-
nowość
Na Wołyniu skończył się świat - ebook
Na Wołyniu skończył się świat - ebook
To, do czego zdolni byli ukraińscy barbarzyńcy przekracza niekiedy wszelkie granice tego, co człowiek o zdrowych zmysłach może sobie wyobrazić. I to tu zapewne tkwi częściowe rozwiązanie tajemnicy „spowicia Wołynia milczeniem”, i to u obu stron. Dla Polaków zbrodnie były zbyt przerażające, by o nich mówić, a dla Ukraińców zbyt przerażające, by się do nich przyznać. (fragment książki). Książka przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich (18+).
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Historia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8467-133-7 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Zapewne nie będę daleki od prawdy i zbyt oryginalny stawiając tezę, że temat ukraińskich zbrodni na Kresach w powszechniejszej świadomości Polaków zaistniał naprawdę dopiero za sprawą filmu „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego. Chociaż zbrodni dokonywano także w innych województwach z przeważającą ludnością ukraińską, to właśnie Wołyń stał się symbolem jednego z największych barbarzyństw współczesnego świata.
O tym, jak wielki był wkład Smarzowskiego w nagłośnienie ludobójstwa na Wołyniu niech świadczy fakt, że tak naprawdę wszystkie wydawnictwa, dotyczące szerszej analizy tej zbrodni ukazały się dopiero w ostatnim pięcioleciu, a więc w okresie szumu medialnego, związanego z powstawaniem filmu. Wcześniej rynek wydawniczy niespecjalnie wydawał się być zainteresowany tematem. Ukazywały się jedynie książki wydawane przez kresowiaków w małym nakładzie i dla odbiorców wyłącznie związanych z tą problematyką.
Pisząc o Wołyniu nie sposób nie wspomnieć o monumentalnej pracy Ewy i Władysława Siemaszków „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939 — 1945”. To dzieło nie mieści się w żadnej kategorii, bo ponad nie wyrasta. To bezprecedensowy owoc dziesięcioletniej pracy badawczej autorów. W swoim dokumentalnym, zimnym charakterze, to lektura przytłaczająca. I z pewnością nigdy nie przybrałaby ona takich rozmiarów, gdyby nie konsekwentne przemilczanie tematu Wołynia przez polityków i historyków, czyli tych wszystkich, którzy milczeć o zbrodni nie powinni. Mając świadomość tego, że upływający czas może zatrzeć ślady i rozmyć winy nie pozwolili oni by do tego doszło.
Z perspektywy mojej znajomości tematu zbrodni hitlerowskich i stalinowskich, z perspektywy kilkudziesięciu lat zgłębiania tematu obozów koncentracyjnych i gułagów, z perspektywy oglądu ogromu ludzkich nieszczęść i cierpienia, wydawało się, że już nic nie może mnie zaskoczyć. Myliłem się, bardzo się myliłem. Uświadomienie sobie tego było bolesnym i nieodwracalnym procesem, w wyniku którego powstała ta książka.
W książce znajduje się wiele fragmentów, które mogą budzić sprzeciw. Zapożyczenia z popkultury, wywołujące konfuzję porównania, być może nadmierne epatowanie okrucieństwem, czy wnioski, które mogą wydać się nieuprawnione, to wszystko musi budzić kontrowersje. To właśnie jednak te elementy spowodowały, że ta książka powstała. Pisanie tylko kolejnego tekstu o Rzezi Wołyńskiej nie miałoby dla mnie sensu. Gdybym każdy budzący czyjś sprzeciw fragment miał usunąć, czy zmienić, to nie byłaby już moja książka. W ogóle by jej nie było.1. Na paradzie w Londynie
Jak uczy historia losy Polski zawsze zależały od tego, jak przebiegały nasze relacje z najbliższymi sąsiadami. W różnych okresach różnie się to układało, ale generalnie położenie między potężniejszymi Niemcami i Rosją stawiało nas w trudniej sytuacji. Pozostawało to regułą, chociaż zdarzały się też wyjątki. Należał to nich niewątpliwie wiek XVII, kiedy to powierzchnia Polski („Polska od morza do morza”) miała 990 tysięcy kilometrów kwadratowych, czyli ponad trzy raz więcej niż obecnie. Kulminacją rozkwitu Rzeczypospolitej był rok 1683, kiedy król Jan III Sobieski w odsieczy wiedeńskiej skutecznie zagrodził drogę wojskom wezyra Kara Mustafy w tureckim marszu na Europę. Wydawać by się mogło, że Polska zyska w Austrii wdzięcznego sojusznika. W niecałe sto lat później Austria nam podziękowała w ten sposób, że z Rosją i Prusami uczestniczyła w rozbiorach Polski. Niepodległa Rzeczpospolita po prawie ośmiuset latach zginęła z map Europy. Zupełnie nieoczekiwanie tym państwem, które nie chciało się z tym pogodzić była Turcja. Doceniając historyczną rolę byłego przeciwnika rozsierdzała przedstawicieli zaborców przy okazji międzynarodowych rozmów. Ich reakcją na ciągle zadawane przez stronę turecką pytanie: „Czy przybył już poseł z Lechistanu” była irytacja i wściekłość.
W 1918 roku w wyniku zawirowań w Europie związanych z wojną i rewolucją październikową Polska odzyskała niepodległość. Przede wszystkim była to zasługa samych Polaków. Odniesiono sukces militarny i organizacyjny (Legiony Piłsudskiego, Powstanie Wielkopolskie), jak i dyplomatyczny (wysiłki Ignacego Paderewskiego). W granicach państwa polskiego znalazły się tereny sprzed zaborów, należące obecnie do: Litwy, Białorusi i Ukrainy. Ustalony porządek nie był trwały, bo w 1939 roku wybuchła kolejna globalna wojna.
Napaść hitlerowskich Niemiec na Polskę przy zdecydowanej przewadze militarnej najeźdźców doprowadził do załamania linii obrony na wszystkich frontach. Fakt, że Polska nie została zostawiona samej sobie przyjęto trzeciego września wybuchem euforii. Tego dnia Francja i Anglia, wypełniając swoje zobowiązania wobec Polski, wypowiedziały Niemcom wojnę. Nadzieje okazały się jednak płonne, bo nasi sojusznicy 12 września w czasie tajnej konferencji w Abbeville ustalili, że nie podejmą żadnych obiecanych Polsce działań zbrojnych. Slogan „dlaczego musimy umierać za Gdańsk” stał się synonimem zdrady. Ostatecznie postawa aliantów obróciła się przeciwko nim, bo poniesione później straty były znacznie większe niż te, które ponieśliby przystępując czynnie do wojny w roku 1939. 110 dywizji, jakie posiadali Francuzi i Anglicy, wobec pozostających na froncie zachodnim 23 dywizji niemieckich nie powinno budzić wątpliwości, jaki byłby wtedy przebieg wojny i tym samym los Polski. Francuski marszałek Alphonse Juin pisał w pamiętnikach: „Można było wejść jak w masło w pozycje niemieckie, można było rozstrzygnąć wojnę w 1939 roku (…) Co za hańba, co za wstyd, co za głupota zarazem. To idealna sytuacja, wręcz modelowa, w której można było pobić przeciwnika wychodząc na jego odsłonięte tyły. A przy tym zdrada wiernego przyjaciela.”
Chociaż Kampania Wrześniowa 1939 roku zakończyła się klęską Polski, to nie oznaczało to końca walki. Jeszcze przed końcem roku zaczęły organizować się pierwsze odziały konspiracyjne, które później już jako Armia Krajowa były jedną z lepiej zorganizowanych partyzantek w całej Europie. Tysiące żołnierzy regularnej armii, którym udało się przedostać przez Rumunię na zachód Europy walczyło później we Francji i Anglii. To zwłaszcza tam bezprzykładnym bohaterstwem i doskonałymi umiejętnościami zasłynęli polscy lotnicy. Po latach cały świat miał się dowiedzieć o ich wyczynach w obronie Anglii, i szerzej, o sprawie polskiej w czasie całej wojny, z bestsellerowego dzieła amerykańskiego małżeństwa Lynne Olson i Stanleya Clouda „Sprawa Honoru”. Kiedy jednak ucichły echa bitwy o Anglię, gdy minęło bezpośrednie zagrożenie, uwielbienie dla Polaków zaczęło spadać. Rósł natomiast szacunek dla walczącej z Hitlerem Rosji, zwłaszcza, po będącej punktem zwrotnym wojny, bitwie stalingradzkiej. Intensywne kampanie rządowe, zarówno w Stanach, jak i Anglii, przynosić zaczęła efekty. Dopiero jednak po latach wychodzić zaczęły na jaw fakty ujawniające, iż do tak pozytywnego odbioru Rosji znacznie przyczyniła się doskonale zorganizowana i działająca sieć sowieckich agentów.
Nie wszyscy podzielali bezkrytycznie taki nagły przypływ sympatii do krytykowanej wcześniej bolszewickiej dyktatury. W roku 1943 George Orwell napisał „Folwark zwierzęcy”, głęboką satyrę na sowiecki totalitaryzm. Znany autor zetknął się jednak z nieoczekiwanym problemem. Książka została po kolei odrzucona przez wszystkie wydawnictwa. Tylko jedno z nich zgodziło się na druk. Po ostrzeżeniu z Ministerstwa Informacji jakoby książka zepsuje relacje Wielkiej Brytanii z Rosją także ono jednak zrezygnowało. Najwybitniejszy pisarz polityczny Anglii był wściekły, bo od dawna sygnalizował zbytnie uleganie modzie gloryfikującej wybielanie Sowietów. Jakże znaczące nie tylko dla tamtego czasu jest to, co napisał później. „Jakakolwiek poważna krytyka sowieckiego reżimu, ujawnienie faktów, które rząd sowiecki wolałby trzymać w tajemnicy jest niemal niecenzuralne (…) Jeśli wolność cokolwiek znaczy, to jest to prawo mówienia ludziom, tego czego nie chcą usłyszeć”.
Znaczącym momentem próby dla antyhitlerowskiego sojuszu było to, co zdarzyło się trzynastego kwietnia 1943 roku. Niemieckie radio nadało wówczas komunikat o masowych grobach odnalezionych w lesie katyńskim. Ze zdumieniem i niedowierzaniem przyjęto informacje jakoby sprawcami mordu byli Rosjanie. Ze strony polskiego podziemia i emigracji płynęły apele, które doprowadziły do tego, że generał Sikorski zwrócił się do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża o przeprowadzenie niezależnego śledztwa (żadne kroki nie zostały jednak podjęte, ponieważ strona sowiecka odmówiła współpracy). Churchill i inni członkowie brytyjskiego rządu byli skonsternowani. Bardziej jednak niż troska o tragiczny los zaginionych (i wciąż poszukiwanych przez Andersa oficerów) martwiło ich to, że szum wokół sprawy doprowadzi do gniewu Stalina. Na to natomiast nie można było sobie pozwolić, bo to Rosja była tym sojusznikiem, który w znacznej mierze (było już po Stalingradzie) ponosił ciężary wojny, miał przyczynić się do odwrócenia jej losów i pomyślnego zakończenia. Dla Churchilla ważniejsza była wtedy jedność aliantów i ostatecznie częściowo udało mu się wymóc na Sikorskim zachowanie w tej sprawie milczenia. Jeszcze bardziej poirytowany „zamieszaniem katyńskim” był Roosevelt. „Nie mam do nich cierpliwości” tak mówił o Polakach, którzy stawali się coraz większą przeszkodą w jednolitej polityce prowadzenia wojny. Tak więc jedynym politycznym posunięciem na szczeblach rządów było zerwanie stosunków dyplomatycznych między polskim rządem emigracyjnym a Rosją. Prasa tak w Anglii, jak i w Stanach zdawała się stać frontem za sojuszem i forowała zdanie strony rosyjskiej, obarczającej za mord Niemców, którzy tym „kłamstwem” chcieli nim zachwiać. Zdumiewająco trafnie zabrzmiały tu słowa z dzienników Goebbelsa: „Anglicy i Amerykanie odprawiają Polaków jakby byli ich wrogami”.
W tym co się stało widać było działanie pewnego mechanizmu, który prowadzi do swoistej cenzury w imię tzw. politycznej poprawności. Czym ona jest w istocie? Polityczna poprawność ma w zamierzeniu polegać na unikaniu w dyskursie publicznym stosowaniu zbyt ostrej retoryki i poruszania tematów, które spowodować by mogły konsternację i rozdrażnienie drugiej strony, czy innych zainteresowanych tematem grup. Za cenę utrzymania dobrego klimatu i niepowodowania zwiększenia poziomu uprzedzeń unika pytań trudnych i wyjaśniania drażliwych kwestii. Polityczna poprawność nieść może ze sobą zorientowanie na cel, który jest najważniejszy. Z punktu widzenia ceny, jaką trzeba będzie zapłacić, nie ma ona znaczenia, liczy się ten właśnie cel.
Z problemem ocierającym się o polityczną poprawność zetknął się Stanisław Grzesiuk po napisaniu „Pięciu lat kacetu. Niektórzy więźniowie wytknęli mu, że niepotrzebnie pisał o problemie homoseksualizmu w obozach koncentracyjnych. Przy martyrologicznej analizie ten temat był wstydliwie niewygodny. Autor był zdziwiony całym zamieszaniem, bo przecież wszystko, co napisał było prawdą. Do czego taka polityczna poprawność prowadzi miałem możliwość przekonać się sam. Kiedy dorastałem w latach 70. — 80. ubiegłego wieku nasze kino obfitowało w filmy wojenne, w których Niemcy byli wyłącznie źli, a Rosjanie wyłącznie dobrzy. Najeźdźca i okupant przedstawiany był w jeden sposób i nie mógł mieć ludzkiej twarzy. Ugruntowane było to we mnie tak mocno, że gdy (po 1989 r.) w prasie natknąłem się na fragment o losach Władysława Szpilmana, któremu życie uratował niemiecki oficer, zrobiło to na mnie tak ogromne wrażenie, że ten fragment przeczytałem kilka razy, bo tak bardzo odbiegało to od utrwalonych w moim umyśle schematów.
Rozpoczęty sprawą Katynia proces popadającej w zapomnienie Polski ujawniła Konferencja Teherańska, która odbyła się w dniach od 28 listopada do 1 grudnia 1943 roku. To na niej wielka trójka (Stalin-Roosevelt-Churchill) przyjęła postanowienia dotyczące prowadzenia wojny i utworzenia drugiego frontu. Zupełnym kuriozum okazało się to, co ustalono w sprawie Polski (ustalenia utajniono). Nieodległe było to od targów dokonanych w XVIII wieku przez zaborców. Wschodnia granica opierała się na tzw. Linia Curzona (nazwa powstała w okresie wojny 1920 roku) i nie miała żadnego historycznego uzasadnienia. Z grubsza pokrywała się z linią podziału granic Polski ustalonych paktem Ribbentrop-Mołotow. Przyjęto także, że Polska należeć będzie do sowieckiej strefy wpływów, co skazywało ją na utratę niepodległości, tym boleśniejszą, że dokonali tego nasi „zachodni przyjaciele”. Na kolejnej konferencji w Jałcie (luty 1945 rok) powtórzono punkt o zwierzchnictwie Związku Radzieckiego nad Polską. Za utratę Kresów odradzające się państwo otrzymało wschodnie ziemie niemieckie. Mimo że Roosevelt i Churchill mieli doskonałe pojęcie o standardach rosyjskiej demokracji, to ustalono, że w Polsce odbędą się wolne wybory. Stalin mógł się tylko śmiać, bo już wtedy wiedział, jakie będą wyniki tych „wolnych” wyborów. Kolejnym krokiem, który na Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych wymógł Stalin było cofnięcie uznania dla polskiego rządu na uchodźctwie. Jedynym legalnym przedstawicielem miał być marionetkowy Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej. To wtedy przypieczętował się los członków Armii Krajowej: śmierć, więzienie i zapomnienie. I to wszystko wykonane zostało rękami sojuszników naszych sojuszników.
8 czerwca 1946 roku Wielka Brytania urządziła imponującą Defiladę Zwycięstwa. Ponieważ nowy angielski rząd nie chciał narażać Stalina na irytację zaprosił na nią reprezentantów komunistycznej Polski. Ci jednak, podobnie jak Rosjanie, w całkiem już nowej sytuacji politycznej odmówili przyjęcia zaproszenia. Wykluczenie z uroczystości tysięcy Polaków (zaproszono m.in. Irańczyków, Hindusów, czy Greków), którzy walczyli w m.in. w Bitwie o Anglię o których to Churchill mówił: „Nigdy tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak nielicznym”, było dla nich ciosem ponad miarę tego co wytrzymać można. A przecież jeszcze w sierpniu 1944 roku, w czasie trwającego Powstania Warszawskiego, Churchill zapewniał Andersa, że nie opuści Polski w potrzebie, że wolność dla Polski to sprawa honoru! Wydawać by się mogło, że zdrada z roku 1939 roku nie może się powtórzyć. Stało się jednak dokładnie to samo. Poprzez ustępstwa i zaniechania aliantów wobec Związku Radzieckiego Polska utraciła niepodległość. Błędy takiej polityki ujawniły się stosunkowo szybko, bo już w 1947 roku. Wybuchła wtedy zimna wojna, w której zachodnia strona miała wreszcie odwagę ujrzeć komunistyczne zagrożenie. Dla Polski było jednak już za późno. Z perspektywy powyższych rozważań zupełnie inaczej jawi się rola Powstania Warszawskiego, które w sierpniu 1944 roku dało nadzieję na wyzwolenie stolicy rękami własnej podziemnej armii, bez oglądania się na pomoc z zewnątrz. Ogromne straty w ludziach i zniszczenie miasta były niejednokrotnie źródłem krytyki sensowności tego wolnościowego zrywu. Jeśli jednak wziąć pod uwagę tajne wówczas ustalenia Konferencji Teherańskiej była to jedyna szansa, by spróbować odzyskać wolność i ją zachować. Taki przyczółek Polski z Rządem, który błyskawicznie można by przerzucić z Londynu, z armią, która z sukcesami potrafi walczyć z Niemcami, i z administracją, którą, znając zaradność rodaków w momentach krytycznych, zbudowano by błyskawicznie, byłby europejskim fenomenem tej wojny. Na szczęścia dla rządów Anglii i Stanów tak się nie stało, bo co wtedy zrobiliby w swojej poprawności politycznej wobec Stalina. Przecież wschodnia część Europy z Polską przydzielona została już do sowieckiej strefy wpływów. A tu nagle przez tych Polaków taka sytuacja.
Ustalone na Konferencji Teherańskiej przyłączenie byłych terenów wschodniej Polski do Rosji spowodowało przymusowe przesiedlenie ludności polskiej głównie na tereny tzw. ziem odzyskanych. O ile dla obywateli polskich z terenów dzisiejszej Białorusi i Litwy opuszczanie ojcowizny było bolesne, to już w wypadku terenów południowych (w tym Wołynia) było inaczej. Nikt praktycznie nie mieszał już na wsi. Większe skupiska polskiej ludności wiejskiej skupiały się wokół kilku ośrodków samoobrony, którym udało się przetrwać. Pozostała ludność znajdowała się w miastach. Byli to ci wszyscy, którzy mieszkali tam wcześniej, ale także znacznie większa grupa tych, którzy uciekli tam przed pogromami. Co było zupełnym zaskoczeniem w całym przebiegu wojny, to fakt, że uciekinierzy szukali pomocy u żołnierzy okupanta. Stacjonujące bowiem w miastach niemieckie oddziały były gwarantem bezpieczeństwa Polaków, bowiem działań przeciwko Niemcom w miastach UPA nie podejmowała.
Przesiedlana z Wołynia ludność zostawiała za sobą zgliszcza starego świata, a jedynym pozytywem były wspomnieniem ukochanej rodzinnej ziemi z czasów, gdy nic nie zapowiadało morderczego amoku sąsiadów. Przesiedlani na zachodnie ziemie odzyskane Wołyniacy stawali się tam jednymi z wielu. O bolesnych wspomnieniach mało kto chciał wtedy mówić, bo wojenną traumą naznaczone było całe pokolenie. Wschodni akcent sprawiał, że jako inni tym bardziej byli pod czujną obserwacją sąsiadów. Zupełnie niezrozumiałym był ponadto fakt, że zakaz mówienia o Wołyniu był niejako usankcjonowany przez tworzącą nową polityczną poprawność. Zetknął się z tym m.in. dr Stanisław Walkiewicz, kiedy dostał się w Olsztynie na Akademię Medyczną. Jeden z urzędników Polskiego Urzędu Repatriacyjnego ostrzegł go, by w życiorysie nie wspominał o przeszłości swojej rodziny: „Syneczku, ja rozumiem, że ty masz jeszcze potrzeby, ale nikomu nie mów że twoi rodzice na Wołyniu zostali przez Ukraińców wymordowani, bo ciebie z Akademii wywalą”. Ówczesne władze Polski dalekie były wtedy od czegokolwiek, co wiązałoby się z roszczeniami wobec obywateli innego państwa. Ukraińcy pozostawali wtedy pod władzą rosyjską, która tym bardziej nie interesowała się ludobójstwem Polaków, o którym zresztą bardzo dobrze wiedziała. Bojownicy UPA byli ścigani, więzieni i skazywani na śmierć jedynie za to, że walczyli przeciwko komunistom. Nie stało się wtedy to, co w innych warunkach politycznych byłoby bardzo łatwe. Tysiące ocalonych z pogromów mogłoby palcami wskazywać na znanych z nazwiska morderców i znane z nazwiska ofiary. W tamtym systemie nie o sprawiedliwość jednak chodziło, ważniejsza była bieżąca polityka. Jedyne nieliczne akty osądzania sprawców miały miejsce tuż po wejściu Rosjan. Wiosną 1944 r. w mieście Ostróg nad Horyniem Sowieci powiesili dowódcę jednego z oddziałów UPA. Powieszono na nim tabliczkę z zapisem, że zamordował żonę Polkę i swoje dzieci.
Kiedy nastąpił przełom roku 1989 roku wraz z kresem nakazowej „przyjaźni polsko-radzieckiej” rozmyła się także powinność politycznej poprawności. Rosja z suwerena stała się na powrót jednym z naszych sąsiadów. Z którym, aby nawiązać nowy początek, trzeba było wyjaśnić i zamknąć klamrą bolesne zaszłości. Nie można było tego uczynić bez ujawnienia prawdy o Katyniu. 14 października 1992 r. Rosja na wniosek ówczesnego prezydenta Borysa Jelcyna przekazała Polsce archiwalia obarczające odpowiedzialnością za zbrodnię katyńską przywódców ZSRR z Józefem Stalinem na czele. Wśród dokumentów był rozkaz z 5 marca 1940 r., na mocy którego NKWD zamordowało prawie 22 tys. Polaków. Kolejnym bardzo znaczącym gestem było to, co zrobił Jelcyn podczas wizyty w Polsce w 1993 r. Na cmentarzu Powązkowskim, przed krzyżem katyńskim, wyraźnie wzruszony prezydent Rosji wypowiedział znamienne słowo _prastitie_ (przebaczcie). W tym miejscu warto przypomnieć, że podobny proces dokonał się w relacji z Niemcami. Jego początek miał miejsce jeszcze w 1970 r., kiedy to kanclerz RFN Willy Brandt ukląkł przed pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie. Kulminacją natomiast było symboliczne pojednanie narodów polskiego i niemieckiego w 1989 r. w Krzyżowej. To wtedy po słynnym geście pierwszego niekomunistycznego premiera Tadeusza Mazowieckiego i kanclerza Helmuta Kohla zakończyło się to, co początek miało w roku 1939. W obu wypadkach nie tyle ważne było samo słowo: przepraszamy, czy wybaczcie. Takie słowa nigdy nie współgrają z winami za narodowe tragedie. Ważniejsze było coś innego. To usankcjonowanie na stałe i osądzenie bez możliwości zmiany. Pokazanie tego, kto był kim, gdzie leży wina i spoczywa odpowiedzialność, kto był katem, a kto ofiarą. Wydawać by się mogło, że otworem stoi także droga do uporządkowania wszystkich kwestii związanych z Tragedią Wołyńską. Tu jednak na drodze znów stanął demon politycznej poprawności. Polityczne elity rządzące (wszystkie rządy i wszyscy prezydenci) na przestrzeni 25 lat konsekwentnie trzymały się linii poprawności politycznej wobec Ukrainy, szukając w niej sojusznika w ewentualnym froncie przeciwko polityce zawsze groźnej i zaborczej Rosji.
W jednym z wywiadów po filmie „Wołyń” Ks. Isakowicz-Zalewski obszernie komentuje omawiany problem: „W Ewangelii jest napisane wyraźnie: Poznacie Prawdę a Prawda was wyzwoli. Jeszcze nigdy nie zbudowano pojednania i przebaczenia w oparciu o kłamstwo, czy przemilczenie”. Brzemienna w konsekwencje błędna polityka III RP początek swój miała w 1989 r. Polska jako pierwsza uznała niepodległość Ukrainy. Błyskawiczna decyzja rządu premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego wprawiła w konsternację samych Ukraińców, którzy ten honor chcieli zachować dla Kanady. Ten swoisty brak roztropności Bieleckiego i podjęcie tak szybkiego działania można by tłumaczyć brakiem wiedzy, ale nie tłumaczy już gabinetu premiera i sztabu doradców, którzy nie mogli nie znać sprawy Wołynia. Dodatkowym czynnikiem niesprzyjającym był całkowity prawie brak wiedzy na ten temat w społeczeństwie. Z jednej strony poprzednie władze skutecznie dbały o niepodnoszenie tego problemu, a z drugiej ci którzy przeżyli nie byli skłonni do dzielenia się tym, o czym chcieli zapomnieć. To właśnie brak spisanych świadectw i świadomość tego, że pamięć o dramacie wołyńskim nie może zaginąć skłoniły całą grupę zaangażowanych dokumentalistów do podjęcia wysiłku zbierania świadectw tych, którzy ocaleli. Szczególną rolę odegrała tu benedyktyńska wręcz praca Władysława i Ewy Siemaszków. Ich dziesięć lat pracy zaowocowały powstaniem dzieła bez precedensu. „Ludobójstwo” to praca kompletna i porażająca, dokumentująca to wszystko, co wydarzyło się na Wołyniu, wioska po wiosce, gmina po gminie. Mimo jednak coraz bogatszej dokumentacji zbrodni wołyńskiej ani na jotę nie zmienia się przez lata zagraniczna polityka wobec Ukrainy. Sprawy Wołynia kolejne rządy nie podnoszą, a sami politycy się jej boją. Polityczna poprawność wobec Ukrainy dotyka nie tylko szczebla władz, ale i intelektualnych elit. Podwaliny podłożyła tu zarówno paryska „Kultura”, według której z narodem ukraińskim należało pojednać się ponad wszystko. W podobną nutę uderzała „Gazeta Wyborcza”, słynąca w kraju z obrony wartości demokratycznych. Nazywana ona została przez Ks. Isakowicza-Zalewskiego „Gazetą Wybiórczą” — z tej racji, że bardziej stawała w obronie dobrego imienia Ukrainy, niż interesowało ją to, co spotkało Polaków na Wołyniu. Na każdy przejaw niechęci do Ukraińców lub przejaw antysemityzmu reagowała gwałtownie, przejawów antypolonizmu nie zauważając wcale. Z goryczą do sprawy podchodziły środowiska kresowe i byłych członków 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Nie chciano z nimi rozmawiać argumentując, że dowody przez nich zebrane są niewiarygodne, stronnicze i antyukraińskie. Politycy odsyłali ich do historyków, ale poszczególne uczelnie tym bardziej nie były zainteresowane podjęciem tematu. Szczególnie bolesnym było to, że dążący do ujawnienia prawdy nazywani później byli agentami Putina tylko dlatego, że ujawnienie prawdy dyskredytowałoby wrogów Rosji. Bez końca pojawiał się argument, że należy dbać o wrażliwość ukraińską, całkowicie zapominając o tym, co powinno być nadrzędne, o wrażliwości polskiej.
Tych głosów na przestrzeni lat pojawiało się wiele i wszystkie one mówiły o tym samym, że sprawa została zaprzepaszczona w latach dziewięćdziesiątych. Gdyby strona Polska mocniej naciskała na Ukrainę w sprawie przyznania się do wołyńskiej rzezi, sprawa mogłaby być wyjaśniona i ostatecznie zamknięta. Kijów był do tego przygotowany, zwłaszcza po tym, jak miażdżącej krytyki OUN-UPA dokonała w przygotowanym raporcie specjalna grupa sześciu pracowników Służby Bezpieczeństwa Ukrainy. Raport jednak utajniono, bo jego ujawnienie nie leżało w interesie Kijowa. A to nie Polska potrzebowała wtedy Ukrainy, ale właśnie Ukraina Polski. Droga bowiem do struktur Europy Zachodniej prowadziła przez Polskę, która była zawsze o „kilka kroków dalej” i pomocy sąsiadowi na pewno by nie odmówiła. To był właśnie ten moment. Potem, w pierwszym, a zwłaszcza drugim dziesięcioleciu XXI wieku, było już na to za późno.
W 2007 roku we Lwowie odsłonięto pomnik przywódcy UPA Stepana Bandery. 9 kwietnia 2015 roku Ukraiński Parlament uhonorował morderców z UPA. Zbiegło się to, co trudno uznać to za przypadek, z wizytą prezydenta Polski — Bronisława Komorowskiego na Ukrainie. Co mogły wtedy czuć wszystkie rodziny wołyńskie, obarczone traumą swoją i swoich przodków? Ale to nie był koniec hańby. Miesiąc później na Westerplatte, w rocznicę zakończenia wojny, siedzący pomiędzy premierem Donaldem Tuskiem a prezydentem Bronisławem Komorowskim, prezydent Ukrainy Petro Poroszenko miał wpięty w klapę tryzub, ten sam, który nosili upowscy mordercy. Co w takiej sytuacji powinien zrobić polski prezydent, a jeśli nie on, to premier? Czy zaprotestować, powiedzieć coś prosto w oczy, a nawet zerwać stosunki dyplomatyczne? Czy to nie był taki moment, że trzeba by przywołać dewizę Wojska Polskiego: „Bóg_,_ Honor_,_ Ojczyzna”, stanowiącą idealistyczne ujęcie wierności państwu. Ten zupełny brak reakcji był smutnym dowodem na to, że to święte hasło męczenników za niepodległość zupełnie już nic nie znaczy. Czy można się więc dziwić, że Ukraina poszła jeszcze dalej i w 2017 roku pojawiły się projekty ustaw przewidujących dla krytyków OUN-UPA kary więzienia, tak jak karze się na zachodzie za tzw. „kłamstwo oświęcimskie”?
Aktualna sytuacja, gdy na Ukrainie już stoją pomniki dowódców UPA, gdy ich imionami nazywa się ulice, wydaje się beznadziejna. Z racji wykonywanej pracy mam częsty kontakt z obywatelami Ukrainy. Najczęściej są to młodzi ludzie, którzy przyjechali tu do pracy. Mam dostęp do ich danych osobowych i adresowych. Kiedyś przeczytałem głośno, sam nie wierząc w to co widzę, nazwę ulicy, przy której mieszkał około 25-letni Ukrainiec. Byłem wyraźnie zmieszany, on w żadnym wypadku. Była to jedna z głównych ulic Łucka nazwana imieniem dowódcy UPA-Północ Kłyma Sawura. Ja widziałem mordercę odpowiedzialnego za rzeź na Wołyniu. On zapewne jednego z bojowników walki o wolność Ukrainy. W przypuszczalnym, pesymistycznym wariancie, zmienić tego nie może już nic, bo takiej historii uczy się tam w szkołach.
Kiedyś spotkał nas jako naród tak niesprawiedliwy los. Zdradzeni zostaliśmy przez tych, których uważaliśmy za przyjaciół. Ceną jaką musieliśmy zapłacić było prawie pół wieku zniewolenia komunizmem i utraconej szansy na zbudowanie państwa o poziomie dobrobytu takim, jak w krajach za żelazną kurtyną. Po zmianach jakie przyniósł rok 1989 z powodu przekleństwa politycznej poprawności sprawa Wołynia została zaprzepaszczona. „Kresowian zabito dwukrotnie: raz przez ciosy siekierą, drugi raz przez przemilczenie” — te słowa Jana Zaleskiego (ojca ks. Isakowicza-Zaleskiego) wykorzystane w filmie „Wołyń” trafnie ujmują istotę problemu. To przemilczenie, z którego jakże blisko do całkowitego zapomnienia, jest tym bardziej bolesne, że nie zadał go nam nikt z zewnątrz, na kogo można by zrzucić winę. My sami własnymi rękami to zrobiliśmy. Do kogo więc możemy mieć pretensje? „Naród, który nie szanuje swej przeszłości nie zasługuje na szacunek teraźniejszości i nie ma prawa do przyszłości”. Słowa tak hołubionego u nas Marszałka Józefa Piłsudskiego nie były w stanie poruszyć tych wszystkich, których powinny. Wołyń to historia tragiczna, pełna smutku nie do ukojenia. Czasami jednak od pewnych smutnych historii uciec nie można i nie należy. Z szacunku dla tych wszystkich, którzy będąc w matni, nie znaleźli ratunku.Lynne Olson, Stanley Cloud, _Sprawa honoru. Dywizjon 303 Kościuszkowski. Zapomniani bohaterowie II wojny światowej_, z ang. przeł. Małgorzata i Andrzej Grabowscy; przedm. Norman Davies, wyd. 3 (2 w tej ed.), Warszawa 2007, s. 258.
_Ibidem_, s. 262.
_Ibidem_, s. 263.
Lynne Olson, Stanley Cloud, _op. cit._, s. 324.
_Wołyń. Bez komentarza_. _Wywiady radiowe, wspomnienia ocalałych, dokumenty_, __ Warszawa cop. 2016, s. 78.
Władysław Siemaszko, Ewa Siemaszko, _Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia: 1939—1945_, t. 1 / Warszawa 2000, s. 987.
Ks. Tadeusz Isakowicz-Zalewski, _Przemilczane ludobójstwo na Kresach,_ wyd. 2 popr., Kraków 2010, s. 17.
Marek A. Koprowski, _Wołyń. 27 Wołyńska Dywizja Piechoty Armii Krajowej_, Zakrzewo cop. 2013, s. 371.
Pisząc to nie dbam o polityczną poprawność, bo choć do Platformy Obywatelskiej mi najbliżej, to nie można pozostawać obojętnym wobec bezczeszczenia narodowych świętości.2. Echa przeszłości
Określenie „_ukraina_” pojawiło się w średniowieczu i oznaczało pierwotnie nazwę granicznych regionów geograficznych. Do końca XVI wieku termin _„ukraina”_ nie miał charakteru oficjalnego i oznaczał jedynie pogranicze (krańce państwowe) poszczególnych terenów, będących na przestrzeni wieków pod kontrolą różnych państw. Nazwa Ukraina pojawiła się prawdopodobnie po raz pierwszy w 1613 r. na mapie wydanej w Amsterdamie przez Tomasza Makowskiego, gdzie prawy brzeg Dniepru nazwano: „Wołyń Dolny, który nazywają Ukrainą lub Niżem”.
Ludność tych ziem żyła w ciągłym zagrożeniu. Od północy pochodziło ono z Rusi i Litwy, z zachodu byli Polacy, na południu Turcy, a na wschodzie Mongołowie. Zwłaszcza ci ostatni dali się mocno we znaki zarówno skutecznością swojej wojennej machiny, ale nade wszystko bestialstwem w postępowaniu z pokonanymi, co w trudny do ocenienia sposób mogło mieć wpływ na ukształtowanie pewnych typów zachowań osiadłej na tamtych terenach ludności. Przykładem okrutnej wyobraźni, służącej potęgowaniu ludzkiego cierpienia było to, co zdarzyło się po rozgromieniu w 1206 w bitwie pod Kałką oddziałów księcia kijowskiego. Wziętych do niewoli książąt związano, ułożono na nich deski i bale drewniane, na których urządzono ucztę dla zwycięzców. Jeńcy ginęli w strasznych męczarniach.
Szczególne znaczenie dla budzącej się ukraińskiej świadomości narodowej i budowania jej odrębności miało powstanie na terenach zniszczonych i wyludnionych przez napady tatarskie w XVI wieku tzw. kozaczyzny. Główną siedzibą kozaków było Zaporoże — teren nad porohami (porohy — katarakty na rzece Dniepr) i dalej do ujścia Samary do Dniepru. Obok ludności miejscowej stanowili je przede wszystkim chłopi zbiegli z magnackich latyfundiów leżących na kresach ówczesnej Rzeczypospolitej, dla których był to wyraz buntu przeciwko nadmiernemu obciążaniu pańszczyzną. Przybywali tam także ludzie, których do dalekiej wędrówki pchnęło zamiłowanie do przygód lub popełnione przez nich przestępstwa kryminalne i obawa przed karą. Poza Ukraińcami do kozaków przystępowali także m.in. mieszkańcy Polski centralnej, Litwy, Mołdawii i Rosji. Warunki geograficzne (mnogość trudno dostępnych wysp i wysepek) oraz bezpośrednie sąsiedztwo tatarskie powodowały, że nie docierały tam poszukujące zbiegów oddziały i mogli oni czuć się stosunkowo bezpiecznie. Niewielu z nich utrzymywało się z uprawy roli, większość zyski czerpała z grabieżczych najazdów przeciw Tatarom krymskim i Turkom, gdzie docierali oni na długich, lekkich łodziach (czajkach). Tworząca się nowa społeczność przybierała trwałe formy organizacyjne. Ze względu na motywy, którymi kierowali się uciekinierzy na Zaporoże, a zwłaszcza na niechęć do jakiejkolwiek władzy, wykształcił się tutaj swoisty rodzaj demokracji wojskowej. Formalnie wszyscy Kozacy byli sobie równi, jedynie na czas wypraw wojennych wybierali spośród siebie atamana.
Po unii lubelskiej 1569 Ukraina została wcielona do Korony. Kozacy z jednej strony stanowili pomoc dla Rzeczpospolitej na zawsze niespokojnych kresach, z drugiej była to jedyna siła mogąca przeciwstawić się na tych terenach wszechwładzy magnaterii. W roku 1572 po raz pierwszy stworzono rejestr Kozaków, których brano do wojska Rzeczpospolitej za odpowiedni żołd. Traktowani byli oni na równi z chłopami, co budziło ich sprzeciw, domagali się oni bowiem dla siebie praw należnych szlachcie. Od samego początku istnienia państwa polskiego w granicach obejmujących tereny zasiedlone przez Kozaków wiadomym było, że prędzej czy później pojawić się muszą konflikty. Ich przyczyny nie zmieniały się przez wieki. Tak samo było zawsze, od XVI, aż do wieku XX i rzezi wołyńskich.
Z zasady Kozacy pragnęli dla siebie niczym nie ograniczonej wolności, co w strukturach Rzeczypospolitej było niemożliwe. Konflikty z kozakami wzmagane były poprzez różnice językowo-etniczne pomiędzy polskimi właścicielami dóbr a ludnością chłopską. Ukraińscy chłopi od pokoleń wyrastali w przekonaniu (oczywiście nie bez przyczyny), że ich praca jest wyzyskiwana przez szlachtę, przede wszystkim magnatów, których na Ukrainie swego czasu nazywano królewiętami. Nie bez znaczenia pozostawały także mniejsze prawa prawosławia w stosunku do katolicyzmu. Wszystkie te czynniki powodowały narastające poczucie odrębności i rozwój ukraińskiej świadomości narodowej, utrwalanej przez powtarzające się powstania kozackie, które zawsze były krwawo tłumione i sprowadzały okrutne represje. „Ukraina spłynęła krwią. Chłopski i kozacki strach przemienił się w nienawiść. I jedni, i drudzy, czekali tylko na chwilę, kiedy znów będzie można wystąpić przeciwko Rzeczypospolitej, mszcząc się za prześladowania”. O tym, jak często dochodziło do takich niepokojów może świadczyć fakt, że w latach 1638—1648 mówiono w Rzeczypospolitej, że był to na Ukrainie okres „złotego pokoju”, ponieważ w tym dziesięcioleciu ani kozacy, ani chłopi nie wystąpili wobec państwa polskiego.
Do powstań chłopów dochodziło jeszcze przez powstaniem Unii Lubelskiej. W 1490 r. na ziemi halickiej pojawiło się kilka tysięcy powstańców prowadzonych przez chłopa Muchę z Bukowiny. Mimo początkowych sukcesów chłopi zostali rozbici pod Rohatynem w starciu z pospolitym ruszeniem szlacheckim, wspomaganym przez krzyżackich najemników. Nie brakowało również w tamtym okresie indywidualnych prób rozprawienia się z dającymi się we znaki przedstawicielami administracji dworskiej. Odmawiano wykonywania powinności pańszczyźnianych, napadano na dwory i zabijano oficjalistów. Stosunkowo najczęściej dochodziło do takich incydentów na Wołyniu.
Do największego powstania kozackiego doszło w latach 1648—54 z inicjatywy Bohdana Chmielnickiego. Jego wybuch nastąpił w szczególnych warunkach, które pozwoliły hetmanowi na odniesienie szeregu zwycięstw nad wojskami Korony w pierwszej fazie konfliktu. Od 1644 roku trwały bowiem przygotowania do budowy europejskiej koalicji przeciw Turcji, w której Polska zamierzała skorzystać w jeszcze większym stopniu z wojsk kozackich, co powodowało wzrost ich siły i koncentrację. Dodatkowym czynnikiem utrudniającym skuteczne działania Rzeczypospolitej była sytuacja związana ze śmiercią Władysława i okresem przejściowym zanim dokonano elekcji Jana Kazimierza. Zwycięstwa odniesione przez Chmielnickiego w bitwie nad Żółtymi Wodami i pod Korsuniem spowodowały, iż oprócz Kozaków poparła go znaczna część ludności wschodniej Ukrainy. Wtedy też po raz pierwszy na tak wielką skalę chwycono za widły i siekiery, dokonując masowych rzezi Polaków i Żydów. Ci ostatni byli jeszcze bardziej nienawidzeni od Polaków, bowiem jako dzierżawcy majątków ziemskich w celu zwiększenia zysków nakładali na chłopów jeszcze większe obciążenia niż magnaci. Mordy (nie oszczędzano nawet dzieci), gwałty i grabieże trwały kilka lat. W ogniu stanęły całe Kresy południowo-wschodnie. Słynne słowa z powieści Ogniem i mieczem wypowiedziane przez posła po upadku Czehrynia: „Chłopy szlachtę rżną! Sąd Boży!” wydawały się najlepiej oddawać stopień dokonywanych wówczas okrucieństw.
Obok powstań i buntów nad polską szlachtą zawisło nowe niebezpieczeństwo. Był nim tzw. ruch hajdamacki (od tur. hajdamak — grabić, rabować), który aż do lat siedemdziesiątych XVIII wieku siał grozę i przerażenie. Hajdamakami byli zarówno chłopi, jak i kozacy z prywatnych oddziałów magnackich. „Ruch hajdamacki łącząc w sobie elementy protestu antyfeudalnego ze zwykłym bandytyzmem, przypominał zarówno zbójnictwo podhalańskie, jaki i ruch _opryszków_ na Podkarpaciu. O ile drobne grupy hajdamackie miały na celu niemal wyłącznie rabunek lub zemstę osobistą, to duże oddziały niosły ze sobą hasła przywrócenia wolności kozackich, obrony religii prawosławnej i całkowitego wypędzenia polskiej szlachty i Żydów z ziem ukraińskich”.
W roku 1768 doszło do powstania zbrojnego związku szlachty polskiej, utworzonego w Barze na Podolu w obronie wiary katolickiej i niepodległości Rzeczypospolitej. Powstała w ten sposób konfederacja, zwana później barską, skierowana była przeciwko coraz większej roli Rosji w polityce wewnętrznej Polski, narzuceniu jej króla (Stanisława Augusta Poniatowskiego) i szeregu ustaw, a zwłaszcza tych dających równouprawnienie innowiercom.
Wszczęta przez konfederatów wojna domowa odwróciła uwagę od jej kresów, na których ponownie zapanował zamęt potęgowany rozchodzącymi się pogłoskami o przemocy stosowanej przez konfederatów przeciwko innowiercom. Te, prawdopodobnie, zakulisowe działania Rosji doprowadziły do tego, że niewielka grupa hajdamaków pod dowództwem Maksyma Żeleźniaka szybko rosła w siłę budząc wśród polskiej szlachty popłoch. W jej skład oprócz chłopów weszli także kozacy z milicji nadwornych. Stąd też wzięła się nazwa wydarzeń tamtego okresu — koliszczyzna, pochodząca od polskiego słowa „kolej”, co na Ukrainie w XVIII w. oznaczało kolejną straż (usługa dworska), pełnioną przy dworze przez uzbrojonych chłopów.
W swoim marszu oddziały Żeleźnika zdobywały kolejne miasta: Czerkasy, Korsuń, Bohusław, Lisiankę. Szukająca schronienia szlachta schroniła się w Humaniu, ale wobec zdrady broniącego miasta Iwana Gonty (przeszedł na stronę Żeleźniaka) miasto skapitulowało. Rozpoczęła się rzeź, zwana później rzezią humańską, w której zginęło kilka tysięcy szlachty i Żydów. Miasto splądrowano i doszczętnie rozgrabiono. Najstraszniejsze wieści mówiły o znęcaniu się nad kobietami, a nawet małymi dziećmi. Do wydarzeń koliszczyzny nawiązywał poemat romantyczny „Zamek kaniowski” autorstwa Seweryna Goszczyńskiego. Opisy mających tam miejsce wydarzeń: „Ile tam mordów, ile krwi rozlania,
Jak samo Lachów zda się ścigać piekło, A nigdzie schrony przed czernią zaciekłą” aktualne wtedy, zgoła dwa wieki później powróciły znowu.
Ostatecznie powstańców rozgromiono, do czego przyczyniło się porozumienie zawarte pomiędzy hetmanem wielkim koronnym Ksawerym Branickim, a dowódcą operującego w Polsce korpusu rosyjskiego generałem majorem Michałem Kreczetnikowem. Wkroczenie Rosji podyktowane było obawami przed nadmierną ekspansją buntowniczych oddziałów i niepokojami na pograniczu, w obliczu zbliżającej się wojny z Turcją. Wojska rosyjskie aresztowały w Humaniu Żeleźniaka i Gontę. Przywódcę powstania spotkała stosunkowo niewielka kara, został wysłany na katorgę, po wcześniejszej publicznej chłoście i obcięciu nosa. Gontę spotkał dużo gorszy los. Został wydany Polakom i poniósł śmierć przez darcie pasów ze skóry i ćwiartowanie żywcem — wersje o rodzaju śmierci są różne, wszystkie jednak podkreślają, że była to straszna śmierć w męczarniach. Na Ukrainę ponownie spłynęły represje.
Co do samej Rzeczypospolitej to uwidoczniony w konfederacji barskiej kryzys państwa doprowadził do kolejnych trzech rozbiorów i utraty niepodległości na ponad sto lat. Nadciągające zmiany nie były także korzystne dla Ukrainy. Dążącej do zlikwidowania resztek ukraińskiej autonomii Katarzynie Drugiej udało się to w 1775 r. kiedy ostatecznie zlikwidowano Sicz Zaporoską, a starszyznę aresztowano i dożywotnio zesłano na Syberię.
Kozacy stali się już tylko legendą.
W zupełnie nowej sytuacji, w jakiej znalazła się ludności polska pod zaborami, stare antagonizmy pomiędzy ludnością polską a Ukraińcami nie zanikły. Korzystała z tego Rosja, której zależało na podsycaniu konfliktów narodowościowych. Napuszczając ludność ukraińską na polską (nasiliło się to zwłaszcza po powstaniu listopadowym i styczniowym) uczyniła to, co później powtórzyli w 1939 sowieci.
Wiek XIX nie był dobrym czasem dla polskiej ludności pod zaborami. Z kolei dla Ukraińców przyniósł wzrost narodowej świadomości, w czym dużą rolę odegrał najbardziej znany ukraiński poeta Taras Szewczenko. Jako pierwszy podniósł mowę ukraińskich chłopów do rangi języka literackiego i zaczął w tym języku tworzyć poezję. Za radzieckich czasów jego wiersz _Rewe ta stohne Dnipr szyrokyj_ (Szumi i jęczy Dniepr szeroki) zastępował polskim Ukraińcom zakazany hymn narodowy. Kiedy go śpiewano, to zawsze na stojąco. Jeszcze jako dziecko wsłuchiwał się w pieśni o przeszłości Ukrainy śpiewane przez wędrownych kobziarzy, bandurzystów i lirników. To wtedy pojął jakie rozterki kryją się w „ukraińskiej duszy” i jaki jest w niej żal, i jak trwałe relacje oplatają ukraińsko-polskie dzieje. Jego sztandarowy utwór „Hajdamacy” właśnie o tym traktuje.
„Hajdamacy” są postrzegani jako utwór antypolski. Sam antypolonizm zdawał się wyznawać także sam Szewczenko. Sytuacja jednak nie jest zupełnie jednoznaczna, bo przyjaźnił się on na przykład z kilkoma poetami polskimi, z którymi zetknął się na zesłaniu za działalność rewolucyjną. Napisał także wiersz skierowany wprost „Do Polaków”. Pisał w nim, że w przeszłości („Brataliśmy się z Polakami”), a za pogorszenie wzajemnych relacji winił szlachtę i duchowieństwo („Zachłanni księża i magnaci, Nas poróżnili, rozdzielili”). I chociaż nie występował on przeciwko samym Polakom, to przecież już sto lat później Ukraińcy mordowali w większości samych „panów”, nie trzeba było być szlachcicem, a tylko urzędnikiem, czy bogatszym chłopem. Reasumując autor „Hajdamaków” przelał na papier i utrwalił esencję „ukraińskiej duszy”, w której na trwale zapisany był kod nienawiści do Lachów.
To, co charakterystyczne dla poematu „Hajdamacy”, to spojrzenie na opisywane wydarzenia od pewnego momentu, bez spojrzenia wstecz i ukazania ich przyczyn. Polacy mordują i palą, ale dlaczego? O tym, za co to była kara, u Szewczenki nie ma już ani słowa.
_„Rozbiegły się kupy zbrojne_
_Po (…) Ukrainie,_
_Rozbiegli się, zapomnieli,_
_Swobodę ocalać,_
_Zwąchali się z Żydziskami_
_I dalej podpalać._
_Podpalali, mordowali,_
_Cerkwi nie szczędzili…”_
Później następuje to wszystko, co jak w zaklętym kręgu powróciło w 1943 r. na Wołyniu. Nie było żadnych odstępstw. Wszystko się zgadzało.
_„A tymczasem hajdamacy noże poświęcili_
_Ażeby lachy ohydne pokutowali (…)_
_Ażeby ich rżnąć_
_I wieszać, i mordować!_
_Dobrze, dalibóg, dobrze!_
_Ni lacha, ni Żyda — głos zagrzmi kozaczy._
_Czarnym szlakiem pożar pędzi_
_I krwi idą pasy_
_Aż po Wołyń_
_Teraz chłopcy będzie!_
_Zmęczyli się odpoczniecie!”_
_Ulice, bazary_
_Kryją trupy, krew się leje_
_„Nie dość mało kary_
_Jeszcze trzeba podomęczać,_
_Żeby nie powstali_
_Dajcie noża, dajcie siłę,_
_Męki Lachom, męki!_
_Męki straszne niewymowne_
_A dziś chociażbym i umarł,_
_To z trumny powstanę_
_Lachów męczyć._
_— A widziałeś Lachów dzisiaj?_
_— Nigdzie ni jednego._
_Ale wczoraj dość ich było_
_Czemu stoisz? Czemu nie rżniesz?_
_Wszak to heretycy!_
_Póki mali — rżnij! Wyrosną —_
_To ciebie zabiją”_
_I dziadki karają_
_Jęczą, płaczą; jedni proszą (…)_
_Ni szlachcianek, ni Żydówek,_
_Krew płynie do wody_
_Ni kaleki, ni chorego,_
_Ni małej dzieciny (…),_
_Wszyscy legli, wszyscy rzędem (…)_
_A Jarema ciągle huka:_
_„Kary Lachom, kary!”_
_Jak szalony wiesza, pali,_
_Sieka trupie ciało:_
_Dajcie Lacha, dajcie Żyda!_
_Mało mi ich mało!_
_Dajcie Lacha, krwi dawajcie…__”_
Wiek XX przyniósł zmiany wywracające świat do góry nogami. Kiedy już sytuacja się unormowała, wróciły też stare granice Rzeczypospolitej. Ponownie pojawiła się ona na mapach, tak jak ponownie nie pojawiła się na niej Ukraina. W wypadku Polski pozytywny skutek przyniosły: wielka determinacja, utworzenie armii (która była w stanie odeprzeć bolszewicką nawałnicę w 1920 r.) i działania na arenie międzynarodowej (Ignacy Paderewski). Niemający państwowych tradycji Ukraińcy takiej determinacji już nie mieli i miast zewrzeć szyki, podzielili się na kilka walczących ze sobą frakcji. Nie mając, tak jak Polacy, wybitnego męża stanu, nie wykorzystali możliwości poparcia ich sprawy podczas wersalskiej konferencji pokojowej. Na pewno nie przysłużyły się jej także dochodzące podczas niej informacje o Żydowskich pogromach, jakich w tym czasie dopuszczali się Ukraińcy. Nie pomógł też układ sojuszniczy, jaki Piłsudski zawarł z Symonem Petlurą, w efekcie którego wspólnymi siłami 7 maja 1920 r. wyparto bolszewików z Kijowa. Niestety na krótko, bo wbrew ich oczekiwaniom, Ukraińcy nie chcieli już walczyć o niepodległość.
„Podstawową przyczyną porażki było zmęczenie przeciągającą się wojną. Przez ich ziemie przez kilka lat maszerowały oddziały carskie, niemieckie, austriackie, francuskie, bolszewickie, „białorosyjskie”, polskie, a nawet rumuńskie, tureckie i oczywiście — ukraińskie. W lasach pełno było partyzantów, czy też dezerterów — trudno było ich odróżnić, tak często ich dowódcy zmieniali poglądy i sojuszników. Na wyzwolonych ziemiach nie było ochotników do Armii Ukraińskiej Republiki Ludowej, a służby wojskowej unikali nawet poborowi. Wojsko Polskie nie miało wystarczających sił, aby ochronić Ukrainę, skoro nie chcieli jej bronić nawet jej mieszkańcy. Na wyzwolonych ziemiach nie było ochotników do Armii Ukraińskiej Republiki Ludowej, a służby wojskowej unikali nawet poborowi. Wojsko Polskie nie miało wystarczających sił, aby ochronić Ukrainę, skoro nie chcieli jej bronić nawet jej mieszkańcy”. Ich przegrana walka o niepodległość spowodowała, że znaleźli się w granicach czterech państw: Rosji sowieckiej, Rumunii, Czechosłowacji i Polski.
To, że sytuacja ludności ukraińskiej, która znalazła się na ziemiach polskich nie była zła, nie miało znaczenia. Widzieli on przede wszystkim to, że „Polscy panowie” powrócili, a
(_W jarzmie u Lacha… Biada! biada!_). Mimo ogromnego zacofania (zwłaszcza Wołynia) Ukraińców nie interesowały żadne zmiany i wprowadzanie reform, nawet tych dla nich korzystnych, bo niosły one podatkowe obciążenia i nade wszystko wprowadzali je Polacy. Widzieli natomiast swoją gorszą pozycję, bo _de facto_ z powodu słabości wykształcenia i często nikłej znajomości języka polskiego, tak było. Doświadczali także prześladowań prowadzonych przez polskie władze po terrorystycznych zamachach, dokonanych przez nacjonalistów ukraińskich. Widzieli także to, jak odbierano im kościoły, zamienione wcześniej przez władze carskie w cerkwie. I (jak zawsze) narastał w nich gniew. I (jak zawsze) ich zemsta znajdowała swe ujście przy okazji wielkich historycznych wstrząsów, a teraz świat czekał na największy z nich.
Wołyń był krainą leżącą na wschód od Bugu i przez większość istnienia Polski leżał w jej granicach. Ukrainy nie było tam nigdy, bo jej w ogóle nie było. Była natomiast ukraińska większość, Polscy panowie, i inni Polacy równie jak oni znienawidzeni. Po ataku Niemiec na Sowietów w 1941 r. zapanowała w tym rejonie cisza, która zwiastowała burzę:
„_Piekła za wojną zatrzaśnięto bramę._
_Znów tenże pokój i zbrodnie te same_”.
Jeszcze w 1939 r. (20 września) wymordowano wszystkich mieszkańców majątku Grabów (gmina Niesuchoiże), najmłodsza ofiara, chłopiec, miała 3 m-ce. Ukraińcy opowiadali, że są dumni z tego, że „panów polskich zniszczyli z korzeniami”. Tak jak przed wiekami, nawracająco, odgrywana była wciąż ta sama historia.
Ukraińcom nie w smak była nowa polska władza, ale wątpliwe, czy podobałaby się im jakakolwiek władza, nawet jeśli byłaby ukraińska, bo kozackie umiłowanie wolności z założenia budziło niechęć do kogokolwiek nad sobą. Wyjątki robiono jedynie na czas łupieżczych wypraw, kiedy wybierano tzw. atamanów koszowych.
_„Kiedyśmy byli Kozakami,_
_wolni sami”_
_T. Szewczenko, Do Polaków._
_„Jak on sobie panem będzie”_
_T. Szewczenko, Hajdamacy._
Ukraińscy chłopi wciąż mieli w pamięci okres w czasie pierwszej wojny światowej, kiedy to rosyjscy urzędnicy zostali ewakuowani, a właściciele ziemscy przegnani i nastał dla nich czas wolności — „suobody”. „Suoboda była, kiedy nie było ani Rosjan, ani Polaków. Kto chciał, to robił (…) jak kto był silniejszy, to odbierał i zasiewał swoim zbożem, i temu, co był silniejszy, to było lepiej”. Mające nadejść rzezie Polaków, miały w sobie coś z ducha hajdamaków i dalej sięgając, z kozaków. Tak jak dla tamtych mordy i grabieże były sposobem na życie i bogacenie się. Wyprawiali się w łupieżcze wyprawy i obładowani wszelakimi dobrami wracali do swoich domostw. I nikt ich z tego nie rozliczał, żadna władza.