Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Nad Niemnem - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 lutego 2026
Audiobook
29,95 zł
3290 pkt
punktów Virtualo

Nad Niemnem - ebook

Lata osiemdziesiąte XIX wieku, Korczyn nad Niemnem. Szlachta i chłopi próbują dostosować się do popowstaniowej rzeczywistości. Na tym tle rozgrywa się historia miłości zubożałej dziedziczki Justyny Orzelskiej i wywodzącego się z zaściankowej szlachty Jana Bohatyrowicza.

W świecie Bohatyrowiczów i Korczyńskich przeszłość wciąż żyje – w legendach o powstańczym czynie, w pamięci o tych, którzy zginęli, i w sporach, które dzielą żywych. Rzeka staje się niemym świadkiem ciężkiej pracy, konfliktów, ale też rosnącego uczucia między Justyną i Janem.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8074-747-0
Rozmiar pliku: 4,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

I

Dzień był letni i świą­teczny. Wszystko na świe­cie jaśniało, kwi­tło, pach­niało, śpie­wało. Cie­pło i radość lały się z błę­kit­nego nieba i zło­tego słońca; radość i upo­je­nie try­skały znad pól poro­słych zie­lo­nym zbo­żem; radość i złota swo­boda śpie­wały chó­rem pta­ków i owa­dów nad rów­niną w gorą­cym powie­trzu, nad nie­wiel­kimi wzgó­rzami, w okry­wa­ją­cych je bukie­tach igla­stych i liścia­stych drzew.

Z jed­nej strony wid­no­kręgu wzno­siły się nie­wiel­kie wzgó­rza z ciem­nie­ją­cymi na nich bor­kami i gajami; z dru­giej wysoki brzeg Nie­mna piasz­czy­stą ścianą wyra­sta­jący z zie­lo­no­ści ziemi, a koroną ciem­nego boru ode­rżnięty od błę­kit­nego nieba, ogrom­nym pół­ko­lem obej­mo­wał rów­ninę roz­le­głą i gładką, z któ­rej gdzie­nie­gdzie tylko wyra­stały dzi­kie, pękate gru­sze, stare, krzywe wierzby i samotne, słu­pia­ste topole. Dnia tego w słońcu ta piasz­czy­sta ściana miała pozór pół­ob­rę­czy zło­tej, prze­pa­sa­nej jak pur­pu­rową wstęgą tkwiącą w niej war­stwą czer­wo­nego mar­glu¹. Na świet­nym tym tle w zmie­sza­nych z dala zary­sach roz­po­znać można było dwór obszerny i w nie­wiel­kiej od niego odle­gło­ści na jed­nej z nim linii roz­cią­gnięty sze­reg kil­ku­dzie­się­ciu dwor­ków małych. Był to wraz z brze­giem rzeki zgi­na­jący się nieco w pół­kole sznur sie­dlisk ludz­kich, więk­szych i mniej­szych, wychy­la­ją­cych ciemne swe pro­file z więk­szych i mniej­szych ogro­dów. Nad nie­któ­rymi dachami, w powie­trzu czy­stym i spo­koj­nym wzbi­jały się pro­ste i tro­chę tylko skłę­bione nici dymów; nie­które okna świe­ciły od słońca jak wiel­kie iskry; kilka strzech nowych mie­szało zło­ci­stość słomy z błę­ki­tem nieba i zie­lo­no­ścią drzew.

Rów­ninę prze­rzy­nały drogi białe i tro­chę zie­le­nie­jące od z rzadka pora­sta­ją­cej je trawy; ku nim, niby stru­mie­nie ku rze­kom, przy­bie­gały z pól mie­dze, całe błę­kitne od bła­wat­ków, żółte od kamioły, różowe od dzię­cie­liny i smó­łek. Z obu stron każ­dej drogi sze­ro­kim pasem bie­lały bujne rumianki i wyż­sze od nich kwiaty mar­chew­nika, słały się w tra­wach fio­le­towe rohule, żół­tymi gwiazd­kami świe­ciły bro­daw­niki i kurze śle­poty, liliowe ska­biozy polne wyle­wały ze swych stu­list­nych koron mio­dowe wonie, chwiały się całe lasy sła­bej i deli­kat­nej mie­tlicy, kosmate kwiaty babki stały na swych wyso­kich łody­gach, rumia­no­ścią i zawa­diacką postawą stwier­dza­jąc nadaną im nazwę koza­ków. Za tymi pasami roślin­no­ści dzi­kiej cicho w cichej pogo­dzie stało morze roślin upraw­nych. Żyto i psze­nica miały kłosy jesz­cze zie­lone, lecz już osy­pane drżą­cymi roż­kami, któ­rych obfi­tość wró­żyła uro­dzaj; niż­sze znacz­nie od nich, rumia­nym kwia­tem gęsto usiane słały się na sze­ro­kich prze­strze­niach liścia­ste puchy koni­czyny; puchem też, zda się, ale drob­niej­szym, deli­kat­niej­szym, z zie­lo­no­ścią tak łagodną, że oko pie­ściła, młody len pokry­wał gdzie­nie­gdzie kilka zago­nów, a żółta jaskra­wość kwit­ną­cego rze­paku weso­łymi rze­kami prze­pły­wała po łanach niskich jesz­cze owsów i jęcz­mion.

Wśród tej weso­łej przy­rody ludzie dziś także byli weseli; mnó­stwo ich cią­gnęło po dro­gach i mie­dzach. Gro­ma­dami na dro­gach, a sznu­rami na mie­dzach szły wiej­skie kobiety, któ­rych głowy ubrane w czer­wone i żółte chu­sty two­rzyły nad zbo­żami koro­wody żywych piwo­nii i sło­necz­ni­ków. Od tych gro­mad lały się i pły­nęły po łanach stru­mie­nie róż­nych gło­sów. Były to cza­sem roz­mowy gwarne i krzy­kliwe, cza­sem śmie­chy basowe lub sre­brzy­ste, cza­sem pła­cze nie­mow­ląt u piersi w chu­s­tach nie­sio­nych, cza­sem też pie­śni prze­cią­głe, gło­śne, któ­rych nutę pory­wały i prze­dłu­żały echa ze stron obu: w bor­kach i gajach rosną­cych na wzgó­rzach i w wiel­kim borze, który ciem­nym pasem odci­nał pozło­coną, prze­tkaną szkar­ła­tem ścianę nad­nie­meń­ską od wysa­dza­nych srebr­nymi obło­kami błę­ki­tów nieba. W tym ruchu ludz­kim odby­wa­ją­cym się na uro­dzaj­nej rów­ni­nie czuć było naj­pięk­niej­szy dla wiej­skiej lud­no­ści moment święta: wesoły i wolny w sło­neczny i wolny dzień boży powrót z kościoła.

W porze, kiedy ten ruch znacz­nie już sta­wał się mniej­szy, na rów­ni­nie, z dala od tu i ówdzie jesz­cze cią­gną­cych gro­mad, uka­zały się dwie kobiety. Szły one z tej samej strony, z któ­rej wra­cali inni, ale zbo­czyły znać z pro­stej drogi i chwilę jakąś prze­były w jed­nym z rosną­cych na wzgó­rzach bor­ków. Było to przy­czyną ich spóź­nie­nia się, tym wię­cej, że jedna z nich nio­sła ogromną więź leśnych roślin, które tylko co i dość długo zapewne zry­wała. Druga kobieta zamiast kwia­tów trzy­mała w ręku nie­po­spo­li­tej wiel­ko­ści chustkę, która za każ­dym jej sze­ro­kim i zama­szy­stym kro­kiem, koły­sząc się wraz z dłu­gim ramie­niem, powie­wała jak spo­rej wiel­ko­ści cho­rą­giew. Z dala to tylko widać było, że jedna z tych kobiet miała w ręku pęk roślin, a druga szmatę bia­łego płótna; z bli­ska ude­rzały one nie­zu­peł­nie zwy­kłą powierz­chow­no­ścią.

Kobieta z chustką była nie­zwy­kle wysoka, a wyso­kość tę zwięk­szała jesz­cze chu­dość jej ciała, które prze­cież posia­dało szkie­let tak roz­ro­sły i silny, że pomimo chu­do­ści ramiona jej były sze­ro­kie i wyda­wa­łyby się bar­dzo silne, gdyby nie małe przy­gar­bie­nie ple­ców i karku obja­wia­jące tro­chę znu­że­nia i sta­ro­ści, gdyby także nie ostre kości łopa­tek pod­no­szące w dwu miej­scach sta­ro­świecką man­tylę² z dłu­gimi, co chwilę powie­wa­ją­cymi koń­cami. Oprócz tej man­tyli zaopa­trzo­nej w płó­cienny koł­nierz miała ona na sobie czarną spód­nicę, tak krótką, że spod niej aż pra­wie do kostek widać było dwie duże i pła­skie stopy ubrane w grube poń­czo­chy i wiel­kie, kwie­ci­ste pan­to­fle. Ubiór ten uzu­peł­niony był przez stary kape­lusz sło­miany, któ­rego sze­ro­kie brzegi ocie­niały twarz, na pierw­szy rzut oka starą, brzydką i przy­krą, ale po bliż­szym przyj­rze­niu się uwagę i cie­ka­wość budzić mogącą. Była to mała, chuda, okrą­gła twarz ze skórą tak ciemną, że pra­wie brą­zową, z czo­łem sfał­do­wa­nym w kilka gru­bych zmarsz­czek, z wpa­dłymi i kości­stymi policz­kami, z wyra­zem gory­czy i zło­śli­wo­ści nada­wa­nym jej przez ostrość nosa i zaci­śnię­cie warg, a wzma­ga­nym przez szcze­gólną ogni­stość i prze­ni­kli­wość oczu. Te oczy zda­wały się jedy­nym bogac­twem tej bied­nej, zesta­rza­łej, zło­śli­wej twa­rzy. Może kie­dyś były one jedyną jej pięk­no­ścią, a teraz, wiel­kie i czarne, spod czar­nych, sze­ro­kich brwi oświe­cały ją jesz­cze przej­mu­ją­cym bla­skiem; miały one spoj­rze­nie prze­ni­kliwe, ostre, urą­gliwe i pło­mien­ność nie­ustanną, jakby wciąż z wnę­trza pod­sy­caną, a dziwną przy tej sczer­nia­łej, w dłoni czasu czy losu zgnie­cio­nej twa­rzy. Szła sze­ro­kim, zama­szy­stym, do pośpie­chu znać przy­zwy­cza­jo­nym kro­kiem, a dłu­gie jej ramiona, u któ­rych wisiały ciemne, kości­ste ręce, koły­sały się u jej boków w tył i naprzód, białą, roz­wi­niętą chustką jak cho­rą­gwią powie­wa­jąc.

Kobietę z kwia­tami trudno byłoby nazwać od razu panną z wyż­szego towa­rzy­stwa albo też dziew­czyną z niż­szych warstw wiej­skiej lud­no­ści. Wyglą­dała tro­chę na jedno i na dru­gie. Wysoka, choć znacz­nie od towa­rzyszki swo­jej niż­sza, ubrana była w czarną weł­nianą suk­nię, bar­dzo skromną, która jed­nak wybor­nie uwy­dat­nia­jąc jej kształtną i silną, w ramio­nach sze­roką, a w pasie cienką kibić zdra­dzała zna­jo­mość żur­nalu mód i rękę bie­głego krawca. W wypro­sto­wa­niu jej kibici i w deli­kat­no­ści cery czuć było także manierę i cie­plar­nię. Ale w zamian ruchy jej i gesty sprze­czały się z cało­ścią jej osoby tro­chą popę­dli­wo­ści i jakby przy­bra­nej rubasz­no­ści, nie miała ona przy tym na sobie ani kape­lu­sza, ani ręka­wi­czek. Głowę owi­niętą czar­nym jak heban war­ko­czem i twarz śniadą, z pur­pu­ro­wymi ustami i wiel­kimi, sza­rymi oczami śmiało wysta­wiała na upalne gorąco słońca. Płó­cienny, tani para­so­lik opie­rała o ramię, a ręce jej dość duże i opa­lone zdra­dzały nader rzad­kie uży­wa­nie ręka­wi­czek. Wszystko to ude­rzało tym wię­cej, że spo­sób, w jaki trzy­mała swą odkrytą głowę i ciemne brwi nad siwymi oczami ścią­gała, nada­wał jej wyraz śmia­ło­ści i dumy. W ogóle ta panna czy ta dziew­czyna na lat dwa­dzie­ścia parę wyglą­da­jąca wyda­wała się uoso­bie­niem pięk­no­ści kobie­cej zdro­wej i sil­nej, lecz dum­nej i chmur­nej. Pogody, jaką nadaje ludz­kim twa­rzom szczę­ście lub rezy­gna­cja, w tej mło­dej i świe­żej, ale nie­spo­koj­nej i zamy­ślo­nej twa­rzy nie było, jak­kol­wiek roz­ja­śniało ją teraz to zupeł­nie fizyczne oży­wie­nie, któ­rym istotę ludzką, niezupeł­nie jesz­cze przez życie zni­we­czoną, napeł­nia długa i swo­bodna kąpiel w kipią­cym zdroju przy­rody.

Prędko idąc, aby sze­ro­kim kro­kom towa­rzyszki swej wyrów­nać, z zaję­ciem, pra­wie z miło­ścią przy­glą­dała się ona uzbie­ra­nej przed chwilą więzi roślin. Były tam bujne liliowe dzwonki leśne, goź­dziki, pach­nące smółki, liście mło­dych paproci, mło­dziut­kimi szysz­kami okryte gałązki sośniny. Wszystko to rzu­cało jej w twarz falę dzi­kiej i prze­ni­kli­wej woni, którą też ona od chwili do chwili wcią­gała peł­nym i dłu­gim odde­chem swej sil­nej, sze­ro­kiej piersi. Roz­kosz, którą odczu­wała wtedy, i upał słońca, w któ­rym nurzała swą odkrytą głowę, rumień­cem powle­kły śniade jej policzki; zara­zem surowe jej i zamy­ślone, choć pełne pur­pu­ro­wej krwi usta roz­chy­liły się w mło­dym i szcze­rym śmie­chu. Śmiała się ze słów towa­rzyszki swej, która idąc wciąż prędko i wiel­kimi sto­pami swymi z wysoka i mocno o zie­mię ude­rza­jąc, gru­bym, nieco ochry­płym, przez brak odde­chu czę­sto prze­ry­wa­nym gło­sem cią­gnęła w borku jesz­cze roz­po­częte opo­wia­da­nie.

– Ot, tu, powia­dam ci, w tym samym miej­scu, pomię­dzy tymi wzgór­kami, te głu­pie chłopy wzięli mnie za cho­lerę… Może nie wie­rzysz? Słowo honoru, prawdę mówię! Jesz­cześ wtedy nie była w Kor­czy­nie, jesz­cze mała byłaś, bo było to wła­śnie wtedy, kiedy ojczu­lek twój z tą Fran­cu­zicą roman­so­wał!…

Urwała nagle, sta­nęła, chrząk­nęła tak gło­śno, że aż roz­le­gło się po polu; chustką trzy­maną w ręku jesz­cze gło­śniej nos wytarła i gniew­nie do sie­bie zamru­czała:

– Wieczna głu­pota moja!

Młoda panna, któ­rej na chwilę twarz znie­ru­cho­miała, uśmiech­nęła się znowu.

– Co tam! Niech cio­cia na to nie zważa! Jaż wiem dobrze o wszyst­kim i z prze­szło­ścią oswo­iłam się zupeł­nie… Prze­cież cio­cia nie przez zło­śli­wość pewno… Co tam! Jakże to było z tą cho­lerą?

Zaczęły iść dalej, tak samo prędko jak wprzódy. Stara mówiła znowu:

– Ot, jak było. Z kościoła wra­ca­łam, tak jak i teraz, a śpie­szy­łam bar­dzo, bo Emilka była chora i goście mieli na obiad przy­je­chać… Więc lecia­łam co tchu, wprost przez pole, które wtedy ugo­rem stało, przez puste zagony… Co dam krok, to pół­tora zagona prze­sa­dzę… Wprost jak­bym nad zie­mią leciała… A mia­łam na sobie zie­loną suk­nię… jesz­cze wtedy kolo­rowe suk­nie nosi­łam… Kape­lusz taki, ot, słom­kowy zdję­łam i dla ochłody macha­łam nim sobie przed twa­rzą… Uf! nie mogę…

Zdy­szała się, sta­nęła znowu i zaczęła kasz­leć. Kaszel jej był gruby, chry­pliwy, gło­śny, jakby doby­wał się z głębi beczki. Mało jed­nak zwra­cała nań uwagi i zaraz, idąc, znowu opo­wia­dała dalej:

– Cho­lera wtedy gra­so­wała po świe­cie; w naszych stro­nach jej jesz­cze nie było, ale ludzie lękali się, aby nie przy­szła… Otóż, kiedy mnie chłopi wra­ca­jący z kościoła zoba­czyli tak lecącą polem, jak naro­bią krzyku, pła­czu… Jedni zaczęli ucie­kać i biec tak prędko, jakby ich dia­beł gonił, dru­dzy popa­dali pośród dróg na kolana i nuż żegnać się, czo­łami bić o zie­mię, pacie­rze gło­śno mówić… „Cho­lera! – krzy­czą – ot i już bieży, nam na zgu­bie­nie!” „Ale! – odpo­wia­dają dru­dzy – już to nie co innego! Cho­lera i koniec! Wielka taka, że głową nieba dostaje, w zie­lo­nej sukni i złotą łopatą macha!” Ta łopata, uwa­żasz, to był mój kape­lusz na słońcu błysz­czący… prawda, że go też dobrze spłasz­czy­łam, bo zdjąw­szy w kościele z powodu gorąca i nie mając gdzie podziać, poło­ży­łam go na ławce i przez całe nabo­żeń­stwo na nim sie­dzia­łam… Uf! nie mogę…

Znowu zabra­kło jej odde­chu, chrzą­kała, nos ucie­rała i chwilę szła, mil­cząc.

– I cóż się stało potem? – zapy­tała młoda panna.

– A cóż? Darem­nie eko­nom, który jak raz wtedy wra­cał też z kościoła, i Boha­ty­ro­wi­cze, któ­rzy mnie kie­dyś znali, z bli­ska nawet znali, per­swa­do­wali chło­pom, że to nie była cho­lera, tylko panna Marta Kor­czyń­ska z Kor­czyna, kuzynka pana Bene­dykta Kor­czyń­skiego… Nie uwie­rzyli i do dzi­siej­szego dnia nie wie­rzą… „Ot – mówią – czy to taka kobieta może gdzie być na świe­cie? Głową do nieba dosta­wała, nad zie­mią leciała, zie­loną suk­nię miała na sobie i złotą łopatą machała, morowe powie­trze przed sobą pędząc…” Wieczna głu­pota ludzka! Powia­dam ci, Justynko, że ludzka głu­pota to wielki i wieczny kamień. Więk­szy on jesz­cze od ludz­kiej zło­ści. Już ja to wiem, bo był czas, że i sama tak ude­rzy­łam się o swoją wła­sną głu­potę, że… Uf! nie mogę…

Sapała, chrzą­kała, kasz­lała znowu gło­śno jak z beczki. Justyna, policzki i usta topiąc w dzwon­kach, papro­ciach i goź­dzi­kach, zauwa­żyła:

– Prze­cież cioci te nie­mą­dre gada­nia nic nie zaszko­dziły…

Czarne oczy Marty Kor­czyń­skiej spoj­rzały ostro, pra­wie zja­dli­wie.

– Tak myślisz? – sark­nęła. – Wiecz­nie to samo. Nikt nie uwie­rzy w to, czego sam nie doświad­czył. Nie zaszko­dziły! Pewno, nie zja­dły mnie one, ale… uką­siły. Czy ty myślisz, że to miło być wziętą za cho­lerę? Nie byłam ja wtedy tak stara… dwa­na­ście lat temu mia­łam lat trzy­dzie­ści sześć…

– Więc teraz czter­dzie­ści osiem? – z nie­ja­kim zdzi­wie­niem zauwa­żyła Justyna.

– A ty może myśla­łaś, że sześć­dzie­siąt? – Marta ostro się zaśmiała. – Zapewne wyglą­dam na tyle, sama to wiem, a i wtedy już nie­wiele lepiej jak teraz wyglą­da­łam. Może nie wiesz dla­czego? Ha? Czy wiesz dla­czego?

– Wiem – z powagą odpo­wie­działa panna.

– No, to dobrze, że wiesz, bo może zro­bisz co takiego, abyś i sama prędko na cho­lerę wyglą­dać nie zaczęła…

Justyna ramio­nami wzru­szyła.

– A cóż ja takiego zro­bić i co prze­ciw temu pora­dzić mogę?

Zamy­śliły się obie i mimo woli zwol­niły kroku, co naj­pierw spo­strze­gła star­sza.

– No, wle­czem się jak żół­wie. Prę­dzej, bo już tam Emilka wyrzeka pewno, że nie wra­cam, i zaczyna dosta­wać migreny albo glo­busa³…

– A Tere­nia – pod­chwy­ciła panna – bie­gnie po kro­ple z bobro­wej esen­cji albo po proszki bro­mowe, albo po anty­mi­gre­nowy ołó­wek⁴, albo po Rigol­lot⁵.

Zaśmiała się, lecz wnet spo­waż­niała znowu.

– Wujenka jest naprawdę biedna z tym cią­głym cho­ro­wa­niem.

Marta kiw­nęła głową i mach­nęła ręką.

– A pewno – rze­kła – biedna kobieta! Ale bo, widzisz, żeby tak pchły pie­ścić, jak ona swoje cho­roby pie­ści, to by

na wołów powy­ra­stały, słowo honoru!

W tej chwili za roz­ma­wia­ją­cymi roz­legł się tur­kot powozu; droga była w tym miej­scu wąska, zeszły więc na stronę. Szły samym skra­jem pola poro­słego gęstą psze­nicą. Biała i sucha kurzawa owiała je wiel­kim kłę­bem, o tyle jed­nak prze­zro­czy­stym, że roz­po­znać w niej było można zgrabny faeton⁶, cią­gnięty przez cztery piękne, błysz­czącą uprzężą okryte konie i dwu sie­dzą­cych w faeto­nie męż­czyzn. Widziały też, że obaj męż­czyźni, spo­strze­gł­szy je, pod­nie­śli nad gło­wami czapki, a jeden z nich nawet, prze­chy­la­jąc się nieco ku nim, zawo­łał:

– Święte panny: Marto i Justyno, módl­cie się za nami!

Marta z roz­ża­rzo­nymi oczami i macha­jąc ku powo­zowi swą białą chu­stą, odkrzyk­nęła:

– A modli­łam się, modli­łam się, aby Bóg panu rozum przy­wró­cić raczył!

Wykrzy­kowi temu odpo­wie­dział z odda­la­ją­cego się szybko powozu wybuch śmie­chu, widocz­nie basowy i ochry­pły głos Marty prze­drzeź­nia­ją­cego. Na twa­rzy Justyny wybił się wyraz sil­nie uczu­tej przy­kro­ści, pra­wie udrę­cze­nia.

– Boże! – szep­nęła. – A ja mia­łam nadzieję, że ten czło­wiek dziś już do nas nie przy­je­dzie, że go ten pan Różyc do sie­bie na obiad zaprosi…

– Nie głupi on! – odpo­wie­działa Marta. – Zapewne Różyc zapro­sił go do swego powozu; wolał więc swoje szka­piny do domu odpra­wić, a sam i w cudzym faeto­nie popa­ra­do­wać i u nas cudzy obiad zjeść… dwie razem korzy­ści dla hul­taja tego…

Justyna była widocz­nie zanie­po­ko­jona. Już pach­nąca więź, którą trzy­mała w ręku, zaj­mo­wać ją prze­stała.

– Cie­ka­wam – szep­nęła – jaką to kome­dię mieć dziś będziemy?

Marta spoj­rzała na nią prze­ni­kli­wie i ciszej tro­chę rze­kła:

– O papuń­cię swego lękasz się, ha? Ten bła­zen wieczne face­cje⁷ wypra­wia z tym safan­dułą…

Tu aż się za wklę­słe usta swoje wielką ręką chwy­ciła.

Po czole, ustach i nawet ramio­nach Justyny prze­bie­gło drgnie­nie nagle jakby uczu­tego obrzy­dze­nia; wnet jed­nak odpo­wie­działa:

– Niech cio­cia śmiało wszystko przede mną mówi. Ja dawno już zro­zu­mia­łam poło­że­nie ojca i swoje, dawno, dawno… ale oswoić się z nim nie mogę, i ni­gdy, ni­gdy z nim się nie pogo­dzę…

Marta zaśmiała się.

– Ot. Lubię takie gada­nie! Cie­ka­wam, co zro­bisz? Musisz pogo­dzić się albo powie­sisz się chyba czy uto­pisz się… Każdy despe­ruje z początku, a potem i godzi się z takim losem, jaki mu Bóg czy dia­beł nasyła. Bo aby wszyst­kie losy ludz­kie były robotą Pana Boga, w to ani tro­chę nie wie­rzę. Spo­wia­da­łam się już z tego i raz nawet abso­lu­cji⁸ od księ­dza nie dosta­łam, jed­nak nie wie­rzę… Powia­dam ci, że każdy z początku despe­ruje, a potem jak baran na rzeź spo­koj­nie swoją drogą idzie… Uf! nie mogę!

Zakasz­lała się tak, że aż jej oczy łzami zaszły. Krztu­sząc się jesz­cze, tymi załza­wio­nymi oczami na towa­rzyszkę popa­trzała.

– Ty bo, Justynko, straszną melan­cho­liczką jesteś! Czemu nie robisz tak jak i inne panny? Z łaski wuja i wujenki korzy­staj, strój się, kiedy cię stroić chcą, baw się, gdy tylko zda­rzy się oka­zja, mizdrz się do kawa­le­rów, a może któ­rego zła­piesz i za mąż wyj­dziesz… ha? Słowo honoru! Czemu ty tak nie robisz?

Justyna nie odpo­wia­dała. Szła pro­sto i rów­nym kro­kiem jak wprzódy, tylko w roz­pa­lo­nych i zamy­ślo­nych jej oczach bły­snęły łzy.

– Phi! – zaśmiała się Marta. – Melan­cho­liczką jesteś… i dumna jak księż­niczka. Od wujo­stwa nic przyj­mo­wać nie chcesz, ze swo­ich pro­cen­ci­ków ubie­rasz sie­bie i ojca, trze­wiki nawet oszczę­dzasz, tak że cza­sem boso cho­dzisz, kape­lu­sza i ręka­wi­czek nie nosisz…

– O, niech cio­cia tak nie myśli! – poryw­czo pra­wie zawo­łała Justyna. – Ja ani kła­mać, ani uda­wać nie chcę! Prawda, że zawsze łamię sobie głowę, aby mnie i ojcu tych kilku wła­snych naszych gro­szy na odzie­nie przy­naj­mniej wystar­czyło… Ale boso cza­sem cho­dzę i kape­lu­szów ani żad­nych dro­gich rze­czy nie noszę nie tylko dla­tego… nie tylko dla­tego…

– To i dla­cze­góż? No, dla­cze­góż? – Bły­ska­jąc oczami, dopy­ty­wała się stara panna.

– Dla­tego – z nagłym i sil­nym rumień­cem odparła Justyna – że dawno już ode­chciało mi się ich stro­jów i zabaw, ich poezji i ich miło­ści… Żyję tak, jak oni wszy­scy, bo skądże sobie wezmę innego życia, ale jeżeli mogę zro­bić co ina­czej niż oni, po swo­jemu robię i nikogo to obcho­dzić nie powinno.

Marta przy­pa­try­wała się jej prze­ni­kli­wie i z uwagą.

– A wszystko to – rze­kła – poszło od tej histo­rii two­jej z Zyg­mu­siem Kor­czyń­skim… prawda? Cha! cha! Myśla­łaś wtedy pewno, że cię otwar­tymi ramio­nami spo­tkają i do fami­lii swo­jej wpro­wa­dzą… bo i tak prze­cie krewną im przy­cho­dzisz… A oni tym­cza­sem… gdzie! Ani pomy­śleć o tym nie dali mazga­jowi temu… Cha! cha! wiem ja to wszystko, wiem! Wieczna głu­pota ludzka!

Justyna ze wzro­kiem w zie­mię wbi­tym mil­czała.

– No, a myśli­szże ty jesz­cze cza­sem o tym mazgaju? Serce… boli jesz­cze cza­sem?

– Nie.

Z krót­kiej tej odpo­wie­dzi poznać można było, że panna Justyna mówić nie chce o przed­mio­cie przez star­szą jej towa­rzyszkę zacze­pio­nym. Tylko już wszelki cień uprzed­niego oży­wie­nia znik­nął z jej twa­rzy. Zmy­sły jej prze­stały pić z kie­li­cha roz­kwi­tłej przy­rody roz­koszny napój zapo­mnie­nia. Gry­ząca tro­ska przej­rzała się w zwier­cia­dle jej sza­rych, prze­zro­czy­stych źre­nic; jakieś wspo­mnie­nia czy wstręty opu­ściły w dół końce pąso­wych warg, nada­jąc im wyraz znu­dze­nia i gory­czy. Wtem na dro­dze za dwoma idą­cymi kobie­tami zatur­ko­tały znowu koła, tylko nieco ina­czej niż wprzódy. Nie był to głu­chy i do cichego grzmotu podobny tur­kot faetonu, ale kle­ko­tliwe tro­chę i z lek­kim skrzy­pie­niem połą­czone tocze­nie się kół pro­stego wozu. Kurzawa też pod­nio­sła się znacz­nie mniej­sza, opa­dła prędko i dwie kobiety, obej­rzaw­szy się, ujrzały za sobą długi wóz napeł­niony słomą, którą z obu boków przy­trzy­my­wały drew­niane dra­biny, a okry­wał wzdłuż wozu roze­słany, pasia­sty i bar­wi­sty, na domo­wych, wiej­skich kro­snach utkany kili­mek⁹. Wóz ten cią­gnęła para koni­ków małych, tłu­stych, z któ­rych jeden był kasz­ta­no­waty z kono­pia­stą grzywą, a drugi gniady z bia­łymi nogami i białą łatką na czole. Opla­tała je z rzadka uprząż z pro­stych, gru­bych powro­zów. Gdyby nawet koła tego wiej­skiego ekwi­pażu nie tur­ko­tały wcale, a cią­gnące go drob­nym truch­tem koniki stą­pały bez naj­lżej­szego sze­le­stu, zbli­że­nie się jego dałoby znać o sobie przez uno­szący się zeń wielki gwar gło­sów. Napeł­niało go towa­rzy­stwo liczne. Na sło­mie okry­tej pasia­stym kilim­kiem, pomię­dzy okrą­głymi porę­czami dra­bin, sie­działo kilka kobiet, z któ­rych jedna tylko była nie­młoda, w ciem­nej chu­stce na ple­cach i wiel­kim czepcu na gło­wie, inne zaś, niby klomb ogro­dowy, kwi­tły rumień­cami twa­rzy i jaskra­wymi bar­wami ubrań. Było im tak cia­sno, że sie­działy w róż­nych posta­wach i kie­run­kach, twa­rzami, bokami i ple­cami ku sobie zwró­cone, ści­śnięte jak kwiaty w bukie­cie. Jed­nym z nich w tym ści­sku chustki z głów pospa­dały i two­rzyły na ple­cach kapi­szony z muślinu albo per­kalu; innym kosy¹⁰ nawet czarne albo zło­ci­ste roz­wi­nęły się na błę­kitne albo różowe sta­niki¹¹, a u wszyst­kich nad uszami i przy skro­niach zwie­szały się albo ster­czały wetknięte we włosy pąsowe, liliowe i żółte kwiaty. Wóz trząsł nimi i silne ich kibi­cie chwiał wciąż w kie­runki różne, chwy­tały też dra­biny ciem­nymi rękami albo cze­piały się wza­jem swych ramion i sukien, śmie­jąc się i gada­jąc gło­śno i wszyst­kie razem. W tym gwar­nym ogródku było tak cia­sno, że woź­nicy zabra­kło miej­sca do sie­dze­nia: kie­ro­wał on końmi, sto­jąc u samego brzegu wozu, a można by przy­pu­ścić, że postawę tę przy­brał nie z koniecz­no­ści, ale przez zalot­ność, dla­tego aby w naj­ko­rzyst­niej­szym świe­tle wydać się współ­to­wa­rzysz­kom podróży. Był to męż­czy­zna trzy­dzie­sto­letni, wysoki i tak zgrabny, jakby go matka natura z lubo­ścią i wiel­kim sta­ra­niem na łonie swym wyho­do­wała. Tym­cza­sem nie co innego, tylko ciężka praca około zdo­by­wa­nia jej darów, gorące jej żary let­nie i dzi­kie polne powiewy nadały temu ciału taką har­mo­nię i siłę, że trzę­sący się i pod­ska­ku­jący wóz nie mógł zmą­cić ani na chwilę jego pro­stych i wynio­słych linii. Od ogo­rza­łej cery jego twa­rzy sil­nie odbi­jały zło­ci­ste, bujne wąsy i jasno­złote włosy, opa­da­jące spod czapki na koł­nierz sza­rej, krót­kiej kurty, ku ozdo­bie zapewne zie­loną taśmą oszy­tej. Nie­dbale w ogo­rza­łych rękach trzy­ma­jąc lejce i nie odwra­ca­jąc twa­rzy ku wie­zio­nym przez się kobie­tom, odpo­wia­dał wesoło na zapy­ta­nia ich i przy­cinki, cza­sem męski śmiech swój łączył z chó­rem cien­kich, piskli­wych śmie­chów dziew­cząt.

Marta i Justyna zatrzy­mały się u brzegu drogi, w cie­niu wierzby, któ­rej kwiat podobny do zie­lo­na­wych robacz­ków osy­py­wał im suk­nie i głowy. Marta w kie­runku jadą­cych mach­nęła swą białą chustką i nie­zwy­kle u niej przy­ja­znym gło­sem krzyk­nęła:

– Dobry wie­czór, panie Boha­ty­ro­wicz! Dobry wie­czór!

Woź­nica szybko zdjął czapkę, odkry­wa­jąc czoło mniej opa­lone od reszty twa­rzy, gład­kie i pogodne.

– Dobry wie­czór! – odpo­wie­dział.

– Dobry wie­czór! – chó­rem krzyk­nęły dziew­częta.

– A skąd­żeś to pan wziął tyle dziew­cząt? – zawo­łała znowu stara panna.

– Po dro­dze jak poziomki uzbie­ra­łem. – Nie zatrzy­mu­jąc koni, ale tylko zwal­nia­jąc nieco ich biegu, odpo­wie­dział zagad­nięty.

Jedna z dziew­czyn, naj­śmiel­sza znać, prze­chy­la­jąc się przez dra­binę wozu i bia­łymi zębami bły­ska­jąc, gło­śno pra­wić zaczęła:

– Pie­chotą, pro­szę pani, szły­śmy… a on nas napę­dził, tośmy mu kazały, aby nas zabrał…

– Oho! Kazały! – zażar­to­wała Marta.

– A jakże! – potwier­dziła dziew­czyna z wozu. – Czy ja nie mam prawa jemu naka­zy­wać? Jaż jego strzeczna¹² sio­stra! Dla sio­stry sza­cu­nek mieć powi­nien! Bar­dzo słusz­nie!

W tej chwili wóz zrów­nał się ze sto­ją­cymi pod wierzbą kobie­tami, woź­nica po raz drugi zdjął czapkę i spoj­rze­nie jego z wysoka spły­nęło na Justynę. W tym szyb­kim spoj­rze­niu dostrzec można było, że oczy woź­nicy błę­kitne były jak tur­kusy i że w tej chwili prze­le­ciała w nich bły­ska­wica. Ale wnet wło­żył na głowę czapkę, twarz znowu ku dro­dze zwró­cił i poru­szyw­szy lej­cami, zawo­łał na konie, aby szły prę­dzej.

Wóz zaczął toczyć się prę­dzej. Justyna z zacie­ka­wie­niem i figlar­no­ścią w oczach, z roz­chy­lo­nymi w uśmie­chu ustami pod­sko­czyła i gestem weso­łym, który by nawet wykwint­nemu oku mógł wydać się rubaszny, rzu­ciła na jadące kobiety swoją więź¹³ gałęzi i kwia­tów. Na wozie wybuch­nęły śmie­chy, dziew­częta chwy­tały roz­sy­pane kwiaty, nie­które z nich wołały:

– Dzię­ku­jemy! Dzię­ku­jemy panience!

Ale woź­nica nie obej­rzał się i nie zapy­tał o przy­czynę powsta­łego na wozie gwaru. Zamy­ślił się o czymś tak bar­dzo, że aż głowę, którą przed­tem wysoko trzy­mał, tro­chę pochy­lił.

Dwie kobiety iść znowu zaczęły. Marta mówiła:

– Ten Janek Boha­ty­ro­wicz na pięk­nego i dziel­nego chło­paka wyrósł… Zna­łam go dziec­kiem… Zna­łam ich kie­dyś wszyst­kich… kie­dyś… dobrze i z bli­ska…

Zamy­śliła się, mówiła ciszej tro­chę niż zwy­kle.

– Był, uwa­żasz, taki czas krótki, że ci Boha­ty­ro­wi­cze u nas we dwo­rze bywali i do stołu z nami sia­dali… mia­no­wi­cie, ojciec tego Janka, Jerzy, i stryj jego, ten Anzelm Boha­ty­ro­wicz, co to teraz podobno scho­ro­wany i melan­cho­li­kiem jakimś stał się… Jed­na­ko­woż jaki to był kie­dyś męż­czy­zna… przy­stojny, odważny, patriota… roman­sowy… Do takiej poufa­ło­ści wtedy pomię­dzy dwo­rem a tą szla­checką oko­licą przy­szło, że siądę sobie, bywało, do for­te­pianu i akordy biorę, a Anzelm za mną sta­nie i śpiewa: „Bywaj, dziew­czę, zdrowe, ojczy­zna mię woła!”. A potem ja jemu śpie­wam: „Szu­miała dąbrowa, wojacy jechali…”. Będzie temu już lat dwa­dzie­ścia dwa… trzy… Jaki to był gwar u nas, jakie życie i moje, i wszyst­kich… A teraz wszystko ina­czej… ina­czej… wieczny smu­tek…

Mówiła to coraz powol­niej, głową kiwała, a ogni­ste jej oczy nie­ru­chomo tkwiły w dale­kim punk­cie prze­strzeni. Wtem znad wozu, który odda­lił się o kil­ka­dzie­siąt kro­ków, z towa­rzy­sze­niem kle­ko­tli­wego tur­kotu kół wzniósł się czy­sty i silny głos męski z całej sze­ro­kiej piersi śpie­wa­jący strofę sta­rej pie­śni:

Ty pój­dziesz górą, ty pój­dziesz górą,

A ja doliną;

Ty zakwit­niesz różą, ty zakwit­niesz różą,

A ja kaliną.

Justyna z sze­roko otwar­tymi oczami i roz­chy­lo­nymi w uśmie­chu usty słu­chała pie­śni, która dalej roz­le­wała po polach swą roz­gło­śną i smętną nutę:

Ty pój­dziesz drogą, ty pój­dziesz drogą,

A ja łozami;

Ty się zmy­jesz wodą, ty się zmy­jesz wodą,

Ja mymi łzami…

– Słowo honoru! – nagle i naj­głęb­szym swym basem zawo­łała Marta – i my kie­dyś z Anzel­mem śpie­wa­li­śmy ten sam duet…

Na wozie sto­jący wysoki męż­czy­zna w znacz­nym już od dwóch kobiet odda­le­niu śpie­wał dalej:

Ty jesteś panną, ty jesteś panną

Przy wiel­kim dwo­rze;

A ja będę księ­dzem, a ja będę księ­dzem

W bia­łym klasz­to­rze…

– Ot – sark­nęła Marta – w pie­śni jest „będziesz” nie „jesteś”. Dla­czego on śpiewa „jesteś”? Prze­ra­bia sobie stare pie­śni, bła­zen!

Justyna uwagi tej nie sły­szała. Gorący pło­mień prze­mknął w jej oczach.

– Pyszny głos! – szep­nęła.

– Nie­szpetny – odpo­wie­działa Marta. – Pomię­dzy nimi czę­sto znaj­dują się piękne głosy i śpie­wacy z nich zawo­łani… I ten Anzelm kie­dyś, gdzie tylko, bywało, obróci się… śpiewa.

Z daleka już, z daleka od toczą­cego się wozu przy­pły­nęła jedna jesz­cze strofa:

A jak pomrzemy, a jak pomrzemy,

Każemy sobie

Złotne litery, złotne litery

Wyryć na gro­bie…

Stara panna sta­nęła nagle pośród drogi, podobna do wyso­kiego słupa ubra­nego w sło­miany kape­lusz i sto­ją­cego na dwu wiel­kich nogach w kwie­ci­stych pan­to­flach. Wzrok w twa­rzy mło­dej dziew­czyny utkwiła, wspo­mnie­nia i roz­czu­le­nia jakieś pra­co­wały w jej chry­pli­wie oddy­cha­ją­cej piersi, aż krzyk­nęła pra­wie:

– A koniec tej pie­śni znasz? Natu­ral­nie, że nie znasz! Teraz już jej nikt… oprócz nich… nie śpiewa…

Ramiona roz­krzy­żo­wała i gru­bym, ochry­płym gło­sem zade­kla­mo­wała:

_A kto tam przyj­dzie albo przy­je­dzie,_

_Prze­czyta sobie:_

_Złą­czona para, złą­czona para_

_Leży w tym gro­bie!_

– Ot, jaki koniec! – powtó­rzyła i wnet szer­szymi jesz­cze jak wprzódy kro­kami i moc­niej ramio­nami roz­ma­chu­jąc, poszła dalej.

Wóz napeł­niony wiej­skimi dziew­czę­tami wto­czył się pomię­dzy szare domo­stwa i gęste ogrody wsi, dłu­gim sznu­rem roz­cią­gnię­tej nad brze­giem wyso­kiej góry, u któ­rej stóp, w falach swych błę­kit nieba i ciemny bór odbi­ja­jąc, pły­nął cichy, spo­kojny Nie­men.Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Mar­giel – skała osa­dowa, zazwy­czaj szara.

2. man­tyla – odmiana szala zarzu­ca­nego na ramiona i głowę, wyko­nana z koronki lub cien­kiej tka­niny jedwab­nej.

3. Glo­bus (łac. glo­bus hyste­ri­cus) – objaw zabu­rzeń ner­wi­co­wych, obja­wia­jący się wra­że­niem obec­no­ści ciała obcego albo ści­ska­nia w gar­dle.

4. Anty­mi­gre­nowy ołó­wek – sztyft para­fi­nowo-men­to­lowy uży­wany do zła­go­dze­nia bólu głowy.

5. Rigol­lot (daw.) – pla­ster gor­czy­cowy sto­so­wany przy bólach mię­śniowo-sta­wo­wych.

6. Faeton – fan­ta­zyjny spor­towy czte­ro­ko­łowy pojazd konny z początku XIX wieku.

7. Face­cja – żart.

8. Abso­lu­cja – roz­grze­sze­nie.

9. Kilim – dwu­stronna tka­nina deko­ra­cyjna.

10. Kosa – tu: war­kocz.

11. sta­nik (daw.) – górna część sukni od ramion do pasa (bez ręka­wów).

12. Strzeczna (gwar.) – stry­jeczna.

13. więź – bukiet.

14. wschody – forma wystę­pu­jąca w całej twór­czo­ści Elizy Orzesz­ko­wej obocz­nie do formy „schody”.

15. goto­wal­nia – toa­letka.

16. przy­prawny – dziś: dodany.

17. misty­fi­ko­wać – oszu­ki­wać, wpro­wa­dzać w błąd.

18. Fluk­cja, popraw­nie fluk­sja (daw.; z łac. flu­xio: upływ) – zapa­le­nie albo ropień dzią­sła, zapa­le­nie okost­nej (szczęki).

19. zapo­znany (daw.) – zapo­mniany, nie­do­ce­niony.

20. weli­nowy (z fr. vélin, od łac. vitel­lus: cie­lątko) – bar­dzo cienki per­ga­min z cie­lę­cej skóry, wyso­kiego gatunku.

21. Płyt­nik – fli­sak.

22. rudel – ster.

23. dzie­się­cina – tu: ros. miara powierzchni ziemi równa 1,09 ha.

24. wior­sta – daw. ros. miara dłu­go­ści, równa 1,067 km.

25. pon­ter – wyżeł.

26. palia­tywa (z łac. pal­lium: płaszcz) – śro­dek przy­no­szący ulgę cho­remu, łago­dzący objawy cho­roby.

27. fer­tyczny – szybki.

28. ze strony – z zewnątrz.

29. mieć per­ga­miny – tu: mieć dowody potwier­dza­jące szla­chec­two.

30. syba­ry­tyzm – leniwy, wygodny tryb życia w luk­su­sach i dostatku; wygod­nic­two.

31. kije, które w koła gospo­darstw (…) wła­żąc (…) – por. „wty­kać kij w szpry­chy”, czyli unie­moż­li­wiać jakieś dzia­ła­nie; nawią­za­nie do repre­sji doty­ka­ją­cych pol­skich wła­ści­cieli ziem­skich po upadku powsta­nia stycz­nio­wego.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij