Na krawędzi - ebook
Czy udawany związek może uratować zrujnowaną reputację?
Dla Cruza Navarro, gwiazdy Formuły 1, to w tym momencie jedyne wyjście. Skandal goni skandal, współprace wiszą na włosku, a agent stawia sprawę jasno: przez kilka miesięcy Cruz będzie musiał odgrywać najgrzeczniejszą możliwą wersję siebie. Albo przedstawi mediom przekonującą historię o bad boyu przemienionym w miłego chłopaka… albo koniec z karierą. Na szali jest kontrakt jego życia i sportowa przyszłość.
Do ocieplenia wizerunku Cruzowi potrzebna jest druga połówka. W teorii wszystko brzmi dobrze: udawać zakochanego w cichej, spokojnej stażystce. Problem w tym, że Maddix Hart nie chce być tłem dla cudzej historii. To inteligentna, bezkompromisowa, autentyczna kobieta, która zdecydowanie nie pozwoli się kontrolować.
Granica między prawdą i fałszem zaczyna się zacierać o wiele szybciej, niż ktokolwiek mógłby przewidzieć. Kłamstwo, które miało wszystko naprawić, staje się największym zagrożeniem. A kiedy nadejdzie właściwy czas, Cruz będzie musiał się zastanowić, czy powinien zaryzykować wszystko dla czegoś, co nigdy nie miało być prawdziwe.
Na krawędzi to pełna emocji historia o pozorach, presji i sławie oraz o miłości, która pojawia się tam, gdzie nie miało jej być.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Erotyka |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68647-76-1 |
| Rozmiar pliku: | 1,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
CRUZ
ZROBIŁEŚ TO. KURWA, STARY, ZROBIŁEŚ TO.
Ktoś uderza mnie w kask. Ktoś klepie po plecach. Szybkie uściski wyrażają zdumienie i ekscytację.
Mrugam, by odpędzić napływające łzy, i pozwalam sobie nasycić się tą chwilą.
Zrobiłem to.
Naprawdę to, kurwa, zrobiłem.
Z emocji zaciska mi się gardło, a pierś rozpiera duma.
Trzeci wyścig w Formule 1 – i staję, kurwa, na podium.
Właśnie tak. Jestem pieprzonym Navarro. Właśnie dowiodłem tym wszystkim, którzy myśleli, że jadę na nazwisku, jak bardzo się mylili.
A sobie udowodniłem, że miałem rację.
Wokół moja ekipa świętuje, prowadzi mnie w stronę strefy przygotowań do ceremonii wręczania nagród, ale ja szukam w tłumie tylko jednego spojrzenia.
Jednego mężczyzny.
Olbrzyma, którego aprobaty szukałem całe życie.
A kiedy go widzę – kiedy nasze spojrzenia się spotykają – mój uśmiech zastyga... i powoli gaśnie.
Potrząsa nieznacznie głową i rusza w moją stronę.
– Trzecie? – syczy pod nosem, a w jego tonie pobrzmiewają zawód i pogarda. – Tylko tyle dałeś radę osiągnąć, mając tyle przestrzeni? Jesteś Navarro. Zachowuj się jak Navarro.
Sekundę później na jego twarzy znów pojawia się uśmiech pod publiczkę. Dominic Navarro ponownie zakłada swoją maskę. Ściska dłonie. Przyjmuje gratulacje w moim imieniu. Pokazuje ludziom jedyną wersję siebie, którą znają.
A kiedy stoję na podium i przez szczypiącą w oczy pianę szampana wypatruję go w tłumie, nigdzie go nie widzę. Nie stoi z moją ekipą. Nie stoi z rodzinami pozostałych kierowców z podium. Nie ma go nawet z tyłu tłumu.
_„Jesteś Navarro. Zachowuj się jak Navarro”._
_To mój trzeci wyścig w Formule 1, ty pieprzony dupku._
Jestem Navarro. Jestem na dobrej drodze, by dorównać mojemu dziadkowi. A po drodze?
_Zamierzam przebić twój każdy pieprzony rekord._
Ja się dopiero rozkręcam.
Jeśli już teraz zazdrościsz mi talentu – to po prostu, kurwa, poczekaj.ROZDZIAŁ 1
CRUZ
NIGDY NIE TWIERDZIŁEM, ŻE JESTEM ŚWIĘTY – mówię, zsuwając okulary przeciwsłoneczne, żeby je zdjąć, po czym natychmiast nasuwam je z powrotem, bo słońce strasznie razi.
W mojej głowie wali bęben, ostre światło wcale nie pomaga.
– O której miałeś kroplówkę? – pyta Lennox Kincade, moja agentka. Kiedy nie odpowiadam, ponagla mnie: – Cruz?
– Czyli to twoja sprawka?
No proszę, zagadka poranka rozwiązana. Nie żebym się nad tym jakoś strasznie głowił.
Zbyt wiele osób jest ode mnie zależnych. Ktoś wysłał pielęgniarkę do mojego hotelu, żeby upewnić się, że dojdę do siebie. Teraz już przynajmniej wiem kto.
– A kto inny miałby wysłać pielęgniarkę z solą fizjologiczną, żebyś zdążył wytrzeźwieć przed tym spotkaniem?
– Wcale nie musiałem trzeźwieć.
_Owszem, musiałem_.
– To potraktuj to jako prewencję uwzględniającą twoje wcześniejsze, mało święte wybory – odpowiada oschle.
Najwyraźniej brakuje jej dziś poczucia humoru.
– Daj spokój, Lennox. Mieliśmy letnią przerwę – przypominam o obowiązkowych dwóch tygodniach wolnego od FIA, czyli Międzynarodowej Federacji Samochodowej. – Wysłałaś mnie do Austin na te spotkania. Nigdzie nie było napisane, że nie mogę korzystać z pobytu w Stanach.
– Możesz robić, co chcesz, ale wiem, że właśnie zaliczyliśmy kolejny spadek formy Cruza Navarro, co zdarza się średnio co trzy miesiące.
– Gówno prawda, Kincade. Nie ma żadnego cyklu.
– A jednak wiedziałam, żeby rano wysłać ci kroplówkę – odpowiada sarkastycznie.
– Spotkanie ze znajomymi czy poznawanie nowych osób to nie przestępstwo. Na Boga, odrobinę się zabawiłem. Tobie też by się przydało.
– Przerwa skończyła się o północy. A ty masz trzydzieści minut do jednego z najważniejszych spotkań w swoim życiu. – Zawiesza głos. – Czekaj. Jesteś w biurze, prawda?
Patrzę na budynek Genesee Capital. Dziesięć pięter, ściany ze szkła. Widok na... co? Płaską ziemię i dziwne wieże ciśnień rozsiane po horyzoncie? A kogo to obchodzi. Mnie interesuje tylko jedno: chcę przetrwać to spotkanie ze względnie jasnym umysłem.
Ta ostatnia butelka zdecydowanie była błędem.
– Tak, jestem – mruczę, gdy przede mną przechodzi krągła brunetka z burzą loków i tyłkiem, który powinien mieć własny kod pocztowy. Kołysze biodrami, jakby to było jej życiowe powołanie. Nie żebym się skarżył.
– Masz być tam w najlepszej formie – ostrzega moja agentka.
– Zawsze jestem w najlepszej formie.
– Mówię serio, Cruz. Postawiłeś warunki...
– No i?
– Chciałeś dostać umowę lepszą niż którakolwiek, jaką oferowano twojemu ojcu. Chciałeś partnerstwa, które wykracza poza sport i poza okres twojej aktywności w sporcie, żeby zapewnić sobie dożywotni dochód, i ja ci to załatwiłam. Na ogromną skalę.
– Czy to jest ten moment, kiedy mam całować cię w dupę za wykonywanie swojej pracy?
– Nie. To moment, w którym masz zrzucić ten pieprzony ciężar z ramion. Nie jestem twoim ojcem. Nie stawiam ci nierealnych oczekiwań. Staram się po prostu spełnić te, które ty stawiasz mnie. Czy możemy już wrócić do sedna? Spotkanie?
– Ach tak. Spotkanie – powtarzam.
– Genesee Capital to prywatny fundusz, z którym chcesz robić interesy. Jego spółka holdingowa ma jedne z największych marek na świecie. I ta spółka jest gotowa dać ci dożywotni kontrakt obejmujący pięć procent zysku z każdego sprzedanego produktu. Mówimy o umowie na miarę Michaela Jordana z Nike.
Zaciskam powieki, licząc na to, że lek przeciwbólowy w końcu zacznie działać, i kiwam głową do pustego wnętrza samochodu.
– Naprawdę stawiają na tę całą spuściznę Navarro, co?
– Podpisują kontrakt z tobą, nie z Dominikiem. Więc nie, stawiają na spuściznę Cruza Navarro. Na twoje umiejętności. Twój wygląd. Twoją charyzmę i reputację. Chcą, żebyś został twarzą nowego napoju sportowego Body Strong, Revive, i kilku innych produktów.
– Nie zapominajmy, że wykorzystują też mój kapitał, by w ten napój zainwestować.
– Otóż to. I właśnie dlatego muszą mieć pewność, że ich nowy partner jest dokładnie tym, za kogo go uważają. Cruzem Navarro, kierowcą F1. A nie Cruzem Navarro, Playboyem z Klubów Nocnych, który ma takiego kaca, że podczas spotkania nie jest w stanie zdjąć okularów przeciwsłonecznych i spojrzeć im w oczy.
Czyli jednak chyba będę musiał zmienić plany.
Chrząkam cicho. Czy to jest umowa, o którą prosiłem? Tak. Czy lubię, kiedy ktoś próbuje mi coś wcisnąć na siłę? Nie. To najlepszy sposób, by mnie do czegoś zniechęcić.
– Cruz, to przełom. Żaden inny kierowca F1 jeszcze nigdy nie dostał takiej oferty.
Cholera. Trzeba jej to przyznać.
– Dzięki. Naprawdę. Mówię szczerze.
Lennox ciężko wzdycha i na chwilę łagodnieje.
– Troska o ciebie i twoją przyszłość to moja praca. Tak samo jak pilnowanie, żebyś nad sobą panował. I to ostatnie najwyraźniej nie najlepiej mi idzie, skoro krążą plotki o kolejnych mostach spalonych przy innych umowach sponsorskich...
– Niczego nie spaliłem. Każdą umowę doprowadziłem do końca.
– Owszem, ze wszystkiego się wywiązałeś. Ale wyrobiłeś też sobie opinię trudnego partnera.
– Co za pierdo...
– Chcesz usłyszeć prawdę, Cruz? Firmy nie chcą mieć z tobą do czynienia – mówi Lennox prosto z mostu. Kiedy negocjuje w moim imieniu, jest to świetna cecha. Gorzej, kiedy wali prosto we mnie. – Genesee wahało się z tą umową. Zagrażasz ich nieskazitelnemu wizerunkowi. Imprezy. Alkohol. Kompletny brak pieprzonego przejmowania się czymkolwiek, choć jesteś jednym z dwudziestu kierowców w prawdopodobnie najbardziej prestiżowym sporcie na świecie. Nie wiedzą, jakie informacje na twój temat trafią jutro do prasy, i naprawdę nie chcą się tym, kurwa, martwić.
– Nie różnię się od reszty kierowców.
Parska.
Nawet ja sam nie wierzę w te słowa. Mój ojciec to Dominic Navarro. Syn Sergia Navarro, legendy sportu motorowego. Dominic to człowiek, który oczekuje ode mnie perfekcji na torze, by przykryć własne porażki. A poza torem? Mam czas dla siebie. I swoją przestrzeń. I tylko tam mogę żyć na krawędzi. Odetchnąć od presji mojego pieprzonego nazwiska.
Ale ta umowa? Ta umowa może dać mi coś, czego on nigdy nie miał. Nazwisko rozpoznawalne poza bańką F1. Szansę na ogólnoświatowy sukces.
A kiedy już zdobędę to pieprzone mistrzostwo, do mojego ojca wreszcie dotrze, że osiągnąłem więcej niż to, o czym on mógł choćby sobie pomarzyć.
– Jak mówiłam, wieści się roznoszą. – Z przyzwyczajenia cmoka z dezaprobatą. – Przez złą prasę nie przedłużono już kilku twoich umów sponsorskich, ale przekonałam Genesee, żeby to zignorowali. Namówiłam ich do czegoś, czego nikomu wcześniej nie proponowali.
– Możemy już skończyć wykład?
– Jasne, kiedy tylko zrozumiesz, że ta firma ma długie macki i trzyma pod sobą wiele lukratywnych marek i produktów. Jeśli to spieprzysz, wszystko pod ich parasolem będzie dla ciebie niedostępne. Czy to jest wystarczająca motywacja, żebyś zaczął wieść bardziej moralne życie?
– Jasne. Dobrze. – Mówię to, patrząc na wiadomość od Heather i odtwarzając sobie w głowie sceny z ostatniej nocy... i z wczesnego poranka, spędzonego w łóżku z nią i jej koleżanką.
JA: Dziś wieczorem o tej samej godzinie?
Chcę spotkać się z nimi w tym samym klubie, w którym byliśmy wczoraj, i wysyłam wiadomość, bo muszę mieć coś, na co mogę czekać.
– Masz dokładnie dwadzieścia jeden minut, żeby dojść do siebie, przeżuć gumę i przestać cuchnąć wczorajszym ginem...
– To była whisky.
– Myślisz, że mnie to obchodzi? – warczy.
– Wiem, że lubisz znać wszystkie fakty – odpowiadam, a ona wzdycha sfrustrowana.
– Lepiej wymyśl, w jaki sposób ich, kurwa, oczarujesz.
– Wyluzuj. – Ona bywa tak nieznośnie sztywna. – Przyjechałem tu, by podpisać papiery. Tak więc z pewnością zostali oczarowani już wcześniej. Wszystko jest już właściwie gotowe.
– Otóż to. _Właściwie_ gotowe. Teraz tylko ty możesz to spieprzyć, Cruz.
– Dzięki za wsparcie – cedzę z sarkazmem.
Wzdycha nieprzekonana.
– Oboje doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że w twoim sporcie wszystko może się zmienić w sekundę. Nie chcę zapeszać i mówić, w jaki sposób. Oboje wiemy też, jaką historię ma twoja rodzina w tej branży. Ale czy nie czułbyś się lepiej, wiedząc, że bez względu na wszystko masz zapewnioną przyszłość poza wyścigami i jesteś wolny od sznurków, którymi krępuje cię twoja spuścizna? Ta umowa właśnie to by ci zapewniła. Prawdziwą niezależność.
– Zarabiam dostatecznie dużo. Nasze rodzinne pieniądze...
– Wiem. Ale czy taki kontrakt nie uciszyłby twojego ojca raz na zawsze?
Jej pytanie zawisa w powietrzu. Ona jedna widziała prawdziwego Dominica Navarro, dlatego może sobie pozwolić na takie stwierdzenie.
– Ej, mam ich na drugiej linii – mówi nagle. – Muszę odebrać, widzimy się na miejscu.
– Co? Jesteś tutaj? – Unoszę głowę i rozglądam się po parkingu, po czym od razu tego żałuję, bo choć moja głowa nieruchomieje, niebo wciąż się rusza.
– Przez Zoom – odpowiada i kończy rozmowę, zanim udaje mi się coś dodać.
Zajebiście. Nie wiedziałem, że podczas spotkania będzie obecna moja niania.
Jęcząc, opieram głowę o zagłówek i przymykam oczy. Walenie w czaszce trochę zelżało. Jeśli tylko mój żołądek się uspokoi, będzie dobrze.
Piętnaście minut do początku spotkania.
Zagram w ich grę.
Podpiszę umowę.
Udam takiego, jakiego chcą we mnie widzieć.
I będę wieść życie takie, jakiego ja chcę.
Zarobię kasę.
Nikt nie będzie mnie kontrolować.
I ledwie ta myśl przelatuje mi przez głowę, a telefon znów dzwoni.
Na ekranie pojawia się napis „Papá”.
_To tak à propos kontroli. Ojciec nie przepuści żadnej okazji._
– Nie dziś – mamroczę.
Wolałbym patrzeć w oślepiające słońce bez okularów i słuchać całej cholernie głośnej orkiestry, niż teraz z nim rozmawiać.
Wysuwam się zza kierownicy i głęboko nabieram powietrza.
Świeże powietrze działa cuda.
Każdy krok w stronę wejścia do budynku przywołuje migawki z ostatnich dwóch tygodni mojej przerwy.
Poranne wędrówki po wzgórzach z chłopakami. Treningi siłowe po południu.
Kilka spotkań z moją siostrą Sofią.
Noce spędzone w kolejnych klubach. Donoszone przez kelnerów butelki, boksy dla VIP-ów.
Kobiety... Chryste, już same kobiety to jakieś szaleństwo. _Dzięki ci za to, Ameryko._
Uśmiecham się krzywo, otwierając drzwi, i myślę tylko o Heather i jej ustach.
Osiągnąłem gotowość w jakichś siedemdziesięciu procentach. Ruch naprawdę mi pomógł. Ale okularów na razie nie zdejmę.
Nie jestem jeszcze gotów na światło.
– Pan Navarro? – słyszę miły głos po prawej.
– Tak?
Odwracam się i widzę uśmiechniętego chłopaka w moim wieku. Ma na sobie mundur ochroniarza. Chcę zdjąć okulary, ale się powstrzymuję. Niech krople do oczu mają jeszcze chwilę na przywrócenie bieli moim białkom.
– Czekają na pana na górze. Dziewiąte piętro. Korytarzem do samego końca.
– Jasne. Dzięki. – Ruszam w stronę wind. Ameryka to dziwny kraj. F1 robi się tu coraz bardziej popularna, ale ja i tak czuję się anonimowy, w przeciwieństwie do Europy.
– I jeszcze jedno, panie Navarro? – Zatrzymuję się. – Jestem pana ogromnym fanem. Moja rodzina zawsze panu kibicuje. Podczas każdego wyścigu. – Przestępuje z nogi na nogę, a jego uśmiech robi się jeszcze szerszy. To by było na tyle w kwestii anonimowości. – Chciałem tylko życzyć panu powodzenia. Czuję, że to będzie pana rok. A jak nie ten, to następny już na bank.
Uśmiecham się szczerze.
– Dzięki. Takie słowa dużo dla mnie znaczą.
– Nie powinienem o to prosić... – Rozgląda się nerwowo. – Ale może w drodze powrotnej, po spotkaniu... moglibyśmy zrobić sobie zdjęcie?
– Jasne. Nadal tu będziesz?
Otwiera szerzej oczy i kiwa głową.
– Tak. Tutaj. Do wieczora. Aż do pana wyjścia stąd. – Prawie podskakuje z ekscytacji. – Kiedy powiem tacie, że pana spotkałem, chyba oszaleje.
Gdy wchodzę do windy, dostaję wiadomość. Zanim udaje mi się zerknąć na ekran, dźwięk ten powtarza się kilka razy z rzędu.
Ach, to z pewności Dominic Navarro bombarduje mnie miłością. Nie lubi być ignorowany, więc wykorzystuje swój ulubiony sposób działania.
– Czym zasłużyłem sobie na ten zaszczyt? – mruczę, zerkam na wiadomości i widzę kilka zdjęć z poprzedniego wieczoru.
Takich, które zdecydowanie nie przedstawiają mnie w najlepszym świetle. Mało tego, ja zupełnie ich nie pamiętam.
Jestem na nich ewidentnie pijany. Na jednym zdjęciu całuję jakąś kobietę, na kolejnym – następną. W jednej dłoni trzymam opróżnioną do połowy szklankę, w drugiej – butelkę. Seria ujęć wyraźnie pokazuje, jak się zataczam i wpadam na grupę ludzi, po czym ląduję na tyłku i się śmieję.
Szlag.
Przy tych wszystkich pieprzonych telefonach naokoło nie da się już niczego ukryć.
Jedno jest pewne: świetnie się bawiłem.
_I naprawdę mam kompletnie gdzieś, co mój kochany_ papá _o tym myśli._
Ale wciąż dostaję kolejne wiadomości. A kiedy chwilę później mój telefon zaczyna dzwonić – dokładnie w chwili, w której winda dojeżdża na dziewiąte piętro – wiem, że albo odbiorę i z nim porozmawiam, albo on namierzy mnie przez linię Genesee i urządzi mi scenę.
Wcale by mnie to nie zdziwiło. Kiedy Dominic Navarro – ten kochający, troskliwy ojciec, którym jest dla świata – zadaje pytania, każdy natychmiast na nie odpowiada. Przecież on tylko działa w moim najlepszym interesie. A przynajmniej taką bajeczkę sprzedaje otoczeniu.
– Aż dziw, że między wysyłaniem tych wszystkich SMS-ów znalazłeś jeszcze czas na wykręcenie numeru – mówię na powitanie.
– Naprawdę sądzisz, że to, co jest na tych zdjęciach, przystoi komuś, w czyich żyłach płynie krew Navarro? – Jego głęboki baryton dudni w słuchawce, a moje usta bezgłośnie powtarzają każde kolejne słowo. Tak jakby każde z nich było drobnym cięciem na mojej skórze.
Ot, kolejne z tysięcy ran, które zadawał mi przez lata, zawsze po cichu.
– Też cię witam, _papá_.
– Przestań pajacować, Cruz. To nie jest śmieszne. To nie zabawa. Masz przestać się tak zachowywać. Jesteś Navarro. Nasza rodzina to najstarsza i najbardziej utytułowana dynastia w tym sporcie.
– Przynajmniej niektórzy z nas – odbijam piłeczkę, jak tylko mogę.
Odchrząkuje, a ja niemal słyszę, jak zaciska zęby.
– To takie typowe: jak zwykle spieprzyłeś coś, jeszcze zanim podpisałeś papiery. Genesee wycofa się z umowy, bo jesteś ciężarem. Zawsze nim byłeś. I najwyraźniej zawsze będziesz.
_Wal się._
Słowa te cisną mi się na język, ale mój chory, wdrukowany szacunek do człowieka, który nie ma żadnego szacunku do mnie, powstrzymuje mnie przed ich wypowiedzeniem.
– Umowa w ogóle nie jest zagrożona. Ale ty jak zwykle uważasz, że moje sprawy to twoje sprawy, nawet kiedy tak nie jest.
– Nosisz nazwisko Navarro. Wszystko jest moją sprawą.
– Ty sobie tak myśl, a ja dalej będę cię rozczarowywać. A może właśnie o to ci chodzi? O rozczarowanie? O moje „wpadki”? Chcesz zawsze mieć coś, czym możesz mi przywalić, prawda? – pytam.
Potrzebował wszystkiego, co mógł wykorzystać przeciwko mnie, by usprawiedliwić fakt, że jego syn jest dwa razy lepszym kierowcą, niż on kiedykolwiek był, i jedynym Navarro, który kiedykolwiek zbliżył się do panowania _el patriarca_ w Formule 1.
– Kiedy przestaniesz kalać nasze nazwisko?
_Kiedy przestaniesz próbować zmuszać mnie, żebym spełniał twoje nierealne standardy?_
– Pracuj ciężko. Baw się ostro. Nie tak brzmiało motto? – pytam. – Kiedy ostatni raz to sprawdzałem, choć wcale nie musiałem tego robić, wolno mi się było zabawić.
W słuchawce zapada cisza, z każdą sekundą cwaniacki uśmieszek powoli znika z mojej twarzy.
W przypadku mojego ojca cisza w słuchawce nigdy nie oznacza niczego dobrego.
– _El patriarca_ – mówi w końcu, odnosząc się do mojego dziadka, mojego idola, używając wymyślonego przez nas pieszczotliwego określenia dla naszego patriarchy.
– Co z nim? – Poprawiam okulary przeciwsłoneczne i zatrzymuję się w połowie korytarza, bo nagle czuję ucisk w klatce piersiowej.
– _El patriarca_ powiedział, żebyś w ogóle nie wracał do domu w odwiedziny przed wyjazdem do Zandvoort.
------------------------------------------------------------------------
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI
------------------------------------------------------------------------