Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Najmłodsi. Tom 1: powieść - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Rok wydania:
2011
Czytaj fragment
Pobierz fragment
0,00
Cena w punktach Virtualo:
0 pkt.

Najmłodsi. Tom 1: powieść - ebook

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

Kategoria: Klasyka
Zabezpieczenie: brak
Rozmiar pliku: 370 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

I.

Wśród nie­zmie­rzo­nej prze­strze­ni ste­po­wej roz­sia­dła się wiel­ka, roz­le­gła wieś, Oksa­ni­ną zwa­na. Dziw­ni lu­dzie, któ­rzy tu za­miesz­kać chcie­li! Jak okiem za­się­gnąć pust­ka. Gdzieś tyl­ko da­le­ko za wsią ma­ja­cze­ją rzad­kie drze­wa, jed­no od dru­gie­go o kro­ków kil­ka. Sto­ją na­prze­ciw sie­bie i po­waż­nie skła­nia­ją od cza­su do cza­su szczy­ta­mi swe­mi, szu­miąc po­sęp­nie. Drze­wa sta­re, ale się wszerz nie roz­ro­sły, tyl­ko wy­strze­li­ły ku nie­bu wy­so­ko.

Zresz­tą oko nie­ma gdzie spo­cząć, chy­ba na ma­łym wzgór­ku wśród wio­ski, gdzie wznie­sio­no przed laty cer­kiew ob­szer­ną, drew­nia­ną, z wy­so­ką dzwon­ni­cą. Do­ko­ła tego wzgór­ka i cer­kwi cią­gną się sze­re­ga­mi cha­ty duże, po­rząd­ne, z ta­kie­miż za­bu­do­wa­nia­mi go­spo – dar­skie­mi. Cha­ty jed­na od dru­giej od­dzie­lo­ne znacz­ną prze­strze­nią; miej­sca Bóg dał wie­le, to tez lu­dzie nic szczę­dzi­li go so­bie. Jest gdzie wzno­sić sto­gi zbo­ża i sia­na, gdzie bu­do­wać wiel­kie spi­chle­rze, a co waż­niej­sza, jest co cho­wać w tych spi­chrzach.

Bo zie­mia to uro­dzaj­na nad po­dziw. Bez tru­du nie­mal przy­no­si ona czło­wie­ko­wi, cze­go mu tyl­ko po­trze­ba, pra­ce jego pier­wot­ną, nie uczo­ną, wy­na­gra­dza­jąc sto­krot­nie.

Smut­no tu, to praw­da. Miesz­ka­niec gó­rzy­stych lub le­si­stych oko­lic za­ła­mu­je ręce, pa­trząc na to ste­po­we pust­ko­wie. Ale bo on ste­pu tego nie wi­dział może w ja­sny ra­nek wio­sen­ny lub let­ni, gdy wszyst­kie kwia­ty nie­zmie­rzo­nych ła­nów otwo­rzą swe won­ne kie­li­chy ku pro­mien­ne­mu słoń­cu i przed za­chwy­co­nem okiem wi­dza roz­to­czą róź­no­li­te swe bar­wy; gdy kro­ple rosy na nich w tę­czo­wych roz­pro­mie­nia się bla­skach: gdy po­wie­trze na­peł­ni się upa­ja­ją­cym za­pa­chem tego kwie­cia, ziół i zbóż doj­rze­wa­ją­cych. Wzrok twój bie­gnie po tej kwie­ci­stej prze­strze­ni aż do krań­ców wid­no­krę­gu, tam, kędy się on spły­wa w jed­ną ca­łość z tym wzo­rzy­stym ko­bier­cem, tchną­cym peł­nią ży­cia i siły uro­dzaj­nej.

Sto­isz za­chwy­co­ny, a wo­kół cie­bie krą­ży cały świat mo­ty­li, ko­ni­ków po­lnych, la­ta­ją­cych owa­dów róż­nych o skrzy­deł­kach przej­rzy­stych, a barw­nych, jak kwia­ty na zie­mi. Nad two­ją gło­wą świe­go­ce we­so­łe ptac­two, gwar­li­we a śmia­łe, swo­bod­ne wśród nie­zmie­rzo­nej prze­strze­ni, usia­da­ją­ce ze znu­że­nia nie­raz u stóp two­ich i zry­wa­ją­ce się znów do lotu z ha­ła­śli­wym świe­go­tem.

I to­bie tak­że pierś się roz­sze­rza, od­dy­cha­jąc tem upą­ja­ją­cem po­wie­trzem ste­pu. Z tych od­gło­sów, ja­kie wo­kół sie­bie sły­szysz, ze świe­go­tu pta­stwa, co się da­le­kiem roz­cho­dzi echem, z po­świ­stu wi­chru, bu­ja­ją­ce­go swo­bod­nie, z szu­mu kol­cza­stych bu­rza­nów i kło­sów zbo­ża kła­nia­ją­cych się ze szme­rem przez roz­strze­nie, two­rzy się har­mo­nia dziw­na, któ­ra i w du­szy two­jej roz­brzmie­wa i spły­wa się w ton me­lan­cho­lij­nej dum­ki.

Ro­zu­miesz w tej chwi­li ta­jem­ni­cę tych pie­śni, któ­re się na tych ste­pach ro­dzą; ro­zu­miesz ta­jem­ni­cę tego przy­wią­za­nia, któ­re miesz­kań­co­wi ste­pów nie daje o nich za­po­mnieć, na­wet wśród naj­cu­dow­niej­szych ta­trzań­skich lub al­pej­skich wi­do­ków. Znie­sie on z re­zy­gna­cyą smu­tek je­sie­ni i strasz­li­wą pust­kę zi­mo­wą, gdy wy­schłe tyl­ko ło­dy­gi bu­rza­nów lub mar­twe ścier­ni­ska, albo nie prze­by­te za­spy śnie­go­we, na kil­ka mie­się­cy go oto­czą; znie­sie on ten smu­tek, ży­jąc na­dzie­ją roz­kosz­nych dni wio­sen­nych i let­nich, któ­re po cięż­kich dniach zimy na­dej­dą zno­wu, peł­ne cza­ru i woni, peł­ne słoń­ca i cie­pła.

A i smu­tek je­sie­ni ma tu swój czar od­ręb­ny. W wie­czór po­god­ny wiatr szu­mi po­sęp­nie i roz­no­si w po­wie­trzu, roz­snu­wa na kol­cach bu­rza­nów dłu­gie, bia­łe pa­sma pa­ję­czy­ny, któ­re bar­wa­mi tę­czy mie­nią się w bla­skach ró­żo­wych skła­nia­ją­ce­go się ku za­cho­do­wi słoń­ca. Tar­cza jego ol­brzy­mia, czer­wo­na, jak roz­ża­rzo­ne ogni­sko, kło­ni się co­raz ni­żej i ni­czem nie skry­wa­na, za­pa­da, zda się, w zie­mię, tam, u kre­su wid­nej prze­strze­ni ste­po­wej. Ko­ły­szą się ku temu słoń­cu, po­wie­wem wia­tru po­ru­sza­ne, wy­so­kie ło­dy­gi bu­rza­nów, ople­cio­ne pa­ję­czy­ną je­sien­ną, niby sie­cią, utka­ną z róż­no­barw­nych ni­tek je­dwab­nych. Ptac­two szy­bu­je w po­wie­trzu, lot swój zni­ża­jąc ku zie­mi, znu­żo­ne. Ury­wa­nym, gło­śnym świe­go­tem na­wo­ły­wa się na spo­czy­nek i szu­ka­jąc schro­ni­ska, kupi się gro­mad­nie wo­ko­ło drzew przed cha­ta­mi.

Słoń­ce za­pa­da co­raz głę­biej u krań­ców ste­pu; pro­mie­nie jego, ob­le­wa­ją­ce przed chwi­lą całą jesz­cze prze­strzeń, bie­gną co­raz szyb­ciej ku tar­czy, do po­ło­wy już skry­tej, a zmierzch wie­czor­ny bie­gnie tuż za nie­mi ści­ga je aż na nie­bie­skiem skle­pie­niu, któ­re czer­wo­ną mie­ni bar­wą, co­raz to bled­nie, aż wresz­cie ciem­nym ob­le­wa się błę­ki­tem.

W zi­mie kra­jo­braz się zmie­nia, a ma tak­że swo­je nie­zwy­kłe pięk­no­ści. Nie­raz już w pierw­szych dniach li­sto­pa­da spa­da­ją wiel­kie śnie­gi, a ta­kich za­wie­ruch, ja­kie się zry­wa­ją na ste­pach, gdzie­in­dziej po­jąć na­wet nie moż­na.

Nie daj Boże wy­je­chać wów­czas da­lej w ste­py, człek ży­wym-by nie wró­cił, a i cia­ła jego by nie od­szu­ka­no, bo roz­szar­pa­ły­by je wil­ki zgłod­nia­łe, lub za­spy gru­bą war­stwą po­kry­ły. Nie­usta­ją­cy wi­cher dzień i noc sza­le­je, że świa­ta bo­że­go nie doj­rzeć; tyl­ko cią­gle niby mgła, bia­ła a ostra, przy­sła­nia po­wie­trze – cza­sem zaś jak ze­rwie się tu­man śnie­go­wy, za­krę­ci w po­wie­trzu i roz­sy­pie na wszyst­kie stro­ny z ję­kiem a hu­kiem, to w samo po­łu­dnie noc robi się ciem­na, a człek tuli się do ogni­ska i pro­si Boga, by wi­cher strze­chy nie ze­rwał lub cha­ty nie zwa­lił.

Aż na­resz­cie, po kil­ku dniach ta­kich, roz­stę­pu­ją się chmu­ry i tu­ma­ny, wi­cher ję­czeć prze­sta­je i na wy­po­go­dzo­ne nie­bo wy­pły­wa pro­mien­ne słoń­ce, od­bi­ja­ją­ce się bry­lan­to­we­mi iskra­mi na bia­łym, jak puch śnie­gu.

Oczy mru­żyć musi, kto spoj­rzy na te cuda… Wieś cała wy­glą­da jak oszań­co­wa­ny obóz, każ­da cha­ta zda­je się być for­te­cą z wy­so­kie­mi wa­ła­mi, któ­re ją ota­cza­ją do­ko­ła, a nie­raz wy­żej da­chu się­ga­ją. Wą­skie prze­ko­py, co­dzien­nie z wiel­kim na­pra­wia­ne tru­dem, je­dy­ne sta­no­wią przej­ście. Bied­ne drze­wa wy­cią­ga­ją po­ła­ma­ne swe ga­łą­zie, na któ­rych gru­be war­stwy zmar­z­nię­te­go śnie­gu leżą, na­gi­na­jąc je ku zie­mi. Na da­chach chat pię­trzą się za­spy fan­ta­stycz­nych kształ­tów; jed­ne jak basz­ty wy­so­kie, dru­gie wy­drą­żo­ne siłą wi­chru, niby ja­ski­nie – inne znów smu­kłe jak wie­że. A wszyst­ko to w słoń­cu ja­skra­we­mi pro­mie­nie­je bla­ska­mi i ta­jąc nie­co, po­kry­wa się krysz­ta­ło­wą lodu po­wło­ką.

Poza wsią step zni­ka. Po­wsta­je na nim, jak­by cmen­ta­rzy­sko, mo­gi­ła za mo­gi­łą. Cza­sem do­li­na bia­ła, rów­na, a po­tem kur­han wy­so­ki; da­lej znów prze­pa­ście, fosy, a na po­wierzch­ni szkli­stej, za­mar­z­nię­tej wi­dać wy­raź­ne śla­dy swa­wo­li wi­chru, jak się po niej prze­su­wał smu­ga­mi i pod­no­sił tu­ma­ny śnie­gu, któ­re wi­ro­wa­ły chwi­lę w po­wie­trzu, a po­tem przy­pa­dły do zie­mi i, schwy­co­ne mro­zem, przy­lgnę­ły.

I te­raz jesz­cze, cho­ciaż słoń­ce ja­sno świe­ci, nie po­dob­na pusz­czać się sa­me­mu w te za­spy. Za­błą­kać się i zgi­nąć w nich moż­na bez śla­du. W dzień taki zra­na, po za­wie­ru­sze, całe sze­re­gi sań dłu­gich, a wą­skich i ni­skich, wy­jeż­dża­ją ze wsi. Lu­dzie w świ­tach i ko­żu­chach, w wy­so­kich czap­kach ba­ra­nie­li z sze­ro – kie­mi kla­pa­mi na uszy, sie­dzą na tych sa­niach i po­wo­li, ostroż­nie to­ru­ją dro­gę. Step roz­brzmie­wa echem okrzy­ków, za­chę­ca­ją­cych ko­nie do trud­ne­go wśród zasp po­cho­du.

– A ho! a wiii! a prr! – roz­le­ga­ją się na­wo­ły­wa­nia.

I zwol­na, zwol­na po­su­wa się sze­reg sań po szkli­stej po­wierzch­ni, to­ru­jąc szlak nowy wśród pu­sty­ni. Cza­sem wstrzy­mu­je się sze­reg cały wo­bec więk­szej prze­szko­dy, a wte­dy sły­chać gło­śną na­ra­dę co do dal­sze­go kie­run­ku i chwi­la­mi sil­ny od­głos ude­rzeń rąk, skost­nia­łych z zim­na, o ra­mio­na, dla roz­grza­nia.

Oksa­ni­na jest wsią nie­zwy­kle ste­po­wą. Inne wsie są­sied­nie, nie­da­le­ko Hu­ma­nia, cho­ciaż oto­czo­ne ste­pa­mi, same jed­nak two­rzą niby le­si­ste oazy, tyle w nich drzew, tyle ogro­dów wo­ko­ło każ­dej cha­ty. W Oksa­ni­nie, oprócz owe­go od­da­lo­ne­go i rzad­kie­go gaju, la­sem na­zy­wa­ne­go, oprócz nie­wiel­kie­go ogro­du przy dwo­rze, oprócz kil­ku to­pól i brzóz przy cer­kwi i miesz­ka­niu pa­ro­cha, nie­ma pra­wie drzew­ka. Cha­ty oto­czo­ne spo­re­mi ogro­da­mi wa­rzyw­ne­mi; gdzie­nieg­dzie tyl­ko u wej­ścia, na dzie­dziń­cu wy­ra­sta przed cha­tą jed­no lub dwa drzew­ka, ka­li­na albo gru­sza dzi­ka. A ta­kie sie­ro­ty nie­roz­wi­ja­ją się do­brze: pali je skwar w le­cie, a gnie ku zie­mi i ła­mie wi­cher zi­mo­wy.

– Taka two­ja dola, jak oksa­niń­skiej ka­li­ny – mó­wią tam na ozna­cze­nie sie­roc­twa i opusz­cze­nia.

Przez całą dłu­gość wsi cią­gnie się sze­ro­ka dro­ga, z od­no­ga­mi węż­sze­mi ku ko­ścio­ło­wi, ku dwo­ro­wi i karcz­mie. Ta ostat­nia, duża, dłu­ga, z sze­ro­kie­mi po obu stro­nach wjaz­do­we­mi bra­ma­mi, stoi w po­środ­ku wsi, na ma­łej rów­ni­nie i roz­mia­ra­mi swo­je­mi naj­przód wpa­da w oko.

W le­cie, jak dzień dłu­gi, sie­dzia­ła tu przed laty, na wy­sta­ją­cej do­ko­ła bu­dyn­ku sze­ro­kiej przy­zbie, nie­mło­da ży­dów­ka, w sza­fi­ro­wej spód­ni­cy i brud­nej ko­szu­li, ro­biąc na dru­tach poń­czo­chę. Obok niej ba­wi­ło się kil­ku ma­łych ży­dzia­ków, pół na­gich, krzy­cząc gło­śno, a opo­dal sta­wał w mil­cze­niu aren­darz, po­waż­ny Icek odzia­ny rów­nież nie­dba­le: w ła­ta­nych spodniach sza­rej bar­wy i ka­mi­zel­ce spło­wia­łej z rę­ka­wa­mi, z pod któ­rej zwi­sa­ły z boku i z tyłu dłu­gie, bia­łe sznur­ki. Stał i pa­trzał me­lan­cho­lij­nie przed sie­bie, la­ko­nicz­nie wi­ta­jąc po­dróż­nych.

Poza wsią, ukry­ty mię­dzy drze­wa­mi ogro­du, stoi dwór, duży, sta­ry, a nie­kształt­nej bu­do­wy. Część jego głów­na, wy­cho­dzą­ca na ob­szer­ny dzie­dzi­niec, tra­wą i ziel­skiem za­ro­sły, w zie­mię wla­zła ze sta­ro­ści. Po obu stro­nach przy­bu­do­wa­nia nie­co wyż­sze, wszak­że o oknach ma­łych i drzwiach ni­skich. Ca­łość pod strze­chą sło­mia­ną. W okół czuć pust­kę i za­nie­dba­nie.

Po le­wej stro­nie dzie­dziń­ca wid­nie­ją zczer­nia­łe ścia­ny za­bu­do­wań go­spo­dar­skich, zu­peł­nie snadź opusz­czo­nych, bo nie wi­dać tu nig­dy żad­ne­go ru­chu. Tyl­ko przed staj­nią snu­je się cza­sem po­stać pa­rob­ka, w po­dar­tej sier­mię­dze, pro­wa­dzą­ce­go dwa chu­de, mi­zer­ne ko­nie do wody. Przed staj­nią stoi tak zwa­ne "bie­da," wó­zek o dwóch ko­łach. Obok staj­ni wiel­ka wo­zow­nia, zwy­kle na oścież otwar­ta, a ob­ró­co­na snadź na skład nie­po­trzeb­nych ru­pie­ci. W ką­cie wi­dać wy­so­ką, sta­rą naj­ty­czan­kę, bez koła, na bok prze­krzy­wio­ną, wspar­tą na osi. Obok ob­szar­pa­ny kocz na sto­ją­cych re­so­rach, z po­wy­bi­ja­ne­mi okna­mi; jesz­cze je­den wó­zek z dy­sz­lem zła­ma­nym i nic wię­cej.

Je­że­li wieś sama jest smut­na, to dwór ten i jego oto­cze­nie wy­wie­ra­ją wra­że­nie praw­dzi­wie przy­gnę­bia­ją­ce. Od bar­dzo daw­nych cza­sów nikt w tym dwo­rze nie miesz­kał, Wła­ście­le Oksa­ni­ny, pań­stwo Czar­no­szyń­scy, mie­li wspa­nia­łą re­zy­den­cyę o milę ztąd, a w Oksa­ni­nie rzą­dził, oko­ło roku 1860, sa­mo­wład­nie i nie­po­dziel­nie eko­nom, pan Ję­drzej. Si­pajł­ło. I on wszak­że w tym dwo­rze nie miesz­kał.

Na tak zwa­nym fol­war­ku, wśród wsi po­ło­żo­nym była sie­dzi­ba eko­no­ma, po­wszech­nie "pa­nem rząd­cą" zwa­ne­go. Było tu da­le­ko we­se­lej i schlud­niej, niż we dwo­rze. Do­mek wpraw­dzie nie­wiel­ki, ale now­szy i sta­ran­nie utrzy­ma­ny, oto­czo­ny był po­rząd­ne­mi za­bu­do­wa­nia­mi go­spo­dar­skie­mi, w oko­ło któ­rych pa­no­wał ruch cią­gły i żywy. W wo­zow­ni obok kil­ku mniej­szych wóz­ków i sza­ra­ba­nów, ele­ganc­ki wca­le po­wo­zik na re­so­rach, któ­rym pani Si­pajł­ło­wa wy­jeż­dża­ła co świę­to i nie­dzie­la do ko­ścio­ła w Hu­ma­niu. W staj­ni sta­ło kil­ka­na­ście koni ro­słych, do­brze od­ży­wio­nych i utrzy­ma­nych. Wresz­cie i we wnę­trzu urzą­dze­nie dwor­ka, jak­kol­wiek skrom­ne, zna­mio­no­wa­ło za­sob­ność i pew­ną wy­kwint­ną sta­ran­ność, któ­ra była nie­po­dziel­ną za­słu­gą pani Si­pajł­ło­wej.

Obo­wiąz­ki pana rząd­cy nie były zbyt trud­ne. Raz na kwar­tał uda­wał się on do głów­nej re­zy­den­cyi swe­go ju­rys­da­to­ra, do Jur­po­la i zda­wał z za­rzą­du ra­chun­ki. Wy­ka­zy­wa­ły one zy­ski, więc w szcze­gó­ły nikt też nie wcho­dził i nie brał za złe p. Ję­drze­jo­wi, ani się dzi­wił, że go­spo­da­ru­jąc od lat wie­lu w Oksa­ni­nie pięk­ną uciu­łał for­tun­kę. Mógł śmia­ło po­my­śle­ćo dzier­ża­wie, a na­wet kup­nie ka­wał­ka zie­mi.

Ale pan Si­pajł­ło był prak­tycz­ny.

– Na co mi się na­ra­żać? – ma­wiał. – Na cu­dzem człek, pro­szę ła­ski… pa­nie teo… pew­niej­szy. Do­brze jest – no, to do­brze. Źle? zdam – pa­nie teo – rra­port i ba­sta!

Pan Si­pajł­ło pi­sał ra­port przez dwa r, dla więk­szej, jak po­wia­dał, mocy.

To prze­ko­na­nie, że zdwo­je­nie spół­gło­ski ozna­cza moc więk­szą, ob­ja­wi­ło się też i w pi­sow­ni na­zwi­ska pana Ję­drze­ja, wraz z pew­ną w niem zmia­ną. Eko­nom oksa­niń­ski na­zy­wał się za cza­sów mło­do­ści Sa­paj­ło; na­głe na "rra­por­tash" pod­pi­sy­wać się za­czął Si­pajł­ło.

Sta­ło się to wkrót­ce po oże­nie­niu się pana Ję­drze­ja.

Oże­nił się ze szlach­cian­ką. Na­zwi­sko jej rodu wy­mie­nia Nie­siec­ki, ona zaś nie są­dzi­ła nig­dy, że bę­dzie zmu­szo­ną po­ślu­bić eko­no­ma. A jed­nak – for­tu­na ko­łem się to­czy. Oj­ciec pani Na­ta­lii, nie­za­moż­ny dzier­żaw­ca z oko­lic Oksa­ni­ny, zo­sta­wił umie­ra­jąc, swo­ją je­dy­nacz­kę bez żad­ne­go za­opa­trze­nia. Mat­ka nie żyła już tak­że, więc dal­sza ro­dzi­na wzię­ła z ła­ski sie­ro­tę i tę ła­skę tak jej do­tkli­wie uczuć da­wa­ła, że gdy p. Ję­drzej, ocza­ro­wa­ny pięk­ne­mi, czar­ne­mi oczy­ma pan­ny, oświad­czył się o jej rękę, bied­na Na­tal­ka wa­hać się nie mo­gła. W chwi­li roz­pa­czy za­po­mnia­ła o Nie­siec­kim i tra­dy­cy­ach rodu i po­ślu­bi­ła eko­no­ma, aby się na swo­bo­dę wy­do­stać.Źle na­tem nie wy­szła. Pan Ję­drzej, po­mi­mo swej ru­basz­nej pro­sto­ty, był do­brym, czu­łym i tro­skli­wym mę­żem, któ­ry umiał po­zy­skać, je­śli nie ser­ce, to uzna­nie i przy­wią­za­nie tej nie złej w grun­cie, lecz przez ro­dzi­ców piesz­czo­nej, a po­tem dolą sie­ro­cą i ła­ską krew­nych roz­go­ry­czo­nej ko­bie­ty.

Pani Na­ta­lia przy­wią­za­ła się do męża, cho­ciaż nie za­po­mnia­ła nig­dy zu­peł­nie o strasz­nym "me­za­lian­sie" i nie mo­gła prze­ba­czyć mę­żo­wi jego dziw­nie brzmią­ce­go na­zwi­ska. To też za­raz w pierw­szych la­tach po­ży­cia, na­zwi­sko to ule­gło zmia­nie, któ­rą kor­nem ser­cem przy­jąć mu­siał i na "rra­por­tach" za­sto­so­wać p. Ję­drzej.

O Si­pajł­łach owych, wrze­ko­mych przod­kach męża, opo­wia­da­ła od­tąd pani Na­ta­lia cu­dow­ne hi­sto­rye: jako to była w księ­stwie żmujdz­kiem nie­gdyś bar­dzo znacz­na fa­mi­lia, o któ­rej w nie­wy­da­nych her­ba­rzach mnó­stwo pięk­nych znaj­du­je się rze­czy.

– Ko­le­je losu, – mó­wi­ła, wzno­sząc ład­ne oczy ku su­fi­to­wi z wes­tchnie­niem – ko­le­je losu! mój dzia­dek stry­jecz­ny, pa­nie, był kra­kow­skim ka­no­ni­kiem, a Si­pajł­ło­wie trzę­śli wte­dy całą Zmuj­dzią.

– Nie trzę­śli, jeno młó­ci­li i nie na żad­nej Żmuj­dzi, pro­szę ła­ski – mru­czał pan Ję­drzej, nie mo­gąc tak od­ra­zu uwie­rzyć w świet­ność swe­go po­cho­dze­nia.

A jed­nak z cza­sem, je­śli nie uwie­rzył zu­peł­nie to przy­wykł do tej my­śli, i już bez pro­te­stów lub drwi­nek, któ­re w po­cząt­kach po­ży­cia nie­raz do rozp a czy, a za­wsze do mi­gre­ny do­pro­wa­dza­ły pa­nią Na­ta­lię, przy­jął to, że na­gle po­kój ba­wial­ny ozdo­bio­ny zo­stał ia­kimś na stry­chu we dwo­rze zna­le­zio­nym por­tre­tem, któ­ry, we­dle twier­dze­nia pani Ję­drze­jo­wej, miał przed­sta­wiać jed­ne­go ze zna­ko­mi­tych an­te­ce­so­rów rodu Si­pajł­łów. Wi­ze­ru­nek to był szlach­ci­ca o wą­sie su­mia­stym, groź­nym wy­ra­zie twa­rzy, w de­lii so­bo­lo­wej.

Przy­był póź­niej i ów zna­ko­mi­ty ka­no­nik, a wresz­cie i brat ka­no­ni­ka, w pro­stej li­nii dzia­dek pani Na­ta­lii, mia­no­wa­ny przez nią sta­ro­stą liw­skim.

Gdy w paro lat po ślu­bie mał­żeń­stwo pań­stwa Si­pajł­łów po­bło­go­sła­wio­ne zo­sta­ło po­tom­kiem płci mę­skiej, roz­czu­lo­na pani Na­ta­lia, trzy­ma­jąc w po­wi­ciu kwi­lą­cą prze­raź­li­wie przy­szłą ozdo­bę rodu, lu­bi­ła, zwłasz­cza przy go­ściach, upa­try­wać po­do­bień­stwo po­tom­ka swe­go do tych por­tre­tów.

– Uwa­żasz Dru­siu – mó­wi­ła piesz­czo­tli­wie do męża – nasz Ju­rek ma czo­ło liw­skie­go sta­ro­sty, usta ka­no­ni­ka, a nos Si­pajł­łów.

– A hm… a hm – mru­czał pan Ję­drzej uśmiech­nię­ty; ki­wał gło­wą, wy­raź­nie nie od­po­wia­dał nic, a tyl­ko gę­stym dy­mem z faj­ki się ota­czał.

Cza­sem jed­nak, gdy był kto z po­ufal­szych go­ści, a pan Ję­drzej w do­brym czuł się hu­mo­rze, nie mógł się po­wstrzy­mać od żar­tu, i mru­ga­jąc fi­glar­nie du­że­mi, wy­pu­kłe­mi oczy­ma, szep­tał na ucho, aby żona nie sły­sza­ła:

– Nie wierz, pa­nie tego, ot bo­ho­ma­zy!… ani to sta­ro­sta, pro­szę ła­ski, ani ka­no­nik, ani Si­pajł­ło. Czort wie kto, pa­nie teo!

W mia­rę jed­nak, jak Ju­rek do­ra­stał, pre­ten­sye ro­do­we mał­żon­ki za­czę­ły co­raz bar­dziej do­ku­czać panu Ję­drze­jo­wi. Gnie­wa­ło go to naj­wię­cej, że pani Na­ta­lia nie umia­ła nig­dy prze­jąć się na­le­ży­te­mi uczu­cia­mi dla wła­ści­cie­li Oksa­ni­ny, pań­stwa Czar­no­szyń­skich, mó­wi­ła o nich nie­raz z prze­ką­sem, drwiąc z ich mar­no­traw­ne­go go­spo­dar­stwa i wiel­ko­pań­skich zwy­cza­jów w Jur­po­lu.

– Prze­go­spo­da­ru­ją oni to pręd­ko! – mó­wi­ła z pew­nem za­wist­nem za­do­wo­le­niem.

– A nie­chże Bóg bro­ni! – wo­łał na to z obu­rze­niem pan Ję­drzej, któ­ry od dziec­ka bę­dąc słu­gą Czar­no­szyń­skich, po­dob­nie, jak jego dziad i oj­ciec, przy­wią­zał się do nich szcze­rze i ser­decz­nie. – Nie go­dzi się na­wet ta­kich rze­czy mó­wić, pa­nie teo, zwłasz­cza nam, któ­rzy ich chleb jemy.

– A two­ja pra­ca? – prze­ry­wa­ła pani Na­ta­lia – nic nie zna­czy? Do żad­nej wdzięcz­no­ści nie je­ste­śmy chy­ba obo­wią­za­ni.

Ale na tym punk­cie pan Ję­drzej nie zno­sił dys­ku­syi. Prze­cho­wy­wał on tra­dy­cyj­ną cześć i przy­wią­za­nie do swo­ich pań­stwa. Je/cli w za­rzą­dzie Oksa­ni­ny dba­ło swo­je przedew­szyst­kiem do­bro, a w ra­por­tach nie­zaw­sze trzy­mał się ści­śle rze­czy­wi­stych cyfr wy­dat­ków i do­cho­dów, to uwa­żał to nie­ja­ko za na­tu­ral­ne zu­peł­nie, do­dat­ko­we wy­na­gro­dze­nie swo­ich za­bie­gów i pra­cy.

– Mają oni – my­ślał – niech mam i ja.. żona szlach­cian­ka, pa­nie teo, wy­ma­ga róż­nych fa­na­be­ryj. Jur­ko, pro­szę ła­ski, eoraz więk­szy drab, po­trze­bo­wać bę­dzie dużo, na czar­ną go­dzi­nę też odło­żyć trze­ba… pań­stwu to ba­ga­tel, a dla nas ma­ją­tek!

I ta­kiem ro­zu­mo­wa­niem uspo­ka­jał bun­tu­ją­ce się cza­sem su­mie­nie.

Zresz­tą ży­cie w Oksa­ni­nie pły­nę­ło rów­no, ci­cho, spo­koj­nie. Moż­na tu było za­po­mnieć o świe­cie i dać o so­bie za­po­mnieć.Żyło się z dnia na dzień, bez wzru­szeń i wra­żeń, to też każ­dy więk­szej wagi wy­pa­dek wra­żał się na za­wsze w pa­mięć miesz­kań­ców i opo­wia­da­ny był przez dłu­gie lata.

Oko­ło roku 1860 za­szedł wła­śnie taki wy­pa­dek, o któ­rym dziś jesz­cze obie­ga­ją w Oksa­ni­nie roz­ma­ite le­gen­dy.

Był to dzień let­ni, po­god­ny. Słoń­ce zni­ża­ło się już ku za­cho­do­wi. Od stro­ny Ku­ma­nia szła zwol­na gro­mad­ka, zło­żo­na z męż­czy­zny, ko­bie­ty i ma­łej dziew­czyn­ki.

Męż­czy­zna był ro­sły, bar­czy­sty, odzia­ny w ka­ftan dłu­gi, róż­nią­cy się nie­co kro­jem od zwy­kłych, w tej oko­li­cy uży­wa­nych sier­mięg; był dłuż­szy, wcię­ty w pa­sie, z sze­ro­kie­mi, nie­co fał­do­wa­ne­mi po­ła­mi. Z pod wy­so­kiej czap­ki wy­glą­da­ła twarz o wy­bit­nych ry­sach. Dłu­ga czar­na bro­da, roz­dzie­lo­na po środ­ku, oczy żywe, by­stre, prze­ni­kli­we, po­licz­ki moc­no wy­sta­ją­ce, nada­wa­ły tej twa­rzy ce­chę cha­rak­te­ry­stycz­ną. Pra­wą ręką pro­wa­dził przy­twier­dzo­ne­go za noz­drza do łań­cu­cha niedź­wie­dzia, a w le­wej niósł wy­so­ki kij że­la­zny, na któ­rym się wspie­rał.

Zwie­rzę szło zwol­na, ocię­ża­le, z gło­wą w dół spusz­czo­ną, wi­docz­nie znu­żo­ne, sen­ne. Do­pie­ro, kie­dy do wsi się zbli­żo­no, niedź­wiedź pod­niósł nie­co łeb do góry, chra­py, przez któ­re że­la­zne ogni­wo łań­cu­cha było prze­cią­gnię­te, roz­dy­mał i śle­pe oczy o za­krwa­wio­nych biał­kach otwie­rał sze­ro­ko, jak­by nie­mi do­pa­trzyć chciał tego, co in­stynk­tem i wę­chem prze­czu­wał – bli­skość sa­dyb ludz­kich.

I na­raz roz­two­rzył pasz­czę i ryk­nął z peł­nej pier­si.

Chłop szarp­nął sil­nie łań­cu­chem. Ryk niedź­wie­dzia prze­szedł w jęk bolu, a za­koń­czył się co­raz cich­szem, głęb­szem mru­cze­niem, niby skar­gą. Bied­ny śle­piec spu­ścił zno­wu łeb do zie­mi i szedł zwol­na z re­zy­gna­cyą nie­mą za prze­wod­ni­kiem swo­im, po­ty­ka­jąc się co krok na nie­rów­nej ścież­ce, któ­rej gar­bów wi­dzieć nie mógł. Chwi­la­mi, jak­by z nie­cier­pli­wo­ścią, wstrzą­snął wy­pło­wia­łe­mi ru­de­mi ku­dła­mi, któ­re buj­ne na grzbie­cie, aż do skó­ry wy­dar­te były na bo­kach, znać od czę­stych ude­rzeń że­la­zne­go kija.

– Myś głod­ny – prze­mó­wi­ła ze współ­czu­ciem ko­bie­ta, idą­ca obok.

Była odzia­na jak zwy­kłe wiej­skie ko­bie­ty, ale po­ła­ta­na jej świ­ta i chust­ka sta­ra, spło­wia­ła, zwią­za­na na gło­wie, zdra­dza­ły ubó­stwo. Po­mi­mo cie­pła, drża­ła. Od cza­su do cza­su dreszcz ją chwy­tał gwał­tow­ny, a twarz zsi­nia­ła świad­czy­ła, że krew w niej krze­pła. Twarz ta była wy­chu­dzo­na, mi­zer­na, a no­si­ła śla­dy cięż­kie­go cier­pie­nia, zwłasz­cza w oczach, któ­re, mgłą za­snu­te, pod­si­nia­łe, w głąb za­pa­dłe, ga­snąć się zda­wa­ły. Bez­sil­na, chwie­jąc się na no­gach, wy­tę­ża­jąc sił osta­tek, wlo­kła się ra­czej niż szła i opie­ra­ła się zlek­ka na grzbie­cie niedź­wie­dzia, któ­re­go ku­dły gła­dzi­ła od cza­su do cza­su ko­ści­stą ręką.

__ Psia­wia­ra! – prze­rwał ka­cap. Nie głod­ny, ino mu się iść nie chce. Nie głod­na be­stya! wy chy­ba Ma­ry­no, co­ście od dwóch dni nic w ustach nie mie­li.

– Nie mogę jeść – My­ko­ło – nie mogę! – od­rze­kła ko­bie­ta. Ła­mie mnie w rę­kach, w no­gach i po ca­łem cie­le. Śmierć mnie już bie­rze.

– Ma­tu­siu! za­wo­ła­ło w tej chwi­li, z bła­gal­ną proś­bą w gło­sie, idą­ce obok dziew­czę. Mia­ło naj­wy­żej lat dzie­sięć. Mi­zer­ne tak­że było i wy­chu­dłe, ale mło­dość wal­czy­ła zwy­cięz­ko z gło­dem i nę­dzą. W ko­szu­li­nie tyl­ko i chu­st­ce sta­rej, na krzyż na pier­siach zwią­za­nej, szła raź­no, du­że­mi, ciem­ne­mi, a by­stre­mi oczy­ma pa­trząc przed sie­bie. Te­raz te oczy, zwró­co­ne ku mat­ce, mia­ły wy­raz przej­mu­ją­ce­go lęku i rzew­no­ści.

– Ot nie ga­da­li­by­ście głupstw, Ma­ry­no – wtrą­cił ka­cap po chwi­li. Wio­ska nie­da­le­ko, na­pi­je­cie się kie­li­szek wód­ki, to i skrze­pła krew się obu­dzi.

– Za­ro­bek li­chy – do­dał po chwi­li – czort nas za­pę­dził w te stro­ny! W Hu­ma­niu do mia­sta nas nie pusz­czo­no, a na przed­mie­ściu nie za­ro­bisz nic, ino się wszyst­kim opła­cać trze­ba.

Splu­nął ze zło­ścią.

Szli da­lej w mil­cze­niu. Dziew­czy­na przy­su­nę­ła się do mat­ki, któ­ra ob­ję­ła ją czu­le ra­mie­niem i tu­ląc ku so­bie, spo­glą­da­ła na nią przy­ga­słe­mi oczy­ma.

– Ola ty moja – Ola! szep­ta­ła z ci­cha, wzdy­cha­jąc.

– Ej, Ma­ry­no – ozwał się zno­wu My­ko­ła – że­by­ście ino na praw­dą tu nie za­cho­rze­li, bo do Ży­to­mie­rza dy­bać jesz­cze da­le­ko, a wam, jak mó­wi­cie, tam ko­niecz­nie po­trze­ba.

Ko­bie­ta nie od­po­wie­dzia­ła nic, a My­ko­ła spo­zie­rał na nią si­wem okiem z po­de­łba.

– Trze­ba nam to było z cher­soń­skiej gu­ber­nii aż tu się za­włó­czyć – ozwał się zno­wu po prze­rwie, z wi­docz­nem nie­za­do­wo­le­niem. Tam czło­wiek był przy­najm­niej mię­dzy swo­imi, a tu ani za­rob­ku, ani po­ra­to­wa­nia. Ska­ra­nie Bo­skie!

Splu­nął znów z gnie­wu.

– Za­wró­ci­li­ście mi gło­wę swo­jem ga­da­niem, a ja głu­pi uwie­rzył. Włó­czy­my się, jak bur­ła­ki, a z wa­szych obiet­nic czar­tu po­cie­cha.

– Cze­kaj­cie My­ko­ła, cze­kaj­cie! – szep­nę­ła ko­bie­ta, – nie­dłu­go się prze­ko­na­cie, żem nie kła­ma­ła.

– Kie­dy z was już grzesz­na du­sza wy­ła­zi – prze­rwał My­ko­ła – a tych wa­szych bo­gactw, ani ojca, ani męża nie wi­dać.

– Ci­cho! – za­wo­ła­ła żywo ko­bie­ta, zbli­ża­jąc się do My­ko­ły i bła­gal­nym wzro­kiem wska­zu­jąc na idą­cą obok dziew­czyn­ko – niech mała nie sły­szy!….

– Dla­cze­go? – od­burk­nął chłop, – albo to ona nie zna, że nie mu­życ­kie, ino pań­skie jest dziec­ko. Niech zna! a gdy­by­ście zmar­li, to niech ojca szu­ka, ino ślad wskaż­cie, bo z tego wa­sze­go ga­da­nia trud­no dojść praw­dy.

Mó­wiąc to My­ko­ła cią­gle z po­de­łba pa­trzył na Ma­ry­nę, jak­by z jej twa­rzy wy­czy­tać chciał, czy w tem mi­zer­nem cie­le dłu­go jesz­cze du­sza się utrzy­ma. Ba­da­nie to snadź nie było po­myśl­ne, bo gło­wą ki­wał cią­gle i splu­wał od cza­su do cza­su.

My­śli jego po­bie­gły mi­mo­wo­li w nie­zbyt da­le­ką prze­szłość. Przed laty sied­miu, czy ośmiu, po­znał Ma­ry­nę. Była to wów­czas mło­da i nie­zwy­kle uro­dzi­wa ko­bie­ta. Zkąd przy­by­ła do ma­łej wio­ski nie­da­le­ko Cher­so­nii, War­wa­rów­ką zwa­nej, nie wie­dział nikt. Je­den tyl­ko sta­ry Se­men, u któ­re­go Ma­ry­na wraz z ma­łem swem dziec­kiem zna­la­zła przy­tu­łek, wie­dział za­pew­ne, ale mó­wić nie chciał i cie­ka­we py­ta­nia opry­skli­wie zby­wał.

– Czort wie zkąd… – mru­czał. – Przy­szła z ma­łem dziec­kiem na ręku i wpro­si­ła się na służ­bę. A niech tam sie­dzi. Sam je­stem, to mi cza­sem po­mo­że.

Aże­by to Se­men czy­nił z do­bre­go ser­ca, w to nikt wie­rzyć nie chciał. Zna­no go w ca­łej oko­li­cy jako nie­bez­piecz­ne­go czło­wie­ka, któ­ry su­mie­nie miał twar­dej jak ka­mień. Przed laty przy­był on do War­wa­rów­ki, tak­że nie wia­do­mo zkąd i nie­zna­ny ni­ko­mu. Miał on tu wpraw­dzie jed­ne­go krew­nia­ka, któ­ry za mło­du czu­ma­ko­wał, a po­tem w War­wa­rów­ce oże­nił się i osiadł, ale ten krew­niak z Se­me­nem żad­nych sto­sun­ków mieć nie chciał i in­nych przed nim prze­strze­gał.

– Zbój­nik jest – ma­wiał – pod­pa­lacz! strzeż­cie się go.

My­ko­ła był sy­nem owe­go Se­me­no­we­go krew­nia­ka. Nic­poń to był wiel­ki, nie­spo­koj­na du­sza w nim się tłu­kła, pra­co­wać mu się nie chcia­ło i ży­wot wiódł bur­łac­ki. To z czu­ma­ka­mi w świat da­le­ki cho­dził, to Bóg wie gdzie się wa­łę­sał, a nie­raz zbie­dzo­ny i wy­gło­dzo­ny do domu wra­cał.

Raz przy­szedł­szy z ta­kiej wę­drów­ki, uj­rzał Ma­ry­nę i od­ra­zu za­chwy­cił się jej uro­dą. Od­tąd wy­rzekł się bur­łac­kie­go ży­cia, chciał osiąść w War­wa­rów­ce i do pra­cy się wziąć, byle po­ślu­bić Ma­ry­nę. Ojcu swe­mu po­wie­dzieć o tem nie śmiał, bo znał jego nie­na­wiść do Se­me­na i wszyst­kie­go, co z nim ja­ki­kol­wiek mia­ło zwią­zek. Ma­ry­na onie­śmie­la­ła go tak­że, bo mil­czą­ca za­wsze była, nie­przy­stęp­na, a tak smut­na, jak­by się w nie­wo­li czu­ła. Tedy raz, w ta­jem­ni­cy przed oj­cem, po­szedł do cha­ty Se­me­na i przed nim się zwie­rzył.

– Za­wa­dza wam może ta ko­bie­ta i jej dziec­ko – rzekł – to mi ją daj­cie, ja ją za żonę we­zmę.

Se­men wiel­kie oczy wy­trzesz­czył, zęby w śmie­chu szy­der­czym po­ka­zał i rzu­cił sio gniew­nie.

– A ty psi synu! – krzyk­nął – ty, bur­ła­ko ja­kiś. Ot! cze­go mu się za­chcie­wa!… Ma­ry­na nie dla cie­bie, bo ona już wzię­ta.

– Jak­to – za­wo­łał My­ko­ła – za­męż­na?

Se­men biał­ka­mi łyp­nął, za­śmiał się raz jesz­cze przez zęby i nie rzekł wię­cej nic. A tak się od tej pory za­wziął na My­ko­łę, że mu już swe­go obej­ścia prze­stą­pić nie da­wał.

– Pil­nuj ty tam cha­ty swe­go ojca – wo­lał – bym jej kie­dy nie pod­pa­lił za to, że mnie pod­pa­la­czem zwie!

Zroz­pa­czo­ny My­ko­ła za­czął pić, a wresz­cie znik­nął ze wsi. Rzad­ko kie­dy od­tąd po­wra­cał i to na krót­ko, aby się tyl­ko na Ma­ry­nę zda­le­ka po­pa­trzeć.

A ser­ce mu się kra­ja­ło z bolu, ile razy po dłuż­szej nie­byt­no­ści na nią spoj­rzał. Ko­bie­ta ni­kła w oczach, chu­dła, mi­zer­nia­ła, tyl­ko oczy, w dół wpa­dłe, lśni­ły się jesz­cze ogniem, któ­ry du­szę My­ko­ły prze­pa­lał.

I zno­wu z roz­pa­czy za­czy­nał pić, a po­tem ucie­kał.

Lu­dzie zaś we wsi róż­ne opo­wia­da­li rze­czy.

Mó­wi­li, jako od cza­su do cza­su, raz w rok mniej wię­cej, przy­jeż­dżał do Se­me­nu ze stron da­le­kich ja­kiś czło­wiek nie­zna­ny, ten sam, jak się do­my­śla­no, któ­ry Ma­ry­no tu przy­wiózł. Przy­jeż­dżał, od­by­wał z Se­me­nem krót­ką na­ra­do, kry­jąc się przed ko­bie­tą i ry­chło wy­jeż­dżał.

– Przy­wo­zi grosz Se­me­no­wi – mó­wio­no – boć prze­cie dar­mo on tej ko­bie­ty nie żywi, któ­ra nie­wie­le robi, a bar­dzo pła­cze i tyl­ko dziec­ko swo­je pie­ści.

Raz wszak­że Ma­ry­na, do­pa­trzyw­szy owe­go nie­zna­ne­go czło­wie­ka, do­pa­dła go, gdy wy­jeż­dżał w nocy i pu­ści­ła się za nim w po­goń z krzy­kiem i ję­kiem. Aż lu­dzie ze snu obu­dze­ni z chat po­wy­bie­ga­li. Nie­je­den był­by chęt­nie dał po­moc nie­bo­dze, któ­rej wi­docz­nie ja­kaś dzia­ła się krzyw­da, ale każ­dy lę­kał się ze­msty Se­me­na. Nie­dar­mo krew­niak jego pod­pa­la­czem go zwał, a zda­rzy­ło się też parę razy w War­wa­rów­ce, że cha­ty i do­by­tek tych, któ­rzy mu się na­ra­zić śmie­li, szły z dy­mem. Pa­trza­no więc tyl­ko na to zda­le­ka, jak Se­men, do­pę­dziw­szy ucie­ka­ją­cą, cią­gnął ją na­po­wrót do cha­ty.

Ko­bie­ta w głos ję­cza­ła.

– Oj do­laż moja, dola! oj głów­ko moja bied­na.

A zli­tuj­cie się Se­me­nie przez Boga ży­we­go, puść­cie mnie do swo­ich, do ojca!

Se­men wtrą­cił ją sil­nie do cha­ty, drzwi za­trza­snął i już tyl­ko stłu­mio­ny od­głos łka­nia ztam­tąd do­cho­dził.

Od­tąd Se­men jesz­cze su­row­szym był dla Ma­ry­ny, a tak jej pil­no­wał, że z ni­kim ob­cym sło­wa za­mie­nić nie mo­gła. Na wszyst­kie jej proś­by miał jed­nę tyl­ko od­po­wiedź:

– Po mo­jej śmier­ci pój­dziesz, gdzie ze­chcesz!

Lu­dzie, pa­trząc na nie­szczę­śli­wą ko­bie­to, ki­wa­li ze współ­czu­ciem gło­wa­mi, wzdy­cha­li głę­bo­ko, spo­glą­da­jąc na sie­bie, ale żad­nej nie wi­dzie­li rady.

– Ano, dola – mó­wi­li – gorz­ka dola. Tak mi­jał dzień po dniu, rok po roku.

Mała dzie­ci­na Ma­ry­ny, któ­rą ona Olgą zwa­ła, i przy­byw­szy do War­wa­rów­ki… na rę­kach jesz­cze no­si­ła, li­czy­ła już rok pew­nie dzie­sią­ty, gdy raz Se­men przy­wlókł się z pola do cha­ty le­d­wie żywy. Wszedł­szy, za­to­czył się i padł ca­łym cię­ża­rem na po­ściel.

– Zła go­dzi­na przy­szła…… – rzekł do Ma­ry­ny. – Zdy­chać trze­ba…

Dwa dni tak le­żał, mil­cząc. Nie jadł nic, pił tyl­ko wodę chci­wie i cza­sem stęk­nął, a czer­niał na twa­rzy jak zie­mia.

Ma­ry­na chcia­ła biedz po zna­cho­ra, albo do pa­ro­cha z po­bli­skiej wio­ski, bo w War­wa­rów­ce pa­ra­fii nie było, ale Se­men za­śmiał się tyl­ko.

– Weź dziec­ko – rzekł – i zmy­kaj w świat, a mnie zo­staw. Ani mi zna­chor, ani pa­roch nie po – moie. Ży­łem tyle lat sam, jak pies, tak i zgi­nę. A gdy mi w oczach bar­dzo po­ciem­nie­je, to so­bie za­świe­cę!

Ma­ry­na wzdry­gnę­ła się. Prze­ra­żał ją Se­men i jego dziw­na mowa: tyle lat prze­cier­pia­ła u nie­go, jak w nie­wo­li, a jed­nak te­raz żal jej się zro­bi­ło star­ca. Usia­dła przy nim i chcia­ła wody mu po­dać.

Z nie­zwy­kłą siłą po­rwał się Se­men z po­ście­li.

– Idź kie­dy ci mó­wię, babo upar­ta! – krzyk­nął, a Bóg wie, zkąd się wzię­ła ta moc krzy­ku w roz­bi­tej jego pier­si, z któ­rej do­by­wa­ło się zło­wro­gie char­cze­nie.

Się­gnął w za­na­drze i wy­jął po­dar­ty, brud­ny pie­niądz pa­pie­ro­wy, tak zwa­ną "bu­maż­kę."

– Masz! – do­dał, – dzie­sięć kar­bo­wań­ców na dro­gę. To ci wy­star­czy, abyś nie zde­chła, je­śli cię wil­ki nie zje­dzą, albo bur­ła­ki nie ob­ra­bu­ją. – Wię­cej nie dam, boby ci to nie­szczę­ście przy­nio­sło… za mo­je­mi pie­niędz­mi czar­ne dja­bły cho­dzą.. Idź do swo­ich, a je­śli do nich tra­fisz, to po­wiedz im, że Se­men już w sy­rej zie­mi… przy­sy­pa­ny po­pio­łem, jak pod­pa­la­czo­wi przy­sta­ło…

Mó­wił ury­wa­nym gło­sem, jak w go­rącz­ce. Ostat­nie sło­wa uwię­zły mu w krta­ni, wy­krzy­wił usta i upadł na wznak, char­cząc.

Ma­ry­uę strach zdjął okrut­ny. Mała Olga cią­gnę­ła ją za spód­ni­cę, pła­cząc ci­cho. Ona jesz­cze się wa­ha­ła. Sta­ła w miej­scu, pa­trząc na Se­me­na i mnąc w dło­ni dane jej pie­nią­dze.

Se­men pod­niósł rękę, ści­snął ją w ku­łak i nic już nie mó­wiąc, pię­ścią Ma­ry­nie po­gro­ził. Na­wy­kła słu­chać groź­ne­go star­ca ko­bie­ta, schy­li­ła gło­wę i po­wo­li wy­szła z cha­ty. Na pro­gu od­wró­ci­ła się mi­mo­wol­nie i spoj­rza­ła raz jesz­cze na Se­ine­na.

Le­żał cią­gle na wznak, z oczy­ma otwar­te­mi sze­ro­ko, a nie­spo­koj­ną ręką szar­pał ko­szu­lę na pier­siach. – Mat­ko prze­czy­sta zmi­łuj się! – szep­nę­ła Ma­ry­na, prze­że­gna­ła się i wy­szła z cha­ty.

Był to już póź­ny wie­czór je­sien­ny. Na nie­bie snu­ły się zwol­na cięż­kie, jak­by oło­wia­ne chmu­ry; wiatr z gło­śnym chrzę­stem po­ru­szał ga­łę­zia­mi drzew i miótł su­che li­ście po dro­dze. Nędz­ne cha­ty wio­ski, po obu stro­nach dro­gi, w rów­nym sze­re­gu sta­wia­ne, ni­skie le­pian­ki kur­ne nik­nę­ły już w mro­ku. Gdzie­nieg­dzie z da­chu pod­no­sił się gę­sty dym czar­ny i wił się smu­ga­mi w po­wie­trzu. Smu­tek roz­la­ny był do­ko­ła, ja­kieś przy­gnę­bia­ją­ce wra­że­nie wy­wie­ra­ła ta ci­sza wie­czor­na, wśród ota­cza­ją­cej nę­dzy i pust­ki.

Ma­ry­na spo­gląd­nę­ła do­ko­ła i na­głym, roz­pacz­li­wym ru­chem chwy­ci­ła w ob­ję­cia roz­pła­ka­ne i prze­stra­szo­ne swe dzie­cię. Ale prócz tego uści­sku, żad­ne­go sło­wa po­cie­chy dać mu nie mo­gła. Czar­ne my­śli snu­ły się jej po gło­wie.

– Gdzie pój­dę? – my­śla­ła – Wil­ki zje­dzą, albo bur­ła­ki za­bi­ją; do­brze mó­wił Se­men. Czy ja wiem te­raz, gdzie moja ro­dzi­na? gdzie oj­ciec, gdzie mąż? Po­mar­li, albo za­po­mnie­li! Zgi­nąć mi są­dzo­no mar­nie – to zgi­nę, by­le­by tę sie­ro­tę oca­lić.

Co­raz moc­niej przy­tu­la­ła do sie­bie maią Olgo, któ­ra prze­staw­szy pła­kać, uwi­sła mat­ce na szyi.

– Chodź­my, mamo, chodź­my do Mo­tru­ny! – szep­ta­ła.

Mo­tra, sta­ra, ubo­ga wie­śniacz­ka, miesz­ka­ją­ca w nędz­nej, wa­lą­cej się cha­łu­pie, nie­da­le­ko cha­ty Se­me­na naj­wię­cej za­wsze szcze­re­go współ­czu­cia oka­zy­wa­ła Ma­ry­nie, a małą Olgę pie­ści­ła, jak umia­ła, i czem mo­gła do­go­dza­ła dziec­ku.

– Chodź­my do Mo­tru­ny – po­wtó­rzy­ła bez­wied­nie

Ma­ry­na, ale sta­ła jesz­cze w miej­scu, pa­trząc łza­we­mi oczy­ma na sza­re, schmu­rzo­ne nie­bo, na dym gę­sty, wi­ją­cy się w po­wie­trzu i na mi­go­cą­ce już w dali świa­teł­ka w cha­tach.

Na­gle, po za nią, w stro­nie cha­ty Se­me­na, ozwał się taki od­głos, jak­by kto drzwi cha­ty z ze­wnątrz za­su­wał. Czyż to być mo­gło, aby ten sta­rzec, któ­ry przed chwi­lą ko­na­ją­cym się zda­wał, zwłókł się jesz­cze z po­ście­li, by drzwi za­pie­rać?

Ma­ry­na wzdry­gnę­ła się z prze­stra­chu.

Ona się za­wsze lę­ka­ła Se­me­na, ale dzi­siaj wy­dał się on jej szcze­gól­nie prze­ra­ża­ją­cym. Ko­nał już, a ja­kaś nie­czy­sta siła nim mio­ta­ła. Pa­li­ła jej rękę owa "bu­maż­ka", dana przez nie­go; brzmia­ły jej w uszach jego sło­wa, iż za­je­go pie­niędz­mi czar­ne dja­bły cho­dzą. Po­zby­ła­by się chęt­nie tych pie­nię­dzy, ale cóż po­cznie bez nich? oprócz tego co na so­bie, sta­rej świ­ty i za­pa­ski, nie po­sia­da nic, ani ona, ani jej mała.

Scho­wa­ła pie­nią­dze w za­na­drze, prze­że­gna­ła się raz jesz­cze i gna­na nie­prze­mo­żo­nym stra­chem, pę­dem nie­mal bie­gła do cha­ty Mo­tru­ny, cią­gnąc Olgę za sobą.

U Mo­tru­ny pa­li­ło się w pie­cu duże ogni­sko, rzu­ca­jąc chwi­la­mi blan­ki na brud­ne ścia­ny le­pian­ki. Świa­tło to nie­pew­ne było i mi­go­tli­we, bo dym ge­sty, czar­ny, tłu­mił je, wił się kłę­ba­mi wśród izby, snuł po zie­mi i ścia­nach i na po­wa­le się roz­ście­lał, aż wresz­cie dłu­giem, wą­skiem pa­smem ucho­dził przez otwór w da­chu.. Gry­zą­cy, gę­sty, chwy­tał za gar­dło, wpi­jał się w oczy i piekł je nie­mi­ło­sier­nie.

Mo­tru­na sie­dzia­ła na ła­wie przy pie­cu, sku­lo­na. Zgrzy­bia­ła to już była sta­ru­cha. Na gło­wie mia­ła chust­kę kra­cia­stą, któ­rej bar­wy trud­no było ro­ze­znać, na so­bie zaś ko­szu­lę, czar­ną od dymu i bru­du i sza­fi­ro­wą, po­ła­ta­ną spód­ni­cę. Z pod roz­chry­sta­nej ko­szu­li wy­glą­da­ła pierś wy­schła, bru­nat­na, o wy­sta­ją­cych ko­ściach. Twarz jej gru­be­mi zmarszcz­ka­mi jak sie­cią, po­kry­ta, oży­wio­ną była dwoj­giem oczu błysz­czą­cych, prze­ni­kli­wych. W ko­ści­stej ręce, na któ­rej żyły, gru­be jak po­stron­ki, wy­bie­gły i stę­ża­ły, trzy­ma­ła krót­ką żerdź osmo­lo­ną i przo­gar­ty­wa­ła nią, w pie­cu, roz­bi­ja­jąc wę­gle, któ­re pry­ska­ły iskra­mi.

Sie­dzia­ła wśród tego dymu i iskier, mru­cząc pół­gło­sem pa­cie­rze, po­dob­na ra­czej do wid­ma, niż do ży­ją­cej isto­ty.

Po­wsta­ła żywo, wi­dząc wcho­dzą­cą Ma­ry­nę z cór­ką.

– A co tam u was? – spy­ta­ła – bie­da?

– Oj, bie­da, mat­ko, bie­da! – po­ża­li­ła się Ma­ry­na. –Se­men wy­pę­dził z cha­ty w świat boży.

– A prze­klę­ty! – za­wo­ła­ła sta­ra, gro­żąc pię­ścią.

Śni­ło mi się dzi­siej­szej nocy, że zdechł, a on żyje, ska­ra­nie boże!

Ma­ry­na opo­wia­dać za­czę­ła.

Sta­ra z wiel­kiem słu­cha­ła za­ję­ciem. Usa­do­wi­ła Ma­ry­nę, jak mo­gła naj­wy­god­niej wraz z dziec­kiem… i słu­cha­ła pil­nie, otwie­ra­jąc sze­ro­kie oczy i bez­zęb­ne usta.

Mała Olga przy­tu­li­ła się do mat­ki. Dym chwy­tał ią za gar­dło, więc kasz­la­ła cza­sem i ręką tar­ła bo­lą­ce oczy. Za­mknę­ła je szczel­nie, a słu­cha­jąc ża­lów mat­ki i wy­krzyk­ni­ków Mo­tru­ny, zwol­na usy­pia­ła.

Ogni­sko przy­ga­sło, dym rzed­niał i już tyl­ko u po­wa­ły snuł się przej­rzy­ste­mi smu­ga­mi. W izbie ciem­nia­ło.

– Ha! – rze­kła Mo­tra, gdy już Ma­ry­na opo­wia­dać skoń­czy­ła – ma­cie te­raz wol­ność!

– Co mi po wol­no­ści, gdy już mło­dość mi­nę­ła, gdym zmar­nia­ła na szkie­let i oczy wy­pła­ka­ła. Czy ja wiem, co się u nas dzie­je? czy oj­ciec żyje? czy mąż?…

Mo­tra zpo­deł­ba spoj­rza­ła na ko­bie­tę. Dziw­ny, nie­okre­ślo­ny uśmiech wy­biegł na bla­de usta sta­rej i roz­pły­nął się wśród zmarsz­czek. Uśmiech ten, nie­mal szy­der­ski, któ­ry Ma­ry­na do­strze­gła, za­bo­lał ją i po­wstrzy­mał sło­wa.

– Mąż… po­wtó­rzy­ła ci­szej, i za­jąk­nę­ła się.

– E, co tam! – pod­chwy­ci­ła sta­ra – za­wró­ci­li­ście so­bie gło­wę tym mę­żem, któ­ry Bóg wie, gdzie jest, a przez lat tyle zna­ku ży­cia nic da­wał. Na wa­szem miej­scu, ja­bym była i ta­kie­go Mi­ko­ły nie od­rzu­ci­ła. Ustat­ko­wał­by się, a za­wsze chłop, to opie­ka..

Ma­ry­na opu­ści­ła gło­wo na pier­si, a łzy stru­mie­niem po­pły­nę­ły z jej oczu. Pła­ska­ła ci­cho, bez łka­nia.

– Oj, bied­na ja bied­na, sie­ro­ta nie­szczę­śli­wa – jęk­nę­ła wresz­cie.

– No, no, – ozwa­ła się po­cie­sza­jąc ją Mo­tru­na – nie bia­daj! Ja cię z cha­ty nie wy­go­nię. Siedź tu z dziec­kiem, do­pó­ki ze­chcesz Jeść bę­dziesz ba­ra­bo­lę ze mną i chleb, jaki Bóg da. Lada dzień przyj­dzie My­ko­ła, bo go już daw­no tu nie było, to się na­ra­dzi­my, co ro­bić.

Ma­ry­na mil­cza­ła. Cóż­by po­mo­gło opo­wia­dać sta­rej swo­je dziw­ne dzie­je? Sa­mej Ma­ry­nie wy­da­je się to snem, co prze­by­ła, co było nie­gdyś rze­czy­wi­sto­ścią bo­le­sną.

– Dzię­ku­ję wam, mat­ko – szep­nę­ła – Dziś po­zwól­cie prze­no­co­wać, a ju­tro… ju­tro pój­dę…

Sta­ra chcia­ła coś od­po­wie­dzieć, ale sło­wa za­mar­ły jej na ustach.

Wśród ciem­no­ści, ja­kie ogar­nę­ły wnę­trze izby, za­bły­sło na­gle świa­tło. Przedar­ło się przez mało szyb­ki okien­ka, czer­wo­ną pla­mą pa­dło na ścia­ny le­pian­ki, za­mi­go­ta­ło i zga­sło. Jesz­cze chwi­la, znów to samo, jak bły­ska­wi­ca. Tyl­ko tym ra­zem ja­skra­wiej, sil­niej od­bi­ło się świa­tło, za­ry­so­wa­ło się drżą­cym pło­mie­niem, za­drga­ło raz, dru­gi, trze­ci i roz­ja­śni­ło na­gle całą iz­deb­kę łuną czer­wo­ną.

– Mat­ko Prze­czy­sta! – krzyk­nę­ła Mo­tru­na i wy­bie­gła z cha­ty.

Mała Olga obu­dzi­ła się prze­ra­żo­na, drżą­ca. Ma­ry­na po­chwy­ci­ła ją w ob­ję­cia, dą­żąc za Mo­tru­ną. Okrop­na trwo­ga ści­snę­ła jej ser­cem; prze­czu­ła, co za­szło.

Cha­ta Se­me­na sta­ła w pło­mie­niach.

Ogień ogar­nął ją całą ze stron wszyst­kich i jed­nym słu­pem pło­mien­nym szedł w górę, ku schmu­rzo­ne­mu nie­bu, roz­świe­ca je ja­skra­wo i uka­zy­wał chmu­ry zwol­na się prze­su­wa­ją­ce i dym czar­ny, któ­ry gnał za nie­mi smu­ga­mi. Wi­cher mio­tał pło­mie­niem, wy­gi­na­jąc go w fan­ta­stycz­ne kształ­ty i na szczę­ście od­no­sząc w prze­ciw­ną stro­nę od le­pian­ki Mo­try i in­nych chat wio­ski.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: