-
nowość
Na granicy rzeczywistości - ebook
Na granicy rzeczywistości - ebook
**Nie wszystkie duchy chcą straszyć. Nie wszyscy żywi mówią prawdę. Nie wszystko, co odchodzi, znika. I nie wszystko, co boli, niszczy.** W wigilijną noc rodzice Samanty giną w wypadku, który od początku wydaje się czymś więcej niż tragicznym zrządzeniem losu. Zanim dziewczyna zdąży pogodzić się ze stratą, odkrywa, że stary dwór w Drzewicy skrywa mroczne tajemnice. W jej życiu pojawiają się rodząca się miłość, przyjaźń wystawiona na próbę oraz duch małej dziewczynki, który zamiast budzić lęk, staje się niespodziewanym sprzymierzeńcem. Gdy granica między światem żywych i umarłych zaczyna się zacierać, Samanta musi podjąć decyzje, od których zależy los jej i najbliższych. To poruszająca opowieść o stracie, nadziei i miłości silniejszej niż strach. Historia, która zostaje w sercu na długo.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Powieść |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 446 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
| | | |
+--------------------------+--------------------------+--------------------------+
CIEMNOŚĆ SPOWIJA ŚWIAT JAK MIĘKKI, CIĘŻKI PŁASZCZ. W JEJ OBJĘCIACH WSZYSTKO MILKNIE. GDZIEŚ W TEJ GŁĘBI KTOŚ CZUWA, NIE MOGĄC ZAZNAĆ SNU. JEGO MYŚLI BŁĄDZĄ W NOCNEJ CISZY, KTÓRYCH NIKT INNY NIE SŁYSZY...
1
ŚNIEG I ŁZY
Zaśnieżoną ulicą szła młoda, niespełna dziewiętnastoletnia dziewczyna. Miała na sobie płaszcz sięgający kolan, wokół szyi owinięty niedbale gruby szal, tylko na nogach, zamiast zimowych butów miała bambosze.
Jej długie włosy pokrywały sople lodu, a gorące łzy, płynące bezwiednie jedna za drugą, natychmiast zamarzały na jej policzkach. Była zbyt pusta wewnętrznie i udręczona, by pamiętać o ich ocieraniu.
Szła przed siebie, nie zważając na to, dokąd niosą ją nogi. Było jej wszystko jedno, gdzie idzie i co się z nią stanie. W skrzypieniu śniegu zdawało się słyszeć cichy krok śmierci. Drogę oświetlał jej blady księżyc, który niczym skostniała bryła wisiał na niebie, nie przejmując się wcale jej cierpieniem. Od czasu do czasu spoglądała w dal obojętnymi oczami, przepełnionymi jedynie bólem samotności.
Wyciągnęła przed siebie rękę. Jeden z białych, wirujących ku ziemi, płatków spadł na jej dłoń i rozpłynął się w mgnieniu oka. Zapragnęła też się tak rozpłynąć. Zniknąć. I już nie cierpieć. Świadomość, że to niemożliwe, przytłoczyła ją jeszcze bardziej. Schowała sine i przemarznięte ręce pod płaszcz. Nie była pewna czy jeszcze je czuje. Z trudem mogła zgiąć palce.
Co jakiś czas, w swojej wędrówce donikąd, mijała kamienice. Okna w nich były na tyle nisko, że można było zajrzeć do środka. Zerkała za nie ukradkiem. Za każdą szybą, w blasku kolorowych światełek, widziała szczęśliwych ludzi, zajętych rozmową, oglądaniem prezentów, tuleniem podekscytowanych nowymi zabawkami dzieci. Odwracała szybko głowę. Nie mogła patrzeć. W jej domu, pod choinką, zostały prezenty, które nigdy nie będą otworzone. W jej domu pozostało głuche milczenie, pustka i żal.
Szła i płakała, płakała i szła drogą utkaną z milionów śniegowych płatków. Prowadzona instynktem i tylko, od czasu do czasu, w jej głowie pojawiała się jakaś myśl. Każda bolesna niczym cierń.
Dlaczego moi ukochani rodzice musieli zginąć? Dlaczego akurat ich to spotkało? I dlaczego właśnie dzisiaj? W tak wyjątkową noc?
Koniec z głupim Bożym Narodzeniem - przysięgała w duchu. Koniec ze świętami. Koniec z głupią choinką. Koniec. KONIEC!!!
- Boże, dlaczego mi ich zabrałeś? - zwróciła, pełne żalu, oczy ku niebu, ale nie usłyszała żadnej odpowiedzi.
Zatrzymała się na chwilę przy ścianie, próbując uspokoić oddech. Ból w płucach był nie do zniesienia. Czuła całą sobą jak mroźne powietrze wdziera się do środka, wydając bolesny świst. Odgarnęła sztywne i zimne włosy z czoła i znów ruszyła naprzód.
Tak bardzo żałowała, że nie pojechała z mamą i tatą. Umarłaby i nie musiałaby teraz cierpieć. Tak bardzo nie chciała tutaj być. W tym okropnym świecie. Nie miała już tutaj nic do zrobienia. Wszystko straciło sens. Przestało być ważne. Chciała tylko jednego: dołączyć do ukochanych rodziców.
Przecież jeszcze kilkanaście godzin temu była taka szczęśliwa... Wszyscy byli razem. Rozmowy przeplatał śmiech... Na to wspomnienie fala gorąca przeszyła jej ciało. Świat zaczął wirować. Znów musiała przystanąć. Nie wiedziała jak długo jest na zimnie. Opadała z sił, ale nie chciała wracać do domu. Nie mogła. Unosił się tam zapach sernika upieczonego przez mamę.
Drażniący wszystkie tkanki szloch rozpaczy, co jakiś czas wyrywał się z jej piersi. Przeklinała swój okrutny los nieświadoma, że jej papcie są tak mokre, że ledwie ciągnie je za sobą.
A jeśli nastąpiła pomyłka? Jeśli ktoś bardzo się pomylił? Jeśli rodzice czekają z babcią, w domu i martwią się o mnie?
Babcia!
Jak mogłam o niej zapomnieć, wyjść i zostawić ją samą...
Dziewczyna przystanęła jakby na moment odzyskała świadomość. Rozejrzała się dokoła. Okazało się, że nie jest zbyt blisko domu, ale przynajmniej blisko skrótu. Oceniając po krótce swoje beznadziejne położenie, zawróciła zasypaną śniegiem ścieżką.
Ktoś jej się przyglądał. Ukryty za pniem drzewa stał nieruchomo. Samanta – bo tak miała na imię, była zbyt mocno zatracona w swojej rozpaczy, żeby zauważyć, że nie jest na opustoszałych ulicach sama.
Szła na tyle szybko, na ile była w stanie uciągnąć za sobą nogi. Dobrze, że przymrozek nadał jej papciom lekkiej sztywności. Ostatecznie udało jej się dotrzeć do domu. Przemarzniętą dłonią nacisnęła klamkę i weszła do środka. Zdjęła płaszcz i szal. Bambosze po prostu zrzuciła z nóg. Przyjemne ciepło otuliło jej ciało.
Boso ruszyła szukać babci. Na szczęście wpadła na nią od razu w salonie. Uspokoiła się trochę.
Uważnie rozejrzała się dookoła. Jej wzrok nie zarejestrował obecności rodziców. Posmutniała na myśl, że nie mogło być mowy o pomyłce.
- Dziecino, gdzie byłaś? - Łamiącym się głosem zapytała Łucja. Przy twarzy trzymała przemoczoną od łez chusteczkę.
Samanta opadła na kanapę, tuż obok niej. Miała ogromne wyrzuty sumienia.
- Kochanie, nie było cię tak długo. Nie wiedziałam, co robić. Tak się bałam, że i tobie mogło się coś stać.
- Przepraszam, że zostawiłam cię samą. - Objęła staruszkę. - Po prostu nie mogłam tu zostać. Nie mogłam.... Tak bardzo cię przepraszam...
- Już dobrze, już dobrze... Najważniejsze, że jesteś. Cała i zdrowa.
- Najważniejsze, że ty jesteś cała i zdrowa - chciała jeszcze zostać przy babci, ale odniosła wrażenie, że nie czuje stóp.
- Zaczekasz tutaj na mnie? Muszę iść do łazienki.
- Ale dziecko - Łucja dopiero teraz to zauważyła. - Ty cała dygoczesz. Idź, a ja zaparzę ci coś gorącego.
- Dziękuję, niedługo będę z powrotem.
Kiedy tylko znalazła się w łazience spojrzała w lustro, ale niewiele mogła zobaczyć. Nie pozwalały jej na to opuchnięte oczy. Twarz bardzo ją piekła od łez, które przymarzły na mrozie, a teraz zaczęły odtajać. Przemyła ją wodą i nałożyła trochę tłustego kremu, żeby, przynajmniej trochę, ukoić okropne pieczenie.
Następnie zdjęła mokre i niemiłosiernie zimne skarpetki posykując z bólu.
Nie dały się tak łatwo ściągnąć z odmrożonych nóg. Zanurzając stopy w lodowatej wodzie, na krótką chwilę poczuła ulgę. Na moment wszystko ucichło – nawet myśli. Skóra piekła, jakby miała popękać, a woda zdawała się ją karać i koić jednocześnie. Cisza łazienki była złudna – nie niosła spokoju, tylko zawieszenie. Wpatrzona w stopy niemal zapomniała. Prawie... A potem – jak szarpnięcie, przyszły one. Myśli. Nieproszone, ostre, wracające z siłą rozdzierającą jej wnętrze.
Rodziców już nie ma. Nic ich nie boli... Utonęli w lodowatej wodzie, kiedy ich auto wpadło do rzeki – tak powiedział głos w słuchawce telefonu.
Włożyła stopy w ciepły i suchy ręcznik frotte. Teraz zdecydowanie było lepiej. Poczekała tak chwilę, następnie założyła suche skarpetki i poszła do kuchni.
- Chodź dziecino, napij się. Zrobiłam ci napar z ziół. Mam nadzieję, że pomoże i nie przeziębisz się. Jeszcze by nam tego brakowało. – Łucja była przerażona opłakanym stanem wnuczki.
Samanta usiadła. Objęła kubek z gorącym napojem dłońmi. Wpatrywała się weń jakby chciała tam coś znaleźć. Może odpowiedź. Może sens.. W końcu upiła łyk i cicho zapytała:
- Dlaczego ich to spotkało?
Łucja rozłożyła bezradnie ręce. Po chwili znów uniosła chusteczkę do oczu, drżącą dłonią ocierając łzy.
- Nie wiem kochanie, naprawdę nie wiem.
- Mama miała tyle obaw przed wyjazdem... To nie mógł być wypadek. To wszystko jest nazbyt dziwne.
- Dziwne na pewno, ale przecież wiesz, że twoja mama denerwowała się przed spotkaniem z własną mamą, której nie widziała od wielu lat. Nie mogła przewidywać, że zginie.
- No właśnie!
- Co właśnie?
- A jednak nie żyje! - Samanta wybuchnęła kolejny raz - A ja dowiem się, co było tego powodem, choćby to była ostatnia rzecz, jaką robię w moim życiu!
Z takim postanowieniem pobiegła na górę prosto do swojego pokoju i rzuciła się na łóżko. Głowa ciążyła jej od natłoku myśli. Bolesna prawda z całą swoją siłą dotarła do zablokowanej do tej pory świadomości. Jedno wiedziała na pewno: nigdy się z nią nie pogodzi.
Za oknem szalała zawierucha. Wiatr zawodził żałosną melodią. Samantę otoczyła cisza. Pogrążyła się we własnym świecie żalu i smutku, nie obchodziło ją, co dzieje się dookoła.
Leżała obojętna bardzo długo. Pogoda zmieniła się. Przez szybę wkradła się jasna poświata księżyca. W pokoju panowała cisza, którą zakłócało jedynie tykanie zegarka stojącego na biurku. Oczami spuchniętymi od łez wpatrywała się w okno. Na czystym niebie migotały gwiazdy. Dwie z nich były położone bliżej siebie niż pozostałe.
Może to wy? Moi ukochani? Może wasze dusze zamieniły się w gwiazdy i czuwacie teraz nade mną, tam w górze?
Wyobraziła sobie, że tak właśnie jest. Ta myśl dodała jej otuchy. Sprawiła, że poczuła się odrobinę lepiej. Wpatrzyła się dokładniej w niebo.
Jaka to ironia - myślała. Wszyscy w Wigilię wypatrujemy pierwszej gwiazdy, aby usiąść do wieczerzy, w tym czasie o zmroku zginęli moi rodzice. Teraz ich szukam w gwiazdach w wigilijną noc.
- Jesteście tam, prawda? – wyszeptała cicho.
Zamknęła oczy. Pod przymkniętymi powiekami nie piekły tak mocno. Wtuliła się w kołdrę. Przemarznięte stopy zaczęły się powoli rozgrzewać. Przyjemne ciepło przepłynęło przez jej ciało. Zerkając w dwie położone najbliżej siebie gwiazdy zasnęła wycieńczona.+--------------------------+--------------------------+--------------------------+
| | | |
+--------------------------+--------------------------+--------------------------+
2
W BŁĘKITNEJ MGLE ZOBACZYŁEM CIEBIE...
- Podaj mi jeszcze to wielkie pudło z korytarza – jęknęła Lena.
- Dobrze, że to już ostatnie - marudził Sebastian. - Na dzisiaj mam dosyć.
- Ja też - westchnęła Lena, zaglądając do środka kartonu. - Przeprowadzka na święta... no czyj to był genialny pomysł? – mruknęła z teatralną nutą wyrzutu.
-Wasz?
- Nie, mój drogi. To był pomysł Arka.
- Dziwne, że teraz go nie ma.
- Zawsze wywinie się od najgorszego.
- Jestem zmuszony zgodzić się z tobą - przytaknął.
- Chociaż raz - zaśmiała się i tyle ją widział. - Gdzie ta cholerna porcelana! Przecież musi gdzieś być! - Była już w kuchni i szukała po kolei, w każdej z szafek.
- Kochanie, może nie jest jeszcze wypakowana - Arek pojawił się w drzwiach.
- Przekopaliśmy z Sebastianem cały dom. Nie ma – Lena westchnęła, siadając na krześle i wymachując w jego stronę ścierką. - A tak w ogóle, to gdzie się podziewałeś?
-Yyyy.... w garażu byłem. Zaraz ci pomogę - zawinął rękawy. - Nie denerwuj się tylko.
- Łatwo powiedzieć. W tym bałaganie nic nie da się znaleźć, a pora wieczerzy tuż, tuż.
- Przecież wiesz, że początki zawsze są trudne – powiedział łagodnie. - Musimy po prostu przez to przejść. A poza tym ani ja, ani Sebastian, ani Natalia nie mamy dużych wymagań. Najbardziej zależy nam na tym, żebyś była uśmiechnięta.
Kąciki ust Leny uniosły się lekko do góry. Machnęła ścierką i podniosła się z krzesła. Spojrzała czule na swojego męża.
- A mnie zależy na tym, żebyście mieli pełne brzuchy.
Arek objął żonę.
- Dbasz o nas najlepiej na świecie i dobrze o tym wiesz - szepnął jej do ucha.
- Cieszę się, że to mówisz. Aha! – Zreflektowała się. - Zapomniałabym! Szukaj naszej zastawy!
- No nie - westchnął Arek. - A ty znowu swoje. Auuu.....
Lena zachichotała.
- Uszczypnęłaś mnie w tyłek, nie ujdzie ci to na sucho - ani myślał darować swojej żonie. Złapał ją w pół i zaczął łaskotać, a śmiech rozlał się po całym domu. W tym czasie Sebastian z trzyletnią Natalią na rękach, robili ostatnie poprawki przy choince.
Lena i Arek byli małżeństwem od osiemnastu lat, a często zachowywali się jak nastolatkowie. Tworzyli naprawdę wspaniałą parę. Wszystko dzięki temu, że tak mocno się kochali, ale też stoicki spokój i opanowanie Arka dużo wnosiły do tego związku. Co prawda lubił się wymigiwać od domowych obowiązków, ale szybko miał to wybaczane. Co do Leny, to była bardzo żywiołową kobietą. Zawsze mówiła, co ślina na język przyniesie. Nie potrafiła zapanować nad swoim wybuchowym temperamentem i tylko Arek miał na nią zbawienny wpływ. Uzupełniali się idealnie.
Jeszcze do niedawna mieszkali w bloku. Wszystkie oszczędności przeznaczali na budowę wymarzonego domu na obrzeżach miasta. Tydzień przed Bożym Narodzeniem marzenia nareszcie się spełniły.
Rychła przeprowadzka wprowadziła do ich życia sporo zamieszania. Miało być pięknie. Pierwsze święta w nowym, pachnącym świeżością domu. Porządek i rodzinna atmosfera, wszystko to „na swoim". Arek bardzo się starał, aby znaleźli się w tym miejscu, we właściwym czasie. Rzeczywistość odbiegała dalece od zamierzeń. Połowy rzeczy nie udało się jeszcze wypakować, a wszędzie, gdzie nie spojrzeć, panował bałagan. Sterty ubrań czekały cierpliwie, aż ktoś je poukłada. Niestety, nie było takiej możliwości, ponieważ meble nie dojechały na czas. Trzeba, więc było wszystko omijać, czasem przeskakiwać, a żeby coś znaleźć przegrzebywać przywieziony dobytek w całości. Zwykle pożądana rzecz znajdowała się na samym spodzie. Podobnie było z porcelanową zastawą, bez której Lena nie wyobrażała sobie podania Wigilijnej Wieczerzy. Arek przyjął za cel honoru odnalezienie ich. No i udało się. Po godzinie... Była w pudle, w bagażniku auta. Nikt nie mógł zrozumieć, jakim cudem właśnie tam.
Najważniejsze, że Lenie od razu poprawił się humor, aczkolwiek nie na długo. Kątem oka zobaczyła na korytarzu Sebastiana. Przechodził z opuszczoną głową.
- Chłopaka coś trapi - skomentowała pod nosem, zaciskając rękę na trzonku noża, którym akurat zamierzała pokroić ciasto. - A ja już dobrze wiem, co. To wszystko przez tego padalca.
„Padalec" był jej bratem i biologicznym ojcem Sebastiana. Poza tym, tych dwóch mężczyzn nic nie łączyło. Takiego braku szacunku ze strony siostry dorobił się, dlatego, że od momentu, kiedy zmarła jego żona, czyli od szesnastu lat, nie interesował się ani trochę losem syna. Stosunkowo szybko poukładał swoje życie na nowo u boku innej kobiety, pozbywając się zbędnego balastu, w postaci własnego dziecka.
Lenie nie mieściło się w głowie, że jej brat jest takim draniem. Nie mogła zrozumieć, że nie obchodzi go, czy jego syn jest zdrowy czy chory, że nie przejmuje się tym, czy jest mu dobrze czy źle.
Mimo upływu lat, ani przez chwilę, nie pogodziła się z tym faktem. Był dla niej jak niegojąca się rana. Podświadomie wiedziała, że Sebastian w głębi duszy tęskni i nie zapomniał. Doskonale go rozumiała. Tak było też i teraz, kiedy zobaczyła jego smutną twarz. Jej impulsywna natura wzięła górę nad zdrowym rozsądkiem i złorzeczyła swojemu bratu na tyle, na ile pozwalała jej wyobraźnia. A wyobraźnię miała bardzo bogatą.
- Święta, a ten truteń oczywiście nie pofatygował się, żeby zobaczyć syna - mamrotała pod nosem. - Kiedyś spotka go za to kara. Jestem tego pewna. Na starość zostanie sam, bo jego wypindrowana kochanica zostawi go, kiedy tylko zobaczy pierwsze oznaki starości na jego twarzy. Albo brak gotówki na koncie - dodała i zachichotała triumfalnie.
- Leno, daj spokój – Arek robił, co mógł. - Znowu tam musiałaś skierować swoje myśli?
- Dać spokój?! Zobacz jak chłopakowi jest przykro. Jego ojciec woli zabawiać się ze swoją pudernicą, niż poświęcić trochę czasu własnemu dziecku. Nawet w taki dzień. Będzie smażył się w piekle. - Z oczu biły jej iskry.
- Przecież wiesz, że to niczego nie zmieni. Proszę cię, nie psuj sobie dobrego humoru. Kiedy Sebastian zobaczy twoją kwaśną minę, będzie mu jeszcze bardziej przykro.
- Nie potrafię - oznajmiła smutno. Przeszła do siekania grzybków, a raczej znęcania się nad nimi, złość opanowała ją do reszty.
- Zostawmy złe emocje w kuchni, niech ta pierwsza wieczerza w naszym nowym domu będzie najpiękniejszą ze wszystkich. Niepowtarzalną i wyjątkową. Sebastian na pewno też będzie szczęśliwy widząc ciebie uśmiechniętą.
- Masz rację. Moje nerwy na nic się nie zdadzą. Już nie będę pogarszać sytuacji - obiecała.
Arek stanął za nią i zaczął masować jej kark. Zawsze ją to odprężało.
- Poza tym teraz bawi się z Natalią i już nie ma posępnej miny.
- Świetnie. No, dosyć tych pieszczot - oświadczyła. - Czas zabierać się do ustawiania talerzy na stół. - Nastrój Leny, w mgnieniu oka, zamienił się w pogodny. Tylko ona tak potrafiła.
Arek i Sebastian byli przyzwyczajeni do zmiennych humorów kochanej Leny, a taka scena powtarzała się dokładnie, co rok. A nawet częściej. Ciocia wysyłała swojego brata na tamten świat, albo życzyła mu żeby zgnił jeszcze na Wielkanoc, w Sebastiana imieniny, a także urodziny. Na szczęście Natalia była zbyt mała, by cokolwiek rozumieć.
Wieczerza odbyła się w bardzo przyjaznej atmosferze. Po kolacji i odpakowaniu prezentów Sebastian wykręcił się od wspólnego spędzania czasu potrzebą zaczerpnięcia świeżego powietrza, chociaż tak naprawdę chciał, żeby jego opiekunowie mogli pobyć, sam na sam, ze swoją córeczką.
Wziął ze sobą psa Mikkiego, rasy kundel, i wyszedł. Nawet w najśmielszych snach nie przypuszczał, że będzie to tak pełen wrażeń spacer.
Mikki był bardzo zadowolony z pomysłu swojego pana. Biegał merdając radośnie ogonem i obwąchując wszystko dokoła.
Sebastian przywoływał go od czasu do czasu, jeśli za bardzo się oddalił. Zwykle wracał, jednak nie tym razem. Tak go coś zaciekawiło, że ani myślał wyjść zza zarośli.
Chłopak zawołał kilka razy, ale bezskutecznie. Chcąc nie chcąc musiał pójść po swojego pupila.
- Co ty wyrabiasz Mikki? - Strofował psa, brnąc w śniegu sięgającym mu za kostki. - Dlaczego mnie nie słuchasz? - Próbował przywołać go do porządku. - Chodź tu! - Nakazał wyciągając ręce.
Mikki zrobił to, co potrafił najlepiej - spoglądał na swojego pana najbardziej niewinnym spojrzeniem na świecie. Coś go bardzo ciekawiło i nie miał ochoty wracać. Wahał się i rozważał czy posłuchać. Dopiero, kiedy zobaczył jak jego pan przychyla się i rozsuwa kurtkę w zapraszającym geście, wykonał jeden sus i już był u niego na kolanach. Tylko takich gestów Sebastian nie musiał dwa razy powtarzać. Mikki w dowód wdzięczności za troskę lizał go raz po raz po szyi. Sebastian cały czas musiał go uspokajać. Już miał, z psem za pazuchą, wrócić na ulicę, kiedy w świetle latarni zobaczył kobiecą postać. Bardzo go zaintrygowała. Patrzył, nie mogąc pojąć, dlaczego nie jest w stanie choćby drgnąć. Jakby zmuszała go do tego jakaś siła. Dalej nie rozumiejąc dlaczego, zrobił dwa kroki w tył i schował się za drzewo. Czuł ogromną chęć, aby przyjrzeć się dokładniej dziewczynie idącej chodnikiem w jego kierunku.
- A cóż to za biedna istota? - Szepnął do ucha Mikkiemu. Jego głos nabrał tak czułego tonu, że piesek natychmiast polizał go po policzku.
Sebastian nie mógł oderwać wzroku od dziewczyny. Dziwnie kłuło go w sercu. Nigdy przedtem nie zaznał podobnego odczucia. Przyglądał się jej bardzo uważnie. Miał wrażenie, że kobietę otacza coś niesamowitego... jakby świetlista aura.
Cały czas głaskał psa, w obawie przed tym, żeby jego wierny przyjaciel nie zaczął szczekać. Było to bardzo możliwe, bowiem Mikki, kiedy tylko wyczuł jak jego pan jest nad czymś bardzo skupiony, sam nastawił uszu powarkując ostrzegawczo.
- Nie rób mi tego piesku - szeptał, najbardziej łagodnie do sterczącego uszka, jak tylko potrafił.
Mikki spoglądał na Sebastiana badawczo, bystrymi ślepkami, przekrzywiając łepek, jakby próbował zrozumieć, co do niego mówi. Na szczęście nie zaszczekał.
Jaka ona jest zjawiskowa - myślał - wygląda jakby przybyła z jakiejś baśni. Nie miał pojęcia skąd akurat takie określenie przyszło mu do głowy, ale trudno mu było oprzeć się tej sugestii. Mimo, że nie widział dziewczyny wyraźnie, stał zauroczony i bał się choćby drgnąć, w obawie, że zniknie mu z oczu.
Przybliżającą się do nich Samantę oświetlił blask kolejnej ulicznej latarni. Sebastian miał szansę przyjrzeć się jej dokładniej.
Ale... Skąd tyle smutku na twojej twarzy? I dlaczego na nogach masz ciapcie do chodzenia po domu? Przed chwilą miałem wrażenie, że unosisz się nad ziemią, ale teraz widzę, że z trudem ciągniesz nogę za nogą, tak mocno są przemoczone twoje bambosze... Spotkało cię coś złego i wybiegłaś z domu tak jak stałaś?
Nagle zapragnął dowiedzieć się wszystkiego o napotkanej dziewczynie. Tylko jak? Stał za drzewem jak zamurowany, nie wiedząc, co zrobić. Coś mu mówiło, że nie powinien teraz do niej podchodzić. Mógłby ją przecież przestraszyć. Z drugiej strony bał się, że jeśli zaraz się nie ruszy, ona zniknie za najbliższym rogiem i już jej więcej nie zobaczy. Myślał nerwowo jak powinien postąpić i nawet nie zauważył, że przez swoje zdenerwowanie, zbyt mocno głaszcze Mikkiego. Piesek zaczął wierzgać. Pieszczoty Seby przestały mu się podobać. Tymczasem jego pan trzymał go w żelaznym uścisku.
- Przepraszam przyjacielu - Sebastian poluzował ręce na tyle, by pies poczuł się swobodniej i przestał się wiercić, ale nie za lekko by mu nie uciekł. To byłaby prawdziwa porażka, gdyby właśnie teraz musiał za nim gonić. Kiedy udało mu się uspokoić psa, spojrzał w kierunku ulicy, ale nikogo tam nie zobaczył.
- To niemożliwe. Przecież dopiero tu była - zwrócił się do swojego towarzysza zaniepokojony.
Nie zastanawiając się dłużej wyszedł z ukrycia i podążył w kierunku, gdzie jeszcze przed chwilą widział dziewczynę. Poszedł tą drogą do samego końca, sprawdzając przy okazji każdą boczną uliczkę, ale bezskutecznie. Był coraz bardziej spanikowany.
Gdzie ona się podziała? - Zastanawiał się. Skoro tak szybko zniknęła mi z oczu - dedukował - to może to oznaczać, że mieszka gdzieś blisko. Prawdopodobnie weszła do któregoś z tych domów tylko, którego?
Patrzył na szereg domków jednorodzinnych. Było ich sporo. W następnej uliczce też. Zrozumiał, że tej nocy nic już nie zdziała. Postanowił, że wróci tu następnego wieczoru, może dziewczyna znów wyjdzie na spacer, a jeśli jej nie spotka, będzie przychodził do skutku. Z tym postanowieniem zawrócił w stronę domu.
W głowie miał jeden obraz: piękne, smutne oczy dziewczyny. Widział je tylko przez chwilę, w świetle ulicznej latarni, ale to wystarczyło, żeby bardzo dokładnie je zapamiętał.
Przemarzł do szpiku kości, kiedy stał nieruchomo za drzewem, w śniegu do kostek. Buty też mu przemiękły. Czuł, że ma mokre skarpetki. Nawet Mikki zaczął się trząść. Mocniej zasunął suwak, psiakowi wystawał tylko ciekawski łepek.
Co złego mogło ją spotkać? - Dręczyło go pytanie, kiedy wracał do domu. Patrząc na nią można było zobaczyć tylko jedno wielkie cierpienie. Czy ktoś ją skrzywdził? Czy może spadło na nią jakieś wielkie nieszczęście? Ale dziś? W taką noc?
Sebastian tego nie wiedział. Postanowił jednak, że się dowie. Za wszelką cenę i w najbliższym czasie.
Kiedy tylko przekroczył próg mieszkania zadźwięczało mu w uszach:
- Na miłość boską, gdzieś ty się podziewał?! - W drzwiach przywitała go Lena.
- Przepraszam ciociu, ten mały kundelek - tu wypuścił psa zza kurtki - wywiódł mnie w pole. - Powiedział to z pretensją w głosie, chociaż tak naprawdę był Mikkiemu bardzo wdzięczny.
- Jest już po północy, martwiliśmy się o ciebie - Lena była wzburzona.
- Ciociu, jestem przecież dorosły, co mogło mi się stać? - Bronił się, chociaż wyglądało na to, że brnie w coraz większe tarapaty.
- Dorosły! - Prychnęła. - Mogło ci się przytrafić tysiąc różnych rzeczy! Odchodziliśmy z Arkiem od zmysłów!
Sebastian zerknął przez uchylone drzwi na wuja. Arek siedział spokojnie przed telewizorem i wcale nie wyglądał na kogoś, kto właśnie odchodzi od zmysłów. Na jego kolanach, nakryta kocem, spała Natalka. Obłożona dokoła zabawkami, które jak była przekonana, przyniósł jej Święty Mikołaj.
„Mogło ci się przytrafić tysiąc różnych rzeczy" - zacytował w myślach słowa Leny i uśmiechnął się lekko. Przytrafiła mi się jedna i to bardzo wspaniała. Spotkałem kobietę mojego życia. Jestem tego pewien.
- Mówiłeś coś? - Lena przyjrzała mu się uważniej.
- Nie ciociu, nic nie mówiłem - odparł dosyć tajemniczo, zbyt tajemniczo jak na gust Leny. Wyraz jej twarzy wskazywał na to, że ma zamiar dalej drążyć, ale przypomniało jej się, że w pierwszej kolejności musi zadbać o to, by nie zachorował.
- Jak ty wyglądasz, jesteś cały przemoczony - powróciła do strofowania. - Rozbieraj się szybko, zaparzę ci coś gorącego, żebyś się nie przeziębił.
Posłusznie zdjął kurtkę i buty. Robiąc mokre ciapy na podłodze poszedł do łazienki. Doprowadziwszy się do ładu podreptał do kuchni. Zioła czekały gotowe do wypicia. Nie miał ochoty brać tego świństwa do ust, ale też nie miałby odwagi sprzeciwić się cioci, wiedząc, w jakim jest nastroju.
- Wypij póki gorące - nakazała.
- Muszę?
- Musisz.
- Już się robi. A co to jest? - Zapytał trzymając filiżankę przy nosie, aromat nie był zachęcający.
- To jest akurat mało ważne. Masz to po prostu wypić do dna, o ile nie chcesz spędzić świąt w łóżku.
- Oczywiście, że nie - przytaknął. Miał przecież przed sobą misję, która wymagała spędzenia prawdopodobnie wielu godzin na dworze, a ciepło nie było. Popatrzył na Mikkiego oczekując odrobiny zrozumienia, ale piesek leżał na swoim posłaniu nie okazawszy mu nawet krztyny współczucia. Westchnął i wziął łyk, a potem skrzywił się mocno.
- Bleeee.....
- Nie marudź tylko pij!
- Leno, twoje mikstury umarłego postawiłyby na nogi.
- Umarłych zostaw w spokoju i wypij to wreszcie, bo wystygnie - chciała być jeszcze surowa, ale uśmiech stopniowo rozjaśniał jej twarz.+--------------------------+--------------------------+--------------------------+
| | | |
+--------------------------+--------------------------+--------------------------+
4
LAURA I PARSZYWE ŻYCIE
Dokładnie dwadzieścia jeden lat temu, nad samym ranem rozległ się jęk pani Józefy. Zaczęły się bóle porodowe. Maleńka Laura, jako piąte dziecko w rodzinie, torowała sobie drogę na świat.
Józefa nie była młodą kobietą. Za mąż wyszła dość późno. Być może przez całe swoje życie trwałaby w staropanieństwie, gdyby nie to, że mieszkała na wsi. Rodzice zeswatali ją z pewnym kawalerem, który tak jak ona nie grzeszył urodą, ani rozumem. Poza tym stosunkowo często zaglądał do kieliszka. Po ślubie robił to jeszcze częściej.
Życie „młodych" małżonków dalekie było od rodzinnej sielanki. Józefa przeprowadziła się do ubogiej chaty męża. Tadeusz uważał, że skoro weszła w nowe progi, powinna od początku wiedzieć, kto w domu rządzi. Zazwyczaj okazywał to ostrym słowem, ale po wypiciu paru „głębszych", również czynem. A, że często pił, to i bił, z czasem prawie codziennie.
Tylko raz się poskarżyła. Nie zobaczyła jednak w oczach ojca, ani matki - co tym bardziej ją zaskoczyło, krztyny współczucia. Bardzo wyraźnie pokazali jej natomiast, gdzie jest miejsce żony. I właśnie tam kazali jej się wynosić. Do męża, którego sobie wybrała. Chciała przypomnieć swoim rodzicom, że to oni jej go wybrali, ale wiedziała, że tylko pogorszy swoją sytuację. Nie mając innego wyjścia, wróciła. To był pierwszy i ostatni raz, kiedy się komuś pożaliła.
Została sama jak palec ze swoimi małżeńskimi problemami. Nie miała przyjaciół, a do rodziców droga została zamknięta. Po każdej kolejnej awanturze płakała za stodołą, w samotności. Z biegiem czasu przyzwyczaiła się i nawet łzy przestały płynąć z jej oczu.
Jej mąż małżeński obowiązek spełniał prawie każdego wieczoru, a ona nie miała prawa się sprzeciwiać, toteż dość szybko pojawiło się pierwsze dziecko. Na początku ciąży zdarzało jej się pogłaskać brzuch i nawet przemówić czule do maleństwa, które tam było. Choć nie za często. W ciąży nie czuła się najlepiej, a obowiązków miała, co nie miara. Mąż często był poza domem, gdyż chodził do ludzi dorabiać. Kiedy go nie było Józefa czuła, że żyje, nawet wtedy, kiedy musiała wykonywać męskie prace. Niestety wracał. Już od progu rozpoczynał wypominanie żonie, jak mocno musi na nią harować, nie pamiętał tylko, że wszystko, co zarobił, przepijał.
Józefa musiała oprzątać zwierzęta, pracować w polu, rąbać drzewo, a do tego ugotować obiad na czas. Bieda w ich domu piszczała w każdym kącie. Po kryjomu przed mężem szyła nocami ubranka dla dziecka, z czego tylko się dało.
Wkrótce na świat przyszedł chłopiec. Maleńka kruszynka. Spoglądał na świat maleńkimi oczkami, jakby w poszukiwaniu wzroku matki. Józefa patrzyła na dziecko ze zdumieniem. Jakoś inaczej to wszystko sobie wyobrażała. Niby jak ma się zajmować takim małym „czymś"? Nie wiedziała. Nie było też nikogo obok niej, kto mógłby ją tego nauczyć.
- No i?- burknął Tadeusz głupawo, kiedy przyjechał zobaczyć swojego pierworodnego.
- Syn - wyszeptała. Zaakcentowała to słowo. Podświadomie czuła, że mąż będzie bardziej dumny z tego, że spłodził syna. W tym słowie była też nadzieja na lepsze traktowanie. Nawet w najśmielszych wyobrażeniach nie spodziewałaby się, jak bardzo się myli.
- Taaa... - rozdziawiał usta Tadeusz, patrząc na małą buźkę.
O lepszym traktowaniu Józefa mogła zapomnieć.
Życie płynęło nadal. Tadeusz jeszcze więcej zaglądał do kieliszka, właściwie nie trzeźwiał, a Józefie przybyło jeszcze więcej obowiązków.
Upłynęło kilka następnych lat, na świat przyszło trzech kolejnych chłopców. Józefa nie miała dla dzieci zbyt wiele czasu. Tadeusz traktował je gorzej niż źle. Bił za nic i popychał. Nie ostrzegał, kiedy podchodziły zbyt blisko gorącego pieca, czy stawiku za stodołą. Było mu obojętne, co się z nimi stanie.
Józefa nie chciała mieć już więcej dzieci. Styrana życiem i bardzo zaniedbana, mocno podupadła na zdrowiu. Nie pamiętała, kiedy ostatnio trzymała w ręku grzebień, nawet nie wiedziała, czy ma taki przedmiot w posiadaniu, a w lusterko nie odważyłaby się spojrzeć. Kiedy mijała je w sieni odwracała głowę.
Tadeusz czuł się jednak na siłach, by spłodzić kolejne dziecko. Ten poród Józefa niemal przypłaciła życiem. Urodziła w domu, nie zdążyła do szpitala. Długie dni spędziła w gorączce, majacząc w łóżku. Tadeusz złorzeczył, że wszystko na jego głowie, kiedy to ona wyleguje się jak królowa. Mamrotał pod nosem, że ciągle rodzi po nocach, jakby już dnia nie było na takie sprawy. Tylko on tak uważał, ale cóż Józefa miała w tej kwestii do powiedzenia.
Sytuacja była ciężka. I tu nareszcie ojciec Józefy nie wytrzymał i utarł Tadziowi nosa. Na jakiś czas poskutkowało. Nawet zupę, ugotowaną przez matkę Józefy, przynosił żonie do łóżka. Kobieta zastanawiała się, skąd w jej mężu taka przemiana. Nie wiedziała, że przez cały czas, jest pod baczną obserwacją.
Płacz dziecka bardzo drażnił Tadeusza. Do tego jeszcze czwórka chłopców, którymi musiał się zajmować. Było to dla niego nie do zniesienia. Został uwięziony we własnym domu, musiał pomagać i jeszcze teść nad głową. Czuł się bardzo tym wszystkim pokrzywdzony i pozbawiony poczucia męskości, na szczęście miał ukryte zapasy alkoholu na czarną godzinę, która według niego, właśnie teraz wybiła.
Do ich domu przychodziła pielęgniarka, którą opłacała opieka społeczna, aby pomóc przy pielęgnacji dziecka. Kiedy pewnego popołudnia kąpała maleńką Laurę, Józefa gorzej się poczuła. Położna poprosiła Tadeusza, aby potrzymał małą, a sama pobiegła do chorej.
Tadeusz trzymał dziecko w sztywnych rękach. Dziewucha - myślał z obrzydzeniem. Rozejrzał się po izbie. Byli tu w trójkę, nie licząc dziecka. Właściwie nikt na mnie nie patrzy - zastanowił się przez chwilę. Spojrzał na małą. Nie żywił do niej żadnych ciepłych uczuć. To była dla niego jedynie przeszkoda. Zanurzył ją trochę głębiej, a potem jeszcze głębiej, aż w końcu buzia dziecka znalazła się pod wodą. Zamknął oczy, żeby nie patrzeć.
- Tadeusz!!! - Józefa wrzasnęła z całych sił. Akurat była w pozycji siedzącej, wszystko widząc. Położna stała odwrócona tyłem, ale na wrzask Józefy zareagowała natychmiast. Odskoczyła od chorej i w mgnieniu oka przechwyciła maleństwo.
Dziecku nic się nie stało. Na szczęście nie było długo pod wodą.
- Daj mi je! - Józefa, która ledwie mogła się poruszyć, nagle nabrała sił. Józefa, która bała się własnego męża jak ognia, nagle nabrała odwagi. Józefa, która nie chciała ani jednego dziecka więcej, gotowa była bronić swoją córeczkę, niczym lwica.
Tadeusz opuścił izbę dosadnie zamykając za sobą drzwi.
Pielęgniarka podała maleństwo matce.
- Nie chciałam cię, ale i ty nie prosiłaś się na ten świat - szeptała maleńkiej Laurze drżącym jeszcze głosem do ucha. - Ten łotr wiele mi zabrał, ale nie pozwolę, żeby cię skrzywdził. Następnie popatrzyła przerażona na położną. Nie wiedziała, co teraz będzie.
- Józiu - pielęgniarka uspokoiła ją. - Nie musisz się bać. To, co tu zaszło, zostanie między nami - zapewniła. - Dosyć masz już na głowie i wystarczająco się nacierpisz. - Przemawiała łagodnie.
Józefa nie ufała nikomu i nie była tego taka pewna, ale skinęła głową, mając nadzieję, że kobieta mówi szczerze. Było jej obojętne, co się stanie z jej mężem, ale bała się o dzieci. Dlatego byłoby najlepiej, gdyby położna dotrzymała słowa.
Lata mijały szybko. Dzieci rosły, a wraz z nimi bieda w domu Józefy. Życie było coraz droższe i coraz trudniejsze. Synowie szybko poszli w ślady ojca, na Laurę spadł obowiązek zajmowania się mamą, która zachorowała na nieuleczalną chorobę. Dziewczyna miała dopiero trzynaście lat, kiedy usłyszała diagnozę lekarza informującą, że Józefa ma raka kości. Nie umiała sobie wyobrazić, co będzie dalej z ich życiem.
Tadeusz pewnego razu nie wrócił do domu. Nikt się tym zbytnio nie zmartwił. To nie był pierwszy raz. Następnego dnia też nie przyszedł. Odnalazł się dopiero po sześciu. Jego martwe ciało znajdowało się w stawie. Utonął, kiedy pijany, jak zwykle, wracał do domu. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Oznaczało to koniec awantur.
Choroba Józefy postępowała, a nie wszystkie lekarstwa były refundowane. Coraz częściej krzyczała z bólu. Nieraz tak głośno, że Laura musiała zatykać uszy. Było to nie do wytrzymania. Nie wiedziała jak pomóc chorej mamie, żeby, choć trochę, ulżyć jej w cierpieniu. Przypadek sprawił, że ratunek nadszedł sam.
Pewnego razu, kiedy jechała rowerem do sklepu, tuż przy niej przyhamowało czarne luksusowe volvo. Wysiadł z niego przystojny, zadbany mężczyzna. Chwilę porozmawiali, po czym wyjął pokaźny plik banknotów. Pozwolił go nawet potrzymać Laurze w dłoni. Obiecał, że będą należały do niej, jeśli tylko sprawi, żeby mógł poczuć odrobinę ciepła i bliskości kobiety. Laura miała wtedy piętnaście lat i nie do końca rozumiała, o czym ów przemiły mężczyzna mówi. Zwyciężyła chęć posiadania pieniędzy. Zgodziła się. Pojechali w miejsce, gdzie nikt nie mógł ich zobaczyć. Szybko okazało się, że Laura myślała o zupełnie innym rodzaju ciepła, niż poznany mężczyzna oczekiwał. Nie mniej stało się. Ze łzami w oczach, ustami zaciśniętymi w kreskę i plikiem pieniędzy w ręku wróciła do domu prowadząc rower. Zbyt mocno bolało ją krocze, by była w stanie jechać. Starczyło na spory zapas lekarstw przeciwbólowych i nawet na kilka nowych ciuchów. Spokój na twarzy mamy, która nareszcie po otrzymaniu zbawiennej dawki leku, przestała krzyczeć, był, w ocenie Laury, tego wart. Zaczęła regularnie spotykać się z mężczyzną z czarnego volvo. Dbał o nią i o to, by nie zaszła w ciążę, a także w bezwzględny sposób wprowadził w świat dorosłych.
Po niespełna roku wyjechał na zawsze. Laura nie wiedziała do końca, co czuje poza smutkiem. Jej młoda jeszcze psychika została skrzywiona na całe życie. W jej głowie rodził się powoli odmienny obraz mężczyzny. To był rodzaj samca, który potrafi jedynie wykorzystać kobietę. Taki był jej ojciec. Taki sam był poznany przypadkowo mężczyzna.+--------------------------+--------------------------+--------------------------+
| | | |
+--------------------------+--------------------------+--------------------------+
5
CODZIENNIE PROSZĘ: BĄDŹ! ALE TY ROZPŁYNĘŁAŚ SIĘ W MROKU...
Sebastian, w swoim pokoju, snuł się z kąta w kąt. W głowie mu się nie mieściło, jak to możliwe, by w tak małym miasteczku jak Tomaszów Mazowiecki, nie mógł natrafić na żaden ślad cudnej dziewczyny napotkanej w wigilijną noc.
Od tamtego czasu uparcie i konsekwentnie przemierzał, co wieczór, ulice mając nadzieję, że znów zobaczy swoją Wędrowniczkę - tak ją na razie postanowił nazywać, dopóki oczywiście nie pozna jej imienia. Całkiem oszalał na punkcie dziewczyny. Od momentu, kiedy ją zobaczył, jego życie wywróciło się do góry nogami. Robił, co mógł, żeby jeszcze ją spotkać. Był pewien, że od razu by ją rozpoznał. Spędzał w okolicach parku każdą wolną chwilę. I nic. Obiekt jego westchnień zapadł się pod ziemię.
Różne myśli kłębiły się w jego głowie. W tym całym natłoku przedzierało się, od czasu do czasu, zwątpienie. Niepokoił go fakt, że nigdzie nie może na nią natrafić, od tak długiego czasu. Zakładał, że gdzieś tutaj mieszka. A skoro tak, to przecież musi wychodzić z domu, chociażby raz na jakiś czas. Choćby po to, żeby pójść do szkoły lub pracy, albo do sklepu.
Nie dopuszczał myśli, że była tylko kogoś odwiedzić, i że nie prędko zawita w te strony. Wolał od razu wykluczyć taką ewentualność.
Co, jak co, ale na razie musiał myśleć pozytywnie.
Ciągle miał jej obraz przed oczami. Nieziemsko piękna, jakby nieobecna, zjawiskowa - tak ją zapamiętał. Zachodził też w głowę, co złego mogło ją spotkać tamtego wieczoru.
Bywało, że bał się, iż zobaczył piękną postać nie z tego świata, która pojawia się raz na jakiś czas, albo tylko w wigilijną noc, a potem znika, w sobie tylko znanym świecie.
Nie, co za bzdury! - Denerwował się zawsze po takich sugestiach swojego umysłu. Postać pojawiająca się raz do roku w wigilijną noc, błądząca po ulicach w przemoczonych ciapciach - uśmiechnął się z czułością. Musi ją odnaleźć i, prędzej czy później, mu się to uda.
Któż wychodzi z domu późną nocą i snuje się po mieście? - Rozmyślał. Tylko ktoś podobny do mnie. Ona musi mieszkać niedaleko. Po prostu MUSI.
Mijały kolejne dni i nic.