Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Nadzieja blizną poszyta - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
27 lipca 2026
30,00
3000 pkt
punktów Virtualo

Nadzieja blizną poszyta - ebook

„Nadzieja blizną poszyta” autorstwa Wioletty Pantuły-Dańko to poruszająca autobiograficzna opowieść o przetrwaniu, nadziei i sile ducha. Autorka, urodzona w 1979 roku, już na początku życia doświadcza odrzucenia – porzucona przez biologiczną matkę, trafia po walce o życie do domu dziecka, a następnie zostaje adoptowana przez kochającą rodzinę. Dorastając, zmaga się z pytaniami o własną tożsamość i pochodzenie. W dorosłym życiu staje przed kolejnymi wyzwaniami: ciężkimi chorobami, licznymi operacjami, utratą ojca, przemocą domową oraz gwałtami ze strony byłego męża. Mimo cierpienia odnajduje siłę w wierze, sztuce i miłości do córki. Po latach buduje także bezpieczne i szczęśliwe małżeństwo. To historia, która pokazuje, że nawet najgłębsze blizny mogą stać się symbolem odwagi, przetrwania i nadziei.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788392075837
Rozmiar pliku: 149 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

_“... Lecz czemu mnie do raju bram,_

_Prowadzisz drogą taką krętą?_

_I czemu wciąż doświadczasz tak,_

_Jak gdybyś chciał uczynić świętą…”_ _1_

1 Edyta Geppert, “Zamiast”

SPIS TREŚCI

Rozdział I

Cudze ściany

Rozdział II

Cisza pod stołem

Rozdział III

Otulona

Rozdział IV

Lekcja, której nie chciałam

Rozdział V

Czarne niebo nad łóżeczkiem

Rozdział VI

Dojrzewanie przychodzi po cichu

Rozdział VII

Biel, która rani

Rozdział VIII

Jedna noc, która zaczęła wszystko zmieniać

Rozdział IX

Na skrzyżowaniu wyborów

Rozdział X

Niedorosła miłość

Rozdział XI

Tam, gdzie rodzi się bicie serca

Rozdział XII

Sekret mojego początku

Rozdział XIII

Życie po strachu

Rozdział XIV

Spojrzenie, które przenika duszę

Rozdział XV

“ - Basia… To naprawdę Ty?”

Rozdział XVI

Powrót do przeszłości

Rozdział XVII

Ciało. Ból. Decyzja. Osąd

Rozdział XVIII

Na pierwszym planie

Rozdział XIX

Kapitał wizerunku. “Dywan popularsów”

Rozdział XX

Młode głosy, wielkie talenty

Rozdział XXI

Nie oceniaj - doceniaj

Rozdział XXII

Nie badali ciała, ranili duszę

Rozdział XXIII

Miłość, do której dorosłam

Rozdział XXIV

W lustrze cudzych twarzy

Rozdział XXV

Nosząc ból, rozpraszam ciemność

Rozdział XXVI

Cztery kropki nadziei

Rozdział XXVII

Nic miłości nie pokona

Rozdział XXVIII

Choć droga trudna, nadzieja trwa

PodziękowaniaROZDZIAŁ I

CUDZE ŚCIANY

Przyszłam na świat w 1979 roku… w ciszy, która od początku miała mnie nauczyć samotności.

Urodziłam się cicha.

Tak cicha, jakby świat od początku, nie chciał mnie usłyszeć.

Byłam tylko oddechem, drobnym, kruchym, niepewnym. Nie znałam jeszcze koloru światła ani smaku mleka. Nie wiedziałam, że istnieje coś takiego jak miłość. Nie wiedziałam też, że można zostać opuszczonym. A jednak to właśnie opuszczenie stało się pierwszym słowem, jakie zapisało się w mojej historii. Szpital był moim pierwszym domem. Pachniał czystością, miał miękkie światło i ciepło, które otulało moje maleńkie ciało.

Myślę, że było w nim coś bezpiecznego, rytm kroków na korytarzu, spokojne szepty, delikatne dłonie poprawiające kocyk.

Myślałam, choć jeszcze nie umiałam myśleć, że tak właśnie wygląda życie.

Rodzona matka. Kobieta, której serce biło nade mną przez dziewięć miesięcy cicho, wytrwale, dzień po dniu, jak obietnica życia.

Byłam pod nim bezpieczna, otulona jego rytmem, nieświadoma jeszcze, że nie każda obietnica zostaje dotrzymana.

A potem przyszłam na świat.

Pierwszy oddech, pierwszy płacz podobno donośny, pełen życia.

Dla mnie to był początek wszystkiego. Dla niej… może koniec czegoś, czego nie potrafiła unieść. Nie było długiego spojrzenia.

Nie było dotyku, który mówi: „jestem tu, jestem twoja”. Nie było ciepła, które koi nowonarodzone istnienie. Była decyzja szybka, ostateczna, jak zatrzaśnięcie drzwi. Wypisała się do domu na własne żądanie. Te słowa brzmią tak zwyczajnie. Urzędowo. Jakby chodziło o coś małego, nieistotnego. A przecież za nimi kryje się cisza, która zapadła wokół mnie już na samym początku.

Cisza zamiast głosu matki. Pustka zamiast ramion. Może się bała?

Może nie była gotowa?

A może świat, który ją otaczał, był zbyt ciężki, by mogła unieść jeszcze mnie.

Nie wiem. Nie chcę wiedzieć. I nie będę jej tłumaczyć. Wiem tylko, że gdzieś tam, przez dziewięć miesięcy, byłam dla niej całym światem. A potem nagle przestałam nim być.

Potem był dom.

Cisza, która powinna kołysać, zamiast tego bolała. Gdy wróciłyśmy ze szpitala, nie było w tym powrocie ciepła ani ulgi.

Był tylko chłód ścian i obcość miejsca, które nigdy nie stało się schronieniem.

Położyła mnie tak po prostu, jak odkłada się rzecz, nie patrząc, czy nie pęknie. Jakby moje istnienie nic nie ważyło.

Leżałam tam, jednodniowe życie, jeszcze pachnące szpitalem i początkiem świata. Bezradna. Cicha. Niewidzialna.

Zamknęła za sobą drzwi.

Ten dźwięk nie był zwykłym trzaskiem, był jak się później okazało… wyrokiem.

Jak ostateczne „nie chcę”.

I wyszła.

Po prostu wyszła.

A ja zostałam. Sama. W ciszy, która była zbyt wielka, jak na tak maleńkie serce.

-Dlaczego?

-Czy gdy wychodziła, spojrzała na mnie ostatni raz? -Czy choć przez chwilę zawahała się, trzymając dłoń na klamce?

Dała mi tylko dwa imiona Violetta Irena. Te dwa imiona stały się całym moim światem.

Jedynym dowodem, że kiedyś ktoś mnie nazwał. Dom nie był ten z bajek.

Nie ten, w którym pachnie obiadem i słychać śmiech. To był dom, który oddychał pustką. Leżałam sama.

Maleńka.

Bezradna.

Owinięta nie w ramiona, lecz w ciszę. Pierwszego dnia płakałam głośno. Tak, jak płaczą wszystkie dzieci, z wiarą, że ktoś przyjdzie. Że ktoś usłyszy.

Drugiego dnia, mój płacz był już słabszy. Trzeciego dnia, stał się już szeptem. Nikt nie wypowiedział mojego imienia. Nikt nie wziął mnie na ręce.

Nikt nie odpowiedział na wołanie, które było całym moim istnieniem.

Czas dłużył się bez końca.

Każda minuta była walką.

Każdy oddech, wysiłkiem.

Dom patrzył obojętnie. Ściany milczały. Powietrze było ciężkie.

A ja maleńka, walczyłam na granicy życia. Tylko Ty, Boże, wiedziałeś, że tam jestem. Tylko Ty słyszałeś mój cichnący płacz. Tylko Ty podtrzymywałeś we mnie to maleńkie światło, które nie chciało zgasnąć.

Trzeciego dnia po południu, ciszę rozdarł huk. Drzwi zostały wyważone.

Do środka wtargnęli policjanci.

Świat nagle stał się głośny, ostry. Pełen obcych twarzy i pośpiechu.

Ktoś mnie podniósł.

Ktoś mnie okrył.

Ktoś powiedział:

-Ona żyje!

-To maleństwo, nadal żyje!

- To cud!!!

Te trzy zdania stały się dla mnie mostem między śmiercią, a życiem.

Zostałam uratowana.

Nie pamiętam twarzy policjantów, bo miałam zaledwie trzy dni.

Ale czułam, choć nieświadomie moment, w którym czyjeś serce zabiło dla mnie szybciej. Moment, w którym przestałam być tylko zapomnianym maleństwem, w pustym domu.

Potem był szpital.

Trzy miesiące walki o życie.

Małe ciało podłączone do aparatury. Dłonie lekarzy. Czułe spojrzenia pielęgniarek. Każdy gram, który przybierałam, był jak małe zwycięstwo.

Każdy dzień, jak nowy rozdział.

A potem był dom… dom dziecka.

Cudze ściany.

Rzędy łóżeczek.

Płacz dzieci, które tak jak ja, zaczęły swoje życie od odrzucenia.

To miejsce miało być bezpieczne.

I było.

Ale bezpieczeństwo, nie ma zapachu mamy. Nie ma bicia jej serca tuż przy uchu. Nie ma ciepła, które zna się od zawsze. Zasypiałam wśród obcych dziecięcych oddechów. Budziłam się wśród nieznanych twarzy. Uczyłam się świata bez dwóch najważniejszych osób, bez mamy i taty.

Moje pierwsze dni na ziemi były historią nicości, historią bólu i historią ciszy, ale były też historią cudu. Bo nie umarłam. Bo ktoś mnie usłyszał. Bo Bóg nie pozwolił, by moje imiona stały się tylko zapisem w dokumentach.

Miałam po coś żyć.

I choć początek mojej historii, był jak ciemna noc bez gwiazd, to gdzieś głęboko we mnie, od tamtej chwili tliło się światło. Małe. Uparte. Niezgaszone. Świat mnie nie przywitał.

Ale mimo wszystko, miałam w nim zostać. I choć przyszłam na świat niechciana, los zapisał dla mnie dalsze rozdziały.

Bo nawet z największej ciszy, może narodzić się głos, który kiedyś opowie tę historię światu.ROZDZIAŁ II

CISZA POD STOŁEM

Byłam dzieckiem domu dziecka od niemowlęcych lat. Urodziłam się w 1979 roku, a pierwsze chwile mojego życia upływały w miejscu, gdzie cisza i tęsknota często mówiły więcej niż słowa.

W 1981 roku wydarzył się jednak cud, który odmienił całe moje życie.

Zostałam adoptowana przez wspaniałych ludzi, którzy stali się moją prawdziwą rodziną.

Mój Tatuś, zauważył mnie w sposób zupełnie inny, niż wszystkie pozostałe dzieci.

Gdy dorośli przychodzili do sali, maluchy biegły ku nim, wyciągały rączki, szukały uwagi i bliskości, wołając: -Mama, Tata.

-A ja?

Ja siedziałam cichutko pod stołem. Nie płakałam. Nie wołałam. Nie biegłam się witać. Po prostu byłam spokojna, uważna, schowana w swoim małym świecie.

To właśnie wtedy mój Tatuś spojrzał na mnie, i zakochał się w moich oczach.

Powiedział później, że:

-Było w nich coś niezwykłego, jakaś głębia, smutek i mądrość, nie pasujące do tak małego dziecka.

Myślał nawet, że jestem Żydówką.

Bo miałam nietypową urodę, inną niż wszystkie dzieci wokół.

Już wtedy byłam „inna”, choć jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo ta “inność” stanie się częścią mojej historii. Były spotkania w domu dziecka.

Moi przyszli rodzice przychodzili regularnie, siadali obok mnie, próbowali nawiązać kontakt. A ja… milczałam.

Nie wypowiadałam ani jednego słowa. Patrzyłam, słuchałam, obserwowałam. Wszyscy byli przekonani, że jestem niemową. Nikt jednak nie odszedł.

Nikt się nie wystraszył tej ciszy.

I wtedy wydarzyło się coś, co do dziś wywołuje uśmiech i wzruszenie, gdy wspominamy wspólnie tamten czas, tamto życie.

Podczas jednego ze spotkań, za oknem zaszczekał pies. Nagle, zupełnie naturalnie, jakby to było najoczywistsze na świecie, powiedziałam:

-Hau, hau.

W tej jednej chwili zapadła cisza, a potem pojawiła się radość, ulga i śmiech.

Już wiedzieli.

Wiedzieli, że będę mówić.

Że ta cisza nie była brakiem, lecz czekaniem.

Że mój głos po prostu potrzebował poczucia bezpieczeństwa.

Niedługo później zostałam ich córką. Po kobiecie, która mnie urodziła, pozostały mi tylko imiona.

Moi obecni rodzice zdecydowali się je zachować, dając mi w ten sposób szacunek do mojego początku i ciągłości tożsamości.

Od tamtej pory cisza spod stołu zamieniła się w dom pełen miłości, ciepła i obecności.

A ja dziecko, które nie biegło się przywitać, zostałam wybrana… sercem.ROZDZIAŁ III

OTULONA

W 1988 roku przyjechaliśmy do pięknego miasta Przemyśla.

Od tamtego czasu, po dzień dzisiejszy, to właśnie tutaj moje życie tworzyło kolejne kartki historii. -Pamiętaj dziecko, nie ta matka, co urodzi. Tylko ta, co wychowa - mówiła mi zawsze moja Mamusia. To zdanie wraca do mnie jak ciepły szept z dzieciństwa. Powtarzała je często, jakby chciała nim otulić mnie na przyszłość.

Wtedy nie rozumiałam do końca jego znaczenia. Było jak tajemnica zapisana w prostych słowach. Dziś wiem, że to było jedno z najważniejszych przesłań, jakie dostałam w życiu.

Wzięłam je sobie do serca i pozwoliłam, by rosło razem ze mną.

Od najmłodszych lat chorowałam.

Moje dzieciństwo nie było wolne od bólu ani strachu, ale nigdy nie było już samotne.

Zawsze mogłam liczyć na wsparcie moich nowych rodziców.

To oni trzymali mnie za rękę, gdy było trudno. To oni uczyli mnie stawiać pierwsze litery i pierwsze kroki ku światu.

To oni posyłali mnie do szkoły, wierząc we mnie nawet wtedy, gdy ja sama jeszcze w siebie nie wierzyłam. Budowali we mnie dobro, dzień po dniu. Uczyli współczucia dla innych i mówili, że: -Pomaganie wraca podwójnie, a bycie złym nie jest drogą, która prowadzi do szczęścia. Te słowa nie były tylko nauką.

One były życiem, które widziałam w ich gestach, w cierpliwości, w codziennej trosce.

A jednak, mimo tej miłości, w głębi mojej duszy rósł niepokój.

Każdy kolejny rok dorastania przynosił pytania, których nie potrafiłam nazwać ani zrozumieć. -Dlaczego się boję?

-Dlaczego mam wrażenie, że rodzina patrzy na mnie inaczej?

-Dlaczego dziadek, któremu z czułością zakładałam skarpetki i kapcie, nigdy nie brał mnie na kolana i nie całował tak, jak moje kuzynki?

Słowo „dlaczego” było ze mną zawsze. Jak cień, który nie znika nawet w słońcu.

-Dlaczego czasem moja mamusia była przygnębiona, gdy wracaliśmy od dziadków?

-Czy ona także widziała i czuła tę “inność”, tę obojętność w oczach swoich rodziców?

-Czy serce matki rozpoznaje to, czego dziecko jeszcze nie potrafi nazwać?

Zaczęłam się zastanawiać:

-Czy to może ja byłam winna?

-Czy zrobiłam coś źle, choć starałam się być dobra? -A może to świat nie umiał dostrzec we mnie tego, kim naprawdę jestem? Mojej wrażliwości, mojego dobra, mojego pragnienia, by kochać i być kochaną. Te pytania nie dawały mi spokoju. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że jestem adoptowana.

Ale dziś wiem, że obok nich zawsze była prawda, której jeszcze wtedy nie umiałam uchwycić. Miałam rodziców, którzy mnie wybrali. Którzy mnie wychowali.

Którzy pokazali mi, czym jest miłość nie z obowiązku, lecz z serca.

I to ona stała się moim fundamentem._“…Cudownych rodziców mam,_

_Odkryli mi każdą z dróg po której szłam_

_Mam cudownych rodziców bo_

_Przyjaciółmi moimi są_

_W porę rzekli mi dalej to_

_Idź drogą swą_

_Sama idę więc, ale po drogach mych_

_Będą wciąż za mną biec i mnie strzec myśli ich.”__2_

2 Urszula Sipińska, “Mam cudownych rodziców “

ROZDZIAŁ IV

LEKCJA, KTÓREJ NIE CHCIAŁAM

Jest rok 1994.

Pewnego dnia w szkole średniej na godzinie wychowawczej, pojawił się temat adopcji. Pamiętam tę chwilę z niepokojącą wyrazistością, jakby czas na moment zwolnił.

Usiedliśmy w ławkach, a na ekranie pojawił się film o sierotach z domów dziecka.

Obrazy dzieci bez rodziców, ich ciche spojrzenia i pytania, na które nikt nie odpowiadał, zaczęły wypełniać salę.

Nie chciałam tego oglądać.

Byłam zła. Zła nie na film, nie na nauczycielkę, nawet nie na te dzieci. Ale zła na coś, czego wtedy nie umiałam nazwać.

Czułam opór, jakby ktoś dotykał miejsca we mnie, które chciały pozostać zamknięte.

Każda minuta była ciężka. Serce buntowało się, a ja nie rozumiałam dlaczego.

Wiem tylko, że było mi strasznie żal tych dzieci. Tak bardzo, że aż bolało.

Po powrocie do domu opowiedziałam rodzicom o tym, co robiliśmy w szkole, na godzinie wychowawczej. O filmie. O adopcji.

Pamiętam spojrzenie Mamusi.

Pamiętam niepokój, który pojawił się w jej oczach, a którego wtedy nie potrafiłam odczytać. Był jak cień, szybki i ostrożny.

Rodzice nie powiedzieli mi wtedy prawdy. Jeszcze nie. Nie było potrzeby.

Mamusia zapytała łagodnie:

-I co, Lolu, podobało ci się?

Tak mnie z Tatusiem nazywali, Lola. Odpowiedziałam bez wahania, że:

-Nie Mamuś, nie podobało mi się. To było złe. Było mi bardzo żal tych dzieci.

…Nie dodałam nic więcej.

Odwróciłam się i poszłam do swojego pokoju, jakbym chciała zostawić ten temat za sobą, zamknąć go razem z drzwiami.

Usiadłam do zadań.

Litery i liczby układały się posłusznie, aż nagle, bez zaproszenia, pojawiło się pytanie.

Przyszło z miejsca, które dziś nazwałabym podświadomością.

-A co by było, gdybym to ja była adoptowana? Zatrzymałam się.

Przez krótką chwilę świat ucichł. Poczułam, jak po policzku spływa mi łza, jedna jedyna, zaskakująca nawet dla mnie samej.

Otarłam ją szybko, jakby ktoś mógł ją zobaczyć, i powiedziałam głośno, sama do siebie: -Ale ty masz Wiolu, pomysły.

I wróciłam do zadań.

Nie wiedziałam wtedy, że to pytanie nie było przypadkowe.

Że przyszło z głębi pamięci, której jeszcze nie znałam. Że ta jedna łza była echem prawdy, która czekała na swój czas.ROZDZIAŁ V

CZARNE NIEBO NAD ŁÓŻECZKIEM

Noc zawsze przychodziła powoli, jakby ostrożnie, z lekkim wstrzymaniem oddechu.

I nie raz zdarzało się, że w tej ciszy “wkraczałam” w sen, który stawał się moją rzeczywistością, zanim jeszcze otworzyłam oczy.

Nagle byłam noworodkiem. Taka maleńka. Widziały mnie własne rączki, tak kruche, tak nieporadne.

Przez szczebelki łóżeczka dostrzegałam innych, to były dzieci podobne do mnie.

Ich płacz przeszywał mnie na wskroś. Niektóre krztusiły się łkaniem, inne wołały bez końca, bez nadziei, a ja… ja nie mogłam nic zrobić.

-Dlaczego tam byłam?

-Dlaczego akurat ja?

-Dlaczego życie każe mi doświadczać czegoś tak potwornego, kiedy już wkraczam w dorosłość? Boże, ten krzyk, ta rozpacz… nie da się tego zignorować. To nie sen, to prawda, która wbija się w serce i w duszę. W dalszym ciągu nie wiedziałam, że pochodzę z domu dziecka.

Moja pamięć, mój umysł, moja podświadomość, moje ciało, wszystko próbowało mnie ostrzec, coś powiedzieć, coś pokazać, co było przede mną.

Nie mogłam się obudzić.

-A może nie chciałam? Nie pozwalano mi odejść. Musiałam tam być.

-Dlaczego?

Nagle mój wzrok uniósł się ku górze, sufit był czarny, gęsty jak noc bez gwiazd.

Coś spadało.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij