Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Najemnicy Czasu - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 stycznia 2026
50,48
5048 pkt
punktów Virtualo

Najemnicy Czasu - ebook

Warszawa 2088. Korporacje kontrolują czas, a jeden błąd w Laboratorium Chronos rozrywa rzeczywistość na strzępy. Richard Gravesend tworzy tajną Agencję i budzi sześcioro najemników wyrwanych z różnych epok, by naprawiali historię… za cenę własnego istnienia. Gdy czas zaczyna testować ich jak pionki w brutalnej grze, stawką staje się nie tylko przyszłość świata, ale to, czy którakolwiek wersja ich samych przeżyje. Powieść powstała z wsparciem AI.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8440-066-1
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG — NARODZINY AGENCJI

Richard Gravesend stał przy panoramicznym oknie swojego gabinetu na setnym piętrze wieży TEX Corp, w sercu Strefy Korporacyjnej Warszawy. Za szybą, 31 grudnia 2088 roku, miasto wirowało w szaleństwie noworocznej nocy: ulewny deszcz smagał neonowe wieżowce, tworząc rzeki rtęci na holograficznych bilbordach, a gęsta mgła zamarznięta w syntetycznym szronie tłumiła odległe eksplozje petard i strzały z nielegalnych karabinów impulsowych. W kanionach ulic poniżej Warszawa tętniła neonowym życiem — gangi Żelaznych Wilków i Cieni z Pruszkowa toczyły uliczne potyczki o terytoria, podczas gdy drony prywatnych sił bezpieczeństwa Vortex Security patrolujące niebo rzucały ostrzegawcze snopy laserów, nieświadome, że rzeczywistość jest znacznie kruchsza niż sugerowałyby to wskaźniki giełdowe.

Gravesend zaciągnął się syntetycznym cygarem, jedynym luksusem w erze, gdzie prawdziwy tytoń dawno ustąpił miejsca chemicznym podróbkom. Spojrzał w dal, gdzie horyzont Strefy Korporacyjnej ginął w burzowych chmurach naładowanych jonami. _Czas jest tak nieprzewidywalny_ — pomyślał — _że nawet największe korporacje jak nasza TEX Corp czy rywale z NeoVortex nie mogły przewidzieć, jak jeden kryzys sprzed jedenastu lat runie lawiną, niszcząc monopole i budząc paramilitarne agencje z cienia_. W jego umyśle migały obrazy tamtego chaosu: ataki hybrydowych gangów na konwoje dostaw, sabotaże nomadzkich klanów Pustelników z Mazowsza i niekończące się wojny korporacyjne, które zmusiły radę nadzorczą do desperackich kroków. Teraz, z Czarnym Funduszem w garści, mógł stworzyć własną agencję — bezwzględną machinę kontrwywiadowczą z agentami w pancerzach z nanokompozytów, gotowymi eliminować zagrożenia, zanim te dosięgną szczytów władzy.

— Komputer — rzucił chłodno. — Uruchom protokół Genesis. Autoryzacja: Gravesend.

Monitor na biurku zafalował. Deszcz za oknem nasilił się, bębniąc o pancerną szybę jak werbel apokalipsy. Zamiast standardowego interfejsu korporacyjnego pojawiło się czarne tło z jedną, pulsującą linijką złotych znaków: _Time eXpansion Xodus — In Time We Trust_. To był ten moment. Oficjalne narodziny Agencji. Oficjalne uruchomienie Czarnego Funduszu, o którym rada nadzorcza TEX Corp nie miała pojęcia. Gravesend wiedział, że musi działać szybko. Wszystko zmieniło się jedenaście lat temu — i ta noc, pod osłoną sylwestrowego pandemonium, miała to przypieczętować.

ROK 2077

Laboratorium Chronos, pół mili pod ziemią, w tajnych podziemiach Strefy Korporacyjnej Warszawy, gdzie rzeczywistość technologiczna przekraczała granice ludzkiego pojmowania. Kronos stał naprzeciw prototypowej kapsuły transferowej MK-I, zwanej przez techników Kolebką. Jego twarz odbijała się w chłodnej, chromowanej powierzchni maszyny — ostre, niemal drapieżne rysy, gęste czarne włosy i oczy jak wycięte z lodowatego szkła. Był kwintesencją inżynierii genetycznej i szczytowym osiągnięciem treningu bojowego — pierwszym i miażdżącym granice natury eksperymentem. Miał być jedyny.

— Jesteś pewien? — zapytała Anna Schadow, stojąc przy konsoli. Jej spojrzenie przeszywało jak stal. W białym kitlu przypominającym zbroję była czymś więcej niż asystentką — była jego genetycznym odbiciem, rezultatem błędu w manipulacjach czasoprzestrzennych, który uczynił ich jednością rozbitą na dwa byty. Ona była nie tylko jego cieniem, ale żywym dowodem paradoksalnego zapętlenia chronologii, gdzie Kronos stał się swoim własnym ojcem i matką.

— Włączaj — rozkazał Kronos, wchodząc do kapsuły. — Czas nie lubi czekać.

Kapsuła zawyła, a czas wokół niej gwałtownie się skurczył, jakby rzeczywistość dostała ataku paniki. Monitory eksplodowały kaskadą błędów: _Critical Failure, Temporal Loop Detected, Biological entity unstable_. Anna patrzyła z przerażeniem, jak ciało Kronosa zaczęło się dosłownie rozmywać w czasie, najpierw tracąc dłoń, potem tors, aż wreszcie jego krzyk uciszyła ogłuszająca cisza. Nie rozpadł się, lecz rozsypał w cale czasu, pozostawiając po sobie jedynie energetyczne echo — i Annę, kotwicę w teraźniejszości. W tym podziemnym laboratorium, będącym kuźnią nowych czasów, każdy eksperyment był igraniem z dwiema stronami medalu: nauką i szaleństwem.

Ta scena stała się początkiem łańcucha wydarzeń, które doprowadziły do powstania Agencji Gravesenda w 2088 roku, gdzie nieprzewidywalność czasu i zimna aura korporacyjnych zmagań tworzyły bezlitosne tło dla walki o przyszłość Warszawy. W miarę jak ekstremalne warunki pogodowe — mróz, przelotne burze i gęste, syntetyczne mgły oświetlane rozbłyskami neonów — zatapiały miasto, w cieniu korporacyjnego szaleństwa i bezwzględnych gangów zrodziła się potrzeba taktyk wyprzedzających czas.

ROK 2088 — POWRÓT DO GABINETU GRAVESENDA

Richard Gravesend stał przy panoramicznym oknie, strzepując popiół na mahoniowy blat, podczas gdy za szybą sylwestrowa burza szalała z pełną mocą. Syntetyczny deszcz mieszał się z kwaśnym śniegiem, tworząc toksyczne kałuże w neonowych kanionach, gdzie drony Vortex Security przecinały mgłę laserowymi smugami, a odległe strzały gangów Żelaznych Wilków dudniły jak grom. _Czas jest nieprzewidywalny jak ta cholerna pogoda_ — pomyślał. _Jedna anomalia, i całe imperium TEX Corp może runąć, tak jak runęło jedenaście lat temu, gdy kryzysy temporalne pochłonęły miliardy_.

Jego wzrok powędrował do holograficznego ekranu, gdzie migał pilny e-mail z tajnego serwera Chronos Labs: _„URGENT: Anna Schadow zniknęła z ochrony SZKA. Brak śladów walki. Kamery zarejestrowały jedynie falę distortion — wygląda, jakby się rozpłynęła w czasie. Sygnatura pasuje do Kronosa. Aktywować protokół kotwicy? — Podpis: Echo-7”_.

— Raport o statusie obiektu Zero — zażądał Gravesend, jego głos przecinał szum wentylatorów jak nóż.

Głos sztucznej inteligencji był beznamiętny:

— Obiekt rozproszony. Sygnatura temporalna: fragmentaryczna. Ostatnia znana lokalizacja: 2077-12-31. Status bytu: wielowymiarowy, niestabilny. Powiązanie z Anną Schadow: potwierdzone, ale niestabilne po dzisiejszej anomalii.

— Zgubił się w czasie — mruknął Gravesend, zaciągając się. — Ale nie zginął. Anna wciąż go czuje, choć teraz sama dryfuje na krawędzi. Potrzebujemy jej, zanim gangi Cieni z Pruszkowa lub nomadzi Pustelników z Mazowsza wyczują słabość TEX Corp. Eksperyment pochłonął miliardy, ale nie zamierzam spisywać go na straty. Potrzebuję zespołu — ludzi, którzy oszukali czas, jak ci nomadzi przetrwali burze jonowe.

— Komputer, aktywuj protokół rekrutacji Niedobitek. Skanuj linie czasowe. Szukaj anomalii. Szukaj tych, którzy oszukali śmierć. I zlokalizuj Schadow — dodaj ją do puli.

— Skanowanie zakończone. Wykryto sześciu potencjalnych kandydatów, w tym Annę Schadow — status: niestabilny, ale zakotwiczony. Wyświetlam profile.

Na holograficznym ekranie zamigotały twarze wyrwane z chaosu epok, otoczone aurą burzowych chmur i neonowych błysków warszawskich ulic.

KANDYDAT 1: PIOTR SZELIGA (AKA RONIN)

Warszawa, Ursynów, 1999. Haker-buntownik, samouk. Przeżył wybuch grzejnika i starcie z gangsterami w Lesie Kabackim. Talent do kodów rzeczywistości. Status: Gotowy do pobrania.

KANDYDAT 2: GALDER GRASSFIORD

Norwegia, Fiordy Północy, 2240. Wojownik post-apo, przetrwał temporalną burzę śnieżną. Brutalna siła, instynkt łowcy. Status: Oczekuje w strefie zero.

KANDYDAT 3: CZARNY KOT (MUFLON)

Dublin, 1884. Złodziej-morderca, rozpłynął się we mgle w szczelinie czasowej. Bezwzględny cień. Status: Zabezpieczony.

KANDYDAT 4: RUDI GORCY

Edynburg, 1902. Mistrz semtexu i runicznej magii. Zniknął w eksplozji rozrywającej rzeczywistość. Status: Stabilny.

KANDYDAT 5: MARIE (ELIZABETH BUDHANI)

Marsylia, 2014. Lekarka-szaman w zamku-klinice. Wciągnięta przez falę uderzeniową podczas sztormu. Wiedza o ciele i duchu. Status: Zlokalizowana.

KANDYDAT 6: ANNA SCHADOW

Laboratorium Chronos, 2077. Genetyczne odbicie Kronosa, kotwica temporalna. Rozpłynęła się dziś — sygnatura aktywna. Status: Niestabilny, ale lojalny.

Gravesend przyjrzał się profilom, czując chłód burzy za oknem, gdzie kwaśny deszcz bębnił o pancerną szybę wieży TEX Corp, a neonowe błyski z ulic Strefy Korporacyjnej odbijały się w kałużach jak rozbite temporalne szczeliny. _Szósty zawsze był kluczem_ — pomyślał. _Kronos rozbity w czasie, a Anna… jej zniknięcie z ochrony SZKA to nie przypadek, tylko echo tego samego paradoksu. Idealnie nieprzewidywalni, jak ta noc w Warszawie, gdzie gangi Żelaznych Wilków czają się w mgłach_.

Odwrócił się do konsolety, aktywując połączenie z główną asystentką TEX Corp — Eriką Voss, chłodną profesjonalistką monitorującą Czarny Fundusz z niższych poziomów wieży. Jej hologram migotał na skraju ekranu jak widmo lojalności w burzowej nocy.

— Eriko, słuchasz? — rzucił ostro, strzepując popiół. — Schadow odpłynęła, jak przewidywałem. Przygotuj produkcję nanokombinezonów z funduszu off-book. Pełna ochrona przed paradoksami: powłoki temporalne, adaptacyjne nanity, integracja z implantami. Uruchom linie montażowe natychmiast, jak tylko agenci się pojawią — Ronin, Galder, Czarny Kot, Rudi, Marie. Żadnych opóźnień. Czas to nasza broń, a oni będą jej ostrzem.

— Rozumiem, panie Gravesend — odparła Erika Voss beznamiętnie przez głośnik, jej hologram stabilizując się z precyzją maszyny, oczy błyszczące danymi z podziemnych fabryk. — Protokoły aktywne. Produkcja ruszy po pierwszej anomalii rekrutacyjnej. Środki z Czarnego Funduszu przelane. Czy wysłać sondy po Schadow? Jej sygnatura wciąż pulsuje w sieci.

Gravesend skinął głową, gasząc cygaro w kałuży deszczu na parapecie. _Niech dryfuje_ — pomyślał. _Jej rola nadejdzie, gdy Kronos zawoła_. Z hologramem Eriki wciąż wiszącym w powietrzu spojrzał na fajerwerki rozświetlające toksyczne niebo nad Warszawą — nowy rok, nowa agencja, polowanie rozpoczęte.ROZDZIAŁ 1: PIERWSZY

Warszawa, grudzień 1999. Miasto balansuje na krawędzi Nowego Roku — i czegoś jeszcze nieznanego. Millennium bug to temat dnia, a echo cyfrowej rewolucji pobrzmiewa w witrynach restauracji i banków wzdłuż ulicy Dereniowej. Tu, w pulsującym centrum południowej Warszawy, życie kręci się wokół KFC, gdzie aromat pieczonych kurczaków przyciąga do rampy załadunkowej na tyłach, a ciężarówki suną przez śnieg. Po drugiej stronie ulicy migoczą czerwone parasole Pizza Hut, loga Banku PKO i nowoczesnego Citibanku. Ich światła rozświetlają grudniową noc.

Nad tym wszystkim, ponad światłami, czai się stary kościół — samotny strażnik Imielina, wyglądający, jakby znał tajemnice niedostępne zwykłym ludziom. Tuż pod nim, przy wejściu na Dereniową, lśni nowa stacja metra Imielin. Wieczorami przepełniona ludźmi w podróży, dramatycznie kontrastuje z uśpionymi ulicami tej części miasta.

ZIMOWA WARSZAWA

Zima w Warszawie pokazuje swoje surowe oblicze. Wiatr szarpie brudne zwały śniegu, zaspy przykrywają chodniki i krawężniki. Śnieg na jezdni połyskuje w świetle latarni, a cienka warstwa lodu sprawia, że każdy krok może skończyć się upadkiem. Przyroda jest tu symboliczna — kilka bezlistnych drzew chwieje się pod naporem mroźnego powietrza, a ich cienie rysują się na śniegu zagarnianym przez samochody. W oddali, na Hawajskiej, czerwienią się koguty karetki; stamtąd dobiega dudnienie basów. Ten dźwięk — na przekór logice zimy — dociera aż na Hirszfelda.

Niebo nad miastem przypominało ciężką, granatową zasłonę — masywną i nieprzepuszczalną, napiętą nisko nad dachami budynków. Gwiazdy już dawno skryły się za grubymi warstwami śnieżnych chmur, tylko gdzieniegdzie, na wysokości bloków i starych kościelnych wież, przesuwały się blade, elektryczne błyski: światła samolotów, satelity, a czasem coś dziwniejszego — pojedynczy zimowy błysk niczym tajemniczy zwiadowca Nowego Roku.

Blade światło księżyca ledwo prześlizgiwało się przez mleczną mgłę, z trudem odcinając dachy, krzyże i wysokie anteny. Czasem z górnej krawędzi chmur rozlewał się srebrzysty połysk, innym razem migały dołem kolorowe przebłyski reflektorów karetek, świateł ulicznych, a nawet świątecznych iluminacji. Cała rzeczywistość zdawała się napięta jak struna, gotowa eksplodować — lub przemknąć w nieznane — wraz z najlżejszym powiewem zmian.

Mróz czuć było wszędzie: ciągnął po nogawkach, szczypał w policzki, skrzypiał pod butami. Para unosiła się przy każdym oddechu, zamieniając rozmowę w świetlistą, ulotną chmurkę.

Jedynym kontrastem dla tej zimowej szarzyzny były zapachy niesione od strony mieszkań i ulicznych kuchni. Gdzieniegdzie w ostrych podmuchach wiatru wyczuć można było słodkawy, przypalony aromat bigosu — ktoś zostawił za długo garnek na kuchence, a dym z otwartej okiennicy roznosił tę nutę przez blokowisko. Z innego okna unosił się korzenny, ciepły zapach pierniczków, ledwie przykryty dymem z palonych w piwnicach resztek drewna i gazet.

W tej miejskiej zimie, wśród zapachów domowych porażek i drobnych świątecznych zwycięstw, pod tym niebem zawieszonym pomiędzy wiecznością a nadchodzącą zmianą, wszystko mogło się wydarzyć.

POKÓJ RONINA

Pokój Piotra Szeligi, parter w bloku na warszawskim Ursynowie — skromny, cztery na pięć metrów, ze skrzypiącą drewnianą podłogą i wszędzie rozstawionymi figurkami G.I. Joe i Transformers. Na ścianie wisiał stary plecak z pentagramem i symbolem Beliala, pamiątka dawnych lat w rebelianckiej skórze.

Największą dumą Piotra była półka tuż nad komputerem, gdzie stało kompendium wiedzy każdego początkującego, a potem coraz bardziej zaawansowanego hakera, programisty i człowieka ery cyfrowej: Basic, Turbo Pascal, C++, Windows Bible, Secret Service, kilkanaście numerów kultowego Bajtka i Top Secretów, „Tajemnice Atari”, „Python dla opornych”, „Pierwsze kroki w Linuxie”, „Hakowanie — czy to legalne?”, „Łamanie kodu, dostęp do baz danych”, a także filozoficzno-technologiczne tomy: „Sztuczna inteligencja — fantastyka czy przyszłość?”. Lubił, kiedy rzędy tych grzbietów kładły się cieniami na biurku o poranku, jakby pilnowały całej jego technologicznej codzienności.

Pod półką, na biurku, stał niemal zabytkowy, ale wciąż żywy Compaq Presario 4840 — komputer z naklejką „DVD & Multimedia”, centrum wszelkich wielkich i małych nocnych bitew w Ultima Online. Na ekranie rozciągała się panorama zamku, a Wilk, czyli Ronin, jawił się w samym sercu przygody: dziś rezydował w Minoc, a na górze ekranu widać było rolki zielonego tekstu czatu, gdzie właśnie spotykał się z przestępczym przyjacielem — Butcherem. Jego kumpel, choć mieszkał na Śląsku, dzień w dzień „siadali” na ławie tu, pod wirtualnym murkiem miasta, dyskutując o sprawach tak codziennych, jak i niebezpiecznych. Wszystko to pod czujnym okiem Valarów — adminów i mistrzów gry, którzy pozwalali na ten osobny świat tuż obok realu.

Obok Compaqa, na brzegu biurka, stał niewielki, 12-calowy Alienware, prawdziwy skarb wygrany po ciężkiej aukcji na eBayu. To cudeńko było podpięte do sieci kablowej od Aster City, a Piotr używał go do prawdziwie cybernetycznych rajdów po świecie. Na ekranie Alienware’a pulsowało niebieskie okno PowerShella — linijki kodu szybkiego jak błyskawica, czasem crypto, czasem batch, czasem własne narzędzia hakujące. Ten system i ten sprzęt były dla Piotra synonimem marzeń: tu przenikał „drugą stronę”, tropił zero-jedynkowe tajemnice, łamał szyfry, testował zabezpieczenia.

Bo na co dzień Piotr funkcjonował jako poprawny obywatel i korpoludek. Ale czasami sprawy Ronina wymagały działania poza systemem — wtedy gasł monitor Compaqa, cicho klikała myszka od Alienware’a, a w oknie PowerShella rozbłyskiwały linijki kodu, które mogłyby przyprawić dowolnego informatyka o przyspieszone bicie serca.

CIEŃ OBSERWATORA

Od kilku dni Piotr nie był w stanie pozbyć się wrażenia, że coś — lub ktoś — go nieustannie obserwuje. Patrząc wstecz, wyraźnie spostrzegał, że od trzech ostatnich nocy czuł się coraz bardziej osaczony. Zbiegiem okoliczności, w każdej chwili, kiedy załatwiał coś nieco mniej legalnego, to dziwne uczucie stawało się niemal nieznośne. Jako doświadczony haker przemierzał infostradę chroniony najlepszym VPN-em i programami maskującymi jego cyfrowe ślady, ale w prawdziwym świecie nigdy nie tracił czujności. Zwłaszcza wtedy, gdy odbierał przesyłkę z zamówioną Smith & Wesson czy kolejne paczki amunicji.

Przyswajanie angielskiego, później płynne wyćwiczenie niemieckiego — wszystko po to, by zakupy za granicą przebiegały niemal legalnie. Mimo technicznej przezorności, po ostatniej transakcji w Piotrze zaczęła narastać obawa, że ktoś monitoruje jego ruchy. Nie potrafił się wyzbyć obrazu mężczyzny w czarnym, znoszonym płaszczu, kapeluszu, z papierosem w ustach, który pojawiał się niepokojąco często w jego otoczeniu. To nie był typowy „cień”, nie chodziło o śledzenie — ale zbiegiem okoliczności postać zawsze była gdzieś blisko.

Najbardziej dała się we znaki noc, tuż przed tym, jak grzejnik niemal go zabił. Piotr był niemal pewny, że ktoś przemknął przez jego mieszkanie i zniknął za balkonowym oknem. Innym razem siedział przy komputerze, prowadził Wilka przez brytyjskie wzgórza w Ultimie, a jednocześnie — kątem oka — zobaczył kogoś za oknem. Nim się obrócił, postać zniknęła, a Piotr, niemal odruchowo, zamknął w pośpiechu żaluzje. Dziwność tej sytuacji dopełniło jeszcze więcej: nagle w przedpokoju pękła żarówka, a Piotr był pewny, że ktoś przeszedł przez korytarz, mimo że drzwi i okna były zamknięte na głucho.

Obraz tej sylwetki — w płaszczu, z papierosem i kapeluszem — nie dawał mu spokoju nawet w nocy, przez co ostatnio nie sypiał prawie wcale. Do tego wszystkiego dostał jeszcze zlecenie na odebranie elektroniki z podziemnej transakcji; uprzedzono go, że handlarz może być uzbrojony, a Piotr musiał zadbać o każdy szczegół — od odpowiedniego sprzętu po szybki plan wyjścia awaryjnego.

Trzy nieprzespane noce odbiły swoje piętno: dwa dni temu spadło radio, wczoraj niemal został skasowany przez żeliwny grzejnik; dziś czuł, jak niepokój krąży pod skórą. W powietrzu wyraźnie wisiało coś trudnego do nazwania — pewność, że wydarzy się coś, na co w żadnym podręczniku nie znajdzie odpowiedzi.

OSTATNIA SESJA W ARKADII

Zanim jednak wyruszy odebrać paczkę, Piotr postanowił złapać chwilę relaksu na serwerze StrefyCienia w Arkadii. Ileż można godzinami próbować przebić się przez kolejny firewall — głowa aż pulsowała od kolejnych prób i szyfrów. W Arkadii, chociaż wirtualnie, można było odetchnąć, wejść do starej tawerny, poklikać z dawnymi znajomymi od hacku i tych, co pamiętają jeszcze pierwsze legendy tekstowych RPG.

Zresztą, jeśli wszystko pójdzie po jego myśli i transakcja się powiedzie, będzie wreszcie mógł wymienić procesor w swoim Alienware na nowocześniejszy model. To zdecydowanie przyspieszy pracę nad kolejnym włamem — szybciej łamać klucze, łatwiej testować exploity, bezzwłocznie kraść kolejne sekundy w nocnym wyścigu umysłów.

Wilk (Ronin) właśnie wykuwa magiczny miecz, gdy na czacie pojawia się Butcher, wojownik w czarnej zbroi.

BUTCHER: _„Wilk, nie śpisz jeszcze? Znowu dłubiesz przy tych klingach? Może przydasz się na rajd na Shadowlords?”_

WILK: _„Raczej nie dziś, Butcher. Dziwnie się tu czuję — jakby rzeczywistość traciła stabilność. Dziś miałem wypadek — grzejnik z łazienki prawie mnie zabił…”_

BUTCHER: _„Heh, pech. Nawet mag-kowal potrzebuje czasem odpocząć. Ale Wilku — nawet rzemieślnik może zostać bohaterem. W realu też przydałyby mi się dwa miecze…”_

WILK: _„Może… W grze przynajmniej wiadomo, kto jest wrogiem. W realu coraz trudniej odróżnić jedno od drugiego.”_

BUTCHER: _„Tylko ty potrafisz kuć zbroje z mithrylu tak szybko, że nawet shadow lordom robi się gorąco pod zadkiem. Czasem sobie myślę, że nie chciałbym być już criminal… ale tak ciężko uczciwie zarobić, jak nooby same się proszą o łomot.”_

WILK: _„Cóż, taka praca. Dobrze cię mieć po stronie teamu, Butcher.”_

BUTCHER: _„Jakby co — możesz na mnie liczyć, Wilku. Nawet w walce z demonami codzienności…”_

Wilk (Ronin) uśmiecha się pod nosem — humor Butchera zawsze go rozbawia.

WILK: _„Muszę lecieć, kopię rudę.”_

BUTCHER: _„Jak zawsze stary, idź po swoje!”_

WILK: _„Odmeldowuję się z kopalni — trzymaj się!”_

BUTCHER: _„Czekam na nowe zbroje. I wracaj cały!”_

Wyłącza monitor. Przez okno patrzy na Dereniową: pusta i cicha, ale ta cisza jest czujna, zwiastuje burzę. W KFC opuszczone rolety, rampy załadunkowe ciche, neonowe loga banków odcinają się na śniegu. Nad metrem kołyszą się cienie ostatnich pasażerów, a światła kościoła toną w mglistym blasku — jakby pilnowały granicy czegoś więcej.

PRZYGOTOWANIA

Ronin bierze swój znoszony plecak, pod ramoneskę chowa Smith & Wesson, a na plecy zakłada kaburę z Berettą. Przegląda jeszcze graty — Alienware’a zabiera ze sobą na wszelki wypadek, może się przydać, żeby na miejscu sprawdzić jakąś sekwencję kodu albo potwierdzić hasło dostępu. Bateria naładowana — dam radę w razie czego.

Z mieszkania wychodzi dyskretnie przez drugą klatkę schodową, a potem, zanim ruszy na spotkanie, schodzi do piwnicy. Ostrożności nigdy za wiele. Dla dodatkowego efektu w mieszkaniu zostawia otwartą tackę z CD na komputerze — do tego przypina kręcącą się kartkę na żaluzji, by delikatnie ruszała się w świetle. Może to wystarczy, by zmylić ewentualnego obserwatora, sprawiając wrażenie, że ktoś cały czas jest w środku.

Spotkanie zaplanowane jest na Kabatach — przy torach kolejki, za popularnymi Kazurami. Tam znajduje się stary nasyp, niewielkie jeziorko zalewowe, a kawałek dalej zwalone drzewo „Piorunek” i otwarte pole. Miejsce umówione: wejście do lasu przy nasypie kolejowym, z widokiem na słynną Kazury Mountain — ulubione miejsce skaterów i BMX-owców, gdzie czasem latają nawet na latawcach. Ale nie w grudniową noc — teraz pola i drzewa pogrążone są w lodowatej ciszy.

Ronin opuszcza swój blok i bocznymi uliczkami Hirszfelda przemyka w stronę Kazur. Po drodze sprawdza oba pistolety, z tyłu obok portfela dokłada jeszcze dodatkowy magazynek. Nóż bojowy chowa w holwi glanów. Ciemne okulary chronią go przed ostrym światłem latarni odbitym od śniegu. Jest cholernie zimno, ale to akurat dobra wiadomość dla elektroniki — sprzęt działa lepiej w chłodzie.

Przy budowie nowego bloku błyskają światła przypadkowego samochodu — Ronin wybiera bezpieczniejsze obejście, woląc nie wpaść nikomu pod oczy. Na polanie, pełnej starych drzew, wąska ścieżka prowadzi go w stronę nasypu. Tam wyraźnie widzi dwóch typów palących papierosy i czekających, widać to nawet po ich ruchach. Jeden z nich nerwowo zerka na telefon.

Piotr zastanawia się jeszcze przez moment, czy powinien wejść od frontu i się odkryć. Słyszał, że ta grupa powiązana jest z gangiem ściągniętym z USA — z początku było legalnie, a dziś ich towar pozyskiwany i sprzedawany jest zdecydowanie poza prawem. Niejeden kurier czy kierowca tira kończył przez to w szpitalu.

Ściskając mocniej pasek plecaka, Piotr rusza przez śnieg, gotów na wszystko, co może wydarzyć się tej zimnej, grudniowej nocy.

TRANSAKCJA

Dwaj mężczyźni stojący pod zwalonym drzewem mierzą Ronina nieufnym wzrokiem. Papieros rozżarza się czerwoną kulką w ciemności.

— Czekaliśmy, aż ktoś od was w końcu ruszy tyłek — rzuca wyższy, łysy z kilkudniowym zarostem. — Imię Kamil. To nie jest tania zabawka, wiesz?

Drugi, spłoszony facet w kraciastej kurtce — Jacek — wyciąga z plecaka niewielką paczkę, ale niechętnie podaje ją do ręki.

— Szef mówił, że płatność miała być większa. Robimy na dwa razy tyle. Kurs się zmienił.

Ronin mierzy ich wzrokiem, nie okazując żadnych nerwów.

— Umowa była jasna: gotówka za elektronikę — teraz. Nie zamierzam płacić więcej, bo wasz szef nie ogarnia cennika. Przemyślcie dobrze — albo rozliczamy się po staremu, albo będę musiał zadzwonić do waszego dostawcy i wyjaśnić, że próbujecie rozgrywać własne gierki.

Kamil spluwa w śnieg, zgrywając twardego:

— Nie strasz, bo można się zdziwić.

— Ty też możesz się zdziwić, kiedy twój kontakt usłyszy, co próbowaliście mi wcisnąć. Nie po to jeżdżę po okolicy, żeby bawić się w przepychanki.

Jacek staje bliżej, podnosi rękę z paczką:

— Dobra, nie podoba mi się ten klimat. Rozliczamy się. Ale następnym razem, Ronin, przynosisz podwójną gotówkę albo dzwonimy do centrali.

Ronin bez słowa sięga po paczkę, odlicza pieniądze i rzuca je na rękaw Kamila.

— Jedziemy według umowy albo każdy z nas będzie miał po tym wieczorze z kim porozmawiać. Wasz wybór.

Z tonu Ronina wynika jasno, że nie zamierza pozwolić się zastraszyć — i choć transakcja przebiega z napięciem, finalnie sprzedawcy cofają się, pozwalając odejść w milczeniu przez śnieg pokryty cieniami grudniowej nocy.

WALKA

Atmosfera przy nasypie staje się coraz bardziej gęsta. Ronin właśnie kończy wymianę pieniędzy z Kamilem i Jackiem, gdy nagle zza drzew wychodzi trzeci mężczyzna — nieco starszy, z podniesionym pistoletem, twarz ukryta w cieniu kaptura.

— No, no, w samą porę. Myśleliście, że nikt nie zauważy tej waszej zabawy? — mówi obcym, pełnym pogardy tonem.

Wszyscy błyskawicznie się napinają. Ronin dobywa Smith & Wessona spod ramoneski, ale gdy tylko próbuje oddać strzał, mroźny ślizg na śniegu sprawia, że broń wyślizguje mu się z dłoni i upada. Ronin błyskawicznie pada na kolano, wyciąga nóż bojowy z cholewy glana i ciska nim w napastnika. Ostrze z sykiem wbija się w ramię nieznajomego, który odruchowo oddaje strzał — kula rani Kamila, który z głośnym przekleństwem pada obok zwalonego drzewa.

Jacek, przekonany, że Ronin i napastnik są w zmowie, wyjmuje ukrytą w kurtce maczetę i rzuca się na Piotra. Ronin, mając ułamek sekundy, wykonuje fikołek w bok, chwyta Berettę z pleców. Broń rozgrzana od ciała leży pewnie w dłoni; obraca się i mierzy prosto w Jacka. Ten hamuje gwałtownie, widząc w nosie swojej twarzy wielką lufę, po czym Ronin oddaje strzał — Jacek pada w śnieg, ostrze maczety upada obok.

Prześladowca z pistoletem wciąż przeklina, krwią plamiąc śnieg, i próbuje dorwać się do paczki, którą Ronin ściska pod pachą. W tym momencie Ronin sięga po leżący w pobliżu pniak i z całej siły ciska nim w napastnika. Ten upada, a Ronin orientuje się, że po strzale magazynek z Beretty wyleciał na bok i broń stała się zupełnie bezużyteczna — pozostała tylko zimna stal, śnieg i adrenalina rozgrzewająca powietrze wokoło.

Napastnik, mimo rany w barku, rzuca się na Ronina z furią. Piotr czuje nagły przypływ adrenaliny, blokuje pierwszy cios, przeciwnik trafia pięścią w jego przedramię — Ronin łapie go za przegub i błyskawicie przestawia atak pod siebie. Rozlega się chrupot — złamany nos napastnika pęka, krew sika na śnieg.

W tym momencie wracają wspomnienia ze studenckiego szkolenia z samoobrony: ułamek sekundy i Piotr chwyta przeciwnika w twardy nelson, kolanem wbija mu się w kręgosłup, aż ten sapie z bólu. Napastnik nie daje za wygraną, z furią celuje głową prosto w twarz Ronina — nos Piotra eksploduje bólem, ciemnieje mu przed oczami. Zaciska zęby, blokuje wrzask i w tej samej chwili wbija palce dłoni głęboko w raniony bark przeciwnika, szarpiąc ranę i jednocześnie podstawiając nogę. Napastnik bezwładnie leci do tyłu, z głośnym trzaskiem uderzając karkiem o stary głaz przy ognisku. Kiedy tylko jego ciało opada, przez nasyp przechodzi głuchy stuk — ofiara nieruchomieje.

Zmasakrowany, brudny od śniegu i własnej krwi, Piotr, jak przystało na rasowego gracza, wypuszcza z siebie wiązankę przekleństw pod nosem. Drżącymi rękami przeszukuje powalonego. W wewnętrznej kieszeni płaszcza znajduje plastikową legitymację.

— Ku… — Sapie, czytając: „UOP” — Urząd Ochrony Państwa.

Ułamek zawahania. Potem zimna kalkulacja — Ronin puszcza legitymację, z odrazą spycha ciało napastnika do pobliskiego jeziorka zalewowego. _Niech czas robi swoje_ — mruczy pod nosem. Do plecaka zbiera elektronikę, Alienware’a, gotówkę i magazynek.

Rusza w stronę lasu, nie oglądając się za siebie. Z oddali dobiegają jeszcze jęki rannego Kamila, ale Piotr nie zamierza się zatrzymywać. Teraz najważniejsze jest jak najszybciej wrócić do mieszkania — bo jeśli ten typ był faktycznie z UOP-u, Ronin może mieć znacznie większe problemy, niż do tej pory przypuszczał.

WIADOMOŚĆ Z PRZYSZŁOŚCI

Zimny wiatr szarpał czapkę i ramoneskę Piotra, gdy coraz szybciej oddalał się od nasypu i krwawych śladów przy starym ognisku. Trzymał plecak mocno, w palcach jeszcze pulsował ból po kontakcie z kłodą i własnym nosem. Uliczki przy polanie, potem przebieg przez zaśnieżone ścieżki Lasu Kabackiego; tylko echo połamanych gałęzi i podmuchów mrozu przypominały mu, jak blisko był dzisiejszej granicy.

Ścieżka prowadziła go z dala od miejsca walki; przez chwilę był jeszcze gotów na pogoń, ale nikt go nie ścigał. Z każdą minutą coraz bardziej liczyło się tylko jedno: wrócić do mieszkania, zamknąć się od środka, sprawdzić elektronikę, opatrzyć ranę… i przede wszystkim przemyśleć, czy UOP rzeczywiście wpadł mu na trop, czy był to tylko pechowy zbieg okoliczności.

Jeszcze zanim dotarł do pierwszej latarni na skraju lasu, jego telefon zawibrował w kieszeni tak gwałtownie, że Piotr niemal go upuścił. Zatrzymał się na moment, odruchowo odsunął się pod cień drzewa; ręka zadrżała, gdy wyciągnął komórkę. SMS — zakodowany, pulsujący jak ostrzeżenie:

_„CZASOPRZESTRZEŃ WZNOWIONA. PROJEKT FUTURES PAST AKTYWNY. JESTEŚ PIERWSZYM. RONIN — PRZYGOTUJ SIĘ NA NIE-MOŻLIWE.”_

Krótka wiadomość, a jednak serce Piotra zaczęło bić szybciej — nie przez strach, lecz przez irracjonalne, znajome napięcie. Instynkt analityka i łowcy zadrżał: oto punkt zwrotny. Każda komórka ciała brodziła jeszcze w stresie konfrontacji, ale rozum już wiedział: zaraz trzeba zacząć nową partię, do której nie można się przygotować w klasyczny sposób.

Otulił się mocniej ramoneską, przyspieszył kroku i ruszył w stronę najbliższej cywilizacji. W tej chwili świat wokół migotał już inaczej — światła miasta wydawały się bardziej jaskrawe, każdy bruk pachniał mroźnym grudniem i czymś niespokojnym, a cień za plecami zaczynał rosnąć. Może to tylko adrenalina po walce, a może… coś naprawdę się zmieniło.

Teraz najważniejsze było dotrzeć w bezpieczne miejsce, nim nie-możliwe stanie się codziennością.

POWRÓT

Powrót przez nocny Ursynów trwał dłużej niż zwykle. Piotr z każdym krokiem oddalał się od nasypu i coraz bardziej niknących wrzasków Kamila. Przemykał przez zaspane podwórka, unikał rozproszonych świateł latarni, wracał bocznymi alejkami Hirszfelda i Dereniowej. Śnieg chrzęścił pod butami, w powietrzu unosił się zapach dymu z nocnych ognisk i lekko przypalonych obiadowych resztek. Gdzieś w tle wciąż dochodziły basy z Hawajskiej, przecinane krótkimi, nerwowymi sygnałami karetki. Mroźny grudniowy wiatr smagał policzki, a jego chłód pobudzał umysł do analizy każdego detalu — każdy krok mógł przecież zmienić wszystko.

Wreszcie, tuż przed świtem, Piotr przekroczył znajomy próg swojego mieszkania. Zamknął ciężkie drzwi, na chwilę oparł się o nie plecami, czując, jak napięcie z dzikiej nocy powoli odpływa. Przeszedł przez skrzypiącą podłogę do łazienki — tam ostrożnie obmył twarz i nos, po czym zlustrował rany. Szybko i sprawnie je opatrzył, korzystając z apteczki przypiętej do spodu szafy. Dopiero wtedy sprawdził zawartość plecaka: elektronika — cała, paczka — sucha, Alienware i amunicja — tam, gdzie być powinny. Ostrze, które jeszcze godzinę wcześniej ratowało mu życie, odłożył ostrożnie na bok.

Podszedł do lustra i spojrzał w swoje odbicie: zmęczona, podkrążona twarz, lekki zarost, ostre rysy, spojrzenie pełne lodowatej koncentracji. Oczy tylko błyszczały żywo, odbijając blade grudniowe światło znad miasta. Zaschnieta krew i siniaki — część z tego zniknie po prysznicu.

Działał rutynowo — najpierw prysznic, potem trzeba zająć się SMS-em.

Piotr wszedł do łazienki, zmył z siebie resztki śniegu, krew i stres pod gorącym prysznicem. Szybko i sprawnie opatrzył ranę na ręce, przykleił plaster na nos, a potem wrócił do pokoju, gdzie rozłożył ekwipunek: sprawdził broń, amunicję i wyciągnął Alienware’a z plecaka.

Ku swojej uldze komputer działał bez zarzutu. Rozkręcił obudowę, wymienił procesor na nowocześniejszy model z paczki, dołożył kość RAM-u i uruchomił system, obserwując, jak maszyna nabiera tempa.

Wciągnął się w kilka technicznych testów, wcisnął ostatnią śrubkę — a potem, bez dłuższego wahania, narzucił kurtkę i ponownie wyszedł w noc. Musiał odnaleźć tego, kto wysłał mu tajemniczą wiadomość.

Schował Smith & Wesson do kabury pod ramoneską, Berettę za pas, miecz bastard do pochwy na plecach. Przesunął się po pokoju, rozciągając zmęczone barki i poprawiając kaburę. W myślach wciąż krążył stary żart: _„Rosjanin na bal z nożem, Amerykanin na Harleyu z automatem, a Ronin? Ten zawsze idzie na całość — S&W, miecz i własna wola. Lubi mieć wybór.”_ Może był w tym cień goryczy, ale też nuta dumy.

Na koniec zerknął na zegar Compaqa. 3:33 — trzy trójki, magiczna liczba dla wtajemniczonych i ludzi przesądnych. W podświadomości Piotr czuł, że gdzieś w cieniu czai się ukryte 666, czekające na swój ruch jak uparty cień pod klatką schodową.

Wycieńczony, a jednocześnie czujny bardziej niż kiedykolwiek, dopiął kurtkę i przez chwilę patrzył przez okno na ciemną Dereniową. Między zasypanymi śniegiem chodnikami, bursztynowym blaskiem latarni i wirującymi gdzieś dalej cieniami wiedział, że tej grudniowej nocy rzeczywistość stała się bardziej niebezpieczna niż kiedykolwiek wcześniej — i że każdy jego kolejny krok może być wejściem do zupełnie nowego rozdziału, na który nic nie mogło go przygotować.

I wtedy — widzi go.

JAGUAR

Jaguar. Granatowo-czarny, lśniący klasyk z szybami tak ciemnymi, że światło latarni ślizga się po nich niczym mgła po grudniowym śniegu. Ten samochód nie powinien tu stać; Piotr intuicyjnie czuje, że to więcej niż zbieg okoliczności — raczej wyraźny znak. Wnętrze: wykończenia na miarę przyszłości, dyskretna dotykowa konsola, wygodne, głęboko osadzone fotele. Zbliża się ostrożnie — silnik zaczyna miękko pomrukiwać, a drzwi otwierają się same, jakby to właśnie na niego czekały.

Piotr wsiada do środka, czując jedynie chłód i narastającą, elektryczną ciszę. Dalekie, elektroniczne basy docierają gdzieś z miasta, ale tu, w kabinie, wszystko zamiera. Gdy naciska klamkę, drzwi zatrzaskują się, a świat wokół zanika w nagłym rozbłysku bieli.

TRANSFER

Kiedy Piotr odzyskuje świadomość, jest już w zupełnie innym miejscu — pustym, niemal bezczasowym pomieszczeniu. Trudno określić, ile upłynęło czasu — minuty, godziny, wszystko straciło znaczenie. Szum wentylacji przemyka nad głową, wiatraki kręcą się z jednostajnym pomrukiem; z podgrzanych układów unosi się metaliczny zapach ozonu i kurzu, do którego dodaje się dziwnie świeża nuta — powiew nowego świata.

Rzeczywistość jest rozmazana, jak przez matową szybę. Granice pokoju falują, światło błyska niespodziewanie z różnych stron — czasem są to tylko ulotne sygnały, jakby rzeczywistość konsekwentnie wymykała się spod kontroli. Z kącika oka Piotr widzi barwne smugi monitorów, tańczące po ścianach i podłodze, splatające się z własną przeszłością.

Jest sam, pogrążony w tłumionej, nierealnej jasności. Pokój balansuje na granicy świtu i nocy. Wokół niego — dziesiątki, może setki monitorów, każdy wyświetla inny obraz: kadry z kamer, nieznane miasta, korytarze, twarze, szybkie ruchy i nagłe zatrzymania. Na jednym z nich Piotr patrzy na siebie — plecak, ramoneska, marsz Dereniową. Jest to jak urywek własnego życia poskładany przez cudze ręce.

Migoczące kontrolki pulsują subtelnie. Nie do końca wie, czy klęczy, czy leży na gładkiej podłodze; ręce drżą, a serce wali mocno. W oddali słychać metaliczny stuk obcasów, uderzający o blaszane płyty i pogłębiający poczucie osaczenia. Nikogo nie widzi, ale wyraźnie czuje obecność.

Gdy próbuje unieść głowę, rozlewa się ból w karku, przypominający mu o każdej bezsennej nocy. Obraz zaczyna się klarować: podświetlona gablota pokazuje czarny, syntetyczny strój — wygląda bardziej jak kombinezon astronauty niż codzienna odzież. W następnej chwili Piotr uświadamia sobie, że ma go na sobie — nowy, obcy, a jednocześnie doskonale dopasowany.

Obce, elastyczne buty, broń schowana pod ramoneską, miecz u pasa pod materiałem, na nadgarstku dziwny zegarek z cyferblatem błyskający kaskadą symboli przy każdym ruchu dłoni.

NARODZINY RONINA

Czas płynie niespiesznie, głowa pulsuje bólem i dezorientacją. Na jednym z głównych monitorów Ronin widzi siebie: kadr z wyjścia z bloku, Jaguar przy metrze, grudniowy lód pod butami, śnieg, światło rozmazane w cieniach. Przez świetliste smugi na podłodze Piotr rozumie, że właśnie teraz zaczyna się prawdziwa gra.

To granica. Prawdziwy początek.

Nie jest już tylko Piotrem Szeligą z codzienności. Teraz — Ronin, pierwszy wywołany z cienia przez Przyszłość i Przeszłość. Człowiek rozdroża, w którym tej grudniowej nocy wszystko mogło zacząć się na nowo.ROZDZIAŁ 3: ŚCIEŻKA ZŁODZIEJA

CZARNY KOT (MUFLON)

DUBLIN, 1884

Nocna mgła snuje się nad rzeką Liffey, wypełniając powietrze ciężkim, wilgotnym oddechem. Deszcz zaczyna od nieśmiałych kropel, które przenikają przez filcowe czapki dokerów, by chwilę później stać się ulewą — cała skóra miasta, brukowane uliczki i parapety ślizgają się, błyszcząc od gazowego blasku latarń. Gdzieś w oddali koła bryczki chlupią w kałużach, ludzie skuleni pod parasolami przeklinają paskudną pogodę, a obcy pies wyje do księżyca zza stacji kolejowej.

Miasto żyje swoim rytmem: w pubie przy Temple Bar rozbrzmiewa głos starego barda, który — mimo chrypliwego gardła i kilku szklanek whiskey na koncie — wbija refren tak mocno w gęstniejącą noc, że słychać go aż po drugi brzeg rzeki:

_Oh, my fair and gentle Molly,_

_On a Dublin night like this,_

_When the rain falls down on cobbles,_

_I’ll remember her sweet kiss._

Wilgoć wchodzi w buty, mgła rozmywa cienie, a w powietrzu tłoczy się zapach torfu, świeżych ryb i nerwowych końskich oddechów czekających przy wozach. Czarne dachy budynków połyskują w świetle lamp, mężczyzna drzemie na ławce pod kocem, kobieta modli się pod kościołem.

Dalej, pomiędzy pijanymi śpiewami i przekleństwami, toczy się życie: upadła moneta, krople whiskey na stole, rozbite szkło, pisk dziewczyny bawiącej się z karczmarzem. Deszcz łaskocze plecy ludzi wracających z fabryki, a mgła zamyka uliczki na amen — tylko najodważniejsi zapuszczają się dalej, tam gdzie podzielono losy miasta na strefy niepokoju i pokusy.

W takim świecie Kot wtopił się w tłum jak cień. Wychodząc z mokrych zaułków, czuł, jak wodna kurtyna oddziela go od reszty rzeczywistości; z każdą kroplą, z każdym podmuchem szarego wiatru oddawał miastu kawałek siebie. Jego ruchy były ciche, rozlane w deszczowym szepcie, a serce — choć przepełnione namiętnością — doskonale wiedziało, jak korzystać ze wszystkich sekretów, jakie oferuje irlandzka, wilgotna noc.

Dublin tej nocy był żywy nie tylko przez grzech i zbrodnię — ale przez tę mgłę krążącą nad Liffey, przez pieśń o Molly biegnącą z pubu i przez melancholię deszczu, która sprawiała, że nawet najtwardszy drab mógł na chwilę zapomnieć o swoich grzechach.

NAMIĘTNOŚĆ I PRZEMOC

W pościeli nad warsztatem zegarmistrza napierają na siebie dwa spocone ciała. Palce splatają się na biodrach, paznokcie Muflona zostawiają ślady na plecach Marty, żony lokalnego strażnika. Jej włosy lepko przyklejają się do jego twarzy. Szepta w jękach, gryzie go w ramię, jej uda przylegają do niego z tęsknotą ostatniego spotkania.

— Kiedy znów wrócisz? — sapie, raz jeszcze wciągając go w głąb.

— Wracam, kiedy zegary dają mi noc, Marto. A dziś, kochana, nie zostawię na tobie tchu… — parsknął wprost w jej usta, przesuwając językiem po obojczyku aż do linii biustu. Jęki, języki, gorączkowe ruchy. Ich miłość była szybka, płytka, drapieżna — nie było dla niej żadnych świętości. Kiedy wszystko ucichało, ich ciała jeszcze długo pulsowały, a cichy chichot Marty i łapczywy szept Kota mieszał się z oddechem Irlandii.

Wymknął się z łóżka, zostawiając jej pocałunek na poduszce. Był kotem — nie żałował żadnego grzechu, zwłaszcza jeśli cudza żona była wystarczająco nienasycona. W głowie miał nadal wspomnienie siniaków, które kochający mąż jej zostawił przed wyjściem na miasto wraz ze swoim kolegą. _Tępy drań ma dziś patrol przy cmentarzu, najprawdopodobniej będę musiał pocieszyć Martę_.

Miasto wciągnęło go w swoje chłodne, poranne urojenia. Przeniknął przez zaułek za warsztatem, idąc w stronę cmentarza, gdzie mgła była najgęstsza. Tam, między krzyżami, czekali na niego dwaj strażnicy. Liczyli, że będzie tamtędy przechodził — to najkrótsza droga z bogatej dzielnicy rozciągającej się za południowym murem cmentarza. Rozpoznali go po sylwetce, jeden z nich — ciężki, brodaty, z błyskiem pałki w dłoni — był mężem Marty. Tej samej, od której właśnie wyszedł Kot.

— Ty pieprzony szczurze! — wrzasnął, zbliżając się z kolegą. Tacy odważni we dwóch.

Muflon nawet się nie zatrzymał, z kpiącym uśmieszkiem wyciągnął z rękawa sztylet i umieścił go pewnie w dłoni — cienki, idealny do filetowania i otwierania uporczywych zamków.

— Długa noc, panowie. Jeden z was już dziś się nie zmęczy drogą do domu. Stary cmentarz blisko, nie będzie trzeba daleko was nosić! — Grabarze na pewno będą mi wdzięczni za ułatwienie i skrócenie ich dnia pracy.

— Ty śmieciu, moja żona… — ryknął strażnik, lecz zanim pałka zdążyła opaść, Kot już wykonał zwierzęcy unik. Pierwsze ostrze błysnęło w świetle latarni, przecinając gardło napastnika — krew rozlała się na mokry piasek, a oddech stał się nieruchomy. Drugi sztylet, który przy lekkim przysiadzie wyrwał z buta, świsnął w kierunku drugiego draba.

Próbował uciec niczym szczur, ale sztylet wbity pod kolanem skutecznie mu to utrudnił. Nim zdążył się podnieść, Kot dogonił go przy murze z omszałym napisem. Jedno płynne cięcie otworzyło mu szerokie gardło, a krew chlusnęła wprost na bruk. Dłoń ześlizgnęła się z sztyletu, umiejscawiając go ponownie pod pachą. Strażnik padł bez słowa. Drugi sztylet wrócił do buta.

Kot stał nad ciałami chwilę, ciężko oddychając, patrząc w głąb cienia.

— Już po wszystkim, Marto — powiedział cicho. — Nie będzie cię już bił i poniżał. Czasami dobrze jest być złym.

Szybko odszedł, niknąc między nagrobkami. Brukowe uliczki prowadziły go z powrotem. Jeszcze tylko szybki powrót do warsztatu pełnego zegarów i trybików, głęboki łyk ciemnej whiskey na rozedrganą dłoń, i wiedział, że długo nie usłyszy żadnego bicia zegara, zanim świat nie zacznie walić się znów. Krew sączyła się z uszkodzonego nadgarstka — cholerne okna. Ale przewinął szybko jedwabnym szalem, polał whisky — zagoi się jak zawsze.

ROZDARCIE CZASU

I wtedy — zupełnie niespodziewanie — czas się rozerwał.

Zanim stało się coś niemożliwego, fala wspomnień przemknęła przez głowę Muflona. Smak potu i szampana podczas tamtej roboty w rezydencji na Fitzwilliam Square, gdy wcisnął się w szafę, uciekając przed spóźnionym lokajem i rozgrzaną do czerwoności służącą. Jej dłoń sunąca po szyi, gorący oddech na uchu, rozpięta spódnica, ciało napierające biodrami z łakomą śmiałością kobiety, która wreszcie dostała to, czego chciała. Uda oplatające go i trzymające w ciasnym uścisku, jakby świat miał się skończyć, nim wrócą odgłosy sypialnianego korytarza. Tylko szelest tiulu i tłumione jęki rozbijane o zapach lawendowego płynu do płukania, śmiech dziewczyny, w którym była dzikość i radość z grzechu pośród aksamitnego mroku.

_Myśli Kot, jak potem przesłuchiwano go na placu, jak bolały rozcięte usta i puchła ręka — jak nawet wtedy czuł w palcach zapach jej skóry i skrytego w szafie łóżkowego ciepła_.

Ból w głowie, szum, jakby zdalny młot rozbijał mu czaszkę. Kołatanie serca i ten sam dreszcz co kiedyś na granicy życia i śmierci. Głosy ucichły, światło zgęstniało jak mleko. Trybiki stanęły w miejscu, tykanie uciszyło się w głowie.

Usłyszał tylko metaliczny śmiech, echo czyjegoś głosu:

— Czas przerywa swoje nici, Muflonie. Jesteś potrzebny gdzie indziej.

Ostatni raz spojrzał na zakrwawioną dłoń, własne odbicie w rozbitej latarni, na usta Marty, których smak — dziki jak whiskey i grzech — zostanie z nim nawet po drugiej stronie czasoprzestrzeni. Potem — tylko błysk, przeszywający ból i ciemność dłuższa niż cała dotychczasowa noc.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij