Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Nagonka - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
16 marca 2026
32,99
3299 pkt
punktów Virtualo

Nagonka - ebook

W świecie zawieszonym między światłem a cieniem przetrwają tylko wybrani

Mrokowica skrywa wiele sekretów… i niebezpieczeństw. Przekonuje się o tym Kasper, młody syn bartnika, który zupełnie niespodziewanie trafia do tego świata pełnego magii, tajemnic i słowiańskich bóstw. By wypełnić misję, która została mu przeznaczona, wyrusza na wędrówkę przez mroczne lasy i zdradliwe trakty, gdzie czyhają legendarne istoty.

Południce, Leszy czy Licho to jednak nie jedyne zagrożenia, z jakimi musi się zmierzyć. Między Polvanią, Radanem i Veskorią, trzema potężnymi królestwami, narasta napięcie, a Kasper zostaje rzucony w sam środek konfliktu. Widmo wojny zbliża się nieubłaganie, podczas gdy on próbuje okiełznać budzącą się w jego wnętrzu moc.

Jeśli nad nią zapanuje, być może uda mu się ocalić krainy przed zagładą.

Jeżeli nie – mityczny świat wkrótce spłynie krwią.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-325-2
Rozmiar pliku: 908 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZ­DZIAŁ I

Przej­ście

Mgła snu­ła się ni­sko, jak­by zie­mia wy­dy­cha­ła pa­rę po noc­nym desz­czu. Pach­nia­ło wil­go­cią, gni­ją­cy­mi li­ść­mi i ży­wi­cą. Gdzieś w od­da­li za­gwiz­da­ła sój­ka, lecz na­wet ona uci­chła, jak­by coś ka­za­ło jej za­milk­nąć. Słoń­ce do­pie­ro się prze­bi­ło przez gę­stą war­stwę chmur i ko­ron drzew. To był dziw­ny świt – świt, któ­ry nie przy­no­sił obiet­ni­cy dnia, lecz ra­czej ostrze­że­nie.

Wo­je­wo­da Mi­chał mil­czał, spo­glą­da­jąc spod kap­tu­ra na roz­cią­ga­ją­cy się przed ni­mi las. Był twar­dym czło­wie­kiem – wię­cej w nim by­ło że­la­za niż drew­na – lecz na­wet on czuł nie­po­kój. Przez ca­łe ży­cie wziął udział w wie­lu po­lo­wa­niach, wy­pra­wach i woj­nach, ale te­go ran­ka coś wi­sia­ło w po­wie­trzu. Coś, cze­go nie da­ło się okre­ślić sło­wa­mi, lecz każ­dy w dru­ży­nie to czuł.

Za nim szło dwu­na­stu męż­czyzn, w tym kil­ku zna­ko­mi­tych tro­pi­cie­li. Był wśród nich Ka­sper, naj­młod­szy z ca­łej gru­py. Mi­mo że był sy­nem bart­ni­ka, a nie wo­jow­ni­ka, rę­kę do ku­szy miał tak pew­ną, że na­wet star­si wo­jo­wie przy­glą­da­li się je­go do­ko­na­niom z sza­cun­kiem. Chło­pak mógł mieć osiem­na­ście lat, mo­że dzie­więt­na­ście – nikt nie był pe­wien, na­wet on sam. Ale oczy miał zbyt po­waż­ne jak na ko­goś, kto jesz­cze rok te­mu ga­niał za li­sa­mi po le­sie.

Obok nie­go szedł Jan – sil­ny, szcze­ry, z twa­rzą, któ­rą lu­dzie lu­bi­li. Był star­szy o kil­ka lat i przy­jaź­ni­li się od dziec­ka, lecz Ka­sper trak­to­wał go jak star­sze­go bra­ta, choć wię­zów krwi mię­dzy ni­mi nie by­ło. Jan na­uczył go wszyst­kie­go: jak na­cią­gać cię­ci­wę, jak czy­tać zna­ki na ko­rze, jak nie dać się zwieść echu w do­li­nie.

– Coś tu nie gra – mruk­nął Jan, uno­sząc brew. – Las jest zbyt ci­chy.

– Mo­że to przez wil­ki? – od­po­wie­dział Ka­sper, choć sam w to nie wie­rzył. – Al­bo bu­rzę, któ­ra ma przyjść?

– Bu­rze nie spra­wia­ją, że las trzy­ma ję­zyk za zę­ba­mi – od­parł Jan i ru­szył da­lej, omia­ta­jąc wzro­kiem za­ro­śla.

Po­lo­wa­nie mia­ło kon­kret­ny cel. Tro­pi­li chma­rę je­le­ni, któ­ra od ty­go­dni uni­ka­ła si­deł i strzał. Mó­wio­no o jed­nym szcze­gól­nym by­ku – ogrom­nym, z po­ro­żem jak drze­wo, szyb­kim i nie­moż­li­wym do upo­lo­wa­nia. Wo­je­wo­da Mi­chał zwo­łał naj­lep­szych my­śli­wych, by wspól­nie od­strze­lić zwie­rzy­nę.

Za­trzy­ma­li się w pół­ko­lu, przy­go­to­wu­jąc się do oto­cze­nia zwie­rzy­ny. Psy zo­sta­ły spusz­czo­ne. Ich szcze­ka­nie prze­rwa­ło ci­szę, jak ka­mień rzu­co­ny w nie­ru­cho­mą wo­dę. Za­czę­ło się za­mie­sza­nie. Li­ście za­szu­mia­ły, za­ro­śla za­drża­ły. Z da­le­ka do­bie­gły ich od­gło­sy roz­cho­dzą­cej się chma­ry je­le­ni.

– Na po­zy­cje! – za­wo­łał Mi­chał.

Roz­po­czę­ło się po­lo­wa­nie.

Strza­ły śmi­ga­ły w po­wie­trzu. Psy uja­da­ły, je­le­nie zry­wa­ły się do uciecz­ki. Kil­ku my­śli­wych tra­fi­ło. Je­den byk padł. Ktoś za­klął, gdy zwierz roz­pruł mu udo po­ro­żem. Jan i Ka­sper prze­miesz­cza­li się ostroż­nie mię­dzy drze­wa­mi, sta­ra­jąc się nie zgu­bić tro­pu.

Wtem coś się zmie­ni­ło.

Mgła zgęst­nia­ła. Las ucichł. Dźwię­ki, któ­re jesz­cze chwi­lę te­mu by­ły tak wy­raź­ne – świ­sty, strzał, szcze­ka­nie, krzy­ki – od­pły­nę­ły. Ka­sper ro­zej­rzał się. Był sam. Nie wie­dział, kie­dy stra­cił z oczu Ja­na. Je­go rę­ka in­stynk­tow­nie za­ci­snę­ła się moc­niej na ku­szy.

Wte­dy go zo­ba­czył.

Na skra­ju po­la­ny, gdzie do­tąd by­ła tyl­ko mgła i za­ro­śla, stał je­leń, ale nie zwy­czaj­ny.

Był ol­brzy­mi. Je­go syl­wet­ka zda­wa­ła się nie­re­al­na, jak­by stwo­rzo­na z dy­mu i świa­tła. Sierść miał bia­łą ni­czym pierw­szy śnieg, po­ro­że zaś ogrom­ne i roz­ło­ży­ste jak ko­ro­na sta­re­go dę­bu. Opla­ta­ły je po­ro­sty i mech, zda­wa­ło się, że nie­sie na so­bie ca­ły las. Je­go oczy lśni­ły bursz­ty­no­wo. Spoj­rze­nie miał głę­bo­kie, zbyt mą­dre jak na zwie­rzę. Gdy prze­niósł wzrok na Ka­spra, chło­pak po­czuł, że coś się w nim za­trzy­ma­ło.

Czas prze­stał pły­nąć.

Wszyst­ko za­mil­kło – li­ście, pta­ki, na­wet je­go od­dech… Rę­ka sa­ma unio­sła ku­szę, lecz… nie strze­lił. Ka­sper za­marł. Coś go po­wstrzy­ma­ło. Ja­kiś głos bez słów, we­wnętrz­ne prze­czu­cie.

To nie by­ło zwy­kłe zwie­rzę. To był znak.

Je­leń zro­bił krok do przo­du, a po­tem ko­lej­ny. Nie ucie­kał, ani nie stra­szył. Szedł pro­sto na Ka­spra, po­wo­li, jak­by ba­dał je­go re­ak­cję…

Ka­sper cof­nął się o krok. Pod je­go no­gą chrup­nę­ła ga­łąz­ka. Je­leń znie­ru­cho­miał, po czym na­gle ru­szył. W peł­nym bie­gu, z gra­cją, z nie­ziem­skim im­pe­tem. Wbiegł pro­sto w nie­go… Zie­mia za­drża­ła, po­wie­trze zgęst­nia­ło, li­ście za­wi­ro­wa­ły wo­kół nich.

Chło­pak zro­bił jesz­cze krok w tył, a wte­dy zie­mia pę­kła. Po­czuł, jak­by sa­ma rze­czy­wi­stość roz­dar­ła się na pół. Pod sto­pa­mi Ka­spra po­ja­wi­ła się ot­chłań – czar­na, bez­den­na. Spa­dał. Nie krzy­czał, bo nie miał po­wie­trza. Ota­cza­ła go tyl­ko ci­sza. By­ła tyl­ko ciem­ność i zim­no.

A po­tem – świa­tło.

Cie­płe, zło­te, pach­ną­ce dy­mem i mio­dem. Czuł je w noz­drzach, na skó­rze. Jak­by ktoś wlał mu do du­szy ogień, ale nie ten, któ­ry pa­rzy, tyl­ko ta­ki, któ­ry pa­mię­ta. Któ­ry le­czy.

*

Ka­sper ock­nął się.

Le­żał na czymś mięk­kim. Je­go cia­ło by­ło cięż­kie, jak­by ktoś przy­wią­zał mu do koń­czyn ka­mie­nie. Otwo­rzył oczy. Su­fit nad nim był wy­ple­cio­ny z ga­łę­zi i po­kry­ty zio­ła­mi. W po­wie­trzu uno­sił się za­pach dy­mu z drew­na igla­ste­go i ja­kie­goś gorz­kie­go na­pa­ru.

– Nie ru­szaj się zbyt gwał­tow­nie. Ziół­ko jesz­cze dzia­ła.

Głos ko­bie­cy był ła­god­ny, ale sta­now­czy.

Obok nie­go sie­dzia­ła doj­rza­ła ko­bie­ta, o oczach ko­lo­ru noc­ne­go je­zio­ra. Wło­sy mia­ła sple­cio­ne w dwa war­ko­cze, a na nich spo­czy­wał wia­nek z ru­ty, ma­cie­rzan­ki i po­krzy­wy. Na szyi mia­ła za­wie­szo­ny amu­let z ko­ści i krze­mie­nia. Po­ło­ży­ła mu chłod­ną dłoń na czo­le. Pach­nia­ła pio­łu­nem i dzie­wan­ną.

– Gdzie… ja je­stem, kim ty je­steś? – wy­krztu­sił.

– Je­stem An­na, je­ste­śmy w Do­li­nie Zmien­nych Wód – od­po­wie­dzia­ła spo­koj­nie. – Po dru­giej stro­nie. Po­za two­im świa­tem.

Za­wie­sił na niej spoj­rze­nie, jak­by nie do­wie­rzał.

– Spa­łeś trzy dni. Mam­ro­ta­łeś przez sen. A bia­ły je­leń… – za­wa­ha­ła się. – Je­że­li ci się uka­zał, to nie był przy­pa­dek.

– Co to by­ło? – Ka­sper pró­bo­wał się pod­nieść, ale za­wi­ro­wa­ło mu w gło­wie.

– To nie by­ło „co”. To był ktoś. Bia­ły je­leń to po­sła­niec bo­gów. Po­ja­wia się tyl­ko wte­dy, gdy świat cze­goś po­trze­bu­je. Al­bo ko­goś.

Szep­tu­cha wsta­ła i do­la­ła wo­dy do ko­tła nad ogniem. Z na­czy­nia uno­sił się za­pach igli­wia i mię­ty. W ką­cie izby, przy pniu, obok któ­re­go by­ły roz­sy­pa­ne zio­ła, le­żał pas, a przy nim Ka­spro­wa ku­sza.

– Zo­sta­niesz tu, pó­ki nie na­uczysz się od­dy­chać tym świa­tem – po­wie­dzia­ła. – On jest in­ny. Star­szy. I nie jest ła­ska­wy.

– Nie wie­rzę w ma­gię ani prze­są­dy – po­wie­dział Ka­sper, uno­sząc się na łok­ciach. Ko­bie­ta uśmiech­nę­ła się, ale nie ła­god­nie, ani nie szy­der­czo.

– Ma­gia nie po­trze­bu­je two­jej wia­ry. Ona już cię wy­bra­ła.

Za­pa­dła ci­sza. Ogień trza­skał.

Ka­sper czuł, że coś się w nim ła­mie.

– My, po tej stro­nie, wie­my o was wię­cej, niż wy o nas. Daw­no nikt z wa­sze­go świa­ta nie prze­szedł przez Bra­mę. Ale cza­sem… coś się prze­bi­ja. Mo­że sły­sza­łeś o lu­dziach, któ­rzy wra­ca­li po la­tach, a wy­glą­da­li, jak­by znik­nę­li wczo­raj?

Ka­sper za­marł.

– Mi­chał z May­da­nu. Znik­nął na czter­dzie­ści lat. Wró­cił, wy­glą­da­jąc tak sa­mo. Żo­na, wi­dząc go po ta­kim cza­sie, prze­ra­zi­ła się.

– Bo czas tu pły­nie ina­czej – od­par­ła. – Rok tu­taj to kil­ka­dzie­siąt u was.

Chło­pak nie od­po­wie­dział…

– Jak ci na imię? – za­py­ta­ła.

– Ka­sper z May­da­nu. Syn bart­ni­ka.

– Do­brze, Ka­sprze z May­da­nu. Te­raz po­słu­chaj mnie uważ­nie. Je­śli chcesz prze­żyć, mu­sisz tu zo­stać przez ja­kiś czas – po­wie­dzia­ła An­na, sia­da­jąc przy ogniu. – Nie je­steś go­tów na to, co cze­ka cię za la­sem. Nie tyl­ko przez wła­sną nie­wie­dzę.

Ka­sper wpa­try­wał się w pło­mie­nie. Czuł się jak dziec­ko w opo­wie­ści, któ­rej nie ro­zu­mie.

– Dla­cze­go? Co jest po­za two­ją do­li­ną?

– In­ne ple­mio­na. Lu­dzie, któ­rzy wie­rzą, ale i ta­cy, któ­rzy po­lu­ją na ob­cych, ta­kich jak ty. Dla nich nie tyl­ko je­steś ob­cy, lecz tak­że sta­no­wisz za­gro­że­nie. Two­je przy­by­cie to znak, zwia­stu­ją­cy otwar­cie Bram.

– „Bram”?

An­na spoj­rza­ła na nie­go uważ­nie, jak­by wa­ży­ła, ile mo­że mu po­wie­dzieć.

– Są trzy świa­ty. Ten, z któ­re­go po­cho­dzisz. Nasz, czy­li ten, któ­ry cię przy­jął. Jest też trze­ci, zwa­ny Bez­de­nią. To świat za­po­mnia­ny, pe­łen de­mo­nów, po­two­rów i cie­ni. Daw­niej wszyst­kie trzy świa­ty by­ły po­łą­czo­ne. Po­tem coś je roz­dzie­li­ło, ale Bra­my wciąż ist­nie­ją. Nie­licz­ne. Nie­wi­docz­ne.

– I ja… prze­sze­dłem przez jed­ną z nich?

– Tak. Sko­ro to się sta­ło, zna­czy, że Bra­my za­czy­na­ją się otwie­rać.

Za­pa­dła ci­sza. Ka­sper czuł, jak na­ra­sta w nim nie­po­kój.

– I co mam zro­bić?

– Uczyć się. Słu­chać. Ob­ser­wo­wać. – Jej głos był twar­dy. – Przede wszyst­kim ni­g­dy nie mów, skąd po­cho­dzisz. Na­wet je­śli ktoś bę­dzie cię py­tał, na­wet je­śli uznasz go za przy­ja­cie­la. In­ni… pło­nę­li na sto­sach. Tu nie ma li­to­ści dla tych, któ­rzy przy­no­szą no­wość.

– „No­wość”? Ja tyl­ko… Ja je­stem zwy­kłym czło­wie­kiem.

– Nie je­steś. – An­na wsta­ła, po­de­szła do pół­ki, na któ­rej stał gli­nia­ny dzban. – Je­steś kimś, ko­go je­leń wy­brał. A on nie wy­bie­ra przy­pad­ko­wo.

– Prze­cież ja nic nie wiem. – Ka­sper roz­ło­żył rę­ce. – Nie­źle wła­dam mie­czem, umiem się skra­dać, znam las, ale…

– I my­ślisz, że to wy­star­czy? – Ucię­ła. – Zmo­ry nie re­agu­ją na miecz. Po­dob­nie po­roń­ce, li­cho, ogni­ki czy sta­re du­sze. Tu po­trzeb­na jest wie­dza i mą­drość. I si­ła in­ne­go ro­dza­ju.

– Yyy… – wy­mam­ro­tał Ka­sper.

An­na unio­sła brew.

– Czę­sto za­czy­nasz my­śli od „yyy”?

– Zda­rza się – przy­znał z prze­ką­sem.

Dziew­czy­na uśmiech­nę­ła się, po raz pierw­szy ła­god­nie.

– To do­brze. Po­ko­ra przy­da ci się bar­dziej niż od­wa­ga.

*

Na­stęp­ne­go dnia Ka­sper obu­dził się wcze­śnie. Słoń­ce jesz­cze nie roz­pro­szy­ło mgły. W cha­cie by­ło pu­sto; An­na wy­szła. Nie my­śląc zbyt dłu­go, wy­szedł za próg.

Do­li­na roz­po­ście­ra­ła się przed nim jak ma­lo­wi­dło. Zie­lo­na, peł­na krze­wów, kwia­tów, wy­so­kich traw. Sły­chać by­ło szmer stru­my­ka i od­le­głe na­wo­ły­wa­nia pta­ków. W od­da­li ma­ja­czy­ły da­chy wio­ski.

Ka­sper po­czuł, że to wszyst­ko jest zna­jo­me. Za­pach wil­go­ci, zie­mi, drzew – to wszyst­ko przy­po­mi­na­ło je­go świat, jak­by by­ło od­bi­ciem lu­strza­nym w in­nych cza­sach. Ale lu­dzie tu­taj by­li in­ni. Ich twa­rze, ru­chy, stro­je i ich spoj­rze­nia.

– Nie wy­łaź – wark­nę­ła An­na, któ­ra na­gle sta­nę­ła za nim. – Pierw­szy dzień, a już ła­miesz za­sa­dy?

Ka­sper cof­nął się za­wsty­dzo­ny.

– Ja tyl­ko…

– Dziś przy­cho­dzą do mnie lu­dzie po po­ra­dę i ochro­nę. Zo­stań za pie­cem, do­pó­ki nie uzy­skasz wie­dzy na te­mat ży­cia miej­sco­wych lu­dzi.

Przez cha­tę prze­wi­nę­ło się kil­ka­na­ście osób. Ka­sper sie­dział ci­cho i słu­chał. Star­szy męż­czy­zna twier­dził, że coś szep­ta­ło mu do ucha w no­cy. Dziew­czy­na mó­wi­ła o zmo­rze, któ­ra sia­da­ła na jej pier­si. Mło­da ko­bie­ta bła­ga­ła o od­czy­nie­nie uro­ku.

An­na nad­sta­wia­ła uszu, od­po­wia­da­ła szep­tem, po­da­wa­ła mik­stu­ry, od­pra­wia­ła ry­tu­ały. Jej dło­nie pra­co­wa­ły szyb­ko, ru­chy by­ły pew­ne. Cza­sem wy­star­czył jej do­tyk, cza­sem sło­wo, cza­sem ci­chy śpiew, któ­re­go me­lo­dia przy­po­mi­na­ła Ka­spro­wi szum drzew w wietrz­ny dzień.

Wie­czo­rem, gdy wszy­scy już ode­szli, usie­dli przy ogni­sku.

– Te isto­ty… li­cho, zmo­ry, uro­ki… – za­czął.

– Są praw­dzi­we. – An­na na­la­ła mu ku­bek mio­do­we­go na­pa­ru. – Li­cho przy­cze­pia się do tych, co się bo­ją. Zmo­ra drę­czy du­sze, któ­re nie mo­gą od­pu­ścić. Po­ro­niec to ból mat­ki i złość nie­chcia­ne­go dziec­ka.

– U nas też się o tym mó­wi­ło; ale to by­ły tyl­ko baj­ki, stra­sza­ki dla dzie­ci.

– Bo za­po­mnie­li­ście, a to, o czym się za­po­mi­na, wra­ca z gnie­wem.

Sie­dzie­li w mil­cze­niu. Ogień trza­skał, nie­bo po­wo­li ciem­nia­ło. Ka­sper spoj­rzał w je­go bez­kres.

– Dla­cze­go ja?

– Bo ktoś al­bo coś cię wy­bra­ło. Czas po­ka­że. Je­śli nie zro­zu­miesz te­go świa­ta, prze­pad­niesz.

– Więc mu­szę się uczyć?

An­na ski­nę­ła gło­wą i od­po­wie­dzia­ła:

– Od ju­tra. Za­cznie­my od ziół. Po­tem przej­dzie­my do słów i zna­ków. Po­tem… mo­że bo­go­wie uzna­ją, że je­steś go­tów.

Ka­sper spoj­rzał w ogień. Z pło­mie­ni wy­do­by­wa­ło się coś wię­cej niż trzask i syk. Sły­szał pieśń.

I zro­zu­miał, że z dro­gi, na któ­rą wkro­czył, nie ma już od­wro­tu.ROZ­DZIAŁ II

Do­li­na Zmien­nych Wód

Słoń­ce wscho­dzi­ło, roz­le­wa­jąc le­ni­wie po zbo­czu po­ma­rań­czo­we świa­tło. Do­li­na zda­wa­ła się mar­twa, ale by­ło to złu­dze­nie – sły­chać by­ło szmer stru­my­ka, tu­pot je­ża w tra­wie, z od­da­li do­bie­ga­ły kra­ka­nia wron. Ka­sper sie­dział przed cha­tą An­ny, owi­nię­ty weł­nia­nym ple­dem, i pa­trzył na świat, któ­ry z każ­dym dniem wy­da­wał mu się co­raz mniej ob­cy.

Mi­nę­ły trzy dni, od­kąd się prze­bu­dził. Je­go cia­ło wciąż by­ło sła­be, ale my­śli miał co­raz bar­dziej kla­row­ne. Ob­ser­wo­wał lu­dzi, któ­rzy przy­cho­dzi­li do szep­tu­chy z bła­ga­nia­mi, py­ta­nia­mi i mil­czą­cym cier­pie­niem. Cza­sem nie ro­zu­miał nie­któ­rych słów, mi­mo że brzmia­ły zna­jo­mo. Mo­men­ta­mi czuł lęk tych lu­dzi, któ­ry znał aż za do­brze z dzie­ciń­stwa, gdy słu­chał na do­bra­noc hi­sto­rii o de­mo­nach.

An­na po­ru­sza­ła się mię­dzy ni­mi z lek­ko­ścią, na­by­tą po­przez la­ta prak­ty­ki. Mó­wi­ła spo­koj­nie, bez zbęd­nych słów. Do­ty­ka­ła ra­mion, przy­kła­da­ła dło­nie do gło­wy, szep­ta­ła, mie­sza­ła zio­ła. Lu­dzie od­cho­dzi­li z ulgą w oczach al­bo z no­wy­mi tro­ska­mi, gdy do­wia­dy­wa­li się, że nim ich sy­tu­acja się po­pra­wi, sa­mi mu­szą na­pra­wić swo­je czy­ny.

Te­go po­ran­ka wró­ci­ła z la­su z pę­kiem dziw­nie pach­ną­cych ro­ślin.

– Kie­dyś bę­dziesz je roz­po­zna­wał po sa­mym do­ty­ku – po­wie­dzia­ła, kła­dąc je na sto­le.

– Nie wiem, czy mam do te­go gło­wę – od­po­wie­dział Ka­sper, zer­ka­jąc nie­pew­nie na ło­dy­gi.

– Masz. Tyl­ko jesz­cze o tym nie wiesz.

Uśmiech­nę­ła się lek­ko i wzię­ła ku­bek z na­pa­rem. Ka­sper ob­ser­wo­wał ją uważ­nie. By­ła in­na niż wszyst­kie ko­bie­ty, któ­re znał. By­ła spo­koj­na, ale mia­ła w so­bie coś nie­po­ko­ją­ce­go. Coś… star­sze­go.

– Cze­go się dziś uczy­my? – za­py­tał.

– Te­go, jak sło­wo mo­że za­bić. Al­bo oca­lić.

Wy­cią­gnę­ła z ko­szy­ka ka­mień z wy­żło­bio­nym zna­kiem.

– Za­czy­na się nie­win­nie – po­wie­dzia­ła. – Wy­star­czy jed­no źle wy­po­wie­dzia­ne ży­cze­nie; jed­no sło­wo, któ­re­go nie cof­niesz, a po­tem li­cho ma cię na oku.

Ka­sper skrzy­wił się.

– W mo­im świe­cie mó­wi się tak bab­kom, że­by nie ży­czy­ły na złość są­siad­ce.

– Bo to nie żart. – An­na za­wie­si­ła na nim twar­de spoj­rze­nie. – Zło, któ­re wy­po­wia­dasz na głos, przy­bie­ra cie­le­sną for­mę. Nie od ra­zu, ale ziar­no za­czy­na kieł­ko­wać.

*

W cią­gu dnia An­na uczy­ła go o pod­sta­wo­wych zio­łach – krwaw­ni­ku, dzie­wan­nie, ru­cie, mio­dun­ce. Opo­wia­da­ła, jak je łą­czyć, pa­rzyć i jak nie po­my­lić z tru­ją­cy­mi od­mia­na­mi. Ka­sper był za­sko­czo­ny tym, jak bar­dzo nie znał te­go, co ro­sło tuż obok je­go wio­ski.

Wie­czo­rem, przy ogniu, roz­ma­wia­li o wie­rze­niach.

– Wie­rzy­my w Trój­kę – mó­wi­ła An­na. – W Pe­ru­na gro­mo­wład­ne­go, któ­ry czu­wa nad rów­no­wa­gą; w We­le­sa, pa­na pod­zie­mia, la­su i ta­jem­nic, a tak­że w Mo­kosz – mat­kę wszyst­kie­go, pa­nią plo­nów, ko­biet i ży­cia. Bez niej zie­mia mil­czy.

– U nas to by­ły tyl­ko le­gen­dy. Coś mię­dzy baj­ką a mo­dli­twą.

– Bo za­po­mnie­li­ście. – Głos szep­tu­chy był smut­ny. – Co za­po­mnia­ne, wra­ca. I nie za­wsze bez echa.

Ka­sper słu­chał. Chło­nął. Po raz pierw­szy w ży­ciu czuł, że spra­wy, o któ­rych się uczy, ma­ją wa­gę więk­szą niż że­la­zo.

*

Czwar­te­go dnia An­na zbu­dzi­ła go przed świ­tem.

– Ubie­raj się. Dziś pój­dzie­my do lu­dzi.

– Po­wie­dzia­łaś, że mam sie­dzieć w cha­cie.

– Czas zo­ba­czyć, jak wy­glą­da ży­cie po­za pro­giem. Tyl­ko pa­mię­taj, co ci mó­wi­łam.

Ka­sper ski­nął gło­wą. Nie zdra­dzaj, skąd je­steś. Nie wspo­mi­naj o swo­im świe­cie. Nie za­da­waj za du­żo py­tań. Po­wta­rzał to w my­ślach jak man­trę.

Szli ścież­ką przez do­li­nę. Mi­ja­li cha­ty z da­cha­mi kry­ty­mi trzci­ną, ko­bie­ty przy pło­tach, dzie­ci rzu­ca­ją­ce ka­mie­nia­mi do wo­dy. Lu­dzie kła­nia­li się An­nie, nie­któ­rzy szep­ta­li bło­go­sła­wień­stwa. Gdy do­strze­ga­li Ka­spra, pa­trzy­li z cie­ka­wo­ścią, ale bez wro­go­ści.

Na ryn­ku ko­bie­ta sprze­da­wa­ła na­pa­ry i amu­le­ty. Męż­czy­zna z bli­zną prze­bie­ga­ją­cą przez po­ło­wę twa­rzy na­pra­wiał ko­ło. W po­wie­trzu uno­sił się za­pach dy­mu, ziół i go­rą­ce­go chle­ba.

– Oni się cie­bie nie bo­ją? – wy­szep­tał Ka­sper.

– Cza­sem tak. Ale bar­dziej bo­ją się tych, któ­rzy przy­cho­dzą bez za­pro­sze­nia. – Spoj­rza­ła na nie­go. – Ta­kich jak ty.

Przy stud­ni wda­li się w roz­mo­wę. Mło­da dziew­czy­na opo­wia­da­ła o zmo­rze, któ­ra przy­cho­dzi co noc, sia­da na jej pier­si i nie po­zwa­la od­dy­chać. An­na za­da­ła kil­ka py­tań, przyj­rza­ła się dło­niom dziew­czy­ny, wy­szep­ta­ła kil­ka słów i da­ła jej ma­ły wo­re­czek z zie­lem.

– Co ją drę­czy­ło? – za­py­tał Ka­sper w dro­dze po­wrot­nej.

– Po­czu­cie wi­ny. Zmo­ry lu­bią tych, któ­rzy coś ukry­wa­ją. Ta dziew­czy­na nie mo­że so­bie wy­ba­czyć, że po­zwo­li­ła umrzeć ko­muś, ko­go ko­cha­ła.

– Czy­li nie wszyst­ko jest do­słow­ne?

– Nic tu nie jest do­słow­ne.

*

Wie­czo­rem do cha­ty przy­szedł męż­czy­zna, któ­re­go An­na na­zwa­ła Bo­ru­tem – sta­ry, zgar­bio­ny, z ocza­mi prze­peł­nio­ny­mi lę­kiem.

– Coś krą­ży wo­kół me­go do­mu – po­wie­dział. – No­cą. Nie da­je spać. Cie­nie… cie­nie się ru­sza­ją. Dziec­ko krzy­czy przez sen.

An­na ski­nę­ła gło­wą.

– Ju­tro przyj­dzie­my.

Po je­go wyj­ściu spoj­rza­ła na Ka­spra.

– Pój­dziesz ze mną.

– Co to mo­że być?

– Nie wiem. Mo­że tyl­ko li­cho. A mo­że coś, cze­go nie wi­dzia­no tu od daw­na.

– Co, je­śli to coś groź­niej­sze­go?

– Prze­ko­na­my się.

Noc by­ła chłod­na. Na­za­jutrz szli do cha­ty Bo­ru­ta w mil­cze­niu. Ka­sper czuł, że ro­śnie w nim na­pię­cie. Ota­cza­ją­cy ich las był zbyt ci­chy, tyl­ko cza­sem sły­chać by­ło skrzy­pie­nie drzew czy szept wia­tru.

Gdy do­tar­li na miej­sce, za­uwa­ży­li, że dom wy­glą­dał zwy­czaj­nie. Ale w środ­ku by­ło zim­no. Dziec­ko spa­ło nie­spo­koj­nie. Ko­bie­ta pła­ka­ła w ką­cie.

– Od kie­dy to się dzie­je? – za­py­ta­ła An­na.

– Od trzech no­cy. Za­wsze o tej sa­mej po­rze. Wi­dzi­my cie­nie na ścia­nach, jak­by coś cho­dzi­ło po su­fi­cie. A pies… nie szcze­ka. Tyl­ko pa­trzy w róg i drży.

An­na za­pa­li­ła pęk ziół i za­czę­ła krą­żyć po izbie. Ka­sper stał z bo­ku, ści­ska­jąc ta­li­zman, któ­ry do­stał od szep­tu­chy. Na­gle po­czuł chłód, prze­szy­wa­ją­cy go jak nóż.

W ką­cie izby coś się po­ru­szy­ło.

Nie był pe­wien, czy to cień, czy po­stać, ale był tam ruch. Ci­chy, wę­żo­wa­ty. Dziec­ko za­czę­ło ję­czeć przez sen.

– Stań mię­dzy mat­ką a dziec­kiem – na­ka­za­ła An­na.

Ka­sper zro­bił krok. Rap­tem coś po­czuł; nie­wi­dzial­ną obec­ność – cięż­ką. Dusz­ną. Miał wra­że­nie, że po­wie­trze zgęst­nia­ło. Nie wie­dział, co ro­bić, jed­nak je­go dłoń z ta­li­zma­nem unio­sła się sa­ma. Odejdź, po­my­ślał tyl­ko.

I na­gle… Ci­sza. Zim­no ustą­pi­ło. Dziec­ko prze­sta­ło się wier­cić. Pies za­szcze­kał. Cień znik­nął.

An­na spoj­rza­ła na Ka­spra.

– To by­ła le­d­wie za­po­wiedź.

– Co to by­ło?

– Li­cho. Tyl­ko nie cał­kiem zwy­czaj­ne. Zbli­ża się coś więk­sze­go.

*

Póź­niej, przy ogni­sku, Ka­sper trzy­mał ta­li­zman i pa­trzył w pło­mie­nie.

– Nie wiem, co zro­bi­łem.

– Nie mu­sisz jesz­cze wie­dzieć, po­za tym, że je­steś zwią­za­ny z tym świa­tem bar­dziej, niż my­ślisz. – An­na do­la­ła mu na­pa­ru. – Dla­te­go mu­sisz się uczyć szyb­ciej niż in­ni.

Ka­sper wes­tchnął.

– Mam wra­że­nie, że nie je­stem już tą sa­mą oso­bą, co ja­kiś czas te­mu.

– Bo nie je­steś.

Spoj­rzał na nią.

– Kim ja wła­ści­wie je­stem?

An­na nie od­po­wie­dzia­ła od ra­zu. Spoj­rza­ła w pło­mień. Ogień od­bi­jał się w jej oczach jak w ta­fli wo­dy.

– Je­steś tym, któ­ry prze­szedł przez Bra­mę; tym, któ­ry mo­że ją za­mknąć. Al­bo… otwo­rzyć sze­rzej.

Znów za­pa­dło mil­cze­nie. Ogień trza­skał. Wiatr po­ru­szał zio­ła­mi wi­szą­cy­mi pod su­fi­tem.

Ka­sper po­czuł dreszcz cią­żą­ce­go na nim prze­zna­cze­nia, któ­re­go jesz­cze nie ro­zu­miał.ROZ­DZIAŁ III

Pań­ska Do­li­na

Wio­sna przy­szła wcze­śniej, niż kto­kol­wiek się spo­dzie­wał. Śnieg stop­niał w kil­ka dni, zo­sta­wia­jąc pod no­ga­mi bło­to pach­ną­ce roz­kła­dem, wil­go­cią i od­ra­dza­ją­cym się ży­ciem. Gdy pierw­sze pą­ki za­czę­ły się po­ja­wiać na ol­chach, Ka­sper zro­zu­miał, że czas je­go na­uki u An­ny do­bie­ga koń­ca.

Mi­nę­ły mie­sią­ce od tam­tej no­cy, gdy pierw­szy raz po­czuł, jak nie­wi­dzial­ne rę­ce te­go świa­ta pró­bu­ją się­gnąć do je­go du­szy. Te­raz wie­dział już znacz­nie wię­cej. Wie­dział, czym jest zmo­ra, jak roz­po­znać po­łu­dni­cę, jak od­róż­nić zwy­kły cień od li­cha. Na­uczył się, że cza­sem wy­star­czy źle wy­po­wie­dzia­ne sło­wo, by rzu­cić klą­twę, i że nie każ­dy uśmiech w tej kra­inie jest praw­dzi­wy.

Mi­mo to wciąż czuł się ob­cy.

An­na, jak­by czy­ta­ła w je­go my­ślach, pew­ne­go po­ran­ka po­da­ła mu ma­ły płó­cien­ny wo­re­czek.

– To amu­let ochron­ny – po­wie­dzia­ła spo­koj­nie. – Wy­gra­we­ro­wa­ne ru­ny za­pew­nia­ją opie­kę Mo­ko­szy i Pe­ru­na. Jest też no­żyk z je­le­nie­go po­ro­ża i tro­chę su­szo­ne­go chle­ba. Ty­le mo­gę ci dać.

– My­śla­łem, że zo­sta­nę tu dłu­żej – wy­mam­ro­tał Ka­sper, czu­jąc, jak ści­śnię­te gar­dło utrud­nia mu mó­wie­nie.

– Świat nie po­cze­ka, aż zro­zu­miesz – od­po­wie­dzia­ła. – On po pro­stu bę­dzie. Ty mu­sisz w nim ist­nieć.

Głos szep­tu­chy brzmiał twar­do, ale w jej oczach by­ła czu­łość, któ­rej ni­g­dy wcze­śniej nie wi­dział. Chciał coś po­wie­dzieć, lecz sło­wa utknę­ły mu w gar­dle.

– Idź przez las, aż doj­dziesz do Pań­skiej Do­li­ny – kon­ty­nu­owa­ła. – Tam znaj­dziesz Żer­cę. Nie py­taj o je­go imię; cze­kaj, aż sam ci je wy­ja­wi. On ma oce­nić, czy na­da­jesz się do cze­goś wię­cej niż by­cia tyl­ko wę­drow­cem.

Ka­sper ski­nął gło­wą.

– A je­śli mnie nie przyj­mie?

– Wte­dy wró­cisz tu al­bo pój­dziesz da­lej. – Uśmiech­nę­ła się krót­ko. – Nie do­wiesz się, pó­ki nie spró­bu­jesz.

Nie by­ło wiel­kie­go po­że­gna­nia. An­na tyl­ko do­tknę­ła je­go ra­mie­nia i od­wró­ci­ła się do sto­łu peł­ne­go ziół. Ka­sper za­wie­sił wo­re­czek na szyi, wziął ku­szę i tor­bę, po czym wy­szedł w po­ran­ne świa­tło, któ­re za­le­wa­ło do­li­nę jak zło­ta fa­la.

*

Pierw­sze dni wę­drów­ki prze­bie­ga­ły spo­koj­nie. Ścież­ki bie­gły mię­dzy roz­le­wi­ska­mi, sta­ry­mi brzo­za­mi i po­la­na­mi po­ro­śnię­ty­mi prze­bi­śnie­ga­mi. Ka­sper szedł ostroż­nie, raz po raz spraw­dza­jąc, czy amu­let wciąż wi­si na szyi. Cza­sem miał wra­że­nie, że w od­da­li wi­dzi za­rys po­sta­ci mię­dzy drze­wa­mi, ale gdy mru­żył oczy, wi­dział tyl­ko ścia­nę zie­le­ni.

Pią­te­go dnia do­tarł do so­sno­we­go la­su. Wy­so­kie drze­wa ro­sły gę­sto, a mech pod no­ga­mi był mięk­ki jak pie­rzy­na. Słoń­ce cho­wa­ło się za ko­ro­ny drzew. Czuł, że nie po­wi­nien tu no­co­wać, ale przed so­bą miał ba­gno, któ­re­go nie chciał prze­kra­czać po zmro­ku. Po­sta­no­wił pójść jesz­cze ka­wa­łek.

Gdy za­pa­dła noc, księ­życ wy­ło­nił się zza chmur. Był peł­ny, czer­wo­ny jak ku­la gli­ny ule­pio­na rę­ka­mi gniew­ne­go bo­ga. Chło­pak po­czuł na­gły chłód, choć po­wie­trze by­ło nie­ru­cho­me. Za­trzy­mał się i ro­zej­rzał.

– Co to ma być…? – mruk­nął pod no­sem, czu­jąc, jak wło­sy na kar­ku sta­ją mu dę­ba.

Wte­dy za­wiał po­ry­wi­sty wiatr. So­sny za­szu­mia­ły, jak­by się kła­nia­ły przed czymś, cze­go nie wi­dział. Wszyst­ko w nim chcia­ło uciec, ale no­gi sta­ły nie­ru­cho­mo.

Na­gle, kil­ka­dzie­siąt kro­ków przed nim, po­ja­wi­ła się dziew­czyn­ka. Mia­ła bia­łą suk­nię, wło­sy czar­ne jak smo­ła opa­da­ły jej na twarz. Sta­ła z po­chy­lo­ną gło­wą, bez ru­chu, jak wid­mo za­klę­te w cie­niu.

Zro­bił ostroż­nie krok w jej stro­nę, trzy­ma­jąc w rę­ku ku­szę przy­go­to­wa­ną do od­da­nia strza­łu. W tej sa­mej chwi­li dziew­czyn­ka pod­nio­sła gło­wę i rap­tow­nie ru­szy­ła w je­go kie­run­ku. Jej twarz by­ła pu­sta – bez oczu, bez ust, bez cze­go­kol­wiek, dzię­ki cze­mu przy­po­mi­na­ła­by czło­wie­ka.

Cof­nął się. W jed­nej chwi­li po­stać przy­spie­szy­ła i rzu­ci­ła się bie­giem w je­go kie­run­ku. Prze­bi­ła się przez cia­ło Ka­spra. Krzyk isto­ty prze­szył noc – dźwięk był tak wy­so­ki, że chło­pak po­czuł, jak roz­sa­dza mu uszy. So­sny wo­kół za­czę­ły pę­kać i upa­dać z hu­kiem.

Ser­ce tłu­kło mu się w pier­si jak sza­lo­ne. W mro­ku w miej­scu, gdzie po­win­na być twarz dziew­ki, zo­ba­czył błysk zie­lo­ne­go świa­tła. A po­tem… wszyst­ko uci­chło. Dziew­czyn­ka znik­nę­ła. Wiatr ustał. Drze­wa znów sta­ły, jak gdy­by ni­g­dy nic.

– To mu­sia­ła być ru­sał­ka – wy­szep­tał, ocie­ra­jąc pot z czo­ła.

Ru­szył da­lej, chcąc jak naj­szyb­ciej zna­leźć bez­piecz­ne miej­sce na noc­leg.

Po kil­ku go­dzi­nach do­tarł na po­la­nę.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij