Na krawędzi - ebook
Na krawędzi - ebook
Gdzie jest granica między zdrowiem psychicznym a szaleństwem?
Samantha James jest najlepszą terapeutką w nowojorskim ośrodku dla psychicznie chorych. Jest też alkoholiczką, ale potrafi to ukryć przed innymi pracownikami i pacjentami. Jednak wraz z pojawieniem się Richarda, tajemniczego pacjenta z kryminalną przeszłością, na perfekcyjnym wizerunku Sam pojawia się rysa. Pomiędzy tym dwojgiem rozpoczyna się dziwna i ryzykowna gra. Wkrótce nie wiadomo już, kto jest pacjentem, a kto terapeutą…
Połączenie "Lotu nad kukułczym gniazdem" i "Dziewczyny z pociągu".
"Wciągająca i ostra jak brzytwa debiutancka powieść Brady ukazuje świat tonącej kobiety, która desperacko próbuje utrzymać głowę nad wodą."
"Publishers Weekly"
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-287-1035-1 |
| Rozmiar pliku: | 2,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Klęczę na podłodze w swoim gabinecie i staram się zawiązać worek ze śmieciami, pamiętając, żeby jednocześnie wycisnąć z niego nadmiar powietrza. Personel sprzątający zawsze zostawia na dnie kosza dodatkowe torby, więc mogę włożyć świeży worek do środka, a pełny wyrzucić do kontenera. To chyba najbardziej dyskretny sposób na pozbycie się nieprzyjemnego zapachu alkoholu, który unosi się w powietrzu, kiedy zrzygam się do kosza. Wydaje mi się, że mam na tyle wytrzymały żołądek, żeby nigdy nie wymiotować, ale to nieprawda. Następnego ranka po ostrym pijaństwie najczęściej muszę sobie ulżyć i klęcząc na podłodze, puszczam pawia.
Nazywam się Sam. Jestem psychologiem i pracuję w szpitalu psychiatrycznym. To miejsce nie przypomina jednak instytucji, które znacie z Rain Mana albo Przerwanej lekcji muzyki. Mieści się na Manhattanie. Wokół budynku nie rozciągają się rozległe trawniki i nie rosną starannie przystrzyżone żywopłoty. Nie ma tu szerokich korytarzy i wysokich na trzy metry drzwi, jak w Locie nad kukułczym gniazdem. Wszędzie czuć smród środków odkażających wymieszany z zapachem gumy do żucia. To wcale nie przypadek: specjalnie dodają taki aromat do chemikaliów, żeby było przyjemniej. Na sufitach wiszą świetlówki, toalety wiecznie się psują, a w windzie o rozmiarach hangaru zawsze jest tłoczono. Pracuję tutaj od sześciu lat i jeszcze nigdy się nie zdarzyło, żeby w środku nie było ludzi. Co ciekawe, codziennie któryś z pasażerów naciska na guzik alarmowy.
Na moim oddziale płyty sufitowe są pokryte w rogach zaciekami. Wszystkie drzwi są szare i mają owalne okienka z wtopioną w szkło metalową siatką. Jedynym wyjątkiem są pomieszczenia biurowe: wejścia nie mają okien i pomalowane są na jasnożółto. Na każdych drzwiach wisi papierowa tabliczka z jakąś informacją, na przykład „Przerwa na lunch”, „Trwa konsultacja” albo „Proszę nie przeszkadzać”. Ciągle musimy robić nowe, ponieważ pacjenci lubią na nich bazgrać.
Za każdym razem, gdy wchodzę do tego budynku, mam wrażenie, że świat robi się nagle mniejszy. Nie docierają tutaj żadne odgłosy z zewnątrz, chociaż to przecież centrum najgłośniejszego miasta na świecie. Tylko do jednej sali przeznaczonej na zajęcia grupowe dochodzi słońce i rosną tam rośliny. Jednak pomieszczenie to jest strasznie zakurzone i nikt nie lubi w nim przebywać.
W szpitalu leczy się wielu różnych pacjentów, razem jest ich stu sześciu. Najmłodszy ma szesnaście lat, a najstarszy dziewięćdziesiąt trzy. Do niedawna mieliśmy jeszcze dziewięćdziesięciopięciolatka, ale umarł kilka miesięcy temu. W jednym skrzydle mieszkają mężczyźni, a w drugim kobiety. Prawie każdy musi dzielić pokój z kimś innym. Jedynka przysługuje tylko agresywnym pacjentom lub takim, którzy sprawiają kłopoty. Kiedy chorzy się o tym dowiadują, zaczynają szaleć. Nie zdają sobie jednak sprawy, że pojedyncza sala to tak naprawdę zwykła dwójka przedzielona harmonijkowym parawanem. Oznacza to, że jeden z pacjentów nie ma dostępu do okna. Szpital, w którym pracuję, nazywa się Centrum Psychiatryczne Tyflos. Nie mam pojęcia dlaczego.
Czuję się jak hochsztapler i mam wrażenie, że biorę udział w jakiejś głupiej komedii. Wiem jednak, że nie różnię się niczym od innych ludzi przebywających w tej instytucji. Zadaniem personelu jest nieść nadzieję. Mamy być cierpliwi i wykorzystywać swoje talenty oraz zdobytą w pocie czoła wiedzę, żeby poprawić dolę pacjentów. Jesteśmy z tego dumni i uważamy się za kogoś w rodzaju pasterzy. Wmawia się nam, że wykonujemy szlachetną pracę przynoszącą wiele pożytku całemu społeczeństwu. Ale to stek bzdur. Tak naprawdę jesteśmy podobni do naszych podopiecznych. Tylko pozornie dzieli nas przepaść. W gruncie rzeczy to tylko niewielka szczelina, linia na piasku, którą łatwo przekroczyć. Mam klucz do swojego pokoju, a oni nie. Jestem tutaj, żeby udzielać im wsparcia, ale oni nie są w stanie odwdzięczyć mi się tym samym. Jednak czasami ta granica się zaciera. Ludzie mówią: „Jeśli czegoś nie potrafisz, zostań nauczycielem”. No cóż, jeśli nie umiesz sobie pomóc, spróbuj pomóc komuś innemu.19 PAŹDZIERNIKA, 11.12
W tym tygodniu pojawił się nowy pacjent, jednak nikt nie pali się do tego, żeby z nim pracować. To mężczyzna z prawie pustą kartoteką. Krążące wśród personelu plotki są tak absurdalne i przerażające, że trudno w nie uwierzyć. „Podobno zamordował swojego ostatniego terapeutę. Nie odpowiada na pytania i nie chce wypełniać formularzy. Leczenie go jest prawdziwym koszmarem”. Nawet ja nie mam ochoty się nim zajmować, chociaż to właśnie pod moje skrzydła trafiają chorzy, których nikt nie chce. W tym wypadku zupełnie nie wiadomo, o co chodzi. Trudno oddzielić prawdę od fałszu. Z dokumentów naprawdę niewiele wynika: pacjent najprawdopodobniej odmówił odpowiedzi na pytania zadawane podczas wywiadu psychospołecznego. Większość informacji jest więc związana z jego wyglądem fizycznym albo pochodzi z materiałów zgromadzonych, gdy przyjmowano go na leczenie. Na pewno był w więzieniu: co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. Siedział za kratkami przez dwadzieścia kilka lat, ale kartoteka milczy na temat zarzutów, które mu postawiono. Potem przebywał w różnych ośrodkach resocjalizacyjnych, a niedawno został wysłany na leczenie. Był to jeden z warunków uzyskania nadzoru kuratorskiego.
Naszą władzę uważamy za coś oczywistego, jednak to tylko iluzja. Pacjenci nie zdają sobie sprawy, że mogą się nam przeciwstawić. Nagle pojawia się jakiś facet i zaczyna wszystko kwestionować. W pewnym sensie darzę go szacunkiem.
Chyba utnę sobie drzemkę w gabinecie i może wtedy coś się zmieni. Wydaje mi się, że cała nadzieja w tym nowym pacjencie.19 PAŹDZIERNIKA, 13.15
– Okay, w jakiej sytuacji mówimy, że coś jest dziedziczne?
Prowadzę terapię grupową z psychoedukacji i moim zadaniem jest pomóc pacjentom zrozumieć, co im tak naprawdę dolega. Psychiatrzy często podają nazwę choroby, ale nigdy nie tłumaczą, co oznacza.
– Mówimy tak na coś, co występuje w rodzinie, prawda? – To Tashawndra. Ma jedenaścioro dzieci. Wszystkie, jedno po drugim, zostały jej odebrane przez opiekę społeczną. Tashawndra nie ma pojęcia, gdzie obecnie przebywa większość jej latorośli, i twierdzi, że dwoje najprawdopodobniej umarło, ale nie jest tego pewna. Tak wygląda jej świat.
– Zgadza się! Dziedziczność jest związana z naszymi genami. Jakie choroby psychiczne są uwarunkowane genetycznie? – Zadaję to pytanie, siedząc jak zwykle na blacie biurka.
– Rak. Moja mama miała raka piersi i ja też musiałam pójść do lekarza, ale wszystko było w porządku. – To Lucy.
– Tak, to prawda. Nowotwory są w znacznym stopniu uwarunkowane genetycznie, więc jeśli cierpiał na nie ktoś z naszej rodziny, warto się regularnie badać. Ale co z chorobami psychicznymi? Jak wygląda sytuacja w wypadku schorzeń, które leczymy w tym ośrodku?
– Chyba wszystkie są dziedziczne, prawda? Słyszałam, że jeżeli twoi rodzice albo rodzeństwo biorą narkotyki, to ty najprawdopodobniej również będziesz uzależniony. W tym szpitalu leczy się ludzi z takimi problemami. Mam na myśli narkomanów. Można też wpaść w depresję tylko dlatego, że cierpi na nią ktoś z twoich bliskich – ciągnie Tashawndra.
– Tak, masz rację – mówię, kiwając palcem w jej kierunku. – Depresja jest również uwarunkowana genetycznie. Tak samo jak schizofrenia, zaburzenia afektywne dwubiegunowe i wiele innych chorób, którymi się tutaj zajmujemy.
– Czyli wychodzi na to, że mamy przesrane! Jeśli twoja matka jest chora na schizofrenię, to ty również wylądujesz w psychiatryku. I co gorsze, nic nie możesz z tym zrobić. Przychodzisz na świat i już jesteś popieprzony. Tak jak w tej piosence. Born to be Bad. Rodzisz się, żeby zostać wariatem. – To Tyler. Cierpi na schizofrenię. Ma dwadzieścia dwa lata, ale jak na swój wiek jest wyjątkowo dojrzały. Sprawia wrażenie, jakby rozumiał więcej niż reszta z nas. Pogodził się ze światem i zaakceptował rzeczy, z którymi inni ciągle się zmagają. Po prostu sobie odpuścił.
– Nie, nie zawsze tak jest. Poza tym nie powinieneś przeklinać. Kiedy masz predyspozycje genetyczne, czyli inaczej mówiąc, kiedy ktoś z twoich krewnych cierpi na jakieś schorzenie, ty również możesz zachorować, ale niekoniecznie. Wiele zależy od okoliczności. Ważne jest, czy narażasz się na czynniki, które wywołują chorobę, czy też żyjesz w sposób minimalizujący ryzyko.
Kiedy to mówię, uderzam obcasami w przód biurka.
– Co masz na myśli? Chodzi o narkotyki i podobne świństwa? – pyta Tyler. – Mój brat ćpał w szkole razem z kolegą i potem mu odbiło. Zamknęli go w wariatkowie. Uwierzcie mi, kompletnie ześwirował. Wcześniej nigdy nie zachowywał się w ten sposób. Wszystko przez prochy.
– Tak, masz rację. Narkotyki odgrywają dość istotną rolę – tłumaczę, z entuzjazmem kiwając głową. – Ale tak samo jest z biedą i przemocą. Negatywny wpływ mają również wychowanie przez tylko jednego rodzica, brak jedzenia albo niechodzenie do szkoły. To wszystko stawia cię w niekorzystnej sytuacji i jeśli masz genetyczną skłonność do depresji lub schizofrenii, to ciosy zadawane przez życie mogą sprawić, że się rozchorujesz.
– Tak jak pałkarz, który trzy razy nie trafi w piłkę. – Na korytarzu często rozmawiam z Tylerem o baseballu. Boję się, że pewnego dnia spotkam go przypadkiem na stadionie New York Yankees.
* * *
koniec darmowego fragmentu
zapraszamy do zakupu pełnej wersji