-
nowość
Na granicy zaufania. Część 2. - ebook
Na granicy zaufania. Część 2. - ebook
Kontynuacja "Na granicy zaufania. Część I: Blackleigh." W części drugiej Aurelia wraca do Phymoon, by odzyskać kontrolę nad własnym życiem. Chce naprawić to, co zepsuł Oliver. Poukładać to, co się posypało. I przestać myśleć o Nathanie. Ale ten i tak wraca do jej życia powoli, najpierw przez wiadomości, potem przez obecność, której Aurelia przestaje się opierać. Gdy w końcu stawia jej ultimatum, musi zdecydować, czy jest gotowa na coś więcej niż ucieczkę. Tymczasem Oliver wciąż czai się w pobliżu, pozostając realnym zagrożeniem. Liliana i Zofia zmagają się z własnymi demonami, a Dean nie cofnie się przed niczym, by oczyścić swoje nazwisko w starciu z burmistrzem. Każdy ma do stoczenia własną walkę - Aurelia już wie, że najtrudniejsza jest ta z samą sobą.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788395289040 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Aurelia
Spakowałam się i spojrzałam na dom babci – teraz mój. Ganek, ogród, nawet stara bramka – wszystko się zmieniło. Ale najbardziej my. On i ja. Kiedy przyjechałam tu pierwszy raz, Zofia powiedziała, że dom się obraził. Że nie chce mnie wpuścić. Teraz, po wszystkim, miałam wrażenie, że właśnie mnie żegna. Że delikatnie wypycha mnie za próg.
Czekała na mnie praca w Phymoon. I musiałam to przyznać – ciągnęło mnie tam. Serce zadrżało mi na myśl o powrocie. Brakowało mi codziennej dawki ludzkich historii, twarzy i opowieści. Każdy człowiek, każda mijana osoba niosła ze sobą świat, który czekał, by go odkryć.
Wyobrażałam sobie już te wszystkie twarze, które spotkam, a których tak dawno nie widziałam – te zmęczone, radosne, zdenerwowane, każdą z nich o unikalnej historii do opowiedzenia. Myśli o powrocie do znajomego otoczenia, do biurka wypełnionego papierami, do Liliany czekającej codziennie rano z plikiem wydrukowanych dokumentów, do konsultacji z Blanką i informacji, które przekaże mi po tych trzech tygodniach zastępstwa – to wszystko napawało mnie ciepłem. Już nie mogłam się doczekać, kiedy znów poczuję zapach kawy parzonej w ekspresie i usłyszę gwar rozmów płynący z korytarza.
Z zamyślenia wyrwał mnie klakson białego żuczka. A Lili, jak to ona – wypadła ze środka niczym wichura, niosąc ze sobą energię i radość. Zanim zdążyłam wstać, już pakowała moje walizki do auta.
Rzuciłam ostatnie spojrzenie na dom i ruszyłyśmy w drogę.
Liliana wbiła pierwszy bieg, a w głośnikach rozbrzmiał Led Astray Thundera Jacksona. Znała tę piosenkę na pamięć. Śpiewała głośno, zawracając na środku drogi. Gdy przejeżdżałyśmy koło domu Nathana, poczułam silne ukłucie żalu i przez chwilę wilgoć w oczach. Nasza historia mogła się potoczyć w piękny sposób, ale niestety każde z nas ma swoje życie w innym miejscu. Nie będzie nam dane zakosztować wspólnej przyszłości.
Jechałyśmy tą samą ulicą, którą kiedyś wracałam do domu w deszczu, zanim podwiózł mnie Nathan. Minęłyśmy bar, w którym dał mi ten nieszczęsny pierścionek. Spojrzałam na niego, bawiąc się nim. Chwilę później zobaczyłam sklep chłopaka – przed wejściem pan Williams ustawiał wielkie donice.
Liliana jechała dalej, jakby nie było czasu na pożegnania ani miejsca na sentymenty. Spojrzałam w lusterko wsteczne. Obserwowałam, jak ostatnie trzy tygodnie mojego życia zostają tu na zawsze. Łzy napłynęły mi do oczu, choć pod nimi tliła się radość. Chyba naprawdę osiągnęłam to, po co przyjechałam. Wyremontowałam dom. Zaczęłam od nowa wierzyć w siebie. Zrewidowałam, komu i czemu daję zaufanie. Zawsze wiedziałam, że potrafię czytać ludzi, ale czasem los podrzuca kogoś, kto przetestuje te umiejętności do granic. Tak było z Oliverem. Nie zadzwonił. Nie napisał. Nawet nie próbował się ze mną skontaktować. To mówiło wszystko. Gdyby mu zależało, zrobiłby dokładnie to, co Liliana.
Właśnie dlatego tak bardzo doceniłam to miejsce. Blackleigh wciągnęło mnie w siebie. Tego mi było trzeba. Nie myślałam o pracy. Nie myślałam o Oliverze. Nie tęskniłam. Dopiero teraz, kiedy je opuszczałam, poczułam, jak coś we mnie przeskoczyło. Jakby ktoś wcisnął wewnętrzny przełącznik.
Klik.
Myślami już byłam w Phymoon.
Podróż mijała szybko. Liliana opowiadała żarty, śpiewała piosenki, a ja starałam się chłonąć każdy moment z nią.
W końcu dotarłyśmy do naszego mieszkania. Wniosłyśmy walizki, a gdy przekroczyłam próg, uderzył mnie zapach świeżo upieczonego ciasta. Spojrzałam na Lilianę, która z promiennym uśmiechem na twarzy od razu ruszyła w stronę kuchni.
Patrzyłam, jak myje ręce, sięga po nóż i kroi ciasto marchewkowe. Piecze je tylko na specjalne okazje – w przeciwieństwie do Zofii, która robiła takie dla Nathana zawzięcie co tydzień.
Po chwili podeszła do mnie z dwoma talerzami deseru i podała mi jeden. Gdy go odebrałam, stuknęła swoim talerzem o mój, jakbyśmy wznosiły toast.
– Za twój powrót na chatę! – powiedziała z radością i pociągnęła mnie za rękę przez kuchnię do otwartego salonu.
Nasze mieszkanie miało „przekorny układ”, jakby ktoś wszystko rozplanował na opak, ale z jakiegoś powodu to działało. Po wejściu trafiało się do wąskiego przedpokoju, który prowadził w dwie strony.
Po lewej była wspólna łazienka – wiecznie pachnąca jakimś nowym żelem Liliany. Po prawej otwierała się kuchnia z wyspą, która służyła nam za wszystko: bar, stół, przestrzeń roboczą, punkt awaryjnych narad.
Pod oknem i przy jednej ze ścian ciągnął się blat, na którym zwykle walały się ładowarki, rachunki i moje kubki po kawie. Nie w zmywarce, tylko porozstawiane po całym mieszkaniu – na parapetach, stole, czasem na szafce obok ekspresu. Teraz jednak było czysto. Liliana od zawsze próbowała ogarniać ten mój bałagan, ale dopiero moja trzytygodniowa nieobecność dała jej na to realną szansę.
Salon był oddzielony od przedpokoju ścianą, można było dostać się do niego tylko przez kuchnię. Moja matka błagała, żebyśmy ją wyburzyły. Mówiła, że ten układ kiedyś doprowadzi ją do szału. Że trzeba „otworzyć przestrzeń”. Zostawiłyśmy, jak było. Z przekory.
Kanapa w salonie w kształcie litery L służyła do wszystkiego: oglądania seriali, drzemek, rozkmin nad pudełkiem lodów. Leżały na niej poduszki w etniczne wzory i lniany koc w kolorze butelkowej zieleni, a obok stał niski stolik z surowego drewna. Na nim zwykle leżały paczka chusteczek, świeca i oczywiście puste, brudne kubki.
Pokój Liliany znajdował się przy kuchni. Dzięki temu miała najkrótszą drogę do ekspresu i lodówki, co wykorzystywała przy każdej możliwej okazji. Jej drzwi prawie nigdy nie były zamknięte, a zza framugi wystawała monstera, której nadawała imię w zależności od humoru.
Mój pokój był po drugiej stronie. Dalej od kuchni i dalej od Liliany, co bardzo mi odpowiadało. Miałam nawet własną łazienkę, tak dobrze ukrytą, że większość ludzi nie miała w ogóle pojęcia, że istnieje.
W całym mieszkaniu próbowałyśmy trzymać się stylu boho – dużo tkanin, drewno, suszone trawy, neutralne kolory. Ale Liliana miała słabość do kolorowych dodatków. Czasem wszystko psuły. Czasem robiły klimat. Nie było perfekcyjnie. Ale było po naszemu. I to wystarczało. Nic się tu nie zmieniło. Tylko ja wróciłam inna.
Siadłyśmy wymęczone na kanapie i w milczeniu rozkoszowałyśmy się smakiem ciasta. Rozejrzałam się, ale widok rzeczy, które Oliver zostawił w mieszkaniu, natychmiast zepsuł mi humor. Czy zrobił to celowo? I dlaczego nie kontaktował się z Lilianą ani w sprawie ich odbioru, ani w żadnej innej?
– Trochę czasu minęło, odkąd wyjechałam. Tyle się wydarzyło…
– Tak, wiem – odpowiedziała Lili, przełykając kęs ciasta. Spojrzała na mnie z nutą niepewności, a widząc mój wzrok skupiony na jego okularach, przeczuwała, co za chwilę powiem.
– Chciałabym porozmawiać o Oliverze.
– Aurelia…
– Już to przetrawiłam – zapewniłam ją szybko, zanim zdążyła się spiąć. Położyłam dłoń na jej ramieniu, żeby dodać jej otuchy. – Wiem, że to niełatwa rozmowa także dla ciebie, ale musimy ją odbyć. Czy Oliver odzywał się do ciebie po moim wyjeździe?
– Nie. Ani słowem. – Pokręciła głową.
– A co z firmą? Czy ktoś się domyślił, co się stało?
– Na szczęście nie. Pilnowałam wszystkiego jak trzeba. – Westchnęła przeciągle. – Nawet jeśli Blanka coś zauważyła, to wydaje mi się, że trzyma się z daleka. Jest zbyt lojalna wobec ciebie, żeby wtykać nos tam, gdzie nie powinna.
Pokiwałam głową. Uspokajało mnie, że mimo całego napięcia nic się nie pogorszyło. Popatrzyłam w smutne oczy przyjaciółki. Też wiele przeszła. A ja nawet o niej nie pomyślałam.
– A co z twoją mamą? Jak się czuje?
– Na szczęście jej stan się nie pogorszył. Ale też się nie poprawił. – Głos jej zadrżał, bo pewnie ciągle miała w sobie świeże emocje. – Nadal potrzebuje całodobowej opieki, ale staram się dawać sobie radę.
Chwyciłam ją za rękę.
– Lili, wiesz, że możesz zawsze na mnie liczyć, prawda? Mogę ci pomóc z opieką nad mamą, z pracą, z pieniędzmi…
Podniosła na mnie wzrok pełen łez.
– Dziękuję, Ari. To bardzo miłe z twojej strony… i… i wiele dla mnie znaczy. Naprawdę. – Zawahała się. – Wiem, że jesteśmy blisko i… czułam, że cię zawiodłam. Że powinnam była powiedzieć ci wszystko wcześniej.
Z każdym słowem mówiła ciszej. Zaciskała dłonie, unikała mojego wzroku. W połowie zdania przerwała, przełknęła ślinę, próbując się opanować, ale nie zdążyła i łzy popłynęły jej po policzkach, jedna za drugą. Przyciągnęłam ją do siebie i mocno przytuliłam.
– Nie musisz nic mówić. Jestem tu, Lili.
Pokiwała głową, wciąż we mnie wtulona, jej łzy kapały gdzieś między słowami, mocząc przy okazji mój sweter.
– Wiem. I ty też, Ari, możesz na mnie liczyć. Zawsze. – Uśmiechnęła się smutno przez łzy i przetarła oczy dłonią, rozmazując tusz po połowie twarzy. – No dobra. – Odsunęła się ode mnie i przywdziała swoją dobrze znaną, sztuczną, uśmiechniętą maskę. – Kończmy z tymi smutasami!
Sięgnęła po chusteczki, zaczęła wycierać twarz, mrucząc pod nosem przekleństwa, kiedy zobaczyła na niej czarne smugi. Po chwili rozsiadła się wygodnie na kanapie, udając wyluzowaną.
– Opowiadaj. Wszystko. Chcę wiedzieć, co się działo podczas twojego urlopu.
– Oczywiście! Masz tyle do nadrobienia… – Przewróciłam oczami.
I tak przy kubkach z herbatą, resztkach ciasta i kocu zsuniętym na podłogę opowiedziałam jej bardziej szczegółowo o tym, co wydarzyło się w Blackleigh. O remontach. O Nathanie. O Zofii i nawet o naszej dziwnej sytuacji z burmistrzem. A potem to ja zaczęłam wypytywać ją o wszystko, co działo się tutaj. Nie było tych nowości dużo, zdawała mi relacje na bieżąco, więc czułam się przygotowana na to, co przyniesie jutro.
***
Drugiego dnia obudziłam się wyjątkowo wcześnie. Najwyraźniej podczas pobytu u babci rozregulował mi się zegar biologiczny. Przeciągnęłam się w łóżku i od razu poczułam ból w karku – musiałam źle spać. A właściwie… po prostu źle spałam. Budziłam się co chwilę, przewracałam z boku na bok, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Sama już nie wiem, czy to przez to, że zawsze tak tu spałam, czy przez to, co działo się w mojej głowie.
Zastanawiałam się nad Zofią. Jak się czuje? Czy Dean naprawdę się nią zajmuje, tak jak obiecał? Poproszę go dziś o adres. Chcę ją odwiedzić po pracy. Dobrze byłoby zobaczyć znajome twarze.
Szkoda tylko, że nie wszystkie.
Szkoda, że nie jego.
Pomyślałam o Nathanie. O jego zrezygnowanym spojrzeniu, gdy odchodziłam. Czułam się jak świnia. Po prostu. Odeszłam, bo dzieliła nas odległość. Bo nasze życia nie dawały nam szansy, żeby naprawdę spróbować. A jednak… czułam, że gdyby nie to, mogłoby się udać.
On się zmienił. W stosunku do mnie zachowywał się inaczej – był ciepły, uważny, czuły. Wystarczyło spojrzeć, jak traktował innych, a jak mnie. To nie była subtelna różnica – to było wręcz porażające. Nie dało się zignorować tego, jak bardzo mnie pociągał. Nie tylko fizycznie. Jego obecność coś we mnie poruszała. A te słowa, którymi wyrażał, jak bardzo mnie uwielbia… wciąż grały mi w głowie. Jak ulubiona melodia, której nie potrafiłam wyłączyć. Był cierpliwy. Czekał na każdy mój krok. A gdy w końcu go zrobiłam, to przyjmował wszystko z taką radością, jakby cieszył się samym faktem, że się odważyłam. Oddawał dwa razy więcej, niż dostawał.
Moi rodzice przez większość czasu byli osobno. Tata – wiecznie w rozjazdach. Mama – na miejscu, pochłonięta firmą. Ale zanim ich życie zaczęło się dzielić między dwa światy, zdążyli zbudować coś naprawdę mocnego.
Mama jako młoda dziewczyna jeździła z tatą po świecie. Zwiedzili kawał globu, zanim wrócili do kraju, a ona zajęła się rodzinnym biznesem. Znali się naprawdę dobrze. Byli partnerami, przyjaciółmi, parą z przeszłością.
Czasem przeglądałam ich stare zdjęcia z podróży: pustynie, dżungle, świątynie, ruiny. Zawsze uśmiechnięci, młodzi, zakochani. Jakby cały świat istniał po to, żeby go razem odkrywać.
A my z Nathanem? Jedno zdjęcie. Kilka wspomnień.
Za mało, by budować dom. Ale w sam raz, żeby tęsknić.
Westchnęłam ciężko i sięgnęłam po telefon, żeby napisać do Deana z prośbą o adres. Potem wstałam, żeby przygotować się do pracy. Weszłam pod prysznic, a później stałam przed szafą dobre kilka minut, zanim podjęłam decyzję.
Najpierw włożyłam kolczugę, czyli koronkowy gorset w kolorze śliwkowego wina, z delikatnymi haftami i miękkim, dopasowanym pasem do pończoch. Lubiłam to uczucie: tkanina przylegająca do skóry, lekkie napięcie materiału, cienkie paski na udach. Detale, które przypominały mi, że wszystko mam pod kontrolą.
Potem przyszedł czas na zbroję – moją ulubioną lnianą sukienkę w kolorze butelkowej zieleni. Z dekoltem w literę V, lekko podkreśloną talią i rozcięciem z boku, dodawała mi lekkości. Niby prosta, ale zawsze robiła wrażenie. Zakładałam ją, kiedy potrzebowałam przypomnieć sobie, że potrafię być silna, kobieca i nie do ruszenia.
Byłam gotowa na podbój świata. Albo przynajmniej własnego biura.
– Przypomnij mi dziś, proszę, żebym zadzwoniła do Marka. Chcę w końcu ruszyć z tą całą sytuacją – powiedziałam do Liliany, smarując usta karmelową pomadką, gdy jechałyśmy do pracy.
– Jasne – odparła, zerkając w tylne lusterko, lekko je poprawiła.
– I chciałabym też spakować dzisiaj wszystkie rzeczy, które Oliver zostawił w naszym mieszkaniu.
– Bardzo dobry pomysł. Nie ruszałam ich, bo wydawało mi się, że to nie ja powinnam to robić.
Spojrzałam na nią z uniesionymi brwiami.
– Nie żebym chciała zrzucić to na ciebie! – zaśmiała się, widząc moją minę. – Po prostu… możesz je zebrać, wrzucić do kosza przy molo, polać benzyną i ceremonialnie spalić, żegnając się z przeszłością.
Uśmiechnęłam się na tę myśl. To było totalnie w stylu Zofii. I szczerze mówiąc, całkiem niezły pomysł.
Gdy dotarłyśmy do pracy, po wyjściu z windy przywitały nas brawa i gwizdy.
– Wróciła! W końcu! – Stażystka, której pomagałam się zaaklimatyzować, klasnęła entuzjastycznie.
– Boże, jak tęskniliśmy! – zawołała Mia, recepcjonistka z naszego piętra, i rzuciła się w moje ramiona. Pachniała jak zawsze zbyt intensywnie, czymś kwiatowym.
– Serio, nie możesz robić sobie normalnych, tygodniowych urlopów jak człowiek? – Usłyszałam znajomy głos zza rogu. To była Flora z działu prawnego. – Tylko raz na pięć lat i od razu na miesiąc? Nie rób tak więcej – dodała, przytulając mnie mocno.
Jack z marketingu wręczył mi papierowy kubek z bąbelkowym płynem i krzyknął:
– Wznieśmy toast za powrót naszej szefowej!
Wszyscy podnieśli kubki. Ja też. To była zwykła gazowana woda, ale smakowała zaskakująco dobrze. Uśmiechnęłam się i podziękowałam im za powitanie. Wzruszyli mnie. Bardziej, niż się spodziewałam.
– Chodź, musimy poważnie porozmawiać – powiedziała Blanka, która pojawiła się znikąd tuż obok mnie.
Ujęła mnie za łokieć i ruszyła w stronę biura, nie czekając na odpowiedź.
Poczułam się nieswojo. Może podczas mojej nieobecności wydarzyło się coś, o czym nie powiedziała Lilianie? Zerknęłam ukradkiem na przyjaciółkę, ale ta tylko wzruszyła ramionami.
– Brzmisz, jakbyś miała mi wręczyć wypowiedzenie – rzuciłam półżartem, żeby nie wyjść na spiętą.
Zamknęła drzwi i stanęła naprzeciw mnie, patrząc mi prosto w oczy.
– Dobrze, Aurelio. Wytłumacz się – powiedziała, krzyżując ramiona. – Liliana twierdzi, że wzięłaś urlop, żeby zająć się domem po babci. Ale ja jej nie wierzę. Coś tu nie gra. – Rzuciła Lilianie szybkie, krytyczne spojrzenie.
– Ale to prawda – odpowiedziałam spokojnie, starając się utrzymać z nią kontakt wzrokowy. Kłamanie nigdy nie było moją mocną stroną. – Potrzebowałam trochę czasu dla siebie.
– Nie ściemniaj mi. Widziałam, co się z tobą działo przed wyjazdem. Byłaś przybita, wykończona. Jakby coś cię rozsadzało od środka. I teraz nagle wszystko pięknie wyremontowane, domek gotowy, ty jak nowa? Nie kupuję tego ani trochę. Coś się wydarzyło. Coś, co sprawiło, że zniknęłaś z dnia na dzień.
Przez chwilę tylko na nią patrzyłam. Nie chciałam jej okłamywać. Przysięgam. Ale nie byłam gotowa powiedzieć prawdy. Nie miałam jeszcze planu ani nawet słów, które mogłyby to wszystko unieść.
W końcu westchnęłam cicho.
– Blanka… proszę, nie drąż tego tematu. Naprawdę nie czuję się na siłach, żeby o tym rozmawiać.
Wyraz twarzy Blanki się zmienił. Spojrzała na mnie z troską, marszcząc brwi.
– Spokojnie, Aurelio. Nie będę cię do niczego zmuszać – powiedziała, podchodząc bliżej. Jej usta wygięły się w uprzejmym uśmiechu, który zupełnie nie pasował do tonu. – Ale obiecaj, że jak kiedyś wreszcie zdecydujesz się zrzucić z siebie ten dramat, to przyjdziesz do mnie. Uwielbiam słuchać o cudzych życiowych katastrofach.
Chwyciła mnie za przedramiona i lekko je ścisnęła. Z czułością tak teatralną, że aż zrobiło mi się dziwnie.
– Dzięki. – Uśmiechnęłam się blado, wdzięczna, że nie musiałam jej okłamywać.
Zatrzymałam się tylko na półprawdach. I cieszyłam się, że zostawiła mi przestrzeń. Nawet jeśli zrobiła to w swoim stylu.
Chwilę później rozległo się pukanie do drzwi. Wszystkie jednocześnie odwróciłyśmy się w tamtą stronę.
– Cześć, kochanie – powiedział wysoki brunet o stalowoniebieskich oczach, wchodząc do środka z uśmiechem i bukietem niebieskich róż w dłoniach.Rozdział 2
Aurelia
– Oliver! Jak miło cię widzieć! I ten bukiet. Przepiękny! – zawołała Blanka, od razu poprawiając dekolt i wyginając się lekko w stronę mężczyzny. Potem odwróciła się do mnie i szepnęła teatralnie: – Ale z ciebie szczęściara!
– Strasznie się stęskniłem za moją perełką – powiedział Oliver, uśmiechając się sztucznie w stronę Blanki. Potem zwrócił się w moją stronę i z tym samym uśmiechem, którym kupił mnie za pierwszym razem, rzucił: – Te kwiaty od razu skojarzyły mi się z twoimi tęczówkami. Dokładnie ten sam odcień.
Zrobił krok w moim kierunku.
Ja – dwa w tył.
Zauważył to.
– Przepraszam, że tak nagle wpadłem, ale nie mogłem się już doczekać, żeby cię zobaczyć.
– O co chodzi? – zapytała Blanka, widząc, że wycofuję się w stronę swojego biurka.
Liliana złapała ją za rękę i delikatnie wyciągnęła z biura.
– To chyba nie nasza sprawa. Chyba czas, żebyśmy już wyszły – powiedziała, zatrzymując się w drzwiach i rzucając mi znaczące spojrzenie. – Chyba że chcesz, żebym została?
Pokręciłam przecząco głową. Czułam, że jeśli zaraz nie wyjdą, Blanka zacznie coś podejrzewać. Choć prawdę mówiąc, pewnie już wszystko połączyła. Była zbyt bystra, by nie widzieć, że coś jest nie tak. Poza tym… byłam gotowa na konfrontację.
– Nie, dziękuję. Chcę porozmawiać z Oliverem na osobności. Przygotujcie, proszę, sprawozdanie z ostatniego miesiąca. Za chwilę je omówimy.
Blanka rzuciła okiem na mnie, potem przeniosła wzrok na bukiet kwiatów w rękach Olivera, a na końcu na moje biurko. Zmrużyła oczy. Podążyłam za jej spojrzeniem. Na blacie, tuż obok mnie, leżała teczka z napisem „Sprawozdanie”.
Cholera.
– Okej. Daj znać, kiedy mamy przyjść – powiedziała ostrożnie, nadal mnie obserwując.
Kiwałam głową z udawaną pewnością, czując w środku ulgę. Wyszła razem z Lilianą.
Usiadłam powoli przy biurku i czekałam, aż ten drań w końcu coś powie. Patrzyłam na niego i czułam, jak we mnie wzbiera burza emocji. Gniew, smutek, żal – wszystkie kłębiły się tuż pod powierzchnią, gotowe eksplodować. Ale zacisnęłam zęby. Panowałam nad sobą. Nie dam mu satysfakcji. Nie zobaczy mnie rozklejonej.
Przyglądałam mu się i z rozczarowaniem stwierdziłam, że nasze rozstanie niczego w nim nie zmieniło. Wciąż wyglądał obłędnie dobrze.
Miał na sobie białą koszulę, lekko rozpiętą pod szyją, z podwiniętymi rękawami. Spodnie garniturowe opinały się na jego udach tak, że nie dało się nie zauważyć, że od naszego rozstania nie próżnował. Może trenował więcej? Może chciał coś udowodnić? A może po prostu wciąż na mnie tak mocno działał?
Włosy miał w lekkim nieładzie jak zawsze, od kiedy się dowiedział, że właśnie tak lubiłam najbardziej. Nie te jego perfekcyjnie uczesane wersje, tylko to kontrolowane rozczochranie.
Ale to jego oczy mnie zatrzymały. Dopiero teraz to do mnie dotarło! W odpowiednim świetle Oliver mógł przypominać Nathana – takie same ciemne włosy, taki sam, zbyt pewny siebie uśmiech. Ale oczy… Oczy były zupełnie inne.
Nathan miał w spojrzeniu ciepło, nawet gdy był wściekły.
Oliver? Tylko błękitne ostrze. Przeszywające, czujne, jakby cały czas szukał słabych punktów.
Spięłam się, gdy zobaczyłam, że podchodzi do mnie powoli. Odłożył róże na biurko, tuż obok teczki, i usiadł na jego krawędzi swobodnie. Spojrzałam na niego z dołu, a moje krzesło nagle przestało być wygodne. Poruszał się ostrożnie. Podchodził do mnie jak do dzikiego zwierzęcia. Może faktycznie tak mnie traktował?
– Gdzie byłaś, skarbie? Martwiłem się.
Martwił się? Jasne. Chyba tylko o siebie. Wyglądał na szczerego, ale nie dawałam się już nabrać na jego słodkie słowa. Byłam ostrożna. Pamiętałam zbyt dobrze wszystko, co mi zrobił. Wykorzystanie przyjaciółki, kłamstwa, zdrada – te rzeczy wciąż we mnie siedziały. Głęboko.
– Nie twój interes.
– Nie? – Uniósł brew i wyglądał na naprawdę zaskoczonego.
– Nie.
– Kotku, dlaczego tak mówisz?
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Naprawdę to powiedział? Przez chwilę zastanawiałam się, czy sobie ze mnie nie żartuje.
Siedział spokojnie, lekko pochylony w moją stronę, skupiony tylko na mnie. Zmarszczka na czole mogła sugerować troskę. Zatrzymał wzrok na mojej twarzy… zbyt długo na ustach. I znowu – mój radar szwankował. Cała jego mowa ciała krzyczała: „Zależy mi! Martwię się! Cierpię równie mocno jak ty!”.
– Wiem, co zrobiłeś – powiedziałam w końcu. Nie było już sensu owijać w bawełnę.
– Co zrobiłem? – zapytał cicho, niemal pokornie. Niby gotów przyjąć na siebie całe zło świata, byle tylko mnie wysłuchać.
To mnie rozstroiło. Ale trzymałam się swojej roli. Jeszcze.
– Nie udawaj głupiego. Wiem o ukrytym folderze.
– O czym ty mówisz? – Wyglądał na naprawdę zaskoczonego. Brzmiał tak, jakby nie miał pojęcia, o co chodzi.
– Oszczędź mi tych kłamstw! – wybuchłam. Zerwałam się z miejsca, a krzesło z hukiem poleciało do tyłu. Zbliżyłam się do Olivera, niemal wchodząc mu w przestrzeń osobistą. Zniżyłam głos.
– Wiem wszystko o tym, co zrobiłeś z Lilianą. Wiem, jak ją wykorzystałeś. Jak zmusiłeś ją do przekazania poufnych danych firmy.
– Kochanie, jakich danych?
Zamarłam. Przez chwilę tylko patrzyłam mu w oczy. Udaje. Wiedziałam, co widziałam. Widziałam folder. Liliana się przyznała. A on nie miał pojęcia, że wiem. Nie dam się zmanipulować.
Zawsze rozbrajał mnie tym tonem. Niewinnym spojrzeniem, pozornym zdziwieniem. Kłamał gładko. Mieszał półprawdy z faktami. Wchodził pod skórę, zanim zdążyłam się zorientować, że coś jest nie tak.
Ale nie tym razem.
Musiałam się opanować. Jeśli chciałam rozegrać to dobrze, nie mogłam dać się ponieść. Wzięłam głęboki wdech, dokładnie tak jak uczył mnie Nathan. Uspokoiłam myśli i powoli usiadłam z powrotem. Wydech i kolejny wdech. Oparłam się wygodnie, założyłam nogę na nogę i objęłam kolano obiema dłońmi. Maskowałam stres. Pozycja półotwarta. Nie okazywałam zaufania, ale nie byłam też zamknięta.
– Opowiedziała mi wszystko – oświadczyłam spokojnym głosem.
– Kochanie… ona kłamie. Nie wiem dlaczego, co ma na celu, może chce nas roz…
– Nie kłamie – przerwałam mu w pół zdania. – Widziałam wiadomości, które jej wysłałeś. Widziałam dowody. Wiem wszystko.
Brzmiałam pewnie, choć trochę naciągałam fakty. Nie widziałam żadnych wiadomości. Ani dowodów. Ale on o tym nie wiedział. I to zaczęło działać. Widziałam, jak ze sobą walczy. Jego maska zaczynała pękać. I z dziką satysfakcją obserwowałam ten jeden moment. Moment, w którym się poddał.
– Dobrze – powiedział w końcu zrezygnowany. – Masz rację. To prawda. Popełniłem błąd.
– Błąd? To nie był błąd! To było celowe działanie. – Oderwałam plecy od oparcia krzesła, zmrużyłam oczy i przechyliłam się w jego stronę, wskazując go palcem. – Z premedytacją zniszczyłeś naszą relację, zdradziłeś moje zaufanie, wciągnąłeś w to moją najlepszą przyjaciółkę i chciałeś zniszczyć wszystko to, na co pracowałam przez całe życie. – Praktycznie warknęłam trzy ostatnie słowa.
– Przepraszam, Aurelio. Nie chciałem cię skrzywdzić. Przecież wiesz, ile dla mnie znaczysz – wyznał, pochylając się w moją stronę i próbując złapać moje dłonie.
Na ten widok odsunęłam się gwałtownie. Z szeroko otwartymi oczami i ustami wstałam z krzesła i cofnęłam się do okna, chcąc znaleźć się jak najdalej od niego. Jasne światło padało na jego twarz, podkreślając błękit oczu.
– A co z tym, że odchodzisz? – zapytałam złośliwie. – Wtedy mówiłeś, że odchodzisz.
– Byłem wściekły. Nie brałaś tego na serio, prawda?
– Trzasnąłeś drzwiami. Brzmiało poważnie.
– Emocje, Aurelio. Każdy czasem przesadza.
– Jasne. Jak wtedy, gdy powiedziałeś, że jestem żartem? Że intuicja mnie zawiodła, że nic nie potrafię?
– Kociaku… Ty przecież też nie byłaś święta, pamiętasz? W naszej relacji zdarzały się trudne momenty również z twojej strony, ale nie robiłem z tego afery. Bo dla mnie liczyło się tylko to, że cię kocham. – Westchnął ciężko, udając, że cały świat osiadł mu na barkach. Wstał i ruszył w moją stronę. – Po prostu… nie rozdrapujmy tego już, dobrze? Wiem, że zjebałem. Ale przyszedłem, bo chcę to naprawić. Bo cholernie za tobą tęskniłem.
Minęłam go, odwróciłam się i oparłam o biurko, jednocześnie ściskając blat. Palcami po omacku szukałam przycisku pod spodem. Musiałam wyglądać na spokojną. Jakby nic się nie działo. Jakbym właśnie nie wzywała pomocy.
– Miałem wtedy ciężki dzień – podszedł bliżej – i się na tobie wyładowałem. Przepraszam.
Zatrzymał się tuż przede mną. Moje nogi znalazły się między jego. Pułapka. Serce mi przyspieszyło. Wcisnęłam guzik raz, drugi, trzeci – nic. Nikt nie przychodził.
Zimnymi palcami chwycił mnie za podbródek, uniósł moją głowę. Już nie patrzyłam na niego spod byka – patrzyłam mu prosto w oczy. Chyba wydawało mu się, że właśnie wygrał. Że wszystko znów uchodziło mu na sucho. Puls dudnił mi w uszach. Strach i gniew mieszały się w brzuchu, a jego perfumy, które kiedyś kochałam, teraz otulały mnie jak ciasna klatka. Jego wzrok zjechał na moje usta. Pochylił się, ewidentnie próbując mnie pocałować.
W jednej sekundzie zalała mnie wściekłość. Odepchnęłam go tak mocno, że aż zatoczył się do tyłu.
– Co ty robisz?! – wrzasnęłam, cofając się gwałtownie. – Nie dotykaj mnie! Nigdy więcej nie będę twoja!
Ruszyłam w stronę drzwi, ale on ruszył za mną, wolno, z obłąkaną pewnością siebie.
– Nie mów tak. – Jego głos obniżył się niemal do szeptu, aż ciarki przeszły mi po plecach. – Jestem gotów zrobić wszystko, żeby cię odzyskać. Zawsze będziesz dla mnie wszystkim… i nie odpuszczę. Nigdy.
Zanim dotarłam do klamki, drzwi otworzyły się gwałtownie. Dwóch mężczyzn w ciemnych garniturach weszło do środka szybkim, zsynchronizowanym krokiem. Jeden z nich natychmiast chwycił Olivera za ramię i odepchnął go w tył, drugi stanął przede mną, osłaniając mnie całym ciałem.
– Proszę się cofnąć – powiedział ochroniarz ostrym tonem.
– Co, do cholery…? – Oliver popatrzył zdziwiony najpierw na mnie, potem na mężczyznę obok. – Aurelia, co ty robisz? Naprawdę ich wezwałaś?!
Zaczął się szarpać, ale ochroniarz, który stał przy mnie, w dalszym ciągu mnie osłaniał. Słyszałam odgłosy szamotaniny, odbijające się echem od ścian. Oliver jeszcze coś krzyczał, ale z każdą sekundą jego głos stawał się coraz bardziej odległy, aż w końcu zniknął zupełnie. Drzwi się zamknęły.
Mężczyzna odwrócił się w moją stronę.
– Zrobił pani coś? – zapytał twardo, patrząc mi w oczy. – Potrzebuje pani pomocy? Karetki? Kogoś zawiadomić?
Zamiast odpowiedzieć, pokręciłam głową. Zacisnęłam ręce na piersi, próbując się nie rozpaść. Marne zabezpieczenie przed tym, co się właśnie wydarzyło. Zamknęłam oczy.
– Gdzie ona jest?! – Dobiegł mnie krzyk Liliany, zanim zobaczyłam, jak wpada do pokoju. – O Boże… kochana… – Podeszła natychmiast, gdy ochroniarz odsłonił mnie jej oczom.
Objęła mnie mocno. I to wystarczyło, żeby całe ciśnienie zeszło ze mnie w jednej chwili. Wciągnęłam głęboko powietrze, aż do bólu w płucach, i przytrzymałam, by zatrzymać cały ten chaos. Robiąc wydech, poczułam, że powoli wracam do siebie. Otworzyłam oczy.
Ochroniarz nadal bacznie mi się przyglądał.
– Wszystko w porządku. Już dobrze. Dziękuję za pomoc – powiedziałam, wypuszczając Lilianę z uścisku. Odsunęłam się lekko i poprawiłam ubranie.
– Zablokujemy temu człowiekowi dostęp do budynku. Już nigdy go pani tu nie zobaczy – oznajmił spokojnie, profesjonalnym tonem.
Zdziwiłam się, że nie kojarzę jego twarzy. Wydawało mi się, że znam wszystkich w wieżowcu – większość zatrudniałam osobiście – a jego nie pamiętałam w ogóle. Przyjrzałam mu się uważniej. Był ode mnie dużo wyższy, dobrze zbudowany, z ogoloną głową i lekkim zarostem. Przypominał Jasona Stathama, co w tym momencie wydało mi się absurdalnie zabawne.
– Dziękuję… – zawahałam się. – Przypomnij mi, jak się nazywasz.
– Jason Colton, proszę pani – odparł z lekkim ukłonem i ruszył w stronę drzwi.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Jason. Naprawdę.
Odwrócił się jeszcze, chcąc coś dodać, ale wpadła na niego Blanka, truchtająca na swoich niebotycznych obcasach. Jedną ręką przytrzymywała pokaźny biust, żeby nie podskakiwał przy każdym kroku.
Zwolniła przy mijaniu ochroniarza i obczaiła go z góry na dół bez cienia subtelności. Gdy ich spojrzenia się spotkały, uśmiechnęła się, poprawiła dekolt i przeciągnęła palcami po jednym z loków. Ruszyła dalej w moją stronę, co chwilę zerkając przez ramię.
Kącik ust Jasona drgnął ledwo zauważalnie. Kiwnął głową i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
– Co ten skurwiel ci zrobił? – zapytała Blanka, podchodząc szybko, ale już opanowana.
Na jej koszulce widać było sporą, mokrą plamę. Przytuliła się do mnie, ale niemal natychmiast się cofnęłam – nie chciałam, żeby zamoczyła mi sukienkę.
– Na szczęście nic. Nie zdążył. Chłopacy zareagowali, zanim zrobiło się naprawdę źle.
– Myślałam, że przyszedł jak zwykle szpanować bukietem za pół wypłaty. A potem patrzę z kuchni, ochroniarz taszczy go do windy jak worek ziemniaków. Z wrażenia aż wypuściłam kubek z wodą. – Spojrzała z niesmakiem na swoją koszulkę i zaczęła ją strzepywać, myśląc, że to coś da. Po chwili westchnęła zrezygnowana i spojrzała na mnie bardziej serio. – Co się właściwie wydarzyło?
Z Blanką znałyśmy się od lat. Właściwie od początku mojego stażu, kiedy królowała w biurze podawczym. Starsza, wygadana, zawsze świetnie zorganizowana.
Miała niesamowitego nosa do ludzi, choć niekoniecznie charakter do spotkań z nimi. Ale nie każdy musi być słodki i uroczy, żeby być świetny w tym, co robi.
Bywała złośliwa. To był jej system obronny. Tak samo jak kokietowanie. Facetów, czasem kobiet. Jej mąż traktował ją jak powietrze, więc zaspokajała potrzebę uwagi gdzie indziej. I choć potrafiła być trudna… nie dało się jej nie lubić. A kiedy pozwalała się lubić, rozkwitała.
Przez lata jadłyśmy razem lunch, znałyśmy się jak łyse konie. Ja awansowałam, ona stała w miejscu. Aż w końcu, po jednej z tych naszych szczerych rozmów, poszłam do Emily i poprosiłam, żeby pozwoliła mi wciągnąć ją do zespołu. Zgoda przyszła bez wahania. Od roku Blanka była moją zastępczynią – i pasowała do tej roli jak ulał.
Teraz nadszedł moment, by zdecydować, czy wciągnąć ją jeszcze głębiej. Czy ufałam jej na tyle, by wierzyć, że to, co się stało, zostanie między nami? Czy kiedykolwiek zawiodła moje zaufanie? Choć raz nadszarpnęła naszą lojalność?
Skakałam spojrzeniem po jej twarzy, szukając odpowiedzi. Zauważyła moją rozterkę. Oczywiście, że tak – była do mnie podobna. Widziała więcej niż inni. Nie potrzebowała słów, by rozumieć, co się dzieje.
A przy tym jej szalona błyskotliwość… już wiedziałam, że dodała dwa do dwóch.
– Rozstaliście się – stwierdziła, nie pytając. – Dlatego tak szybko wyjechałaś, bez słowa, na tak długo.
Spuściłam głowę i tylko przytaknęłam.
– Ale on nie chce odpuścić i wraca. Czyli coś nabroił. – Przesunęła spojrzenie na Lilianę i zmarszczyła brwi. – Czy to ma coś wspólnego z tobą?
Przyjaciółka nic nie powiedziała, tylko popatrzyła na mnie. Wiedziałam, że daje mi wybór – mogę wyjaśnić wszystko albo milczeć. Obie przyglądały mi się wyczekująco.
– Chodzi o tych pracowników, którzy odeszli? – rzuciła Blanka.
Zamarłam.
– Skąd ty o tym wiesz? – Spojrzałam na nią zaskoczona.
– Bo mam oczy. I mózg. Czasem wystarczy, wiesz?
– Może… lepiej usiądźmy – rzuciłam w końcu, czując, jak żołądek zaciska mi się niczym pięść.
Przecież nikt o tym nie mówił. Nikt nie miał prawa wiedzieć. Więc jeśli ona się domyśliła… to czy domyślił się też ktoś jeszcze?
Gdy skończyłam opowiadać, Blanka siedziała w najbardziej zamkniętej pozycji, jaką można sobie wyobrazić: noga na nogę, łokieć oparty o kolano, dłoń zakrywająca usta.
Czekałam, aż to wszystko przeanalizuje i się odezwie.
– Czy on już komuś o tym powiedział?
– Wydaje mi się, że nie – odpowiedziała Liliana. – Na razie nic się nie dzieje, nikt nic nie mówi.
Blanka pokiwała głową i wreszcie się rozluźniła. Oparła się o kanapę, odchyliła głowę, wyciągnęła ręce i nogi, aż wyglądała jak lalka rozłożona na półce. Po jej niespokojnie skaczącym spojrzeniu widziałam, że analizuje wszystko intensywnie.
– Okej. Będę trzymać rękę na pulsie i obserwować, co się dzieje. Zrobimy listę możliwych scenariuszy i sposobów, jak z nich wybrnąć. A możesz się skontaktować ze swoimi rodzicami w tej sprawie?
– Już to zrobiłam.
– O proszę. Przewidująca jak nigdy. I co powiedzieli?
– Mark już działa.
– Mark… – Uśmiechnęła się z przekąsem. – No to mamy najwyższą instancję.
Szybko podniosła się z kanapy.
– Nie jest tragicznie. Chodź, zróbmy podsumowanie tego, co cię ominęło. Muszę wprowadzić cię w parę tematów, a potem znajdziemy rozwiązanie naszego problemu.
Wyciągnęła do mnie rękę, pomagając mi wstać. Przez chwilę patrzyła mi prosto w oczy. To, że powiedziała „naszego problemu”, dodało mi skrzydeł. Spojrzałam z wdzięcznością na obie dziewczyny, po czym objęłyśmy się we trzy.
Byłam wdzięczna za Lilianę, która zawsze stała przy moim boku, wspierając mnie z cichą lojalnością, i za Blankę, która niby wredna, niby złośliwa, ale potrafiła rozgarnąć mój życiowy chaos z chirurgiczną precyzją i złożyć go z powrotem jak puzzle, które tylko ona umiała dopasować.
***
Ponieważ raport z tego, co się wydarzyło podczas mojej nieobecności, i sporządzenie podsumowania zajęły nam cały dzień w pracy, przeniosłyśmy się z tworzeniem planu ratowania sytuacji do mieszkania.
Wieczorem siedziałyśmy już u mnie w salonie, z kubkami herbaty i otwartymi laptopami, ale Blanka nawet nie patrzyła na ekran.
– Zauważyłam to, wiesz? – odezwała się, rozwalona na kanapie. – Dlatego szybko zareagowałam. Domyśliłam się, że to sprawiło, że spieprzyłaś szybciej niż mój mąż do pubu, gdy tylko słyszy, że wracam do domu.
Spojrzałam na nią z niedowierzaniem.
– I… tego nie zgłosiłaś?
Wzruszyła ramionami.
– Może i jestem wredna, ale lojalna. W końcu dlatego mnie wybrałaś, prawda? Chociaż przyznaj, że po cichu liczyłaś na kogoś mniej inteligentnego, żebym ci nie zaglądała w papiery. – Wyszczerzyła zęby w złośliwym uśmieszku.
– I niczego mi nie powiedziałaś? Nawet nie zasugerowałaś, że coś wiesz?
– Bo jeśli wyjechałaś tak szybko z laptopem pod pachą, to znaczyło, że miałaś tak gorąco w gaciach, że żadna rozmowa by nie pomogła. Uznałam, że ogarnę, a ty wrócisz, kiedy będziesz gotowa.
Zamilkłam na chwilę, nie wiedząc, co powiedzieć.
Następnie stwierdziłyśmy, że muszę przekazać Markowi, co się dziś wydarzyło w firmie, żeby dopisać to do listy zarzutów.
– Dzień dobry, panienko Loret – odezwał się jak zwykle od razu tym swoim niskim, mruczącym głosem.
Był na głośnomówiącym, więc dziewczyny mogły słyszeć rozmowę. Kątem oka zauważyłam, że Blanka pociera ramiona. Przysięgłabym, że miała ciarki.
– Cześć, Mark. Jesteś na głośnomówiącym, są ze mną Blanka i Lili.
– Czeeeść! – odpowiedziały zgodnym chórkiem i pomachały, jakby miał je co najmniej widzieć.
– Witam, drogie damy. W czym mogę być usłużny?
– Odwiedził mnie dziś Oliver – powiedziałam po głębszym wdechu, bo wiedziałam, że zaraz poleci tyrada. – Udawał, że nic się nie stało i że chce wrócić. Kiedy mu odmówiłam, zrobił się… dziwny. Zaczął przystawiać się jeszcze bardziej. Zestresowałam się i wezwałam ochronę. Wyprowadzili go. Ma teraz zakaz wstępu do budynku. Był zaskoczony. Udawał, że nie rozumiał, czemu reaguję tak ostro. Chyba naprawdę myślał, że może to wszystko naprawić. I przez chwilę… prawie mu uwierzyłam. Ale był zbyt natarczywy. Nie słuchał, kiedy mówiłam, żeby przestał. I to mnie przestraszyło.
– Jestem świadom zaistniałej sytuacji. Czy mam rozumieć, że zdecydowała się panienka na konfabulację z powierniczkami?
– Jak to jesteś świadom? – Przyłożyłam dłoń do czoła. – Dobra, nieważne. Tak. Dziewczyny o wszystkim wiedzą.
– Z całą odpowiedzialnością pragnę zapewnić, iż sytuacja znajduje się pod moją nieustanną obserwacją i kontrolą. Posiadam wiedzę bieżącą oraz retrospektywną.
– Czyli… co? Nie muszę dzwonić i cię informować o tych incydentach?
– Nie, panienko. Uważnie monitoruję sytuację, posiadam pełen wgląd w jej przebieg i nieustannie śledzę jej dalszy rozwój – powtórzył cierpliwie.
– Czy ty mnie śledzisz? – Zmarszczyłam czoło.
– Dbam o bezpieczeństwo panienki w najlepszy możliwy sposób.
Rozejrzałam się po mieszkaniu, szukając czegoś, co by nie pasowało. Wstałam i założyłam ręce na biodra, patrząc po kątach i suficie.
– Mark… Czy w moim mieszkaniu są kamery? – Podeszłam do lampki i zajrzałam pod klosz, ale niczego podejrzanego nie zobaczyłam.
– Nie śmiałbym ingerować w prywatność panienki.
– Podsłuch? – Podeszłam do torebki i zaczęłam w niej grzebać.
Przez chwilę milczał, a mnie z każdą chwilą robiło się coraz cieplej. Niczego nie znalazłam, więc odwróciłam się z powrotem w stronę przyjaciółek, które, oparte o wyspę kuchenną, wisiały nad telefonem, patrząc na niego jak na złote jajo.
– Chciałbym się z panienką spotkać, jeśli to możliwe.
– Mark… – Zaczęłam się niepokoić. Unikał odpowiedzi na moje pytania.
– Możemy nawet dziś, jeśli panience pasuje.
Spojrzałam na przyjaciółki. Obydwie pokiwały głowami.
– Dobra. Wpadaj. Jesteśmy u mnie w mieszkaniu.
– Tak, wiem. Zaraz będę. – Rozłączył się.
Blanka pobiegła do łazienki, a ja patrzyłam w osłupieniu na telefon. Rzadko korzystałam z usług Marka, a przed tą całą sytuacją niemal wcale z nim nie rozmawiałam. Teraz świadomość, że wie… dosłownie wszystko, że ma wgląd w każdy mój ruch, przyprawiała mnie o dreszcze na całym ciele.
– Jak to wie? – szepnęłam, podchodząc bliżej.
Wzięłam telefon do ręki i obejrzałam go z każdej strony. Włączyłam ekran, przejrzałam ustawienia, sprawdziłam aplikacje. Nic.
– Przecież mówił, że nie ingeruje w twoją prywatność – zauważyła Lili, kiedy w skupieniu klikałam. – Więc raczej nie masz w mieszkaniu podsłuchu ani kamer. To by przeczyło jego własnym słowom.
– To skąd, do cholery, wie? – Rzuciłam telefon na wyspę i z impetem usiadłam na krześle barowym.
Wsunęłam palce we włosy i wygięłam plecy w łuk, próbując rozciągnąć kręgosłup i zrzucić z siebie choć część tego napięcia.
– Na pewno ma swoje sposoby – stwierdziła Lili. Oparła łokieć o blat i podparła twarz dłonią, przyglądając mi się uważnie. – Może winko?
– Tak, poproszę. – Westchnęłam i przeniosłam się do salonu na kanapę.
Po chwili dołączyła do mnie Blanka.
– Ty się właśnie… odświeżyłaś? – zapytałam, unosząc brwi, gdy poczułam zapach jej perfum. Spojrzałam na nią i zobaczyłam, że jej kitka wygląda jak z reklamy lakieru: wygładzona, wyczesana, bez jednego sterczącego włoska.
– Ach tak. – Strzepnęła z ramienia niewidzialny pyłek i uśmiechnęła się z rozbrajającą niewinnością. – I pożyczyłam twoją pomadkę, bo strasznie mi usta wyschły.
Zmrużyłam oczy, zerkając na nią podejrzliwie. Już miałam zapytać, czy przypadkiem nie ma to związku z Markiem, który właśnie do nas zmierza, ale rozkojarzyła mnie Liliana. Podeszła z butelką wina i trzema kieliszkami, a zaraz potem zniknęła jeszcze raz w kuchni po przekąski. Włączyłam naszą ulubioną chilloutową playlistę i próbowałam się nie zastanawiać, czy Blanka właśnie flirtuje z moim osobistym agentem ochrony.
Wyciągnęłam spod stołu kartkę i długopis i zrobiłyśmy burzę mózgów na temat ewentualnych reperkusji wywołanych przez Olivera. Wyszczególniłyśmy pięć potencjalnych problemów i siedem teoretycznych rozwiązań. Blanka miała rację. Sytuacja nie wyglądała tak źle, jak na początku mi się wydawało.
Działałam pod wpływem emocji, które mnie przytłoczyły. Oliver wywoływał u mnie stres już od jakiegoś czasu, a teraz doszła do tego emocjonalna bomba. Teraz mogłam usprawiedliwić swoją wyolbrzymioną reakcję jako efekt przebodźcowania. Znając swoje ciało po ostatnim wypaleniu zawodowym, wiedziałam, że zareagowałam prawidłowo – tak, jak nauczyła mnie terapeutka i jak wiedziałam, że w moim przypadku musi zadziałać.
Usłyszałam pukanie – dwa stanowcze, spokojne uderzenia. Wiadomo, kto to. Wstałam i otworzyłam drzwi.
Mark stał w progu, ubrany w ciemny płaszcz, ze wzrokiem, który trudno było odczytać. Miał ten swój luz, który zawsze mnie irytował i fascynował jednocześnie. Skinął głową z szacunkiem, nie spuszczając ze mnie wzroku.
– Panienko Loret – przywitał się tym swoim niskim, uspokajającym mruczeniem, które działało lepiej niż melisa i masaż razem wzięte.
Blanka, która jeszcze chwilę temu siedziała rozwalona na kanapie, wstała momentalnie i przeszła szybkim krokiem do kuchni, po czym siadła przy blacie. Rzuciłam na nią spojrzenie. Poprawiła dekolt i zarzuciła włosy do tyłu. Przewróciłam oczami i wróciłam spojrzeniem na mężczyznę.
– Mark – powiedziałam cicho, odsuwając się, by wpuścić go do środka.
Wszedł, rozglądając się po mieszkaniu chłodnym, wyćwiczonym spojrzeniem, jak policyjny detektyw wchodzący do pustego domu. Jego wzrok przeszył mnie, dokonując oceny. Potem kiwnął głową, co było podsumowaniem: „W porządku, żyjesz, ale ledwo”.
– Mam przygotowany plan – powiedział, jakbyśmy kontynuowali rozmowę, którą właśnie chwilę temu urwaliśmy. – I pozwolę sobie dodać: optymistyczne rokowania.
Usiadł przy wyspie bez pytania, wyjął teczkę i rozłożył dokumenty. Liliana podała mu kieliszek wina. Uniósł brew, patrząc to na nią, to na kieliszek, po czym odsunął alkohol na bok.
Blanka nachyliła się niby do mojego ucha, ale tak, by do Marka na pewno dotarły jej słowa:
– Czy on zawsze tak pachnie, czy to tylko dziś?
Nawet jeśli usłyszał, to nie widać było po nim żadnej reakcji. Lili tymczasem uniosła brwi, przyglądając się rozkładanym dokumentom.
– No chyba żartujesz… – rzuciła półgłosem, bardziej rozbawiona niż zaskoczona.