Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Nadzieja - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
17 marca 2026
3999 pkt
punktów Virtualo

Nadzieja - ebook

Codziennie umiera kawałek jej duszy. Ale nikt nie może jej pomóc.

Nadzieja – imię będące gorzkim żartem losu. Bo ta kobieta nigdy nie zaznała ani miłości, ani bezpieczeństwa, przez co straciła wiarę w lepsze jutro. Od dziecka otaczały ją przemoc, strach i alkohol, a kiedy dorosła, zaczęła powielać znane schematy.

Weszła w toksyczny związek ze zmagającym się z uzależnieniem mężczyzną. Urodziła córkę, od której z czasem zaczęła się oddalać.

Dziś jej umysł zatruwają lęki i myśli tak mroczne, że trudno wypowiedzieć je na głos. Chociaż Nadzieja próbuje.
Stara się walczyć z depresją, uczęszcza na terapię, ale każdy krok naprzód kończy się bolesnym upadkiem. Nie potrafi kochać tak, jak „powinna”, ani zaufać, że życie ma sens. Tym bardziej, że podobne demony dręczą także jej córkę…

„Nadzieja” to brutalnie szczera opowieść o chorobie, która powoli zabija duszę. O toksycznych relacjach rodzinnych i problemach, jakie dziedziczy się niczym klątwę. Oraz o ludziach, którym – jak na ironię – najbardziej w życiu brakuje nadziei.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-321-4
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Brodzik prysznica pokryty jest szkarłatem. Krew powoli znika w rdzawym odpływie. Znam jej twarz tak dobrze, ale teraz wydaje się obca. Jakby za nią nikogo już nie było. Jakby do nikogo nie należała. Jakby była niczym poza pustym naczyniem, pozbawionym najważniejszego pierwiastka – osobowości – tego, co tworzy nasz magnetyczny umysł. Odeszła, pozostała po niej tylko cielesna forma. Zimna i blada. Znajoma, a jednocześnie taka obca. Przerażająca.

Leży w brodziku. Ciemne plamy krwi odznaczają się na szarych dresach. Na zewnątrz wystaje martwa stopa ubrana w różową skarpetkę w kotki. Jej głowa oparta jest o ścianę, a na bladej twarzy maluje się ulga. Widok tajemniczego uśmiechu Mony Lisy na martwym obliczu bliskiej osoby przeszywa mnie dreszczem do szpiku kości i budzi paraliżującą grozę.

_Czy mogłam temu zapobiec? _– ta myśl nie daje mi spokoju.

Krew zastyga w moich żyłach.

To niemożliwe.

To nieprawda.

Palące łzy spływają po policzkach, a gardło zaciska szok i dławiąca rozpacz. Jestem sparaliżowana.

Czy mogłam temu zapobiec?Nadzieja

Nienawidzę matki. Nienawidzę jej dosłownie za wszystko. Za to, co mi zrobiła i powiedziała. Za każdą emocję, którą we mnie wywołała, a która odcisnęła się piętnem na całym moim marnym życiu. Za to, że nigdy nie była przy mnie, kiedy jej potrzebowałam. I że czułam się wiecznie przez nią niewidzialna.

Swoją drogą ojciec nie był lepszy. Z tym że on nie żyje już od wielu lat. Od dziecka życzyłam mu śmierci, ale za długo musiałam na nią czekać. Zbyt wiele złego się do tego czasu wydarzyło. W końcu jednak uwolniłam się od niego, od jego awantur, przemocy, od alkoholowych libacji, scen sodomii i gomory, które urządzał w moim rodzinnym domu.

A w tym wszystkim ona – matka, wiecznie niezadowolona i oschła. Wydaje mi się, że tak naprawdę nigdy mnie nie kochała. Choć czasami pojawiała się ta iskierka nadziei, że może nie byłam jej kulą u nogi, że tak naprawdę kochała mnie, ale nie potrafiła tego okazać, że po prostu nie dawała rady ze sobą, z własnym życiem i z ojcem. Bo to właśnie on był elementem, który zapoczątkował ten cały koszmar. Od niego rozpoczęło się jej smutne życie, pozbawione nadziei na jakąkolwiek zmianę. Zawsze mówiła, że jesteśmy w sytuacji bez wyjścia, że musimy wytrzymać, zagryźć zęby, że tak wygląda dorosłe życie, a ja ślepo wierzyłam jej we wszystko. Niepotrzebnie, bo tym przekonaniem do cna przesiąknęła moja dusza. Nawet jeśli próbowałam się go pozbyć, ono i tak zawsze bulgotało jak gorąca lawa u źródła wulkanu, torując sobie drogę, aby na nowo zalać mój zachwiany i niespokojny umysł.

Mama początkowo nie piła, ale ulegała ojcu na każdym kroku, a on ją wyklinał i bił. Mnie zresztą też. Nie miałam rodzeństwa. Kiedy zaczynały się awantury, zamykałam się w pokoju z kotką Laurą. Była moim ukojeniem. Jedyną miłością, jakiej doświadczyłam w dzieciństwie. Ludzie mówią, że koty są głupie, że traktuję je zbyt poważnie, ale nie wiedzą, że czasem ta mała, futrzana istotka może być całym twoim światem, twoim wybawieniem z mroku codzienności, jaki fundują ci najbliżsi; ci, którzy powinni budować w tobie poczucie bezpieczeństwa, a zamiast tego rozkładają pole minowe, ucząc, że jedyny tryb, jaki jest potrzebny do przetrwania w życiu, to: „uciekaj albo walcz”. Nic pomiędzy.

Nie wiedziałam, dlaczego ciągle do tego wracałam. Miałam trzydzieści pięć lat, ojciec nie żył od dwudziestu, a ja nadal nie mogłam się uwolnić od tych bolesnych myśli. Każdego dnia bombardowały mnie, jakbym nadal żyła w tym patologicznym domu. Wydawało mi się, że już nigdy się od tego nie uwolnię, a całe moje życie będzie jedną wielką bezsilną udręką.

Traumę w naszym domu przekazywało się z pokolenia na pokolenie. Moja matka od małego była bita przez swojego ojca dosłownie za wszystko. Za to, że zapomniała nakarmić kur, choć miała zaledwie sześć lat; za to, że wypiła odrobinę ciepłego, świeżo wydojonego mleka z kanki, którą niosła od sąsiadki, która miała krowy; za to, że zaczęła dojrzewać, a jej ciało nabierało kobiecych kształtów, co wzbudzało w nim zgorszenie. Była bita za wszystko i za nic. Ale czy to ją tłumaczy? I tak, i nie. Co nie zmienia faktu, że miałam i mam prawo czuć do niej to, co czuję. Ogromną niechęć.

Moja przyjaciółka Paula zawsze przekonywała mnie, że powinnam w siebie uwierzyć, że wszystko jeszcze się ułoży, ale nienawidziłam, kiedy tak mówiła. To nie było takie łatwe, kiedy od dziecka słyszało się, jakim jest się ciężarem, jaka jesteś głupia, nieogarnięta, że ryczysz jak beksa i nie umiesz się zachować jak grzeczna dziewczynka. No bo przecież jak jesteś dziewczynką, to musisz być chodzącym ideałem, który nie wychyla się przed szereg i pokornie skłania głowę, przepraszając, że w ogóle istnieje. Nie złość się, bo złość piękności szkodzi. Udawaj głupią przy chłopcach i śmiej się z ich żartów, nawet jeśli są żałosne, tylko po to, abyś była dla nich wystarczająco atrakcyjna. Ubieraj się tak, aby podkreślić figurę, ale jak ktoś cię skrzywdzi, to przecież twoja wina, bo prowokowałaś. Maluj się, aby uwydatnić swoje atuty, bo przecież tylko niechlujne dziewczęta się nie malują, ale jednocześnie nie oszukuj, więc trzeba cię wziąć na pierwszą randkę na basen.

Kiedy zapytasz mężczyzny, czego boi się najbardziej na pierwszej randce, odpowie, że tego, iż okażesz się gruba i brzydka, a co odpowiadają kobiety? Obawiają się, że mężczyzna okaże się seryjnym gwałcicielem albo mordercą. To wiele mówi o naszym społeczeństwie, czyż nie? Więc latami budujesz swój fałszywy obraz siebie, którego sama nienawidzisz, ale tę wersję ciebie wielbi twój wybranek. Dałaś się oszukać w procesie socjalizacji, a teraz oszukujesz innych, udając kogoś innego. Pchasz się w ten sposób w odmęty destrukcji i samonienawiści. Prowadzisz życie kreacji, jaką stworzyłaś, a która ani trochę nie przypomina autentycznej ciebie. Szkoda, bo wiele na tym tracisz.

A jak już masz tego jedynego, to pamiętaj, że teraz konieczny jest ślub z pompą i dziecko, najlepiej całą ich gromadkę. Bo przecież kobieta bez dzieci jest jak nieurodzajna jabłonka. Takie należy wycinać. Ile było we mnie złości na ten świat, na życie… Ale musiałam być silna. Dla Laury. Mojego największego skarbu. I kogoś, kto trzymał mnie przy życiu.

Zamknęłam swój dziennik z uroczym kucykiem Pony na okładce, a dokładnie z różową Pinkie Pie, i schowałam go do torebki. Pisanie pomagało mi w radzeniu sobie z emocjami i trudnościami życia codziennego. Czasami miałam ochotę go przeczytać, ale ostatecznie nigdy nie wróciłam do żadnego z moich wpisów. Bałam się ich. Bałam się, że poczuję przerażenie spowodowane tym, co się tam znajduje, że mój obraz siebie jako silnej i zaradnej pęknie bezpowrotnie, a ja zanurzę się w ziejących odmętach mojego umysłu. Nie miałam na to siły. Za dużo złego już przeżyłam i więcej nie zniosę.

Czasami zastanawiałam się, jak to możliwe, że dzieci popełniają te same błędy co rodzice. Kiedyś czytałam książkę, która mówiła o powtarzanych schematach, wyuczonych za dziecka. Mimo że wychowałaś się w patologii, która cię przerażała, w dorosłym życiu lgnęłaś do tego samego, bo wyczuwałaś jak hiena zapach padliny drugą osobę, która idealnie wypełniała pustkę po patologicznym puzzlu w znanej ci dobrze układance. Była jednocześnie straszna, ale dobrze wiedziałaś, jak się w niej poruszać.

Tym puzzlem była rzekoma druga połówka. W twoich oczach mieniła się jak diament, który wystarczy porządnie oszlifować swoją miłością. Żyć razem długo i szczęśliwie. Sranie w banie! W tę bajeczkę uwierzyło całe pokolenie dziewczynek. Teraz niszczą sobie życie z nieodpowiednimi facetami, którzy mieli być książętami na białym koniu, a okazywali się zwykłą hołotą.

Działało to też w drugą stronę. Mężczyźni również poszukiwali diamentów, ładując się w toksyczne relacje, które tylko wzmacniały ich ukryte schematy. A później wybrzmiewało dobrze nam znane „wszystkie baby są takie same”. Każdy w tej układance był poszkodowany.

Pamięć regularnie podrzucała mi moment z życia, kiedy leżałam skulona między oparciem wersalki a ścianą, drżąc na całym ciele. Mimo emocji, jakie mi towarzyszyły, nie byłam w stanie płakać. Zresztą moja matka nie akceptowała płaczu, karała mnie za niego. Dzięki niej nauczyłam się wstrzymywać oddech, aż do momentu kiedy łzy odchodziły, a ja sapiąc, próbowałam zachłysnąć się na nowo powietrzem. Wtedy czułam ulgę, bo udało mi się uniknąć jej gniewu.

Tym razem próbowałam uniknąć ekspansji złości partnera, udając że mnie nie ma, że nie istnieję. Ojciec bił mamę, a Tomek robił to samo ze mną. Mimo wszystko kochałam go i wierzyłam, że go zmienię, że przy mnie stanie się lepszy, bo przecież kto się czubi, ten się lubi. Żałosne. Zupełnie niepotrzebnie hodowałam w sobie tę nadzieję. Choć nie wiadomo, co by było, gdyby nadal żył. Gdyby był z nami. Często wracałam pamięcią do chwili, gdy w przerażeniu siedziałam za wersalką, a w brzuchu biło już serduszko mojej córeczki. Każda awantura wywoływała strach o nią, o jej zdrowie, życie… To ona teraz była na pierwszym miejscu, nie Tomek, nie mama. W moich oczach ja sama nigdy nie plasowałam się nawet na podium. Może dlatego okres ciąży był taki ciężki. Uwolniłam się od toksycznego domu, wpadając w kolejną patologię, nadal nie odnajdując siebie, a w zasadzie oddalając się od prawdy coraz bardziej.

Gdy dowiedziałam się o ciąży, byłam przerażona. Oczywiście nie planowaliśmy jej. Doskonale pamiętałam moment, kiedy na teście pojawiły się dwie kreski. Na początku ogromna rozpacz i żal, złość na siebie za brak odpowiedzialności i strach – co dalej? Ciąża była koszmarem, mój stan psychiczny znacznie się pogorszył. Okropnie schudłam. Wyglądałam jak szkielet z przyczepioną piłką lekarską do brzucha.

W końcu urodziłam córkę przez cesarskie cięcie. W ósmym miesiącu ciąży. Obawiałam się chwili, kiedy pierwszy raz ją zobaczę, co poczuję, czy stanie się magia, o której tak wiele mówili, ale nic podobnego się nie wydarzyło.

Początkowo nie potrafiłam jej pokochać, opieka nad nią była udręką, ale z czasem, kiedy zaczęła rosnąć, uśmiechać się, wypowiadać niewyraźne „mama” i spoglądać na mnie jak nikt inny wcześniej, z tą bezgraniczną miłością, coś się zmieniło, coś pękło, moje serce otworzyło się. Pokochałam ją bezwarunkowo, choć opieka nad nią nie była łatwa, a stany depresyjne zaczęły pojawiać się jeszcze częściej, z tą różnicą, że tym razem musiałam jeszcze bardziej udawać, że wszystko jest okej. Dla niej. Nie dla siebie. Bo we mnie rodziła się coraz większa pustka, która na chwilę się rozpraszała, kiedy patrzyłam w oczy tej uroczej drobnej istotki. Ale to nigdy nie było wystarczające, żeby przegonić na zawsze ciemne chmury, które od dziecka się nade mną kłębiły i uporczywie nie chciały się rozejść, przepuszczając choćby jeden promyczek nadziei.

Cóż za ironia, co nie? Moja matka dała mi na imię właśnie Nadzieja, licząc że przyniesie mi to dobre życie. Kpina. Wyobraźcie sobie, jakim byłam pośmiewiskiem. Może rzeczywiście wiele nie różniłam się od niej, dając własnemu dziecku imię po ukochanej kotce. Choć nie chciałam być jak matka, to tak bardzo ją przypominałam.

Co do Laury – na szczęście nie zaznała przemocy od swojego ojca. Była za mała, aby to pamiętać. Choć podobno nawet u tak drobnej istoty różne traumatyczne wydarzenia zapisują się w podświadomości. Oby nie. Na wiadomość o ciąży Tomek zareagował szerokim uśmiechem. Pomyślałam, że dam radę pomimo młodego wieku, a moje życie i związek w końcu będą szczęśliwe. Liczyłam jak głupia, że dziecko go zmieni, codzienność w końcu stanie się istną sielanką jak z bajek Disneya.

Niestety po narodzinach Laury on stał się jeszcze gorszy. Nie interesował się nią, a tym bardziej mną. Rzucał marne ochłapy na nasze utrzymanie. Aczkolwiek nie trwało to długo, bo kiedy córka miała dziewięć miesięcy, Tomek zginął pod kołami samochodu. Oczywiście był pijany. Co wtedy poczułam? Przyznam, że do tej pory wyrzucałam sobie te emocje, choć przecież przyszły naturalnie, jako pierwsza reakcja. Poczułam ulgę… znowu… Taką samą, kiedy umarł mój ojciec. Wracało to do mnie jak bumerang i wywoływało poczucie winy.

Choć starałam się jak mogłam, by nie popełniać błędów rodziców, nie zawsze mi się to udawało. Byłam tego świadoma. Za każdym razem, gdy wrzasnęłam na córkę, czułam, jak piekące wyrzuty sumienia zalewają moje ciało i umysł.

I ten głos w głowie: _Jesteś jak ona!_

Nie! Nie byłam. Przynajmniej miałam taką nadzieję.Laura

Nie miałam ochoty wracać do domu. Włóczyłam się po pobliskim lesie i chłonęłam ostatnie promyki słońca. Uwielbiałam lato. Nadeszła końcówka wakacji, a za kilka dni miałam wrócić do szkoły. Do ósmej klasy. Na samą myśl o tym robiło mi się słabo. Nie uśmiechało mi się tam wracać, bo nie byłam szkolną gwiazdą. Wręcz przeciwnie.

Balansowałam po cienkiej linie między byciem totalnie niewidzialną albo widzialną aż za bardzo, i to w złym tego słowa znaczeniu. Zawsze byłam spokojną osobą, a jak wiadomo, ciche i spokojne to idealny cel dla tych silnych i terytorialnych. Takie jak ja stawały się łatwym łupem. Łatwo je poniżyć – nie obronią się. Zrobić głupi żart, bo będzie śmiesznie, a przecież się nie zezłoszczą. Na pewno nie publicznie. Prędzej gniew przerzucą na samą siebie w zaciszu własnego pokoju. Jeszcze będzie się głupio uśmiechać, udając, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, żeby zachować w swojej głowie złudną kontrolę ze strachu przed tym, że jeśli obnaży jej brak, to ulegnie autodestrukcji. To ciągłe wypieranie i budowanie fałszywego obrazu rzeczywistości męczyło mnie, ale nie potrafiłam inaczej. Musiałam się bronić, a tylko taka obrona mi pozostała. Taka właśnie byłam.

– Gdzie tak lecisz? – krzyknęła za mną Lena, wytrącając mnie z rozmyślań, w które tak bardzo lubiłam odpływać.

– To co się tak wleczesz? – ponagliłam ją.

– A gdzie ci się spieszy?

Nie odpowiedziałam, ale spowolniłam kroku. Przez chwilę szłyśmy bez słowa. Lena była moją jedyną przyjaciółką. Poznałyśmy się w pierwszej klasie podstawówki i od tamtej pory byłyśmy nierozłączne. To ona często stawała w mojej obronie, bo sama nie potrafiłam tego zrobić. Tak naprawdę czułam, że zasługiwałam na to złe traktowanie. Jakby rządził mną jakiś patologiczny impuls potrzeby bycia ukaraną, więc ciągle czekałam na tę karę i przyjmowałam ją z pokorą. _Najwidoczniej tak miało być_ – tłumaczyłam to sobie. Taki był świat. Byli lepsi i gorsi. A ja należałam do tych drugich.

– Idziesz na ognisko na zakończenie wakacji? – Lena ponownie przerwała panującą ciszę.

– Nie wiem.

– Ale chcesz w ogóle iść?

– Sama nie wiem.

Wiłam się w poczuciu niezręczności. Tak naprawdę dobrze wiedziałam, ale nie byłam pewna, jak na to będzie się zapatrywać moja mama. Zawsze bardzo się o mnie bała, choć mimo wszystko dawała mi dużo luzu. Problem był w tym, że to ja tak bardzo nie chciałam jej sprawiać problemu, że zazwyczaj rezygnowałam z tego, czego pragnęłam najbardziej. Nie chciałam, żeby się o mnie martwiła. Nie chciałam jej dokładać smutków. Miała ich wystarczająco dużo.

Mama ponownie miała swój słabszy okres, choć usilnie roztaczała wokół siebie iluzję, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, ale mnie nie mogła oszukać. Nie lubiłam tych momentów, bo znowu pozostawałam zupełnie sama, niewidzialna dla jej pustych oczu. Każdego dnia rozmijałyśmy się, jakbyśmy żyły w dwóch różnych światach. Tak blisko, a jednocześnie tak daleko, jakby w innych galaktykach, które tylko czasami się przenikały, choć bardzo powierzchownie. Nawet nie próbowałam wejść do jej świata, bo po prostu mnie przerażał. Wydawał się zbyt mroczny. W tych momentach zawsze chodziła struta, smutna, szybko się złościła i wyładowywała swoją frustrację na mnie czy na swoim partnerze Adrianie. Nienawidziłam jej za to, jak mnie wtedy traktowała. Zimna i niedostępna. Zła. Ostatecznie później zawsze płakała, przepraszała mnie i przynosiła ulubione ciastka holenderskie, które razem roztapiałyśmy nad parującą herbatą. To był nasz zwyczaj i sposób na rozładowanie negatywnych emocji. Cała złość i napięcie pryskały jak mydlana bańka, zastępował je śmiech. Na początku niezręczny, później coraz bardziej swobodny, choć nadal z przeszywającą iskrą, która mogła w każdej chwili wzniecić płomień.

– To zastanów się, czy chcesz, czy nie. Ja idę – odpowiedziała, starając się ukryć złość na mnie.

Byłyśmy dwoma przeciwieństwami. Ona przebojowa i zdecydowana, a ja spokojna i totalnie niezdecydowana.

– Okej, dam znać. Pogadam z mamą – obiecałam i wyciągnęłam na wierzch uśmiech numer dwa, czyli „daj mi święty spokój”_._

– No dobra, to do jutra. – Ucałowała mnie w policzek na pożegnanie.

– Do jutra.

Weszłam do domu. W drzwiach powitała mnie moja kochana kotka Mimi. Jej rude, krótkie, ale puchate futerko lśniło w promieniach zachodzącego słońca, które przebijały się przez okna salonu. Wzięłam ją na ręce i przytuliłam, chłonąc hipnotyzujący zapach świeżo wylizanej sierści. Ten aromat automatycznie wzbudzał spokój i rozluźniał ciało. To była moja mała ostoja, która jako jedyna mnie w pełni akceptowała i kochała, okazując to każdego dnia.

Zrzuciłam buty i położyłam się z nią na łóżku. Zamknęłam oczy, wsłuchując się w jej mruczenie. To również działało na mnie bardzo uspokajająco.

– Nawet się nie przywitasz?

Jak zwykle weszła bez pukania do mojego pokoju.

– Mamo, pukaj, proszę cię! – wściekłam się, choć wiedziałam, że na marne. Tyle razy ją o to prosiłam, że już straciłam nadzieję na poprawę.

– Zapomniałam. Wybacz.

Uśmiechnęła się przepraszająco, jednocześnie kładąc dłoń na grzbiecie Mimi. To była zazwyczaj nasza najbliższa forma kontaktu cielesnego – za pośrednictwem kota. Można by powiedzieć, że na kanapkę, bo między realnym dotknięciem naszych ciał znajdowało się mięciutkie rude futerko i trzecie serce.

– Mamo… – zaczęłam cicho i niepewnie.

– Tak?

– W sobotę jest ognisko na zakończenie wakacji. Będzie Lena. – Czułam, jak moje policzki zalewają się purpurą. Głos stawał się coraz słabszy.

– I chciałabyś pójść, tak? – Na jej twarzy pojawił się zadziorny uśmieszek, który usilnie próbowała ukryć.

– Noo… nie że bardzo, ale chociaż na chwilę.

– O której to ognisko?

– O dziewiętnastej. – Gromadzący się we mnie stres spowodował, że byłam już gotowa odpuścić.

– Późno… czyli o której byś była w domu?

– A do której bym mogła? – zapytałam niepewnie.

Westchnęła przeciągle i pokręciła głową.

– Do dwudziestej trzeciej maksymalnie. I masz być pod telefonem.

Na twarz wypłynął mi szeroki uśmiech, choć nadal czułam się niezręcznie. Poczułam ulgę połączoną z ogromnym napięciem. Te rozmowy kosztowały mnie mnóstwo stresu i energii, tak naprawdę czułam, że robię coś źle, że ją zawodzę.

– Chodź jeść – rzuciła i wyszła z pokoju, zostawiając mnie samą z kotką.

Mimo ulgi napięcie wyżerało moją klatkę piersiową, a ramiona usztywniły się boleśnie, przez co wyglądałam jak druciany wieszak. Głośno wypuściłam powietrze i poszłam za mamą do kuchni. Chwile niepokojącej niezręczności miały towarzyszyć nam jeszcze przez kilka najbliższych dni. Dopóki nie wrócę z ogniska, a zapewne i jeden dzień dłużej.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij