora, patrzę prosto na Boucharda, uśmiecham się i pokazuję mu środkowy palec.

– A to oznacza, że mam dla was kolejne ogłoszenie – mówi trener. – Żeby wzmocnić jedność zespołu, dzisiaj wieczorem redukujemy o połowę liczbę waszych pokojów. Każdy dostanie współlokatora. I nie… – robi pauzę i patrzy wymownie na mnie i Boucharda – nie możecie mieszkać z kimś ze swojej macierzystej drużyny. Musicie ze sobą współpracować. I to jak najszybciej. Więc znajdźcie sobie kogoś nowego.

Wokół rozlega się seria niezadowolonych jęków. Przynajmniej nie tylko ja mam problem z tym pomysłem.

Trener dmucha w gwizdek.

– A teraz… ostrzymy lód, chłopaki.

CONNOR

Trening jest naprawdę morderczy. O wiele gorszy od tego, do czego jestem przyzwyczajony u Chrisa. Myślałem, że będę miał przewagę, bo znam już jego system i ćwiczenia, ale się myliłem. Pokazuje nam, jak tworzyć całkiem nowe ustawienia, i testuje każdą możliwą kombinację zawodników, żeby wzmocnić nasze linie. Potem dmucha w gwizdek i prawie nie dając nam odpoczynku, każe nam się ścigać w zabójczym tempie. Każdy z nas wygląda jak mokra od potu szmata. Nawet nasi dwaj bramkarze poczerwienieli na twarzy. Rozumiem dlaczego – w ciągu ostatnich dziewięćdziesięciu minut obydwaj przyjęli na bramkę przynajmniej setkę strzałów.

Jestem zaskoczony, bo mimo wszystko dobrze się bawię. Naprawdę dobrze. Nawet się uśmiecham, stojąc przy bandzie i czekając, aż trener zagwiżdże ponownie, żeby dać sygnał mojej grupie do szalonego sprintu z jednego końca lodowiska na drugi. Po raz pierwszy w życiu nikt poza trenerem i kolegami z drużyny nie obserwuje mnie na lodzie. Jestem pewien, że ojciec jest wściekły na Chrisa za to, że zażądał zamknięcia sesji treningowej dla publiczności. Dobrze wiedział, co robi. Jak sam wcześniej wspomniał, zanim wyjedziemy do Mediolanu, nie mamy dużo czasu, żeby stać się zgraną drużyną. Obecność postronnych widzów sprawiłaby, że to i tak niełatwe zadanie stałoby się jeszcze trudniejsze.

Więc na razie mogę cieszyć się wolnością. I mogę patrzeć na Gavina, który śmiga po lodzie tak, jakby zależała od tego cała jego kariera. Podczas ćwiczeń prędkościowych zostawia wszystkich daleko w tyle. To jak juniorski obóz hokejowy od nowa. Gavin, szalony chłopak z Alaski, jeździ z furią kolesia, który ma innym coś do udowodnienia. Kwintesencja underdoga, walecznego i zadziornego.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij