Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Na granicy zaufania. Część 2. - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 marca 2026
49,99
4999 pkt
punktów Virtualo

Na granicy zaufania. Część 2. - ebook

Kontynuacja "Na granicy zaufania. Część I: Blackleigh." W części drugiej Aurelia wraca do Phymoon, by odzyskać kontrolę nad własnym życiem. Chce naprawić to, co zepsuł Oliver. Poukładać to, co się posypało. I przestać myśleć o Nathanie. Ale ten i tak wraca do jej życia powoli, najpierw przez wiadomości, potem przez obecność, której Aurelia przestaje się opierać. Gdy w końcu stawia jej ultimatum, musi zdecydować, czy jest gotowa na coś więcej niż ucieczkę. Tymczasem Oliver wciąż czai się w pobliżu, pozostając realnym zagrożeniem. Liliana i Zofia zmagają się z własnymi demonami, a Dean nie cofnie się przed niczym, by oczyścić swoje nazwisko w starciu z burmistrzem. Każdy ma do stoczenia własną walkę - Aurelia już wie, że najtrudniejsza jest ta z samą sobą.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788395289040
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1

Aurelia

Spa­ko­wa­łam się i spoj­rza­łam na dom babci – te­raz mój. Ga­nek, ogród, na­wet stara bramka – wszystko się zmie­niło. Ale naj­bar­dziej my. On i ja. Kiedy przy­je­cha­łam tu pierw­szy raz, Zo­fia po­wie­działa, że dom się ob­ra­ził. Że nie chce mnie wpu­ścić. Te­raz, po wszyst­kim, mia­łam wra­że­nie, że wła­śnie mnie że­gna. Że de­li­kat­nie wy­py­cha mnie za próg.

Cze­kała na mnie praca w Phy­moon. I mu­sia­łam to przy­znać – cią­gnęło mnie tam. Serce za­drżało mi na myśl o po­wro­cie. Bra­ko­wało mi co­dzien­nej dawki ludz­kich hi­sto­rii, twa­rzy i opo­wie­ści. Każdy czło­wiek, każda mi­jana osoba nio­sła ze sobą świat, który cze­kał, by go od­kryć.

Wy­obra­ża­łam so­bie już te wszyst­kie twa­rze, które spo­tkam, a któ­rych tak dawno nie wi­dzia­łam – te zmę­czone, ra­do­sne, zde­ner­wo­wane, każdą z nich o uni­kal­nej hi­sto­rii do opo­wie­dze­nia. My­śli o po­wro­cie do zna­jo­mego oto­cze­nia, do biurka wy­peł­nio­nego pa­pie­rami, do Li­liany cze­ka­ją­cej co­dzien­nie rano z pli­kiem wy­dru­ko­wa­nych do­ku­men­tów, do kon­sul­ta­cji z Blanką i in­for­ma­cji, które prze­każe mi po tych trzech ty­go­dniach za­stęp­stwa – to wszystko na­pa­wało mnie cie­płem. Już nie mo­głam się do­cze­kać, kiedy znów po­czuję za­pach kawy pa­rzo­nej w eks­pre­sie i usły­szę gwar roz­mów pły­nący z ko­ry­ta­rza.

Z za­my­śle­nia wy­rwał mnie klak­son bia­łego żuczka. A Lili, jak to ona – wy­pa­dła ze środka ni­czym wi­chura, nio­sąc ze sobą ener­gię i ra­dość. Za­nim zdą­ży­łam wstać, już pa­ko­wała moje wa­lizki do auta.

Rzu­ci­łam ostat­nie spoj­rze­nie na dom i ru­szy­ły­śmy w drogę.

Li­liana wbiła pierw­szy bieg, a w gło­śni­kach roz­brzmiał Led Astray Thun­dera Jack­sona. Znała tę pio­senkę na pa­mięć. Śpie­wała gło­śno, za­wra­ca­jąc na środku drogi. Gdy prze­jeż­dża­ły­śmy koło domu Na­thana, po­czu­łam silne ukłu­cie żalu i przez chwilę wil­goć w oczach. Na­sza hi­sto­ria mo­gła się po­to­czyć w piękny spo­sób, ale nie­stety każde z nas ma swoje ży­cie w in­nym miej­scu. Nie bę­dzie nam dane za­kosz­to­wać wspól­nej przy­szło­ści.

Je­cha­ły­śmy tą samą ulicą, którą kie­dyś wra­ca­łam do domu w desz­czu, za­nim pod­wiózł mnie Na­than. Mi­nę­ły­śmy bar, w któ­rym dał mi ten nie­szczę­sny pier­ścio­nek. Spoj­rza­łam na niego, ba­wiąc się nim. Chwilę póź­niej zo­ba­czy­łam sklep chło­paka – przed wej­ściem pan Wil­liams usta­wiał wiel­kie do­nice.

Li­liana je­chała da­lej, jakby nie było czasu na po­że­gna­nia ani miej­sca na sen­ty­menty. Spoj­rza­łam w lu­sterko wsteczne. Ob­ser­wo­wa­łam, jak ostat­nie trzy ty­go­dnie mo­jego ży­cia zo­stają tu na za­wsze. Łzy na­pły­nęły mi do oczu, choć pod nimi tliła się ra­dość. Chyba na­prawdę osią­gnę­łam to, po co przy­je­cha­łam. Wy­re­mon­to­wa­łam dom. Za­czę­łam od nowa wie­rzyć w sie­bie. Zre­wi­do­wa­łam, komu i czemu daję za­ufa­nie. Za­wsze wie­dzia­łam, że po­tra­fię czy­tać lu­dzi, ale cza­sem los pod­rzuca ko­goś, kto prze­te­stuje te umie­jęt­no­ści do gra­nic. Tak było z Oli­ve­rem. Nie za­dzwo­nił. Nie na­pi­sał. Na­wet nie pró­bo­wał się ze mną skon­tak­to­wać. To mó­wiło wszystko. Gdyby mu za­le­żało, zro­biłby do­kład­nie to, co Li­liana.

Wła­śnie dla­tego tak bar­dzo do­ce­ni­łam to miej­sce. Blac­kle­igh wcią­gnęło mnie w sie­bie. Tego mi było trzeba. Nie my­śla­łam o pracy. Nie my­śla­łam o Oli­ve­rze. Nie tę­sk­ni­łam. Do­piero te­raz, kiedy je opusz­cza­łam, po­czu­łam, jak coś we mnie prze­sko­czyło. Jakby ktoś wci­snął we­wnętrzny prze­łącz­nik.

Klik.

My­ślami już by­łam w Phy­moon.

Po­dróż mi­jała szybko. Li­liana opo­wia­dała żarty, śpie­wała pio­senki, a ja sta­ra­łam się chło­nąć każdy mo­ment z nią.

W końcu do­tar­ły­śmy do na­szego miesz­ka­nia. Wnio­sły­śmy wa­lizki, a gdy prze­kro­czy­łam próg, ude­rzył mnie za­pach świeżo upie­czo­nego cia­sta. Spoj­rza­łam na Li­lianę, która z pro­mien­nym uśmie­chem na twa­rzy od razu ru­szyła w stronę kuchni.

Pa­trzy­łam, jak myje ręce, sięga po nóż i kroi cia­sto mar­chew­kowe. Pie­cze je tylko na spe­cjalne oka­zje – w prze­ci­wień­stwie do Zo­fii, która ro­biła ta­kie dla Na­thana za­wzię­cie co ty­dzień.

Po chwili po­de­szła do mnie z dwoma ta­le­rzami de­seru i po­dała mi je­den. Gdy go ode­bra­łam, stuk­nęła swoim ta­le­rzem o mój, jak­by­śmy wzno­siły to­ast.

– Za twój po­wrót na chatę! – po­wie­działa z ra­do­ścią i po­cią­gnęła mnie za rękę przez kuch­nię do otwar­tego sa­lonu.

Na­sze miesz­ka­nie miało „prze­korny układ”, jakby ktoś wszystko roz­pla­no­wał na opak, ale z ja­kie­goś po­wodu to dzia­łało. Po wej­ściu tra­fiało się do wą­skiego przed­po­koju, który pro­wa­dził w dwie strony.

Po le­wej była wspólna ła­zienka – wiecz­nie pach­nąca ja­kimś no­wym że­lem Li­liany. Po pra­wej otwie­rała się kuch­nia z wy­spą, która słu­żyła nam za wszystko: bar, stół, prze­strzeń ro­bo­czą, punkt awa­ryj­nych na­rad.

Pod oknem i przy jed­nej ze ścian cią­gnął się blat, na któ­rym zwy­kle wa­lały się ła­do­warki, ra­chunki i moje kubki po ka­wie. Nie w zmy­warce, tylko po­roz­sta­wiane po ca­łym miesz­ka­niu – na pa­ra­pe­tach, stole, cza­sem na szafce obok eks­presu. Te­raz jed­nak było czy­sto. Li­liana od za­wsze pró­bo­wała ogar­niać ten mój ba­ła­gan, ale do­piero moja trzy­ty­go­dniowa nie­obec­ność dała jej na to re­alną szansę.

Sa­lon był od­dzie­lony od przed­po­koju ścianą, można było do­stać się do niego tylko przez kuch­nię. Moja matka bła­gała, że­by­śmy ją wy­bu­rzyły. Mó­wiła, że ten układ kie­dyś do­pro­wa­dzi ją do szału. Że trzeba „otwo­rzyć prze­strzeń”. Zo­sta­wi­ły­śmy, jak było. Z prze­kory.

Ka­napa w sa­lo­nie w kształ­cie li­tery L słu­żyła do wszyst­kiego: oglą­da­nia se­riali, drze­mek, roz­k­min nad pu­deł­kiem lo­dów. Le­żały na niej po­duszki w et­niczne wzory i lniany koc w ko­lo­rze bu­tel­ko­wej zie­leni, a obok stał ni­ski sto­lik z su­ro­wego drewna. Na nim zwy­kle le­żały paczka chu­s­te­czek, świeca i oczy­wi­ście pu­ste, brudne kubki.

Po­kój Li­liany znaj­do­wał się przy kuchni. Dzięki temu miała naj­krót­szą drogę do eks­presu i lo­dówki, co wy­ko­rzy­sty­wała przy każ­dej moż­li­wej oka­zji. Jej drzwi pra­wie ni­gdy nie były za­mknięte, a zza fra­mugi wy­sta­wała mon­stera, któ­rej nada­wała imię w za­leż­no­ści od hu­moru.

Mój po­kój był po dru­giej stro­nie. Da­lej od kuchni i da­lej od Li­liany, co bar­dzo mi od­po­wia­dało. Mia­łam na­wet wła­sną ła­zienkę, tak do­brze ukrytą, że więk­szość lu­dzi nie miała w ogóle po­ję­cia, że ist­nieje.

W ca­łym miesz­ka­niu pró­bo­wa­ły­śmy trzy­mać się stylu boho – dużo tka­nin, drewno, su­szone trawy, neu­tralne ko­lory. Ale Li­liana miała sła­bość do ko­lo­ro­wych do­dat­ków. Cza­sem wszystko psuły. Cza­sem ro­biły kli­mat. Nie było per­fek­cyj­nie. Ale było po na­szemu. I to wy­star­czało. Nic się tu nie zmie­niło. Tylko ja wró­ci­łam inna.

Sia­dły­śmy wy­mę­czone na ka­na­pie i w mil­cze­niu roz­ko­szo­wa­ły­śmy się sma­kiem cia­sta. Ro­zej­rza­łam się, ale wi­dok rze­czy, które Oli­ver zo­sta­wił w miesz­ka­niu, na­tych­miast ze­psuł mi hu­mor. Czy zro­bił to ce­lowo? I dla­czego nie kon­tak­to­wał się z Li­lianą ani w spra­wie ich od­bioru, ani w żad­nej in­nej?

– Tro­chę czasu mi­nęło, od­kąd wy­je­cha­łam. Tyle się wy­da­rzyło…

– Tak, wiem – od­po­wie­działa Lili, prze­ły­ka­jąc kęs cia­sta. Spoj­rzała na mnie z nutą nie­pew­no­ści, a wi­dząc mój wzrok sku­piony na jego oku­la­rach, prze­czu­wała, co za chwilę po­wiem.

– Chcia­ła­bym po­roz­ma­wiać o Oli­ve­rze.

– Au­re­lia…

– Już to prze­tra­wi­łam – za­pew­ni­łam ją szybko, za­nim zdą­żyła się spiąć. Po­ło­ży­łam dłoń na jej ra­mie­niu, żeby do­dać jej otu­chy. – Wiem, że to nie­ła­twa roz­mowa także dla cie­bie, ale mu­simy ją od­być. Czy Oli­ver od­zy­wał się do cie­bie po moim wy­jeź­dzie?

– Nie. Ani sło­wem. – Po­krę­ciła głową.

– A co z firmą? Czy ktoś się do­my­ślił, co się stało?

– Na szczę­ście nie. Pil­no­wa­łam wszyst­kiego jak trzeba. – Wes­tchnęła prze­cią­gle. – Na­wet je­śli Blanka coś za­uwa­żyła, to wy­daje mi się, że trzyma się z da­leka. Jest zbyt lo­jalna wo­bec cie­bie, żeby wty­kać nos tam, gdzie nie po­winna.

Po­ki­wa­łam głową. Uspo­ka­jało mnie, że mimo ca­łego na­pię­cia nic się nie po­gor­szyło. Po­pa­trzy­łam w smutne oczy przy­ja­ciółki. Też wiele prze­szła. A ja na­wet o niej nie po­my­śla­łam.

– A co z twoją mamą? Jak się czuje?

– Na szczę­ście jej stan się nie po­gor­szył. Ale też się nie po­pra­wił. – Głos jej za­drżał, bo pew­nie cią­gle miała w so­bie świeże emo­cje. – Na­dal po­trze­buje ca­ło­do­bo­wej opieki, ale sta­ram się da­wać so­bie radę.

Chwy­ci­łam ją za rękę.

– Lili, wiesz, że mo­żesz za­wsze na mnie li­czyć, prawda? Mogę ci po­móc z opieką nad mamą, z pracą, z pie­niędzmi…

Pod­nio­sła na mnie wzrok pe­łen łez.

– Dzię­kuję, Ari. To bar­dzo miłe z two­jej strony… i… i wiele dla mnie zna­czy. Na­prawdę. – Za­wa­hała się. – Wiem, że je­ste­śmy bli­sko i… czu­łam, że cię za­wio­dłam. Że po­win­nam była po­wie­dzieć ci wszystko wcze­śniej.

Z każ­dym sło­wem mó­wiła ci­szej. Za­ci­skała dło­nie, uni­kała mo­jego wzroku. W po­ło­wie zda­nia prze­rwała, prze­łknęła ślinę, pró­bu­jąc się opa­no­wać, ale nie zdą­żyła i łzy po­pły­nęły jej po po­licz­kach, jedna za drugą. Przy­cią­gnę­łam ją do sie­bie i mocno przy­tu­li­łam.

– Nie mu­sisz nic mó­wić. Je­stem tu, Lili.

Po­ki­wała głową, wciąż we mnie wtu­lona, jej łzy ka­pały gdzieś mię­dzy sło­wami, mo­cząc przy oka­zji mój swe­ter.

– Wiem. I ty też, Ari, mo­żesz na mnie li­czyć. Za­wsze. – Uśmiech­nęła się smutno przez łzy i prze­tarła oczy dło­nią, roz­ma­zu­jąc tusz po po­ło­wie twa­rzy. – No do­bra. – Od­su­nęła się ode mnie i przy­wdziała swoją do­brze znaną, sztuczną, uśmiech­niętą ma­skę. – Kończmy z tymi smu­ta­sami!

Się­gnęła po chu­s­teczki, za­częła wy­cie­rać twarz, mru­cząc pod no­sem prze­kleń­stwa, kiedy zo­ba­czyła na niej czarne smugi. Po chwili roz­sia­dła się wy­god­nie na ka­na­pie, uda­jąc wy­lu­zo­waną.

– Opo­wia­daj. Wszystko. Chcę wie­dzieć, co się działo pod­czas two­jego urlopu.

– Oczy­wi­ście! Masz tyle do nad­ro­bie­nia… – Prze­wró­ci­łam oczami.

I tak przy kub­kach z her­batą, reszt­kach cia­sta i kocu zsu­nię­tym na pod­łogę opo­wie­dzia­łam jej bar­dziej szcze­gó­łowo o tym, co wy­da­rzyło się w Blac­kle­igh. O re­mon­tach. O Na­tha­nie. O Zo­fii i na­wet o na­szej dziw­nej sy­tu­acji z bur­mi­strzem. A po­tem to ja za­czę­łam wy­py­ty­wać ją o wszystko, co działo się tu­taj. Nie było tych no­wo­ści dużo, zda­wała mi re­la­cje na bie­żąco, więc czu­łam się przy­go­to­wana na to, co przy­nie­sie ju­tro.

***

Dru­giego dnia obu­dzi­łam się wy­jąt­kowo wcze­śnie. Naj­wy­raź­niej pod­czas po­bytu u babci roz­re­gu­lo­wał mi się ze­gar bio­lo­giczny. Prze­cią­gnę­łam się w łóżku i od razu po­czu­łam ból w karku – mu­sia­łam źle spać. A wła­ści­wie… po pro­stu źle spa­łam. Bu­dzi­łam się co chwilę, prze­wra­ca­łam z boku na bok, nie mo­gąc zna­leźć so­bie miej­sca. Sama już nie wiem, czy to przez to, że za­wsze tak tu spa­łam, czy przez to, co działo się w mo­jej gło­wie.

Za­sta­na­wia­łam się nad Zo­fią. Jak się czuje? Czy Dean na­prawdę się nią zaj­muje, tak jak obie­cał? Po­pro­szę go dziś o ad­res. Chcę ją od­wie­dzić po pracy. Do­brze by­łoby zo­ba­czyć zna­jome twa­rze.

Szkoda tylko, że nie wszyst­kie.

Szkoda, że nie jego.

Po­my­śla­łam o Na­tha­nie. O jego zre­zy­gno­wa­nym spoj­rze­niu, gdy od­cho­dzi­łam. Czu­łam się jak świ­nia. Po pro­stu. Ode­szłam, bo dzie­liła nas od­le­głość. Bo na­sze ży­cia nie da­wały nam szansy, żeby na­prawdę spró­bo­wać. A jed­nak… czu­łam, że gdyby nie to, mo­głoby się udać.

On się zmie­nił. W sto­sunku do mnie za­cho­wy­wał się ina­czej – był cie­pły, uważny, czuły. Wy­star­czyło spoj­rzeć, jak trak­to­wał in­nych, a jak mnie. To nie była sub­telna róż­nica – to było wręcz po­ra­ża­jące. Nie dało się zi­gno­ro­wać tego, jak bar­dzo mnie po­cią­gał. Nie tylko fi­zycz­nie. Jego obec­ność coś we mnie po­ru­szała. A te słowa, któ­rymi wy­ra­żał, jak bar­dzo mnie uwiel­bia… wciąż grały mi w gło­wie. Jak ulu­biona me­lo­dia, któ­rej nie po­tra­fi­łam wy­łą­czyć. Był cier­pliwy. Cze­kał na każdy mój krok. A gdy w końcu go zro­bi­łam, to przyj­mo­wał wszystko z taką ra­do­ścią, jakby cie­szył się sa­mym fak­tem, że się od­wa­ży­łam. Od­da­wał dwa razy wię­cej, niż do­sta­wał.

Moi ro­dzice przez więk­szość czasu byli osobno. Tata – wiecz­nie w roz­jaz­dach. Mama – na miej­scu, po­chło­nięta firmą. Ale za­nim ich ży­cie za­częło się dzie­lić mię­dzy dwa światy, zdą­żyli zbu­do­wać coś na­prawdę moc­nego.

Mama jako młoda dziew­czyna jeź­dziła z tatą po świe­cie. Zwie­dzili ka­wał globu, za­nim wró­cili do kraju, a ona za­jęła się ro­dzin­nym biz­ne­sem. Znali się na­prawdę do­brze. Byli part­ne­rami, przy­ja­ciółmi, parą z prze­szło­ścią.

Cza­sem prze­glą­da­łam ich stare zdję­cia z po­dróży: pu­sty­nie, dżun­gle, świą­ty­nie, ru­iny. Za­wsze uśmiech­nięci, mło­dzi, za­ko­chani. Jakby cały świat ist­niał po to, żeby go ra­zem od­kry­wać.

A my z Na­tha­nem? Jedno zdję­cie. Kilka wspo­mnień.

Za mało, by bu­do­wać dom. Ale w sam raz, żeby tę­sk­nić.

Wes­tchnę­łam ciężko i się­gnę­łam po te­le­fon, żeby na­pi­sać do De­ana z prośbą o ad­res. Po­tem wsta­łam, żeby przy­go­to­wać się do pracy. We­szłam pod prysz­nic, a póź­niej sta­łam przed szafą do­bre kilka mi­nut, za­nim pod­ję­łam de­cy­zję.

Naj­pierw wło­ży­łam kol­czugę, czyli ko­ron­kowy gor­set w ko­lo­rze śliw­ko­wego wina, z de­li­kat­nymi ha­ftami i mięk­kim, do­pa­so­wa­nym pa­sem do poń­czoch. Lu­bi­łam to uczu­cie: tka­nina przy­le­ga­jąca do skóry, lek­kie na­pię­cie ma­te­riału, cien­kie pa­ski na udach. De­tale, które przy­po­mi­nały mi, że wszystko mam pod kon­trolą.

Po­tem przy­szedł czas na zbroję – moją ulu­bioną lnianą su­kienkę w ko­lo­rze bu­tel­ko­wej zie­leni. Z de­kol­tem w li­terę V, lekko pod­kre­śloną ta­lią i roz­cię­ciem z boku, do­da­wała mi lek­ko­ści. Niby pro­sta, ale za­wsze ro­biła wra­że­nie. Za­kła­da­łam ją, kiedy po­trze­bo­wa­łam przy­po­mnieć so­bie, że po­tra­fię być silna, ko­bieca i nie do ru­sze­nia.

By­łam go­towa na pod­bój świata. Albo przy­naj­mniej wła­snego biura.

– Przy­po­mnij mi dziś, pro­szę, że­bym za­dzwo­niła do Marka. Chcę w końcu ru­szyć z tą całą sy­tu­acją – po­wie­dzia­łam do Li­liany, sma­ru­jąc usta kar­me­lową po­madką, gdy je­cha­ły­śmy do pracy.

– Ja­sne – od­parła, zer­ka­jąc w tylne lu­sterko, lekko je po­pra­wiła.

– I chcia­ła­bym też spa­ko­wać dzi­siaj wszyst­kie rze­czy, które Oli­ver zo­sta­wił w na­szym miesz­ka­niu.

– Bar­dzo do­bry po­mysł. Nie ru­sza­łam ich, bo wy­da­wało mi się, że to nie ja po­win­nam to ro­bić.

Spoj­rza­łam na nią z unie­sio­nymi brwiami.

– Nie że­bym chciała zrzu­cić to na cie­bie! – za­śmiała się, wi­dząc moją minę. – Po pro­stu… mo­żesz je ze­brać, wrzu­cić do ko­sza przy molo, po­lać ben­zyną i ce­re­mo­nial­nie spa­lić, że­gna­jąc się z prze­szło­ścią.

Uśmiech­nę­łam się na tę myśl. To było to­tal­nie w stylu Zo­fii. I szcze­rze mó­wiąc, cał­kiem nie­zły po­mysł.

Gdy do­tar­ły­śmy do pracy, po wyj­ściu z windy przy­wi­tały nas brawa i gwizdy.

– Wró­ciła! W końcu! – Sta­żystka, któ­rej po­ma­ga­łam się za­akli­ma­ty­zo­wać, kla­snęła en­tu­zja­stycz­nie.

– Boże, jak tę­sk­ni­li­śmy! – za­wo­łała Mia, re­cep­cjo­nistka z na­szego pię­tra, i rzu­ciła się w moje ra­miona. Pach­niała jak za­wsze zbyt in­ten­syw­nie, czymś kwia­to­wym.

– Se­rio, nie mo­żesz ro­bić so­bie nor­mal­nych, ty­go­dnio­wych urlo­pów jak czło­wiek? – Usły­sza­łam zna­jomy głos zza rogu. To była Flora z działu praw­nego. – Tylko raz na pięć lat i od razu na mie­siąc? Nie rób tak wię­cej – do­dała, przy­tu­la­jąc mnie mocno.

Jack z mar­ke­tingu wrę­czył mi pa­pie­rowy ku­bek z bą­bel­ko­wym pły­nem i krzyk­nął:

– Wznie­śmy to­ast za po­wrót na­szej sze­fo­wej!

Wszy­scy pod­nie­śli kubki. Ja też. To była zwy­kła ga­zo­wana woda, ale sma­ko­wała za­ska­ku­jąco do­brze. Uśmiech­nę­łam się i po­dzię­ko­wa­łam im za po­wi­ta­nie. Wzru­szyli mnie. Bar­dziej, niż się spo­dzie­wa­łam.

– Chodź, mu­simy po­waż­nie po­roz­ma­wiać – po­wie­działa Blanka, która po­ja­wiła się zni­kąd tuż obok mnie.

Ujęła mnie za ło­kieć i ru­szyła w stronę biura, nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź.

Po­czu­łam się nie­swojo. Może pod­czas mo­jej nie­obec­no­ści wy­da­rzyło się coś, o czym nie po­wie­działa Li­lia­nie? Zer­k­nę­łam ukrad­kiem na przy­ja­ciółkę, ale ta tylko wzru­szyła ra­mio­nami.

– Brzmisz, jak­byś miała mi wrę­czyć wy­po­wie­dze­nie – rzu­ci­łam pół­żar­tem, żeby nie wyjść na spiętą.

Za­mknęła drzwi i sta­nęła na­prze­ciw mnie, pa­trząc mi pro­sto w oczy.

– Do­brze, Au­re­lio. Wy­tłu­macz się – po­wie­działa, krzy­żu­jąc ra­miona. – Li­liana twier­dzi, że wzię­łaś urlop, żeby za­jąć się do­mem po babci. Ale ja jej nie wie­rzę. Coś tu nie gra. – Rzu­ciła Li­lia­nie szyb­kie, kry­tyczne spoj­rze­nie.

– Ale to prawda – od­po­wie­dzia­łam spo­koj­nie, sta­ra­jąc się utrzy­mać z nią kon­takt wzro­kowy. Kła­ma­nie ni­gdy nie było moją mocną stroną. – Po­trze­bo­wa­łam tro­chę czasu dla sie­bie.

– Nie ściem­niaj mi. Wi­dzia­łam, co się z tobą działo przed wy­jaz­dem. By­łaś przy­bita, wy­koń­czona. Jakby coś cię roz­sa­dzało od środka. I te­raz na­gle wszystko pięk­nie wy­re­mon­to­wane, do­mek go­towy, ty jak nowa? Nie ku­puję tego ani tro­chę. Coś się wy­da­rzyło. Coś, co spra­wiło, że znik­nę­łaś z dnia na dzień.

Przez chwilę tylko na nią pa­trzy­łam. Nie chcia­łam jej okła­my­wać. Przy­się­gam. Ale nie by­łam go­towa po­wie­dzieć prawdy. Nie mia­łam jesz­cze planu ani na­wet słów, które mo­głyby to wszystko unieść.

W końcu wes­tchnę­łam ci­cho.

– Blanka… pro­szę, nie drąż tego te­matu. Na­prawdę nie czuję się na si­łach, żeby o tym roz­ma­wiać.

Wy­raz twa­rzy Blanki się zmie­nił. Spoj­rzała na mnie z tro­ską, marsz­cząc brwi.

– Spo­koj­nie, Au­re­lio. Nie będę cię do ni­czego zmu­szać – po­wie­działa, pod­cho­dząc bli­żej. Jej usta wy­gięły się w uprzej­mym uśmie­chu, który zu­peł­nie nie pa­so­wał do tonu. – Ale obie­caj, że jak kie­dyś wresz­cie zde­cy­du­jesz się zrzu­cić z sie­bie ten dra­mat, to przyj­dziesz do mnie. Uwiel­biam słu­chać o cu­dzych ży­cio­wych ka­ta­stro­fach.

Chwy­ciła mnie za przed­ra­miona i lekko je ści­snęła. Z czu­ło­ścią tak te­atralną, że aż zro­biło mi się dziw­nie.

– Dzięki. – Uśmiech­nę­łam się blado, wdzięczna, że nie mu­sia­łam jej okła­my­wać.

Za­trzy­ma­łam się tylko na pół­praw­dach. I cie­szy­łam się, że zo­sta­wiła mi prze­strzeń. Na­wet je­śli zro­biła to w swoim stylu.

Chwilę póź­niej roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi. Wszyst­kie jed­no­cze­śnie od­wró­ci­ły­śmy się w tamtą stronę.

– Cześć, ko­cha­nie – po­wie­dział wy­soki bru­net o sta­lo­wo­nie­bie­skich oczach, wcho­dząc do środka z uśmie­chem i bu­kie­tem nie­bie­skich róż w dło­niach.Roz­dział 2

Aurelia

– Oli­ver! Jak miło cię wi­dzieć! I ten bu­kiet. Prze­piękny! – za­wo­łała Blanka, od razu po­pra­wia­jąc de­kolt i wy­gi­na­jąc się lekko w stronę męż­czy­zny. Po­tem od­wró­ciła się do mnie i szep­nęła te­atral­nie: – Ale z cie­bie szczę­ściara!

– Strasz­nie się stę­sk­ni­łem za moją pe­rełką – po­wie­dział Oli­ver, uśmie­cha­jąc się sztucz­nie w stronę Blanki. Po­tem zwró­cił się w moją stronę i z tym sa­mym uśmie­chem, któ­rym ku­pił mnie za pierw­szym ra­zem, rzu­cił: – Te kwiaty od razu sko­ja­rzyły mi się z two­imi tę­czów­kami. Do­kład­nie ten sam od­cień.

Zro­bił krok w moim kie­runku.

Ja – dwa w tył.

Za­uwa­żył to.

– Prze­pra­szam, że tak na­gle wpa­dłem, ale nie mo­głem się już do­cze­kać, żeby cię zo­ba­czyć.

– O co cho­dzi? – za­py­tała Blanka, wi­dząc, że wy­co­fuję się w stronę swo­jego biurka.

Li­liana zła­pała ją za rękę i de­li­kat­nie wy­cią­gnęła z biura.

– To chyba nie na­sza sprawa. Chyba czas, że­by­śmy już wy­szły – po­wie­działa, za­trzy­mu­jąc się w drzwiach i rzu­ca­jąc mi zna­czące spoj­rze­nie. – Chyba że chcesz, że­bym zo­stała?

Po­krę­ci­łam prze­cząco głową. Czu­łam, że je­śli za­raz nie wyjdą, Blanka za­cznie coś po­dej­rze­wać. Choć prawdę mó­wiąc, pew­nie już wszystko po­łą­czyła. Była zbyt by­stra, by nie wi­dzieć, że coś jest nie tak. Poza tym… by­łam go­towa na kon­fron­ta­cję.

– Nie, dzię­kuję. Chcę po­roz­ma­wiać z Oli­ve­rem na osob­no­ści. Przy­go­tuj­cie, pro­szę, spra­woz­da­nie z ostat­niego mie­siąca. Za chwilę je omó­wimy.

Blanka rzu­ciła okiem na mnie, po­tem prze­nio­sła wzrok na bu­kiet kwia­tów w rę­kach Oli­vera, a na końcu na moje biurko. Zmru­żyła oczy. Po­dą­ży­łam za jej spoj­rze­niem. Na bla­cie, tuż obok mnie, le­żała teczka z na­pi­sem „Spra­woz­da­nie”.

Cho­lera.

– Okej. Daj znać, kiedy mamy przyjść – po­wie­działa ostroż­nie, na­dal mnie ob­ser­wu­jąc.

Ki­wa­łam głową z uda­waną pew­no­ścią, czu­jąc w środku ulgę. Wy­szła ra­zem z Li­lianą.

Usia­dłam po­woli przy biurku i cze­ka­łam, aż ten drań w końcu coś po­wie. Pa­trzy­łam na niego i czu­łam, jak we mnie wzbiera bu­rza emo­cji. Gniew, smu­tek, żal – wszyst­kie kłę­biły się tuż pod po­wierzch­nią, go­towe eks­plo­do­wać. Ale za­ci­snę­łam zęby. Pa­no­wa­łam nad sobą. Nie dam mu sa­tys­fak­cji. Nie zo­ba­czy mnie roz­kle­jo­nej.

Przy­glą­da­łam mu się i z roz­cza­ro­wa­niem stwier­dzi­łam, że na­sze roz­sta­nie ni­czego w nim nie zmie­niło. Wciąż wy­glą­dał obłęd­nie do­brze.

Miał na so­bie białą ko­szulę, lekko roz­piętą pod szyją, z pod­wi­nię­tymi rę­ka­wami. Spodnie gar­ni­tu­rowe opi­nały się na jego udach tak, że nie dało się nie za­uwa­żyć, że od na­szego roz­sta­nia nie próż­no­wał. Może tre­no­wał wię­cej? Może chciał coś udo­wod­nić? A może po pro­stu wciąż na mnie tak mocno dzia­łał?

Włosy miał w lek­kim nie­ła­dzie jak za­wsze, od kiedy się do­wie­dział, że wła­śnie tak lu­bi­łam naj­bar­dziej. Nie te jego per­fek­cyj­nie ucze­sane wer­sje, tylko to kon­tro­lo­wane roz­czo­chra­nie.

Ale to jego oczy mnie za­trzy­mały. Do­piero te­raz to do mnie do­tarło! W od­po­wied­nim świe­tle Oli­ver mógł przy­po­mi­nać Na­thana – ta­kie same ciemne włosy, taki sam, zbyt pewny sie­bie uśmiech. Ale oczy… Oczy były zu­peł­nie inne.

Na­than miał w spoj­rze­niu cie­pło, na­wet gdy był wście­kły.

Oli­ver? Tylko błę­kitne ostrze. Prze­szy­wa­jące, czujne, jakby cały czas szu­kał sła­bych punk­tów.

Spię­łam się, gdy zo­ba­czy­łam, że pod­cho­dzi do mnie po­woli. Odło­żył róże na biurko, tuż obok teczki, i usiadł na jego kra­wę­dzi swo­bod­nie. Spoj­rza­łam na niego z dołu, a moje krze­sło na­gle prze­stało być wy­godne. Po­ru­szał się ostroż­nie. Pod­cho­dził do mnie jak do dzi­kiego zwie­rzę­cia. Może fak­tycz­nie tak mnie trak­to­wał?

– Gdzie by­łaś, skar­bie? Mar­twi­łem się.

Mar­twił się? Ja­sne. Chyba tylko o sie­bie. Wy­glą­dał na szcze­rego, ale nie da­wa­łam się już na­brać na jego słod­kie słowa. By­łam ostrożna. Pa­mię­ta­łam zbyt do­brze wszystko, co mi zro­bił. Wy­ko­rzy­sta­nie przy­ja­ciółki, kłam­stwa, zdrada – te rze­czy wciąż we mnie sie­działy. Głę­boko.

– Nie twój in­te­res.

– Nie? – Uniósł brew i wy­glą­dał na na­prawdę za­sko­czo­nego.

– Nie.

– Kotku, dla­czego tak mó­wisz?

Spoj­rza­łam na niego z nie­do­wie­rza­niem. Na­prawdę to po­wie­dział? Przez chwilę za­sta­na­wia­łam się, czy so­bie ze mnie nie żar­tuje.

Sie­dział spo­koj­nie, lekko po­chy­lony w moją stronę, sku­piony tylko na mnie. Zmarszczka na czole mo­gła su­ge­ro­wać tro­skę. Za­trzy­mał wzrok na mo­jej twa­rzy… zbyt długo na ustach. I znowu – mój ra­dar szwan­ko­wał. Cała jego mowa ciała krzy­czała: „Za­leży mi! Mar­twię się! Cier­pię rów­nie mocno jak ty!”.

– Wiem, co zro­bi­łeś – po­wie­dzia­łam w końcu. Nie było już sensu owi­jać w ba­wełnę.

– Co zro­bi­łem? – za­py­tał ci­cho, nie­mal po­kor­nie. Niby go­tów przy­jąć na sie­bie całe zło świata, byle tylko mnie wy­słu­chać.

To mnie roz­stro­iło. Ale trzy­ma­łam się swo­jej roli. Jesz­cze.

– Nie uda­waj głu­piego. Wiem o ukry­tym fol­de­rze.

– O czym ty mó­wisz? – Wy­glą­dał na na­prawdę za­sko­czo­nego. Brzmiał tak, jakby nie miał po­ję­cia, o co cho­dzi.

– Oszczędź mi tych kłamstw! – wy­bu­chłam. Ze­rwa­łam się z miej­sca, a krze­sło z hu­kiem po­le­ciało do tyłu. Zbli­ży­łam się do Oli­vera, nie­mal wcho­dząc mu w prze­strzeń oso­bi­stą. Zni­ży­łam głos.

– Wiem wszystko o tym, co zro­bi­łeś z Li­lianą. Wiem, jak ją wy­ko­rzy­sta­łeś. Jak zmu­si­łeś ją do prze­ka­za­nia po­uf­nych da­nych firmy.

– Ko­cha­nie, ja­kich da­nych?

Za­mar­łam. Przez chwilę tylko pa­trzy­łam mu w oczy. Udaje. Wie­dzia­łam, co wi­dzia­łam. Wi­dzia­łam fol­der. Li­liana się przy­znała. A on nie miał po­ję­cia, że wiem. Nie dam się zma­ni­pu­lo­wać.

Za­wsze roz­bra­jał mnie tym to­nem. Nie­win­nym spoj­rze­niem, po­zor­nym zdzi­wie­niem. Kła­mał gładko. Mie­szał pół­prawdy z fak­tami. Wcho­dził pod skórę, za­nim zdą­ży­łam się zo­rien­to­wać, że coś jest nie tak.

Ale nie tym ra­zem.

Mu­sia­łam się opa­no­wać. Je­śli chcia­łam ro­ze­grać to do­brze, nie mo­głam dać się po­nieść. Wzię­łam głę­boki wdech, do­kład­nie tak jak uczył mnie Na­than. Uspo­ko­iłam my­śli i po­woli usia­dłam z po­wro­tem. Wy­dech i ko­lejny wdech. Opar­łam się wy­god­nie, za­ło­ży­łam nogę na nogę i ob­ję­łam ko­lano obiema dłońmi. Ma­sko­wa­łam stres. Po­zy­cja pół­otwarta. Nie oka­zy­wa­łam za­ufa­nia, ale nie by­łam też za­mknięta.

– Opo­wie­działa mi wszystko – oświad­czy­łam spo­koj­nym gło­sem.

– Ko­cha­nie… ona kła­mie. Nie wiem dla­czego, co ma na celu, może chce nas roz…

– Nie kła­mie – prze­rwa­łam mu w pół zda­nia. – Wi­dzia­łam wia­do­mo­ści, które jej wy­sła­łeś. Wi­dzia­łam do­wody. Wiem wszystko.

Brzmia­łam pew­nie, choć tro­chę na­cią­ga­łam fakty. Nie wi­dzia­łam żad­nych wia­do­mo­ści. Ani do­wo­dów. Ale on o tym nie wie­dział. I to za­częło dzia­łać. Wi­dzia­łam, jak ze sobą wal­czy. Jego ma­ska za­czy­nała pę­kać. I z dziką sa­tys­fak­cją ob­ser­wo­wa­łam ten je­den mo­ment. Mo­ment, w któ­rym się pod­dał.

– Do­brze – po­wie­dział w końcu zre­zy­gno­wany. – Masz ra­cję. To prawda. Po­peł­ni­łem błąd.

– Błąd? To nie był błąd! To było ce­lowe dzia­ła­nie. – Ode­rwa­łam plecy od opar­cia krze­sła, zmru­ży­łam oczy i prze­chy­li­łam się w jego stronę, wska­zu­jąc go pal­cem. – Z pre­me­dy­ta­cją znisz­czy­łeś na­szą re­la­cję, zdra­dzi­łeś moje za­ufa­nie, wcią­gną­łeś w to moją naj­lep­szą przy­ja­ciółkę i chcia­łeś znisz­czyć wszystko to, na co pra­co­wa­łam przez całe ży­cie. – Prak­tycz­nie wark­nę­łam trzy ostat­nie słowa.

– Prze­pra­szam, Au­re­lio. Nie chcia­łem cię skrzyw­dzić. Prze­cież wiesz, ile dla mnie zna­czysz – wy­znał, po­chy­la­jąc się w moją stronę i pró­bu­jąc zła­pać moje dło­nie.

Na ten wi­dok od­su­nę­łam się gwał­tow­nie. Z sze­roko otwar­tymi oczami i ustami wsta­łam z krze­sła i cof­nę­łam się do okna, chcąc zna­leźć się jak naj­da­lej od niego. Ja­sne świa­tło pa­dało na jego twarz, pod­kre­śla­jąc błę­kit oczu.

– A co z tym, że od­cho­dzisz? – za­py­ta­łam zło­śli­wie. – Wtedy mó­wi­łeś, że od­cho­dzisz.

– By­łem wście­kły. Nie bra­łaś tego na se­rio, prawda?

– Trza­sną­łeś drzwiami. Brzmiało po­waż­nie.

– Emo­cje, Au­re­lio. Każdy cza­sem prze­sa­dza.

– Ja­sne. Jak wtedy, gdy po­wie­dzia­łeś, że je­stem żar­tem? Że in­tu­icja mnie za­wio­dła, że nic nie po­tra­fię?

– Ko­ciaku… Ty prze­cież też nie by­łaś święta, pa­mię­tasz? W na­szej re­la­cji zda­rzały się trudne mo­menty rów­nież z two­jej strony, ale nie ro­bi­łem z tego afery. Bo dla mnie li­czyło się tylko to, że cię ko­cham. – Wes­tchnął ciężko, uda­jąc, że cały świat osiadł mu na bar­kach. Wstał i ru­szył w moją stronę. – Po pro­stu… nie roz­dra­pujmy tego już, do­brze? Wiem, że zje­ba­łem. Ale przy­sze­dłem, bo chcę to na­pra­wić. Bo cho­ler­nie za tobą tę­sk­ni­łem.

Mi­nę­łam go, od­wró­ci­łam się i opar­łam o biurko, jed­no­cze­śnie ści­ska­jąc blat. Pal­cami po omacku szu­ka­łam przy­ci­sku pod spodem. Mu­sia­łam wy­glą­dać na spo­kojną. Jakby nic się nie działo. Jak­bym wła­śnie nie wzy­wała po­mocy.

– Mia­łem wtedy ciężki dzień – pod­szedł bli­żej – i się na to­bie wy­ła­do­wa­łem. Prze­pra­szam.

Za­trzy­mał się tuż przede mną. Moje nogi zna­la­zły się mię­dzy jego. Pu­łapka. Serce mi przy­spie­szyło. Wci­snę­łam gu­zik raz, drugi, trzeci – nic. Nikt nie przy­cho­dził.

Zim­nymi pal­cami chwy­cił mnie za pod­bró­dek, uniósł moją głowę. Już nie pa­trzy­łam na niego spod byka – pa­trzy­łam mu pro­sto w oczy. Chyba wy­da­wało mu się, że wła­śnie wy­grał. Że wszystko znów ucho­dziło mu na su­cho. Puls dud­nił mi w uszach. Strach i gniew mie­szały się w brzu­chu, a jego per­fumy, które kie­dyś ko­cha­łam, te­raz otu­lały mnie jak cia­sna klatka. Jego wzrok zje­chał na moje usta. Po­chy­lił się, ewi­dent­nie pró­bu­jąc mnie po­ca­ło­wać.

W jed­nej se­kun­dzie za­lała mnie wście­kłość. Ode­pchnę­łam go tak mocno, że aż za­to­czył się do tyłu.

– Co ty ro­bisz?! – wrza­snę­łam, co­fa­jąc się gwał­tow­nie. – Nie do­ty­kaj mnie! Ni­gdy wię­cej nie będę twoja!

Ru­szy­łam w stronę drzwi, ale on ru­szył za mną, wolno, z obłą­kaną pew­no­ścią sie­bie.

– Nie mów tak. – Jego głos ob­ni­żył się nie­mal do szeptu, aż ciarki prze­szły mi po ple­cach. – Je­stem go­tów zro­bić wszystko, żeby cię od­zy­skać. Za­wsze bę­dziesz dla mnie wszyst­kim… i nie od­pusz­czę. Ni­gdy.

Za­nim do­tar­łam do klamki, drzwi otwo­rzyły się gwał­tow­nie. Dwóch męż­czyzn w ciem­nych gar­ni­tu­rach we­szło do środka szyb­kim, zsyn­chro­ni­zo­wa­nym kro­kiem. Je­den z nich na­tych­miast chwy­cił Oli­vera za ra­mię i ode­pchnął go w tył, drugi sta­nął przede mną, osła­nia­jąc mnie ca­łym cia­łem.

– Pro­szę się cof­nąć – po­wie­dział ochro­niarz ostrym to­nem.

– Co, do cho­lery…? – Oli­ver po­pa­trzył zdzi­wiony naj­pierw na mnie, po­tem na męż­czy­znę obok. – Au­re­lia, co ty ro­bisz? Na­prawdę ich we­zwa­łaś?!

Za­czął się szar­pać, ale ochro­niarz, który stał przy mnie, w dal­szym ciągu mnie osła­niał. Sły­sza­łam od­głosy sza­mo­ta­niny, od­bi­ja­jące się echem od ścian. Oli­ver jesz­cze coś krzy­czał, ale z każdą se­kundą jego głos sta­wał się co­raz bar­dziej od­le­gły, aż w końcu znik­nął zu­peł­nie. Drzwi się za­mknęły.

Męż­czy­zna od­wró­cił się w moją stronę.

– Zro­bił pani coś? – za­py­tał twardo, pa­trząc mi w oczy. – Po­trze­buje pani po­mocy? Ka­retki? Ko­goś za­wia­do­mić?

Za­miast od­po­wie­dzieć, po­krę­ci­łam głową. Za­ci­snę­łam ręce na piersi, pró­bu­jąc się nie roz­paść. Marne za­bez­pie­cze­nie przed tym, co się wła­śnie wy­da­rzyło. Za­mknę­łam oczy.

– Gdzie ona jest?! – Do­biegł mnie krzyk Li­liany, za­nim zo­ba­czy­łam, jak wpada do po­koju. – O Boże… ko­chana… – Po­de­szła na­tych­miast, gdy ochro­niarz od­sło­nił mnie jej oczom.

Ob­jęła mnie mocno. I to wy­star­czyło, żeby całe ci­śnie­nie ze­szło ze mnie w jed­nej chwili. Wcią­gnę­łam głę­boko po­wie­trze, aż do bólu w płu­cach, i przy­trzy­ma­łam, by za­trzy­mać cały ten chaos. Ro­biąc wy­dech, po­czu­łam, że po­woli wra­cam do sie­bie. Otwo­rzy­łam oczy.

Ochro­niarz na­dal bacz­nie mi się przy­glą­dał.

– Wszystko w po­rządku. Już do­brze. Dzię­kuję za po­moc – po­wie­dzia­łam, wy­pusz­cza­jąc Li­lianę z uści­sku. Od­su­nę­łam się lekko i po­pra­wi­łam ubra­nie.

– Za­blo­ku­jemy temu czło­wie­kowi do­stęp do bu­dynku. Już ni­gdy go pani tu nie zo­ba­czy – oznaj­mił spo­koj­nie, pro­fe­sjo­nal­nym to­nem.

Zdzi­wi­łam się, że nie ko­ja­rzę jego twa­rzy. Wy­da­wało mi się, że znam wszyst­kich w wie­żowcu – więk­szość za­trud­nia­łam oso­bi­ście – a jego nie pa­mię­ta­łam w ogóle. Przyj­rza­łam mu się uważ­niej. Był ode mnie dużo wyż­szy, do­brze zbu­do­wany, z ogo­loną głową i lek­kim za­ro­stem. Przy­po­mi­nał Ja­sona Sta­thama, co w tym mo­men­cie wy­dało mi się ab­sur­dal­nie za­bawne.

– Dzię­kuję… – za­wa­ha­łam się. – Przy­po­mnij mi, jak się na­zy­wasz.

– Ja­son Col­ton, pro­szę pani – od­parł z lek­kim ukło­nem i ru­szył w stronę drzwi.

Uśmiech­nę­łam się pod no­sem. Ja­son. Na­prawdę.

Od­wró­cił się jesz­cze, chcąc coś do­dać, ale wpa­dła na niego Blanka, truch­ta­jąca na swo­ich nie­bo­tycz­nych ob­ca­sach. Jedną ręką przy­trzy­my­wała po­kaźny biust, żeby nie pod­ska­ki­wał przy każ­dym kroku.

Zwol­niła przy mi­ja­niu ochro­nia­rza i ob­cza­iła go z góry na dół bez cie­nia sub­tel­no­ści. Gdy ich spoj­rze­nia się spo­tkały, uśmiech­nęła się, po­pra­wiła de­kolt i prze­cią­gnęła pal­cami po jed­nym z lo­ków. Ru­szyła da­lej w moją stronę, co chwilę zer­ka­jąc przez ra­mię.

Ką­cik ust Ja­sona drgnął le­dwo za­uwa­żal­nie. Kiw­nął głową i wy­szedł, za­my­ka­jąc za sobą drzwi.

– Co ten skur­wiel ci zro­bił? – za­py­tała Blanka, pod­cho­dząc szybko, ale już opa­no­wana.

Na jej ko­szulce wi­dać było sporą, mo­krą plamę. Przy­tu­liła się do mnie, ale nie­mal na­tych­miast się cof­nę­łam – nie chcia­łam, żeby za­mo­czyła mi su­kienkę.

– Na szczę­ście nic. Nie zdą­żył. Chło­pacy za­re­ago­wali, za­nim zro­biło się na­prawdę źle.

– My­śla­łam, że przy­szedł jak zwy­kle szpa­no­wać bu­kie­tem za pół wy­płaty. A po­tem pa­trzę z kuchni, ochro­niarz tasz­czy go do windy jak wo­rek ziem­nia­ków. Z wra­że­nia aż wy­pu­ści­łam ku­bek z wodą. – Spoj­rzała z nie­sma­kiem na swoją ko­szulkę i za­częła ją strze­py­wać, my­śląc, że to coś da. Po chwili wes­tchnęła zre­zy­gno­wana i spoj­rzała na mnie bar­dziej se­rio. – Co się wła­ści­wie wy­da­rzyło?

Z Blanką zna­ły­śmy się od lat. Wła­ści­wie od po­czątku mo­jego stażu, kiedy kró­lo­wała w biu­rze po­daw­czym. Star­sza, wy­ga­dana, za­wsze świet­nie zor­ga­ni­zo­wana.

Miała nie­sa­mo­wi­tego nosa do lu­dzi, choć nie­ko­niecz­nie cha­rak­ter do spo­tkań z nimi. Ale nie każdy musi być słodki i uro­czy, żeby być świetny w tym, co robi.

By­wała zło­śliwa. To był jej sys­tem obronny. Tak samo jak ko­kie­to­wa­nie. Fa­ce­tów, cza­sem ko­biet. Jej mąż trak­to­wał ją jak po­wie­trze, więc za­spo­ka­jała po­trzebę uwagi gdzie in­dziej. I choć po­tra­fiła być trudna… nie dało się jej nie lu­bić. A kiedy po­zwa­lała się lu­bić, roz­kwi­tała.

Przez lata ja­dły­śmy ra­zem lunch, zna­ły­śmy się jak łyse ko­nie. Ja awan­so­wa­łam, ona stała w miej­scu. Aż w końcu, po jed­nej z tych na­szych szcze­rych roz­mów, po­szłam do Emily i po­pro­si­łam, żeby po­zwo­liła mi wcią­gnąć ją do ze­społu. Zgoda przy­szła bez wa­ha­nia. Od roku Blanka była moją za­stęp­czy­nią – i pa­so­wała do tej roli jak ulał.

Te­raz nad­szedł mo­ment, by zde­cy­do­wać, czy wcią­gnąć ją jesz­cze głę­biej. Czy ufa­łam jej na tyle, by wie­rzyć, że to, co się stało, zo­sta­nie mię­dzy nami? Czy kie­dy­kol­wiek za­wio­dła moje za­ufa­nie? Choć raz nad­szarp­nęła na­szą lo­jal­ność?

Ska­ka­łam spoj­rze­niem po jej twa­rzy, szu­ka­jąc od­po­wie­dzi. Za­uwa­żyła moją roz­terkę. Oczy­wi­ście, że tak – była do mnie po­dobna. Wi­działa wię­cej niż inni. Nie po­trze­bo­wała słów, by ro­zu­mieć, co się dzieje.

A przy tym jej sza­lona bły­sko­tli­wość… już wie­dzia­łam, że do­dała dwa do dwóch.

– Roz­sta­li­ście się – stwier­dziła, nie py­ta­jąc. – Dla­tego tak szybko wy­je­cha­łaś, bez słowa, na tak długo.

Spu­ści­łam głowę i tylko przy­tak­nę­łam.

– Ale on nie chce od­pu­ścić i wraca. Czyli coś na­broił. – Prze­su­nęła spoj­rze­nie na Li­lianę i zmarsz­czyła brwi. – Czy to ma coś wspól­nego z tobą?

Przy­ja­ciółka nic nie po­wie­działa, tylko po­pa­trzyła na mnie. Wie­dzia­łam, że daje mi wy­bór – mogę wy­ja­śnić wszystko albo mil­czeć. Obie przy­glą­dały mi się wy­cze­ku­jąco.

– Cho­dzi o tych pra­cow­ni­ków, któ­rzy ode­szli? – rzu­ciła Blanka.

Za­mar­łam.

– Skąd ty o tym wiesz? – Spoj­rza­łam na nią za­sko­czona.

– Bo mam oczy. I mózg. Cza­sem wy­star­czy, wiesz?

– Może… le­piej usiądźmy – rzu­ci­łam w końcu, czu­jąc, jak żo­łą­dek za­ci­ska mi się ni­czym pięść.

Prze­cież nikt o tym nie mó­wił. Nikt nie miał prawa wie­dzieć. Więc je­śli ona się do­my­śliła… to czy do­my­ślił się też ktoś jesz­cze?

Gdy skoń­czy­łam opo­wia­dać, Blanka sie­działa w naj­bar­dziej za­mknię­tej po­zy­cji, jaką można so­bie wy­obra­zić: noga na nogę, ło­kieć oparty o ko­lano, dłoń za­kry­wa­jąca usta.

Cze­ka­łam, aż to wszystko prze­ana­li­zuje i się ode­zwie.

– Czy on już ko­muś o tym po­wie­dział?

– Wy­daje mi się, że nie – od­po­wie­działa Li­liana. – Na ra­zie nic się nie dzieje, nikt nic nie mówi.

Blanka po­ki­wała głową i wresz­cie się roz­luź­niła. Oparła się o ka­napę, od­chy­liła głowę, wy­cią­gnęła ręce i nogi, aż wy­glą­dała jak lalka roz­ło­żona na półce. Po jej nie­spo­koj­nie ska­czą­cym spoj­rze­niu wi­dzia­łam, że ana­li­zuje wszystko in­ten­syw­nie.

– Okej. Będę trzy­mać rękę na pul­sie i ob­ser­wo­wać, co się dzieje. Zro­bimy li­stę moż­li­wych sce­na­riu­szy i spo­so­bów, jak z nich wy­brnąć. A mo­żesz się skon­tak­to­wać ze swo­imi ro­dzi­cami w tej spra­wie?

– Już to zro­bi­łam.

– O pro­szę. Prze­wi­du­jąca jak ni­gdy. I co po­wie­dzieli?

– Mark już działa.

– Mark… – Uśmiech­nęła się z prze­ką­sem. – No to mamy naj­wyż­szą in­stan­cję.

Szybko pod­nio­sła się z ka­napy.

– Nie jest tra­gicz­nie. Chodź, zróbmy pod­su­mo­wa­nie tego, co cię omi­nęło. Mu­szę wpro­wa­dzić cię w parę te­ma­tów, a po­tem znaj­dziemy roz­wią­za­nie na­szego pro­blemu.

Wy­cią­gnęła do mnie rękę, po­ma­ga­jąc mi wstać. Przez chwilę pa­trzyła mi pro­sto w oczy. To, że po­wie­działa „na­szego pro­blemu”, do­dało mi skrzy­deł. Spoj­rza­łam z wdzięcz­no­ścią na obie dziew­czyny, po czym ob­ję­ły­śmy się we trzy.

By­łam wdzięczna za Li­lianę, która za­wsze stała przy moim boku, wspie­ra­jąc mnie z ci­chą lo­jal­no­ścią, i za Blankę, która niby wredna, niby zło­śliwa, ale po­tra­fiła roz­gar­nąć mój ży­ciowy chaos z chi­rur­giczną pre­cy­zją i zło­żyć go z po­wro­tem jak puz­zle, które tylko ona umiała do­pa­so­wać.

***

Po­nie­waż ra­port z tego, co się wy­da­rzyło pod­czas mo­jej nie­obec­no­ści, i spo­rzą­dze­nie pod­su­mo­wa­nia za­jęły nam cały dzień w pracy, prze­nio­sły­śmy się z two­rze­niem planu ra­to­wa­nia sy­tu­acji do miesz­ka­nia.

Wie­czo­rem sie­dzia­ły­śmy już u mnie w sa­lo­nie, z kub­kami her­baty i otwar­tymi lap­to­pami, ale Blanka na­wet nie pa­trzyła na ekran.

– Za­uwa­ży­łam to, wiesz? – ode­zwała się, roz­wa­lona na ka­na­pie. – Dla­tego szybko za­re­ago­wa­łam. Do­my­śli­łam się, że to spra­wiło, że spie­przy­łaś szyb­ciej niż mój mąż do pubu, gdy tylko sły­szy, że wra­cam do domu.

Spoj­rza­łam na nią z nie­do­wie­rza­niem.

– I… tego nie zgło­si­łaś?

Wzru­szyła ra­mio­nami.

– Może i je­stem wredna, ale lo­jalna. W końcu dla­tego mnie wy­bra­łaś, prawda? Cho­ciaż przy­znaj, że po ci­chu li­czy­łaś na ko­goś mniej in­te­li­gent­nego, że­bym ci nie za­glą­dała w pa­piery. – Wy­szcze­rzyła zęby w zło­śli­wym uśmieszku.

– I ni­czego mi nie po­wie­dzia­łaś? Na­wet nie za­su­ge­ro­wa­łaś, że coś wiesz?

– Bo je­śli wy­je­cha­łaś tak szybko z lap­to­pem pod pa­chą, to zna­czyło, że mia­łaś tak go­rąco w ga­ciach, że żadna roz­mowa by nie po­mo­gła. Uzna­łam, że ogarnę, a ty wró­cisz, kiedy bę­dziesz go­towa.

Za­mil­kłam na chwilę, nie wie­dząc, co po­wie­dzieć.

Na­stęp­nie stwier­dzi­ły­śmy, że mu­szę prze­ka­zać Mar­kowi, co się dziś wy­da­rzyło w fir­mie, żeby do­pi­sać to do li­sty za­rzu­tów.

– Dzień do­bry, pa­nienko Lo­ret – ode­zwał się jak zwy­kle od razu tym swoim ni­skim, mru­czą­cym gło­sem.

Był na gło­śno­mó­wią­cym, więc dziew­czyny mo­gły sły­szeć roz­mowę. Ką­tem oka za­uwa­ży­łam, że Blanka po­ciera ra­miona. Przy­się­gła­bym, że miała ciarki.

– Cześć, Mark. Je­steś na gło­śno­mó­wią­cym, są ze mną Blanka i Lili.

– Cze­eeść! – od­po­wie­działy zgod­nym chór­kiem i po­ma­chały, jakby miał je co naj­mniej wi­dzieć.

– Wi­tam, dro­gie damy. W czym mogę być usłużny?

– Od­wie­dził mnie dziś Oli­ver – po­wie­dzia­łam po głęb­szym wde­chu, bo wie­dzia­łam, że za­raz po­leci ty­rada. – Uda­wał, że nic się nie stało i że chce wró­cić. Kiedy mu od­mó­wi­łam, zro­bił się… dziwny. Za­czął przy­sta­wiać się jesz­cze bar­dziej. Ze­stre­so­wa­łam się i we­zwa­łam ochronę. Wy­pro­wa­dzili go. Ma te­raz za­kaz wstępu do bu­dynku. Był za­sko­czony. Uda­wał, że nie ro­zu­miał, czemu re­aguję tak ostro. Chyba na­prawdę my­ślał, że może to wszystko na­pra­wić. I przez chwilę… pra­wie mu uwie­rzy­łam. Ale był zbyt na­tar­czywy. Nie słu­chał, kiedy mó­wi­łam, żeby prze­stał. I to mnie prze­stra­szyło.

– Je­stem świa­dom za­ist­nia­łej sy­tu­acji. Czy mam ro­zu­mieć, że zde­cy­do­wała się pa­nienka na kon­fa­bu­la­cję z po­wier­nicz­kami?

– Jak to je­steś świa­dom? – Przy­ło­ży­łam dłoń do czoła. – Do­bra, nie­ważne. Tak. Dziew­czyny o wszyst­kim wie­dzą.

– Z całą od­po­wie­dzial­no­ścią pra­gnę za­pew­nić, iż sy­tu­acja znaj­duje się pod moją nie­ustanną ob­ser­wa­cją i kon­trolą. Po­sia­dam wie­dzę bie­żącą oraz re­tro­spek­tywną.

– Czyli… co? Nie mu­szę dzwo­nić i cię in­for­mo­wać o tych in­cy­den­tach?

– Nie, pa­nienko. Uważ­nie mo­ni­to­ruję sy­tu­ację, po­sia­dam pe­łen wgląd w jej prze­bieg i nie­ustan­nie śle­dzę jej dal­szy roz­wój – po­wtó­rzył cier­pli­wie.

– Czy ty mnie śle­dzisz? – Zmarsz­czy­łam czoło.

– Dbam o bez­pie­czeń­stwo pa­nienki w naj­lep­szy moż­liwy spo­sób.

Ro­zej­rza­łam się po miesz­ka­niu, szu­ka­jąc cze­goś, co by nie pa­so­wało. Wsta­łam i za­ło­ży­łam ręce na bio­dra, pa­trząc po ką­tach i su­fi­cie.

– Mark… Czy w moim miesz­ka­niu są ka­mery? – Po­de­szłam do lampki i zaj­rza­łam pod klosz, ale ni­czego po­dej­rza­nego nie zo­ba­czy­łam.

– Nie śmiał­bym in­ge­ro­wać w pry­wat­ność pa­nienki.

– Pod­słuch? – Po­de­szłam do to­rebki i za­czę­łam w niej grze­bać.

Przez chwilę mil­czał, a mnie z każdą chwilą ro­biło się co­raz cie­plej. Ni­czego nie zna­la­złam, więc od­wró­ci­łam się z po­wro­tem w stronę przy­ja­ció­łek, które, oparte o wy­spę ku­chenną, wi­siały nad te­le­fo­nem, pa­trząc na niego jak na złote jajo.

– Chciał­bym się z pa­nienką spo­tkać, je­śli to moż­liwe.

– Mark… – Za­czę­łam się nie­po­koić. Uni­kał od­po­wie­dzi na moje py­ta­nia.

– Mo­żemy na­wet dziś, je­śli pa­nience pa­suje.

Spoj­rza­łam na przy­ja­ciółki. Oby­dwie po­ki­wały gło­wami.

– Do­bra. Wpa­daj. Je­ste­śmy u mnie w miesz­ka­niu.

– Tak, wiem. Za­raz będę. – Roz­łą­czył się.

Blanka po­bie­gła do ła­zienki, a ja pa­trzy­łam w osłu­pie­niu na te­le­fon. Rzadko ko­rzy­sta­łam z usług Marka, a przed tą całą sy­tu­acją nie­mal wcale z nim nie roz­ma­wia­łam. Te­raz świa­do­mość, że wie… do­słow­nie wszystko, że ma wgląd w każdy mój ruch, przy­pra­wiała mnie o dresz­cze na ca­łym ciele.

– Jak to wie? – szep­nę­łam, pod­cho­dząc bli­żej.

Wzię­łam te­le­fon do ręki i obej­rza­łam go z każ­dej strony. Włą­czy­łam ekran, przej­rza­łam usta­wie­nia, spraw­dzi­łam apli­ka­cje. Nic.

– Prze­cież mó­wił, że nie in­ge­ruje w twoją pry­wat­ność – za­uwa­żyła Lili, kiedy w sku­pie­niu kli­ka­łam. – Więc ra­czej nie masz w miesz­ka­niu pod­słu­chu ani ka­mer. To by prze­czyło jego wła­snym sło­wom.

– To skąd, do cho­lery, wie? – Rzu­ci­łam te­le­fon na wy­spę i z im­pe­tem usia­dłam na krze­śle ba­ro­wym.

Wsu­nę­łam palce we włosy i wy­gię­łam plecy w łuk, pró­bu­jąc roz­cią­gnąć krę­go­słup i zrzu­cić z sie­bie choć część tego na­pię­cia.

– Na pewno ma swoje spo­soby – stwier­dziła Lili. Oparła ło­kieć o blat i pod­parła twarz dło­nią, przy­glą­da­jąc mi się uważ­nie. – Może winko?

– Tak, po­pro­szę. – Wes­tchnę­łam i prze­nio­słam się do sa­lonu na ka­napę.

Po chwili do­łą­czyła do mnie Blanka.

– Ty się wła­śnie… od­świe­ży­łaś? – za­py­ta­łam, uno­sząc brwi, gdy po­czu­łam za­pach jej per­fum. Spoj­rza­łam na nią i zo­ba­czy­łam, że jej kitka wy­gląda jak z re­klamy la­kieru: wy­gła­dzona, wy­cze­sana, bez jed­nego ster­czą­cego wło­ska.

– Ach tak. – Strzep­nęła z ra­mie­nia nie­wi­dzialny py­łek i uśmiech­nęła się z roz­bra­ja­jącą nie­win­no­ścią. – I po­ży­czy­łam twoją po­madkę, bo strasz­nie mi usta wy­schły.

Zmru­ży­łam oczy, zer­ka­jąc na nią po­dejrz­li­wie. Już mia­łam za­py­tać, czy przy­pad­kiem nie ma to związku z Mar­kiem, który wła­śnie do nas zmie­rza, ale roz­ko­ja­rzyła mnie Li­liana. Po­de­szła z bu­telką wina i trzema kie­lisz­kami, a za­raz po­tem znik­nęła jesz­cze raz w kuchni po prze­ką­ski. Włą­czy­łam na­szą ulu­bioną chil­lo­utową play­li­stę i pró­bo­wa­łam się nie za­sta­na­wiać, czy Blanka wła­śnie flir­tuje z moim oso­bi­stym agen­tem ochrony.

Wy­cią­gnę­łam spod stołu kartkę i dłu­go­pis i zro­bi­ły­śmy bu­rzę mó­zgów na te­mat ewen­tu­al­nych re­per­ku­sji wy­wo­ła­nych przez Oli­vera. Wy­szcze­gól­ni­ły­śmy pięć po­ten­cjal­nych pro­ble­mów i sie­dem teo­re­tycz­nych roz­wią­zań. Blanka miała ra­cję. Sy­tu­acja nie wy­glą­dała tak źle, jak na po­czątku mi się wy­da­wało.

Dzia­ła­łam pod wpły­wem emo­cji, które mnie przy­tło­czyły. Oli­ver wy­wo­ły­wał u mnie stres już od ja­kie­goś czasu, a te­raz do­szła do tego emo­cjo­nalna bomba. Te­raz mo­głam uspra­wie­dli­wić swoją wy­ol­brzy­mioną re­ak­cję jako efekt prze­bodź­co­wa­nia. Zna­jąc swoje ciało po ostat­nim wy­pa­le­niu za­wo­do­wym, wie­dzia­łam, że za­re­ago­wa­łam pra­wi­dłowo – tak, jak na­uczyła mnie te­ra­peutka i jak wie­dzia­łam, że w moim przy­padku musi za­dzia­łać.

Usły­sza­łam pu­ka­nie – dwa sta­now­cze, spo­kojne ude­rze­nia. Wia­domo, kto to. Wsta­łam i otwo­rzy­łam drzwi.

Mark stał w progu, ubrany w ciemny płaszcz, ze wzro­kiem, który trudno było od­czy­tać. Miał ten swój luz, który za­wsze mnie iry­to­wał i fa­scy­no­wał jed­no­cze­śnie. Ski­nął głową z sza­cun­kiem, nie spusz­cza­jąc ze mnie wzroku.

– Pa­nienko Lo­ret – przy­wi­tał się tym swoim ni­skim, uspo­ka­ja­ją­cym mru­cze­niem, które dzia­łało le­piej niż me­lisa i ma­saż ra­zem wzięte.

Blanka, która jesz­cze chwilę temu sie­działa roz­wa­lona na ka­na­pie, wstała mo­men­tal­nie i prze­szła szyb­kim kro­kiem do kuchni, po czym sia­dła przy bla­cie. Rzu­ci­łam na nią spoj­rze­nie. Po­pra­wiła de­kolt i za­rzu­ciła włosy do tyłu. Prze­wró­ci­łam oczami i wró­ci­łam spoj­rze­niem na męż­czy­znę.

– Mark – po­wie­dzia­łam ci­cho, od­su­wa­jąc się, by wpu­ścić go do środka.

Wszedł, roz­glą­da­jąc się po miesz­ka­niu chłod­nym, wy­ćwi­czo­nym spoj­rze­niem, jak po­li­cyjny de­tek­tyw wcho­dzący do pu­stego domu. Jego wzrok prze­szył mnie, do­ko­nu­jąc oceny. Po­tem kiw­nął głową, co było pod­su­mo­wa­niem: „W po­rządku, ży­jesz, ale le­dwo”.

– Mam przy­go­to­wany plan – po­wie­dział, jak­by­śmy kon­ty­nu­owali roz­mowę, którą wła­śnie chwilę temu urwa­li­śmy. – I po­zwolę so­bie do­dać: opty­mi­styczne ro­ko­wa­nia.

Usiadł przy wy­spie bez py­ta­nia, wy­jął teczkę i roz­ło­żył do­ku­menty. Li­liana po­dała mu kie­li­szek wina. Uniósł brew, pa­trząc to na nią, to na kie­li­szek, po czym od­su­nął al­ko­hol na bok.

Blanka na­chy­liła się niby do mo­jego ucha, ale tak, by do Marka na pewno do­tarły jej słowa:

– Czy on za­wsze tak pach­nie, czy to tylko dziś?

Na­wet je­śli usły­szał, to nie wi­dać było po nim żad­nej re­ak­cji. Lili tym­cza­sem unio­sła brwi, przy­glą­da­jąc się roz­kła­da­nym do­ku­men­tom.

– No chyba żar­tu­jesz… – rzu­ciła pół­gło­sem, bar­dziej roz­ba­wiona niż za­sko­czona.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij