Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • promocja

Największe skandale w świecie filmu - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
13 marca 2026
3816 pkt
punktów Virtualo

Największe skandale w świecie filmu - ebook

Świat kina – pełen blasku i ogromnych pieniędzy – nierzadko przyciąga silne osobowości, które za wszelką cenę pragną zaspokoić zawodowe oraz prywatne ambicje. Z tego powodu czerwone dywany, gustowne garnitury i piękne suknie często mają odwracać uwagę postronnych obserwatorów od afer obyczajowych, głośnych przestępstw czy narkotykowych orgii.
Przemysław Słowiński w sposób barwny i bezkompromisowy opowiada o mrocznej stronie fabryki snów. Autor zagląda za kulisy wielkiego kina, by ukazać moralny upadek gwiazd uwielbianych przez rzeszę fanów na całym świecie. Przedstawione w książce historie dowodzą, że branża filmowa jest miejscem, w którym władza, pieniądze, a także sława niejednokrotnie determinują ludzkie wybory.
Wśród opisywanych postaci pojawiają się Roman Polański, Harvey Weinstein czy Johnny Depp. Ich historie unaoczniają, jak cienka bywa granica między prawdą, manipulacją a tanią sensacją.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-91-8076-813-9
Rozmiar pliku: 2,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Wstęp

Mo­ral­ność X Muzy za­wsze po­zo­sta­wiała wiele do ży­cze­nia. Od­le­głe lata dwu­dzie­ste były wy­zwo­lone oby­cza­jowo nie mniej niż lata sie­dem­dzie­siąte. Przed­sta­wi­ciele fil­mo­wego świata ni­gdy nie mieli krysz­ta­ło­wej re­pu­ta­cji, cho­ciaż ich wy­czyny bar­dzo rzadko tra­fiały na pierw­sze strony ga­zet. Od skan­dalu chro­niły ich śro­do­wi­skowa so­li­dar­ność i opła­ca­nie prasy oraz wy­miaru spra­wie­dli­wo­ści.

Ma­gia kina spra­wiła, że całe po­ko­le­nia ko­biet i męż­czyzn mdlały na ekra­nie i poza nim. W fil­mach ak­to­rzy czę­sto wcie­lali się w role do­sko­na­łych dżen­tel­me­nów, lecz w ży­ciu nie­jed­no­krot­nie za­cho­wy­wali się ina­czej. Po­dob­nie ak­torki, od­gry­wa­jące rolę bo­giń, cza­sem nie­wiele róż­niły się od za­pi­ja­czo­nych dzi­wek z ta­niego bur­delu. Hi­sto­ria kina pełna jest naj­roz­ma­it­szych afer, na­mięt­no­ści, tra­ge­dii, prze­stępstw, skan­dali, uga­nia­nia się za spód­nicz­kami (bądź spodniami), uza­leż­nie­nia od al­ko­holu, nar­ko­ty­ków bądź seksu, he­tero- i ho­mo­sek­su­al­nych ro­man­sów. Jako obiekty wes­tchnień mi­lio­nów wi­dzów na ca­łym świe­cie, przed­sta­wi­ciele fil­mo­wego świata rzadko po­tra­fili oprzeć się na­po­ty­ka­nym po­ku­som.

Hi­sto­ria kina jest jed­no­cze­śnie hi­sto­rią prze­mian oby­cza­jo­wych i po­li­tycz­nych. Po­dzi­wiani ar­ty­ści, wy­wo­łu­jąc (pro­gra­mowo lub bez­wied­nie) skan­dale, uka­zy­wali jed­no­cze­śnie względ­ność obo­wią­zu­ją­cych norm mo­ral­nych, przy­czy­nia­jąc się tym sa­mym do ich zmian.

Po­li­tyczne afery ujaw­niały na­to­miast do­głęb­nie ist­nie­jące sprzecz­no­ści in­te­re­sów grup spo­łecz­nych, ca­łych na­ro­dów i ras.Rejs

Wil­liam Ran­dolph He­arst (1924)

Pra­sowy ma­gnat, twórca naj­więk­szej w Sta­nach Zjed­no­czo­nych sieci wy­daw­ni­czej, czę­sto przed­sta­wiany jest jako opę­tany wła­dzą po­twór. W rze­czy­wi­sto­ści sta­no­wił jedną wielką cho­dzącą sprzecz­ność. Był ogrom­nej po­stury, lecz mó­wił cien­kim dy­sz­kan­tem. Miesz­kał z ko­chanką, ale ucho­dził za wzo­ro­wego męża. Był au­to­kra­tycz­nym sze­fem i krzy­czał na pra­cow­ni­ków, ale z wiel­kim tru­dem przy­cho­dziła mu de­cy­zja o zwol­nie­niu któ­re­goś z nich. Był twórcą tak zwa­nego „bul­wa­ro­wego dzien­ni­kar­stwa”, choć sam, wsty­dliwy i nie­śmiały, naj­le­piej czuł się w ano­ni­mo­wym tłu­mie.

Wil­liam Ran­dolph He­arst uro­dził się 29 kwiet­nia 1863 roku w San Fran­ci­sco. Był je­dy­nym sy­nem Geo­rge’a He­ar­sta, wła­ści­ciela ko­palni złota, a póź­niej (w la­tach 1886– 1891) se­na­tora stanu Ka­li­for­nia, oraz jego żony Pho­ebe z domu Ap­per­son. Otrzy­mał naj­lep­sze wy­cho­wa­nie, na ja­kie stać było bo­ga­tych ro­dzi­ców. Pry­watny na­uczy­ciel w domu, pry­watna szkoła śred­nia, kształ­cące po­dróże po Eu­ro­pie. Przez dwa lata uczęsz­czał do Ha­rvard Col­lege, po czym zo­stał wy­da­lony z uczelni. Ma­jąc 24 lata, prze­jął kon­trolę nad wal­czącą o prze­trwa­nie na rynku ga­zetą „San Fran­ci­sco Exa­mi­ner”, którą jego oj­ciec za­ku­pił sie­dem lat wcze­śniej. Na­tych­miast zmie­nił kon­cep­cję ga­zety, łą­cząc re­for­mi­styczny po­znaw­czy re­por­taż z sen­sa­cyj­no­ścią, co spra­wiło, że już po dwóch la­tach stała się ona do­cho­do­wym przed­się­wzię­ciem. Do­brze mu szło, ale wkrótce ta­tuś prze­grał ty­tuł w karty i Wil­liam zo­stał na lo­dzie.

W 1891 roku pan Geo­rge He­arst zszedł z tego świata, zo­sta­wia­jąc żo­nie i sy­nowi ma­ją­tek w wy­so­ko­ści 7 500 000 do­la­rów. Wil­liam wszedł wtedy na no­wo­jor­ski ry­nek pra­sowy, ku­pu­jąc w 1895 roku sto­jący na kra­wę­dzi ban­kruc­twa „New York Mor­ning Jo­ur­nal”. Z wła­ści­wym so­bie za­pa­łem i roz­ma­chem za­brał się za sta­wia­nie ga­zety na nogi. Wy­na­jął zdol­nych pi­sa­rzy, Ste­phena Gra­neya i Ju­liana Haw­thorne’a, oraz prze­pro­wa­dził „ob­ławę” na jed­nego z naj­lep­szych lu­dzi pra­cu­ją­cych u Jo­se­pha Pu­lit­zera w „New York World”, słyn­nego Ri­charda F. Out­caulta, twórcę ko­lo­ro­wych ko­mik­sów. „New York Mor­ning Jo­ur­nal”, prze­mia­no­wany póź­niej na „New York Jo­ur­nal – Ame­ri­can” szybko osią­gnął suk­ces i wy­soki na­kład dzięki ce­nie ob­ni­żo­nej do 1 centa, du­żej licz­bie ilu­stra­cji, błysz­czą­cym na­głów­kom, sen­sa­cyj­nym ar­ty­ku­łom po­świę­co­nym zbrodni oraz pseu­do­nau­ko­wym te­ma­tom. Ro­bot­ni­ków i imi­gran­tów przy­cią­gać miały ko­lo­rowe ko­miksy.

Aby zwięk­szyć na­kład ga­zety, He­arst go­tów był na wszystko, na­wet na spro­wo­ko­wa­nie wojny. W 1896 roku wy­słał na Kubę ma­la­rza Fre­de­ricka Re­ming­tona, aby ten przy­go­to­wał cykl ry­sun­ków przed­sta­wia­ją­cych okru­cień­stwa Hisz­pa­nów. Nie zna­la­zł­szy od­po­wied­nich te­ma­tów, Re­ming­ton wy­słał do He­ar­sta z Ha­wany na­stę­pu­jącą wia­do­mość:

„W mie­ście pa­nuje spo­kój. Na wojnę się nie za­nosi. Roz­ru­chów żad­nych nie ma. Pro­szę o zgodę na po­wrót do domu”.

Od­po­wiedź wy­dawcy prze­szła do hi­sto­rii:

„Pro­szę po­zo­stać na miej­scu – od­pi­sał He­arst. – Pan ma tylko do­star­czyć ilu­stra­cje, ja do­star­czę wojnę”.

Re­ming­ton po­stą­pił, jak mu ka­zano, a He­arst od­niósł suk­ces. Nie­uczciwe szkice pu­bli­ko­wane w ga­ze­tach tak pod­sy­ciły an­ty­hisz­pań­skie na­stroje, że gdy w por­cie w Ha­wa­nie wy­sa­dzono okręt ma­ry­narki wo­jen­nej Sta­nów Zjed­no­czo­nych, rząd USA bez wa­ha­nia wy­po­wie­dział wojnę Hisz­pa­nii.

W przy­szło­ści wiele in­nych wia­do­mo­ści pu­bli­ko­wa­nych w pra­sie He­ar­sta miało po­dobny wy­dźwięk. W 1901 roku w jed­nej z jego ga­zet po­ja­wił się ko­men­tarz, który uza­sad­niał słusz­ność za­bój­stwa po­li­tycz­nego. Kilka mie­sięcy póź­niej pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych, Wil­liam McKin­ley, zgi­nął z rąk anar­chi­sty. W roku 1913 ga­zety He­ar­sta za­mie­ściły zdję­cie mek­sy­kań­skich dzieci sto­ją­cych po ko­lana w wo­dzie z pod­nie­sio­nymi rę­kami. Pod­pis gło­sił, że zo­stały wpę­dzone do mo­rza przez mek­sy­kań­skich fe­de­ra­les, któ­rzy mieli je roz­strze­lać. W rze­czy­wi­sto­ści zdję­cie zro­biono w Hon­du­ra­sie Bry­tyj­skim, a dzieci po pro­stu się ką­pały i nikt nie miał naj­mniej­szego za­miaru otwie­rać do nich ognia. Mek­sy­ka­nie w ogóle sta­no­wili jedną z naj­więk­szych fo­bii pra­so­wego ma­gnata. Jego prasa opi­sy­wała ich jako „le­ni­wych i zde­ge­ne­ro­wa­nych pa­la­czy ma­ri­hu­any”.

Wkrótce szef za­czął do­ma­gać się od swo­ich współ­pra­cow­ni­ków nie tyle opa­no­wa­nia rze­mio­sła dzien­ni­kar­skiego, ile zdol­no­ści do prze­dzierz­ga­nia się jak ak­tor w każdą po­stać i od­gry­wa­nia z ca­łym prze­ko­na­niem każ­dej roli. Od­po­wied­nio prze­brani re­dak­to­rzy He­ar­sta po­da­wali się za­zwy­czaj za urzęd­ni­ków po­li­cji kry­mi­nal­nej i przed­sta­wi­cieli wła­dzy. „Aresz­to­wali” cał­ko­wi­cie nie­winne osoby, po któ­rych obie­cy­wali so­bie do­bry re­por­taż, za­cią­gali je do sfin­go­wa­nych po­ste­run­ków po­li­cji, spi­sy­wali pro­to­koły roz­mów z za­stra­szo­nymi i wy­lęk­nio­nymi ludźmi, albo pro­wa­dzili ich do „sę­dziego po­li­cyj­nego” – oczy­wi­ście także czło­wieka He­ar­sta – który zmu­szał ich do zło­że­nia ze­znań. Po­tem ofiary wy­pusz­czano. Ich za­ża­le­nia w ofi­cjal­nych in­sty­tu­cjach speł­zały na ni­czym.

Taki spo­sób przed­sta­wia­nia prawdy spo­wo­do­wał, że styl ga­zet He­ar­sta na­zwano „bul­wa­ro­wym”. Ame­ry­kań­ski pu­bli­cy­sta Er­nest L. Mayer na­pi­sał: „Cała długa i nie­cna ka­riera pana He­ar­sta była pod­że­ga­niem Ame­ry­ka­nów prze­ciwko Hisz­pa­nom, Mek­sy­ka­nom, Ro­sja­nom czy Ja­poń­czy­kom”. Gdy w 1933 roku He­arst opu­bli­ko­wał swoje słynne „za­sady re­dak­tor­skie”, z któ­rych jedna gło­siła na przy­kład: „uni­kaj rze­czy, które mogą ob­ra­zić do­brych lu­dzi” – śro­do­wi­sko dzien­ni­kar­skie za­śmie­wało się do roz­puku.

Mimo tego (a może wła­śnie dzięki temu) Wil­liam Ran­dolph zbu­do­wał praw­dziwe pra­sowe im­pe­rium. Do roku 1925 stwo­rzył lub na­był ga­zety w każ­dym re­gio­nie USA. Dzie­sięć lat póź­niej, bę­dąc u szczytu swej po­tęgi, po­sia­dał 28 zna­czą­cych ga­zet i 18 ma­ga­zy­nów, a po­nadto kilka sta­cji ra­dio­wych, wy­twórni fil­mo­wych i agen­cji in­for­ma­cyj­nych. Czwarta część cza­so­pism na ame­ry­kań­skim rynku i 60 pro­cent w Ka­li­for­nii było pod jego kon­trolą. Za­trud­niał naj­lep­sze pióra Ame­ryki, m.in. Marka Twa­ina oraz Jacka Lon­dona. Do jego ga­zet pi­sy­wali po­li­tycy: Adolf Hi­tler, Be­nito Mus­so­lini czy Win­ston Chur­chill. Jako pierw­szy ka­zał He­arst pi­sać dzien­ni­ka­rzom ar­ty­kuły tak, by można je było bez prze­ró­bek prze­czy­tać na an­te­nie ra­dia i tym sa­mym ogra­ni­czyć koszty two­rze­nia au­dy­cji. Re­dak­to­rzy ma­ga­zy­nów mo­gli za­ma­wiać tylko ta­kie re­por­taże, które można by póź­niej ła­two wy­ko­rzy­stać jako sce­na­riu­sze fil­mowe. He­arst był więc pre­kur­so­rem tech­nik, które dziś fa­chowcy na­zy­wają z na­masz­cze­niem sy­ner­gią (współ­dzia­ła­niem) i kon­wer­gen­cją (prze­ni­ka­niem się) me­diów.

W ten spo­sób Wil­liam He­arst kie­ro­wał pierw­szym chyba środ­kiem ma­so­wego prze­kazu, ma­ją­cym dzięki wy­myśl­nym me­to­dom psy­cho­lo­gicz­nego od­dzia­ły­wa­nia ol­brzymi wpływ na wszyst­kich i był w sta­nie ma­ni­pu­lo­wać do­wol­nie opi­nią „lu­dzi bez po­glą­dów”. Ry­chło stał się więc po­tęgą, z którą władcy po­li­tyczni mu­sieli się li­czyć i któ­rej wro­go­wie po­winni się byli oba­wiać.

Po­mimo swego na­cjo­na­li­zmu i na­wo­ły­wa­nia do wojny, Wil­liam Ran­dolph He­arst był czło­wie­kiem o umiar­ko­wa­nych po­glą­dach i za­go­rza­łym de­mo­kratą. W la­tach 1903– 1907 za­sia­dał w Izbie Re­pre­zen­tan­tów Kon­gresu Sta­nów Zjed­no­czo­nych. W 1904 roku otrzy­mał znaczne po­par­cie ze strony Par­tii De­mo­kra­tycz­nej pod­czas no­mi­na­cji na jej kan­dy­data w wy­bo­rach pre­zy­denc­kich. Pre­zy­den­tem jed­nak nie zo­stał, po­dob­nie jak w 1905 roku bur­mi­strzem No­wego Jorku. Rok póź­niej prze­grał wy­bory na sta­no­wi­sko gu­ber­na­tora stanu Nowy Jork na ko­rzyść Char­lesa Evansa Hu­ghesa. Jako po­li­tyk stał się w la­tach trzy­dzie­stych go­rą­cym zwo­len­ni­kiem fa­szy­zmu. W na­stęp­nej de­ka­dzie za­cie­kle zwal­czał ko­mu­nizm.

Jesz­cze w cza­sie stu­diów na Ha­rvar­dzie, Wil­liam miał ko­chankę, Tes­sie Po­wers, z za­wodu kel­nerkę. Rzu­cił ją jed­nak dla ak­torki i mo­delki Mil­li­cent Wil­son, którą po­ślu­bił w roku 1903, w przed­dzień swych czter­dzie­stych uro­dzin. Mieli pię­ciu sy­nów i całą gro­madę wnu­cząt, z któ­rych naj­więk­szy roz­głos zdo­była Pa­tri­cia (Patty), trze­cia z pię­ciu có­rek Ran­dol­pha He­ar­sta. W 1974 roku zo­stała po­rwana przez człon­ków ra­dy­kal­nego ugru­po­wa­nia le­wi­co­wego SLA (Sym­bio­nese Li­be­ra­tion Army), a po­tem już wspól­nie z po­ry­wa­czami cał­ko­wi­cie do­bro­wol­nie na­pa­dała na banki, za co w 1976 roku sąd fe­de­ralny ska­zał ją na sie­dem lat wię­zie­nia.

Od 1917 roku mi­liony, które za­ra­biał na dzia­łal­no­ści wy­daw­ni­czej, za­czął Wil­liam Ran­dolph trwo­nić na wy­trwałe choć bez­sen­sowne próby uczy­nie­nia sław­nym na­zwi­ska swej mło­dziut­kiej ko­chanki – ja­sno­wło­sej, nie­bie­sko­okiej Ma­rion Do­uras, zna­nej póź­niej jako Ma­rion Da­vies. Zo­ba­czył ją po raz pierw­szy na sce­nie no­wo­jor­skiego „Globe The­atre”, gdy sta­ty­sto­wała w spek­ta­klu Kró­lowa kina. Po przed­sta­wie­niu za­pro­sił cały ze­spół na ko­la­cję do spe­cjal­nych apar­ta­men­tów Har­mo­nia Gar­den, jed­nego z na­je­le­gant­szych lo­kali w No­wym Jorku. Ma­łej sta­ty­stce wy­zna­czył miej­sce koło sie­bie i ema­blo­wał ją przez cały wie­czór. On miał już wów­czas 56 lat, ona 17. Po pierw­szym kie­liszku szam­pana za­częła mó­wić do niego „ta­tuśku”, co wpro­wa­dziło go w świetny hu­mor. Pod ko­niec przy­ję­cia, gdy już na­strój był bar­dzo swo­bodny, usia­dła mu na ko­la­nach i gła­skała po twa­rzy.

Po śmierci matki w roku 1919 Wil­liam odzie­dzi­czył po niej ran­czo San Si­meon w po­łu­dnio­wej Ka­li­for­nii, o po­wierzchni 250 000 akrów. Wzniósł tam je­den z naj­bar­dziej kosz­tow­nych i eks­tra­wa­ganc­kich do­mów na świe­cie, zwany „Zam­kiem He­ar­sta”. Prace bu­dow­lane pod kie­run­kiem Ju­lii Mor­gan wła­ści­wie ni­gdy nie zo­stały ukoń­czone. Nowo po­wstałe po­miesz­cze­nia były na­tych­miast bu­rzone i prze­ra­biane tak, aby po­mie­ścić co­raz to nowe ele­menty sta­rych bu­dyn­ków. Główna fa­sada z dwiema wie­ży­cami, sta­no­wiąca ko­pię ka­te­dry Mu­de­jar, była zwień­cze­niem scho­dów wio­dą­cych z ba­senu ką­pie­lo­wego wy­peł­nio­nego źró­dlaną wodą i oto­czo­nego grecką ko­lum­nadą.

We wnę­trzach tej re­zy­den­cji znaj­do­wały się stropy, ściany i po­sadzki „ukra­dzione” z ko­ścio­łów i zam­ków eu­ro­pej­skich, go­tyc­kie ko­minki, ozdobne ka­felki mau­re­tań­skie, a także grec­kie wazy i śre­dnio­wieczne go­be­liny. No i naj­więk­szy skarb Wil­liama He­ar­sta – Ma­rion Da­vies, z którą spę­dzał tam każdą wolną chwilę, za­nie­dbu­jąc żonę i dzieci. Urzą­dzali przy­ję­cia ko­stiu­mowe, na któ­rych ba­wiła się cała śmie­tanka Hol­ly­wood oraz ta­kie sławy jak Win­ston Chur­chill, Geo­rge Ber­nard Shaw czy Char­les Lind­bergh. 50 mi­lio­nów do­la­rów ulo­ko­wał ma­gnat pra­sowy w no­wo­jor­skich nie­ru­cho­mo­ściach, taką samą sumę w swej ko­lek­cji dzieł sztuki.

He­arst za­ło­żył także dla Ma­rion firmę pro­duk­cyjną „Co­smo­po­li­tan Pic­tu­res”. Za­ma­wiał sce­na­riu­sze u naj­zna­ko­mit­szych au­to­rów, an­ga­żo­wał naj­lep­szych re­ży­se­rów. I Ma­rion grała, cho­ciaż ją­kała się i se­ple­niła, a na do­miar złego ner­wowo mru­gała po­wie­kami w chwi­lach za­ci­na­nia się albo ze­zo­wała swymi wiel­kimi jak spodeczki błę­kit­nymi oczami. Wszyst­kie ga­zety He­ar­sta okrzy­ki­wały ją przy oka­zji każ­dego filmu naj­więk­szym cu­dem, jaki kie­dy­kol­wiek po­ja­wił się na ekra­nie. Part­ne­rzy Ma­rion Da­vies do­sta­wali szcze­gól­nie wy­so­kie ho­no­ra­ria, po­nie­waż mieli do­dat­kowe kło­poty. He­arst był o nią cho­ro­bli­wie wprost za­zdro­sny i każdy na­miętny po­ca­łu­nek na ekra­nie, każde nieco czul­sze spoj­rze­nie rzu­cone przez fil­mo­wego amanta na jego pu­pilkę, do­pro­wa­dzało go do bia­łej go­rączki. Ak­to­rzy mu­sieli więc bar­dzo uwa­żać: He­arst znisz­czył kilku, któ­rzy w sceny mi­ło­sne z Ma­rion wkła­dali zbyt wiele uczu­cia.

Jed­nym z tych, któ­rych pra­sowy ma­gnat po­dej­rze­wał o przy­pra­wia­nie mu ro­gów, był Char­lie Cha­plin. He­arst do­wie­dział się od służby, że pod­czas któ­re­goś z jego roz­licz­nych wy­jaz­dów Ma­rion za­pro­siła sław­nego ak­tora na ko­la­cję. Służba do­nio­sła mu rów­nież, że Cha­plin po­zo­stał u niej jesz­cze długo po wyj­ściu in­nych go­ści…

An­giel­ski gwiaz­dor sły­nął ze swych ro­man­sów i wielu oby­cza­jo­wych skan­dali. Naj­więk­szy z nich wy­wo­łał nie­wąt­pli­wie zwią­zek z 15-let­nią Lo­litą Mac­Mu­ray, córką ir­landz­kiego ślu­sa­rza i mek­sy­kań­skiej kel­nerki. W słyn­nym Brzdącu Lo­lita za­grała aniołka, po­tem parę razy po­ja­wiła się w in­nych dzie­łach Char­liego. Przy­szła wraz z matką do re­ży­sera, jako kan­dy­datka do głów­nej roli w Go­rączce złota. Po­nie­waż jed­nak nie miała za grosz ta­lentu, więc za radą matki za­częła brać u Cha­plina lek­cje ak­tor­stwa.

Jak się wkrótce oka­zało, nie tylko ak­tor­stwa, bo­wiem po kilku mie­sią­cach na­uki wy­szło na jaw, że jest w ciąży. Wo­bec wy­wo­ła­nego przez ma­mu­się szumu Cha­plin – ma­jąc do wy­boru wię­zie­nie za sto­sunki z nie­let­nią, bądź mał­żeń­stwo – wy­brał to dru­gie. Ci­chy ślub miał się od­być w Mek­syku, nie­stety, do­wie­dzieli się o nim re­por­te­rzy i wo­kół sprawy zro­biło się jesz­cze gło­śniej.

A już cał­kiem gło­śno zro­biło się po kilku mie­sią­cach, kiedy wo­bec nie naj­le­piej – de­li­kat­nie mó­wiąc – ukła­da­ją­cego się współ­ży­cia mło­dej pary, ma­mu­sia Lo­lity opu­bli­ko­wała frag­menty pro­wa­dzo­nego przez sie­bie dzien­nika, w któ­rym skrzęt­nie za­pi­sy­wała wszyst­kie prze­ka­zane jej przez córkę oby­czaje sy­pial­niane ak­tora, „sprzeczne z pra­wem bo­skim i ludzką na­turą”.

Roz­wód kosz­to­wał Cha­plina mi­lion do­la­rów plus dwa razy po sto ty­sięcy na wy­cho­wa­nie sy­nów, po­zo­sta­ją­cych pod opieką matki i te­ścio­wej.

Cha­plin szczy­cił się mię­dzy in­nymi tym, że – jak to eu­fe­mi­stycz­nie mó­wią – zo­stał hoj­nie ob­da­ro­wany przez na­turę. Swój czło­nek na­zy­wał „ósmym cu­dem świata” i uwa­żał się za de­mona seksu. Po­bu­dzał się przy lek­tu­rze Pa­mięt­ni­ków Fanny Hill i chwa­lił, że może upra­wiać seks pięć albo sześć razy z za­le­d­wie kil­ku­mi­nu­to­wymi prze­rwami. Czy można się dzi­wić, że ktoś taki wy­wo­ły­wał u „króla prasy” da­leko idący nie­po­kój?

Tym bar­dziej kiedy w „New York Da­illy News” uka­zał się ar­ty­kuł Grace King­sley, w któ­rym na­pi­sała m.in.: „Char­lie Cha­plin w dal­szym ciągu asy­stuje Ma­rion Da­vies. Przed­wczo­raj wie­czór jadł i tań­czył ze śliczną Ma­rion w «Mont­mar­tre». Wy­stę­po­wała cza­ru­jąca młoda tan­cerka. Cha­plin kla­skał, ale nie pa­trzył w jej stronę. Ani na chwilę nie ode­rwał oczu od ja­sno­wło­sej, pięk­nej Ma­rion”.

Tego ro­dzaju tekst w ga­ze­cie kon­ku­ren­cyj­nej grupy pra­so­wej nie mógł się po­do­bać He­ar­stowi. Ma­rion krę­ciła film o cyrku Zan­der the Great (Wielki Zan­der) w tym sa­mym cza­sie, kiedy Cha­plin ro­bił Go­rączkę złota. Czę­sto wstę­po­wał po nią po skoń­czo­nej pracy. W książce Ma­rion Da­vies. A Bio­gra­phy Fred Lau­rence Gu­iles na­pi­sał, że: „Wszy­scy w eki­pie i ob­sa­dzie Zan­dera wie­dzieli, że coś się dzieje, ale Ma­rion i Cha­plin byli za­nadto do sie­bie po­dobni, aby mo­gło to być coś po­waż­niej­szego. W obec­no­ści in­nych osób bła­zno­wali jak ko­cha­jące się ro­dzeń­stwo i trudno so­bie wy­obra­zić, by za­cho­wy­wali się ina­czej, gdy byli tylko we dwoje”. Ale He­arst był jed­nak – by użyć słów Gu­ilesa – „zra­niony, zde­ner­wo­wany i nie­pewny, co da­lej ro­bić”.

14 sierp­nia 1924 roku za­pro­sił Cha­plina na rejs swym luk­su­so­wym jach­tem „One­ida”. Czy tra­ge­dia, która ro­ze­grała się tego dnia na po­kła­dzie, była re­ali­za­cją jego sza­tań­skiego planu po­zby­cia się ry­wala, czy też był to zwy­kły przy­pa­dek – tego do dzi­siaj nie wia­domo. „Może my­ślał, że tak bę­dzie le­piej, je­żeli – jak mnie­mał – roz­bije ten ro­mans; a może chciał wy­ja­śnić z Cha­pli­nem sy­tu­ację Ma­rion, bo Cha­plin miał co do niej pewne wąt­pli­wo­ści” – na­pi­sał póź­niej F.L. Gu­iles. To, co się tam zda­rzyło, jest jedną z wiel­kich i nie­wy­ja­śnio­nych ta­jem­nic Hol­ly­wood.

W każ­dym ra­zie za­pro­sze­nia otrzy­mali także m.in.: 42-letni „cza­ro­dziej we­sternu” Tho­mas H. Ince, na­le­żący do naj­wy­bit­niej­szych oso­bi­sto­ści w ame­ry­kań­skim prze­my­śle fil­mo­wym, re­ży­ser i pro­du­cent, któ­rego He­arst chciał na­mó­wić do pracy w swo­ich „Co­smo­po­li­tan Pic­tu­res”, modna li­te­ratka Sho­bila Eli­nor Glyn – bry­tyj­ska au­torka kilku tak zwa­nych „śmia­łych po­wie­ści oby­cza­jo­wych”, miesz­ka­jąca od kilku lat w Hol­ly­wood, gdzie z po­wo­dze­niem prze­ra­biała swoje książki na sce­na­riu­sze, piękna ak­torka Aileen Prin­gle – bli­ska przy­ja­ciółka Ma­rion Da­vies, ko­lejna ak­torka – Se­ena Owen, tan­cerz The­odore Ko­sloff, znany głów­nie z we­ster­nów ak­tor Wil­liam S. Hart, sławny ka­li­for­nij­ski le­karz dr Da­niel Car­son Go­od­man – twórca leku na po­ten­cję, pro­du­ko­wa­nego z gru­czo­łów pew­nych po­łu­dnio­wo­ame­ry­kań­skich małp cie­szą­cych się szcze­gól­nym po­cią­giem sek­su­al­nym, po­cząt­ku­jąca dzien­ni­karka Lo­uella Par­sons oraz kilka mniej zna­nych osób, z któ­rymi przy­jaź­niła się Ma­rion lub które da­rzył ła­skami He­arst.

Wspa­niały jacht „One­ida” na­le­żał jesz­cze kilka mie­sięcy temu do ostat­niego ce­sa­rza Nie­miec, Wil­helma II. Od­by­wa­jące się na nim przy­ję­cia sły­nęły z nie­zwy­kłej wy­staw­no­ści, He­arst i Da­vies za­pra­szali na nie całą ów­cze­sną śmie­tankę to­wa­rzy­ską Ame­ryki. Do sta­łego wy­po­sa­że­nia jed­nostki za­li­czało się kil­ka­dzie­siąt skrzy­nek szam­pana „Veuve Cli­cquot” rocz­nik 1908, w któ­rym to roku spe­cjal­nym de­kre­tem za­strze­żono na­zwę „cham­pa­gne” dla win mu­su­ją­cych pro­du­ko­wa­nych za po­mocą me­thode cham­pe­no­ise clas­si­que w Szam­pa­nii. „One­ida” od­biła od ka­li­for­nij­skiego brzegu w samo po­łu­dnie. Rejs za­czął się od wy­staw­nego lun­chu, po któ­rym przy­stą­piono do de­gu­sta­cji zgro­ma­dzo­nego pod po­kła­dem jachtu szam­pana. Za­bawa osią­gnęła szczyt w nocy z trze­ciego na czwarty dzień rejsu. Wła­ści­ciel jachtu, na ogół nie­na­du­ży­wa­jący al­ko­holu, tym ra­zem pił znacz­nie wię­cej niż zwy­kle, na­ma­wia­jąc do pi­cia rów­nież in­nych go­ści. W pew­nym mo­men­cie za­uwa­żył, że w świet­nie ba­wią­cym się to­wa­rzy­stwie nie ma Char­liego Cha­plina. Chwilę póź­niej znik­nęła mu z oczu rów­nież Ma­rion Da­vies. Są­dząc, że wy­szła na po­kład, ru­szył w ślad za nią. Tam jed­nak spo­tkał tylko spa­ce­ru­jącą sa­mot­nie Lo­uellę Par­sons.

– Nie wi­dzia­łaś gdzieś Ma­rion? – za­py­tał bar­dzo zde­ner­wo­wany.

– Ostat­nio wi­dzia­łam ją w ba­rze – od­parła dzien­ni­karka.

He­arst skie­ro­wał się ku scho­dom pro­wa­dzą­cym do baru, gdy na­gle usły­szał ja­kieś szmery na ru­fie. Ru­szył więc w tam­tym kie­runku i po kilku kro­kach uj­rzał roz­ne­gli­żo­waną Ma­rion Da­vies z in­nym męż­czy­zną w nie­dwu­znacz­nej sy­tu­acji. Wy­co­fał się po ci­chu i po­biegł do swej ka­biny po pi­sto­let. Ak­torka za­uwa­żyła go jed­nak i za­częła krzy­czeć, a jej to­wa­rzysz uciekł. Sły­sząc krzyki Ma­rion, z po­mocą po­śpie­szył jej Tho­mas Ince. Ob­jął ak­torkę, chcąc ją uspo­koić. Tym­cza­sem He­arst po­wró­cił z pi­sto­le­tem. Z po­wodu ciem­no­ści i gę­stej mgły błęd­nie zin­ter­pre­to­wał sy­tu­ację. My­śląc za­pewne, że ob­ści­sku­ją­cym jego na­rze­czoną jest Char­lie Cha­plin, na­ci­snął spust. Pro­du­cent we­ster­nów osu­nął się na zie­mię. Póź­niej wie­lo­krot­nie za­da­wano so­bie py­ta­nie, czy strzał ten rze­czy­wi­ście był re­zul­ta­tem po­myłki. Ince był czło­wie­kiem ni­skiego wzro­stu, o po­dob­nym kształ­cie głowy i ko­lo­rze wło­sów jak Cha­plin.

Upły­nęło sporo czasu, za­nim po­zo­stali, pi­jani w dym pa­sa­że­ro­wie „One­idy” do­wie­dzieli się, że w jed­nej z ka­bin leży nie­przy­tomny Ince. Dr Go­od­man po­in­for­mo­wał wszyst­kich, że re­ży­ser cierpi na ostrą nie­straw­ność, ale ni­komu nie po­zwo­lił do niego zaj­rzeć. Po przy­bi­ciu do portu w San Diego Ince’a wy­nie­siono na no­szach i prze­wie­ziono do ho­telu, gdzie zmarł po kilku go­dzi­nach. We­dług ofi­cjal­nej wer­sji, przy­czyną śmierci był atak serca na tle za­tru­cia pto­ma­iną albo gwał­tow­nej nie­straw­no­ści. Ta­kiej przy­naj­mniej tre­ści akt zgonu wy­sta­wił usłużny dr Go­od­man. Ciało spa­lono w wiel­kim po­śpie­chu w kre­ma­to­rium w Los An­ge­les.

„Król prasy” nie był skąpy. Dla swych go­ści z „One­idy” usta­lił bar­dzo wy­so­kie ceny za mil­cze­nie. Wszy­scy uczest­nicy wy­cieczki do­znali na­gle zbio­ro­wej amne­zji. Nikt ni­czego nie wi­dział, nie sły­szał i nie pa­mię­tał. Lo­uella Par­sons, która była przy­pusz­czal­nie je­dy­nym świad­kiem zaj­ścia, do­stała wspa­niały na­szyj­nik ze szma­rag­dów, dwie złote bran­so­lety i wielką broszkę w pla­ty­no­wej opra­wie – wszystko ra­zem war­to­ści po­nad stu ty­sięcy do­la­rów. Przede wszyst­kim zaś He­arst za­an­ga­żo­wał ją w jed­nej ze swo­ich ga­zet jako szefa działu Plotki z Hol­ly­wood, z pen­sją, która rzu­ciła na ko­lana całe dzien­ni­kar­skie śro­do­wi­sko. Od­wdzię­czała mu się po­tem nie­zwy­kle lo­jalną po­stawą przez bli­sko ćwierć wieku. Wszy­scy – za od­po­wied­nią opłatą – zgo­dzili się, że nie ma sensu pła­kać nad roz­la­nym mle­kiem. Usta­lono za­tem wspólną wer­sję wy­da­rzeń: Ince ni­gdy nie zna­lazł się na po­kła­dzie. Za­cho­ro­wał w dro­dze na jacht, za­wró­cił i zmarł wsku­tek ostrego ataku nie­straw­no­ści. Prasa He­ar­sta na­gło­śniła tę hi­sto­ryjkę, a po­twier­dził ją uprzejmy ko­ro­ner. Nie­utu­lo­nej w żalu wdo­wie He­arst za­tkał usta sumą mi­liona do­la­rów. Wiele lat póź­niej pani Ne­il­lie Ince na­wet na łożu śmierci nie za­brała głosu w spra­wie śmierci męża.

La­ko­niczne wzmianki, że Tho­mas Ince nie­do­maga na serce lub cierpi na za­pa­le­nie je­lit – bo róż­nie pi­sano – uka­zały się w ga­ze­tach do­piero trzy mie­siące po owym tra­gicz­nym zaj­ściu. Parę dni póź­niej po­dano do pu­blicz­nej wia­do­mo­ści, że „cza­ro­dziej we­sternu” zmarł na atak serca.

Wy­da­rze­nia, które ro­ze­grały się na jach­cie „One­ida”, stały się, oczy­wi­ście, przed­mio­tem wielu naj­roz­ma­it­szych plo­tek. Mó­wiono na przy­kład, że rana, którą od­niósł re­ży­ser, wcale nie była śmier­telna i że zmarł do­piero w wy­niku śmier­tel­nego za­strzyku wy­ko­na­nego przez dwóch we­zwa­nych przez He­ar­sta do po­mocy le­ka­rzy… Po­ja­wiła się rów­nież wer­sja, że He­arst wcale nie za­strze­lił Ince’a, tylko ten wy­pił za­wie­ra­ją­cego tru­ci­znę drinka, przy­go­to­wa­nego spe­cjal­nie dla Char­liego Cha­plina.

Plotki z cza­sem pew­nie by wy­ga­sły, gdyby nie ra­żące sprzecz­no­ści w ze­zna­niach za­in­te­re­so­wa­nych. Prasa He­ar­sta po­dała po­cząt­kowo jaw­nie kłam­liwą in­for­ma­cję, że Ince za­cho­ro­wał na swoim ran­czo. Ma­rion po­wie­działa, że na po­kła­dzie nie było żad­nej broni. Bio­graf He­ar­sta, John Teb­bel, po­daje, że He­arst miał pi­sto­let, żeby cza­sem ustrze­lić ja­kąś mewę.

Cha­plin do końca utrzy­my­wał, że w ogóle nie było go na jach­cie, a w swej au­to­bio­gra­fii – nie przej­mu­jąc się chro­no­lo­gią – na­pi­sał, że Ince żył jesz­cze przez trzy ty­go­dnie i że He­arst, Ma­rion i on sam zło­żyli mu wi­zytę. (Ist­nieje jed­nak fo­to­gra­fia Cha­plina pod­czas uro­czy­stej kre­ma­cji Ince’a, która od­była się 48 go­dzin po jego śmierci). Jedni utrzy­my­wali, że wi­dzieli, jak zno­szono ofiarę z jachtu z raną po­strza­łową w gło­wie, inni zaś twier­dzili, że wi­dać było krew, po­nie­waż Ince wy­mio­to­wał krwią wsku­tek per­fo­ra­cji wrzodu żo­łądka.

Wszyst­kie plotki, od któ­rych aż hu­czało w Hol­ly­wood, zmu­siły wresz­cie pro­ku­ra­tora okręgu San Diego, Chri­sto­phera C. Kem­pleya, do wsz­czę­cia śledz­twa, które szybko jed­nak zo­stało umo­rzone, po­nie­waż główny do­wód w po­staci zwłok ofiary zo­stał spa­lony, pro­chy zaś nie nada­wały się do prze­pro­wa­dze­nia sek­cji i stwier­dze­nia przy­czyny zgonu. W do­datku śmierć na­stą­piła prze­cież ofi­cjal­nie w Los An­ge­les, więc pro­ku­ra­tor z San Diego nie miał tu nic do po­wie­dze­nia. Na­to­miast pro­ku­ra­tura w Los An­ge­les cał­ko­wi­cie zi­gno­ro­wała plotki i nie wsz­częła żad­nego śledz­twa.

Ży­cie He­ar­sta za­in­spi­ro­wało 24-let­niego wów­czas re­ży­sera Or­sona Wel­lesa do na­krę­ce­nia gło­śnego filmu Oby­wa­tel Kane. Prasa za­chwy­ciła się ge­niu­szem fil­mowca, ale pi­sma He­ar­sta przed­sta­wiały film jako „bez­par­do­nowy i nie­od­po­wie­dzialny atak na wspa­nia­łego czło­wieka”. Sam bo­ha­ter pró­bo­wał wszel­kimi spo­so­bami za­blo­ko­wać dys­try­bu­cję filmu, wy­ku­pić ta­śmy, spa­lić ne­ga­tyw. Po­dobno wście­kłość ma­gnata wy­wo­łał nie spo­sób przed­sta­wie­nia jego sa­mego, lecz to, że film w złym świe­tle uka­zał uko­chaną Ma­rion.

Eks­tra­wa­gancki tryb ży­cia i wielki kry­zys osła­biły znacz­nie po­zy­cję He­ar­sta na rynku pra­so­wym i fi­nan­so­wym. W 1937 roku zo­stał zmu­szony do sprze­daży czę­ści swo­jej ko­lek­cji dzieł sztuki, a w 1940 stra­cił oso­bi­stą kon­trolę nad im­pe­rium te­le­ko­mu­ni­ka­cyj­nym, które zbu­do­wał. Ostat­nie lata ży­cia spę­dził w izo­la­cji. Zmarł w swej re­zy­den­cji w Be­verly Hills 14 sierp­nia 1951 roku, w wieku 88 lat.

Nie­długo po jego śmierci Ma­rion wy­szła za mąż, ale do końca ży­cia wspo­mi­nała z czu­ło­ścią ko­chanka, który za­pi­sał jej w te­sta­men­cie pięć mi­lio­nów do­la­rów. Prze­żyła go tylko o dzie­sięć lat, umie­ra­jąc na no­wo­twór ko­ści 22 wrze­śnia 1961 roku.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij