Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Na zakazie (wersja eBook) - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
6 marca 2026
30,00
3000 pkt
punktów Virtualo

Na zakazie (wersja eBook) - ebook

To historia, która wciąga od pierwszej strony i nie pozwala o sobie zapomnieć. Losy Kuby; byłego żużlowca, kibica z krwi i kości - to obraz życia na pełnych obrotach, które nagle wymyka się spod kontroli. Alkohol, narkotyki, hazard. A potem upadek, samotność i walka o przetrwanie. Ta książka nie koloryzuje. Pokazuje prawdę o dnie, o bólu terapii i trudnym powrocie do normalności. Ale też o nadziei, która rodzi się z wiary, odwagi i codziennych małych kroków ku lepszemu. Wersja dla osób pełnoletnich.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Powieść
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397283510
Rozmiar pliku: 335 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZ­DZIAŁ I – Po­czą­tek

Dzie­ciń­stwo Kuby: mi­łość do żużla, pierw­sze za­wody, pa­sja, re­la­cja z oj­cem.

ROZ­DZIAŁ II–VIII – Wzloty

Ka­riera za­wod­nika, suk­cesy, po­pu­lar­ność, szyb­kie ży­cie, ko­biety, ha­zard, al­ko­hol. Póź­niej: kon­tu­zje, zmiana roli – Kuba zo­staje dy­rek­to­rem klubu.

ROZ­DZIAŁ IX–XIV – Upa­dek

Na­ra­sta­jące uza­leż­nie­nia, kon­flikty ro­dzinne, długi, kłam­stwa, oszu­stwa, sa­mot­ność. Kuba traci wszystko. Roz­dział XV za­ty­tu­ło­wany „Dno” – próba sa­mo­bój­cza.

ROZ­DZIAŁ XVI – Prze­bu­dze­nie

Szpi­tal, płu­ka­nie żo­łądka. Spo­tka­nie z ro­dziną. Ul­ti­ma­tum – ośro­dek le­cze­nia uza­leż­nień.

ROZ­DZIAŁ XVII – Pierw­sza Noc

Szok ciała i psy­chiki. De­toks. Ha­lu­cy­na­cje. Trzę­sące się ręce. Pie­kło głodu do­pa­mi­no­wego.

ROZ­DZIAŁ XVIII – Ośro­dek

Za­sady, ode­bra­nie te­le­fonu, ży­cie w za­mknię­ciu, ru­tyna, kon­fron­ta­cje gru­powe i sa­mot­ność.

ROZ­DZIAŁ XIX – Lu­stro

Pierw­sze grupy, ci­sza, wstyd. Kuba słu­cha in­nych i za­czyna ro­zu­mieć wła­sne kłam­stwa.

ROZ­DZIAŁ XX – We­wnętrzny mur

Trudne dni. Er­go­te­ra­pia. In­dy­wi­du­alne te­ra­pie. Roz­prawy są­dowe. Spo­tka­nia z ad­wo­ka­tem. Wy­roki w za­wie­sze­niu. Po­czu­cie wstydu, ale i na­dziei.

ROZ­DZIAŁ XXI – Spo­tka­nie

Do ośrodka tra­fia star­szy męż­czy­zna z ze­wnątrz. Roz­mowa o grze­chach, ży­ciu i Bogu. Wza­jemna spo­wiedź. Płacz. Prze­łom. Nocne mo­dli­twy i ci­sza pełna na­dziei.

ROZ­DZIAŁ XXII – Znaki

Prze­łom du­chowy. Ła­god­niej­sze wy­roki. Umo­rze­nie czę­ści długu. Od­wie­dziny ro­dziny. Kuba za­czyna wie­rzyć. Star­szy męż­czy­zna staje się jego du­cho­wym prze­wod­ni­kiem.

ROZ­DZIAŁ XXIII – Wyj­ście

Pod­pi­sa­nie kon­traktu na te­ra­pię po­głę­bioną. Po­że­gna­nie w ośrodku. Po­wrót do pracy w hu­cie. Obawy. Mo­dli­twa. Przy­ję­cie.

ROZ­DZIAŁ XXIV – Nowy rytm

Te­ra­pia kon­ty­nu­owana. Praca. Po­kusy. Prze­my­śle­nia. Grupa wspar­cia. Pierw­sze suk­cesy. Ba­sen. Week­end z ro­dziną.

ROZ­DZIAŁ XXV – Od­bu­dowa

Wy­pad w góry ze zna­jo­mymi. Ka­jaki z sio­strą. Co­raz głęb­sze roz­mowy o wie­rze i ży­ciu. Te­ra­pia po­głę­biona przy­nosi efekty. Kuba ad­op­tuje psa i pa­pugę.

ROZ­DZIAŁ XXVI – Cień prze­szło­ści

Kry­zys: Kuba do­wia­duje się, że nie wróci do by­łej ko­biety. Ból. Ale też wy­jazd do sto­licy z przy­ja­ciółmi ze wspól­noty. Mia­sto, śmiech, nowe re­la­cje. W pracy – awans. Bie­ga­nie z psem. Te­nis. Her­bata z mio­dem o po­ranku.

ROZ­DZIAŁ XXVII – Ży­cie da­lej

Ko­rzy­ści z trzeź­wo­ści. Ko­niec te­ra­pii. Pa­sja pi­sa­nia. Warsz­taty, spo­tka­nia z ludźmi. Po­głę­bia­jąca się wiara. Za­mknię­cie ko­lej­nych dłu­gów.

ROZ­DZIAŁ XXVIII – Epi­log: Świa­tło

Nowe ży­cie. Praca z ludźmi. Spo­kój. Wdzięcz­ność. Wiara. No­tat­nik, her­bata i po­czu­cie sensu. Już nie walka, ale obec­ność. Już nie ból, ale ży­cie.

ROZ­DZIAŁ XXX-XXXII

Peł­nia, zwień­cze­nie, po­dzię­ko­wa­nia.WSTĘP

To nie jest opo­wieść o bo­ha­te­rze. To nie jest też hi­sto­ria prze­gra­nej. To coś po­mię­dzy – praw­dziwa, twarda droga czło­wieka, który żył szybko, ko­chał in­ten­syw­nie, upa­dał bo­le­śnie i pod­no­sił się w ci­szy, kiedy nikt już nie wie­rzył, że może się udać. Kuba miał wszystko: do­bre wy­cho­wa­nie, ro­dzinne cie­pło, zdrowe war­to­ści. I mimo to – albo wła­śnie dla­tego – wpadł w wir ży­cia, które miało swoje prawa, swoje po­kusy i swoje za­kręty.

To hi­sto­ria o chło­paku z wio­ski, który w wieku trzy­dzie­stu trzech lat był już i ki­bi­cem, i za­wod­ni­kiem, i dy­rek­to­rem klubu żuż­lo­wego. Ale za­nim osią­gnął to wszystko, zdą­żył też spaść na samo dno. Al­ko­hol, ha­zard, prze­stęp­stwa, ko­biety, roz­pacz. Ta książka nie owija w ba­wełnę.

Po­ka­zuje prawdę. Ale po­ka­zuje też drogę po­wrotną – przez mrok, ośro­dek za­mknięty, sa­mot­ność, aż po du­chowe od­ro­dze­nie. Bo każda hi­sto­ria może zo­stać na­pi­sana na nowo. I każda du­sza może wró­cić do świa­tła.ROZ­DZIAŁ I

Ko­rze­nie

Kuba przy­szedł na świat w maju 1992 roku, w ro­dzi­nie, która dla wielu była wzo­rem. Oj­ciec, Ma­rian, pra­co­wał w hu­cie że­laza od osiem­na­stego roku ży­cia. Twardy, mil­czący, ale spra­wie­dliwy. Jego dło­nie były za­wsze szorst­kie, a głos – spo­kojny i głę­boki. Matka, Te­resa, była jego prze­ci­wień­stwem: cie­pła, roz­mowna, de­li­katna. Uczyła re­li­gii w miej­sco­wej szkole pod­sta­wo­wej i znała na pa­mięć wszyst­kie psalmy. Ich dom, sto­jący na skraju wio­ski, oto­czony był ja­bło­niami i pach­niał za­wsze chle­bem, zio­łami i świeżo pa­rzoną kawą.

W ro­dzi­nie były też trzy sio­stry ojca – ciotki, które co nie­dziela wpa­dały po mszy z cia­stem i no­win­kami.

Dziad­ko­wie ze strony matki miesz­kali kilka do­mów da­lej – stary sa­dow­nik i jego żona, wiecz­nie śpie­wa­jąca pie­śni ko­ścielne. Ro­dzina była silna, zwarte ple­mię. Wspólne święta, ko­lędy, mo­dli­twy o po­godę, o zdro­wie, o po­wo­dze­nie.

Dzie­ciń­stwo Kuby było przej­rzy­ste i ko­lo­rowe jak sierp­niowe niebo. Lato ozna­czało ro­wer, wi­śnie z drzewa, ką­piel w rzece i me­cze grane pa­ty­kiem i ka­mie­niem. Zimą sanki i dłu­ba­nie w ga­rażu z tatą. Od ósmego roku ży­cia jeź­dził z oj­cem na me­cze żuż­lowe. To były wy­prawy – sta­rym po­lo­ne­zem, ter­mos z her­batą, ka­napki z pasz­te­tem.

I po­tem sta­dion, huk sil­ni­ków, za­pach spa­lo­nego oleju, tłum i ten je­den mo­ment, gdy za­wod­nik mija łuk i daje z sie­bie wszystko. Kuba nie wie­dział, co to jest, ale wie­dział, że to wła­śnie chce ro­bić.

Pierw­szy mo­tor do­stał od ojca na dzie­wiąte uro­dziny. Wy­słu­żona WSK-a, brudna, rdzawa. Wspól­nie ją roz­krę­cili, czy­ścili, sma­ro­wali. To była ich ta­jemna więź, ich czas. Pierw­sze jazdy po polu, gleby w po­krzy­wach, śmiech, duma.

W szkole Kuba był grzeczny, chętny do na­uki, nie spra­wiał kło­po­tów. Mi­ni­strant, pry­mus, lu­biany przez na­uczy­cieli. Ale już w gim­na­zjum za­częło się roz­war­stwie­nie. Nowi ko­le­dzy, po­dwórko, pierw­sze ogni­ska. Miał czter­na­ście lat, gdy pierw­szy raz się upił – dwa piwa i kie­li­szek cze­goś moc­nego. Świat za­wi­ro­wał, ale serce biło z eks­cy­ta­cji. Był „kimś”.

Im­prezy stały się ry­tu­ałem. Sto­doły, re­mizy, działki. Al­ko­hol lał się stru­mie­niami, dziew­czyny pach­niały tru­skaw­kami i la­kie­rem do wło­sów. W wieku szes­na­stu lat miał już za sobą pierw­szą noc z Anką – star­szą o dwa lata bru­netką z są­sied­niej miej­sco­wo­ści. Sto­doła, siano, ci­sza nocy, sza­le­jące serce. Nie był pewny, co robi, ale był pewny, że już nic nie bę­dzie ta­kie samo.

Po­ja­wiły się pierw­sze wy­jazdy do mia­sta na me­cze bez ojca – te­raz z kum­plami. Au­to­bu­sami, sto­pem, byle do­trzeć. Gło­śno, z fla­gami, z prze­kleń­stwami. Po­tem klub, dys­ko­teka, ta­niec, cza­sem bi­ja­tyka. W ty­go­dniu szkoła, a po lek­cjach praca przy mo­to­rze. Co­raz mniej roz­mów z ro­dzi­cami. Co­raz wię­cej kłamstw.

W wieku sie­dem­na­stu lat za­czął gry­wać na au­to­ma­tach w ba­rze pod sta­cją. Wrzu­cił piątkę. Wy­grał dwa­dzie­ścia. Wró­cił z dumną miną. Na­stęp­nym ra­zem prze­grał wszystko. Ale wró­cił. I wra­cał co­raz czę­ściej. Ha­zard wszedł mu w krew – szyb­kie emo­cje, wy­grana, prze­grana, ad­re­na­lina. Po­dob­nie jak al­ko­hol. Week­endy były co­raz bar­dziej roz­ma­zane.

Rów­no­le­gle za­czął ro­bić co­raz więk­sze po­stępy na to­rze. Ta­lent, in­stynkt, praca. Klub ju­nior­ski, pierw­sze za­wody, pierw­szy me­dal.

Staże w hu­cie – ciężka fi­zyczna ro­bota, po dwa­na­ście go­dzin, smar, pot i dym. Po­tem tre­ning. Po­tem piwo. Po­tem bar. Po­tem dziew­czyna. Po­tem znowu ha­zard.

Co­raz rza­dziej cho­dził do ko­ścioła. Z po­czątku jesz­cze uda­wał, że w nim był. Po­tem prze­stał się tłu­ma­czyć. Matka mil­czała, tylko co­dzien­nie wie­czo­rem klę­kała w ką­cie i szep­tała ró­ża­niec. Oj­ciec wpa­try­wał się w okno. A Kuba je­chał da­lej. Moc­niej. Szyb­ciej. Bez re­flek­sji.

Z cza­sem jed­nak na­wet oj­ciec za­czął pę­kać. Co­raz rza­dziej ko­men­to­wał wy­bryki syna, co­raz czę­ściej sia­dał sam z bu­telką. Naj­pierw po ci­chu, w ga­rażu, póź­niej otwar­cie przy ku­chen­nym stole. Prze­stał cho­dzić do ko­ścioła, milk­nął na ro­dzin­nych spo­tka­niach, uni­kał wzroku są­sia­dów. Gdy kie­dyś Te­resa zna­la­zła go śpią­cego na wer­salce w ro­bo­czych ciu­chach, z pu­stym kie­lisz­kiem przy dłoni, wie­działa, że coś się w nim zła­mało.

Oj­ciec prze­stał wie­rzyć, że da się syna ura­to­wać. Prze­stał wal­czyć. W nie­dzielę rano otwie­rał piwo, pod­czas gdy jego żona w mil­cze­niu wią­zała chustkę i szła sama do ko­ścioła.

Kuba to wi­dział. I gdzieś w głębi serca czuł wstyd. Ale wstyd był chwi­lowy. Wcią­gało go już za mocno. I do­piero póź­niej zro­zu­miał, że to, co boli naj­bar­dziej, to nie jego upa­dek – tylko to, że po­cią­gnął za sobą ojca.

A mimo to na to­rze jego gwiazda błysz­czała co­raz ja­śniej. Był szybki, od­ważny, agre­sywny. Pu­blicz­ność go ko­chała, tre­ne­rzy chwa­lili, me­dia za­częły o nim pi­sać. Spon­so­ring, kon­trakty, pierw­sze więk­sze pie­nią­dze. Dla wielu był nową na­dzieją pol­skiego żużla. Ale Kuba miał dwie twa­rze. Ta druga – poza świa­tłem re­flek­to­rów – była co­raz bar­dziej znisz­czona.

Im wię­cej wy­gry­wał, tym głę­biej to­nął. Każdy triumf świę­to­wał do upa­dłego. Im­prezy po za­wo­dach cią­gnęły się do rana – cza­sem z dwiema ko­bie­tami, cza­sem z am­fe­ta­miną, za­wsze z al­ko­ho­lem. W jed­nym z se­zo­nów miał sta­ty­styki lep­sze niż mistrz Pol­ski, ale już wtedy po­tra­fił prze­grać cały mie­sięczny kon­trakt w jedną noc przy po­ke­rze w nie­le­gal­nej me­li­nie.

Za­częły się długi. Po­życzki od ko­le­gów, od zna­jo­mych. Kłam­stwa. Ma­ni­pu­la­cje. Kuba za­czął kom­bi­no­wać. Raz wziął sprzęt klu­bowy i sprze­dał go na lewo. In­nym ra­zem do­ga­dał się z jed­nym z me­cha­ni­ków, by do­rzu­cić coś do fak­tur. Z ze­wnątrz wszystko błysz­czało, ale w środku za­czy­nała się już po­wolna ero­zja.

Matka co­raz czę­ściej pła­kała. Oj­ciec mil­czał. Kuba się uśmie­chał. Ale już wtedy, choć jesz­cze stał na po­dium, jego du­sza le­żała na dnie. I nikt tego nie wi­dział – albo nie chciał wi­dzieć.ROZ­DZIAŁ II

Po­czą­tek ży­cia

Kuba uro­dził się w nocy z 14 na 15 maja 1992 roku. Była peł­nia, a cała wio­ska spała spo­koj­nie, poza jed­nym do­mem, gdzie Te­resa – drobna, czar­no­włosa ko­bieta z wy­raź­nym brzu­chem – wła­śnie prze­czu­wała, że to już. Po­ród od­był się w miej­skim szpi­talu, czter­dzie­ści ki­lo­me­trów da­lej. Ma­rian, blady z ner­wów, nie pusz­czał kie­row­nicy. Mil­czał jak zwy­kle. Sie­dział pod salą po­ro­dową ze znisz­czoną czapką w dło­niach, mo­dląc się pod no­sem.

Kuba uro­dził się zdrowy, silny, z gło­sem tak do­no­śnym, że pie­lę­gniarka za­żar­to­wała, iż „to nie dziecko, to przy­szły sta­dio­nowy ki­bic”. Te­resa pa­trzyła na niego jak na cud. Miała już wtedy swoje pro­blemy zdro­wotne – kło­poty z ser­cem, prze­wle­kłe osła­bie­nie. Ale uśmie­chała się ci­cho, jakby wie­działa, że wszystko, co naj­waż­niej­sze, wła­śnie się wy­da­rzyło.

Pierw­sze mie­siące ży­cia Kuby były spo­kojne. Spał do­brze, jadł jesz­cze le­piej. Ma­rian po pracy w hu­cie wra­cał za­wsze pro­sto do domu, nie po dro­dze było mu wtedy jesz­cze z al­ko­ho­lem. Kiedy trzy­mał syna w ra­mio­nach, wy­glą­dał na ko­goś, kto chce być lep­szy niż jego wła­sny oj­ciec.

Dom wy­peł­niał się śmie­chem także dzięki babci He­le­nie, matce Te­resy, która prze­pro­wa­dziła się do nich na kilka mie­sięcy, by po­móc córce. He­lena była su­rowa, ale ser­deczna. Miała za­wsze far­tuch z kie­sze­niami wy­pcha­nymi ko­ra­li­kami ró­żańca, kar­mel­kami i za­pi­skami z prze­pi­sami. Go­to­wała ro­sół na ku­rze z wła­snego po­dwórka i nu­ciła stare pio­senki z ko­ściel­nego ra­dia. W jej obec­no­ści na­wet Ma­rian miękł – po­zwa­lał so­bie wtedy na uśmiech, cza­sem rzu­cił ja­kimś żar­tem.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij