Nagonka - ebook
W świecie zawieszonym między światłem a cieniem przetrwają tylko wybrani
Mrokowica skrywa wiele sekretów… i niebezpieczeństw. Przekonuje się o tym Kasper, młody syn bartnika, który zupełnie niespodziewanie trafia do tego świata pełnego magii, tajemnic i słowiańskich bóstw. By wypełnić misję, która została mu przeznaczona, wyrusza na wędrówkę przez mroczne lasy i zdradliwe trakty, gdzie czyhają legendarne istoty.
Południce, Leszy czy Licho to jednak nie jedyne zagrożenia, z jakimi musi się zmierzyć. Między Polvanią, Radanem i Veskorią, trzema potężnymi królestwami, narasta napięcie, a Kasper zostaje rzucony w sam środek konfliktu. Widmo wojny zbliża się nieubłaganie, podczas gdy on próbuje okiełznać budzącą się w jego wnętrzu moc.
Jeśli nad nią zapanuje, być może uda mu się ocalić krainy przed zagładą.
Jeżeli nie – mityczny świat wkrótce spłynie krwią.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-325-2 |
| Rozmiar pliku: | 908 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Przejście
Mgła snuła się nisko, jakby ziemia wydychała parę po nocnym deszczu. Pachniało wilgocią, gnijącymi liśćmi i żywicą. Gdzieś w oddali zagwizdała sójka, lecz nawet ona ucichła, jakby coś kazało jej zamilknąć. Słońce dopiero się przebiło przez gęstą warstwę chmur i koron drzew. To był dziwny świt – świt, który nie przynosił obietnicy dnia, lecz raczej ostrzeżenie.
Wojewoda Michał milczał, spoglądając spod kaptura na rozciągający się przed nimi las. Był twardym człowiekiem – więcej w nim było żelaza niż drewna – lecz nawet on czuł niepokój. Przez całe życie wziął udział w wielu polowaniach, wyprawach i wojnach, ale tego ranka coś wisiało w powietrzu. Coś, czego nie dało się określić słowami, lecz każdy w drużynie to czuł.
Za nim szło dwunastu mężczyzn, w tym kilku znakomitych tropicieli. Był wśród nich Kasper, najmłodszy z całej grupy. Mimo że był synem bartnika, a nie wojownika, rękę do kuszy miał tak pewną, że nawet starsi wojowie przyglądali się jego dokonaniom z szacunkiem. Chłopak mógł mieć osiemnaście lat, może dziewiętnaście – nikt nie był pewien, nawet on sam. Ale oczy miał zbyt poważne jak na kogoś, kto jeszcze rok temu ganiał za lisami po lesie.
Obok niego szedł Jan – silny, szczery, z twarzą, którą ludzie lubili. Był starszy o kilka lat i przyjaźnili się od dziecka, lecz Kasper traktował go jak starszego brata, choć więzów krwi między nimi nie było. Jan nauczył go wszystkiego: jak naciągać cięciwę, jak czytać znaki na korze, jak nie dać się zwieść echu w dolinie.
– Coś tu nie gra – mruknął Jan, unosząc brew. – Las jest zbyt cichy.
– Może to przez wilki? – odpowiedział Kasper, choć sam w to nie wierzył. – Albo burzę, która ma przyjść?
– Burze nie sprawiają, że las trzyma język za zębami – odparł Jan i ruszył dalej, omiatając wzrokiem zarośla.
Polowanie miało konkretny cel. Tropili chmarę jeleni, która od tygodni unikała sideł i strzał. Mówiono o jednym szczególnym byku – ogromnym, z porożem jak drzewo, szybkim i niemożliwym do upolowania. Wojewoda Michał zwołał najlepszych myśliwych, by wspólnie odstrzelić zwierzynę.
Zatrzymali się w półkolu, przygotowując się do otoczenia zwierzyny. Psy zostały spuszczone. Ich szczekanie przerwało ciszę, jak kamień rzucony w nieruchomą wodę. Zaczęło się zamieszanie. Liście zaszumiały, zarośla zadrżały. Z daleka dobiegły ich odgłosy rozchodzącej się chmary jeleni.
– Na pozycje! – zawołał Michał.
Rozpoczęło się polowanie.
Strzały śmigały w powietrzu. Psy ujadały, jelenie zrywały się do ucieczki. Kilku myśliwych trafiło. Jeden byk padł. Ktoś zaklął, gdy zwierz rozpruł mu udo porożem. Jan i Kasper przemieszczali się ostrożnie między drzewami, starając się nie zgubić tropu.
Wtem coś się zmieniło.
Mgła zgęstniała. Las ucichł. Dźwięki, które jeszcze chwilę temu były tak wyraźne – świsty, strzał, szczekanie, krzyki – odpłynęły. Kasper rozejrzał się. Był sam. Nie wiedział, kiedy stracił z oczu Jana. Jego ręka instynktownie zacisnęła się mocniej na kuszy.
Wtedy go zobaczył.
Na skraju polany, gdzie dotąd była tylko mgła i zarośla, stał jeleń, ale nie zwyczajny.
Był olbrzymi. Jego sylwetka zdawała się nierealna, jakby stworzona z dymu i światła. Sierść miał białą niczym pierwszy śnieg, poroże zaś ogromne i rozłożyste jak korona starego dębu. Oplatały je porosty i mech, zdawało się, że niesie na sobie cały las. Jego oczy lśniły bursztynowo. Spojrzenie miał głębokie, zbyt mądre jak na zwierzę. Gdy przeniósł wzrok na Kaspra, chłopak poczuł, że coś się w nim zatrzymało.
Czas przestał płynąć.
Wszystko zamilkło – liście, ptaki, nawet jego oddech… Ręka sama uniosła kuszę, lecz… nie strzelił. Kasper zamarł. Coś go powstrzymało. Jakiś głos bez słów, wewnętrzne przeczucie.
To nie było zwykłe zwierzę. To był znak.
Jeleń zrobił krok do przodu, a potem kolejny. Nie uciekał, ani nie straszył. Szedł prosto na Kaspra, powoli, jakby badał jego reakcję…
Kasper cofnął się o krok. Pod jego nogą chrupnęła gałązka. Jeleń znieruchomiał, po czym nagle ruszył. W pełnym biegu, z gracją, z nieziemskim impetem. Wbiegł prosto w niego… Ziemia zadrżała, powietrze zgęstniało, liście zawirowały wokół nich.
Chłopak zrobił jeszcze krok w tył, a wtedy ziemia pękła. Poczuł, jakby sama rzeczywistość rozdarła się na pół. Pod stopami Kaspra pojawiła się otchłań – czarna, bezdenna. Spadał. Nie krzyczał, bo nie miał powietrza. Otaczała go tylko cisza. Była tylko ciemność i zimno.
A potem – światło.
Ciepłe, złote, pachnące dymem i miodem. Czuł je w nozdrzach, na skórze. Jakby ktoś wlał mu do duszy ogień, ale nie ten, który parzy, tylko taki, który pamięta. Który leczy.
*
Kasper ocknął się.
Leżał na czymś miękkim. Jego ciało było ciężkie, jakby ktoś przywiązał mu do kończyn kamienie. Otworzył oczy. Sufit nad nim był wypleciony z gałęzi i pokryty ziołami. W powietrzu unosił się zapach dymu z drewna iglastego i jakiegoś gorzkiego naparu.
– Nie ruszaj się zbyt gwałtownie. Ziółko jeszcze działa.
Głos kobiecy był łagodny, ale stanowczy.
Obok niego siedziała dojrzała kobieta, o oczach koloru nocnego jeziora. Włosy miała splecione w dwa warkocze, a na nich spoczywał wianek z ruty, macierzanki i pokrzywy. Na szyi miała zawieszony amulet z kości i krzemienia. Położyła mu chłodną dłoń na czole. Pachniała piołunem i dziewanną.
– Gdzie… ja jestem, kim ty jesteś? – wykrztusił.
– Jestem Anna, jesteśmy w Dolinie Zmiennych Wód – odpowiedziała spokojnie. – Po drugiej stronie. Poza twoim światem.
Zawiesił na niej spojrzenie, jakby nie dowierzał.
– Spałeś trzy dni. Mamrotałeś przez sen. A biały jeleń… – zawahała się. – Jeżeli ci się ukazał, to nie był przypadek.
– Co to było? – Kasper próbował się podnieść, ale zawirowało mu w głowie.
– To nie było „co”. To był ktoś. Biały jeleń to posłaniec bogów. Pojawia się tylko wtedy, gdy świat czegoś potrzebuje. Albo kogoś.
Szeptucha wstała i dolała wody do kotła nad ogniem. Z naczynia unosił się zapach igliwia i mięty. W kącie izby, przy pniu, obok którego były rozsypane zioła, leżał pas, a przy nim Kasprowa kusza.
– Zostaniesz tu, póki nie nauczysz się oddychać tym światem – powiedziała. – On jest inny. Starszy. I nie jest łaskawy.
– Nie wierzę w magię ani przesądy – powiedział Kasper, unosząc się na łokciach. Kobieta uśmiechnęła się, ale nie łagodnie, ani nie szyderczo.
– Magia nie potrzebuje twojej wiary. Ona już cię wybrała.
Zapadła cisza. Ogień trzaskał.
Kasper czuł, że coś się w nim łamie.
– My, po tej stronie, wiemy o was więcej, niż wy o nas. Dawno nikt z waszego świata nie przeszedł przez Bramę. Ale czasem… coś się przebija. Może słyszałeś o ludziach, którzy wracali po latach, a wyglądali, jakby zniknęli wczoraj?
Kasper zamarł.
– Michał z Maydanu. Zniknął na czterdzieści lat. Wrócił, wyglądając tak samo. Żona, widząc go po takim czasie, przeraziła się.
– Bo czas tu płynie inaczej – odparła. – Rok tutaj to kilkadziesiąt u was.
Chłopak nie odpowiedział…
– Jak ci na imię? – zapytała.
– Kasper z Maydanu. Syn bartnika.
– Dobrze, Kasprze z Maydanu. Teraz posłuchaj mnie uważnie. Jeśli chcesz przeżyć, musisz tu zostać przez jakiś czas – powiedziała Anna, siadając przy ogniu. – Nie jesteś gotów na to, co czeka cię za lasem. Nie tylko przez własną niewiedzę.
Kasper wpatrywał się w płomienie. Czuł się jak dziecko w opowieści, której nie rozumie.
– Dlaczego? Co jest poza twoją doliną?
– Inne plemiona. Ludzie, którzy wierzą, ale i tacy, którzy polują na obcych, takich jak ty. Dla nich nie tylko jesteś obcy, lecz także stanowisz zagrożenie. Twoje przybycie to znak, zwiastujący otwarcie Bram.
– „Bram”?
Anna spojrzała na niego uważnie, jakby ważyła, ile może mu powiedzieć.
– Są trzy światy. Ten, z którego pochodzisz. Nasz, czyli ten, który cię przyjął. Jest też trzeci, zwany Bezdenią. To świat zapomniany, pełen demonów, potworów i cieni. Dawniej wszystkie trzy światy były połączone. Potem coś je rozdzieliło, ale Bramy wciąż istnieją. Nieliczne. Niewidoczne.
– I ja… przeszedłem przez jedną z nich?
– Tak. Skoro to się stało, znaczy, że Bramy zaczynają się otwierać.
Zapadła cisza. Kasper czuł, jak narasta w nim niepokój.
– I co mam zrobić?
– Uczyć się. Słuchać. Obserwować. – Jej głos był twardy. – Przede wszystkim nigdy nie mów, skąd pochodzisz. Nawet jeśli ktoś będzie cię pytał, nawet jeśli uznasz go za przyjaciela. Inni… płonęli na stosach. Tu nie ma litości dla tych, którzy przynoszą nowość.
– „Nowość”? Ja tylko… Ja jestem zwykłym człowiekiem.
– Nie jesteś. – Anna wstała, podeszła do półki, na której stał gliniany dzban. – Jesteś kimś, kogo jeleń wybrał. A on nie wybiera przypadkowo.
– Przecież ja nic nie wiem. – Kasper rozłożył ręce. – Nieźle władam mieczem, umiem się skradać, znam las, ale…
– I myślisz, że to wystarczy? – Ucięła. – Zmory nie reagują na miecz. Podobnie porońce, licho, ogniki czy stare dusze. Tu potrzebna jest wiedza i mądrość. I siła innego rodzaju.
– Yyy… – wymamrotał Kasper.
Anna uniosła brew.
– Często zaczynasz myśli od „yyy”?
– Zdarza się – przyznał z przekąsem.
Dziewczyna uśmiechnęła się, po raz pierwszy łagodnie.
– To dobrze. Pokora przyda ci się bardziej niż odwaga.
*
Następnego dnia Kasper obudził się wcześnie. Słońce jeszcze nie rozproszyło mgły. W chacie było pusto; Anna wyszła. Nie myśląc zbyt długo, wyszedł za próg.
Dolina rozpościerała się przed nim jak malowidło. Zielona, pełna krzewów, kwiatów, wysokich traw. Słychać było szmer strumyka i odległe nawoływania ptaków. W oddali majaczyły dachy wioski.
Kasper poczuł, że to wszystko jest znajome. Zapach wilgoci, ziemi, drzew – to wszystko przypominało jego świat, jakby było odbiciem lustrzanym w innych czasach. Ale ludzie tutaj byli inni. Ich twarze, ruchy, stroje i ich spojrzenia.
– Nie wyłaź – warknęła Anna, która nagle stanęła za nim. – Pierwszy dzień, a już łamiesz zasady?
Kasper cofnął się zawstydzony.
– Ja tylko…
– Dziś przychodzą do mnie ludzie po poradę i ochronę. Zostań za piecem, dopóki nie uzyskasz wiedzy na temat życia miejscowych ludzi.
Przez chatę przewinęło się kilkanaście osób. Kasper siedział cicho i słuchał. Starszy mężczyzna twierdził, że coś szeptało mu do ucha w nocy. Dziewczyna mówiła o zmorze, która siadała na jej piersi. Młoda kobieta błagała o odczynienie uroku.
Anna nadstawiała uszu, odpowiadała szeptem, podawała mikstury, odprawiała rytuały. Jej dłonie pracowały szybko, ruchy były pewne. Czasem wystarczył jej dotyk, czasem słowo, czasem cichy śpiew, którego melodia przypominała Kasprowi szum drzew w wietrzny dzień.
Wieczorem, gdy wszyscy już odeszli, usiedli przy ognisku.
– Te istoty… licho, zmory, uroki… – zaczął.
– Są prawdziwe. – Anna nalała mu kubek miodowego naparu. – Licho przyczepia się do tych, co się boją. Zmora dręczy dusze, które nie mogą odpuścić. Poroniec to ból matki i złość niechcianego dziecka.
– U nas też się o tym mówiło; ale to były tylko bajki, straszaki dla dzieci.
– Bo zapomnieliście, a to, o czym się zapomina, wraca z gniewem.
Siedzieli w milczeniu. Ogień trzaskał, niebo powoli ciemniało. Kasper spojrzał w jego bezkres.
– Dlaczego ja?
– Bo ktoś albo coś cię wybrało. Czas pokaże. Jeśli nie zrozumiesz tego świata, przepadniesz.
– Więc muszę się uczyć?
Anna skinęła głową i odpowiedziała:
– Od jutra. Zaczniemy od ziół. Potem przejdziemy do słów i znaków. Potem… może bogowie uznają, że jesteś gotów.
Kasper spojrzał w ogień. Z płomieni wydobywało się coś więcej niż trzask i syk. Słyszał pieśń.
I zrozumiał, że z drogi, na którą wkroczył, nie ma już odwrotu.ROZDZIAŁ II
Dolina Zmiennych Wód
Słońce wschodziło, rozlewając leniwie po zboczu pomarańczowe światło. Dolina zdawała się martwa, ale było to złudzenie – słychać było szmer strumyka, tupot jeża w trawie, z oddali dobiegały krakania wron. Kasper siedział przed chatą Anny, owinięty wełnianym pledem, i patrzył na świat, który z każdym dniem wydawał mu się coraz mniej obcy.
Minęły trzy dni, odkąd się przebudził. Jego ciało wciąż było słabe, ale myśli miał coraz bardziej klarowne. Obserwował ludzi, którzy przychodzili do szeptuchy z błaganiami, pytaniami i milczącym cierpieniem. Czasem nie rozumiał niektórych słów, mimo że brzmiały znajomo. Momentami czuł lęk tych ludzi, który znał aż za dobrze z dzieciństwa, gdy słuchał na dobranoc historii o demonach.
Anna poruszała się między nimi z lekkością, nabytą poprzez lata praktyki. Mówiła spokojnie, bez zbędnych słów. Dotykała ramion, przykładała dłonie do głowy, szeptała, mieszała zioła. Ludzie odchodzili z ulgą w oczach albo z nowymi troskami, gdy dowiadywali się, że nim ich sytuacja się poprawi, sami muszą naprawić swoje czyny.
Tego poranka wróciła z lasu z pękiem dziwnie pachnących roślin.
– Kiedyś będziesz je rozpoznawał po samym dotyku – powiedziała, kładąc je na stole.
– Nie wiem, czy mam do tego głowę – odpowiedział Kasper, zerkając niepewnie na łodygi.
– Masz. Tylko jeszcze o tym nie wiesz.
Uśmiechnęła się lekko i wzięła kubek z naparem. Kasper obserwował ją uważnie. Była inna niż wszystkie kobiety, które znał. Była spokojna, ale miała w sobie coś niepokojącego. Coś… starszego.
– Czego się dziś uczymy? – zapytał.
– Tego, jak słowo może zabić. Albo ocalić.
Wyciągnęła z koszyka kamień z wyżłobionym znakiem.
– Zaczyna się niewinnie – powiedziała. – Wystarczy jedno źle wypowiedziane życzenie; jedno słowo, którego nie cofniesz, a potem licho ma cię na oku.
Kasper skrzywił się.
– W moim świecie mówi się tak babkom, żeby nie życzyły na złość sąsiadce.
– Bo to nie żart. – Anna zawiesiła na nim twarde spojrzenie. – Zło, które wypowiadasz na głos, przybiera cielesną formę. Nie od razu, ale ziarno zaczyna kiełkować.
*
W ciągu dnia Anna uczyła go o podstawowych ziołach – krwawniku, dziewannie, rucie, miodunce. Opowiadała, jak je łączyć, parzyć i jak nie pomylić z trującymi odmianami. Kasper był zaskoczony tym, jak bardzo nie znał tego, co rosło tuż obok jego wioski.
Wieczorem, przy ogniu, rozmawiali o wierzeniach.
– Wierzymy w Trójkę – mówiła Anna. – W Peruna gromowładnego, który czuwa nad równowagą; w Welesa, pana podziemia, lasu i tajemnic, a także w Mokosz – matkę wszystkiego, panią plonów, kobiet i życia. Bez niej ziemia milczy.
– U nas to były tylko legendy. Coś między bajką a modlitwą.
– Bo zapomnieliście. – Głos szeptuchy był smutny. – Co zapomniane, wraca. I nie zawsze bez echa.
Kasper słuchał. Chłonął. Po raz pierwszy w życiu czuł, że sprawy, o których się uczy, mają wagę większą niż żelazo.
*
Czwartego dnia Anna zbudziła go przed świtem.
– Ubieraj się. Dziś pójdziemy do ludzi.
– Powiedziałaś, że mam siedzieć w chacie.
– Czas zobaczyć, jak wygląda życie poza progiem. Tylko pamiętaj, co ci mówiłam.
Kasper skinął głową. Nie zdradzaj, skąd jesteś. Nie wspominaj o swoim świecie. Nie zadawaj za dużo pytań. Powtarzał to w myślach jak mantrę.
Szli ścieżką przez dolinę. Mijali chaty z dachami krytymi trzciną, kobiety przy płotach, dzieci rzucające kamieniami do wody. Ludzie kłaniali się Annie, niektórzy szeptali błogosławieństwa. Gdy dostrzegali Kaspra, patrzyli z ciekawością, ale bez wrogości.
Na rynku kobieta sprzedawała napary i amulety. Mężczyzna z blizną przebiegającą przez połowę twarzy naprawiał koło. W powietrzu unosił się zapach dymu, ziół i gorącego chleba.
– Oni się ciebie nie boją? – wyszeptał Kasper.
– Czasem tak. Ale bardziej boją się tych, którzy przychodzą bez zaproszenia. – Spojrzała na niego. – Takich jak ty.
Przy studni wdali się w rozmowę. Młoda dziewczyna opowiadała o zmorze, która przychodzi co noc, siada na jej piersi i nie pozwala oddychać. Anna zadała kilka pytań, przyjrzała się dłoniom dziewczyny, wyszeptała kilka słów i dała jej mały woreczek z zielem.
– Co ją dręczyło? – zapytał Kasper w drodze powrotnej.
– Poczucie winy. Zmory lubią tych, którzy coś ukrywają. Ta dziewczyna nie może sobie wybaczyć, że pozwoliła umrzeć komuś, kogo kochała.
– Czyli nie wszystko jest dosłowne?
– Nic tu nie jest dosłowne.
*
Wieczorem do chaty przyszedł mężczyzna, którego Anna nazwała Borutem – stary, zgarbiony, z oczami przepełnionymi lękiem.
– Coś krąży wokół mego domu – powiedział. – Nocą. Nie daje spać. Cienie… cienie się ruszają. Dziecko krzyczy przez sen.
Anna skinęła głową.
– Jutro przyjdziemy.
Po jego wyjściu spojrzała na Kaspra.
– Pójdziesz ze mną.
– Co to może być?
– Nie wiem. Może tylko licho. A może coś, czego nie widziano tu od dawna.
– Co, jeśli to coś groźniejszego?
– Przekonamy się.
Noc była chłodna. Nazajutrz szli do chaty Boruta w milczeniu. Kasper czuł, że rośnie w nim napięcie. Otaczający ich las był zbyt cichy, tylko czasem słychać było skrzypienie drzew czy szept wiatru.
Gdy dotarli na miejsce, zauważyli, że dom wyglądał zwyczajnie. Ale w środku było zimno. Dziecko spało niespokojnie. Kobieta płakała w kącie.
– Od kiedy to się dzieje? – zapytała Anna.
– Od trzech nocy. Zawsze o tej samej porze. Widzimy cienie na ścianach, jakby coś chodziło po suficie. A pies… nie szczeka. Tylko patrzy w róg i drży.
Anna zapaliła pęk ziół i zaczęła krążyć po izbie. Kasper stał z boku, ściskając talizman, który dostał od szeptuchy. Nagle poczuł chłód, przeszywający go jak nóż.
W kącie izby coś się poruszyło.
Nie był pewien, czy to cień, czy postać, ale był tam ruch. Cichy, wężowaty. Dziecko zaczęło jęczeć przez sen.
– Stań między matką a dzieckiem – nakazała Anna.
Kasper zrobił krok. Raptem coś poczuł; niewidzialną obecność – ciężką. Duszną. Miał wrażenie, że powietrze zgęstniało. Nie wiedział, co robić, jednak jego dłoń z talizmanem uniosła się sama. Odejdź, pomyślał tylko.
I nagle… Cisza. Zimno ustąpiło. Dziecko przestało się wiercić. Pies zaszczekał. Cień zniknął.
Anna spojrzała na Kaspra.
– To była ledwie zapowiedź.
– Co to było?
– Licho. Tylko nie całkiem zwyczajne. Zbliża się coś większego.
*
Później, przy ognisku, Kasper trzymał talizman i patrzył w płomienie.
– Nie wiem, co zrobiłem.
– Nie musisz jeszcze wiedzieć, poza tym, że jesteś związany z tym światem bardziej, niż myślisz. – Anna dolała mu naparu. – Dlatego musisz się uczyć szybciej niż inni.
Kasper westchnął.
– Mam wrażenie, że nie jestem już tą samą osobą, co jakiś czas temu.
– Bo nie jesteś.
Spojrzał na nią.
– Kim ja właściwie jestem?
Anna nie odpowiedziała od razu. Spojrzała w płomień. Ogień odbijał się w jej oczach jak w tafli wody.
– Jesteś tym, który przeszedł przez Bramę; tym, który może ją zamknąć. Albo… otworzyć szerzej.
Znów zapadło milczenie. Ogień trzaskał. Wiatr poruszał ziołami wiszącymi pod sufitem.
Kasper poczuł dreszcz ciążącego na nim przeznaczenia, którego jeszcze nie rozumiał.ROZDZIAŁ III
Pańska Dolina
Wiosna przyszła wcześniej, niż ktokolwiek się spodziewał. Śnieg stopniał w kilka dni, zostawiając pod nogami błoto pachnące rozkładem, wilgocią i odradzającym się życiem. Gdy pierwsze pąki zaczęły się pojawiać na olchach, Kasper zrozumiał, że czas jego nauki u Anny dobiega końca.
Minęły miesiące od tamtej nocy, gdy pierwszy raz poczuł, jak niewidzialne ręce tego świata próbują sięgnąć do jego duszy. Teraz wiedział już znacznie więcej. Wiedział, czym jest zmora, jak rozpoznać południcę, jak odróżnić zwykły cień od licha. Nauczył się, że czasem wystarczy źle wypowiedziane słowo, by rzucić klątwę, i że nie każdy uśmiech w tej krainie jest prawdziwy.
Mimo to wciąż czuł się obcy.
Anna, jakby czytała w jego myślach, pewnego poranka podała mu mały płócienny woreczek.
– To amulet ochronny – powiedziała spokojnie. – Wygrawerowane runy zapewniają opiekę Mokoszy i Peruna. Jest też nożyk z jeleniego poroża i trochę suszonego chleba. Tyle mogę ci dać.
– Myślałem, że zostanę tu dłużej – wymamrotał Kasper, czując, jak ściśnięte gardło utrudnia mu mówienie.
– Świat nie poczeka, aż zrozumiesz – odpowiedziała. – On po prostu będzie. Ty musisz w nim istnieć.
Głos szeptuchy brzmiał twardo, ale w jej oczach była czułość, której nigdy wcześniej nie widział. Chciał coś powiedzieć, lecz słowa utknęły mu w gardle.
– Idź przez las, aż dojdziesz do Pańskiej Doliny – kontynuowała. – Tam znajdziesz Żercę. Nie pytaj o jego imię; czekaj, aż sam ci je wyjawi. On ma ocenić, czy nadajesz się do czegoś więcej niż bycia tylko wędrowcem.
Kasper skinął głową.
– A jeśli mnie nie przyjmie?
– Wtedy wrócisz tu albo pójdziesz dalej. – Uśmiechnęła się krótko. – Nie dowiesz się, póki nie spróbujesz.
Nie było wielkiego pożegnania. Anna tylko dotknęła jego ramienia i odwróciła się do stołu pełnego ziół. Kasper zawiesił woreczek na szyi, wziął kuszę i torbę, po czym wyszedł w poranne światło, które zalewało dolinę jak złota fala.
*
Pierwsze dni wędrówki przebiegały spokojnie. Ścieżki biegły między rozlewiskami, starymi brzozami i polanami porośniętymi przebiśniegami. Kasper szedł ostrożnie, raz po raz sprawdzając, czy amulet wciąż wisi na szyi. Czasem miał wrażenie, że w oddali widzi zarys postaci między drzewami, ale gdy mrużył oczy, widział tylko ścianę zieleni.
Piątego dnia dotarł do sosnowego lasu. Wysokie drzewa rosły gęsto, a mech pod nogami był miękki jak pierzyna. Słońce chowało się za korony drzew. Czuł, że nie powinien tu nocować, ale przed sobą miał bagno, którego nie chciał przekraczać po zmroku. Postanowił pójść jeszcze kawałek.
Gdy zapadła noc, księżyc wyłonił się zza chmur. Był pełny, czerwony jak kula gliny ulepiona rękami gniewnego boga. Chłopak poczuł nagły chłód, choć powietrze było nieruchome. Zatrzymał się i rozejrzał.
– Co to ma być…? – mruknął pod nosem, czując, jak włosy na karku stają mu dęba.
Wtedy zawiał porywisty wiatr. Sosny zaszumiały, jakby się kłaniały przed czymś, czego nie widział. Wszystko w nim chciało uciec, ale nogi stały nieruchomo.
Nagle, kilkadziesiąt kroków przed nim, pojawiła się dziewczynka. Miała białą suknię, włosy czarne jak smoła opadały jej na twarz. Stała z pochyloną głową, bez ruchu, jak widmo zaklęte w cieniu.
Zrobił ostrożnie krok w jej stronę, trzymając w ręku kuszę przygotowaną do oddania strzału. W tej samej chwili dziewczynka podniosła głowę i raptownie ruszyła w jego kierunku. Jej twarz była pusta – bez oczu, bez ust, bez czegokolwiek, dzięki czemu przypominałaby człowieka.
Cofnął się. W jednej chwili postać przyspieszyła i rzuciła się biegiem w jego kierunku. Przebiła się przez ciało Kaspra. Krzyk istoty przeszył noc – dźwięk był tak wysoki, że chłopak poczuł, jak rozsadza mu uszy. Sosny wokół zaczęły pękać i upadać z hukiem.
Serce tłukło mu się w piersi jak szalone. W mroku w miejscu, gdzie powinna być twarz dziewki, zobaczył błysk zielonego światła. A potem… wszystko ucichło. Dziewczynka zniknęła. Wiatr ustał. Drzewa znów stały, jak gdyby nigdy nic.
– To musiała być rusałka – wyszeptał, ocierając pot z czoła.
Ruszył dalej, chcąc jak najszybciej znaleźć bezpieczne miejsce na nocleg.
Po kilku godzinach dotarł na polanę.
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.