Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Należymy do siebie - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
4140 pkt
punktów Virtualo

Należymy do siebie - ebook

Czym jest seks dla organizacji mafijnych? Narzędziem kontroli i zniewolenia, piętnem, powodem do wstydu lub chwały?

Dwie królowe biznesu narkotykowego spotykają się w dusznym chilijskim więzieniu i zakochują się w sobie. Bezlitosny boss kamorry krąży po świecie w poszukiwaniu dziewczyny, która złamała mu serce. Okrutny kiler ‘ndranghety decyduje się na efektowne opuszczenie szeregów mafii i zamieszkanie ze swoim partnerem, czym wzbudza wściekłość szefów klanu.

Roberto Saviano kreśli zaskakujący, czasem romantyczny, czasem okrutny portret przestępczości zorganizowanej. Seks, miłość i zdrady tworzą i niszczą imperia, także te mafijne. W kolejnych rozdziałach poznajemy członków i współpracowników mafii po raz pierwszy uchwyconych in flagranti, w miłosnych i erotycznych relacjach, których konsekwencje sięgają dalej niż drzwi sypialni.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68543-68-1
Rozmiar pliku: 1 000 B

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Facet nazywa się Lou i pracuje w biurze rozliczeń, co daje do myślenia, gdyż nie wydaje się zbyt bystry, jeśli chodzi o liczenie pieniędzy. Przynajmniej nie własnych. Zostało mu sto dolarów, suma, którą w zasadzie trudno określić mianem niewielkiej, ale biorąc pod uwagę, ile się obstawia tego wieczoru, to zaledwie drobne. Przy stoliku zakłady są wysokie. To cotygodniowy poker z przyjaciółmi, którego Lou nie jest w stanie sobie odmówić, podobnie jak weekendowych rozdań w salach Atlantic City, gdzie hazard jest całkowicie legalny.

Wszyscy się domyślają, że Lou jest nałogowcem. A teraz będą mogli się przekonać, jak daleko sięga jego uzależnienie.

Partia zaczęła się dobrze, szczęście uśmiechało się do właściwej osoby, to znaczy do niego. Potem los się odwrócił i Lou zaczął przegrywać. Przegrał jedno rozdanie, drugie, a potem kolejne.

Od czasu do czasu jego zęby uderzają o siebie z klarownym kliknięciem, a paznokieć palca wskazującego staje się coraz krótszy. Niedługo nic z niego nie zostanie. Lou powinien chyba zmienić palec, ale paznokieć kciuka zniknął podczas poprzednich rozdań, razem z gotówką. Jasne, że mógłby teraz zacząć obgryzać środkowy paznokieć, ale nie chce, by koledzy się przyglądali, jak wkłada sobie do ust najdłuższy z palców. A ponieważ w drugiej ręce trzyma karty, nie pozostaje mu nic innego, jak zająć się serdecznym. Tak też robi, czym naraża się na śmieszność, bo wygląda, jakby imitował gest odbierania telefonu. Nie ma wątpliwości, że jest na wyczerpaniu. Jeden z uczestników rozgrywki, powodowany litością, wstaje i mówi:

– Ostatnie rozdanie, zgoda?

Pozostali tylko kiwają głowami. Wreszcie Lou z niechęcią przystaje na propozycję.

– Ostatnie rozdanie.

Gość siedzący naprzeciwko niego rozdaje karty. Lou sprawdza swoje bardzo powoli, tak jak lubi. Jako wytrawny gracz doskonale panuje nad uśmiechem, który ciśnie mu się na usta, i nad entuzjazmem w głosie.

– Czekam – mówi.

Ma trzy damy i dwa walety. Niezły ful. Boska opatrzność czuwa. Może uda mu się wrócić do domu z tą samą ilością pieniędzy, z jaką zasiadał do stołu. A może, jeśli któryś z graczy będzie na tyle nierozważny, by podbić stawkę, wygra nawet sporą sumkę. Lou rzuca na stół swoje ostatnie sto dolarów.

Jeden z pokerzystów od razu pasuje. Dwaj pozostali zachowują się jednak dość bezmyślnie. Ten, który sprzedaje używane samochody w Belleville w stanie New Jersey, mówi:

– Sprawdzam.

Nie jest bogaczem, ale niczego mu nie brakuje. Drugi natomiast musi być prawdziwym idiotą, bo podnosi stawkę o pięćset dolarów. To jeden z chłopców DeCavalcante. Przynależność do struktur mafijnych sprawia, że woda sodowa uderzyła mu do głowy i chce się mierzyć z lepszym od siebie. Jego problem. Kłopot jednak w tym, że Lou nie ma przy sobie pięciuset dolarów.

Z klanem DeCavalcante nie ma żartów. Lou dobrze o tym wie, bo czasami wykonuje dla nich drobne zlecenia: zajmuje się kontami bankowymi, udziela porad finansowych, pierze brudne pieniądze. Nic poza tym, w końcu wszyscy znają jego powiązania rodzinne. Ktoś, kto ma takich krewnych, nigdy nie zostanie człowiekiem honoru. Trudno.

Pozostali obserwują go uważnie, bo przypuszczają, że jest spłukany. Sprzedawca samochodów już dołożył swoją pięćsetkę. I co teraz? Zachowuj się rozsądnie, Lou – myślą – wracaj do domu, jutro też jest dzień, może się odkujesz. Tymczasem on nie ma zamiaru wycofać się właśnie teraz, gdy trzyma w ręku fula, tylko dlatego, że skończyło mu się paliwo.

Nie przestaje obgryzać paznokci. Wolałby tego uniknąć, bo wie, że to znak niepewności, ale nie może się powstrzymać. Musi się skoncentrować na czymś innym niż twarze tych dwóch szakali.

– Zdecyduj się, Lou. Nie mamy całej nocy do stracenia. Masz kasę czy nie? Jeśli nie – spoglądają znacząco jeden na drugiego – zakończymy tę partię we dwóch.

– Mam.

– To gdzie ją, kurwa, chowasz?

– Poczekaj chwilę.

– Nie mam zamiaru dłużej czekać, do kurwy nędzy – rzuca gość z klanu DeCavalcante. – Dwie minuty i inkasuję wygraną.

– Spokojnie – wtrąca się ten od samochodów – jakby co, to rozegramy to między sobą.

Przeciwnik wzrusza tylko ramionami.

Dwie minuty na wygrzebanie czegoś wartościowego z dna kufra. Lou wyjmuje palec z ust i sięga ręką do kieszeni spodni, by wyjąć portfel.

– Co chcesz tam znaleźć? Pasujesz i kończymy zabawę.

– Pierdol się – ucina Lou.

Otwiera skórzany portfel, zmięty i cienki niczym paznokieć dużego palca u nogi, i szuka czegoś we wnętrzu. Gość z klanu DeCavalcante uderza dłonią w stół, aż mebel się trzęsie. Potem prycha i potrząsa głową z dezaprobatą.

– Co chcesz postawić, kartę klienta z Wine & Spirits?

Lou nie odpowiada, otwiera portfel najszerzej, jak się da, i przeszukuje palcami kieszonki. Nagle wyraz jego twarzy się zmienia. Przyszedł mu do głowy pewien pomysł. Może jeszcze nie wszystko stracone. Może ma jeszcze asa w rękawie, którego zaraz rzuci na stół. A może, jak mówi ten typ, to tylko karta lojalnościowa ze sklepu monopolowego.

Gracze wymieniają między sobą zaskoczone spojrzenia. Czyżby znalazł jakiś grubszy banknot, a my się mylimy? – myślą. Nie, to niemożliwe. Gdyby miał kapitał, już dawno by pokazał. Lou jest krewki, z prawdziwą pasją potrafi się rujnować. Z pewnością nie ma gotówki. Dysponował tysiącem i spalił dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć. Zostało mu jednak coś, czego pożądają wszyscy siedzący przy stole mężczyźni. On dobrze o tym wie. Jego skarb. Ostatnim asem w rękawie jest zdjęcie żony. Wyjmuje je z portfela i rzuca na blat jak banknot studolarowy, ani mniej, ani więcej. Oto moja stawka. A teraz powiedzcie mi, czy jest się z czego śmiać.

Mężczyźni milkną. Wymieniają pełne wątpliwości spojrzenia. Chcą się upewnić, czy dobrze zrozumieli.

Zrozumieli doskonale. Przyglądają się trzymanym w dłoniach kartom. Skoro ten pechowiec zdecydował się zagrać o żonę, musi mieć pokera, kolor albo nawet pokera królewskiego. Ale to chyba niemożliwe. Gdyby tak było, od razu sięgnąłby po zdjęcie. Nie wahałby się tak długo i nie obgryzłby paznokci aż do krwi. Starał się zyskać na czasie, by wszystko przemyśleć, a kto musi kalkulować, ten nie znajduje się na szczycie, na pewno nie. A więc albo jest mistrzem blefu, albo… no cóż, albo znalazł się w czarnej dupie.

– No i jak? – Teraz to Lou ich ponagla, wiedzą, że zyskał chwilową przewagę. – Decydujecie się?

Cisza.

– Pasuje wam taki układ czy nie?

Mężczyźni jeszcze raz spoglądają na siebie, przekazując sobie zdjęcie, a wielkie, brudne paluchy zostawiają odciski na twarzy młodej kobiety. Obserwują ją uważnie, oceniają wartość w kategoriach oczekiwanej satysfakcji seksualnej. Sprzedawca samochodów wzdycha i kiwa głową na zgodę. Gość z klanu DeCavalcante robi ruch, jakby zamierzał odłożyć karty, ale po chwili unosi dłoń w górę.

– Pod warunkiem, że skorzystamy obaj. – Wskazuje siebie i faceta od używanych aut.

– Co? – Lou udaje, że nie rozumie. Nagle czuje ledwie uchwytne drgnienie, jakby mężczyźni trącali się kolanami pod stołem.

– Skorzystamy obaj – powtarza członek mafii.

Wyraźnie zamierza go upokorzyć. Wiadomo, jak się zabawiają chłopaki z klanu DeCavalcante, jakie mają kaprysy i jakie zachcianki zaspokajają w prywatnym zaciszu swoich lokali. Upokorzenie jest częścią gry, zarówno ze strony kobiet, jak i mężczyzn. Stanowi integralny element przyjemności seksualnej.

Na chłodno Lou z pewnością by odmówił. Zresztą, gdyby miał zimną głowę, już dawno wróciłby do domu. Tymczasem ciągle siedzi przy stoliku i owładnięty gorączką rewanżu, nad którą nie jest w stanie zapanować, rzucił właśnie na szalę godność swojej żony. Wmawia sobie, że przeciwnicy blefują. Próbują w ten sposób sprzątnąć mu wygraną sprzed nosa. Zrozumieli, że ich wykiwał, i chcą go zmusić, żeby się wycofał. Chuj im w dupę.

Lou rozkłada swoje trzy damy, potem zatrzymuje się na chwilę, budując napięcie, wreszcie dodaje dwa walety. Facet z Belleville wzdycha ponownie, tym razem głośniej. Sprawia wrażenie osoby w tarapatach.

– Przykro mi. – Wykłada królewskiego pokera.

Lou czuje silny ucisk w sercu.

– Mnie też, człowieku. – Gość z klanu DeCavalcante odsłania karty, ful z królów. Jego układ też jest mocniejszy.

Lou ma teraz poważny problem. A jego żona nawet dwa.

Już od dłuższego czasu leży w łóżku, gdy słyszy przekręcanie klucza w zamku. W jednej chwili znowu zasypia. Kiedy Lou wchodzi do sypialni, jego żona chrapie.

– Ej… – Dotyka jej ramienia, a ona odpowiada mruknięciem. – Ej… – Ponawia próbę, a kobieta mruczy głośniej, ale w końcu odwraca się do męża.

– Co się dzieje… – mamrocze. – Co…

Przez przymknięte powieki dostrzega za nim dwa cienie i zdaje sobie sprawę, że nie jest sam. Przeciera oczy, przestraszona siada na łóżku.

– Kochanie… – zaczyna mąż. – Ci dwaj…

Teraz kobieta obserwuje szeroko otwartymi oczami jednego z dwóch mężczyzn, którzy znajdują się w jej sypialni. Dostrzega pistolet wystający zza paska spodni.

– Co to ma znaczyć, Lou?

– Ja… – jąka się mąż. – Ja… przegrałem zakład.

Ona nic nie mówi. Już zrozumiała, co ma na myśli, mówiąc „zakład” – znowu przegrał w pokera. Ustalili, że będzie grał tylko w weekendy w Atlantic City, tylko tam, żadnych partyjek z p r z y j a c i ó ł m i. Oczywiście nie dotrzymał słowa.

– Czego oni chcą, Lou?

– Ciebie.

– Co?

– Jeśli nie pójdziesz z nimi do łóżka, to mnie zabiją.

Kobieta spogląda na obu mężczyzn, patrzy im w oczy. Sprzedawca samochodów waha się, spuszcza na chwilę wzrok, potem go podnosi, wytrzymując jej spojrzenie. Na twarzy drugiego faceta, tego z klanu DeCavalcante, nie widać żadnego zakłopotania. Przyszedł, by odebrać wygraną, a wiadomo, jak się traktuje długi karciane. Nie ma o czym gadać.

W sypialni zapada cisza. Nikt nic nie mówi. Nikt się nie odzywa. Żona Lou bardzo wolno, mechanicznie, ze sztuczną opieszałością odsuwa kołdrę.

Dwaj mężczyźni odbierają wygraną aż do rana. Wtedy wymięty i zamroczony Lou pada na łóżko i zasypia. Jego żona już nie zmruży oka. Nie zdoła zasnąć jeszcze przez wiele kolejnych nocy. Podczas gdy on jest pogrążony we śnie, kobieta wychodzi z domu, znajduje otwarty bar szybkiej obsługi i prosi o możliwość skorzystania z telefonu.

Sal Romano i Pino D’Aquana znają się od dziecka, kiedy biegali po ulicach Katanii za piłką. Ich rodziny utrzymują ze sobą kontakty od pięćdziesięciu lat. Obaj pochodzą z Sycylii i są emigrantami. Razem przyjechali do Stanów w latach sześćdziesiątych. Potem stracili się z oczu, bo każdy z nich ma własne życie. Albo raczej należałoby powiedzieć: każdy z nich wybrał inną drogę i dlatego kontakty się urwały. Pino jest grubą rybą w strukturach mafii włosko-amerykańskiej i mieszka w Nowym Jorku, natomiast Sal jest gliniarzem i pracuje w Newark w stanie New Jersey. W ciągu ostatnich dwudziestu lat mogliby się skontaktować, w końcu włoska diaspora jest bardzo hermetyczna i łatwo znaleźć konkretną osobę. Jednak nigdy wcześniej się nie szukali. I łatwo zrozumieć powody. Różnica poglądów. Jeśli pewnego dnia Sal skontaktuje się z Pinem, na pewno nie zrobi tego, by zaprosić go na kawę. I podobnie, jeśli pewnego dnia Pino wejdzie do biura Sala, prawdopodobnie będzie miał dłonie skute kajdankami.

Sal przyjechał do Stanów ze swoją siostrą, oboje są przyzwoitymi ludźmi. Dziewczyna wyszła za mąż za faceta imieniem Lou, który pracuje w biurze rachunkowym i nałogowo gra w pokera. Jest wczesny ranek, gdy w mieszkaniu Sala zaczyna dzwonić telefon. Mężczyzna odbiera, słyszy płacz i krzyki siostry. Prosi ją, by się uspokoiła i powiedziała, co się stało. Kobieta opowiada. Sal słucha, zgrzytając zębami. Kilka minut później próbuje się skontaktować z Pinem D’Aquaną. Oczywiście nie po to, by zaprosić go na kawę, lecz by mu zaoferować pięć tysięcy dolarów.

Sal przychodzi do restauracji Pina przed południem. Słońce stoi wysoko na niebie i Pino wbrew zwyczajowym zasadom ostrożności siedzi na zewnątrz przy jednym ze stolików. Wystawia rozanieloną twarz do słońca i pozwala mu się ogrzewać. Kiedy dostrzega Sala, wstaje, by go przywitać. Padają sobie w objęcia i ściskają się mocno, całują się dwa razy i klepią po plecach. Pino odsuwa krzesło i zaprasza przyjaciela, by usiadł, po czym poleca jednemu z kelnerów przyniesienie butelki wina i dwóch kieliszków. Nie obawia się, że ludzie zobaczą ich razem. Wprost przeciwnie, p o w i n n i ich razem widzieć. Pino D’Aquana nie rozmawia z glinami po kryjomu. Sal Romano jest w porządku, to stary przyjaciel z dawnych lat, nic więcej. Pewnie przyszedł pożyczyć pieniądze. Uczciwi gliniarze zarabiają grosze i zawsze potrzebują kasy, najzwyklejsza rzecz pod słońcem.

– Pamiętasz moją siostrę, nie? – pyta Sal.

Wyraz twarzy Pina się zmienia. Rozumie już, że dawny przyjaciel nie przyszedł po pieniądze, ale ciągle jeszcze nie domyśla się powodu tej wizyty.

– Oczywiście, że pamiętam! Jak się ma nasza mała, pozdrów ją ode mnie.

– Jasne, że pozdrowię. Problem w tym, że spotkało ją coś złego.

– To znaczy? Wiesz, że dobro twojej rodziny leży mi na sercu. Zrobiłbym dla was wszystko, wiesz o tym, prawda?

– Wiem i dziękuję. Dlatego chciałem z tobą porozmawiać. Moja siostra wyszła za mąż za takiego jednego gościa, to zwykły półgłówek, księgowy. I doszło do tego…

Opowiada mu wszystko w najdrobniejszych szczegółach, słowami, które usłyszał od siostry. Mówi nawet o umowie zawartej między siostrą i jej niedorobionym mężem, zgodnie z którą tamten miał grać w pokera tylko w weekendy w Atlantic City. Opowiada o wszystkich kłopotach, które jej sprawia mąż, o ogromnych sumach pieniędzy, które traci przy stolikach. Wreszcie opowiada o ostatniej nocy. O dwóch facetach, którzy gwałcili ją w jej własnym domu aż do rana, bo Lou poprosił, żeby się na to zgodziła. Sal mówi, ale kilka razy musi przerwać, by się napić, bo ręce mu się trzęsą, gubi wątek, zaciska szczęki.

Pino słucha w milczeniu do końca, potem spluwa na ziemię z pogardą.

– Tacy mężczyźni powinni wąchać kwiatki od spodu – mówi.

Sal wzdycha głęboko i kiwa głową. Zgadza się w zupełności. Właśnie dlatego przyszedł tu po dwudziestu latach milczenia. Pino o tym wie, zrozumiał wszystko w momencie, gdy Sal zaczął snuć swoją opowieść. Na razie nie może jednak powiedzieć nic więcej. Sal musi sprecyzować prośbę, aby mogli zawrzeć umowę. Patrzą na siebie przez jakiś czas, piją kolejny kieliszek wina. Cisza staje się krępująca. Sal czeka, aż Pino zaproponuje rozwiązanie, a Pino, aż Sal jednoznacznie wyrazi swoją prośbę. Milczące zmagania trwają wieczność. W końcu Sal podnosi wzrok, patrzy przyjacielowi w oczy.

– Pino, nasze rodziny znają się od zawsze, jesteś naszym przyjacielem i darzymy cię sympatią. Pomóż mi załatwić tę sprawę. Trzeba wyeliminować Lou, a nie znam nikogo innego, komu mogę zaufać. Pomożesz?

Pino marszczy czoło, rozważa sprawę, udaje, że się zastanawia. Wreszcie wyciąga rękę do przyjaciela, wymieniają mocny uścisk dłoni.

– Jasne, że ci pomogę. Przyrzekam na groby naszych rodziców, że wszystko załatwię. Nie rozmawiaj z nikim więcej o tej sprawie i nie wspominaj nikomu o naszym spotkaniu. Umówmy się, że nic o tym nie wiesz, OK? Zostaw wszystko w rękach rodziny D’Aquana. A teraz będzie lepiej, jak się pożegnamy.

Policjant pochyla się nad stołem, podnosi do ust dłoń Pina D’Aquany i całuje jego sygnet. Potem szybko wstaje. Ma wilgotne oczy, więc musi się spieszyć, jeśli nie chce, żeby taki twardziel jak Pino widział, że kumpel płacze jak dziewczyna.

– To prezent od rodziny Romano – mówi Sal, wyjmując z kieszeni kopertę zawierającą pięć tysięcy dolarów. Kładzie ją na stoliku. – W dowód wdzięczności.

– Kiedy nadejdzie odpowiedni moment, zadzwonię do ciebie – wyjaśnia Pino. – Podam ci czas i miejsce. Zostaw to mnie, przyjacielu.

Pino wraca do restauracji. Sal na komisariat.

To prawda, że Pino D’Aquana i Sal Romano są starymi przyjaciółmi. Nie można zaprzeczyć również, że ich rodziny znają się od zawsze. Ale mafioso nigdy nie przyjąłby takiego zlecenia bez przeprowadzenia uprzednio dokładnej kalkulacji. Dobrze wie, kim jest Lou, czym się zajmuje i jakie sekrety zna. I wie, że ten, kto się nie waha rzucić żony na pokerowy stół, może zrobić to samo z finansowymi tajemnicami rodziny, z księgami rachunkowymi, z kontami bankowymi. A teraz amerykańskie klany żyją w spokoju. Obowiązuje _pax_ pomiędzy poszczególnymi rodzinami, które starają się współpracować. Pino D’Aquana również współpracuje.

Po powrocie do restauracji otwiera ukryte za meblami drzwi i wchodzi do pomieszczenia pod schodami, gdzie ma prywatne biuro wyposażone w ogromne biurko z ciemnego drewna i skórzany fotel. Sięga po słuchawkę i wybiera numer Giuseppego Mirabilego z klanu Gambino. Wyjaśnia mu sytuację. Zlecenie jest źle płatne, pięć tysięcy za sprzątnięcie człowieka to prawdziwa nędza, ale akcja może przynieść korzyści rodzinie. W końcu chodzi o wyeliminowanie ryzyka. Mirabile się zgadza. Z pięciu tysięcy weźmie tysiąc za pośrednictwo, cztery dostanie kiler. Będzie nim pewien Luigi, który dobrze zna tajniki fachu i nigdy nie śmierdzi kasą. Wystarczą mu cztery tysiące.

Następnego dnia zabójca spotyka się z Giuseppem Mirabilem i z policjantem Salem Romanem w klubie należącym do mafiosa, mieszczącym się w budynku przy Osiemnastej Alei w dzielnicy Bensonhurst. Siadają w ciemnym kącie ukrytym przed oczami ciekawskich, aby Sal miał czas i warunki do przekazania niezbędnych szczegółów. Wyjaśnia więc, dlaczego zwrócił się do nowojorskiej mafii, pomimo że pracuje w New Jersey: po prostu nie chce, żeby lokalni mafiosi zażądali później od niego jakiejś przysługi. Poza tym, gdyby któryś z nich zaczął sypać, zrobiłby się niezły burdel. Tymczasem Pino D’Aquana… to przyjaciel z dawnych lat i Sal mu ufa. Nie obawia się zdrady. Wczoraj otworzył się przed nim, a teraz ponownie opowiada historię uzależnienia Lou od hazardu, aż do tego przeklętego wieczoru, gdy najpierw szwagier, a potem siostra stracili godność. Przekazuje wszystkie niezbędne informacje: podaje adresy, gdzie Lou mieszka z żoną oraz gdzie pracuje, markę samochodu, jakiego używa, i orientacyjne godziny wyznaczające rytm jego codziennych zajęć.

New Jersey to nie Nowy Jork i Luigi nie zna zbyt dobrze miasta. Musi kilkakrotnie osobiście udać się na miejsce i sprawdzić wszystkie informacje, by później nie być zaskoczonym. Lou mieszka w jednorodzinnej willi niedaleko Garden State Parkway, drogi prowadzącej do Atlantic City. Budynki są oddalone od siebie. Ulica jest spokojna i niezbyt ruchliwa, a rosnące po jej obu stronach drzewa i krzewy stanowią naturalną osłonę.

Pewnego ranka Luigi śledzi Lou aż do Newark, gdzie znajduje się biuro rachunkowe. Od razu zdaje sobie sprawę, że nie jest to odpowiednie miejsce na wykonanie zlecenia: zbyt ruchliwe, pełne gliniarzy i przypadkowych osób, załatwiających własne sprawy. Trzeba znaleźć inne rozwiązanie. W końcu w sprawę zamieszani są: Pino D’Aquana, Giuseppe Mirabile, rodzina Gambino, nie można więc pozwolić sobie na błędy. Plan polega na tym, by zastrzelić Lou przed willą wczesnym rankiem, ale ponieważ ulica jest mało uczęszczana, Luigi musi uważać, żeby nie pobudzić sąsiadów.

Okazja nadarza się o siódmej rano. Kiler zaczaił się przed domem Lou i czeka. Wreszcie ofiara wychodzi i zmierza prosto do samochodu. W rękach trzyma różne przedmioty, wśród nich wędkę. Nie zamierza iść do pracy, tylko na ryby. Doskonale. Luigi wysiada ze swojego auta i pochyliwszy się, posuwa się wolno aż do tylnego zderzaka. W międzyczasie Lou kręci się wokół własnego pojazdu, otwiera bagażnik i umieszcza w nim skrzynkę z akcesoriami wędkarskimi oraz wędkę.

To nie jest egzekucja w tradycyjnym stylu, kiedy kiler zachodzi ofiarę od tyłu i naciska spust. Nie. Luigi jest profesjonalistą. Nie chce, by sąsiedzi go zauważyli, więc trzyma się w znacznej odległości od celu.

Po drugiej stronie ulicy spokojnie opiera stopę na zderzaku auta i mierzy ze swojego pistoletu kaliber 9 milimetrów. Strzela. Trafia prosto w kark Lou.

Oddaje tylko jeden strzał.

Przez chwilę pozostaje na swoim miejscu – nie zbliża się do ciała. Chce się tylko przekonać, czy w ciągu kolejnych sekund Lou się poruszy. Ofiara jednak leży bez ruchu. Trafiony, zatopiony.

Luigi wsiada do samochodu, włącza silnik i rusza Garden State Parkway w stronę Atlantic City. Po drodze wyrzuca broń do jakiegoś kosza na śmieci.

Siedzę przy stole z Joem Pistonem, a on w pewnym momencie zaczyna mi opowiadać tę historię. Zawsze z uwagą słucham jego słów: któż lepiej niż Joe zna sposób myślenia amerykańskich gangsterów pochodzenia włoskiego? Przecież był jednym z nich, choć oczywiście pracował jako tajniak. Od tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego szóstego do tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego drugiego jako D o n n i e B r a s c o wkradł się w łaski mafijnych rodzin Bonanno i Colombo. Była to najdłuższa operacja agenta FBI pod przykrywką służąca rozpracowaniu nowojorskiej mafii. Znajdował się niemal o krok od zostania c z ł o w i e k i e m h o n o r u. Cieszył się całkowitym zaufaniem ojca chrzestnego i nawet wówczas, gdy został zdemaskowany, jego byli kompani nie mogli uwierzyć, że ich ulubiony Donnie jest w rzeczywistości gliniarzem. A przecież zgromadzone przez niego dowody umożliwiły skazanie dwustu osób.

Za jego głowę wyznaczono nagrodę w wysokości pół miliona dolarów. Za dopuszczenie go do struktur mafijnych został zamordowany Dominick Napolitano, pseudonim S o n n y B l a c k, szef jednej z grup w klanie Bonanno. Najpierw go postrzelili, a potem za karę, bo był nieostrożny, obcięli mu dłonie, a on mimo wszystko nie chciał przyjąć prawdy do wiadomości. Kiedy Sonny się dowiedział, że najdroższy Donnie jest gliniarzem, mógł przecież uciec albo przynajmniej prosić o wybaczenie, a on się zaparł. Nie dowierzając, cały w nerwach stanął przed starszyzną cosa nostry i upierał się, że to niemożliwe, że przecież razem jedli i spali, że Donnie nie może być gliniarzem. Koniec i kropka.

Tymczasem Donnie naprawdę był policjantem, tylko po prostu lepszym niż inni.

Sonny Black nie powinien ponieść odpowiedzialności za nieostrożność. Dla Donniego Brasco, czyli Joego Pistone’a, mafia włosko-amerykańska jest jak otwarta księga. Reguły, historia, mentalność. A nawet sposób poruszania się i wysławiania. Czerpie z kodeksu honorowego i repertuaru ról charakterystycznych dla mafiosów z wyjątkową łatwością i w mistrzowskim stylu. W czasie trwania tajnej operacji b y ł jednym z nich i basta. Był prawdziwym gangsterem, poza szczegółem w postaci legitymacji FBI, którą trzymał dobrze ukrytą w szufladzie w swoim biurze. Każdy dałby się nabrać.

Kiedy więc Donnie, czyli Joe, mówi, trzeba go uważnie słuchać, jego opowieści są bowiem niezwykle cenne.

Opowiada mi o tym człowieku uzależnionym od hazardu, o tym w połowie p o r z ą d n y m c h ł o p a k u, który nigdy oficjalnie nie należał do struktur mafijnych i gdy pewnego wieczoru nie miał już pieniędzy, by podbić stawkę, wyjął portfel i przeszukał kieszonki, by wyłuskać zdjęcie żony. Mówi mi, że żona rozmawiała ze swoim bratem, w wyniku czego mąż trafił do ziemi. Nie musi tłumaczyć mi powodów. Mogę się domyślić.

Może ktoś uzna zakończenie tej historii za całkiem sprawiedliwe. Kim bowiem był Lou, jeśli nie najpodlejszym tchórzem? Kto, jeśli nie on, zasługiwał na taki właśnie koniec? A więc, powiedzą niektórzy, należała mu się p r z y k ł a d n a k a r a. Jednak nie ma zbyt dużej różnicy między krzywdą, którą Lou wyrządził żonie, a wykonanym na nim wyrokiem śmierci. U podłoża obu decyzji leży ten sam sposób myślenia, ta sama logika rozumowania. I chociaż są one absurdalne, to jednocześnie niezwykle spójne. Jeśli jesteś w stanie sprzedać własną żonę, to nie cofniesz się również przed sprzedaniem swoich kompanów, szefa, całej rodziny i jej tajemnic bankowych. Przestajesz być godnym zaufania. Można powiedzieć, że znika wzajemna ufność pomiędzy pracodawcą i pracownikiem, a w takich przypadkach nie istnieje związek zawodowy czy sąd pracy, które mogłyby rozstrzygać spory. Pozostają tylko reguły mafii.

Oczywiście wcale nie chodzi tu o kobietę, o żonę, która jest traktowana w kategorii towaru i podobnie jak kluczyk do samochodu, zegarek czy banknot dwudziestodolarowy stawia się ją podczas partyjki pokera, w centrum uwagi pozostaje ciągle on – gangster, ojciec chrzestny, szef klanu. Lou nie został ukarany za to, że wyrządził krzywdę kobiecie, został ukarany za deklarację wiarołomstwa. Za to, że stał się potencjalnym zdrajcą. Przyparty do muru, bez skrupułów uległ żądaniom swoich wierzycieli, mówiąc: nie róbcie mi krzywdy, a dam wam klucze do mojego domu, pozwolę wam wejść do mojego domu, p o z w o l ę w a m w e j ś ć w m o j ą ż o n ę. Co mógłby zrobić, gdyby się znalazł naprzeciw policjanta dysponującego niezbitymi dowodami przeciw niemu? Co mógłby zrobić w obliczu szefa rywalizującego klanu, gdyby ten stanął przed nim z walizeczką pełną gotówki czy też propozycją kuszącej pracy, zapewnieniem wysokiego stanowiska w strukturach, obietnicą dotarcia na szczyty władzy w klanie?

Powód, dla którego zdecydowałem się rozpocząć tę książkę opowiadaniem o Lou, jest taki, że z jednej strony jego historia daje plastyczny obraz, wyraźne i jasne przesłanie, które pokazuje, j a k i e m i e j s c e z a j m u j ą p o s z c z e g ó l n i b o h a t e r o w i e na skali mafijnej wartości, z drugiej zaś dzięki pojedynczemu wątkowi szkicuje bogaty i szczegółowy rys, który ukazuje, w jaki sposób mafie traktują kwestie uczuć, miłości i seksu, aby ustanawiać granice władzy, sprawować kontrolę, decydować o następcach, umacniać nowe sojusze lub niszczyć te od dawna istniejące. W końcu przy pomocy seksu tworzono i rujnowano cesarstwa, więc naiwnością byłoby sądzić, że inaczej działa imperium mafii. Dla każdego, kto podobnie jak ja urodził się i wychował w świecie kultury zachodniej, jest jasne, że władze wojskowa i religijna oddziałują na relacje geopolityczne oraz że obie są bardzo silnie związane ze sferą seksualną i ogólnie z wszelkiego rodzaju relacjami uczuciowymi.

Nie bez powodu w kręgach mafijnych przychylnym okiem spogląda się na związki małżeńskie członków: mąż i żona są polem testowym dla klanu. Tak jak się zachowują we własnej rodzinie, tak też będą postępowali wobec dużej r o d z i n y wspólników w interesach (to znaczy, że dopuszczalna jest przemoc, ale nie zdrada). Mężczyzna, który ma rodzinę, może stać się łatwym celem szantażu, mężczyzna, który żyje w tradycyjnym związku, potwierdza w ten sposób swą niewątpliwą potencję, odsuwa od siebie podejrzenie o niebinarną orientację seksualną uważaną w środowiskach mafijnych za oznakę słabości, symbol u z a l e ż n i e n i a i ekscentryczności. Mężczyzna, który ma rodzinę, każdego dnia udowadnia, że jest w stanie dbać o swój interes, jeśli jak p r a w d z i w y f a c e t potrafi panować nad sytuacją, wzbudzać szacunek, zapewnić opiekę i zagwarantować nie tylko dobrobyt, ale i zadbać o przedłużenie rodu.

Rodzina stanowi więc wewnątrz organizacji kryminalnej instrument kontroli – w podwójnym sensie: manipulacyjnym i informacyjnym. Taką samą funkcję spełniają związek uczuciowy oraz seks. Dlaczego więc pozbawiać się tak potwornie skutecznego narzędzia, kiedy można je wykorzystać, zniewolić, oswoić i w konsekwencji jeszcze na nim zarobić? Dlatego też w kręgach mafijnych na każdym szczeblu i w każdym zakątku świata z powodu seksu zarówno kobiety, jak i mężczyźni są więzieni, mordowani, skazywani na banicję, kaleczeni albo wprost przeciwnie – awansowani, wynoszeni na piedestały, wielbieni.

Wilhelm Reich, jeden z najwybitniejszych myślicieli dwudziestego wieku, uczeń Freuda, pisał w _Psychologii mas wobec faszyzmu_: „Jeśli prześledzimy historię tłumienia popędu seksualnego zauważymy, że nie rozpoczęło się ono wraz z rozwojem kulturalnym, a więc nie jest przesłanką tego rozwoju, lecz zaczyna się kształtować relatywnie późno wraz z autorytarnym patriarchatem i początkiem podziału klasowego społeczeństwa”. Tłumienie popędu seksualnego, a więc jego kontrola, jest postrzegane jako narzędzie autorytaryzmu, czyli przesłanka do utrzymania sztywnych podziałów na klasy społeczne. Jako potwierdzenie i obrona istniejącego status quo. Reich pisze również: „Rodzina o charakterze autorytarnym jest głównym miejscem powielania mentalności konserwatywnej, fabryką reakcyjnej ideologii i reakcyjnych układów”. Natomiast w książce pt. _Rewolucja seksualna_ twierdzi, że: „Moralność wymuszona, wyrażająca się w obowiązkach małżeńskich i autorytarnej pozycji w rodzinie, jest po prostu moralnością tchórzy i impotentów niezdolnych do osiągnięcia za pomocą miłości tego, co próbują na próżno wymóc przy wykorzystaniu policji i prawa rodzinnego”. Rodzina autorytarna, patriarchat, tłumienie popędu seksualnego, zamykanie aktywności seksualnej w granicach tradycyjnej moralności często o charakterze bigoterii religijnej.

Organizacje autorytarne, do których bez wątpienia można zaliczyć mafie, dysponują więc bardzo silną bronią. Jest to wyjątkowa broń biologiczna. Najsilniejsza na świecie. Najskuteczniejsza i najbardziej destrukcyjna. Solidne, niekończące się powrozy splatają rzesze członków, by ich okiełznać, chłostać, łączyć lub dzielić. Kto trzyma te cugle mocno w garści, ten dysponuje boską władzą. I przeciwnie, kto pozwoli, aby wyślizgnęły mu się z rąk, traci kontrolę. Nad klanem, rodziną, nad samym sobą.

Należy zapomnieć o spontaniczności, o zabawie, o przyjemności, o namiętności. Przede wszystkim zaś należy zapomnieć o miłości, która niszczy skłonność do kontroli. Miłość to czysta entropia, bezład, chaos. To podmuch wiatru wpadający przez okno, po tym jak krupier uporządkował talię kart i przygotował plan mający na celu osiągnięcie jak największych zysków. Już znał wynik gry.

A miłość ma to wszystko gdzieś. Tasuje karty i robi, co jej się żywnie podoba, wkracza w życie jak powiew anarchii i wywraca wszystko do góry nogami.

Ten, kto staje się członkiem ’ndriny¹, szybko się uczy zamykać okna. Ten, kto się znajdzie w sieci, staje się bardzo ostrożny. Super boss ’ndranghety Pasquale Condello zwany n a j w y ż s z y m postanawia, że jego córka poślubi jednego z członków organizacji. To, że dziewczyna kocha innego, oczywiście nie ma najmniejszego znaczenia. Condello jest zdecydowany i kategoryczny: nie istnieje małżeństwo z miłości, taki związek to tylko idealistyczna spuścizna kultury mieszczańskiej, gdy tymczasem mafia, no cóż… mafia to arystokracja. Mafioso nie może się zakochać, przynajmniej nie we własnej żonie. Nie może sobie na to pozwolić. Mafioso nie może dopuścić, aby małżeństwo – instytucja tak ważna jako narzędzie sprawowania kontroli, zawierania sojuszy, trwania dynastii – podlegało nieprzewidywalnym odruchom serca. Płomienne listy pisane przez jego żonę Marię Morabito do członków organizacji z prośbami, aby przekonali n a j w y ż s z e g o, by pozostawił córce wolność wyboru męża, nie przyniosły spodziewanych rezultatów. Condello nie zgodził się na naruszenie zasad. Małżeństwo to sprawa głowy, nie serca. Decyzja zapadła. Jego córka poślubi mężczyznę, którego ojciec dla niej wybrał.

W sielankowym gaju pomarańczowym na Sycylii czy w jednym z bloków na osiedlu Scampia w Neapolu, na kwitnącym wybrzeżu Lacjum lub w jakimś baraku na peryferiach Mediolanu, w nowojorskim chaosie, z północy na południe i ze wschodu na zachód, od Italii po Amerykę, wzdłuż wszystkich równoleżników i południków kuli ziemskiej, w każdym najodleglejszym zakątku kryminalnego świata: z miłością nie ma żartów, a seks to również bardzo poważna sprawa.

Wiele osób, o których zamierzam wam opowiedzieć, przekonało się o tym na własnej skórze.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij