-
nowość
Na imię mi zemsta - ebook
Na imię mi zemsta - ebook
Gdy słowiańskie ziemie krwawią, rodzi się gniew kobiety. Gniew, którego nikt nie jest w stanie powstrzymać.
XII wiek. Krucjata niemieckich panów i biskupów, którzy nie znają litości brutalnie pustoszy słowiańskie ziemie. Młoda Snigir cudem uchodzi z życiem z masakry dokonanej przez ludzi Elureda, brata księcia Saksonii. Pod opieką pustelnika Serafina odzyskuje siły — lecz kiedy przypadkowe spotkanie z oprawcami otwiera rany jego własnej, mrocznej przeszłości, oboje wyruszają na drogę krwawego odwetu. Do ich wyprawy dołącza Sambor, również naznaczony tragedią i pałający żądzą zemsty, która przeradza się w bezpardonową walkę.
Ślad Elureda wiedzie przez Połabie i Magdeburg aż na pola pod Kodyniem, gdzie rozstrzygnie się los krucjaty i losy bohaterów. W ogniu bitwy Serafin stanie twarzą w twarz ze swoim wrogiem, a jego wybór między zemstą a miłosierdziem przyniesie gorzkie konsekwencje.
Epicka opowieść o zemście, utracie i nadziei, rozgrywająca się w czasach, gdy przemoc była jedynym prawem.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68742-59-6 |
| Rozmiar pliku: | 2,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Elwira Dresler-Janik
cykl Leszygród
Tom 1. Córki bogini Mokosz
Tom 2. Topielica z mokradeł
Tom 3. Opiekun lasu
Tom 4. Szczodry wieczór
Anna Musiałowicz
Wyrzuciła ją rzeka
Ewelina Kasiuba
Wybranka boga słońca
Krzysztof Jagiełło
cykl Piast zdobywca
Tom 1. Przysięga
Tom 2. Wieszczba
Tom 3. Nawałnica
Tom 4. Hańba
Robert Socha
Kwiat Peruna
Agnieszka Kulbat
cykl Dziedzictwo stróża Nawii
Tom 1. Wezwanie Żmija
Tom 2. Wola Żmija
Lucie Ortega
cykl Szept moczarów
Tom 1. Światła nad moczarami
Agata Suchocka
Klątwa południcy
Anna Musiałowicz
Płachytka
Iwona Poczopko
Na imię mi zemstaByła ciepła czerwcowa noc. Ziemia parowała po upalnym dniu. Ciemność gadała owadami, skrzypieniem gałęzi i chlupotaniem wody wśród przybrzeżnych zarośli. Ślepy księżyc marszczył się w małej zatoczce rzeki. Chaty sioła spały pod ścianą lasu, nad którą zawisło granatowe niebo. Oprószone światłem księżyca strzechy nastroszyły się, chroniąc rozbrojone snem domostwa przed pokusami złych duchów.
Snigir leżała z policzkiem wtulonym w kępkę mchu, utkniętą między gładko ociosane belki ściany. Grało jej do ucha chrobotanie kołatka, drążącego gdzieś w drewnie swoje korytarze. Spanie pod ścianą było dla niej prawdziwym przywilejem, jedyną zapłatą za całodzienną krzątaninę wokół rozwrzeszczanego młodszego rodzeństwa. Na skraju legowiska z rzadka dosięgały ją kuksańce wiercących się we śnie sióstr. Zdarzało się, że leżąca obok Bogna wbiła jej stopę w plecy, ale wystarczyło ją połaskotać w piętę, żeby pozbyć się natręta i odpowiednio skierować kotłowaninę ciał. Muśnięta noga Bogny lądowała natychmiast na plecach śpiącej po drugiej stronie Liwijki. Ta z kolei skopywała z siebie niechciany ciężar, dzieląc razy między Bognę i matkę, która spała obok niej, tuląc maleńkiego Bojka. Tylko ojciec, zamykający pokot na zewnętrznym brzegu łoża, wolny był od szturchańców swoich dzieci. Nie mógł mu przecież zawadzać spętany płóciennym prześcieradełkiem Bojko, który leżał jak bochenek chleba zawinięty w liść łopianu i nawet nie zakwilił. Dobrze mu widać było między pachnącymi mlekiem piersiami matki i ojcem pochrapującym rytmicznie. To chrapanie było niczym kołysanka. Wszyscy przywykli do tego wibrującego dźwięku, któremu wtórowało furkotanie warg z fantazyjnym unoszeniem wąsa. Gdyby go zabrakło, nikt pewnie nie mógłby spać. Z ciszy powyłaziłyby od razu różne strachy, podniosłyby wszystkim powieki i wybałuszyły oczy, a tak, dopóki ojciec chrapał, było bezpiecznie. Można było skryć się pod jego hałaśliwym oddechem jak pod szorstką derką i posapywać bezgłośnie w wyznaczonym przez niego rytmie. Duszna izba stawała się dzięki temu przytuliskiem, gdzie słyszało się przez sen obecność bliskich, wdychało ich zapach, czuło ich ciepło, nie trzeba było nawet marzyć, bo szczęście było obecne jak powietrze.
I nagle to powietrze rozerwał huk, oślepiające światło, wrzask jakichś obcych gardeł.
Snigir oderwała głowę od ściany i zobaczyła ojca, który wyskoczył z posłania. Rzucił się w otwór drzwi wiodących do drugiej izby, ale zaraz za progiem zatrzymało go coś gwałtownie. Znieruchomiał na ułamek sekundy, a potem raptownie wykręcił głowę do tyłu. Tylko jakoś inaczej. Twarz zawisła mu na plecach, szeroko rozwarte oczy patrzyły znad czoła, a usta skrzywiły się nad wąsami. Ojciec zachybotał się, kolana się pod nim ugięły i jego plecy z nienaturalnie obróconą głową osunęły się w jasną plamę migotliwego światła. Oniemiałe z przerażenia dziewczynki przywarły do matki, która klęcząc na środku łóżka, próbowała zagarnąć je ręką za siebie, a drugą ręką przyciskała do piersi Bojka. Sczepione w jedną masę ciała stężały porażone strachem. Któreś z dzieci zmoczyło posłanie. Kałuża złudnego ciepła rozlała się po sienniku i nasączyła koszule. Wszystkie pary oczu wbiły się w światło za progiem sypialni. Uszy łowiły ciszę. Serca trzepotały im w piersiach jak oszalałe. I kiedy bezdech miał im już rozsadzić płuca, w progu pojawił się potężny mężczyzna. Wyjrzał zza ościeżnicy, jakby skończył zabawę w chowanego. Rozstawił szeroko nogi i wsparł się na stylisku topora. Jego cień położył się na środku posłania. Milczał. Oswajał się z mrokiem izby. Po chwili oparł się o belkę futryny i rzekł cicho:
– Jooo, tu som wszystkie. – Zrobił pauzę, po czym dodał prawie przymilnie. – Kom, sucze pomioty. Kom – powtórzył, a w jego głosie była żartobliwa zachęta i groźba zarazem.
Dziewczynki przywarły do matki jeszcze mocniej, a ona jeszcze silniej przytuliła Bojka. Mężczyzna postąpił krok do przodu.
– Kom – wycedził przez zęby. – Bogna pisnęła bezwiednie, strwożona jego wielkością. Wtedy on ryknął: – Kom! – i doskoczył do matki. Chwycił ją ręką za włosy i szarpnął. Wyrwał z objęć dzieci i przy wtórze ich krzyku wywlókł do drugiej izby. Matka, zaciskając kurczowo ramiona, próbowała utrzymać się na nogach, ale zawadziła stopą o rękę leżącego za progiem ojca. Straciła równowagę i upadła. W sam środek bajora krwi, która wylała się z jego rozpłatanej szyi. Bojko zaniósł się głośnym płaczem. Ręka mężczyzny cały czas zaciśnięta kurczowo na włosach matki pociągnęła ją dalej, malując na podłodze czerwony ślad. Na środku izby mężczyzna zatrzymał się i szybkim ruchem postawił matkę na nogi. Obrócił ją twarzą do otworu sypialni, w której zostały jej córki. Stała w drżącym świetle pochodni zatkniętej w palenisko. Wyglądała jak drewniana figurka, pokaleczona niewprawnym dłutem i nieopatrznie zachlapana farbą.
Dziewczynki patrzyły na matkę w plamie krwi ich ojca, z twarzą przeciętą dwiema białymi kreskami łez, bezgłośną i drżącą, i wstrząsnął nimi głuchy spazm.
– Kom do mamy – mężczyzna rzucił w kierunku ich mrocznego ukrycia i wcisnął za pas żeleźce topora. W odpowiedzi usłyszał tylko żałosny krzyk Bojka, którego matka nadaremnie próbowała uciszyć. Wyrwał więc dziecko z jej objęć i wyrzucił z zawiniątka na podłogę. Malec stuknął głucho o twarde deski i ucichł, wyprężywszy nienaturalnie rączki. Matka zawyła przeraźliwie i zawisła na swoich włosach jak na szubienicy. Mężczyzna spojrzał na nią z niechęcią, otworzył dłoń i pozwolił jej ciału osunąć się bezwładnie, po czym cisnął w nią chustę, z której przed chwilą wytrzepał jej syna jak zbędne okruchy. Wyjął topór zza pasa i ruszył po resztę dzieci. Wtedy wybiegła ku niemu Liwijka. Wyślizgnęła się siostrom z objęć i bijąc o podłogę małymi stópkami, rzuciła się do walki. Mężczyzna zaskoczony desperacką szarżą dziewczynki, stanął. Dopadła jego nogi i wczepiła się zębami w skórzaną nogawicę spodni. Zrazu próbował ją strząsnąć z siebie, ale nie ustępowała i gryzła, co sił, więc walnął ją w skroń przedramieniem okrytym żelaznym karwaszem. Nawet nie pisnęła, tylko poleciała w dół jak rzucony gałganek. Nieprzewidziany opór gnieżdżącego się w chacie stadła rozeźlił go najwidoczniej, bo splunął jakąś brązową mazią, po czym przesadził błyskawicznie izbę, by czym prędzej dopaść do skulonych na posłaniu dziewczynek. Pochwycił je za włosy i wyniósł z ukrycia jak dwie szmaciane kukły. Próbowały się szarpać, wierzgać nogami, ale on podążał ku wyjściu, trzymając je w rozstawionych ramionach niczym myśliwskie trofea. W ostatnim beznadziejnym akcie oporu zaparły się rękami o drzwi chałupy, na co on złożył gwałtownie ręce i zderzył je o siebie głowami, po czym zwiotczałe, oszołomione bólem wyrzucił na zewnątrz. Upadły na twarde kępki trawy. Ocucił je następny ból, wbijanego w żebra buta.
– Wstawaj, wstawaj, mała pogańska sucz! – Usłyszały nad sobą wrzask, który przebił się przez dobiegające zewsząd krzyki.
Nim zdążyły zareagować, mężczyzna znowu chwycił je za włosy i zmusił do klęknięcia. Snigir dostrzegła kątem oka palące się wokół chaty, bezładną bieganinę odartych z odzienia ludzi, ich potknięcia i upadki, i egzekucję sąsiada. Rozpłatał go mieczem jakiś brodaty wielkolud. Nie wiedziała już, czy jej skroń rozsadziła wyjąca dookoła rozpacz, czy nagłe szarpnięcie za włosy. Wyprężona w bolesnym uchwycie zobaczyła przed sobą białego konia. Tańczył, drobiąc kroczki pod jeźdźcem w równie białym odzieniu, o pięknej twarzy, otoczonej puklami jasnych włosów.
– Spal to gniazdo robactwa, Bardo – rozkazał jeździec na białym koniu.
Mężczyzna trzymający dziewczynki za włosy, zwany Bardo, zwolnił uchwyt. Nie śmiały drgnąć, ich wyostrzone zmysły, mimo wszechobecnego płaczu i krzyku, łowiły każdy jego ruch. Czuły za sobą drżenie ziemi pod jego stopami, gdy zbliżał się do ich chaty, słyszały świst tnącej powietrze pochodni, zrazu cichy, a potem coraz głośniejszy trzask zajmującej się ogniem strzechy. Zobaczyły, jak tańczący przed nimi na białym koniu jeździec pojaśniał w potężniejącej łunie. Jego blade oblicze rozzłociło się od strzelających w górę płomieni, a oczy roziskrzyły ich odbiciem. Zacisnęły powieki, żeby niczego nie widzieć, ale właśnie wtedy ujrzały to, czego bały się najbardziej. Stanął przed nimi obraz ojca i matki, i Bojka, i Liwijki pożeranych przez płomienie. W pewnej chwili zdało się im, że w dobiegającym z oddali zawodzeniu usłyszały głos jednego z nich. Zakołysały się na kolanach. Wyrwał się z nich jakiś zwierzęcy skowyt. Biały jeździec spojrzał na nie uważnie. Pozwolił koniowi na kolejny taneczny popis, po czym wychylił się w ich kierunku.
– Pomódlcie się, dziewki – powiedział, krzywiąc usta w ironicznym uśmiechu.
Bardo, który uwinął się z wykonaniem polecenia, stanął ponownie za dziewczynkami. Oparł podeszwę buta na plecach Bogny i pchnął z całej siły.
– Modlić się, jak pan każe – wrzasnął.
Biały jeździec rozbawiony upadkiem dziewczynki i jej nieporadnym powrotem do klęczenia, ciągnął spokojnie:
– Macie tylu bogów. Stawiacie im chramy. Składacie im ofiary. Karmicie, poicie. No, wołajcie o pomoc.
Tym razem noga Bardo zgniotła plecy Snigir.
– Wołać, jak pan każe! – wrzasnął.
Upadła twarzą w piach. Po chwili podniosła się, zadarła głowę i spod warstwy mazi kurzu i łez spojrzała dziko na białego jeźdźca. A ten uśmiechnął się tylko. Obrócił konia wokół własnej osi i krzyknął:
– Alfgar!
Na wołanie zareagował brodaty wielkolud, który przed chwilą tak pracowicie dowodził swojej skuteczności w robieniu mieczem. Podszedł z bronią opartą na ramieniu.
– Jaaa? – zapytał zaciekawiony.
– Która ci się lepiej nada? – Usłyszał zachętę białego jeźdźca.
– Młodsza – zarechotał brodacz i zbliżył się do klęczących dziewczynek. Obejrzał je uważnie, nie tracąc przy tym kontroli nad tym, co działo się dookoła. Jego czujny wzrok wyłapywał każdą najmniejszą próbę wyrwania się wieśniaków z zastawionej na nich pułapki. Dał znak Bardo, że właśnie za jego plecami umyka jakiś rozchełstany wyrostek. Ten rzucił się za nim z toporem, a tymczasem Alfgar zdjął miecz z ramienia, podszedł do Bogny i zamachnął się nad jej głową, jak do cięcia, ale zatrzymał ostrze tuż przy jej szyi i wprawnym ruchem skierował je w dół, rozcinając koszulę.
– Cycków nie ma – stwierdził i zwrócił się ku Snigir. Już bez uprzedniej finezji, wsadził głownię miecza pod jej koszulę i rozdarł na całej długości.
– Ooo, ta ma i ciała na niej trochę więcej. Jałówka do ruchania gotowa – zawyrokował – Pewnie już ją ojce do ożenku rychtowali.
– To pokaż jej, jak wchodzi w pochew miecz chrześcijański – zaśmiał się metalicznie biały jeździec i spiąwszy konia, oddalił się lekkim kłusem. Przedefilował przed szpalerem płonących chat. Zatrzymał się na moment nad mężczyzną, który troczył sak do pasa po skończonym właśnie gwałcie. Jego ofiara, młoda kobieta, podrygiwała konwulsyjnie na ziemi. Spomiędzy jej rozrzuconych ud sterczał kawałek drewna. Dusiła się kępą trawy wciśniętą w jej usta.
– Odstąp, Ulf – poprosił biały jeździec.
Ulf bez słowa odsunął się na bok. Biały jeździec popatrzył na prężące się w przedśmiertnym paroksyzmie ciało. Przechylił głowę najpierw w jedną, potem w drugą stronę, zdawało się, że próbował doszukać się w tym widoku czegoś inspirującego. Najwidoczniej nie znalazł, bo zdjął włócznię z łęku siodła i wbił grot w piersi unoszące się ostatnimi spazmami. Kobieta chwyciła oburącz za drzewce, trzymała je kurczowo, więc wsparł się na włóczni całym ciałem i pozwolił koniowi krążyć wokół ofiary dopóki nie rozluźniła uścisku, oddawszy ostatnie tchnienie. Wtedy wyrwał z krateru rany żelazny grot i zręcznie zakręcił włócznią w powietrzu, by osuszyć pompon, który zdobił nasadę żeleźca, a przy kłuciu ciał lubił opić się ich krwią. Spokojny, że żadna niechciana kropla nie skala bieli jego konia, obrócił się i krzyknął do Alfgara:
– Nie zapomnij tylko dobić, żeby nie wyły.
– Jaaa – zaskrzeczał Alfgar i chwycił Snigir za włosy, po czym wbił jej twarz w swoje krocze. Wycierając się o nią cuchnącym sakiem, uśmiechnął się obleśnie do klęczącej obok, ledwo żywej Bogny.
– Też chcesz mojego sztycha?
Nie czekając na odpowiedź, zdjął wolną ręką miecz z ramienia i jednym, błyskawicznym pchnięciem przebił ją na wylot. Tylko on umiał pchać z taką wprawą. Bogna westchnęła tylko cicho i zastygła w osobliwej pozie. Klęczała z rękojeścią wystającą z samego środka jej drobnej, dziecięcej piersi, podparta przez wystającą z pleców i wbitą w ziemię długą błyszczącą głownię. Zadowolony z siebie Alfgar zostawił w niej miecz i odsunął głowę duszącej się Snigir, zerwał troki z pasa i wepchnął jej w usta swój członek. Zablokował jej szczękę żelazną klamrą. Nie mogła gryźć, ale zwymiotowała.
– Kurew zawszona – ryknął i powalił ją na plecy.
Przeszył ją ból wykręcanych kolan i kaleczonej twardym kaftanem skóry. Alfgar zwalił się na nią całym ciężarem ciała, orał jej podbrzusze metalową sprzączką pasa i starał się opanować jej wierzgające nogi. Złapał ją za szyję i dyszał prosto w twarz. Omdlała od jego fetoru, szarpnęła głową w bok i wtedy zobaczyła siostrę. Klęczała obok niej. Patrzyła w niebo, ręce zwiesiwszy po bokach, a z jej pleców wystawało długie, długie aż do ziemi ostrze. Z miażdżonej cielskiem Alfgara piersi Snigir dobył się krzyk. Było w nim tyle rozpaczy, że gdyby bogowie mieli serce, załkaliby w niebiosach nad jej bólem, a ich łzy spadające byłyby jak pioruny ogniste, rażące te bestie, które zniszczyły wszystko, co kochała. Podniosła oczy na granatową czeluść i wtedy kula ognia spadła z wyciem na plecy jej oprawcy. Zaskoczony Alfgar targnął się gwałtownie, ale kula przywarła do niego mocno. Zerwał się z rykiem na nogi. I wtedy Snigir zdała sobie sprawę, że to nie odzew niebios, a jej matka z płonącymi włosami, w płonącej koszuli dosiadła pleców potwora. Oplotła go nogami i skowycząc nieludzko, wbiła mu palce w oczodoły.
– Uciekaj – zacharczała.
Oślepiony Alfgar miotał swoim cielskiem raz w lewo, raz w prawo. Próbował zrzucić z siebie to wrzeszczące, wczepione w niego coś. Ciskał się jak spętany zwierz. Usiłował sięgnąć miecza. Kiedy zdawało się, że już miał go w garści, wściekłe coś odgryzło mu ucho. Zawył. Padł na kolana.
– W las! Uciekaj! – Usłyszała Snigir znad głowy Alfgara.
Poderwała się z ziemi i rzuciła w kierunku lasu. Biegła co sił, przeskakując nad porozrzucanymi wszędzie ciałami. Nie czuła ani kaleczących jej stopy kamieni, ani parzących kawałków zwęglonego drewna, ani ostrych, tnących traw. Słyszała tylko krzyk matki zagłuszony rykiem Alfgara, któremu zapaliły się właśnie włosy. Próbował je gasić, ale machanie rękami sprzyjało tylko płomieniom. Ślepy, skrwawiony i poparzony wpadł w szał. Zerwał się z kolan, zakręcił wokół własnej osi i zwalił na plecy. Kiedy poczuł pod sobą obce ciało, zaczął wić się jak w amoku, jakby je chciał sobą rozetrzeć na miazgę, wdusić w ziemię. Ciało zwolniło swój uścisk, umilkło, znieruchomiało. Poderwał się więc i wskoczył na nie nogami. Deptał, walił, kopał, w końcu wyrwał swój miecz z piersi Bogny, złapał oburącz rękojeść i zaczął dźgać nim szaleńczo bezkształtny zewłok. Kiedy jego miecz natrafiał już tylko na chlupoczącą miazgę, przerwał. Wyprostował się i dysząc ciężko, rozejrzał się za kolejną ofiarą. Łypał dookoła jedynym widzącym okiem. Niesyte zapachu krwi nozdrza węszyły za czymś, co dałoby upust jego żądzy mordu. Szukał Snigir. Wściekły, że zniknęła, że nie ma jej tam, gdzie powinna być i czekać na obmyśloną przez niego kaźń, zaczął machać mieczem na oślep, wrzeszcząc przy tym jak opętany.
– Chodź tu, sucz parszywa, chodź, diabelski pomiocie, zatłukę cię, zabiję, rozerwę na strzępy!
Nie słyszała go, pędziła przed siebie jak szalona. W uszach pulsował jej strach i echo dudniącego serca. Nie widziała nic poza linią pierwszych drzew, która majaczyła w refleksach łuny pożaru.
Alfgar ciął mieczem powietrze, kopał nieposłuszną mu ziemię, pluł śliną i krwią w pustkę, pełną jego urojeń.
– Chodź tu, robaczy lęgu! – ryczał. – Wypruję ci flaki, wypalę trzewia, Zdechniesz pogański gadzie, jak plemię twoje całe zdechnie.
Grozę jego krzyku wychwycił z monotonii jęków dobijanych wieśniaków jeździec na białym koniu. Zaintrygowany, zawrócił wierzchowca i zobaczył, jak jego kamrat Alfgar, na ziemi oświetlonej pochodniami palących się chat, walczy z czymś, co nie istnieje. Zrazu rozbawił go ten taniec, przywodzący na myśl pogańskie rytuały wojenne, ale szybko zdał sobie sprawę z tego, że olbrzym nie jest skory do popisów, a jego pojedynek z duchami powinien raczej niepokoić. Rozejrzał się czujnie dookoła. Wszędzie swojski widok dokonanej rozprawy. Strzelające płomieniami strzechy, rozrzucone ciała mężczyzn, kobiet i dzieci. Kompani kończący dzieło. Zapach spalenizny. Gasnący chaos. I nagle w powszedniości tego widoku zobaczył sylwetkę biegnącej w oddali dziewczyny. Pędziła w kierunku lasu. Ciągnęły się za nią poły rozciętej koszuli. Wyglądała jak ptaszysko z przetrąconymi skrzydłami. Żyła. Niedopuszczalnie. Niewybaczalnie. Jeździec chwycił włócznię, wytężył całą siłę swojego ramienia i rzucił w kierunku uciekinierki.
Snigir dopadła wreszcie pierwszych drzew. Las był jej zbawieniem. Tu mogła się skryć, tu nie zapuszczali się oprawcy. Czuła pod stopami strzelające gałązki i wilgotny mech. Goniła przed siebie, mijała słupy pni, było ich coraz więcej i więcej, aż pchnęło ją coś w plecy, przewróciło i przykuło do ziemi. Ból odebrał jej dech.
Snigir otworzyła oczy. Było ciemno, choć oko wykol, było cicho, pachniało sianem, miętą, szałwią i rumiankiem. Wydało się jej, że czuje oddech tych łąk bezkresnych, o których opowiadała matka, wspominając wyprawę babci do krainy zmarłych. Czyżby i ona zaczęła właśnie swoją ostatnią podróż? Jeśli tak, to matka miała rację, że nie ma nic strasznego w przejściu do Nawii. Wystarczy tylko leżeć i czekać, zastygnąć w błogim spokoju i ciemności pachnącej ziołami, jak ona teraz. Zakładała, że trochę to potrwa, bo przecież wielu zginęło tej nocy, a każdego należało godnie przygotować do przeprawy przez rzekę oczyszczenia, ale w końcu przyjdzie i jej kolej. Pojawią się wysłannicy Welesa, włożą ją do ogromnej muszli wypełnionej po brzegi ciepłym wywarem z pączków sosny, skrzypu i płatków róż. Będą ją obmywać dłońmi delikatnymi jak miotełki traw, a potem wysuszą oddechem pachnącym jaśminem i ubiorą w białą koszulę z miękkiego płótna, a tak zwiewnego jak mgiełka nadrzeczna o świcie. Wplotą jej we włosy jaskry i bławatki i poprowadzą do łodzi, w której płynąć będzie przez czterdzieści dni, by mogła zagoić się jej dusza. Przez ten czas znikną z jej pamięci całe ból i zło. Kiedy już dopłynie, wyjdzie na ląd pełny pięknej zieleni, gdzie kwiatów jest taka masa, a owoców wszelakich taki dostatek, że oczy zabolą od patrzenia. I choć cuda te wszystkie zwabią wzrok ku sobie, nie sięgnie po nie ręką, bo głodu tam czuć nie będzie ani zimna. Przewodnicy zaprowadzą ją do matki i ojca. W miękkiej trawie, u ich stóp zobaczy Bojka ssącego duży palec u nogi, a po bokach Bognę i Liwijkę. Bogna chwyci tatę za rękę, a Liwijka mamę, jak zawsze. Serce jej mocniej zabiło na myśl o tym spotkaniu. Chciała dotknąć tej przyszłości, ruszyła mimowolnie dłonią, ale przeszywający ból zaparł jej dech. Jęknęła, bliska omdlenia. Ból nie ustępował, podobnie jak ciemność dookoła. Strach rozpełzł się po niej zimnym potem, że może nie będzie żadnej przeprawy, a tylko to cierpienie zostanie po wsze czasy. Widzieć już tylko będzie czerń nieprzeniknioną i słyszeć własne jęki w martwej ciszy. Załkała krótko nad niespełnionymi obietnicami matczynych opowieści i wtedy rzecz się stała jeszcze straszniejsza. Ciemność zapaliła się nagle płomieniem ogarka, rozchybotała jego miganiem i ukazała obraz budzącego grozę oblicza. Ziemiste było, przysłonięte wąsami i brodą. Nachyliło się nad nią i przewierciło oczami zimnymi jak kamienie z dna rzeki. Snigir nie miała wątpliwości, że to upiór przybyły, by wyssać z niej krew, więc nie pozostało jej nic innego, jak zacisnąć mocno powieki i ubłagać Mokoszę o ratunek. Pani wszystkomogąca – zaczęła modlić się w duchu – pomóż mi. Opiekunko kobiet i dzieci – powtarzała gorączkowo – pomóż mi. Nie zostawiaj mnie na pastwę tego wampira. Ratuj mnie, pani, najlepsza z dobrych, najmądrzejsza z mądrych, najsilniejsza z silnych, wszechwładna. Ratuj.
– Oooo, żyjesz. – Przerwał jej błagania, cichy głos, który dobył się z pochylonego nad nią oblicza. – Chwała najjaśniejszemu, żyjesz, dziecino.
Snigir zaskoczona, że upiór przemówił jak człowiek, przezwyciężyła strach i uchyliwszy powieki, zerknęła w jego kierunku.
– Chwała Bogu, chwała Bogu, a już myślałem, że nie przetrzymasz.
Snigir wydawało się, że dostrzegła uśmiech między wiechciami wąsów i gęstą brodą, choć równie dobrze mogły to być złudne igraszki płomyka, usiłujące ukryć dwa kły wampirze.
– Silna jesteś. Trzy dni i trzy noce walczyłaś ze śmiercią. Widać niebiosa mają dla ciebie inne plany. – Głos zmiękł czułą nutą.
I nagle Snigir pojęła, że to, co widzi i czuje, nie pochodzi z innego świata. Nie czeka w przedsionku Nawii i nie popłynie do krainy wiecznego szczęścia. Dotarło do niej, że przeżyła. I w tej samej chwili rzuciły się na nią wspomnienia. Wżarły się w mózg, dopadły do gardła. Dusiły. Chciała uciekać, ruszyła ręką, ale porażona bólem zaskamlała tylko jak kopnięte szczenię.
– Leż spokojnie, to nie będzie bolało. Rany potrzebują czasu, żeby się wygoić. – Usłyszała uspokajający szept.
Pożałowała, że upiór nie był upiorem. Gdyby był, wypiłby z niej całą krew, pozbawił życia razem z pamięcią tamtej nocy, która nie chciała być snem.
– Nie ruszaj się i nic nie mów. Daj mi tylko znak, że mnie rozumiesz.
Snigir spojrzała na zawieszoną nad nią twarz. Płomyk ogarka błądził po bruzdach zmarszczek na czole.
– Mrugnij dwa razy na potwierdzenie.
Przymknęła powieki raz, drugi, a potem zacisnęła je mocno, żeby już nic nie widzieć. Poczuła na górnej wardze chłodną kroplę jakiejś wonnej mikstury i zapadła w sen.
Kiedy znowu się ocknęła, było już jasno. Ze strachu przed bólem bała się ruszyć, więc tylko błądziła oczami po otaczających ją ścianach izby, którą oświetlały promienie słońca zaglądającego przez małe okienko i otwarte na oścież drzwi. Próbowała wyłapać jakiś znajomy dźwięk ludzkiej obecności. Nie było nic poza jej własnym oddechem i dochodzącym z zewnątrz śpiewem ptaków. W bezruchu, ze wzrokiem wlepionym w obrazek fragmentu drzewa wyciętego przez otwór okienny, wsłuchała się w popisy leśnego chóru. Wśród splątanych gałęzi rozgrywała się prawdziwa bitwa na głosy. Raniuszek szczebiotał przeciwko jerzykowi, sikorka prowokowała wróbla, a kos szedł w zawody z terkotem świerszczaka. Wolała basowe tony świerszczaka, ale tak naprawdę lubiła wszystkie głosy lasu, włącznie ze skrzekiem sroki. Od dzieciństwa towarzyszyły jej te wszechobecne ptasie pogwarki, te gwizdy, te popiskiwania, świsty, trele i świergoty. Raz były ciche i kojące, a raz głośne i niepokojące. Lecz dzisiaj było w nich coś jeszcze. Jakiś dziwny majestat, jakby wykonawcy przenieśli się na wierzchołki drzew. Czyżby to był znak? Przymknęła oczy. Z oddali, niesione echem wpadło do izby kwilenie rudzika, a zaraz za nim delikatne piuu, piuu wilgi. Była pewna, że usłyszała w nich radosne głosiki sióstr. Jeśli tak, to znaczyło, że sprawiedliwi bogowie pozwolili dobrym i niewinnym duszom jej bliskich wrócić tu jako ptactwo niebieskie, by mogli ją pocieszyć, osuszyć łzy. Rozpłakała się z radości i rozpaczy. Płakała cicho, żeby nie uronić ni dźwięku ze śpiewu rudzika i wilgi i nawet nie wiedziała, kiedy pozwoliła im się ukołysać do snu i zawieść wysoko, wysoko, między konary rozłożystego dębu, gdzie siedziała i patrzyła z zachwytem na latające wokół niej duszyczki sióstr. Swawoliły między gałęziami jak rozbrykane dzieci. Bawiły się w szaloną gonitwę, kręciły w powietrzu kółka, wystrzeliwały w górę, a zaraz potem pikowały w dół. Znikały na chwilę w gęstwinie liści i wracały po chwili z furkotem. Chciała do nich dołączyć, zakosztować tej swobody, poczuć pęd powietrza bijący po twarzy. Rozłożyła ramiona i zebrawszy wszystkie siły machnęła nimi jak skrzydłami. Obudził ją jej własny krzyk.
– Nie szarp się. – Usłyszała cichą przestrogę.
Obok jej wezgłowia stał postawny mężczyzna i rozgniatając w misce zioła drewnianą pałką, patrzył na nią uważnie.
– Jeszcze będzie boleć. Trzeba ci czasu, dziewczyno. Dużo czasu.
Mężczyzna miał na sobie mnisi habit z kapturem z brązowej, grubo tkanej wełny, przewiązany na biodrach konopnym sznurem. Długa broda zawiązana na końcu w węzełek, wąsy jak dwa gołębie skrzydła i posypane siwizną, spięte z tyłu głowy włosy pozbawiały go wieku. Równie dobrze mógł być starym, ale krzepko wyglądającym człowiekiem, jak i młodym, ale przedwcześnie postarzałym. Z pewnością miał w sobie pewien rodzaj dystynkcji właściwy ludziom wiedzy albo dobrego pochodzenia.
– Jak ci na imię? – zapytał, nie przerywając pracy.
Nasłuchiwał przez chwilę, ale nie doczekawszy się odpowiedzi, przerwał taktownie ciszę.
– Mnie zwą Serafin. – Zrobił pauzę, obserwując jej reakcję. – Nie znasz mnie? Siedzę tu od dwóch lat bez mała. We wszystkich okolicznych wioskach i siołach mnie znają.
Stuknął pałką o rant miski i wyszedł na zewnątrz. Nie była w stanie rozpoznać, co robił, ale słyszała go dobrze, bo nie przestawał mówić: – Leki u mnie zamawiają, z chorobami przychodzą, a ja od nich za to biorę, co mi potrzeba. Niewiele mi potrzeba, ale czasami potrzeba.
Zamilkł, najwidoczniej skupił się na czymś ważnym. Po chwili znowu pojawił się w izbie. Nad miską z ziołami snuła się smużka pary. Podszedł do stołu ustawionego pod oknem i zakrył naczynie okrągłą deseczką, po czym zbliżył się do niej i zapytał cicho:
– Jesteś z tego sioła, które spalili?
Snigir patrzyła na jego twarz. Przypominał jej rzeźby Swarożyca, które ustawiano w świętych gajach. Miał w sobie tę samą chmurną mądrość, dwie długie zmarszczki biegnące od nosa aż po kąciki ust zakryte wąsami i trzy zmarszczki tnące czoło. Podobnym do człowieka czyniły go jedynie oczy. Były niebieskie i smutne.
– A więc jesteś – powiedział sam do siebie, a jego oczy zrobiły się jeszcze smutniejsze. Pochylił głowę i oddalił się w kąt izby. Wziął stojący tam zydelek i wrócił do jej posłania. Usiadł. Wsparł łokcie o kolana i wpatrzony w swoje myśli zaczął powoli:
– Słuchaj mnie uważnie. Byłem tam i widziałem, co zrobili. Wiem, że po czymś takim chce się jedynie umrzeć – zawiesił głos, jakby szukał właściwych słów. – Ale – zaczął znowu, tylko ciszej, bardziej miękko – widać twoim przeznaczeniem jest żyć. Bóg ma dla ciebie najwidoczniej jakieś ważne zadanie na tym padole łez. Gdyby nie miał, pozwoliłby im na to, żeby zrobili z tobą to, co zrobili innym. Gdyby nie miał jakiegoś zamysłu, nie poprowadziłby mnie następnego ranka w stronę waszej wsi. I nie znalazłbym ciebie. Las jest wielki. Leżałaś w jagodniku, niewidoczna. Szedłem i błysnęło mi coś między drzewami. Jakby Duch Święty chciał przyciągnąć moją uwagę. Ten błysk to było srebrne okucie na włóczni. Jej właściciel miał jakieś osobliwe upodobanie do ozdób. Gdyby nie miał, słońce nie mogłoby wysłać do mnie znaku swoich igraszek i nie zauważyłbym tej pięknej broni, dziwnie sterczącej między pniami drzew. Gdyby Bóg nie chciał cię ocalić, nie podszedłbym do włóczni, by zobaczyć przez przypadek, że tkwi w twoich plecach. Nie jest twoim przeznaczeniem umrzeć. Nie broń się przed tym. – Wziął delikatnie jej dłoń w swoje dłonie. Były szorstkie jak dębowa kora, ale ciepłe.
– Nie musisz nic mówić, jeśli nie chcesz albo nie możesz.
Nie cofnęła ręki. Poczuła, jak strużka łez rzeźbi sobie drogę po jej policzku, zalewa uszy i moczy włosy.
– Ja będę mówił za nas dwojga. – Pocieszył ją żartobliwie. – Ciężko jest żyć samemu i za rozmówcę mieć jedynie własny cień.
Wstał i podszedł do stołu. Zdjął deskę z miski z ziołami. Uwolnił wywar od kłębu pary, zabełtał w nim delikatnie pałką i przecedził przez płócienną szmatkę. Skupiony na przelewaniu dekoktu do małej miseczki powiedział nagle do siebie, jakby chciał skończyć myśl, która snuła mu się po głowie:
– A jednak się boją. Diabły. Tacy niby odważni, uzbrojeni po zęby, a na samą myśl, że mieliby przekroczyć linię pierwszych drzew i wejść do waszego lasu, truchleją. Takiej broni się nie zostawia. Chyba że strach silniejszy jest od przywiązania do ulubionego oręża.
Usiadł ponownie przy niej i studząc zioła powolnymi ruchami łyżki, oznajmił:
– Teraz czas na lekarstwo.
Odchyliła nieznacznie głowę w bok.
– Nooo, parę łyków – poprosił.
Wbiła wzrok w nierówności ściany.
– Musisz, dziecko.
Zacisnęła usta.
– Nie, nie możesz mi tego zrobić. – Ubarwił głos dramatyczną nutą. – Nie zostawisz mnie chyba teraz samego – ciągnął z rozmysłem. – Nie po to Bóg mi cię zesłał, żebyś, ot tak, sobie umarła. Nie zniosę już dłużej tej strasznej samotności.
Obserwował ją dyskretnie i gdy tylko wyczuł słabnący opór, podsunął momentalnie łyżkę do jej ust.
– Nooo, taaak. Otwórz buzię i pozwól, żeby zioła spływały powoli, do środka, po policzku. Żeby się, broń Boże, nie zakrztusić.
Wlewał w nią cierpliwie łyżkę za łyżką. Zagadywał przy tym przesadnie, by spłoszyć myśli, które mogły przyjść jej do głowy i zniweczyć zaplanowaną przez niego terapię.
– Przygotowałem ci najlepsze boże leki. Są tu kwiaty przetacznika, do tego korzeń żywokostu i lepiężnika. Lepiężnik trochę cuchnie, więc musiałem wkruszyć liście mięty. Oczywiście dodałem też ziele świętojańskie, które koi i goi. Ziele łaski Bożej. A wiesz, co mówi legenda? Że czerwony sok tej roślinki to krew samego Chrystusa.
Ledwo wymówił imię drogiego sercu Zbawiciela, a już pożałował swojej gadatliwości. Błękitne jak niebo oczy Snigir zaciągnęły się granitem, więc czym prędzej znalazł inny powód do opiewania zalet zioła.
– Każda panna wkłada wianek z tego kwiecia w Noc Kupały, jeśli chce zwabić młodzieńca. To jest dopiero moc! – Zażartował i dodał zaczepnie: – Przyznaj, że i ty tańcowałaś w takim wianku. Ba, i pewnie oczarowałaś niejednego kawalera. Zgrabna przecież z ciebie pannica.
Łypnęła na niego, ale udał, że nie zauważył przestrogi i snuł swój monolog, racząc ją porcyjkami wywaru.
– Widziałem na własne oczy, jak dziewczęta po nocnych swawolach wyjmowały z wianków kwiatki i wrzucały je do rzeki, ta, której przywiędły kwiatek ożył, mogła szykować się do wesela.
Przerwał, bo Snigir ulało się z ust. Otarł jej policzek płócienną chustą i odłożył miskę.
– Na razie wystarczy – oświadczył. – Później znowu popijesz.
Spojrzał na nią, a potem przetarł jeszcze raz wytarty już policzek.
– Przyjdzie czas, że i ty wrzucisz swój kwiatek do rzeki. – Uśmiechnął się łagodnie. – Tylko najpierw sama musisz ożyć.
Wyszedł z izby, mamrocząc cały czas pod nosem, jakby się bał, że z ciszy może wychynąć coś paskudnego. Wrócił po chwili z dużą drewnianą misą pełną ciepłej wody.
– Teraz czas na mycie i zmianę opatrunków – oznajmił. – Ściągniesz mi tu wszystkie okoliczne muchy.
Zakręcił się wokół własnej osi, w poszukiwaniu nie wiedzieć czego. Po namyśle postawił misę na zydelku i dolał do niej dzbanek ziołowego wywaru, po czym wyciągnął spod stołu ławę i ustawił ją równolegle do posłania. Ułożył na niej lniany ręcznik i stosik lnianych ściereczek, miseczkę z papką lnianą i deskę z mydlnicą.
– Tylko mi tu nie marudź. – Uprzedził jej sprzeciwy i ściągnął wełnianą derkę, którą była okryta aż po samą szyję. – Już i tak ciężko przebywać z tobą w jednej izbie. Jeszcze trochę i będę musiał wynieść się na zewnątrz. A tam dzika natura. Chyba nie chcesz, żeby mnie coś pożarło?
Udając, że nie widzi jej przerażenia i wstydliwego zaciskania ud, nie przestawał perorować.
– Jak mawiał wielki Juwenalis: mens sana in corpore sano, a ja dodam: mens sana in corpore puro. A wiesz, co to znaczy? No pewnie, że nie wiesz. Zdrowy duch w czystym ciele.
Zwilżył dłonie, roztarł w nich gałązki mydlnicy, po czym miękkimi okrężnymi ruchami zaczął rozprowadzać cienką warstwę piany po jej skórze. Zaczął od szyi i ramion. Robił to bardzo delikatnie, żeby nie urazić ran, skaleczeń i zadrapań, które ją pokrywały. Nie sposób było ich zliczyć. Poniechał tego zamiaru już pierwszego dnia, kiedy przywlókł ją do swojej samotni i aż do zmroku musiał wyjmować z niej drzazgi i najróżniejsze zadziory, czyścić z brudu i krwi wszystkie rozcięcia i rozdarcia.
– Nie bój się. – Czuł, jak jej mięśnie tężeją pod każdym jego dotykiem. – Jestem człowiekiem świętej profesji i przedkładam wiedzę nad namiętności. Zapewniam cię, że zamiast niewieścich wdzięków, widzę tylko niedomagania. Ileż to ja się gołych piersi, brzuchów i zadków namacałem. Multum. Masy całe. I stare, i młode, i dziewczęce, i chłopięce. Nagość to stan naturalny, a jak mawiał wielki Juwenalis: naturalia non sunt turpia, czyli to, co naturalne, nie przynosi wstydu. – Uspokajał ją monotonną perswazją i metodycznie nacierał pianą mydlnicy. Kiedy doszedł do jej porysowanego podbrzusza, zamilkł, żeby ukryć drżenie w głosie. Chrząknął nerwowo i obrócił się ku misie. Zanurzył w niej lnianą ściereczkę i wycisnąwszy nadmiar wody, zaczął przemywać kawałek po kawałku jej sponiewierane ciało. Mył i suszył ręcznikiem, mył i suszył, najpierw przód, potem plecy, nogi, opowiadał jej przy tym cały czas o stosowanych przez siebie ziołach i ich zbawiennym działaniu.
– A ty wiesz że, babka, którą kładzie się na rany, zwana jest „królową dróg”? Była o niej mowa już w pradawnej „Modlitwie do dziewięciu ziół”. – Zrobił pauzę, po czym przeszedł w podniosłą recytację. – I ty, babko, matko roślin, otwarta ku słońcu, potężna we wnętrzu, nad którą skrzypiały wozy, nad którą przejeżdżały konie i galopowały parskające byczki. Wszystkiemu stawiłaś opór i przeciwstawiasz się wszystkiemu. Tak też przeciwstawisz się truciźnie, zarazie, i nieszczęściu. Tak – dodał normalnym już tonem – babka ma siłę, bo sama jest silna. Nie zadepczesz jej ani nie wyplenisz.
Przyjrzał się uważnie jej lewej stopie i cmoknął niezadowolony.
– Spuchła. Trzeba ci tu będzie papkę z żywokostu zaaplikować.
Przyłożył na obrzmiałe miejsce czystą lnianą ściereczkę i kontent, że tak dobrze poszło mu przy ablucjach, naciągnął na Snigir wełniany koc.
– A teraz czas na ranę.
Przysunął się do jej wezgłowia i pochylił nad dużym opatrunkiem, który zakrywał cały lewy bark.
– Miałaś szczęście, że ten diabeł lubił ozdoby – mówił, pracując w skupieniu. – Lubił, szatański pomiot, zabijać z galanterią. – Odkleił ostrożnie od rany lnianą szmatkę i powąchał ją, z widocznym znawstwem. – Nie wonieje! – ucieszył się. – Ten pompon, co sobie przymocował do włóczni, zatamował krew. – Obrócił ją delikatnie na bok, żeby sprawdzić, co się dzieje u wlotu rany.
Snigir jęknęła przeciągle. Uspokoił ją czułym ciiii, nie wiedząc, że jej lament nie był od tego bólu, o którym myślał, a od strasznego obrazu, który rozpalił się właśnie w jej głowie. Serafin nieopatrznie sprawił, że znowu pojawił się przed nią biały jeździec na białym koniu. Niespokojny taniec zwierzęcia wprawiał w ruch dziwaczny pompon dyndający u nasady żeleźca włóczni, osadzonej przy siodle.
– Trudno było wyjąć z ciebie to paskudztwo, ale z pomocą boską jakoś się udało – westchnął, przypatrując się uważnie ranie na plecach. – Czysta jak łza! – Podsumował oględziny.
Umieścił lnianą papkę między dwiema ściereczkami i tak przygotowany opatrunek przyłożył do rany.
– Samo wyjmowanie nie było łatwe, ale przytaszczenie cię tutaj wcale nie było łatwiejsze. – Ułożył ją na plecach. – Musiałem zbudować specjalne nosze z gałęzi. Ciągle mi się zsuwałaś, więc odziałem cię w swój habit i rękawami przywiązałem do mojej wymyślnej ramy. – Zdmuchnął nieistniejący pyłek z jej ramienia i opatrzył ranę z przodu. – Nie dość, że cały las śmiał się z mojego gołego zadka, to jeszcze mi przyszło prać swoje odzienie, bo zesztywniało od twojej krwi. – Podciągnął na niej koc, aż po szyję. – Odpocznij teraz, dziecino. Pośpij trochę. – Palcem przesunął kosmyk jej włosów wijący się na sienniku. – Obudzisz się, to znowu trochę popijesz mojego wywaru. Zrobiłem go według przepisu mojej wielkiej mistrzyni, świeć Panie nad jej duszą, siostrzyczki Korduli. Ach, jakiż to był człowiek kochany. – Twarz mu zmiękła od wzruszenia. – Najlepsza i najmądrzejsza osoba na świecie.
Uprzątnął ławę. Stare opatrunki wrzucił do miski z wywarem i wyniósł na zewnątrz.
– Opiekowała się mną w klasztorze – wyjaśnił. – Od dwunastego roku życia była mi jak matka i najlepszy nauczyciel.
Serafin przerwał na chwilę krzątaninę i zatrzymał się nad Snigir.
– Nauczyła mnie, że dzięki odpowiednio zaaplikowanym ziołom ciało da się wyleczyć dość szybko, gorzej jest z duszą. Dusza to bardziej skomplikowana sprawa.
Usiadł nagle w nogach jej posłania. Wpatrzył w las za otwartymi drzwiami. Przygarbił się, jakby nie miał sił dźwigać własnych ramion.
– Tyle lat minęło, a ja ciągle jeszcze noszę to w sobie – powiedział cicho do drzew – tyle lat i ciągle jeszcze krwawię.
Obrócił twarz w jej stronę. Zobaczyła w jego oczach mrok, podobny temu, w którym ona sama tonęła.
– Nie szczęście mnie tu przygnało. – Uśmiechnął się blado.
Ciąg dalszy w wersji pełnej