-
nowość
Nad pięknym modrym topielcem - ebook
Nad pięknym modrym topielcem - ebook
Amadeusz Wagner – flecista i człowiek o wyjątkowym talencie do pakowania się w kłopoty – odkrywa, że najgorsze historie zaczynają się od rzeczy pozornie błahych. Na przykład od ósemki. Ból zęba prowadzi go do miejsca, w którym granica między rzeczywistością a absurdem zaczyna się niebezpiecznie zacierać. Dentysta, który zdaje się czerpać przyjemność z cierpienia pacjentów. Asystentka o zbyt szerokim uśmiechu. Pacjenci, którzy wydają się skrywać więcej, niż pokazują. A potem… pojawia się wąglik. I trup dentysty. Drzwi zostają zamknięte. Nikt nie może wyjść. A każdy ma coś do ukrycia. Czwarta część kryminalno-muzyczno-kulinarnych przygód Amadeusza Wagner.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 799 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
modrym topielcem
Olga Warykowska
Spis treści
1.
2.
3
4
5
6
7
8
9
10.
11.
12
Notka od autorki
Wszystkie postacie i wydarzenia przedstawione w tej książce są fikcyjne,
a wszelkie podobieństwa do osób lub zdarzeń są całkowicie przypadkowe.
1.
Amadeusza bolał ząb. Ale nie bolał go zwykły ząb. Byłby w stanie przeżyć, że boli go jedynka czy dwójka, ale niestety nie było mu to dane. Okropnie rwała go ósemka. Już od pewnego czasu, kiedy to do Wrocławia przyszła jesień, wraz ze zmianą pogody zmienił się też i humor jego zęba, który ostatnim razem bolał go tak potwornie, gdy miał dwanaście lat i mamusia robiła mu okłady z octu oraz czosnku. Pamiętał, że wtedy przez tydzień nikt do niego nie podchodził, ponieważ śmierdział.
Nie doceniał swojego zęba, dopóki mu się nie zbuntował. Próbował z nim pertraktować. Wysłał nawet negocjatora- Ibuprom, ale ten niestety poległ. Nie jadł już od tygodnia i powoli czuł że dłuższej głodówki jego organizm nie wytrzyma.
Nigdy nie był u dentysty, ponieważ na Podlasiu do dentysty się nie chodziło. Nikt tam nie ufał komuś, kto może cię skrzywdzić jednym ruchem ręki (która prawdopodobnie dzień wcześniej trzymała butelkę alkoholu) oraz nie ufano tym, którzy dobrowolnie szli do takiego rzeźnika. A Amadeusz nie ufał nikomu we Wrocławiu. Nie znał ludzi, a nie zdecydowałby się iść do kogoś, kto nie był polecony.
- Znam jednego, świetnego dentystę w Gdańsku- powiedział mu Jan Hades, który na chwilę obecną przebywał w Warszawie, gdzie robił reportaż o drzewach i ich przedwczesnym zrzucaniu liści. – Ale musiałbyś tam pojechać. A z twoim szczęściem pewnie po drodze znalazłbyś trupa
w przedziale- zarechotał. Od ostatniej sprawy z „Weselem Figara” w lipcu minęły cztery miesiące. Nadszedł październik, a Amadeusz nie przeżył żadnej przykrej przygody. Jego mamusia była w siódmym niebie i twierdziła, że to przez egzorcystę, który w jego imieniu odprawił rytuał oczyszczający na odległość.
- Nie dm rdy – wycedził. Od wczoraj miał spuchnięty policzek i potwornie bolało go ucho. Miał też problemy z mówieniem.
- Co? Chyba mamy jakieś problemy z łącznością. A to dziwne, bo jestem w Gdańsku, a tu nie powinno się dziać nic takiego. Nie zdziwiłbym się, gdyby to się stało w puszczy. Jesteś może
w puszczy? Bo ja na pewno nie jestem – zaczął kaszleć.- Strasznie się przeziębiłem nad morzem. Musiałem wraz z jesiennymi morsami wejść do Bałtyku, żeby poczuć ten chłód w kościach,
o którym wspominali. Dobry reporter przeżywa wszystko na własnej skórze. Strasznie kręci mnie w nosie. Przepraszam, ma może pan chusteczkę?- zapytał kogoś. – O czym to rozmawialiśmy? – wrócił do rozmowy.
- O mom zbie. – każdy ruch szczęki sprawiał mu ból.
- A tak. Robiłem kiedyś artykuł o dentystach. Ciekawy zawód. Szczególnie wyrywanie zębów. Odkryłem, że niektórzy czerpią z tego bardzo dziwną satysfakcję. Ale wiesz, kierunek studiów wybiera się podświadomie. Tak jak podobno dziennikarza – usłyszał bicie dzwonu po drugiej stronie słuchawki. – Nie znam nikogo we Wrocławiu. Może popytaj kogoś z orkiestry?
- Nie lb mnie.
- Wiem, że cię nie lubią. Marudzisz mi o tym odkąd się znamy. A próbowałeś coś z tym zrobić? Na przykład imprezę?
- Bol mj zb.
- Już to mówiłeś. Ale nie szkodzi zapytać. Jak bardzo jesteś odporny na ból?
- Wgle.
- To masz chłopie problem. I to ogromny. Ja kiedyś byłem u dentysty i wyrwał mi trzy zęby! Także nie mam ostatnich zębów, ale mi to w ogóle nie przeszkadza. Czasami nawet zapominam
o myciu zębów! Ale nie powinienem o tym mówić głośno. Popytaj się w orkiestrze- poradził mu jeszcze zanim się rozłączył.
Łatwiej było rzec, a trudniej wcielić w życie. Nikt w orkiestrze z nim nie rozmawiał, nawet Karolina która od _Wesela Figara_ ignorowała go bardziej, niż wcześniej. Po tym jak rozwiązał sprawę śmierci Figara, wiedział że jego notowania wśród innych muzyków spadły poniżej zera. Albo w niebyt. Czuł w kościach, że szukali sposobu żeby się go pozbyć i mieć przy okazji czyste ręce. Jedyna rzecz, która utrzymywała go w tej pracy to przedłużająca się nieobecność dyrektora Imbecyla, który już jawnie pojechał z Diamentem na Karaiby, gdzie siedzieli od sierpnia od czasu do czasu wysyłając orkiestrze zdjęcia podpisane: _Tutaj pięknie i ciepło, a u was?_ A bez jego podpisu nie mieli prawa ani nikogo zwolnić ani zatrudnić. Więc każdy tolerował każdego, a jednocześnie szukał sposobu żeby się siebie pozbyć w najbliższej przyszłości.
Mamusia też nie była zbyt wyrozumiała.
- Co Duszku? Nie rozumiem- mamusia właśnie robiła kartacze na stypę kuzyna koleżanki. Na Suwalszczyźnie na każdym zgromadzeniu rodzinnym musiało być dużo dobrego jedzenia. A wszyscy wiedzieli, że jego mamusia najlepiej gotuje. – Czekaj, nacisnę tryb głośnomówiący- tydzień temu Gizela nauczyła ją do czego służy tryb głośnomówiący i bezczelnie z niego teraz korzystała. Na jego nieszczęście nie potrafiła pojąć, że w tym trybie wcale nie trzeba krzyczeć.- TERAZ MÓW! SŁUCHAM!
- Zb mni bli. – wystękał wkładając tyle wysiłku w wyraźne powiedzenie słowa ile tylko potrafił.
- CO?
- Zb mni bli – miał wrażenie jakby w jego policzku zalęgło się stado skrzatów jak z tej bajki
o „Królewnie Śnieżce” i stukali mu kilofami w ząb.
- JA NIC NIE ROZUMIEM. CZY TY COŚ DO MNIE MÓWISZ? MÓW GŁOŚNIEJ!
- ZĄB MNI BLI!- wydał z siebie ostatnie tchnienie, zanim armia krasnoludków zaatakowała jego ząb z jeszcze większą zaciętością. Prawie zemdlał.
- ZĄB CIĘ BOLI? MOJE TY BIEDACTWO. DUSZKU KOCHANIE, PRZYJEDŹ DO MAMUSI, A ZROBIĘ CI OKŁADY Z BABKI LANCETOWATEJ I SOSNY. ZAWSZE CI POMAGAŁY.
- Msz d dntsty- cierpiał potwornie.
- POŁKNIJ JAKIEŚ TABLETKI, ALE PAMIĘTAJ. NIE IDŹ DO DENTYSTY. NOWAKOWSKI SPĄD PIĄTKI POSZEDŁ I WYRWANO MU CZTERY ZĘBY! A DZIESIĘĆ LAT PÓŹNIEJ ZMARŁ. NIE CHCĘ ŻEBYŚ BYŁ BEZ ZĘBÓW DUSZKU. PAMIĘTAJ, NAJWAŻNIEJSZE ŻE EGZORCYSTA POMÓGŁ I ŻE TERAZ NIE PRZYCIĄGASZ DUCHÓW- Trupy jeśli już.
- C mym rbić?- zapytał się jej prawie mdlejąc. Całą rozmowę odbył leżąc w łóżku. Miał wrażenie, że był bliski śmierci. A tak niewiele osiągnął…
- JA NIE MOGĘ DŁUŻEJ ROZMAWIAĆ. ROBIĘ KARTACZE. DLA MNIE TO CIĘŻKA ROBOTA- wykrzyczała mamusia.- KUP SOBIE SOSNĘ – i rozłączyła się zostawiając swojego syna z wielkim, ścinającym z nóg bólem zęba.
Amadeusz nie chciał kupować sobie sosny, bo po pierwsze nie miałby gdzie jej postawić, a po drugie nie wiedział jak się robi okłady z igieł i w jakiej temperaturze trzeba je gotować żeby wydzieliły akurat taką ilość soku, żeby potem móc w nim zanurzyć chusteczkę i robić okłady. Tego mamusia go nie nauczyła. Więc teraz cierpiał.
Następnego dnia dowlókł się do filharmonii, obwiązany prawie cały szalikiem. Był październik
i było już zimno, więc nie zwrócił niczyjej uwagi. Raz tylko odwinął mu się szalik i jedno dziecko prawie krzyknęło ze strachu. Przez noc policzek zdążył mu spuchnąć do rozmiarów grejpfruta,
a nawet chwilami wydawało mu się że do rozmiarów pomelo. Czuł się jakby miał umrzeć. Jak coś tak małego, które znajduje się w jego buzi potrafiło zadać tak ogromny ból? Odebrało mu jedną jedyną przyjemność z życia- czyli jedzenie. Muzykę też mu odbierało, bo ciężko mu się grało
z popuchniętym policzkiem. Miał nawet wrażenie, że opuchlizna wędruje i sięga jego oka, ponieważ ostatnio znacznie pogorszyło mu się widzenie.
Kiedy wszedł na salę filharmonii, gdzie miała mieć miejsce próba, poczuł że wszyscy się na niego patrzą. I mieli powód. Wyglądał jak mieszanka Frankensteina i Quasimodo. Usiadł powoli koło Karoliny, która odezwała się do niego po raz pierwszy od trzech miesięcy.
- Odbiło ci? Coś ty zrobił?
- Zb mn bli – wycedził. Ledwo mógł otwierać usta.
- To widzę. Wyglądasz jakbyś miał w ustach jajo.
- Bli – wziął flet do ręki. Orkiestra nie szczędziła mu złośliwych spojrzeń.
- Nie wierzę, że to mówię i że to robię. Nie powinnam, bo już jestem na cenzurowanym. Widzisz tego gościa z przodu z blond włosami? – wskazała na wiolonczelistę, który miał włosy żółte niczym pszenica, które falowały mu wokół twarzy tworząc dziwne kształty.- To jest Andrzej Kukuczka. Pracuje w orkiestrze na pół etatu. Na drugie pół jest dentystą. Pogadaj z nim i się umów. Bo raczej tak nie dasz rady zagrać i znowu wszystko będzie na mnie- zdenerwowała się i odwróciła do niego plecami. Był zbyt otępiały tabletkami, które nie pomagały i bólem, który nie przechodził że postanowił nie brać tego do siebie. Normalnie zacząłby ją pewnie przepraszać. Za to wszystko.
Wstał i na chwiejnych nogach podszedł do przodu, przy okazji depcząc innym muzykom po butach. Nie przysporzyło mu to popularności. Jego brzuch strącający nuty ze statywu tym bardziej. Po chwili, która wydawała się być nieskończonością udało mu się przebić do przodu i stanąć zdesperowany przez roześmianym dentystą- wiolonczelistą.
- Oho. Wszystko jasne- Andrzej przyjrzał mu się uważnie. Stan zapalny, obstawiam ósemkę.
- Tk - wycedził. Muzyk wstał i zaczął go badać po policzku. Amadeusz miał wrażenie, jakby znalazł się w piekle i każda komórka eksplodowała mu bólem porównywalnym do wyrwania kończyn.
- Tak jak myślałem- otworzył mu usta.- Ropień jak sto pięćdziesiąt. Ósemka się wyżyna. Do tego próchnica town welcome to. Kiedy ostatni raz byłeś o dentysty? – Wagner jęknął.
- On nic tylko żre. Dziwię się, że ma jeszcze zęby- warknął Witek zza pleców dentysty.
- Ktoś nie ma zębów, ktoś nie ma połowy wątroby – odciął mu się Kukuczka. – Jestem wolny pojutrze.
- Pojutrze jest koncert – wytknął mu Witek.
- To popojutrze – był wtorek. Jak on ma wytrzymać do piątku?- O 15:00. Na Sądowej. Zapamiętasz? A w międzyczasie weź ketonal – wyciągnął z torby bloczek recept i wypisał mu lek, silniejszy ponieważ był na receptę. – I nie jedz nic zimnego, nic ciepłego tylko papki – podał mu karteczkę i poklepał po głowie.- Już ja się zajmę tym sajgonem, co masz w buzi. Może nawet nałożymy stały aparat - roześmiał się i pokazał swoje równe, białe zęby.
Amadeusz kiwnął mu z wdzięcznością głową i wrócił na swoje stałe miejsce, z tyłu gdzie nikomu nie przeszkadzał i gdzie wszyscy mogli zapomnieć o jego obecności.
Przez ból nie mógł się skupić na muzyce. A ponieważ Imbecyl i Diament uciekli z Wrocławia, rolę dyrektora artystycznego przejął stary dyrygent, którego cofnięto z emerytury i wcale nie był
z tego powodu zadowolony. Na całe szczęście wyrażał on przekonanie, że muzykę gra się dla ludzi, a nie dla muzyków, więc tak tworzył repertuar, że filharmonia odkąd wrócił wyprzedawała prawie wszystkie bilety. Na czwartkowy koncert, do którego mieli próby ćwiczyli utwory Straussa, w tym jego najsłynniejszą kompozycję: „_Nad piękny modrym Dunajem_”. Walc, który trwał około 9 minut był ulubionym utworem Wagnera. Wolny, dostojny i dający sercu odpocząć.
Za każdym razem gdy go słyszał, miał wrażenie jakby gotował zupę. Zaczynał od wlania wody do garnka, następnie dodaniu szczypty bulionu w proszku oraz kilku innych jego ulubionych przypraw: głównie soli ziołowej i pieprzu oraz od czasu do czasu sproszkowanej mięty dla spokoju ducha. Następnie dokładnie tak jak smyczki, kroił marchewkę, pietruszkę, seler, por i ziemniaki. W międzyczasie w piekarniku piekł się kurczak w papryce, natarty świeżym, wyciśniętym czosnkiem oraz polany podsmażoną cebulą.
Kiedy woda dochodziła do wrzątku, to wrzucał warzywa oraz dolewał łyżkę oleju. Potem dodawał odrobinę chili, tak jak do utworu dołączały flety. Delikatnie, okrężnym ruchem, ponieważ zupa nigdzie się nie śpieszyła. I w tym momencie, kiedy już wiedział że wszystkie elementy są na swoim miejscu, wtedy utwór wchodził w miejsce, gdzie wszystkie instrumenty zaczynały ze sobą współgrać i razem dawać ten niesamowity efekt, jakim jest walc… znaczy zupa.
Na koniec na talerz nakładał makaron w nitkach, który ugotował w międzyczasie, oderwany kawałek kurczaka prosto z piekarnika oraz polewał to bulionem i posypywał świeżo poszatkowaną pietruszką oraz koperkiem. I wtedy kiedy już myślał, że nie może być bardziej idealnie, zupełnie tak jak w walcu „Nad pięknym modrym Dunajem”, do jego ręki trafiała pieprzniczka, którą używał do posypania prawie że gotowego dania świeżo startym pieprzem. Na koniec sięgał po łyżkę z widelcem i brał się do jedzenia. Tak przygotowana potrawa smakowała mu jeszcze długo potem, kiedy szedł spać i jego palce były przesiąknięte zapachem czosnku i cebuli, a jego opuszki smakowały skórką kurczaka natartą sproszkowaną papryką z imbirem.
Uwielbiał wolne utwory. I nigdy nie wyobrażał sobie rzeki, kiedy to grał, tylko idealnie przyrządzony bulion z makaronem pokrojonym w kawałki długości jego palców, który się nie lepił ponieważ tuż po ugotowaniu robił mu kąpiel w zimnej wodzie… naprawdę nie mógł się doczekać prób i nie mógł się doczekać koncertu, ale w tym stanie to jedynie mógł myśleć o ropie, która zbiera się pod jego policzkiem i o zębie, który nie może się zdecydować czy chce wyjść i ustawić się grzecznie z innymi kolegami, czy zostać buntownikiem i usunąć się z jego jamy ustnej.
Tak, lubił Straussa. Za jego powolność i spokój w kompozycji. I nie mógł się nim cieszyć, ponieważ bolał go ząb. Nie wierzył, że uda mu się wytrzymać do piątku. Nie z takim zębem.
Próba minęła mu bardzo szybko, może dlatego że skupił się na muzyce. Kilka razy dyrygent rzucił mu krytyczne spojrzenie, kiedy spóźnił się z dźwiękiem, bo nie mógł zmusić ust żeby nabrały określonego kształtu. Ale musiał wyglądać koszmarnie ze spuchniętą twarzą, bo nikt nic nie skomentował. Tuż po próbie poszedł do apteki i kupił ketonal i za radą aptekarki także opaskę lodową na głowę. Nie był chyba pierwszym cierpiącym, który trafił do niej z tym problemem.
W domu połknął dwie tabletki ketonalu, ponieważ uważał że dwie tabletki zadziałają szybciej niż jedna i położył na obolałej twarzy lodowaty kompres. Jęknął z bólu. Nawet nie myślał już o jedzeniu. Jego żołądek też nie. Pierwszy raz w życiu czuł taki ból. Zaczął doceniać wszystkie momenty, kiedy mógł jeść tyle ile mu się żywnie podoba i nie odczuwał żadnych skutków ubocznych.
Dwa kolejne dni minęły mu bardzo szybko. Dzięki ketonalowi oraz zimnym okładom, jego policzek zmniejszył się z rozmiarów arbuza do melona. Udało mu się nawet zagrać koncert i nie spóźnić się z ani jedną nutą. Publiczność zakochała się w „Nad pięknym, modrym Dunajem”, który bisowali prawie trzy razy. Amadeusz rozumiał ich bardzo dobrze- nie było nic piękniejszego niż walc, a szczególnie walc Straussa.
Miał wrażenie, że przez te ostatnie dni zrzucił bardzo dużo kilogramów- bał się że w takim tempie wpadnie w anoreksję. Wszystkie spodnie z niego spadały, i musiał je obwiązywać paskiem. Jego garnitur był jak nie jego-wisiał mu smutno na brzuchu, informując właściciela, że niedługo może mu grozić śmierć głodowa. Jego żołądek w ogóle się nie odzywał, pewnie tak jak jego właściciel umierał w męczarniach, nie widząc kompletnie szans na poprawę swojego losu.
Prawie się popłakał, kiedy nadszedł piątek. Nie wiedział skąd Andrzej dostał jego numer, ale otrzymał sms z potwierdzeniem wizyty oraz wskazaniem dokładnie adresu. Ku jego zaskoczeniu klinika dentystyczna znajdowała się tuż obok filharmonii, bo na ulicy Sądowej tak jak nazwa sugerowała- naprzeciwko sądu. Wiele razy mijał ten budynek, ale zawsze podświadomie zakładał, że należy do adwokatów lub do prawników ze względu na bliskość sądu właśnie. Ku swojemu zaskoczeniu, między drzewami schowana była prywatna klinika ortodontyczno-dentystyczna. Albo dentystyczno-ortodontyczna. Koloru kiedyś bladoróżowego, teraz po licznych deszczach
i burzach raczej popielato szara niż kolorowa.
Zauważył szyld przy drzwiach informujący, że rzeczywiście przyjmuje tu stomatolog : magister Andrzej Kukuczka. Wszedł więc po schodach, którym przydałby się remont do środka. Na wprost białych drzwi wejściowych znajdowała się recepcja, gdzie siedziała młoda kobieta ze słuchawką przy uchu, ubrana w białą elegancką bluzkę oraz szarfę na szyi. Blond włosy z brązowymi odrostami miała bardzo mocno spięte na czubku głowy. Wyglądała jakby jej praca kompletnie nie sprawiała jej przyjemności. Amadeusz ucieszył się, że robi to co robi i nie wiedzie tak szarego życia jak ona. Każdego dnia pracować w narzuconych odgórnie tych samych godzinach, tłumaczyć dlaczego cię nie ma, posiadać prawo do określonych dni wolnych… życie gorsze od więzienia. Szczególnie dla artysty, który potrzebuje wolności i prawa decydowania o sobie.
- Dziń dbry- mówił już lepiej niż ostatnio, ale nadal miał problemy z otwieraniem buzi.
- Dobry.- kobieta spojrzała na niego obojętnie. Zobaczył na jej piersi plakietkę, która mówiła: _Witaj, nazywam się Jadwiga. Zapytaj mnie o wszystko._
- Mam sptkanie – powiedział wolno. Podniosła wzrok znad ekranu i zaczęła z furią uderzać
w klawisze.
- Godzina?
- Ptnasta.
- Wagner?
- Tk- znowu podniosła wzrok znad ekranu i przyjrzała mu się uważnie, najbardziej lustrując wzrokiem jego spuchnięty policzek.
- Doktor kazał najpierw wysłać do rentgena – napisała mu coś na kartce.- Pójdzie na prawo do kolejki i zrobi zdjęcie. Z tym zdjęciem na pierwsze piętro do gabinetu doktora- numer 8. Zapamięta?- nie mogła mieć więcej niż 19 lat, a już miała spojrzenie tak jakby... puste. Jak człowiek, który przegrał w grę w życie i całkowicie się z tym pogodził.
- Dzkuję- powiedział i poszedł na lewo w kierunku schodów. Piskliwy śmiech recepcjonistki zatrzymał go w połowie kroku.
- Tam- wskazała mu palcem kierunek, w którym powinien iść. Kiwnął jej głową z podziękowaniem i poszedł kilka kroków do drzwi, które miały na sobie tabliczkę z nazwą ”_Rentgen- proszę nie wchodzić bez wezwania”._ Skoro miał nie wchodzić bez wezwania, to usiadł na krześle naprzeciwko obok pary staruszków, czekając aż go zawołają.
- Nie grzeb w ustach serce ty moje, bo to nie wypada- powiedziała staruszka do męża. Wyglądali dokładnie tak jak staruszkowie powinni wyglądać. Ona- siwe włosy które spięła w elegancki koczek, na nosie duże brązowe okulary, brązowa sukienka do kolan, brązowe, ciepłe rajstopy oraz czarne czółenka. Amadeusz nie miał babci ani dziadka, ale zawsze tak sobie wyobrażał swoją rodzinę. Tylko trochę grubszą, bo domyślał się że tusza jest genetycznie dziedziczna w ich przypadku.
Jej mężowi włosy układały się w aureolę wokół głowy, a na czubku nie miał nic bo był łysy. Ubrany w koszulę w szarą kratę oraz spodnie z tego samego materiału co koszula oraz szelki, wydawał się całkowicie zadowolony z własnego życie- odwrotnie niż recepcjonistka. Jego twarz ozdabiał wielki uśmiech, który zwężał oczy w szparki, ale takie które napawały cię radością oraz wyczekiwaniem, a nie przygotowywały na połajankę. Ten pan był cały czas uśmiechnięty, w odróżnieniu od recepcjonistki, która wyglądała jakby umarła za życia.
- Renatko, kiedy proteza mnie uwiera.
- To nie wypada Romciu – ta para była po prostu rozkoszna. Gdzieś w głębi serca, gdzieś za tym bólem, który emanował mu z zęba pojawiła się tęsknota, za kimś z kim mógłby dzielić życie, który zwracałby mu uwagę, żeby nie grzebał w zębach i który byłby z nim do końca, który nadawałby sens każdemu jego ruchowi… Za kimś, kto by go wspierał i karmił i martwił się o niego kiedy trzeba. Za kimś, kto byłby przy nim nieważne co, nieważne jak… chyba przesadził z lekami. Zaczynał mieć niebezpieczne myśli. Już dawno pogodził się z faktem, że zawsze będzie sam. Nie powinien marzyć o rzeczach, które nie są mu przeznaczone. Ale nie oznaczało to że nie mógł się przyglądać parze staruszków i nie czuć ciepła na sercu.
- Starość nie radość- westchnęła kobieta.
- Z tobą to sama radość – poprawił ją mężczyzna. Amadeusz prawie rozpłynął się na siedzeniu.
- Przestań, bo zawstydzasz pana.
- Przepraszam – mężczyzna mrugnął w jego stronę. - Rzadko wychodzimy z domu. Żona ma sparaliżowaną prawą nogę- teraz dopiero Wagner dostrzegł kulę stojącą oparte o ścianę.
- I ten wariat nie chce mnie zostawiać samą- pogładziła męża po policzku.
- Ja też nie mogę zostać sam. Mam cukrzycę- powiedział Amadeuszowi patrząc prosto w oczy.
- Pilnujemy siebie nawzajem- chwycili się za ręce.- Rodzina jest najważniejsza.
- A pan z czym przyszedł?- zapytał Wagnera.
- Zb mni bli – wyjaśnił tak wyraźnie jak tylko potrafił.
- Co? Myszko, czyżby mój aparat nie działał?- powiedział głośniej i zaczął gmerać sobie w uchu.
- Ja też nie słyszałam- popatrzyła na niego zdziwiona.- Myślisz kochanie, że popsuł mi się słuch? -Roman wyciągnął aparat i postukał w niego palcem.
- Ni. Zb mnie bli- wskazał na swój popuchnięty policzek. Na szczęście od dalszego wyjaśniania wybawił go czarnowłosy doktor, który wyszedł po niego z pracowni radiologicznej.
- Wagner Amadeusz- wstał i poszedł za nim do małego pomieszczenia. Nie nałożono na niego żadnego ochraniacza, który wyraźnie każdy dostawał, ale nie było opcji żeby się jeden na niego zmieścił. Stanął bokiem, lekarz ustawił go naprzeciwko maszyny i w ciągu zaledwie kilku sekund już było po wszystkim. Miał wrażenie, że w trakcie robienia zdjęcia maszyna się rozlatuje, ponieważ słyszał różne stukania oraz walenia. Poczekał jeszcze chwilę przy radiologu, aż nie dostał płyty.
Kiedy wyszedł z pracowni rentgenowskiej, poczuł zapach pieczonych orzeszków. Nie wiedział jaki diabeł przyniósł te cudowne, prażone w karmelu orzechy, prawdopodobnie ziemne do kliniki dentystycznej, ale już zdążył poczuć ogromną nienawiść do tej osoby. Obiecał sobie, że jak tylko polepszą mu się zęby to pójdzie sobie do baru mlecznego i zje…
- Boli to?- jego przemyślenia przerwał starszy pan.
- Rntgyn?- zapytał.
- No jak zwał tak zwał – Roman poprawił aparat słuchowy w uchu. – Boli? Żona się denerwuje, a gdy ona się denerwuje, to ja się denerwuję. Jakoś się tak dobraliśmy tak razem. Już od prawie
50 lat! Najszczęśliwsze lata mojego życia. Chyba coś mi szwankuje, bo słyszę jakieś szumy- starszy pan znowu zaczął grzebać w aparacie.
- Boli?- zapytała go kobieta. – Nigdy nie miałam robionego rentgena. Kiedyś się go nie stosowano. Wszystko było robione na wyczucie- z bólem dotknęła swojej sparaliżowanej nogi, a jej mąż z pietyzmem wręcz kombinował przy swoim aparacie słuchowym.
Amadeusz wyminął go i wrócił na recepcję. Jadwiga nadal miała znudzony wyraz twarzy. Jakby nic jej nie cieszyło.
- Na górę pod gabinet numer 8 – powiedziała zmęczonym głosem. Była dopiero 14:55. Wagner nie wyobrażał sobie, że kiedykolwiek spotka osobę tak bardzo zniszczoną życiem. Domyślał się, że była młoda ciałem, ale w jej duszy siedziała osiemdziesięcioletnia babcia. Współczuł jej. Co takiego musiało się stać, że tak się czuła? Że tak wyglądała? Pokręcił głową. Miał ważniejsze sprawy na głowie niż czyjeś stracone życie- a dokładniej swój ósmy ząb, po prawej stronie który bolał go z nieprzemijającą pasją, pomimo trzech ketonali które połknął tego ranka.
Z trudem wszedł po schodach na pierwsze piętro. Na całe szczęście schody miały bardzo solidną poręcz, o którą mógł się wesprzeć, bo inaczej byłoby ciężko mu wejść. Czuł jakby wyssano z niego wszystkie siły życiowe. Żołądek podpowiadał mu, że to dlatego że zbyt długo stał przy recepcjonistce Jadwidze. Będąc już na piętrze popatrzył się na lewo i dojrzał cyfrę osiem.
Gabinet numer osiem znajdował się na samym końcu korytarza. Na drzwiach wisiała jeszcze tabliczka „Andrzej Kukuczka – lekarz stomatolog” na wypadek gdyby ktoś nadal nie wierzył że dotarł w dobre miejsce. Usiadł na drewnianym krześle tuż obok drzwi i zaczął nasłuchiwać. Słyszał odgłosy wiercenia zęba, które rozsadzały mu wyobraźnię oraz jęki ludzi, nie tylko z gabinetu numer 8. Otworzył ostrożnie oczy i przyjrzał się temu co się znajduje na korytarzu. Po drugiej stronie dostrzegł jakichś kolorowo ubranych pacjentów, którzy bardzo głośno się śmiali. Nie zdążył się nawet skupić na temacie ich rozmowy, ponieważ otworzyły się białe drzwi gabinetu numer 8 i wyszedł z niego zapłakany mężczyzna. Amadeusz skądś go kojarzył. Ale skąd?
Mężczyzna nerwowo otarł łzy z twarzy i usiadł obok Amadeusza, uparcie unikając jego wzroku. Było w nim coś znajomego… brązowe włosy, niebieskie oczy, czarna koszulka z białym nadrukiem „ I want Bach, but bjee- two-when?” oraz dżinsy i trampki. Wyglądał na oko na 40-latka ale Amadeusz mógł się mylić. Często się mylił jeśli chodziło czyjś wiek.
Drzwi otworzyły się ponownie i wyjrzała zza nich pulchna, mała kobieta z czarnymi włosami oraz okrągłymi okularami.
- Pan na 15:00? – zapytała wysokim, skrzeczącym głosem. Kobieta przypominała żabę. Gdy kiwnął jej potakująco głową, uśmiechnęła się od ucha do ucha. Zauważył, że ma przerwę między jedynkami. Trochę szminki dostało jej się na przód zębów. – Proszę do środka. Doktór czeka – wstał na trzęsących się nogach i wymienił spojrzenia z mężczyzną, który dopiero co wyszedł. Miał wrażenie, że przebiega między nimi jedna myśl „Współczuję”. Wziął się w garść i wszedł do środka.
Gabinet wyglądał jak normalny gabinet lekarski, tyle że pośrodku stało krzesło/siedzenie, które ktoś podłączył do jakiejś dziwnej lampy oraz licznych rurek, które prowadziły w Bóg wie jakie miejsca. Żołądek już podsuwał mu wizje rury, która wysysa mu krew, albo rury która niczym odkurzacz wyciąga mu z buzi wszystkie zęby i musi nosić sztuczne. Już chciał zawrócić. Sam widok tego piekielnego fotela sprawił, że chciał uciekać.
- Wagner. Proszę, proszę- od ucieczki uratował go doktor Andrzej, który w fartuchu i w maseczce na twarzy wyglądał zupełnie inaczej. Na głowie miał czepek niczym chirurg, których to czasami widział w serialach w telewizji. Tylko jego blond włosy, podobne do słomy wystawały mu niesfornie spod czepka.
- Bry – odpowiedział i dał się poprowadzić kobiecie na fotel. Ułożyła go tam bardzo delikatnie
i mrugnęła do niego zachęcająco.
- Dolna ósemka, ropień- przypomniał sobie patrząc na niego. – Opuchlizna zeszła – stwierdził na głos i usiadł przy biurku, na którym stał komputer. – Na rentgenie był?- zapytał. Amadeusz zaczął się zastanawiać czy to pytanie było skierowane do niego.
- Doktór pyta – szturchnęła go kobieta.
- Bł- pokiwał głową jeszcze dla efektu, co wywołało w nim spazmy bólu. Miał wrażenie, że gabinet zaczął wirować przed jego oczami. Zastanawiał się czy właśnie tak wygląda świat na moment przed śmiercią.
- To zobaczmy co wyszło- dentysta zaczął klikać coś na komputerze. Amadeusz nie widział go, ponieważ fotel stał tyłem do biurka. Popatrzył na sufit. Był biały, blady, nijaki z kilkoma dziwnymi lampami, które czasami widuje się w szpitalach. Dopiero teraz zauważył, że siedzi na zielonym fotelu i że ściany są pomalowane na zielony kolor, który miał go uspokoić. Kobieta włożyła maseczkę oraz dziwną, plastikową osłonkę na twarz. Pomimo jego woli wzrok zawędrował ku jej ogromnym piersiom, do których była przyczepiona tabliczka z napisem „Wiktoria- asystentka stomatologiczna”. Uśmiechnęła się do niego oczami i usiadła po skosie, tuż za ogromną umywalką, która znajdowała się w zasięgu jego lewej ręki. Po co dentyście umywalka? Do mycia dłoni? Była w miarę głęboka i wyglądała jak bidet, który widział kiedyś w jakimś hotelu. – Tak jak myślałem – Andrzej uderzył się zamaszyście w udo.- Wyrzyna się ósemka i zrobił się stan zapalny. A do tego ropień. Jak długo boli ten ząb?
- Dgo.
- Co?- Kukuczka popatrzył na niego ze zdziwieniem.
- Mówi, że długo- powiedziała Wiktoria. Usłyszał jak muzyko-lekarz wstaje i siada na krześle po jego lewej stronie. Tuż przy umywalce. Jeśli nie będzie ostrożny to zamoczy sobie lewy rękaw.
- Wyglądało to tak. Zaczęła wyrzynać się ósemka. Zrobiła dziurę w dziąśle. Do tej dziury wpadło jedzenie i dostało się do kanału. Jedzenie zaczęło gnić, zrobił się ropień i stan zapalny. A ósemka pchała dalej. I bum! Wszystko spuchło. Boli jak cholera, nie?