Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

NACZELNICZKA. TAK SIĘ ROBI PIŁKĘ - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
24 marca 2026
24,99
2499 pkt
punktów Virtualo

NACZELNICZKA. TAK SIĘ ROBI PIŁKĘ - ebook

Bażantów. Niepozorne miasto, którym rządzi Alina Wańkowska, wcześniej naczelniczka poczty. Szukając czegoś, co pomogłoby jej porwać tłumy, daje się namówić na przejęcie przez miasto zadłużonego klubu piłkarskiego, Odry Bażantów. Wańkowska o futbolu nie ma zielonego pojęcia, a do kierowania Odrą bierze samych laików. Im łatwiej sterowalny, tym lepszy. Tylko czy na pewno właśnie takich ludzi wybrała? Jednego z nich bardzo nie doceniła. Ktoś inny zacznie pakować klub w kolejne kłopoty. A najbardziej do pieca dołoży sama prezydentowa, składając deklarację, po której Odra znajdzie się nagle w centrum uwagi. I to nie tylko kibiców. Internet zapłonie.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Powieść
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398049108
Rozmiar pliku: 3,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

TAKA WIĘKSZA POCZTA

- Myśl, idioto! Ten cały dziennikarz będzie tu za niecałą godzinę. Co mam mu powiedzieć? Znów jak to bardzo słucham ludzi? Wiesz, że nie mam mu czego dać. Tydzień temu miałeś wymyślić, co rzucimy ludziom. No i co wymyśliłeś? - Alina Wańkowska, prezydent Bażantowa, rzadko aż tak wybuchała.

Adrianowi Soboniowi, sekretarzowi urzędu miasta, przeszło przez myśl, że przeprosi. Nie, zły pomysł. Za gruba sprawa. Tu trzeba było albo odzywać się z konkretnym pomysłem, albo siedzieć cicho. Zacząłby przepraszać i jeszcze by ją tylko bardziej podkurwił. Chyba jako jedyny w urzędzie widział, w jaki szał potrafi wpaść naprawdę wkurwiona Wańkowska.

Kiedy na początku kwietnia zeszłego roku szła po zwycięstwo w mieście, miało być pięknie. Stateczna kobieta, lat około 60, rodowita bażantowianka, bez twarzy opatrzonej w polityce. A że przez prawie 20 lat była naczelniczką miejscowej poczty? Nauczy się. Nie tacy jak ona zostawali dobrymi prezydentami. Poza tym ludzie w mieście, które przez ostatnie lata tylko podupadało, nie zwracali uwagi na takie rzeczy.

Do tego te największe partie polityczne Bażantów sobie olały i nie wystawiły tu nikogo poważnego. Jedni wzięli jakiegoś wąsatego nudziarza, od zawsze przyspawanego do miejskiego koryta. Drudzy - młodą prawniczkę. Nawet ogarniętą, ale mówiła do ludzi jak większość prawniczek. Czyli wszystko było „w dniu dzisiejszym”, a jak do czegoś nawiązywała, to „w związku z powyższym”. Może i chciała dobrze, ale słuchało się tego niedobrze. Wańkowska nie musiała więc robić wiele, żeby wygrać już w pierwszej turze. Potrafiła lać wodę, do tego nauczyła się kilku nowych regułek. Na czele z tą o „przywracaniu blasku naszemu pięknemu miastu”. Poszło łatwiej niż się spodziewała.

Tylko czy w ciągu tego roku w Bażantowie wydarzyło się coś szczególnego? W końcu ruszył remont ulicy Mickiewicza w centrum, odnowiono elewacje jakichś tam bloków na obrzeżach, od niedawna działały dwie nowe Biedronki. W sumie to tyle z tych nowości. Zresztą to nawet nie były zasługi prezydentowej. Na szczęście ludzie nie ogarniali, że na przykład takie elewacje to temat spółdzielni, do której należą tamte bloki. Czyli jak na rok prezydentury w nieco ponad 100-tysięcznym mieście tak trochę mało ekskluzywnie.

Z pocztą było łatwiej. Każdy wiedział tam, co ma robić. Paczki docierały? No, docierały. Listonosze chodzili po domach z emeryturami? Chodzili i większość była nawet lubiana. Nawet gdy raz na kilka miesięcy któryś zachlał, to się go wywaliło albo zmieniło mu rejon na gorszy. I tyle, nikt nie robił z tego problemów. A jak ktoś chciał zaszaleć, to mógł w tym okienku na poczcie kupić książkę z przepisami tej takiej siostry zakonnej, co to nawet nie wiadomo, czy kiedykolwiek istniała. Więcej stali klienci tego biznesu nie oczekiwali i też nikt im niczego więcej nie obiecywał. Oferta może i uboga, ale stabilna.

Miasto to była już zupełnie inna liga. Zwłaszcza jeśli wcześniej się tym ludziom naobiecywało, a w kampanii obiecywało się wszystko jak leci, wiadomo. Tylko że nowa pani prezydent podeszła do Bażantowa, jakby był jedynie większą placówką poczty. Skoro coś działało na tej mniejszej, to i tutaj będzie. Powoli jednak i do niej docierało, że efekty są żadne. Czuła, że brakuje jej czegoś, co porwałoby ludzi.

Najgorzej wychodzili na tym jej podwładni, bo atmosfera w urzędzie zaczynała robić się napięta. Niby pracując pod tą kobietą zawsze trzeba było chodzić na baczność, ale teraz poprzeczka poszła mocno w górę. Ludzie zaczęli lądować na dywaniku z błahych powodów. Aż w końcu lądowali tam bez żadnych powodów.

Jak Bożena z sekretariatu, która dostała zjebę, bo kawa, którą przygotowała, była za słaba. Bożena pokornie zjebę przyjęła, przeprosiła i poczekała na pozwolenie oddalenia się. Słowem nie wspomniała, że szefowa zawsze przecież chce taką słabą kawę, a tak poza tym to ten egzemplarz przygotowała Mariola, jej koleżanka z pokoju. Bożena już swoją wiązankę otrzymała, bo jak tu przerwać nakręconej szefowej, a tak dostałoby się jeszcze Marioli. Był więc sens wsypywać tę drugą? No, nie było.

Prezydentowa wpatrywała się w okno, jakby miała tam znaleźć odpowiedź na pytanie, jakie hasło sprzedać temu dziennikarzowi. Stawka była wysoka, bo tym razem nie przyjeżdżał żaden tam Dziennik Bażantowski. Szkoda, bo z pismakami z takich gazet radziła sobie na spokoju. To, że mieli przygotowane jakieś pytania, to już był wyłącznie ich problem. Odpowiadała i tak tylko na te, które sama zadała sobie w myślach. W dodatku jeszcze na długo przed rozpoczęciem wywiadu.

- Pani prezydent, w trakcie kampanii wyborczej zapowiadała pani, że w ciągu pierwszych sześciu miesięcy pani prezydentury zostanie rozpisany przetarg na kilka znaczących inwestycji. Po roku nie rozpisano nadal żadnego z nich.

- Panie redaktorze, chyba nie chce pan zauważyć, jak wiele dobrego w tym czasie zmieniło się w naszym mieście.

Potem zawsze rzucała kilka przykładów jakichś mało znaczących inwestycji. Nieistotne, czy rozpoczętych za jej rządów, czy jeszcze wcześniej, bo kto to będzie sprawdzał. Dziennikarze z takich mniejszych tytułów nie mieli śmiałości wchodzić z nią w dyskusję. A nawet gdyby mieli, to szybko zostaliby sprowadzeni na ziemię, bo Bażantów przez swoje spółki miejskie w większości tych gazet kupował reklamy. Spróbowałby taki dziennikarz za bardzo drążyć niewygodny temat i zanim wróciłby do redakcji, już otrzymałby z niej telefon.

- Chcesz tu dalej pracować?

Dziś miał jednak przyjechać człowiek z Gazety Polska i Świat. W dodatku nie młodzieżowiec, tylko Paweł Grab. Doświadczony gość, który do każdego piątkowego wydania regionalnego dodatku przygotowywał na czołówkę duży wywiad z kimś ważnym w okolicy. Albo dostawał jakiś dobry temat, albo sam zaczynał szukać, a to zawsze było ryzyko, że znajdzie coś, czego nie powinien znaleźć.MIERNI KOPACZE

Soboń cały czas siedział za konferencyjnym stołem. Podparł tylko ręką głowę.

- Myśl, kurwa, myśl… - powtarzał w myślach, ale przyszło mu do głowy tylko tyle, że to lekko uwłaczająca sytuacja. 36-letni gość po prestiżowych studiach z zarządzania biznesem, które kończył jako jeden z najlepszych. Teraz musiał płaszczyć się przed byłą naczelniczką poczty.

Tkwił tak jeszcze kilka minut aż nagle się wyprostował.

- Pani prezydent, możemy przejąć Odrę Bażantów, ten nasz klub piłkarski. On ma kibiców, ale tragiczny zarząd, piłkarze od miesięcy nie dostają pieniędzy. Zorganizujemy to, gorsi na pewno nie będziemy i szybko zbudujemy sobie poparcie ludzi.

Wpatrywał się w szefową, próbując odczytać jej reakcję, a szefowa nadal wpatrywała się w okno. W końcu po chwili odezwała się oschle, nawet jak na siebie.

- Czy ty jesteś normalny? Wygrałam wybory, bo zagłosowały na mnie głównie starsze kobiety. A teraz mam im powiedzieć, że zamiast remontować ulice, to będę finansować jakichś miernych kopaczy? Żeby ci chuligani na trybunach to oglądali, a potem się tam lali? Jak masz mieć takie pomysły, to lepiej stąd wyjdź. Niech Bożena zleci do gazety ogłoszenie, że szukamy kogoś na twoje miejsce.

- Nie, nie rozumie pani - Soboń nie dawał się zbić z tropu. - Tym starszym kobietom powiemy, że robimy to dla miasta i dla naszej młodzieży. Rozpiszemy plan, że chcemy stawiać na naszych wychowanków, że poprawimy warunki dla grup młodzieżowych i będziemy odciągać dzieciaki od alkoholu, narkotyków i że będą zdrowsze. Powie pani, że w klubie dzieci będą się wychowywały w duchu sportu, a najlepsze z nich zrobią kariery w zawodowej piłce. A z tymi chuliganami to też nie tak. U nas już dawno nie było żadnych burd na stadionie.

- Ile by to nas kosztowało? - Wańkowska zmieniła ton na bardziej łagodny.

- Pani prezydent, tak dokładnie nie wiem, trzeba by policzyć. Ale to nie jest ekstraklasa, tylko pierwsza liga, czyli niższy szczebel. W dodatku Odra od lat nie grała o awans, już utrzymanie w tej lidze jest sukcesem. Nawet nas spokojnie na to stać. Proszę tylko pomyśleć, jaki tu jest ukryty potencjał - Soboń wyjął ajfona i odpalił internet. - Ostatnio na mecz ze Startem Bodzentów przyszło ponad 5100 osób, chociaż to nie był żaden hit, bo przeciwnik słaby, a nasi od dłuższego czasu przegrywali. Gdyby tak się tym wszystkim zaopiekować, to klub zacząłby wyglądać bardziej profesjonalnie, a piłkarze zaczęliby grać lepiej. Może nawet udałoby się nam za jakiś czas dostać dotację na nowy stadion. Wtedy takie kilkanaście tysięcy ludzi na każdym meczu to byłoby minimum i wszyscy wiedzieliby, że jest tak dobrze dzięki miastu, czyli pani. No a przecież każda z tych osób ma rodzinę i znajomych, którym by o tym opowiadała. Plus kolejne dziesiątki tysięcy, które oglądałyby Odrę w meczach wyjazdowych. Do tego oczywiście w telewizji. Wie pani, jak to poprawiłoby nasze notowania?

Tu już Wańkowskiej oczy się zaświeciły. W tej samej chwili do drzwi gabinetu zapukała Bożena z sekretariatu.

- Pani prezydent, przyszedł pan Paweł Grab z Gazety Polska i Świat. Wpuścić?

- Nie wpuszczaj. Niech poczeka pięć minut - rozkazała i gdy tylko Bożena zamknęła za sobą drzwi, spojrzała na swojego sekretarza z wyrzutem. - Widzisz, w jakim stresie muszę przez ciebie pracować? Nie mogłeś wymyślić tego wcześniej?

Wciąż było więc nerwowo, ale zainteresowanie Wańkowskiej tylko rosło.

- No dobrze. Czyj jest ten cały klub? Możemy go sobie tak wziąć?

- Myślę, że tak. To jest od dawna zabawka Mirka Wróbla, tego od masarni, ale tamten biznes już mu prawie upadł. Dlatego ma te zaległości u piłkarzy. Zrobimy tak, że odda klub za darmo. Nawet gdyby nie chciał, to wszyscy wiedzą, że to jest stary pijak, więc coś się na niego znajdzie, a wtedy i tak odda. O to proszę się nie obawiać. Jeszcze nam podziękuje i może nawet dorzuci coś na święta z masarni, bo ta Odra tylko ciągnie go w dół.

Wańkowska powoli podeszła do swojego biurka i usiadła w fotelu. Rozmowa od początku była wybitnie poważna, ale teraz jej twarz jeszcze spoważniała.

- Adrianie, posłuchaj mnie bardzo uważnie. Zaraz powiem w tym wywiadzie, że planujemy przejąć tę całą Odrę. Ty mnie do tego namówiłeś, więc powinieneś czuć odpowiedzialność. Chyba domyślasz się, kto będzie musiał ponieść konsekwencje, jeśli ten pomysł nie wypali… - zmierzyła Sobonia wzrokiem.

Powoli zaczynał żałować swojego pomysłu.

- Jak będziesz wychodził, powiedz Bożenie, żeby wpuściła tego dziennikarza.

Wychodząc z gabinetu Soboń zlał się ze ścianami. One też były w kolorze bladym.HOUSE OF CARDS

Wywiad trwał już dobre kilkanaście minut, ale Grab nie zadał prezydentowej ani jednego trudniejszego pytania.

- Czego nauczył panią ten rok w roli prezydenta Bażantowa?

- Że nasze miasto to jeszcze wspanialsza społeczność niż mi się wydawało. Od zawsze żyłam sprawami Bażantowa, utożsamiałam się z nim, ale teraz mam okazję być jeszcze bliżej mieszkańców. Codziennie widzę ich przywiązanie do tego miasta, wzajemną życzliwość, pracowitość. Naprawdę bardzo to doceniam.

Prezydentowa nie miała większego doświadczenia w kontaktach z niezależnymi mediami, ale musiała zdawać sobie sprawę, że idzie to wszystko za łatwo. Nie było opcji, żeby ten gość fatygował się tu po odpowiedzi na tak banalne pytania. Trudniejsze dostawała czasem od tej stażystki, która redagowała tygodnik Nasz Bażantów. Taką propagandową broszurę, tylko że większą, ale dla mieszkańców to nawet lepiej, bo do pieca węglowego jak znalazł. W każdym razie było pewne, że ten Grab zaraz przejdzie do konkretów. Dlatego Wańkowska tak potrzebowała tego koła ratunkowego od Sobonia. Musiała tylko odpowiednio je wykorzystać.

- Przejdźmy do problemów, których miastu nie brakuje. Pierwszy z brzegu - dlaczego w ostatnich miesiącach mieszkańcy Bażantowa dostali 50-procentowe podwyżki za wywóz śmieci? Musi pani przyznać, że to wręcz zawstydzające.

- Panie redaktorze, to niestety pokłosie działań naszych poprzedników i niekorzystnych umów, jakie w tamtym okresie podpisywano. Zapewniam, że robimy, co w naszej mocy, aby w najbliższym czasie ta sytuacja uległa zmianie. Od razu prawdopodobnie wyprzedzę też pańskie kolejne pytanie… To nie jedyna tego typu sprawa, gdy musimy mierzyć się z niegospodarnością poprzednich rządzących. Poradzimy sobie z tym, ale wymaga to czasu. Jest wiele spraw, a my nie zamierzamy udawać, że ich nie dostrzegamy. Zajmujemy się nimi, bo tego oczekują od nas mieszkańcy. Jesteśmy tu przecież dla nich.

- Jakie sprawy ma pani na myśli?

- Przede wszystkim musimy zadbać o to, by nasza młodzież mogła dorastać w duchu sportu, by ten sport był dla niej dostępny. Widziałam to już wcześniej, jeszcze zanim ubiegałam się o urząd prezydenta miasta, ale zależało mi, żeby lepiej przyjrzeć się naszym możliwościom. Teraz mogę już mówić o pewnych sprawach głośno i wyraźnie. Nie chcemy i nie możemy dopuścić, by z powodu braku perspektyw wśród młodych ludzi zaczęły się szerzyć alkohol i narkotyki. Proszę spojrzeć na część okolicznych miast. Tam to już się dzieje. Dlatego podjęliśmy decyzję o przejęciu przez miasto Odry Bażantów. Chcemy, żeby klub realizując ambitne cele sportowe promował właśnie młodych ludzi z naszego miasta. Mamy zarezerwowane środki na poprawę warunków dla grup młodzieżowych i będziemy pilnować, żeby ci chłopcy dostawali szanse w seniorskich rozgrywkach sportowych.

- Wzięcie na siebie przez miasto kosztów utrzymania pierwszoligowego klubu to skomplikowany proces. Przede wszystkim poważne obciążenie dla miejskiego budżetu. Mówi pani jednak o tym bardzo ogólnikowo. Proszę o więcej szczegółów.

- Panie redaktorze, chyba nie sądzi pan, że zabraliśmy się do tego godzinę przed naszą rozmową? Za nami wiele analiz i spotkań, które poprzedził szczegółowy audyt sytuacji klubu. Są to jednak szczegóły, o których w tym momencie nie mogę jeszcze mówić. Proszę o chwilę cierpliwości. W najbliższych tygodniach zwołamy konferencję prasową i przedstawimy nasz szczegółowy plan na Odrę.

Udało się. Okładka dodatku Gazety Polska i Świat zapowiadająca ten wywiad miała mieć zdjęcie w stylu „standard”, czyli Wańkowska za biurkiem, ale w tej sytuacji gazeta zmieniła zdanie. Zaproponowała prezydentowej sesję przed stadionem. Wyszło nawet całkiem ładnie, bo słońce świeciło. No i ten tytuł.

_Przywrócimy Odrze blask!_

Ktoś od razu przepisał treść wywiadu do internetu i się zaczęło. Takiego poruszenia na temat Odry nie było w sieci od lat. Może nawet nie było go nigdy. Nie ma co nawet porównywać tego z tym newsem o braku ciepłej wody w szatni, który krążył po necie jakiś czas temu. Poza tym wtedy niezły ubaw z tego mieli kibice rywali. Fani Odry tylko się wstydzili. Teraz było inaczej.

_Brawo urząd miasta!!! o to chodzi, trzeba stawiać na naszą młodzież, a nie na dziadów nie wiadomo skąd. Nie wierzę że w takim mieście nie ma kilku prawdziwych perełek. Trzeba je tylko wyłowić. Niedługo ekstraklasa a potem kto wie ;) ;) ;)_

_Luki_Bazantow_

_Syfiaste miasto, brud na każdym kroku, sama patologia nawet w centrum, to teraz jeszcze miejską kasę będą wydawać na piłkarzy w dziadowskiej pierwszej lidze??? Idę po popcorn i oglądam ten piękny upadek Bażantowa!!! w sumie to Bażazadupia xD xD xD Niedługo w tej dziurze to już tylko te kebaby z ocenami 1.7 na googlach zostaną xD xD xD Nie mogę, miód na moje serce!! zaraz tu skisnę!!! xD xD xD_

_Leon_

_HAHAHAHAHAHA i co gołodupce z Radziechowa? w następnym sezonie lecicie z tej ligi a my z awansem do ekstraklasy na lóziku!!!! ale nie martwcie się tam bo zanim awansujemy to jeszcze zdonżycie przyjąć od nas srogi wpierdol w derbach HEHEHEHE MATOŁY HAHAHAHAHA Idziemy po was!!!! cWeLeeeeeee_

_OdraFan_

_Mam nadzieję, że pani Wańkowska i spółka wiedzą, co robią. Trzymam kciuki, ale trzeba patrzeć na ręce jak każdej władzy!_

_Rozsądny77_

_No to trzymajcie się tam w tym Bażantowie. Urzędasy w klubie sportowym to prędzej czy później obsadzanie stołków swoimi przydupasami, machlojki, ustawiane przetargi i to wszystko za wasze pieniądze, które powinny iść na przedszkola, remonty i inne trochę bardziej potrzebne sprawy niż banda przepłacanych pseudosportowców. U nas też miało być super, a wyszło jak wszędzie. Piszecie tu, że przynajmniej gorzej już nie będzie, bo teraz jest burdel i wstyd na całą Polskę. No to żebyście się nie zdziwili. Jeszcze wspomnicie moje słowa. Nie piszę złośliwie, wręcz przeciwnie, bo sam kilka lat temu miałem dokładnie takie nadzieje jak wy. Pilnujcie ich, dobrze wam radzę!_

_Mazur87_

Tak to mniej więcej szło. Ktoś wykorzystał sytuację, żeby powyzywać derbowych rywali. Ktoś klub z dołu tabeli pierwszej ligi widział już w europejskich pucharach. Ktoś inny podchodził do sprawy na spokojnie. Jeszcze ktoś inny przeczuwał, że mix samorządu i sportu to będzie piękna katastrofa, a przy okazji równie urocza korupcja. Czyli możliwe było wszystko, a pewne tylko to, że w tym Bażantowie to będzie się teraz działo.

Przed publikacją wywiadu Soboń trochę się stresował. Wiedział, że tak do końca nigdy nie wiadomo, czego po tych większych gazetach się spodziewać. Dlatego w ten piątek był pod kioskiem zaraz po 6:00 rano. Zupełnie jakby mógł zablokować sprzedaż numeru w razie gdyby coś z tym wywiadem było nie tak.

Gdy dorwał gazetę, szybko otworzył regionalny dodatek, przeleciał wzrokiem po najważniejszych fragmentach rozmowy i uśmiechnął się w duchu. Wyglądało na to, że wszystko jest w porządku. Cóż, zapowiadał się bardzo dobry dzień. Złapał się na tym, że tym razem uśmiechnął się już nie tylko w duchu.

Mając w ręku taką mocną kartę, mógł sobie pozwolić na większą pewność siebie. Nie czekał nawet na to aż o 8:15 dziewczyny z sekretariatu podadzą prezydentowej tę jej pierwszą z przynajmniej pięciu kaw dziennie.

- Dzień dobry, pani prezydent, można? - zapytał tylko kurtuazyjnie, bo zanim zdążyła odpowiedzieć już rozłożył na jej biurku gazetę. Wańkowska dokładnie obejrzała siebie na okładce i nieśpiesznie przeczytała cały wywiad.

- Niczego nie zmienili, prawda?

- Jest tak jak chcieliśmy - potwierdził i postanowił iść za ciosem: - Ale to jeszcze nic. W internecie ludzie są zachwyceni tym naszym pomysłem. Piszą, że niedługo Odra będzie w ekstraklasie, a może i jeszcze lepiej.

- W jakim internecie? Udzieliłam wywiadu gazecie, a nie do tego internetu! - Wańkowska zaczęła się irytować, a Soboń powoli wycofywać: - Pani prezydent, każdy może wrzucić do internetu co tylko chce. Nie mamy na to wpływu.

- Posłuchaj mnie, Adrianie. Cały czas twierdziłeś, że spotykam się z tym człowiekiem, żeby udzielić wywiadu do gazety. Nigdy nie wspominałeś o żadnym internecie. Czy może o czymś zapomniałam? - prezydentowa spojrzała na sekretarza karcącym wzrokiem. Ten nie ośmielił się odezwać. Skinieniem głową wziął winę na siebie.

- No właśnie, tak myślałam. Mam nadzieję, że to ostatni raz, kiedy zdarza ci się takie niedopatrzenie - westchnęła i wróciła wzrokiem na swoje gazetowe zdjęcie. Nietrudno było zgadnąć, że naprawdę się tam sobie podobała. Od razu wrócił jej też dobry humor.

- Mówisz więc, że ludzie ciepło przyjęli moją inicjatywę… Tym bardziej przed nami wiele pracy. Chyba nie muszę przypominać ci, że za tydzień czekam na raport w sprawie klubu?

Nie, nie musiała przypominać. Od momentu, gdy ten dziennikarz wyszedł z gabinetu prezydentowej, klub stał się w magistracie tematem nr 1. Dlatego Soboń dostał zielone światło, by wedle swojego uznania korzystać z tzw. zasobów ludzkich urzędu. Misja trochę jak w amerykańskich serialach, chociaż tu nie było po amerykańsku. I tak na przykład prawnicy, którzy wzięli się za przygotowanie dokumentów do przejęcia klubu, to nie była akcja jak z House of Cards. Tam Frank Underwood zagonił do roboty zespół wielkich prawniczych talentów, a w Bażantowie musieli wystarczyć mecenas Marek Zdzieb i jego syn, Michał. Ten drugi podobno bardzo zdolny, ale na razie tylko podobno, bo te dobre opinie wystawiał mu jedynie ojciec. Nikt inny tego Michała nie kojarzył.

Z cyferkami rozmach był podobny. Za prześwietlenie finansów Odry odpowiadały Krysia Szczerkowska i Renata Miłoszewska. Właściwie od zawsze na etatach w urzędzie, więc tylko taki styl pracy znały, a to miało swoje minusy. Co gorsza widać było po nich, że do emerytury zostało im już tylko po kilka lat i coraz częściej tego momentu wyglądały. Szło więc to wszystko swoim, takim niezbyt ekspresowym tempem.KŁOPOTY KSIĘŻNICZKI

- Wracamy! Wracamy! Mario, może byś się tak, kurwa, zaczął orientować, co ci się tam dzieje za plecami?! Byłoby, kurwa, całkiem miło! Zobaczyłbyś, jak ci chłop po skrzydle ucieka! Jak tak stracimy bramę, to po przerwie już nie wychodzisz i do końca robisz sprinty wokół boiska! I to naprawdę sprinty, a nie truchtasz sobie jak księżniczka tak jak teraz. Rozumiesz, kurwa?! Rozumiesz?! - Piątkowski wściekał się za linią boczną.

No, długimi momentami to w zasadzie na boisku, bo chętnie tę linię boczną przekraczał. Sędzia nie reagował. Tak to bywa na takich meczach, nieważne.

Ważne, że jako kandydat na prezesa klubu pierwsze wrażenie facet zrobił średnie. Jakoś trudno było sobie wyobrazić, że ten 45-letni były pomocnik Odry, który nie trzyma ciśnienia na meczu nastolatków, będzie godnie reprezentował cały Bażantów.

Soboń ze zrezygnowania aż zwiesił głowę, ale szybko z tego letargu wyrwał go kolejny okrzyk z okolic ławki. - Panie sędzio, zmiana! - oho, Piątkowski nie wytrzymał i ściąga tego chłopaczka jeszcze przed przerwą.

- Mario, nawet nie próbuj mi, kurwa, iść pod prysznic! Zapraszam serdecznie naszą księżniczkę do sprintów wokół boiska! Miałeś biegać przez drugą połowę, ale jak się nie chce słuchać, o co trener ładnie prosi, to będziesz biegał już teraz! I nie pokazuj mi się już dziś na oczy, bo nie ręczę za siebie! Rozumiesz, kurwa?!

- Przynajmniej konsekwentny… - pomyślał Soboń, ale w rzeczywistości kompletnie stracił już ochotę na rozmowę z tym typem. Przydałoby się mieć jeszcze kogoś w zanadrzu. No ale nie miał. Jeśli więc nie pojawi się nagle CBA czy inne CB-coś-tam, żeby zakuć Piątkowskiego w kajdanki za jakieś dawne handlowanie meczami, to trzeba będzie go zarekomendować.

Przecież gdyby Wańkowska dostała kandydaturę tylko jednego człowieka, od razu posądziłaby swojego sekretarza o co najmniej dwie akcje. Pierwsza - czuje się już taki ważny, że sam wybrał prezesa klubu. Druga - ten jedyny kandydat jest podstawiony i panowie w duecie kręcą sobie za jej plecami jakieś wałki. Kto wie, może jeszcze dorzuciłaby do tego kolejne zarzuty. Tak czy siak wtedy równie dobrze Soboń mógłby od razu złożyć wypowiedzenie. Opowiadałby potem chociaż, że odszedł na własnych warunkach, a nie został z tego urzędu wykopany. Zawsze to lepiej wyglądałoby na rozmowach kwalifikacyjnych, które by go czekały.

Nadal więc stał niedaleko ławki rezerwowych Odry i słuchał litanii przekleństw Piątkowskiego. W przerwie, drugiej połowie i po ostatnim gwizdku też, bo gospodarze na tle tego jakiegoś rywala wyglądali tragicznie. Ale wreszcie z ust trenera padło pod adresem nastolatków ostatnie „kurwa” i dał im zgodę na pójście do szatni. No, poza tym chłopakiem-księżniczką. Kiedy z kolei sam Piątkowski ruszył w kierunku szatni, od razu zyskał towarzystwo.

- Dzień dobry, trenerze. Adrian Soboń, sekretarz urzędu miasta. Czy możemy porozmawiać?

- No, cześć… A możemy w poniedziałek? O 17:00 mamy wtedy trening. To może tak pół godziny przed, co? Bo obiecałem żonie, że teraz pojedziemy do marketu. Jakieś większe zakupy chciała zrobić, rozumiesz - Piątkowski każdym słowem potwierdzał, że należy raczej do ludzi prostolinijnych.

- Ja długo na pana czekałem, więc teraz żona może chwilę poczekać na pana - rzucił Soboń. Niby z uśmiechem, ale w taki sposób, że w jednej chwili ustawił trenera do pionu. Do Piątkowskiego dotarło, że rozmawia z kimś, do kogo lepiej nie zwracać się jak do kolegi. I tym bardziej lepiej nie wymigiwać się od rozmowy z nim zakupami w markecie.

- No tak, to zapraszam do klubu na kawę.

Kawa rzeczywiście była. Rozmowa już niekoniecznie, bardziej monolog Sobonia. Chociaż nie tylko dlatego nie przypominało to negocjacji z tym pierwszym kandydatem, z Hiszpanii. Tam były kurtuazja i szacunek dla rozmówcy, a tu jasna hierarchia. Człowiek z urzędu przyszedł do Piątkowskiego nie po to, żeby tym stanowiskiem prezesa go zainteresować, tylko żeby odbębnić złożenie takiej propozycji. Dlatego nawet tej opcji nie zachwalał. Na koniec formalnie tylko zapytał: - To jak, podjąłby się pan tego, gdybyśmy się na pana zdecydowali?

- Wie pan, no nie wiem… Chyba tak. Nie spodziewałem się… Ale chyba tak. Tak, na pewno tak! - wiceprezesowi-trenerowi trudno było ukryć, że mocno się tą sytuacją zestresował. Jeszcze chwilę temu najważniejszą rzeczą na świecie było dla niego to, że jakiś 15-latek nie potrafi upilnować gościa, który cały czas ucieka mu skrzydłem. Teraz nagle słyszał, że może zostać prezesem klubu pierwszej ligi. No, niezły przeskok.

Gdy Soboń wyszedł, nerwy Piątkowskiego zresztą nie opuściły. Podszedł do okna trenerskiej kanciapy, z którego dobrze widać było klubowy parking. Poczekał tak chwilę aż upewnił się, że jego gość odjechał swoim czarnym Fordem Kuga. Wtedy otworzył dolną szufladę biurka, odsunął jakiś plastikowy puchar i wyjął połówkę. Tamtego dnia żony na zakupy nie miał już kto zawieźć. Najwyżej pojechała autobusem, ale w to Piątkowski już nie wnikał. Resztę soboty spędził w klubie, chociaż z tej swojej kanciapy nie wychodził.

Soboń przyjął mocne postanowienie, że do końca weekendu nie będzie myślał o pracy. Odkąd podsunął Wańkowskiej pomysł przejęcia Odry, a było to ponad trzy tygodnie temu, nie miał ani jednego dnia wolnego. Przyda się taka chwila luzu dla rozjaśnienia umysłu. Nie chodziło nawet o zmęczenie, bo lubił pracować, a w dodatku poza pracą niewiele miał tzw. pasji. I chyba właśnie dlatego z postanowienia nic nie wyszło. Chcąc nie chcąc wciąż myślał o tym, co czeka go w poniedziałek. Czy Wańkowska będzie zadowolona z kandydatury tego Drapińskiego z Hiszpanii? Czy Zdzieb i księgowe czegoś nie odstawią?AUDICA DO REMONTU

Poniedziałki w urzędzie rozpoczynały się w praktyce chwilę przed godziną 8:00, gdy na parkingu pojawiało się bordowe Renault Talisman prezydentowej. Przyjęło się, że lepiej być w robocie chociaż tę minutę przed nią, więc ludzie zjeżdżali się około 7:50. Ten poniedziałek był jednak inny. Szczerkowska i Miłoszewska, które zawsze podjeżdżały Kią Picanto Szczerkowskiej, były już grubo przed 7:00. Niedługo potem do kobitek z księgowości dołączyli Zdzieb i Soboń. Czuć było napięcie.

Widocznie każde z nich uznało, że tego dnia odżałuje tę godzinę snu, bo lepsze to niż ryzykować utknięcie w korku. Albo jeszcze gorzej, spotkanie na drodze z jakimś idiotą, które skończy się stłuczką. Wiadomo, takie akcje dzieją się, kiedy akurat najmniej ich potrzebujesz. Tu obeszło się bez tego typu przygód, ale i tak czasu na ostatnie przygotowania przed rozmową z Wańkowską było mniej niż się wydawało.

Pora spotkania ze sztabem zarządzającym akcją „Odra Bażantów” nie uległa zmianie - godzina 10:00. Prezydentowa lubiła jednak sprawdzać, kto przykładał się do swoich obowiązków, a kto odrabiał zadanie domowe takie pięć minut przed lekcją. Dlatego już od 8:30 wzywała kolejne osoby. Zdzieb, później Szczerkowska i Miłoszewska, na koniec Soboń. 25 minut na każdą z rozmów. O tej 10:00 już spotkanie w pełnym gronie.

- Marku, czeka nas długi dzień i jak znam życie nie obejdzie się bez komplikacji. Chciałabym przynajmniej rozpocząć bezproblemowo, dlatego najpierw to ciebie poprosiłam. Liczę, że od strony prawnej nasza sytuacja z Odrą nie budzi żadnych zastrzeżeń… - Wańkowska spoglądała na mecenasa Zdzieba dość sympatycznym wzrokiem.

- Pani prezydent, tak jak zawsze pani prosi oszczędzę tej naszej prawniczej nomenklatury i od razu przejdę do konkretów - Zdzieb rozpoczął z lekkim uśmiechem, po czym wyprostował się i spoważniał: - Tak, jest w porządku. Żeby nie trzymać pani w niepewności, zacznę od tego, że nie ma żadnych przeszkód, by miasto przejęło klub. Pan Mirosław Wróbel od początku chętnie z nami współpracował i dostarczał wszystkie niezbędne dokumenty. Dla pewności skonsultowaliśmy się jeszcze z kolegami, którzy przeprowadzali podobną procedurę w jednym z innych klubów piłkarskich.

- Ze strony Odry wszystko w dokumentach się zgadza? - zagadnęła prezydentowa.

- Tak zupełnie wszystko to nie. Jest bałagan w papierach. Widać, że klub nie był odpowiednio zarządzany. Tu jakiegoś dokumentu brakuje, tam jakiś termin został przekroczony. Generalnie jednak nie są to sprawy, którymi należy się martwić. Poradzimy sobie z tym. Zasięgnąłem też nieco języka na temat takiego ogólnego funkcjonowania klubów piłkarskich z tego szczebla rozgrywek i wygląda na to, że w niektórych jest podobnie. A może nawet jeszcze gorzej. Nie jest więc idealnie, ale mogliśmy trafić na jeszcze mniej sprzyjające warunki.

- Żadnych trupów w szafach nie znajdziemy?

- Nie powinniśmy. Najważniejsze, że klub dostał licencję na następne rozgrywki pierwszej ligi. Co prawda z nadzorem finansowym, ale dostał. I tu są dwie informacje. Dobra i zła. Dobra jest taka, że ten nadzór Odra ma od lat, więc to żadna nowość. A zła taka, że tak źle w klubie od tej finansowej strony jeszcze nie było. Spotkałem się nawet z opinią, że gdyby procedura licencyjna przebiegała w pełnej zgodzie z podręcznikiem, czyli bez żadnego pobłażania, to w tym roku Odra nie otrzymałaby już licencji. Ale wie pani, jak to jest… W tej polskiej piłce trzeba się naprawdę postarać, żeby nie dostać licencji. Postraszą, pogrożą palcem, a na koniec jak zawsze dadzą te nadzory i licencja się znajdzie. Nie zmienia to natomiast faktu, że za te zobowiązania klubu musimy się wziąć. W przeciwnym razie za jakiś czas rzeczywiście może być już poważny problem.

- Tak, spodziewałam się tego. Dlatego wychodząc poproś Bożenę, żeby wezwała księgowe. I żeby przygotowała mi kawę. Tylko słabą.

- Oczywiście. Dodam jeszcze tylko, że od początku bardzo zaangażowany w sprawę Odry jest mój syn, Michał. Bardzo zdolny chłopak, naprawdę w wielu sprawach mogę na nim polegać. Bez niego byłoby mi znacznie trudniej, zwłaszcza że czas naglił. Jest już po studiach, więc mógłby przydać się w większym zakresie. Proszę to przemyśleć… - Zdzieb ukłonił się jak kelner w aspirującej restauracji i wyszedł.

Z tego spotkania Wańkowska była zadowolona. Obawiała się jakichś niespodzianek po stronie klubu, a tu względny spokój. Bo w sprawach, które zależały konkretnie od Zdzieba, słusznie nie spodziewała się żadnych komplikacji. Jak na bażantowskie realia ten facet był ekspertem w swojej dziedzinie. Poza tym znali się już dłużej, z jakichś tam spotkań miejscowej elity, więc dodatkowo była to opcja już sprawdzona. Niespecjalnie nawet irytowało ją to wciskanie na siłę tego całego Michałka, bo mecenas robił to w miarę taktownie. Najpierw zdawał profesjonalną relację i wyjaśniał, co trzeba, a dopiero na końcu pozwalał sobie na prywatę.

Nie jak ci, którzy pod zmyślonym powodem potrafili prosić o audiencję u niej wyłącznie po to, żeby zareklamować do pracy kolegę, kuzyna czy inną ciotkę. Wtedy ten kuzyn mógłby nawet w wieku sześciu lat samodzielnie budować promy kosmiczne, a ta ciotka parzyć najlepszą kawę w powiecie. Byliby od razu na przegranej pozycji. Takich akcji Wańkowska po prostu nie tolerowała.

Krysia i Renata nie planowały nikogo polecać do pracy w urzędzie. Zależało im tylko na tym, żeby rozmowa z szefową poszła w miarę bezproblemowo. Przygotowane były odpowiednio, chociaż to wcześniejsze wezwanie do gabinetu solidnie je zestresowało.

- Słucham panie. Jakie są efekty ostatnich dni waszej pracy? Co wiemy o finansach klubu? - rozpoczęła Wańkowska.

- Pani prezydent, no więc tak… - głos Krysi się załamywał. Przez weekend powtarzała sobie wszystko w myślach słowo po słowie, ale kiedy przyszło co do czego, przegrywała ze stresem. Wtedy niespodziewanie dostała wsparcie od samej władzy.

- Spokojnie, pani Krystyno. Wiem, że to były pracowite dni…

Pomogło. Tak podbudowana Krysia zaczęła wracać do równowagi.

- Dziękuję. Rzeczywiście było dużo pracy. No więc do rzeczy - poprawiła się na krześle i przeszła wreszcie do konkretów: - Jeszcze mniej więcej rok temu sytuacja klubu była stosunkowo stabilna. Większość zobowiązań była regulowana na bieżąco. Te, które ciążyły nad klubem, nie opiewały na wyższe kwoty i były zazwyczaj spłacane z niedużym poślizgiem. Od roku jest dużo gorzej. Pierwsze sześć, może siedem miesięcy tego okresu to jeszcze jakieś próby naprawiania sytuacji. Klub się zadłużał, ale jednak nie aż w tak szybkim tempie. Ostatnie miesiące to już inna sytuacja. Klub niektóre zobowiązania dostrzega, a niektórych chyba nie chce widzieć.

- To znaczy? - to ostatnie zdanie wyraźnie Wańkowską zaciekawiło.

- Może ja odpowiem, bo akurat ja to sprawdzałam - wtrąciła Renata. - Najlepiej widać to na przykładzie wynagrodzeń samych piłkarzy tego ich pierwszego zespołu. Pięciu piłkarzy nie ma żadnych zaległości w pensjach, ale reszta, a chodzi o 18 osób, ma zaległości czteromiesięczne lub dłuższe. Mówimy o kontraktach, z których najwyższe wynoszą w granicach 10 000 złotych miesięcznie.

Ze spojrzenia prezydentowej aż biło pytanie: „To o co chodzi z tą piątką, która dostaje pieniądze na bieżąco?”.

- Pani prezydent, nie wiemy, dlaczego tak to wygląda. Nie pytałyśmy, a z dokumentów to nie wynika - wyjaśniła Renata.

- No dobrze, zapytam sekretarza. Jakie jest na dziś zadłużenie klubu?

Krysia zaczęła przeszukiwać swoje notatki aż dotarła do wydrukowanej grubą czcionką i jeszcze podkreślonej na czerwono kwoty.

- Dokładnie 6 178 289 złotych. To jest absolutne minimum. Proszę się spodziewać, że trochę wzrośnie. Marek Zdzieb wspominał nam, że w takich sytuacjach, to znaczy gdy pojawia się nowy właściciel, zawsze zgłaszają się jeszcze jacyś wierzyciele. Jeśli klub nie zataił przed nami żadnych ważnych informacji, nie powinny to być jednak znaczące kwoty. Raczej taka drobnica.

Wańkowska nie miała wyboru, musiała zaufać duetowi księgowych. A skoro tak, to podobnie jak po rozmowie ze Zdziebem była w dobrym nastroju. Jasne, że wolałaby właśnie brać na siebie klub bez długów, ale też nie musiała znać się na futbolu, żeby rozumieć, że dobrze funkcjonującego klubu nikt tak po prostu nie oddaje.

Mogła czuć się teraz trochę jak ten mąż, który kupił 12-letnie Audi A6. Z zewnątrz wyglądało fajnie, można się było pochwalić przed rodziną i sąsiadami, ale na „dzień dobry” wypadało w nie włożyć tak z dyszkę. Ta dyszka co prawda leżała na koncie, ale miała iść na wymianę wanny na prysznic i takie tam inne domowe historie. No więc trzeba teraz było jakoś żonie wytłumaczyć, że lepiej, żeby jeszcze przez jakiś czas kąpała się w pozycji leżącej, bo doinwestowanie audicy ważniejsze.

Żeby mieszkańcy Bażantowa łatwiej zrozumieli, że naprawdę chcą utrzymywać klub piłkarski, potrzebna była odpowiednia twarz tego projektu.

- Usiądź i zaraz rozmawiamy. Skorzystam tylko z toalety - prezydentowa powitała Sobonia zaskakująco uprzejmym tonem. Gdy czekał w sekretariacie, widział też, że wychodzące z gabinetu naczelniczki Kryśka i Renata były dziwnie spokojne. Gdyby nie miał ich za stare urzędowe sztywniary, pomyślałby wtedy, że to wręcz wyluzowane kobitki.

Wcześniej mijał na korytarzu Zdzieba i u niego również nie widział oznak nerwowości. Przez chwilę nawet chciał się odwrócić i zagadnąć, jak tam spotkanie, ale szybko odpuścił. Pokazałby, że jakieś 15 minut po tym jak Zdzieb skończył rozmowę z prezydentową nic jeszcze nie wiedział o jej efektach. Nie, lepiej utrzymać status gościa, który w tym budynku wie o wszystkim.

Wańkowska wróciła do gabinetu, ale nie usiadła za swoim biurkiem, jak to miała w zwyczaju, tylko przy stole konferencyjnym i to zaledwie dwa krzesła od Sobonia. Jakby rzeczywiście była tego dnia w naprawdę dobrym nastroju i traktowała ludzi jak partnerów do rozmowy.

- Zamieniam się w słuch, Adrianie.

- Jeśli nie ma formalnych przeszkód, by Odra stała się miejska, to przed panią decyzja o wyborze prezesa klubu. Ona będzie mieć bardzo duży wpływ na wizerunek projektu w oczach kibiców i w ogóle mieszkańców. Pociągnie też za sobą kolejne działania. Chodzi mi tu już o ruchy wewnątrz klubu, których będzie dokonywał nowy prezes. Struktura klubu, dobór współpracowników, kształt samej drużyny, wybór trenera…

- Stop! Pozwól, że zakres obowiązków prezesa wskażę ja - przerwała prezydentowa. - Jakich mamy kandydatów?

- No i po chuj się wychylasz?! - Soboń w myślach sam przywołał się do porządku. Tu niby doświadczony, a zaczął tak głupio szarżować. Dobra, trzeba się ogarnąć i robić swoje.

- Pierwszy to Adam Drapiński. Ma 47 lat i ciekawe doświadczenie. Jest biznesmenem z branży nieruchomości, ale przez cztery lata był już prezesem jednego z klubów. Wprowadził go z pierwszej ligi do ekstraklasy. Inteligentny człowiek. Myślę, że dobrze by się pani z nim rozmawiało, ale przez kilka dni będzie to możliwe tylko przez telefon albo internet, bo załatwia jakieś interesy w Hiszpanii. Potem będzie już na stałe w kraju i będziecie mogli się spotkać - Soboń bezskutecznie starał się wyczytać coś z twarzy szefowej. W notatki, które w międzyczasie robiła, nawet nie próbował zaglądać. Na wszelki wypadek nie zrobiłby chyba tego nawet gdyby na moment wyszła.

- Druga opcja jest stąd. Adam Piątkowski, 45 lat, kiedyś piłkarz, a teraz wiceprezes Odry. Trenuje też w klubie jeden z młodzieżowych zespołów. To kandydat z zupełnie innymi atutami. Zna klub jak mało kto, jest rozpoznawalny w mieście, ale o zarządzaniu wie niewiele.

- Powiedziałeś, że jest wiceprezesem - sprostowała Wańkowska.

- Tak, ale nie takim wiceprezesem. W klubie jednoosobowo rządził Mirek Wróbel, ten od masarni. Inni tylko wykonywali jego polecenia. Zresztą tak między nami to Piątkowski nie wygląda na człowieka, który nadawałby się do decydowania i siedzenia w papierach. Dużo bliżej mu do tego trenera niż człowieka z zarządu - Soboń bardzo uważał, by szefowa przypadkiem znów nie uznała, że się panoszy i sam podejmuje decyzje. Na szczęście tu wybór mógł być jeden.

- Podsumujmy więc - Wańkowska spojrzała w swoje notatki. - Mamy biznesmena z doświadczeniem i co możemy o nim powiedzieć? Na pewno będzie chciał zarabiać duże pieniądze i rządzić klubem po swojemu. Czyli nie mielibyśmy nad nim żadnej kontroli. Na pewno w razie problemów szybko ucieknie, bo nie jest stąd, więc dlaczego miałby nie uciec… Mamy też człowieka związanego z tym klubem, który na dodatek szkoli tu młodzież i który na pewno zadowoli się pieniędzmi kilkukrotnie mniejszymi niż ten biznesmen. Ile teraz zarabia ten wiceprezes?

- Około 5000 złotych na rękę.

- No właśnie. A ile chciałby ten biznesmen?

- Nie doszliśmy do tego etapu, ale prawdopodobnie kilka razy więcej.

- Plus pewnie dobre mieszkanie, skoro ten człowiek nie jest stąd.

- Pewnie tak.

Soboń wiedział, że decyzja została już podjęta. W tej sytuacji pozostało mu tylko jak najszybciej przejść do obozu zwycięzcy.

- Ten Piątkowski tak naprawdę nie ma doświadczenia w zarządzaniu, tak? - Wańkowska raz jeszcze rzuciła okiem w swój brudnopis. - Ale wiemy o tym tylko my. Na zewnątrz wygląda, jakby to doświadczenie miał. Od jak dawna jest tym wiceprezesem?

- Prawie trzy lata.

- Czyli oficjalnie to doświadczenie ma duże. Myślę, że w porównaniu do tego biznesmena ma je może nawet i większe, bo to doświadczenie wypracowane w tym samym klubie, którego może zostać prezesem. Dokładnie tak musimy to przedstawiać.

- Ma pani rację. Nie będzie potrzebował czasu na poznanie klubu. Do tego świetnie zna klubową młodzież, więc idealnie będzie się wpisywał w plan stawiania na wychowanków - przez Sobonia przemawiał już taki entuzjazm, jakby był #TeamPiątkowski od dawna, a nie od dwóch minut.

- Cieszę się, że mówimy jednym głosem - stwierdziła Wańkowska. - Chcę jutro porozmawiać z tym Piątkowskim. Niech Bożena sprawdzi, kiedy mam okienko. Jeśli wszystko z tym człowiekiem będzie w porządku, na piątek zwołamy konferencję prasową. Musimy pokazać ludziom, że nie próżnujemy. A, jeszcze jedno. Dlaczego większość zawodników klubu ma paromiesięczne zaległości w wypłatach, a kilku dostaje pieniądze na bieżąco?

- To ciekawe… - przyznał Soboń. - Tak na szybko obstawiam, że chodzi o piłkarzy, na których Odra może zarobić. Płaci im na czas, żeby nie mieli podstaw do rozwiązywania kontraktów z winy klubu. Pozostali pewnie nie są tak ważni i gdyby dziś odeszli, to po prostu w ich miejsce grałaby młodzież.

Prezydentowa spojrzała na zegarek. Była godzina 9:57.

- Mecenas i księgowe na pewno czekają już w sekretariacie. Poproś ich i przy okazji niech Bożena przyniesie mi nową kawę. Tylko słabą.ZEZŁOMOWANIE

Tym razem zrobiło się już bardziej oficjalnie. Niby Wańkowska pozostała przy konferencyjnym stole, ale zajęła już miejsce na jego końcu. Jak na szefa przystało. Księgowe na lewo, Soboń i Zdzieb na prawo. Pytanie, czy było tu jeszcze o czym rozmawiać?

- Dziękuję państwu za pracę wykonaną w ostatnich dniach, jak i za dzisiejsze owocne dyskusje - gospodyni spotkania rozpoczęła z pełną kurtuazją. - Upewniliśmy się, że mamy wszystko, czego potrzebujemy, aby jako miasto stać się właścicielem klubu Odra Bażantów. Myślę, że to już kwestia dni, zwłaszcza jeśli powiedzie się plan wyboru nowego prezesa klubu, który mamy z panem Adrianem - Wańkowska uprzejmie spojrzała w stronę Sobonia. W ogóle było dziwnie sympatycznie. Aż prosiło się, by na tym zakończyć i pozwolić sobie już trochę od siebie odpocząć.

Prezydentowa miała inny plan.

- Osoba, którą widzimy na stanowisku prezesa, nie ma w takiej roli doświadczenia. Jeśli z jakiegoś powodu będziemy musieli szukać innego kandydata, prawdopodobnie on również nie będzie posiadał takiego doświadczenia. Dlatego jestem zdania, że ktokolwiek nie zasiadałby za sterami klubu, będzie potrzebował wsparcia silnego zespołu wiceprezesów. To zadanie właśnie dla państwa. Panie Marku, zajmie się pan w zarządzie klubu sprawami prawno-administracyjnymi. Pani Renato, będzie pani odpowiadała za finanse. Panie Adrianie, dla pana sprawy sportowe.

Gdy Wańkowska skończyła przemawiać, nastała cisza. Słychać było tylko przytłumione chichranie Bożeny i Marioli z sekretariatu. Pewnie akurat przeglądały memy. Rzucały się na nie, gdy były względnie bezpieczne. To znaczy gdy prezydentowa zaczynała dłuższe spotkanie. Jak ktoś wchodził do sekretariatu, szybko przeskakiwały na arkusz worda z jakimś urzędowym pismem, które akurat powinny wtedy przygotowywać. Dzięki temu nikt o ich miłości do memów nie wiedział.

A tak naprawdę to wiedzieli wszyscy, bo Bożenie i Marioli tylko wydawało się, że dobrze zacierają ślady. Zazwyczaj przeklikanie się z którejś z tych stron z memami na coś bezpiecznego wychodziło im ślamazarnie. Był czas, żeby na spokojnie podejść do komputera, zapoznać się z memem i pośmiać razem z nimi, jeśli akurat był udany.

Teraz w gabinecie pani prezydent za memy robiła czwórka pracowników urzędu. Przez ostatnie kilkanaście dni mieli dodatkowe obowiązki, dobrze się z nich wywiązali, a teraz w nagrodę otrzymali stanowiska, o które nie prosili. I to jeszcze stanowiska w klubie piłkarskim, który dla każdego z nich był zagadką.

- Pani prezydent… Ale jak to? Ja mam tyle swoich zajęć tu, w urzędzie - pierwsza odezwała się Miłoszewska. Tonem dość błagalnym, ale ten argument z obowiązkami w urzędzie zdecydowanie miał sens.

Był jednak zbyt oczywisty, by Wańkowska wcześniej tego nie przemyślała. - Ma pani rację, pani Renato. Dlatego pani obowiązki w urzędzie przejmie pani Krystyna - tu spojrzała z lekko wymuszonym uśmiechem na Szczerkowską. - Ale proszę się nie obawiać, pani Krystyno. Rozmawiałam już z kadrami i w najbliższych tygodniach postaramy się dla pani o nową osobę, chętną do przyuczenia.

Jeśli to miało Krysię uspokoić, to nie wyszło. Soboń spojrzał na nią, potem na Renatę. One nie były załamane, tylko zezłomowane.

- Kurwa, przecież jak coś, to my tu nawet nie mamy lekarza - pomyślał.

Ciszę przerwał Zdzieb: - Pani prezydent, dziękuję za docenienie. Będziemy musieli tylko jakoś rozstrzygnąć problem natłoku obowiązków. Nie będę w stanie pogodzić pracy w urzędzie i klubie.

Wańkowska zdawała sobie sprawę, że tu mecenas rzeczywiście miał na nią haka. - Jestem skłonna porozmawiać o odciążeniu pana tą osobą, o której pan dziś wspominał - odparła, a mina Zdzieba zdradzała, że dokładnie o to mu chodziło. Naczelniczka będzie miała w klubie swojego człowieka, a ten człowiek na karuzelę etatów w urzędzie wrzucił właśnie swojego syna. Tak to się robi. Wszyscy zadowoleni.

- A co do pana, panie Adrianie… - prezydentowa założyła, że zaraz o swoje będzie chciał powalczyć również Soboń. - Wspominał pan kiedyś, że jest zadowolony ze współpracy z tym naszym stażystą. Niestety nie pamiętam, jak ma na imię. W każdym razie od teraz proszę go mocniej wdrażać w swoje obowiązki w urzędzie. Jeśli po dwóch tygodniach uzna pan, że ten młody człowiek się sprawdza, jego również zatrudnimy na stałe. Przejmie pana obowiązki, by mógł pan już w 100 procentach skupić się na sprawach klubu.

Soboń jeszcze mielił w głowie wydarzenia ostatnich minut. Był zły, ale na siebie. Wańkowska nie ufała mu na tyle, by się zwierzać ze swoich planów, ale mimo wszystko starał się przewidywać jej decyzje. A już na pewno te, które dotyczyły go bezpośrednio. Tej nie przewidział kompletnie. Pozwolił uśpić swoją czujność, chociaż stara od początku ostrzegała go, że skoro podsunął jej ten pomysł z Odrą, to musi brać za niego odpowiedzialność. No tak, jak miałby to robić będąc poza klubem? Od razu zaplanowała sobie, że wrzuci go na tego wiceprezesa. Pewnie po to, żeby w razie kłopotów zrobić z niego kozła ofiarnego… Dotarło do niego, że naczelniczka ograła go na lajcie. Po prostu ją zlekceważył.

Duży błąd, bo przez ten czas mógł już po cichu przygotowywać się do nowej roli. No i zaplanowałby sobie, jak zareagować na informację, że oto zostaje wiceprezesem ds. sportowych Odry Bażantów. Mógłby się potargować, powalczyć o coś więcej. Ale że zawalił, to teraz pozostało mu tylko iść w standardową regułkę.

- Pani prezydent, nie spodziewałem się. Dziękuję za zaufanie.

- Cieszę się, że tak sprawnie omówiliśmy nasze tematy. W najbliższych dniach dział kadr przedstawi państwu warunki finansowe związane z nowymi obowiązkami. Czeka nas wiele pracy, która jeszcze przyspieszy, gdy potwierdzimy nazwisko nowego prezesa. Panie Adrianie, przypominam o umówieniu jutrzejszego spotkania. Będziemy spotykać się na bieżąco, ale dziś macie już państwo wolne. Resztę dnia możecie wykorzystać na sprawy prywatne - o tym wolnym Wańkowska mówiła już z nieskrywaną dumą.

W normalnych okolicznościach takie kilka godzin wolnego od prezydentowej to faktycznie byłby niezły gest. Przez ten rok jej rządów nikt takiego bonusu jeszcze nie doświadczył, a tu nagle aż cztery osoby jednocześnie. Czyli doskonale zdawała sobie sprawę, że tym razem przegięła, nawet jak na siebie. No to trzeba było tym ludziom rzucić jakiś ochłap. Łapcie kilka godzin wolnego i cisza mi tam.

Ludzie ochłap przyjęli, bo jaki mieli wybór? Wdzięczności wobec łaski szefowej nie było jednak po nich widać. Soboń i Zdzieb czuli, że taka czy inna forma podziękowania za tę harówkę im się po prostu należała, więc za co tu dziękować. Szczerkowskiej i Miłoszewskiej to wcześniejsze wyjście z urzędu zrobiło taką różnicę, że nie siedziały kompletnie dobite w swoim pokoiku, tylko w krysinej Picanto. Nawet nie wyjechały nią z urzędowego parkingu.

- Jutro się zwolnię… - wymamrotała Krysia, wycierając nos w chusteczkę.

Renata od dłuższej chwili siedziała na fotelu pasażera z zamkniętymi oczami i opierała się o zagłówek, jakby chciała się zdrzemnąć: - Tak? I co potem zrobisz? Kobito, zastanów się. My razem mamy ponad 100 lat. Myślisz, że ktoś da nam robotę w tym zawodzie? Albo jakąkolwiek inną? Teraz wszędzie chcą tylko te młode siksy. Poza tym jak odejdziemy, to ona tak nam obrobi dupy, że w tym mieście nikt by nas nie wziął, nawet gdyby chciał. A chcesz szukać roboty gdzieś dalej i dojeżdżać po 50 kilometrów za nie wiadomo jakie pieniądze? Albo do Radziechowa? Może i trochę bliżej, ale widziałaś, jaka tam jest dziura na dziurze na tej drodze? Ja też mam dosyć, ale pomyśl logicznie, nie mamy wyjścia. Doskonale o tym wiedziała. Przecież nawet nie zapytała nas, czy się zgadzamy. A wiesz dlaczego? Bo, kurwa, nie musiała.

Tak oto Renata przeklęła po raz pierwszy od nie wiadomo kiedy. Niby nie wypadało, ale jej monolog dodał Krysi trochę otuchy. - Zobaczymy… Ciekawe, kogo dostanę do tej pomocy. Powiedziała, że kogoś do przyuczenia, ale chyba nie będzie taka bezczelna, żeby dać mi jakąś praktykantkę? Nie, aż tak źle chyba nie będzie… - westchnęła.

- No i ciekawe też, jakie będą z tego pieniądze - zauważyła Renata. - Powiedziała, że będą zmiany finansowe czy jakoś tak. Też to słyszałaś? No bo chyba nam niczego nie obetnie? Chociaż… Po dzisiejszym to już nic by mnie nie zdziwiło. No ale te zmiany wymyśliła takie, że wypadałoby dać naprawdę duże podwyżki. Żeby przynajmniej tak nam się to wszystko opłaciło…
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij