Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Należymy do siebie. Baleary #5 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 kwietnia 2026
39,90
3990 pkt
punktów Virtualo

Należymy do siebie. Baleary #5 - ebook

Jeśli nic nie idzie, jak powinno, pozostaje ci gra kartami otrzymanymi od losu. Usunięcie Anji z międzynarodowych rozgrywek miało rozwiązać problemy Patricka, ale nieoczekiwanie wstrząsa jego perfekcyjnie poukładanym światem. Zwłaszcza kiedy okazuje się, że nieopatrznie naraził na ryzyko nie tylko ją, ale i swoje nienarodzone dziecko. Kiedy lojalny doradca szefa mafii zostaje postrzelony, osłaniając ciężarną kobietę, staje się jasne, że czas na snucie planów właśnie się skończył. Na scenę wkraczają niespodziewani gracze, a Patrick musi zaryzykować: zaufać ludziom, którym ufać nie powinien, postawić wszystko na jedną kartę i podjąć najniebezpieczniejszą w swoim życiu grę. Stawką jest nie tylko zwycięstwo na Bliskim Wschodzie, ale też życie jego najbliższych. Jak daleko się posunie, by ich ochronić? Czy będzie w stanie odzyskać miłość charakternej Polki, której uczucia bezlitośnie podeptał? I czy w świecie, w którym zdrada czai się na każdym kroku, cel naprawdę uświęca środki?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397440852
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Anja

W ko­ńcu na miej­sce do­ta­rła ka­ret­ka, a ra­tow­ni­cy za­jęli się Ada­mem. Dło­nie mia­łam uma­za­ne krwią, któ­ra po­wo­li wy­sy­cha­ła na skó­rze. Wszyst­ko wy­da­wa­ło się ta­kie sur­re­ali­stycz­ne. Ob­ser­wo­wa­łam wy­da­rze­nia, ale w nich nie uczest­ni­czy­łam. Jak­bym sta­ła obok wła­sne­go cia­ła i pa­trzy­ła na wszyst­ko z boku. Mój wła­sny, nie­zwy­kle gło­śny od­dech oraz pul­so­wa­nie krwi w uszach sku­tecz­nie tłu­mi­ły dźwi­ęki. Uświa­do­mi­łam so­bie, że po po­licz­kach spły­wa­ją mi łzy, więc ota­rłam je nie­cier­pli­wie wierz­chem dło­ni.

Na­dal klęcza­łam na chod­ni­ku, wpa­tru­jąc się w spraw­nie pra­cu­jącą za­ło­gę ka­ret­ki.

Boże, i co ja mam te­raz niby zro­bić? Po­biec do So­fii? Za­dzwo­nić do Pa­tric­ka albo ko­goś z jego świ­ty? Jak się z nimi skon­tak­to­wać, sko­ro ni­g­dy nie na­uczy­łam się żad­ne­go nu­me­ru na pa­mi­ęć, a te­le­fon zo­sta­wi­łam na Ba­le­arach?

Po­li­cjan­ci usi­ło­wa­li się do­wie­dzieć, co się sta­ło. Roz­ma­wia­li z ga­pia­mi, zu­pe­łnie mnie igno­ru­jąc. Kie­dy Adam zo­stał umiesz­czo­ny na no­szach, pod­nio­słam się nie­zgrab­nie, przy­ci­ska­jąc do sie­bie uma­za­ne krwią reszt­ki blu­zy, któ­rą miał na so­bie, a któ­rą roz­ci­ęli i zdjęli z nie­go ra­tow­ni­cy. Wy­da­wa­ła się strasz­nie ci­ężka, ale nic dziw­ne­go, sko­ro w jed­nej kie­sze­ni zna­la­złam te­le­fon, a w dru­giej port­fel i klu­czy­ki do auta.

Go­to­wi do od­jaz­du ra­tow­ni­cy po­in­for­mo­wa­li mnie, że za­bie­ra­ją ran­ne­go do szpi­ta­la na Bursz­ty­no­wej. Do­pie­ro te­raz za­py­ta­li o jego imię i na­zwi­sko. Nie zo­sta­ło mi nic in­ne­go, niż si­ęgnąć do zna­le­zio­ne­go w kie­sze­ni port­fe­la. Pra­wo jaz­dy zo­sta­ło wy­sta­wio­ne na Ada­ma Stan­for­da. Bez sło­wa po­da­łam jed­ne­mu z me­dy­ków ka­wa­łek pla­sti­ku, a ten po chwi­li prze­ka­zał go po­li­cjan­to­wi. Ge­stem za­chęcił mnie do od­da­nia port­fe­la, z któ­re­go wy­jęłam pra­wo jaz­dy. W przy­pły­wie pa­ni­ki wrzu­ci­łam trzy­ma­ny w dło­ni te­le­fon do to­reb­ki, uda­jąc, że to mój, a klu­czy­ki do auta po­wie­si­łam na pal­cu. Cho­ciaż mężczy­zna nie zo­rien­to­wał się, co zro­bi­łam, moje ser­ce ga­lo­po­wa­ło tak moc­no, jak­by mia­ło wy­sko­czyć mi z pier­si. Dło­nie drża­ły nie­kon­tro­lo­wa­nie, po­kry­wa­jąca je krew pod­kre­śla­ła siat­kę li­nii pa­pi­lar­nych ry­su­jącą się te­raz wy­ra­źnie na ich we­wnętrz­nej stro­nie.

Ra­tow­nik rzu­cił mi ostat­nie spoj­rze­nie, wsko­czył do ka­ret­ki i za­trza­snął za sobą drzwi. Mia­łam ocho­tę po­biec za nim i po­pro­sić, żeby za­bra­li mnie ze sobą, ale za­trzy­mał mnie męski głos.

– Może mi pani po­świ­ęcić kil­ka mi­nut? – za­py­tał po­li­cjant w cy­wi­lu z po­wie­szo­ną na szyi od­zna­ką. – Ko­mi­sarz Dęb­ski – przed­sta­wił się.

– Nie ro­zu­miem… – Wpa­try­wa­łam się w nie­go zdez­o­rien­to­wa­na.

– Chcia­łbym pani za­dać kil­ka py­tań – wy­ja­śnił cier­pli­wie.

Za­la­ła mnie fala zim­ne­go potu. Co, je­śli po­wiem coś nie tak? Wspom­nę mi­mo­cho­dem o Pa­tric­ku i or­ga­ni­za­cji? Co mi wol­no po­wie­dzieć, a cze­go nie? Go­rącz­ko­wo pró­bo­wa­łam wy­grze­bać w pa­mi­ęci in­for­ma­cje wbi­ja­ne mi do gło­wy przez Aide­na i jego lu­dzi.

– Do­brze, ale chcia­ła­bym naj­pierw wró­cić do domu i po­wie­dzieć jego na­rze­czo­nej, co się sta­ło. Miesz­kam tu nie­da­le­ko. Nad kwia­ciar­nią – tłu­ma­czy­łam, wska­zu­jąc dło­nią od­po­wied­ni kie­ru­nek. – Jego na­rze­czo­na jest u mnie w domu… – Głos mi się za­ła­mał, gdy uświa­do­mi­łam so­bie, że się po­wta­rzam. – Mu­szę jej po­wie­dzieć… Ona na­wet jesz­cze nie wie, że on przy­le­ciał.

Umil­kłam, zdaw­szy so­bie spra­wę, jak nie­skład­nie brzmię. Zło­że­nie zda­nia w ca­ło­ść prze­ra­sta­ło obec­nie moje mo­żli­wo­ści.

– Po­wo­li! – Za­sto­po­wał mnie unie­sio­ną dło­nią. – Spo­koj­nie i po ko­lei. Kim dla pani jest pan Stan­ford?

– Fa­ce­tem przy­ja­ció­łki. Ko­le­gą… – urwa­łam i wzi­ęłam drżący od­dech.

– Skąd się zna­cie?

Pa­ni­ka za­czy­na­ła na­ra­stać, nie po­tra­fi­łam zna­le­źć w gło­wie pra­wi­dło­wej od­po­wie­dzi. Czy Adam nie mó­wił kie­dyś, że So­fia kła­ma­ła ro­dzi­com, że pra­cu­je w ho­te­lu?

– Pra­co­wa­łam za gra­ni­cą ra­zem z jego na­rze­czo­ną, ale nie­daw­no wró­ci­łam do kra­ju, bo… sko­ńczył mi się kon­trakt. Przy­je­cha­ła mnie od­wie­dzić. – Otwo­rzy­łam usta, żeby do­dać, że po­kłó­ci­ła się ze swo­im fa­ce­tem, ale czy to nie po­sta­wi­ło­by jej w złym świe­tle?

– A on?

– Przy­je­chał za nią.

– Kie­dy?

Ko­mi­sarz wpa­try­wał się we mnie in­ten­syw­nie, przez co de­ner­wo­wa­łam się jesz­cze bar­dziej. Wy­trzy­my­wa­łam wzrok fa­ce­tów z ma­fii, śmia­łam się w twarz eg­ze­ku­to­ro­wi, a nie da­wa­łam rady po­li­cjan­to­wi. Czy zrzu­ci to wszyst­ko na eks­tre­mal­nie stre­su­jącą sy­tu­ację, czy do­my­śli się, że ser­wu­ję mu pó­łpraw­dy?

– Dziś rano. Le­d­wo zdąży­łam się z nim przy­wi­tać. Przy­szli­śmy do pie­kar­ni, bo So­fia uwiel­bia świe­że pie­czy­wo… To mia­ła być nie­spo­dzian­ka.

Ob­jęłam się ra­mio­na­mi, jak­by zro­bi­ło się nie­zwy­kle zim­no.

– I co da­lej?

Za­mru­ga­łam kil­ka razy, wpa­tru­jąc się w nie­go bez sło­wa. Łzy znów na­pły­nęły mi do oczu, ści­snęło mnie w do­łku.

– Usły­sza­łam pisk opon. Zła­pał mnie w ra­mio­na i upa­dli­śmy na chod­nik…

Ko­lej­ne sło­wa nie chcia­ły prze­jść przez za­ci­śni­ęte gar­dło. Za­częłam nie­kon­tro­lo­wa­nie szlo­chać. Prze­pe­łnia­ły mnie roz­pacz i żal. Choć od kil­ku mi­nut trzy­ma­łam w dło­ni za­pla­mio­ną krwią blu­zę, do­pie­ro te­raz za­częła do mnie w pe­łni do­cie­rać po­wa­ga sy­tu­acji. Co będzie, je­śli Adam…? Nie po­tra­fi­łam, nie chcia­łam do­ko­ńczyć tego zda­nia.

– Niech się pani uspo­koi – po­ra­dził po­li­cjant, jak­by czy­tał mi w my­ślach. – Jesz­cze żył, kie­dy go za­bie­ra­li.

Nie­ste­ty wca­le mnie tym nie po­cie­szył. Sło­wo „jesz­cze” za­wi­sło w ci­szy, któ­ra za­pa­dła po­mi­ędzy nami. Chcia­łam, żeby ten po­ra­nek ni­g­dy się nie wy­da­rzył. Z pew­no­ścią nie cho­dzi­ło o mnie. Prze­cież Pa­trick mnie ode­słał! Jak za­baw­kę, któ­rą się znu­dził! Bar­dziej praw­do­po­dob­ne, że ce­lem za­ma­chu był Adam, cho­ćby z ra­cji zaj­mo­wa­ne­go sta­no­wi­ska. Cze­mu się na­ra­żał, przy­la­tu­jąc tu­taj?

Za­gu­bio­na i nie­pew­na, co da­lej, po­zwo­li­łam so­bie na chwi­lę sła­bo­ści i łzy. Jak po­wiem So­fii, że jej fa­cet zo­stał po­strze­lo­ny i być może z tego nie wyj­dzie? Po­ci­ąga­jąc nie­ele­ganc­ko no­sem, si­ęgnęłam do to­reb­ki po chu­s­tecz­ki.

– Prze­pra­szam, ja…

– W po­rząd­ku. – za­pew­nił ko­mi­sarz, a po­tem od­wró­cił się do ko­goś z tyłu. – Da­rek? – Pod­sze­dł do nas ko­lej­ny po­li­cjant ubra­ny po cy­wil­ne­mu. – Za­bio­rę pa­nią na ko­men­dę, a po dro­dze wstąpi­my po na­rze­czo­ną ofia­ry. Spi­sze­my wszyst­ko ofi­cjal­nie.

– Do­bra, ogar­nę tu sy­tu­ację, po­sta­ra­my się ze­brać jak naj­wi­ęcej ze­znań. To do­wód? – Wska­zał na za­krwa­wio­ny ma­te­riał w mo­ich rękach. Bez sło­wa od­da­łam blu­zę, któ­ra zo­sta­ła za­pa­ko­wa­na do pla­sti­ko­we­go wor­ka.

Na wi­dok za­schni­ętej na skó­rze mo­ich dło­ni krwi za­częło mnie mdlić. Czu­łam, jak bled­nę.

– W po­rząd­ku?

– Nie­do­brze mi – wy­szep­ta­łam.

– Głębo­kie od­de­chy – po­ra­dził. – Usi­ądzie pani na chwi­lę.

Po­pro­wa­dził mnie w kie­run­ku ra­dio­wo­zu. Wy­ra­źnie czu­łam spoj­rze­nia ga­piów, któ­rzy szep­ta­li coś mi­ędzy sobą. Jak­bym była głów­ną po­dej­rza­ną, a nie przy­pad­ko­wym świad­kiem ata­ku. Kie­dy otwo­rzo­no dla mnie drzwi z tyłu, po tłu­mie prze­pły­nęła ko­lej­na fala szep­tów. Już so­bie wy­obra­ża­łam te le­gen­dy miej­skie, któ­re będą za­pew­ne opo­wia­dać la­ta­mi.

– Za­bio­rę pa­nią do domu, a po­tem po­je­dzie­my na ko­men­dę – po­wie­dział po­li­cjant, jak­bym nie sły­sza­ła tego, co mó­wił wcze­śniej do ko­le­gi.

– Do­brze – zgo­dzi­łam się, wal­cząc z na­ra­sta­jącą falą mdło­ści.

Drzwi się za­trza­snęły, za­szu­miał sil­nik, a le­d­wie trzy mi­nu­ty pó­źniej by­li­śmy na miej­scu. Mężczy­zna po­mó­gł mi wy­si­ąść i bez sło­wa wsze­dł ze mną do blo­ku, a po­tem po scho­dach na dru­gie pi­ętro. Do­pie­ro te­raz coś do mnie do­ta­rło.

– Ona nie zna pol­skie­go – uprze­dzi­łam, wkła­da­jąc klucz do zam­ka.

– Będzie­my po­trze­bo­wać tłu­ma­cza?

– Po­cho­dzi z Czech, ale jej fa­cet z Hisz­pa­nii, więc ko­mu­ni­ku­ją się po an­giel­sku.

So­fia sie­dzia­ła na ka­na­pie w szla­fro­ku i z kub­kiem w dło­ni. Bu­rzę lo­ków zwi­ąza­ła na czub­ku gło­wy, więc wy­gląda­ła jak na­sto­lat­ka, a nie do­ro­sła ko­bie­ta.

– Hej! – za­częła ra­do­śnie. – Nie ro­bi­łam ci kawy, bo…

Jej oczy roz­sze­rzy­ły się z prze­ra­że­nia na wi­dok za­krwa­wio­nej ko­szul­ki i po­li­cjan­ta za mną.

– Zda­rzył się wy­pa­dek – po­wie­dzia­łam ci­cho.

– To two­ja krew? – wy­du­si­ła, od­sta­wia­jąc ku­bek na szaf­kę. – Coś nie tak z dziec­kiem? Po­trze­bu­je­my szpi­ta­la? Spe­cja­li­sty? – Te­raz już wy­ra­źnie pa­ni­ko­wa­ła. – Za­dzwo­nię do Ada­ma, co­kol­wiek się dzie­je, z pew­no­ścią nam po­mo­że.

Za­częła się roz­glądać za te­le­fo­nem, naj­wy­ra­źniej za­po­mniaw­szy, że ce­lo­wo po­rzu­ci­ła go w Pra­dze.

– Nie, krew nie jest moja.

Za­sty­gła w bez­ru­chu.

– Więc co się sta­ło?

Łzy znów na­pły­nęły mi do oczu, gar­dło za­ci­snęło się bo­le­śnie.

– Adam… – uda­ło mi się wy­szep­tać.

– Adam? – spy­ta­ła, marsz­cząc brwi.

Prze­łk­nęłam ci­ężko, ocie­ra­jąc łzy wierz­chem dło­ni.

– Adam przy­le­ciał dzi­siaj rano, po­sze­dł ze mną do pie­kar­ni i… – Zer­k­nęłam za sie­bie na po­li­cjan­ta. – Nie wiem, co się sta­ło. Usły­sza­łam pisk opon, a on po­ci­ągnął mnie na chod­nik. Ktoś go po­strze­lił – wy­du­si­łam z pła­czem. – Za­bra­ła go ka­ret­ka.

Mo­men­tal­nie zbla­dła, za­kry­wa­jąc dło­nią usta.

– So­fia… – Po­stąpi­łam krok w jej stro­nę.

Z prze­ra­że­niem po­pa­trzy­ła na moje uma­za­ne dło­nie.

– Czy on…?

– Nie! – za­prze­czy­łam z mocą, cho­ciaż tak na­praw­dę nie mo­głam być pew­na. – Jak go za­bie­ra­li, żył!

– Ale jego tu nie ma pra­wa być! To nie on!

Chy­ba jed­nak do niej nie do­cie­ra­ło, co się dzie­je. A już z pew­no­ścią nie wszyst­ko.

– Do kogo po­win­ny­śmy za­dzwo­nić? – spy­ta­łam ją ła­god­nie. – Do Pa­tric­ka? Do ko­goś in­ne­go?

Spoj­rza­ła na mnie z pa­ni­ką w oczach.

– Nie wiem. – Po­trząsnęła gło­wą. – Je­steś pew­na, że to Adam?

– Tak.

Opa­dła nie­zgrab­nie na sofę, ukry­wa­jąc twarz w dło­niach.

– Nie… Nie… – po­wta­rza­ła raz za ra­zem.

– Mo­że­my po­je­chać do szpi­ta­la? – spy­ta­łam po­li­cjan­ta, któ­ry prze­no­sił spoj­rze­nie mi­ędzy mną a So­fią.

– Naj­pierw musi pani zło­żyć ze­zna­nia.

– So­fia! – Zła­pa­łam ją za ręce, ku­ca­jąc przed nią. Wzdry­gnęła się, a jej wzrok po­wędro­wał do czer­wo­nych smug. – Po­słu­chaj, ko­cha­nie. – Wy­ci­ągnęłam z to­reb­ki te­le­fon Ada­ma, ale na­wet nie chcia­ła go do­tknąć. – Za­dzwoń do Pa­tric­ka – po­pro­si­łam. Pod­nios­ła gło­wę, ale spoj­rza­ła na mnie, jak­by mnie nie wi­dzia­ła. – Ka­ret­ka za­bra­ła Ada­ma do szpi­ta­la. On wci­ąż żyje. – Przy­naj­mniej żył, jak od­je­żdżał… – Mu­sisz we­zwać po­moc, So­fia. – Ła­god­nym to­nem usi­ło­wa­łam się prze­drzeć przez to pu­ste spoj­rze­nie piw­nych oczu.

Obej­rza­łam się na po­li­cjan­ta.

– Nie zo­sta­wię jej w ta­kim sta­nie sa­mej. – Roz­ło­ży­łam ręce, wska­zu­jąc na pła­czącą przy­ja­ció­łkę. – Po­win­na po­wia­do­mić jego ro­dzi­nę i przy­ja­ciół.

Fa­cet wes­tchnął zre­zy­gno­wa­ny.

– Nie może pani tego zro­bić sama?

_Wszyst­ko, kur­wa, za­je­bi­ście, ale nie znam PIN-u do tego te­le­fo­nu. So­fia pew­nie tak, ale na ra­zie nie mogę go z niej wy­ci­ągnąć._

– Nie znam nu­me­rów. Mia­łam za­pi­sa­ne w po­przed­nim te­le­fo­nie.

– Ja­sne.

Zo­sta­wi­łam So­fię samą i umy­łam dło­nie w zle­wie naj­le­piej, jak po­tra­fi­łam. Wy­ci­ągnęłam z sza­fy ciu­chy dla sie­bie i dla So­fii, bo prze­cież nie mo­gła po­je­chać ze mną na ko­mi­sa­riat w szla­fro­ku. Na szczęś­cie bez sło­wa za­częła się ubie­rać. Uma­za­ną ko­szul­kę wręczy­łam po­li­cjan­to­wi. Wy­da­wa­ło mi się, że ka­żda czyn­no­ść trwa nie­zwy­kle dłu­go, a my się strasz­nie grze­bie­my. W gło­wie wci­ąż ko­ła­ta­ła mi się myśl, że po­trze­bu­ję pil­nie skon­tak­to­wać się z Pa­tric­kiem. Na­gle olśni­ło mnie, jak to zro­bić.

– Mogę po­je­chać swo­im au­tem? – za­py­ta­łam.

Je­dy­ną od­po­wie­dź sta­no­wi­ło ski­ni­ęcie gło­wy.

Ze­szli­śmy na dół. Od­bez­pie­czy­łam pi­lo­tem sa­mo­chód Ada­ma, a brwi ko­mi­sa­rza pod­je­cha­ły do li­nii wło­sów na wi­dok war­te­go pół mi­lio­na czar­ne­go Ran­ge Ro­ve­ra. Po uru­cho­mie­niu sil­ni­ka te­le­fon za­cho­wał się do­kład­nie tak, jak ocze­ki­wa­łam: po­łączył się z au­tem, dzi­ęki cze­mu nie po­trze­bo­wa­łam nu­me­ru PIN. Wy­bra­łam z li­sty kon­tak­tów nu­mer, któ­ry mnie in­te­re­so­wał.

Moje ser­ce za­częło bić gwa­łtow­niej, czu­łam jego dud­nie­nie aż w uszach. Zro­bi­ło mi się nie­do­brze, ale nie mia­łam in­ne­go wy­bo­ru poza opa­no­wa­niem mdło­ści i jak naj­szyb­szym prze­ka­za­niem fak­tów. Wnętrze sa­mo­cho­du wy­pe­łnił wy­ra­źnie po­iry­to­wa­ny głos Pa­tric­ka. Mó­wił coś szyb­ko po por­tu­gal­sku, ale nie ro­zu­mia­łam ani sło­wa. Zerk­nęłam w bok z na­dzie­ją, że So­fia mi po­mo­że, ale ona tyl­ko mil­cząco wpa­try­wa­ła się w coś za szy­bą.

– Pa­trick – prze­rwa­łam mu sła­bo, sta­ra­jąc się uwa­żać na dro­gę.

– Anja? Skąd masz te­le­fon Ada­ma?

Zła­pa­łam gwa­łtow­nie od­dech na te obo­jęt­ne sło­wa. Ale cze­go ja się spo­dzie­wa­łam? Słod­kie­go wy­zna­nia: „Stęsk­ni­łem się” albo cho­ciaż: „Do­brze cię sły­szeć”? Dur­na ja. Łzy spły­nęły mi po po­licz­kach.

– Adam zo­stał po­strze­lo­ny.

Na re­ak­cję nie mu­sia­łam cze­kać dłu­go.

– Gdzie?

– W Pol­sce. W War­sza­wie. So­fia przy­le­cia­ła do mnie parę dni temu.

Usły­sza­łam, jak wy­da­je ko­muś po­le­ce­nia. Sło­wa do­cie­ra­ły do mnie przy­tłu­mio­ne, więc wie­dzia­łam, że są skie­ro­wa­ne do ko­goś in­ne­go. Cze­ka­łam cier­pli­wie, ale ko­ńczył mi się czas. Prze­jazd spod mo­je­go blo­ku do ko­men­dy zaj­mo­wał rap­tem pięć mi­nut.

– Za­bra­li go do szpi­ta­la na Bursz­ty­no­wą. – Skręci­łam w uli­cę, na któ­rej znaj­do­wał się po­ste­ru­nek po­li­cji. Zda­wa­łam so­bie spra­wę, jak płacz­li­wie brzmia­łam, ale nie po­tra­fi­łam opa­no­wać bu­zu­jących we mnie emo­cji. Na­wet je­śli się znu­dził, je­śli nic do mnie już nie czuł, na­dal ja­wił mi się jako bez­piecz­na przy­stań. Idio­tycz­ne, ale praw­dzi­we. – Wy­ślę ci szcze­gó­ły, jak tyl­ko So­fia poda mi PIN do jego te­le­fo­nu albo jak tyl­ko po­li­cjan­ci mnie wy­pusz­czą.

Za­trzy­ma­łam się za au­tem ko­mi­sa­rza Dęb­skie­go.

– Cze­mu po­li­cja mia­ła­by cię prze­trzy­my­wać?

– By­łam tam, gdy… to się zda­rzy­ło. Adam za­sło­nił mnie swo­im cia­łem. – Głos mi się ła­mał. Po­li­cjant pod­sze­dł, żeby otwo­rzyć mi drzwi. – Mu­szę ko­ńczyć.

Roz­łączy­łam się, od­pi­na­jąc jed­no­cze­śnie pasy. So­fia wy­sia­dła ra­zem ze mną, ale na­dal była w szo­ku. Naj­pierw dość dłu­go sie­dzia­ły­śmy na ko­ry­ta­rzu, cze­ka­jąc, aż ktoś się nami zaj­mie. Na­stęp­nie za­pro­szo­no nas do nie­wiel­kie­go po­ko­ju, gdzie ko­mi­sarz Dęb­ski, po dość dłu­gim po­ucze­niu, co mi gro­zi za skła­da­nie fa­łszy­wych ze­znań, za­pro­po­no­wał nam wodę i za­dał pierw­sze py­ta­nie.

_Czy ten fa­cet zda­wał so­bie spra­wę, że od po­nad roku moje ży­cie to jed­no wiel­kie kłam­stwo?_

Ko­mi­sarz wy­py­ty­wał mnie przez ja­kiś czas, zmu­sza­jąc w kó­łko do po­wta­rza­nia ca­łej opo­wie­ści od po­cząt­ku, aż w ko­ńcu stwier­dził, że zro­bi­my prze­rwę. Sie­dzia­ły­śmy po­tem z go­dzi­nę na ko­ry­ta­rzu, cze­ka­jąc, aż prze­słu­cha nas na­stęp­na oso­ba, a po­tem jesz­cze jed­na. Nie mia­łam po­jęcia, dla­cze­go tak dłu­go to trwa­ło.

Li­czy­łam, że tego bied­ne­go czło­wie­ka, któ­ry włączył się w udzie­la­nie pierw­szej po­mo­cy Ada­mo­wi, nie po­trak­to­wa­li w ten sam spo­sób. Je­śli ma to pro­wa­dzić do ta­kie­go trak­to­wa­nia, na jego miej­scu za­sta­no­wi­ła­bym się po­tem parę razy, za­nim bym ko­muś po­mo­gła…

Kie­dy po raz ko­lej­ny spoj­rza­łam z na­dzie­ją na idące­go w na­szą stro­nę funk­cjo­na­riu­sza z tecz­ką w dło­ni, wy­mam­ro­tał pod no­sem: „Za chwi­lę”, a mnie opa­dły ra­mio­na. Ile może trwać chwi­la? O tyle do­brze, że da­wa­li dar­mo­wą kawę, a pi­ętro ni­żej przy we­jściu stał au­to­mat z prze­kąska­mi. Nie czu­łam gło­du, zbie­ra­ło mi się na wy­mio­ty, bo ze zde­ner­wo­wa­nia żo­łądek za­ci­snął mi się w kul­kę. Wci­ąż sły­sza­łam w gło­wie ten upior­ny, po­wta­rza­jący się trzy razy dźwi­ęk. Jak strze­la­nie z fo­lii bąbel­ko­wej.

Kil­ka­krot­nie czu­łam wi­bra­cje te­le­fo­nu, ale ba­łam się go wy­ci­ągnąć i ode­brać po­łącze­nie. Su­che, nie­mal wro­gie sło­wa Pa­tric­ka na­dal spra­wia­ły mi ból. Obiek­tyw­nie oce­nia­jąc sy­tu­ację, do­szłam do wnio­sku, że po­ja­wi się w Pol­sce w kil­ka go­dzin. W ko­ńcu po­strze­lo­no jego pra­wą rękę. Sta­wie­nie mu czo­ła wy­da­wa­ło się nie­mo­żli­wo­ścią, kie­dy ukry­wa­łam przed nim ci­ążę.

Trzy­ma­łam za rękę So­fię, ści­ska­jąc ją co ja­kiś czas, żeby do­dać jej otu­chy. Pa­ro­krot­nie usi­ło­wa­łam się do­dzwo­nić do szpi­ta­la, żeby uzy­skać ja­kieś in­for­ma­cje, ale prze­łącza­no mnie w nie­sko­ńczo­no­ść, by na ko­ńcu prze­rwać po­łącze­nie. Po­pro­si­łam ko­lej­ne­go po­li­cjan­ta o po­moc, jed­nak zbył mnie sło­wa­mi, że wszyst­kie­go się do­wiem, jak po­ja­dę do szpi­ta­la.Patrick

Głos Anji w słu­chaw­ce na­praw­dę mnie zszo­ko­wał. Słod­ki tembr przy­wo­łał wspo­mnie­nia tego, jak pach­nia­ła, a nie to po­win­no sta­no­wić prio­ry­tet w tej chwi­li. Adam zo­stał po­strze­lo­ny w Pol­sce, a ona znaj­do­wa­ła się na ko­mi­sa­ria­cie! Po­trze­bo­wa­łem in­for­ma­cji i przy­słu­gi. Tyl­ko jed­na oso­ba po­tra­fi­ła za­pew­nić to wszyst­ko bez zbęd­nych ce­re­gie­li. Wy­bra­łem nu­mer za­raz po tym, jak się roz­łączy­ła.

– Po­trze­bu­ję kil­ku lu­dzi w Pol­sce i do­bre­go praw­ni­ka.

Coś w moim gło­sie mu­sia­ło go prze­ko­nać, że dzi­siaj od­kła­da­my na bok uprzej­mo­ści i od razu prze­cho­dzi­my do kon­kret­ne­go dzia­ła­nia.

– Ilu?

– Zbie­ram swo­ich naj­bli­ższych, ale po­trze­bu­ję do­dat­ko­we­go wspar­cia i kil­ku rze­czy na miej­scu. – Wy­li­czy­łem szcze­gó­ło­wo, żeby na ko­niec do­dać: – Do tego przy­naj­mniej czte­ry do­brze wy­po­sa­żo­ne, bez­piecz­ne sa­mo­cho­dy z na­try­sko­wym szkłem pal­la­do­wym albo osta­tecz­nie z Alo­nem.

– Jak szyb­ko?

– Na wczo­raj – przy­zna­łem nie­cier­pli­wie.

– Spo­dzie­wa­łem się, że otrzy­mam ten te­le­fon co naj­mniej dobę temu, więc co nie­co mam już przy­szy­ko­wa­ne – przy­znał spo­koj­nie Ni­ko­lay. Opa­no­wa­ło mnie nie­mi­łe uczu­cie, że coś mi wła­śnie umknęło. – Wy­sła­łem ci wczo­raj in­for­ma­cję, że To­bias i Gre­ta mają nowe zle­ce­nie. Od He­le­ny.

_Już to wie­dzia­łem!_

– Na Anję – stwier­dzi­łem oczy­wi­ste. – Nie spo­dzie­wa­łem się, że za­czną dzia­łać tak szyb­ko! Cho­dzą słu­chy, że Gre­ta za­wsze robi dłu­gi re­ko­ne­sans.

– Po­my­li­łeś się w ob­li­cze­niach, i To­bias, i Gre­ta są w Pol­sce. Co gor­sza, wa­sze ukry­wa­nie Anji jest o kant dupy po­tłuc.

Aiden dał mi znak, że sa­mo­chód już pod­sta­wio­ny, jed­nak cze­ka­ła nas go­dzin­na dro­ga na lot­ni­sko. Nie­ste­ty Flo­ren­cja nie była naj­przy­ja­źniej­szym mia­stem, je­śli cho­dzi o ruch ulicz­ny, a nie chcie­li­śmy zwra­cać na sie­bie uwa­gi.

– Te­raz już to wiem. Sęk w tym, że czy­stym przy­pad­kiem na dro­dze sta­nął im Adam, za­sła­nia­jąc ją swo­im cia­łem.

– Adam? – spy­tał z wy­ra­źnym za­sko­cze­niem.

– Tak. Po­wiedz­my, że to dłu­ga hi­sto­ria o tym, ja­kim wrzo­dem na du­pie jest two­ja szwa­gier­ka!

Otwo­rzy­łem drzwi do Te­sli X. Wsia­dłem z tyłu, zo­sta­wia­jąc Mar­co­wi miej­sce z przo­du.

– To ro­dzin­ne – przy­znał sar­do­nicz­nie.

Aiden ru­szył z par­kin­gu pod la­bo­ra­to­rium.

– Szczęście w nie­szczęściu, że Adam tam po­le­ciał. Jesz­cze ja­kieś re­we­la­cje cho­wasz w ręka­wie?

– Mój czło­wiek do­wie­dział się, że He­le­na zło­ży­ła zle­ce­nie To­bia­so­wi tego sa­me­go dnia, gdy wy­je­ba­łeś ją z wy­spy na przy­jęciu dla Fer­ra.

_Pier­do­lo­na He­le­na Ra­mi­rez!_

– Więc skąd opó­źnie­nie? Czy­żby Ede­no­wie umie­ści­li ją w ko­lej­ce?

– Nie, to He­le­na za­żąda­ła dzie­si­ęcio­ty­go­dnio­we­go od­ro­cze­nia.

– Że­bym się nie zo­rien­to­wał. – Bar­dziej jed­nak in­te­re­so­wa­ła mnie inna kwe­stia. – Skąd to wszyst­ko wiesz?

– Mam kre­ta w jej ha­re­mie – przy­znał bez ogró­dek. – Wiem na­wet, że He­le­na za­mor­do­wa­ła jed­ną ze swo­ich za­ba­wek w trak­cie lotu do domu po fe­ral­nym przy­jęciu.

Za­ci­snąłem gniew­nie szczękę.

– I nie ra­czy­łeś mnie po­in­for­mo­wać?

– A py­ta­łeś? – Skur­wiel za­śmiał się iro­nicz­nie. – Wy­lu­zuj, ni­cze­go nie ukry­wam. Nie je­stem Car­lot­tą.

_Nie po­trze­bo­wa­łem, żeby pod­sy­cał moje wkur­wie­nie!_

– Za­bie­ram Anję na Ba­le­ary, jak tyl­ko ogar­nę ten pier­dol­nik.

– Wy­sła­łem ci kon­takt do czło­wie­ka w Pol­sce. Będą cze­kać na lot­ni­sku ze wszyst­kim, cze­go po­trze­bu­jesz. Co tam ro­bił Adam?

– Oświad­czył się znów So­fii…

– A ona ucie­kła – do­ko­ńczył za mnie Ni­ko­lay.

– Nie ina­czej!

– Ka­żdy z nas ma swo­ją tru­ci­znę.

Na po­czątek za­żąda­łem od kon­tak­tu w Pol­sce in­for­ma­cji, w ja­kim sta­nie jest Adam i jak szyb­ko wy­ślą ko­goś do jego ochro­ny. Ko­lej­nym punk­tem na li­ście była Anja i to, gdzie się obec­nie znaj­do­wa­ła. Jak naj­szyb­ciej po­win­ni ją na­mie­rzyć i wy­słać do niej praw­ni­ka z ochro­nia­rza­mi, a na­stęp­nie ją za­bez­pie­czyć i ode­skor­to­wać w moje ręce, jak tyl­ko wy­lądu­ję. Za­nim wsia­dłem do sa­mo­lo­tu we Flo­ren­cji, mia­łem już jako ta­kie wy­obra­że­nie, co się sta­ło. I to­tal­nie mi się to nie po­do­ba­ło.

Spie­przy­łem spra­wę, za­kła­da­jąc, że wiem, jak dzia­ła To­bias Eden. Za­sko­czył mnie odło­że­niem zle­ce­nia w cza­sie, kie­dy ja my­śla­łem, że się go jed­nak nie pod­jął.

– Złóż kontr­ofer­tę do zle­ce­nia na Anję, Aiden.

– Razy dwa?

– Co naj­mniej. – Mar­co rzu­cił mi wy­mow­ne spoj­rze­nie przez ra­mię. – Chcesz coś po­wie­dzieć? – wark­nąłem do nie­go, szu­ka­jąc za­czep­ki.

– Nie lu­bię się po­wta­rzać – od­pa­rł zim­no.

W gro­bo­wych na­stro­jach wsie­dli­śmy do pry­wat­ne­go sa­mo­lo­tu i wy­le­cie­li­śmy do Pol­ski. Moja smo­czy­ca po­trze­bo­wa­ła na­tych­mia­sto­wej po­mo­cy i ochro­ny. Oby tyl­ko nie chcia­ła od­gry­źć mi gło­wy.

Trzy go­dzi­ny na ob­my­śle­nie stra­te­gii oka­za­ło się zde­cy­do­wa­nie za krót­kim cza­sem. Zwłasz­cza że nie mia­łem żad­nych do­brych po­my­słów. Nie mo­głem za­py­tać o zda­nie Mar­ca. Był na mnie zbyt wkur­wio­ny. Od razu usa­dzi­łby mnie tek­stem, że sam na­wa­rzy­łem so­bie piwa, więc po­wi­nie­nem je wy­pić do ostat­niej kro­pli. Adam le­żał w szpi­ta­lu, a Aiden miał zero-je­dyn­ko­wy mózg.

Zni­kąd po­mo­cy!Patrick

Re­la­cja Anji z Da­mia­nem nie da­wa­ła mi spo­ko­ju. Na­sko­czy­ła na nie­go w spo­sób su­ge­ru­jący, że są w bli­skich re­la­cjach. W tej kwe­stii ra­por­ty de­tek­ty­wa oka­za­ły się nie­mia­ro­daj­ne. Nie da­wa­ły wglądu w to, co się dzia­ło za za­mkni­ęty­mi drzwia­mi jej biu­ra czy miesz­ka­nia. Mu­sia­łem wie­dzieć, co ta­kie­go się zda­rzy­ło w ci­ągu tych ostat­nich nie­mal czte­rech mie­si­ęcy, że Anja po­zwo­li­ła so­bie na zło­śli­wo­ści, bo zwy­kle ra­czy­ła nimi tyl­ko tych, w któ­rych to­wa­rzy­stwie do­brze i bez­piecz­nie się czu­ła. To wte­dy po­ka­zy­wa­ła swo­je in­try­gu­jąco sar­ka­stycz­ne ob­li­cze, przez któ­re tak mnie do niej ci­ągnęło. Co spra­wi­ło, że moja in­tro­wer­tycz­ka otwo­rzy­ła się przed Da­mia­nem?

I niech to, kur­wa, będzie przy­ja­źń!

Je­śli ist­nie­je mi­ło­ść od pierw­sze­go wej­rze­nia, ist­nie­je też nie­na­wi­ść od pierw­szej se­kun­dy. Jego aro­ganc­ka po­sta­wa nie­sa­mo­wi­cie mnie wku­rza­ła już od mo­men­tu, kie­dy przy­wi­tał nas na lot­ni­sku. Jak dla mnie wy­sy­łał złe wi­bra­cje, cho­ciaż Mar­co za­śmiał się pod no­sem, twier­dząc, że po pro­stu tra­fił mi się kon­ku­rent, któ­ry ma szan­sę ze mną wy­grać w po­je­dyn­ku o Anję. W ko­ńcu ko­leś koił jej zła­ma­ne ser­dusz­ko od mie­si­ęcy, spędza­jąc z nią o wie­le wi­ęcej cza­su, niż ja kie­dy­kol­wiek mo­głem. Kie­dy mój eg­ze­ku­tor okra­sił to wred­nym tek­stem, że ra­mię do wy­pła­ka­nia to ku­tas do uje­żdża­nia, pra­wie się za­go­to­wa­łem.

Nie­na­wi­dzi­łem tego pie­przo­ne­go po­lacz­ka z ca­łe­go ser­ca i od­je­ba­łbym go z miej­sca, gdy­bym mógł so­bie na to po­zwo­lić. Nie­ste­ty nie mo­głem, a pa­ląca za­zdro­ść spra­wia­ła, że moja we­wnętrz­na be­stia do­ma­ga­ła się bru­tal­ne­go udo­wod­nie­nia, że Anja na­le­ża­ła, na­le­ży i będzie na­le­żeć tyl­ko i wy­łącz­nie do mnie! Na­wet je­śli ona sama za­mie­rza­ła mnie prze­ci­ągnąć przez dłu­gą i wy­bo­istą ście­żkę od­ku­pie­nia win. Trud­no było od­mó­wić jej ra­cji. Zro­bi­łem, co zro­bi­łem, a te­raz przy­sze­dł czas po­nie­ść kon­se­kwen­cje. Zna­jąc tego zło­śli­we­go ru­dziel­ca, wie­dzia­łem, że nie będzie ła­two.

Doj­mu­jącą po­trze­bę po­ka­za­nia świa­tu, że jest moja, pod­sy­cał fakt, że była w ci­ąży. Z moim dziec­kiem. Co praw­da nie tak wy­obra­ża­łem so­bie ten mo­ment, je­śli kie­dy­kol­wiek mia­łby na­stąpić, ale przy­pa­rłem Anję do muru, więc nie po­zo­sta­ło jej nic in­ne­go, niż wy­zna­nie praw­dy na szpi­tal­nym ko­ry­ta­rzu. Przez jed­ną krót­ką chwi­lę po­my­śla­łem, że to nie ja by­łem oj­cem, a Da­mian. Gdy za­su­ge­ro­wa­ła coś ta­kie­go w au­cie, na se­rio się prze­stra­szy­łem. Zna­czy­ło­by to, że nie tyl­ko od­da­ła cia­ło in­ne­mu fa­ce­to­wi, ale że prze­sta­ła mnie ko­chać i po­zwo­li­ła mu ule­czyć swo­je ser­ce oraz du­szę.

Kie­dy Mar­co do­lał oli­wy do ognia i za­kpił, że Anja i Da­mian by­li­by pi­ęk­ną parą i mo­gli­by się do­ro­bić ślicz­nych dzie­ci, a po­tem zi­gno­ro­wał moje wście­kłe spoj­rze­nie i lek­ce­wa­żąco od­wró­cił się do mnie ple­ca­mi, kro­pla prze­la­ła cza­rę fu­rii. Mu­sia­łem mu przy­po­mnieć si­ło­wo, kto tu był sze­fem. Da­rius sta­nął mi­ędzy nami, sto­pu­jąc moje mor­der­cze za­pędy, a Aiden na­tych­miast za­czął szpe­rać w da­nych me­dycz­nych, żeby dwie go­dzi­ny pó­źniej oznaj­mić mi, że czas trwa­nia ci­ąży ja­sno wska­zu­je, kto jest oj­cem. Ode­tchnąłem z sa­tys­fak­cją.

Będzie­my mie­li dziec­ko!

Tego się nie spo­dzie­wa­łem, ale w ży­ciu się tak nie cie­szy­łem.

Pa­trzy­łem, jak Anja słod­ko po­sa­pu­je pod­czas snu, i z dumą po­gła­dzi­łem le­d­wo da­jący się za­uwa­żyć brzu­szek. Stra­ci­ła na wa­dze, ale jej pier­si zda­wa­ły się wi­ęk­sze i pe­łniej­sze. Nie wąt­pi­łem, że o sie­bie dba­ła, ale kie­dy nie mo­gli­śmy jej do­bu­dzić po przy­je­ździe do ho­te­lu, we­zwa­łem le­ka­rza. Po­brał krew, osłu­chał ją i stwier­dził, że nie­po­trzeb­nie się mar­twi­łem. Or­ga­nizm wy­czer­pał ba­te­rie w eks­tre­mal­nym stre­sie i te­raz je ła­do­wał. Wy­star­czy­ło po­zwo­lić jej na zdro­wy sen, żeby sy­tu­acja się unor­mo­wa­ła. Gdy­by jed­nak wszyst­ko się prze­ci­ąga­ło, za­le­ca­łby kro­plów­ki na­wad­nia­jące i wi­zy­tę w szpi­ta­lu.

Kie­dy że­gna­łem się z le­ka­rzem, Da­rius uśmiech­nął się pod no­sem. Ni­co­la spo­dzie­wa­ła się dziec­ka, a on do­sta­wał pier­dol­ca i usi­ło­wał jej przy­chy­lić nie­ba. Od kie­dy się do­wie­dział o ci­ąży, wo­lał zo­sta­wać na wy­spie i wy­sy­łał Lucę w za­stęp­stwie, gdzie się tyl­ko dało. Wcześ­niej mnie to dra­żni­ło, ale w tej chwi­li na­praw­dę zro­zu­mia­łem jego za­cho­wa­nie. Po­trze­bę, aby moja ko­bie­ta znaj­do­wa­ła się w za­si­ęgu wzro­ku. Naj­chęt­niej za­mknąłbym ją na czte­ry spu­sty i za­trud­nił ca­ło­do­bo­wą pie­lęgniar­kę na ka­żde jej ski­nie­nie. Wie­dzia­łem jed­nak, że wte­dy awan­tu­rom nie by­ło­by ko­ńca. W ko­ńcu ja da­łem tyl­ko je­den ma­le­ńki frag­ment kodu DNA, a ona przez dzie­wi­ęć mie­si­ęcy mia­ła no­sić w so­bie na­sze ma­le­ństwo, więc mu­sia­łem się po­go­dzić z tym, że na­le­ża­ła jej się swo­bo­da w po­dej­mo­wa­niu de­cy­zji.

Do pew­ne­go stop­nia! Chcia­łem za­brać ją na Ba­le­ary, jak tyl­ko le­ka­rze Ada­ma da­dzą nam zie­lo­ne świa­tło, żeby go prze­trans­por­to­wać do domu. Poza tym scho­wa­nie Anji poza za­si­ęgiem wzro­ku ta­kich psy­cho­pa­tek jak Car­lot­ta i He­le­na sta­ło się prio­ry­te­tem. Aiden usu­nął z sie­ci wszyst­kie do­wo­dy na to, że moja ko­bie­ta jest w ci­ąży.

Z za­my­śle­nia wy­rwał mnie Da­rius.

– Co ci cho­dzi po gło­wie? – za­py­tał, wcho­dząc do sa­lo­nu domu, któ­ry miał nam słu­żyć za bazę pod­czas po­by­tu w Pol­sce. Usia­dł na fo­te­lu na­prze­ciw mnie.

– Mor­der­stwo – od­pa­rłem, na­dal wpa­tru­jąc się w okno za jego ple­ca­mi.

– Tyl­ko jed­no? – Mar­co prych­nął pod no­sem, pod­no­sząc gło­wę znad ekra­nu lap­to­pa, za któ­rym sie­dział przy sto­le.

– Kom­ple­tu­ję do­pie­ro li­stę.

– Sie­bie też na niej umie­ścisz? – sark­nął.

Po­sła­łem mu zim­ne spoj­rze­nie, cho­ciaż wo­la­łbym, żeby to moja pi­ęść spo­tka­ła się z jego bu­źką.

– Kto jest na szczy­cie? – spy­tał Da­rius.

– W tej chwi­li Da­mian. Poza tym nie­sa­mo­wi­cie świerz­bią mnie pal­ce, żeby ko­muś przy­wa­lić.

– Dla­cze­go mnie to nie dzi­wi! – Ko­lej­na zło­śli­wa uwa­ga Mar­ca za­brzmia­ła nie­co do­no­śniej. – Chcesz na­lać go­ścia, bo ode­sła­łeś Anję, a ona zna­la­zła so­bie…

Aż się cały spi­ąłem, wie­dząc, co za chwi­lę ZNÓW usły­szę! To jed­no zda­nie pod­no­si­ło mi obec­nie ci­śnie­nie jak nic in­ne­go.

– Sie­dź ci­cho! – roz­ka­zał mu Da­rius.

– Praw­da w oczy kole?

– Cie­bie ugry­zie w dupę, jak się nie za­mkniesz – za­su­ge­ro­wał Da­rius na wi­dok mo­je­go spoj­rze­nia.

– Chcia­łbym to zo­ba­czyć – iro­ni­zo­wał Mar­co. – Je­ste­ście tak roz­ko­ja­rze­ni swo­imi ko­bie­ta­mi, że roz­ło­ży­łbym was na ło­pat­ki w dwie mi­nu­ty. Osta­tecz­nie za­pro­po­nu­ję, że prze­mó­wię do ro­zu­mu temu pol­skie­mu lo­we­la­so­wi, ale tyl­ko dla­te­go, że tak ład­nie pro­si­cie.

Unio­słem dłoń i po­ka­za­łem mu środ­ko­wy pa­lec.

– Wal się! – wy­ce­dzi­łem. – Nie za­bie­rzesz mi przy­jem­no­ści ręcz­ne­go wy­tłu­ma­cze­nia mu, że ma trzy­mać łapy z da­le­ka od mo­jej ko­bie­ty.

– Zło­ży­my mu noc­ną wi­zy­tę i za­da­my kil­ka nie­wy­god­nych py­tań? – za­pro­po­no­wał Da­rius.

– Je­stem za – zgo­dzi­łem się na­tych­miast.

– A ja prze­ciw! – skon­tro­wał Mar­co le­ni­wie. – Po­świ­ęcisz gnoj­ko­wi czas, choć po­wi­nie­neś go zi­gno­ro­wać. Tym sa­mym albo mu po­ka­żesz, że ona ci nie ufa, więc mu­sisz py­tać jego, albo spra­wisz, że ko­leś po­czu­je się wa­żny.

Zda­wa­łem so­bie spra­wę, że ma ra­cję, ale jed­nak…

– W obu przy­pad­kach po­czu­ję się le­piej, jak mu jeb­nę! Jest dwa do jed­ne­go! Zo­sta­łeś prze­gło­so­wa­ny. – Wy­ci­ągnąłem te­le­fon z kie­sze­ni i na­pi­sa­łem do Aide­na, żeby ze­brał lu­dzi. Mar­co wstał i prze­ci­ągnął się, strze­la­jąc kar­kiem. – Sta­rze­jesz się? – za­żar­to­wa­łem.

– Oszczędzaj siły na don ju­ana – po­ra­dził wred­nie.

Da­mian otwo­rzył nam drzwi i ge­stem za­pro­sił do środ­ka. Był boso i tyl­ko w spodniach tre­nin­go­wych. Albo wy­rwa­li­śmy go ze snu, albo prze­szko­dzi­li­śmy w czy­mś in­nym. Pó­łk­si­ęży­ce pa­znok­ci od­ci­śni­ęte na skó­rze bi­cep­sów su­ge­ro­wa­ły, że ra­czej to dru­gie. Od­wró­cił się i po­pro­wa­dził nas do sa­lo­nu. Na ple­cach miał nie­mal krwa­we za­dra­pa­nia.

– Cze­mu za­wdzi­ęczam tę noc­ną wi­zy­tę? – spy­tał su­cho, krzy­żu­jąc ra­mio­na na pier­si.

– Anja.

W tym jed­nym sło­wie za­wa­rłem wszyst­kie dręczące mnie py­ta­nia. Unió­sł brew.

– Bez­piecz­na i w two­ich rękach.

Pal­ce świerz­bi­ły mnie co­raz bar­dziej.

– Nie o to py­ta­łem.

Przy­mru­żył oczy i uśmiech­nął się dra­pie­żnie, jak­by od­krył wszyst­kie ta­jem­ni­ce wszech­świa­ta… i moją naj­wi­ęk­szą sła­bo­ść.

– To je­dy­na od­po­wie­dź, jaką do­sta­niesz ode mnie – oświad­czył aro­ganc­ko, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. – Jak będzie chcia­ła, sama ci opo­wie.

Pod­nió­sł mi ci­śnie­nie tym wy­wo­dem su­ge­ru­jącym, że zja­wi­łem się tu, bo Anja od­mó­wi­ła dzie­le­nia się szcze­gó­ła­mi ostat­nich mie­si­ęcy.

– Za­trud­ni­łeś ją.

– Bo jest nie­zwy­kle… do­świad­czo­na? – wy­po­wie­dział to sło­wo tak dwu­znacz­nie, że po­czu­łem pa­lącą zło­ść. _Kur­wa, za­tłu­kę go­ścia go­ły­mi pi­ęścia­mi._

– Do­tknąłeś jej?

– Wie­lo­krot­nie – od­po­wie­dział aro­ganc­ko.

– Czy do­tknąłeś mo­jej żony? – po­wtó­rzy­łem, si­ląc się na opa­no­wa­nie, któ­re w tej chwi­li wy­pa­ro­wy­wa­ło nie­zwy­kle szyb­ko.

– Ona nie jest two­ją żoną – od­pa­rł śmia­ło.

W drzwiach za jego ple­ca­mi po­ja­wi­ła się ko­bie­ta, naj­pew­niej au­tor­ka mi­ło­snych zna­ków. Ze swo­je­go miej­sca nie wi­dzia­łem jej twa­rzy, a je­dy­nie prze­sła­nia­jące ją ja­sne wło­sy. Ner­wo­wo za­pi­na­ła gu­zi­ki ko­szu­li, któ­rą na sie­bie za­rzu­ci­ła. Nie od­wra­ca­jąc się, po­wie­dział coś roz­ka­zu­jąco. Ten pie­przo­ny język nie miał sen­su. Jak­kol­wiek byś nie chciał tego zro­zu­mieć, nie szło sko­ja­rzyć z ni­czym. Za to był tak śpiew­ny, że słu­cha­ło się z przy­jem­no­ścią.

– Ode­sła­łeś ją, mia­ła pra­wo ro­bić wszyst­ko, co tyl­ko przy­szło jej do gło­wy – do­dał po chwi­li ci­szy. – Łącz­nie z pie­prze­niem mnie.

Ostat­nie czte­ry sło­wa Da­mia­na wy­pro­wa­dzi­ły mnie z rów­no­wa­gi do tego stop­nia, że de­mon we mnie ze­rwał się z ła­ńcu­cha. Po­stąpi­łem krok do przo­du. Gdzie po­dzie­wa­ło się moje je­ba­ne opa­no­wa­nie, gdy było po­trzeb­ne? Nie ist­nia­ło! Nie, kie­dy cho­dzi­ło o Anję i moje pra­wo wła­sno­ści do niej! Była moja!

– To było strasz­nie głu­pie – mruk­nął po no­sem sto­jący po mo­jej pra­wej stro­nie Da­rius.

Na­pędza­ła mnie te­raz fu­ria. Pierw­sze ude­rze­nie za­sko­czy­ło Da­mia­na. Gło­wa od­sko­czy­ła mu do tyłu. Ko­bie­ta sap­nęła i ru­szy­ła w na­szą stro­nę szyb­kim kro­kiem. Nie zdąży­ła jed­nak sta­nąć mi­ędzy nami, za­nim wy­pro­wa­dzi­łem na­stęp­ny cios w jego szczękę. Przed tym nie­mal się obro­nił, trze­ci z ko­lei – za­blo­ko­wał. Cof­nąłem pi­ęść, kie­dy za­re­je­stro­wa­łem, że blon­dyn­ka sta­nęła na li­nii cio­su. Za­trzy­ma­ła się przed nim w lek­kim roz­kro­ku i sama przy­ło­ży­ła mu z li­ścia. Gło­wa po­now­nie od­sko­czy­ła mu do tyłu. Mała i drob­na, ale mia­ła parę w rękach.

– Olga! – wark­nął Da­mian, ła­pi­ąc ją za nad­gar­stek.

Wy­rzu­ca­ła z sie­bie sło­wa z szyb­ko­ścią ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go. I była wście­kła. Ko­lej­na ko­bie­ta z tem­pe­ra­men­tem hu­ra­ga­nu. Usi­ło­wa­ła go na­wet kop­nąć i na ten wi­dok uśmiech­nąłem się pod no­sem.

– Po­dwój­nie uka­ra­ny – za­żar­to­wa­łem po por­tu­gal­sku.

Moja be­stia uspo­ko­iła się nie­co na ten wi­dok. Nie że­bym sam nie chciał mu jesz­cze parę razy przy­je­bać, ale to, jak ona go ata­ko­wa­ła, było wy­star­cza­jąco upo­ka­rza­jące. Nie­mal pu­blicz­na kara. I to wy­mie­rzo­na przez ko­bie­tę! Nie za­pla­no­wa­łbym tego le­piej.

Z jego ust pa­dło uni­wer­sal­nie zro­zu­mia­łe „Stop!”, ale ona ani my­śla­ła usłu­chać. Jej głos pod­nió­sł się aż do krzy­ku. Te­raz po­brzmie­wa­ły w nim już ta­kże łzy. Fa­cet i beze mnie będzie miał prze­je­ba­ne. Czy było mi go szko­da? Ab­so­lut­nie, kur­wa, nie! Kar­ma za­dzia­ła­ła bły­ska­wicz­nie. Mia­łem ocho­tę się ro­ze­śmiać, ale tyl­ko scho­wa­łem dło­nie do kie­sze­ni, cie­sząc się bez­cen­nym wi­do­kiem.

Za­da­ła mu ja­kieś py­ta­nie ła­mi­ącym się gło­sem. Od­po­wie­dź zro­zu­mia­łem. „Nie”. Jed­no moc­ne sło­wo, nie do­pusz­cza­jące sprze­ci­wu. Nie wy­da­wa­ła się prze­ko­na­na. Wy­szarp­nęła się z jego uści­sku i cof­nęła o krok. Od­wró­ci­ła się do nas, ma­su­jąc nad­gar­stek.

– Wiem, kim je­steś – oznaj­mi­ła po an­giel­sku.

_Cie­ka­we, jak dużo zdra­dzi­ła jej Anja?_

– Nie­ste­ty nie mogę po­wie­dzieć tego sa­me­go.

– Olga – przed­sta­wi­ła się, jak­by mia­ło mi to wszyst­ko wy­ja­śnić. – Pra­co­wa­łam z Anją. Jest moją sze­fo­wą. A może ra­czej była, sko­ro ty tu­taj je­steś? Ni­g­dy nie spa­ła z Da­mia­nem.

_Ko­bie­ta musi go bro­nić…_

– A wiesz to, po­nie­waż…?

Da­mian usi­ło­wał ją uci­szyć. Ode­pchnęła jego rękę, pa­trząc na nie­go z fu­rią. Czu­łem, że za chwi­lę znów doj­dzie do ręko­czy­nów.

– Ktoś musi po­wie­dzieć mu praw­dę! – za­wo­ła­ła. – Ty naj­wi­docz­niej nie po­tra­fisz, pa­ja­cu!

– Olga! – wy­ce­dził.

– Nie je­stem two­im psem! Nie mów do mnie w ten spo­sób. Po­czu­jesz się bar­dziej męski, je­śli on po­my­śli, że ją prze­le­cia­łeś? A może na­praw­dę chcesz ją prze­le­cieć? – Sap­nęła z re­zy­gna­cją. – Nie­na­wi­dzę cię – za­wo­ła­ła i zno­wu rzu­ci­ła się na nie­go z pi­ęścia­mi. – Czym ja dla cie­bie je­stem? Ko­lej­ną dziw­ką, któ­ra pada ci do stóp?!

Epic­ki wi­dok!

Fa­cet po­wi­nien prze­my­śleć swo­je prio­ry­te­ty, bo coś mu się zde­cy­do­wa­nie po­je­ba­ło. Nie mia­łem po­jęcia, czy miał ja­kiś plan, czy chciał po pro­stu mnie wkur­wić, ale wła­śnie ści­ągnął so­bie na łeb pro­blem z wła­sną ko­bie­tą. Ja zo­sta­wi­łem mu tyl­ko si­ńca na ryju, ale ona wy­gląda­ła na taką, któ­ra by­ła­by zdol­na wy­ka­stro­wać go sło­wa­mi. Usi­ło­wał ją okie­łznać, ale bez wi­ęk­sze­go efek­tu.

– Po­wo­dze­nia! – mruk­nąłem kpi­ąco pod no­sem.

Olga naj­wy­ra­źniej to usły­sza­ła, bo od­wró­ci­ła się mo­men­tal­nie, jak­by chcia­ła na mnie za­sza­rżo­wać. Da­mian zła­pał ją za ra­mio­na i osa­dził w miej­scu. Przy­naj­mniej tym ra­zem za­re­ago­wał pra­wi­dło­wo. Nie po­wstrzy­ma­ło jej to jed­nak przed pró­bą uwol­nie­nia się. Wa­lecz­na ko­bie­ta. Zde­cy­do­wa­nie jed­nak wo­la­łem Anję i su­ro­wą lo­gi­kę ar­gu­men­tów.

– Je­steś ostat­nią oso­bą, któ­ra po­win­na ko­mu­kol­wiek da­wać rady zwi­ąz­ko­we! – za­wo­ła­ła do mnie. – Rzu­ci­łeś ją! Jak nie­po­trzeb­ną rzecz!

Roz­ba­wie­nie znik­nęło z mo­jej twa­rzy, ustępu­jąc ma­sce za­re­zer­wo­wa­nej dla wro­gów. Szczęście w nie­szczęściu Olga nie była głu­pia. Prze­sta­ła się wy­ry­wać i cof­nęła, wpa­da­jąc na swo­je­go fa­ce­ta. Ob­jął ją ra­mie­niem pod pier­sia­mi, sku­tecz­nie blo­ku­jąc obie ręce. Dru­gą dło­nią za­sło­nił jej usta.

– Za­nim otwo­rzysz bu­zię, upew­nij się, że znasz wszyst­kie fak­ty – ostrze­głem.

Dziew­czy­na coś wy­mam­ro­ta­ła. Wbi­ła pa­znok­cie w przed­ra­mię Da­mia­na, tam gdzie si­ęga­ła, i chy­ba na­wet go ugry­zła, bo syk­nął z bólu.

– Ona nie wie – przy­znał. Wi­dzia­łem, że nie przy­szło mu to ła­two.

– To nie mój pro­blem.

– Nie chcę, żeby była w to za­mie­sza­na.

– Za pó­źno. Ra­dzi­łbym ci ją oświe­cić i to szyb­ko.

Olga wpa­try­wa­ła się we mnie sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi. Prze­sta­ła wal­czyć i sta­ła nie­ru­cho­mo. Wy­gląda­ło na to, że Da­mian nie po­wi­nien sta­no­wić żad­ne­go pro­ble­mu, sko­ro ma ręce za­jęte inną ko­bie­tą. Anja nie da­ła­by się w ma­ni­pu­lo­wać w by­cie „tą trze­cią”.

– Czy jest jesz­cze coś, w czym mó­głbym ci po­móc? – spy­tał spo­koj­nie.

– Nie dzi­siaj.

Ski­nął mi gło­wą. Od­wró­ci­łem się na pi­ęcie i zo­sta­wi­łem ich sa­mych.

– My­śla­łem, że tyl­ko Anja jest taka… eks­pre­syj­na – rzu­cił Da­rius, wsia­da­jąc od auta.

– Anja jest siłą ar­gu­men­tów, Olga to naj­wy­ra­źniej hu­ra­gan emo­cji.

Da­rius po­słał mi pe­łne po­li­to­wa­nia spoj­rze­nie.

– Że­byś się nie zdzi­wił. Te­raz pierw­sze skrzyp­ce będą gra­ły nie­prze­wi­dy­wal­ne hor­mo­ny.

Skła­ma­łbym, gdy­by po­wie­dział, że nie lu­bi­łem cha­osu, jaki Anja wpro­wa­dza­ła w moje ży­cie. Ka­żdy spędzo­ny z nią dzień po­zwa­lał mi na po­zna­wa­nie no­wych sche­ma­tów za­cho­wań. Nic nie cie­szy­ło mnie bar­dziej niż ci­ęty język i bły­sko­tli­we od­po­wie­dzi ko­bie­ty, któ­rej in­te­li­gen­cja łączy­ła się z ab­so­lut­ną szcze­ro­ścią. Per­fek­cja, któ­rą ro­zu­mia­łem tyl­ko ja!
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij