Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Nadzieja. Słowa na pożegnanie - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 marca 2026
3987 pkt
punktów Virtualo

Nadzieja. Słowa na pożegnanie - ebook

Chciałbym wam powiedzieć jeszcze jedno: walczcie o siebie, nie dajcie się wdeptać kryzysom beznadziejności, chwilowej ciemności, walczcie o czyste sumienie i nigdy nie myślcie, że Bóg jest przeciwko wam.

Ksiądz Jan Kaczkowski wiedział, jak trudno odnaleźć sens i nadzieję w cierpieniu, a jednak głęboko wierzył, że należy ich szukać zawsze i za wszelką cenę. Zachęcał do odwagi, uczciwości wobec siebie i zaufania Bogu, pokazując, że z najciemniejszych historii można wyjść mądrzejszym i bardziej ludzkim. To poruszająca opowieść o nadziei, która nie jest naiwna, lecz konieczna.

Pamięci ks. Jana Kaczkowskiego w 10 rocznicę śmierci

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Wiara i religia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-277-5062-4
Rozmiar pliku: 7,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRZYZWOITOŚĆ

Często ludzie mówią: nikogo nie okradłem, nikogo nie zabiłem, jestem w porządku. Rzeczywiście trudno jest być przyzwoitym współcześnie. Ale czy zwykła przyzwoitość nam, wierzącym, powinna wystarczyć? Wydaje się, że jesteśmy wezwani do przyzwoitości z plusem. Co zrobiliśmy ponad zwykłą przyzwoitość?

To jest wysiłek: być na tyle eleganckim, żeby nawet w złości, kiedy ktoś nas obrazi, nie odwdzięczać się tym samym. Ale odpowiedzmy sobie na pytanie: dlaczego warto? Wszystkie kłopoty, przeciwności powinniśmy traktować jako wyzwanie. Mogę kimś pogardzić, ale co to zbuduje? Zbuduje jego? Mnie? Wydaje mi się czymś przepięknym, pociągającym to, że każdy ma szansę życiem napisać swoją Ewangelię. Wtedy, kiedy nienawidzę, kiedy pogardzam innym, wkładam kolejne ciężary na ramiona Zbawiciela, który już dźwiga niemało.

Nie da się być byłym człowiekiem, dokładnie tak samo, jak się nie da być podczłowiekiem. Wiedzą państwo przecież, czym to pachnie. Dopracowalibyśmy się społeczeństwa czystych, zarabiających, pięknych i tych, którzy spełniają kryteria.

Wzruszająca historia Józefa sprzedanego przez braci pokazuje, że człowiek ma w sobie pokłady wielkości. On im przebaczył. To znaczy, że człowiek jest w stanie przekroczyć siebie. Zadziwiać swoją szlachetnością.

Ani prawdą, ani przykazaniami, ani krzyżem, nawet w najlepszych intencjach, nie można nikogo chłostać. Ludzie mają prawo nie rozumieć Kościoła. Nawet im się poniekąd nie dziwię. Ale to ja mam być czytelnym znakiem, to ja mam im coś pokazywać, a nie wstrząsać i pouczać. Nie tędy droga.

Lubimy nadużywać słowa „tragedia”, gdy byle co nam się przydarzy. Jesteśmy otoczeni najbliższymi, którzy nas kochają, i robimy tragedię z głupiego nowotworu. W _Człowieku w poszukiwaniu sensu_ jest takie zdanie: „Człowiek na własne cierpienie musi zasłużyć”. Początkowo strasznie się na to stwierdzenie wściekałem, bo ono mi wyglądało cierpiętniczo. Pojąłem, o co chodzi, dopiero gdy odczytałem je w kontekście życia Frankla. Skoro on i wielu jemu podobnych tak godnie przeszło przez koszmar Holokaustu, to my, chorzy, możemy przejść godnie przez chorobę. Musimy tak się wyćwiczyć, żeby najtrudniejsza próba, gdy przyjdzie, nie zmiażdżyła nas. I to jest to „zasługiwanie na cierpienie”.

Ważne są stale ponawiane pytania do samego siebie – o przyzwoitość. Czy jest coś, za co można kupić moją uczciwość? Czy jestem wierny swoim wyborom? Czy łamię swoje sumienie? Czy usprawiedliwiam swoje rozmaite świnstewka? Czy jestem zadufanym katolikiem, który uważa, że tylko to, co katolickie, jest prawe? Czy podeptałem czyjąś godność? Czy cudze cierpienie mnie obchodzi?

Nie jesteśmy w stanie uchronić ludzi przed popełnianiem błędów, a świata przed złem. W Piśmie Świętym świat i Ewangelia zwykle pozostają ze sobą w kontrze. Ale jednak w jednym momencie Ewangelia świętego Jana patrzy na świat pozytywnie. „Chrystus nie przyszedł na świat, aby go potępić, ale żeby świat był przez Niego zbawiony” (J 3,17). Jesteśmy częścią tego świata, dlatego nie stawiajmy się w kontrze do niego.

Im bardziej jesteśmy autentyczni, tym bardziej jesteśmy swobodni. Natomiast pewna sztywność w postawie i w myśleniu, która jest zarzucana katolikom, może wynikać z tego, że oni sami są po prostu nie do końca przekonani do tego, co robią. Ktoś, kto czuje się dobrze na swoim miejscu, potrafi wyjść z konwencji. Nie mówię o rozmienianiu się na drobne i odrywaniu od korzeni, ale o takim wzroście, który pozwala sięgać naprawdę daleko.

Jednocześnie nie ma tu miejsca na żadne zgniłe kompromisy moralne. Jak zachować nieskazitelność gołębia i roztropność węża? Roztropność nie może doprowadzić do kompromisu moralnego, a nieskazitelność nie może doprowadzić nas do purytanizmu, przez który przestaniemy być skuteczni.

Po to mamy sumienie, żeby się nim kierować, kiedy musimy stąpać po cienkim lodzie. A musimy robić to stosunkowo często, po­nieważ w wierze jesteśmy wezwani do ryzyka.

Mamy trzy rodzaje godności: godność osobową, godność osobistą i godność osobowościową. Godność osobowa jest niezbywalna. Odnosi się ona do samego tylko faktu, że ktoś jest człowiekiem.

Godność osobista to ta, którą wypracowaliśmy sobie przez całe życie. Można ją przekreślić jednym ruchem, na przykład uznany publicysta katolicki jedzie samochodem po pijaku.

Godność osobowościową sami sobie przyznajemy, kiedy patrzymy w lustro i widzimy siebie jako przyzwoitego człowieka. To poczucie własnej godności też możemy bardzo łatwo stracić. A więc dwie ostatnie godności nie są niezbywalne. Zawsze istnieje ryzyko, że w ramach tych dwóch kategorii w jakimś sensie się odczłowieczymy przez jakiś niegodziwy czyn.

Oddzielajmy zawsze grzech od grzesznika. Nie potępiajmy grzesznika, potępiajmy czyn.

Staram się stawiać sobie granice, stale przypominać, że nie znam się na wszystkim, że wszystko, co mówię na tematy inne niż hospicjum i moja choroba, to tylko zwykłe impresje, które podlegają krytyce i mogą być kwestionowane.

Jest taka cała grupa osób publicznych, które promują się poprzez swój katolicyzm, jak aktorzy, dziennikarze czy piosenkarze, którzy się nawrócili. Kiedy stają się nachalni z autoprezentacją jako chrześcijanie, drażnią mnie. Od wiary nie odcina się kuponów.

Benedykt XVI przypomniał nam, że jesteśmy tylko depozytariuszami ewangelicznego skarbu, który nosimy w glinianych naczyniach. Mamy prawo i obowiązek szukać nowych sposobów dotarcia, wyrazu, komunikacji, ale po nas przecież ktoś to będzie musiał przejąć, udźwignąć i lepiej podać, aby było to strawne i zrozumiałe. Skoro cały czas mówimy o godności, to ciągłe ocenianie innych byłoby tego zaprzeczeniem. To, że coś mi „się wydaje”, może okazać się zupełnie subiektywnym poglądem. Cała prawda odsłoni się na Bożym sądzie.

Czy jest możliwe, aby się nie bać i żyć? Oceniam, że jest to możliwe, przynajmniej sądząc po sobie. Wydaje mi się, że w rzeczywistości pełnej zagrożeń osiągnąłem pewien poziom wolności od strachu. Walczę ze strachem w szczególny sposób od chwili, kiedy przyszła ta moja choroba. (…) Strach nas nie buduje. Życie samymi obawami nie ma więc sensu. Przecież i tak w życiu każdego z nas nadejdzie jakiś trudny moment. Jest to wpisane w nasz los: chwile pełne piękna, dla którego brakuje słów, i chwile cierpienia, w obliczu którego można tylko milczeć. Kiedy przyjdą problemy, wtedy trzeba będzie wysoko podnieść głowę i stawić im czoło. Człowiek ma do tego dość sił. Pan Bóg nie daje nam zadań, których nie potrafilibyśmy unieść. Z trudnych historii na ogół ­wychodzimy mocniejsi, mądrzejsi.

Czym człowiek różni się od białka? Czasem zadaję sobie to pytanie. Miewam wątpliwości – patrzę na siebie i myślę: może to tylko białko, może to tylko ubranko? Rzadko kiedy jednak definiujemy siebie jako najwyższą formę inteligencji białka. To, co nas od reszty białek odróżnia, to sumienie. Wszyscy je mamy.

Z filozoficznego punktu widzenia nie istnieje możliwość, by godność człowieka, niezależnie od okoliczności, uległa degradacji na niższy poziom, na przykład zwierzęcia czy rośliny. Z tego powodu jestem przeciwnikiem określania czyjegoś położenia jako „warzywa” i jego stanu jako „wegetatywnego”, ponieważ w ten sposób dopuszczamy się na poziomie języka uprzedmiotowienia człowieka.

Jak ktoś mi mówi, że dla dobra narodu trzeba poświęcić jednostkę, to ja cały chodzę. Jak mi ktoś wmawia, że pewni ludzie są mniej wartościowi, jak katolik przyznaje, że jest antysemitą albo rasistą, to we mnie się wszystko burzy. Katolik nie może być anty drugi człowiek, zwłaszcza kiedy ten drugi jest słaby, chory.

_Pacta sunt servanda_. Umów trzeba dotrzymywać. Do tego wcale nie trzeba być wierzącym, wystarczy być przyzwoitym.

My, księża, czasem mamy problem z przedstawieniem wam czy oświetleniem nauki Kościoła. Ogromną wagę przywiązujemy choćby do purytańskości seksualnej, a już nie jesteśmy wcale tak jednoznaczni, jeżeli chodzi na przykład o ekonomię: płacenie podatków, wynagradzanie pracowników itp.

Tak to już w życiu jest – jednego trzeba pilnować, drugie wzmacniać. Wykonywać pracę nad sobą na wielu polach. Nie na każdym się będzie idealnym, choć należy do tego dążyć.

Pycha jest wtedy, kiedy naprawdę uznajemy, że zawsze i bezwzględnie mamy rację. A pewność siebie to pycha podzielona przez dwa. Nie odbiera nam chęci działania, refleksji nad sobą, chęci pracowania nad słabszymi stronami naszego charakteru.

Walka na ugorze własnego sumienia to sport, który każe się spocić. Daje też ogromną satysfakcję, gdy zdamy sobie sprawę, czego udało nam się nie schrzanić.

Dla ratowania dusz musimy ryzykować. Chodząc po cienkim lodzie, możemy wpaść pod jego taflę, a już z pewnością nieraz zmoczymy cholewę. Musimy ryzykować także swoje życie. To nie jest poszukiwanie męczeństwa, ale gotowość na nie, jeśli okaże się
konieczne.

Moje podejście do życia wywodzi się z chrześcijańskiego personalizmu, który wyraża się w przekonaniu, że żadną osobą nie wolno posłużyć się przedmiotowo. Każda osoba przez sam fakt bycia osobą, nieważne: przed narodzeniem, śmiertelnie chora czy w stanie agonii – jest podmiotem naszych działań.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij