Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Narodziny legendy. Chłopak, który został piłkarzem. Hammersmith United. Tom 1 - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 maja 2026
35,90
3590 pkt
punktów Virtualo

Narodziny legendy. Chłopak, który został piłkarzem. Hammersmith United. Tom 1 - ebook

Jeden chłopak. Jedna piłka. Jedno wielkie marzenie.

Oto Leon Brown. Ma trzynaście lat. Mieszka w małym, ponurym miasteczku. Jego mama umarła, gdy był bardzo mały, a taty nigdy nie poznał. Mieszka z ciotką i wujkiem, który nie pozwala mu grać w lokalnej drużynie. Leon jednak się nie poddaje. Trenuje w parku z dorosłymi i wrzuca do sieci filmy ze swoimi najlepszymi trikami.

Pewnego dnia jego nagrania zauważa łowca talentów słynnego klubu Hammersmith United. Leon trafia do drużyny juniorów i nagle cały świat zaczyna mówić o jego niezwykłych umiejętnościach.

Wraz ze spełnionym marzeniem przychodzi sława, ale też presja i tajemnice związane z rodziną. Czy Leon to udźwignie?

Pierwszy tom bestsellerowej trylogii o chłopaku, który stał się legendą.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Dzieci 6-12
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368592870
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

SZPITAL ŚWIĘTEJ URSZULI, WESTON, WIELKA BRYTANIA

Tego samego dnia, gdy Leon Brown urodził się sinawy i pokryty delikatnym niemowlęcym meszkiem, pomocnik Noel Baines dokonał wyczynu, dzięki któremu momentalnie stał się sławny w futbolowym świecie.

Dwudziestotrzyletni Noel Baines, świeży nabytek Hammersmith United z trzecioligowego Weston Town, do tej pory nie wzbudzał zainteresowania na najwyższym szczeblu angielskich rozgrywek. W dniu narodzin Leona stał się jednak niezaprzeczalną gwiazdą boiska. Zdobył hat tricka w rekordowym czasie czterech minut i dwunastu sekund.

Wszystkie gole Baines strzelił przy wykonywaniu stałych fragmentów gry.

Pierwszy padł z rzutu rożnego, gdy celując w dalszy słupek, wkręcił piłkę prosto do siatki, a drugi był rezultatem karnego po strzale w lewy dolny róg. Krótko po tym przyznano rzut wolny i Baines trafił do oddalonej o czterdzieści dwa metry bramki. Uderzenie wydawało się skierowane ku dziesiątemu rzędowi trybun, tor lotu piłki niespodziewanie ostro się obniżył i wpadła ona dokładnie w okienko. Gol pojawiał się w niezliczonych powtórkach emitowanych przez kanały sportowe i był oglądany na całym świecie w setkach czy tysiącach barów sportowych i stref kibica.

Według sekcji sportowej „The London Sun” wyczyn Bainesa był „fenomenalny” i „monumentalny”. Nazwano go „najbardziej radosnym piłkarskim pokazem fajerwerków tej dekady”.

„Narodziny gwiazdy”, podawał „Morning Express”. „Evening Sun” śpiesznie opublikował obszerny profil „znakomitego wirtuoza”. W komentarzu do artykułu piłkarski ekspert gazety spekulował, że Baines będzie w przyszłości zachwycać swoimi poczynaniami w reprezentacji kraju. Ciekawe wnioski od gościa, który na początku sezonu widział w młodym piłkarzu niespełnioną obietnicę i twierdził, że jego miejsce jest w lidze kilka poziomów niżej.

Tego samego dnia narodziła się też druga gwiazda, choć jeszcze nikt nie zdawał sobie z tego sprawy.

Jeśli już ktoś wiedział, to była to jego matka. Matki często są przekonane o niezwykłości swoich dzieci, a Allison, mama Leona Browna, nie była tu żadnym wyjątkiem.

Nowo narodzony Leon (który właściwie nie miał jeszcze imienia) spał na piersi matki na oddziale położniczym Szpitala Świętej Urszuli w Weston. Poprzedniego wieczoru jego mama przestraszona mocnymi skurczami przyjechała tam taksówką.

Kilka godzin później urodziła dziecko. Ważyło 2950 gramów i mierzyło 50 centymetrów. Wszystko w normie, każdy palec na miejscu – zupełnie zwyczajny przypadek.

Szwagier Allison, Jack Bright, podał jej bukiet róż i włączył wiszący pod sufitem telewizor, który pokazał Młociarzy, tak nazywano Hammersmith United, grających mecz przeciwko Barking Albion.

Okryta kocem Allison znajdowała się na pograniczu snu i jawy, bezwiednie wsłuchując się w dobiegającą z otoczenia relację.

– Czy też to widzieliście? – zawołał Jack Bright po pierwszym golu Bainesa. – ALE JAK? NO JAK? JAK to się stało? Ona wleciała, wleciała prosto do bramki. PROSTO!!!

Po drugim golu Bainesa aż podskoczył. Allison odniosła wrażenie, jakby zadrżał cały szpital.

Jej siostra, Agatha, z przepraszającym wyrazem twarzy siedziała na krześle przy oknie. W ramionach trzymała Małego Wayne’a, pięciomiesięcznego kuzyna Leona. Mały Wayne wcale nie był taki mały – był energiczny oraz równie rumiany i dorodny jak jego ojciec, Jack. Po narodzinach był niemal dwa razy większy niż Leon i trochę przypominał dorodną angielską pieczeń.

Przy trzecim golu Jack już tylko krzyczał. Z hałasu nie dało się wyłowić żadnej zrozumiałej sylaby. Przy jego wrzasku okrzyki bólu rodzących na oddziale wydawały się szeptem.

– Bądź cicho – poprosiła Agatha. – Mały Wayne się wystraszy.

– TRZECI GOL! To był TRZECI gol! Trzeciii!!!

Leon leżał z zamkniętymi oczami, ale przy każdej bramce Bainesa wybuchał wrzaskiem niczym największy fan piłki nożnej.

– Baines… – wyjaśnił poruszenie spowodowane udanym hat trickiem szwagier Allison. – Noel Baines – dodał. – Nasz chłopak. Z NASZEGO Weston! Teraz CAŁY świat go zna. – Złapawszy oddech, nie omieszkał poruszyć ulubionego tematu: – Czy opowiadałem może, że graliśmy w tej samej drużynie? – Położył rękę na piersi i zawył poruszony: – Och, dla nas walcz, zawsze walcz… gdy upadniesz, wstań i graj… jeszcze raz, jeszcze raz… – wydobył z siebie przyśpiewkę kibiców Weston Town, brzmiąc przy tym, jakby miał wybuchnąć płaczem. – Noel – powiedział i obrócił się w kierunku świeżo upieczonej matki. – Powinnaś nazwać syna Noel.

– Mmm, nie wiem – odpowiedziała ze zmęczeniem Allison.

Nie miała siły słuchać panującego gwaru ani głupich pomysłów, a w szczególności by słuchać obu jednocześnie. W tej chwili miała dość swojej siostry i jej rodziny. I wszystkich innych ludzi.

– Baines to chłopak z Weston.

– I co z tego?

– Zdobył hat tricka TEGO SAMEGO dnia, kiedy ten tu się urodził – powiedział i kiwnął głową w kierunku noworodka. – Nie można nazwać dzieciaka inaczej niż Noel.

– Nie można?

– OCZYWIŚCIE, ŻE NIE! Noel. Powinien mieć na imię NOEL.

Allison już miała powiedzieć mężowi siostry, że nada chłopcu jakiekolwiek imię, byle tylko nie Noel. Coś całkiem przeciwnego. Piłki nożnej i piłkarzy miała powyżej uszu.

Zastanawiała się nad imieniem, rozmyślając, co może być przeciwieństwem Noela. Wpadła na pomysł i na jej twarzy zarysował się długo niewidziany uśmiech.

Noel… leoN. To właśnie to.

Leon. Imię jej synka.OKOŁO 13 LAT I 10 MIESIĘCY PÓŹNIEJ

Simon Steele, niegdyś pomocnik Hammersmith United, a obecnie agent piłkarski, podczas swojej kariery zawodniczej znany był głównie z żartów (takich jak przykręcanie korków Noela Bainesa do ścian łazienki przed meczem) oraz nagród za „najbardziej owłosiony tyłek roku”, które kilkukrotnie zgarnął na klubowych imprezach z okazji zakończenia sezonu.

Steele był też kolekcjonerem. Z takim samym zapałem, z jakim zgromadził kompletną kolekcję winyli z funk rockiem lat 70., brał pod swoje skrzydła obiecujących młodych piłkarzy. Odsprzedawał ich później do większych lub mniejszych klubów, o ile te wykładały na stół wystarczająco dużo funtów.

Na trop największej zdobyczy swojej kariery trafił, siedząc w londyńskim biurze nieopodal skrzyżowania Tottenham Court Road i Warren Street. Z okna przy biurku rozpościerał się widok na budynek naprzeciwko i mieszczący się na jego parterze lokal Punjabi Palace, gdzie Kudłacz – tak nazywano Simona w czasach piłkarskich – często jadał lunch.

Pewnego mglistego i sennego popołudnia Steele pracował na laptopie, szukając nowych talentów, gdy natknął się na filmik, który od razu musiał obejrzeć ponownie.

Na nagraniu drobnej postury chłopiec ustawił w rzędzie trzy piłki i kopał je jedna po drugiej w kierunku rowerzysty, który jakby znikąd pojawił się w tle.

Pierwszy strzał wyrzucił w powietrze ustawioną na bagażniku puszkę. Rowerzysta przysunął do ust drugą puszkę, jakby zamierzał się napić, ale kolejna piłka wytrąciła mu ją z ręki. Trzecia piłka, z niebywałą precyzją, trafiła w daszek jego czapki. Czapka odleciała, odsłaniając łysą głowę.

Steele oparł nogi o stół i usadowił się wygodnie. Włączył kolejny filmik, na którym ten sam chłopak podbijał piłkę, siedząc na trawie i czytając książkę. Gdy zamknął książkę i podskoczył, najpierw wysoko wykopał piłkę, a potem przyjął ją na główkę. Nawet nie spojrzał w górę, by dokładnie wiedzieć, gdzie spadnie.

Dobry Boże, pomyślał Kudłacz. Dobry Boże.

W myślach powtarzał tę samą litanię. Nic innego nie przychodziło mu do głowy.

Dobry Boże.

Filmików było znacznie więcej. Występujący na kanale o nazwie Sztukmistrz chłopak sprawował niemal całkowitą kontrolę nad piłką. Potrafił zrobić z nią wszystko, w dodatku każdą częścią ciała: stopą, kolanem, głową, szyją, ramieniem, brzuchem, barkiem, a nawet nosem. Mężczyzna z filmiku z rowerem często odgrywał rolę pomocnika.

Agent podciągnął rękawy koszuli i kontynuował poszukiwania. Występy z piłką, choć były magiczne, nie osiągnęły jakiejś znacznej liczby wyświetleń. Steele doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że na świecie jest mnóstwo osób żonglujących piłką, a tylko nieliczni potrafiliby powtórzyć to na boisku.

W tym chłopcu było jednak coś wyjątkowego. Od razu to dostrzegł. W motoryce. Sposobie poruszania. Kontroli nad piłką.

Podszedł do okna i zamyślił się, patrząc na fasadę Punjabi Palace, na czerwono-żółte, częściowo pozdzierane banery, od lat reklamujące tę samą ofertę lunchową.

Powinien znaleźć tajemniczego piłkarza. Bezsprzeczny diament, który pozostawał w ukryciu. Na samą myśl, że ktoś taki istnieje, czuł podekscytowanie.

Filmiki nie ujawniały, kto w nich występował, dlatego Steele wielokrotnie zatrzymywał obraz i wpatrywał się w widoczne w tle otoczenie, poszukując wskazówek.

Najpierw trzeba było ustalić, gdzie zostały nakręcone. Potem, być może, uda się znaleźć to, czego szuka.

Powinno to być proste.

Na jednym z ujęć, za porośniętym trawą polem, widoczny był komin. W pobliżu mogła znajdować się fabryka albo elektrownia. I tyle. Nie dało się z tego wiele wywnioskować, bo kominy wznosiły się przecież niemal wszędzie.

Steele miał nadzieję, że w którymś kadrze pojawi się billboard reklamowy lub przejeżdżający w tle autobus. Cokolwiek, na podstawie czego można by wydedukować, w jakiej miejscowości mieszka chłopak.

Muszę go znaleźć, pomyślał Steele i włożył do gramofonu płytę „Good Times” zespołu Kool and the Gang. Liczył, że muzyka pomoże uspokoić mętlik w jego głowie.1.

Zgodnie ze starym porzekadłem dzieciaki z Weston wyrastają albo na złodziei samochodów, albo na piłkarzy.

Leon Brown często słyszał to powiedzenie, mieszkał bowiem w Weston, zapuszczonym miasteczku na południowy wschód od Londynu, znanym głównie z kominów elektrowni węglowych i fabryk samochodowych. Ojcowie połowy jego kolegów z klasy całymi dniami stali przy taśmie montażowej, dokręcając śruby lub rozpylając farbę na zbliżające się nadwozia samochodów. Reszta nie miała zbyt wiele do roboty.

Nieopodal centrum Weston wznosiły się poczerniałe od sadzy ogromne wieżowce. W ich cieniu wiły się rzędy szaroburych ceglanych domów, w których wnętrzach wiecznie unosił się zapach zmokłych psów, nawet jeśli mieszkańcy nigdy nie posiadali zwierząt. Pośrodku jednego z takich osiedli mieszkał Leon razem ze swoją ciocią Agathą i jej mężem Jackiem, którego w myślach nazywał Wrzodem.

Czwartym mieszkańcem, pod wieloma względami przypominającym swojego ojca, Jacka, był Wayne, dla którego Leon również miał cały zestaw przezwisk.

Leon był jedynym Brownem w rodzinie. Pozostali nazywali się Bright. Parter ich domu tworzył przedpokój, salon oraz kuchnia z wychodzącym na salon oknem. Właśnie przez to okno Leon podawał Jackowi i Wayne’owi napoje, tosty i czekoladowe batony, gdy co sobotę ojciec z synem oglądali w telewizji mecze piłkarskie.

Agatha i Jack zajmowali jeden z pokojów na piętrze, a drugi należał do Wayne’a. Chłopcy dzielili go, gdy byli młodsi, ale ten układ przestał być już możliwy. Nie chodziło tylko o chrapanie Wayne’a, które potrafiło obudzić pół ulicy. Prawda była taka, że ludzie nie zawsze się dogadują. Leon nie znosił Wayne’a, Wayne nie znosił Leona, więc sytuacja była patowa.

Za to Agatha Bright była przekonana, że dwóch chłopców w podobnym wieku musi się skumplować.

– Wayne jest całkiem fajny. Na pewno dojdziecie do porozumienia, jeśli odrobinę spróbujecie – mawiała, choć nie mogła być w większym błędzie.

Leon był niski i wysportowany, Wayne – wysoki i postawny. Leon był cichym myślicielem, Wayne – głośnym gadułą.

W znalezieniu nici porozumienia nie pomogło nawet wspólne hobby. Wayne grał w piłkę w młodzieżówce Weston Town, do której Jack nie przyjął Leona. Ten spędzał wieczory w parku, grając z „dziadkami”, jak jego współgracze lubili o sobie mówić.

Trenowany przez ojca Wayne grał w pierwszym składzie na każdym meczu. Nie musiał schodzić z boiska nawet wtedy, gdy nie był w stanie zrobić już nic poza narzekaniem. Kiedy tylko przyjmował piłkę, dryblował aż do desperackiego strzału albo do momentu, w którym ją tracił. Z winy Wayne’a piłkę niemal zawsze przejmowali przeciwnicy, a on nawet nie próbował jej odebrać. Rozkładał ręce, człapał na bok i zostawiał obronę innym.

Leon wiedział, że jest sto razy lepszym graczem niż Wayne, ale zdaniem Jacka nie miał na boisku czego szukać.

– Przypadek beznadziejny – uważał Jack.

Jack Bright. Taksówkarz i piłkarz. Sportowe objawienie – nawet w wieku trzydziestu sześciu lat, przynajmniej we własnej opinii.

Mężczyzna, który latem wciągał brzuch i wypinał pierś, przypominając postawą stojącego na tylnych nogach byka. Dbał o to, żeby nikt nie miał wątpliwości, że jest piłkarzem. Wprawdzie byłym, ale słowo „były” wypowiadano po cichu, jeśli w ogóle.

– Gdy grałem z Noelem Bainesem… – mawiał, ilekroć do jego taksówki, żółto-czarnego Peugeota z piszczącymi hamulcami, wsiadał klient nieświadomy sportowych osiągnięć swojego kierowcy.

– Mhm.

– Ach, tak?

– No proszę.

Jak inaczej odpowiedzieć w takiej sytuacji?

– To były czasy… – kontynuował Jack. – Nauczyłem Noela, jak się podkręca piłkę.

Jack „Twardogłowy” Bright. Były sportowiec. „Niemalże zawodnik rozgrywek ligowych”, jak sam precyzował, jeśli tylko miał okazję się tym pochwalić. Z naciskiem na słowo „niemalże”. Obecnie trener. Według Leona na trenowaniu znał się tak, jak okoń na jeździe na desce.

To prawda, że był kiedyś zakontraktowanym piłkarzem drużyny Weston Town, lecz pomijano fakt, że nie spędził na murawie ani chwili, gdy drużyna osiągnęła szczyt swojej świetności, dostając się do drugiej ligi. Jack Bright był zmiennikiem w trakcie pięciu meczów, ale nie rozegrał ani minuty. Przeniesiono go do drużyny rezerw i tym samym jego szansa, by wyjść na boisko, malała coraz bardziej. Z eksnapastnika stał się ekspomocnikiem, a w końcu eksśrodkowym obrońcą.

Jack nie był szczególnie szybki, ale rzucając się do dośrodkowania, potrafił walnąć czołem w głowę przeciwnika lub słupek bramki. Stąd wzięła się ksywa Twardogłowy.

Zawodowo jeździł taksówką, w wolnych chwilach trenował drużynę Wayne’a, a resztę czasu spędzał na kanapie, wpatrując się jak zaczarowany w telewizor.

Agatha prowadziła zajęcia fitness w siłowni działającej na terenie opustoszałego centrum handlowego. Rodzinie odgrzewała gotowe posiłki, a sama żywiła się warzywami i orzechami. Na stole, pod obrusem, trzymała ukryte niedokończone puzzle przedstawiające romantyczne nadmorskie miasteczko. Co wieczór dokładała kolejne elementy i marzyła, by kiedyś wybrać się tam w podróż. Jack nie rozumiał aluzji i nigdy nie zabrał rodziny na wakacje dalej niż plaża w Dover.

Wayne spędzał czas w swoim pokoju, jak zahipnotyzowany grał na konsoli i wściekał się, kiedy w grze coś nie poszło po jego myśli. Na treningi chodził niechętnie, bo nie lubił się przemęczać. W szkole podśpiewywał szydercze piosenki o Leonie, dopóki ten nie pokonał go podczas siłowania się na korytarzu. Od tego momentu zmienił taktykę i zachowywał się tak, jakby Leon w ogóle nie istniał. Nie odzywał się do niego słowem i unikał kontaktu wzrokowego.

W ten sposób można pokrótce opisać tak zwaną rodzinę Leona. Jego mama zmarła, a o ojcu nie było nic wiadomo. Kiedy próbował dopytywać o rodziców, cioci psuł się humor i głośnym tonem zmieniała temat. Leon zrozumiał, że o pewne sprawy nie warto pytać.

W Weston trwało zupełnie zwyczajne wtorkowe popołudnie, było szaro i deszczowo. Miasto wyglądało na dokładnie tak zmęczone i wyczerpane, jakie było w rzeczywistości.

Żeby mieć trochę spokoju od Wayne’a i Jacka, najpierw tymczasowo, a później na stałe, Leon przeniósł swoje posłanie do garażu. Uprzątnął dla siebie miejsce wśród narzędzi, starych mebli ogrodowych, worków z ciuchami oraz innych gratów, a granice swojego rewiru wyznaczył za pomocą półek i sterty pudeł. We własnym betonowym zakątku mógł zaznać spokoju.

Leżał na posłaniu, oparty plecami o stertę poduszek, i przeglądał folder, w którym zgromadził wycinki sportowych artykułów z gazet. Czytał o meczu, podczas którego wywodzący się z Weston Town Noel Baines w mistrzowski sposób zdobył słynnego hat tricka. Chociaż Leon znał to zapisane w piłkarskiej historii wydarzenie, dopiero teraz zdał sobie sprawę, że miało miejsce w dniu jego narodzin.

– Leonie, jesteś tam?

– Nie.

– Słyszę cię przecież.

Głos należał do Agathy.

Ciocia stała w przedpokoju i pukała w boczne drzwi garażu.

– Masz dzisiaj lekcję pianina.

– Wiem.

– Przygotowałeś się już?

– Wiadomo.

– Nie słyszałam, żebyś coś grał.

– Grałem po cichu.

– Dlaczego mi się wydaje, że nie powinnam ci wierzyć?

Leon dał za wygraną. Oparty o ścianę keyboard postawił na stojak, podłączył do gniazdka i wybrał w menu opcję odtwarzania zapisanych utworów.

Nastawił półgodzinny zestaw ćwiczeń dla palców i kilka niedbałych interpretacji melodii z zeszytu.

Kiedy instrument zaczął brzdąkać, Leon podrzucił piłkę treningową. Dziesięć podbić stopą. Dziesięć kolanem. Kopnięcie niemal pod sufit i przyjęcie na główkę. Przez chwilę podbijał piłkę czołem, po czym przykucnął i złapał ją na kark. Delikatnie zmieniał pozycję, pozwalając piłce stoczyć się po plecach i wrócić między łopatki. Potem znów podbijał ją głową, schodząc do siadu, aż w końcu wybił ją do przodu i przyjął na prawą nogę.

– Czy ty zawsze grasz ten sam utwór?

Głos Agathy wystraszył Leona. Piłka uciekła, co zdarzało mu się rzadko, i spadła na półkę. Przewróciła szklany słoik, który rozbił się na keyboardzie i wyłączył muzykę.

– Co się stało?! – zawołała Agatha.

Zdaniem ciotki Leon powinien mieć pożyteczne hobby. Ubzdurała sobie, że jest muzykalny, więc zapisała siostrzeńca na lekcje pianina do Cecilii Lemonhouse. Chłopiec chodził raz w tygodniu na zajęcia do starej panny, w której mieszkaniu unosiła się woń papierosów i mandarynek, ale od lat nie poczynił żadnych postępów.

– Nic – odpowiedział Leon.

– Brzmiało, jakby coś się stłukło.

– To tylko mały wypadek.

– Czy mógłbyś, skarbie, otworzyć drzwi?

Skarbie. Jakby był jakimś zwierzątkiem.

– Powinienem się skupić na graniu.

– Ale przecież nic nie grasz.

– No nie gram, gdy się tam czaisz.2.

W tym samym czasie, nieopodal stacji metra Warren Street, w londyńskim biurze pewnego agenta piłkarskiego nastąpił przełom. Odnalezienie chłopca z kanału Sztukmistrza okazało się nie lada wyzwaniem, ale Simon „Kudłacz” Steele nie należał do ludzi, którzy łatwo się poddają. Poczynił krok naprzód: znalazł filmik, na którym znajomy magik piłkarski strąca piłką pudełka po jedzeniu na wynos z głowy swojego pomocnika.

Pomocnik miał na sobie koszulkę piłkarską.

A co najistotniejsze, była to koszulka w czerwono-czarne pasy.

Steele powiększył zapauzowane ujęcie i przyjrzał się ubraniu mężczyzny. Pośrodku poziomych pasów widniała głowa orła widziana z profilu.

– Weston Town – wymamrotał, podchodząc do okna i bezmyślnie spoglądając w kierunku Punjabi Palace. Po chwili wrócił na fotel i natychmiast się z niego zerwał. – Koszulka Weston Town.

Jeśli ktoś kibicował Weston Town, prawdopodobnie mieszkał w Weston. Filmik nakręcono w Weston. Chłopak pochodził z Weston.

Logiczny wniosek.

Skupienie się na czymkolwiek wydawało mu się już niemożliwe. Po kilku drętwych spotkaniach dotyczących kontraktów, w trakcie których myślami był zupełnie gdzie indziej, zamknął się w swoim biurze i wpisywał do internetu nowe zapytania w poszukiwaniu urywków meczów drużyny juniorów Weston Town.

Uruchomił projektor i ustawił płótno do wyświetlania pod tylną ścianą gabinetu, ale nie potrafił dostrzec Sztukmistrza na boisku w meczach żadnej z grup wiekowych.

Nie pomógł nawet telefon do dawnego kolegi z boiska, asystenta trenera pierwszej drużyny Weston Town. Ten nigdy nie słyszał o chłopcu opisywanym przez Kudłacza.

Steele wrzucał do sieci hasła typu „Weston” i „piłka nożna” albo „junior”, „talent” czy „niesamowity chłopiec”. W końcu trafił na nagranie z meczu w parku, utrwalone chyba przez jakiegoś przechodnia.

Jako lokalizację oznaczono Weston Central Park.

Głośno zagwizdał.

Pomiędzy dorosłymi mężczyznami biegał chłopiec, którego Steele od razu rozpoznał. Walczył o piłkę do samego końca. Nie robił uników ani nie bał się siniaków. Po upadku natychmiast się podnosił. Podawał precyzyjnie i prowadził piłkę, jak tylko chciał, wykorzystywał wyższych o głowę zawodników z drużyny przeciwnej jak tyczki do slalomu. Strzały leciały jak z armaty. A jakby dla potwierdzenia – wśród zawodników był ten sam łysy mężczyzna, który asystował na filmikach z trikami.

– Mam go.

Steele w końcu znalazł to, czego szukał.

Czuł narastającą ekscytację, patrząc, jak chłopak radzi sobie pod presją dorosłych mężczyzn. Na boisku był najmniejszym i najmłodszym graczem, ale to on w pełni samodzielnie panował nad tym, co się działo.

Kudłacz musiał przyznać, że był poruszony.

Niezmiernie poruszony.

Chłopak był bezczelny, mimo swojej niewielkiej postury. Nieprzewidywalny, gibki i niezwykle szybki. Uzdolniony – wyjątkowo uzdolniony. Wyczucie piłki miał zatrważająco dobre. A do tego było w nim też coś znajomego. Coś łatwo rozpoznawalnego.

Od razu dostrzegł, że chłopak ma rewelacyjny zmysł taktyczny. Wybierał zaskakujące rozwiązania. Wprost genialne.

Kudłacz poczuł, jak głupawy uśmiech rozlewa mu się po twarzy. Jak to możliwe, że nikt inny na niego nie trafił? W kraju było mnóstwo agentów próbujących zgromadzić u siebie najlepiej rokujących juniorów. Poruszali niebo i ziemię, aby znaleźć talenty. A mimo to jeden klejnot koronny pozostawał w ukryciu przed wszystkimi.

Przed wszystkimi oprócz niego.

Trzeba było jeszcze potwierdzić kilka kwestii, wykonać parę telefonów i sprawdzić kilka innych rzeczy. Wtedy znów będzie o krok dalej.

Steele spojrzał na starą pocztówkę, przyczepioną do drzwi stojącej w gabinecie lodówki, i na chwilę wrócił pamięcią do przeszłości.

– Czy to może być…? – zastanawiał się. – Mało realne – odpowiedział sam sobie i pogrążył się w myślach.

Jeśli znajdzie się wola, sprawy nabierają rozpędu. Kilka dni po przełomowym odkryciu Steele siedział w szarym Vauxhallu Vivie na opustoszałym parkingu. Obok niego tkwił nieruchomo Catello Zanetti – stary znajomy, któremu próbował odsprzedawać znalezionych obiecujących młodzików. Czasem z sukcesem. Czasem bez.

Zanettiego trudno było przekonać do ruszenia się z Londynu, w którym trenował trampkarzy Młociarzy, ale Steele uparł się, że tym razem powinien z nim pojechać. Obiecał postawić mu lunch w westońskim Dragon’s Head. Ostatecznie, po długim urabianiu Zanettiego, udało mu się uzyskać przytakujące burknięcie.

– I co myślisz? – zapytał Steele, obracając się ku Zanettiemu. Ten wyglądał na naburmuszonego. Prawdę powiedziawszy, zawsze tak wyglądał.

– Nie wiem jeście.

– Nie wiesz?

– Tak ja powieziałem.

Przyglądali się grupie mężczyzn grających w parku na nierównej trawie. Było oczywiste, że większość z nich była kiedyś piłkarzami. Nie byli już tak szybcy, ale mieli technikę i pewnie prowadzili piłkę. Walczyli zaciekle i nie stronili od ostrych zagrań, dochodziło do brutalnych starć.

Jeden z graczy nie sięgał pozostałym nawet do ramion. Nie zważając na swój wzrost, prowokował większych od siebie, kiwał ich, przyjmował podania przez lekkie dotknięcie piłki i płynnie przekazywał ją dalej.

Steele zerknął na Zanettiego. Trener ubrany był w niebieski dres. Na piersi widniało logo z wygłodniałym lwem otwierającym paszczę.

– Właśnie takiego szukałeś, co nie?

– Zacina padać – burknął Zanetti. – W tym kraju zawsie pada.

Pojedyncze krople przerodziły się w obfitą ulewę. Na przedniej szybie szybko powstał wodospad. Steele włączył wycieraczki. Ich ociężałe ruchy chwilowo odsłaniały niczym nieograniczone boisko, z którego zawodnicy zaczynali schodzić jeden po drugim.

W końcu na miejscu został już tylko najmniejszy z graczy – chłopiec, któremu deszcz przylepił włosy do czoła.

Nie miał sportowej koszulki. Ani spodenek, ani nawet bluzy czy spodni dresowych. Stawiał czoło burzy w T-shircie i mokrych dżinsach. Zniszczone, sklejone taśmą korki ledwie się trzymały.

Sylwetka chłopca była rozmazana, ale gdy wycieraczki przesuwały się, odgarniając z szyby wodę, widok na chwilę stawał się wyraźny. Siedzący w samochodzie mężczyźni obserwowali, jak chłopak wziął krótki rozbieg i kopnął pierwszą z ustawionych w rzędzie piłek w kierunku bramki. Uderzyła w lewy słupek i wróciła na swoje miejsce. Boisko było jedną wielką kałużą.

Następna piłka trafiła w górną część drugiego słupka, ale odbiła lekko na bok i nie wróciła do strzelającego jak poprzednia.

– Grande fiasco – stwierdził Zanetti. – Potrafi, jak to się mówi… trafić kulom w płot.

– Świetny żart.

– Jestem głodni.

– Czy nie masz nic innego do powiedzenia?

– Kaman! Obiecałeś lunch.

– Nie masz żadnych pytań?

– Da się tu dostać przyźwoitego steka?

Steele postawił kołnierz swojego płaszcza i westchnął.

– Chłopak jest dokładnie taki, jakiego szukałeś – powiedział. – Wszystkie cechy, których pragniesz, w jednym i tym samym opakowaniu.

– Tak, tak.

– Nie widzisz…

– Widze? Ciego ja nie widze?

– Swojej przyszłej żyły złota oczywiście.

– Ja nie widze nic żadnego.

Deszcz się wzmógł i walił w szyby tak, że nie dało się już zobaczyć parku. Steele poruszył dźwignią i wycieraczki zaczęły skrzypieć. Nie mogły dotrzymać tempa spadającym kroplom.

– Zionglerów – zaczął Zanetti i przetarł sobie oczy – jest wielu. No, grazie, mnie tacy nie interesują.

– Weź się w garść – wkurzył się Steele. Jego głos stał się napięty, niemal piskliwy. – Widziałeś, jak ten chłopak gra.

– Dalej jestem głodni – powiedział Włoch i poklepał się po brzuchu. – Nadal głodni.

Steele westchnął głęboko.

– Okej, okej – powiedział Zanetti i wyszczerzył zęby. – Chłopak jest całkiem w porządku.

„W porządku” z ust Zanettiego było prawdziwym komplementem.

– Też tak myślę – odparł Steele i od razu poczuł rozluźnienie. – Weźmiesz go?

Zanetti wzruszył ramionami.

– Mozie. Mozie go wypróbuję.

– Tak – powiedział Kudłacz. – W końcu zaczynasz gadać z sensem.

– Ale teraz idziemy jeść.

– Oczywiście.

– A potem jeszcze ja pomiśle. A ty w tym czasie wygziebies wsistko o tym chłopaku. Chce dostać kompletne dane.

Steele uśmiechnął się po raz pierwszy od dłuższego czasu.

– Obiecuję w pełni wyjaśnić, kim jest Leon Brown. Właśnie tak się nazywa.

Leon, nieświadomy, że był obserwowany przez dwie pary oczu, szedł w stronę domu w cieniu lip rosnących wzdłuż Tower Street. Deszcz wciąż chłostał mu twarz, gdy otwierał zamek i przemykał do środka przez bramę garażu. Wszedł do swojego chłodnego pokoju, zdjął przemoczone buty i skarpety i odłożył je do wyschnięcia. Założył na stopy trampki, wrócił na podwórko i ponownie wszedł do środka przez drzwi, które Agatha zdążyła otworzyć, zanim włożył klucz do zamka.

– Gdzieś ty się znowu szwendał?

– Trochę tu i tam.

– Wyglądasz na przepoconego.

– Deszcz pada.

– Pachniesz też potem.

Agatha pokręciła głową, przyglądając się przemoczonemu Leonowi.

– Możesz iść prosto do łazienki. A buty zostaw tutaj. Nawet o tym nie myśl, by wejść w nich choć krok dalej.

Buty. Niech to. Leon zrozumiał swój błąd. Trampki były zupełnie suche.

Wziął je do ręki i powiedział, że zostaną na brzegu wanny do wyschnięcia. Wszedł na piętro, zamknął drzwi łazienki, przekręcił zamek i na chwilę wsadził trampki pod kran, żeby uniknąć zbędnych tłumaczeń.

Pół godziny później patrzył, jak ciotka wyjmuje z piekarnika parującą blachę. W środku kołysała się zakupiona w pobliskim markecie gotowa lasagne. Jack zdążył już zgarnąć środkowy kawałek i pakował gorący kęs do buzi.

– …adaj – wygulgotał apatycznie Jack do zbliżającego się ku stołowi Wayne’a.

Leon właśnie nakładał sobie porcję na talerz, gdy Wayne wyrwał mu go z rąk.

– Co jest?! – warknął Leon.

– Spokój tu – odpowiedział Wayne.

– Własznie thak – przytaknął Jack.

– Trochę manier – przypomniała Agatha. – Nie trzeba mówić z pełną buzią.

– Mhm.

Na jej talerzu leżały: sałata, buraczki i pokrojona gruszka. Ewidentnie zbierała się do wyjścia. Ubrana w czarny trykot, żwawo krążyła między kuchnią a przedpokojem. Na zmianę szukała swojego bidonu, kalendarza i innych zaginionych drobiazgów, co chwilę podchodząc, by skubnąć coś z talerza.

– Zawsze lasagne – narzekał Wayne. – Czemu nigdy nie jemy nachosów?

– Możecie sobie sami gotować, jak wam nie pasuje – powiedziała Agatha, pakując plecak. – Ja muszę lecieć. Jak panowie chcą, mogą sobie zrobić pięciogwiazdkowy obiad.

Zdjęła fartuszek, o którym zapomniała, i rzuciła go na blat kuchenny. Spod fartuszka wyłonił się różowy top, w którym przez następnych kilka godzin będzie pedałować na rowerku stacjonarnym na samym przedzie sali treningowej, krzycząc do mikrofonu komendy. To ona decydowała, kiedy trzeba zwolnić, a kiedy przyśpieszyć; kiedy jedzie się pod górę, a kiedy trzeba docisnąć; kiedy pupę podnieść nad siodełko, a kiedy można usiąść. Nawet jeśli w domu nie zawsze jej słuchano, to przynajmniej w pracy klienci płacili za to, by wykonywać każde z jej poleceń.

– Wychodzę! – krzyknęła.

Nie doczekała się żadnej odpowiedzi oprócz pomruku.

Drzwi się zamknęły. Silnik samochodu Agathy zacharczał przy odpalaniu.

Leon został w towarzystwie Jacka i Wayne’a. Patrzył, jak ojciec z synem przeżuwają makaronową paćkę. Obaj nałożyli sobie dokładkę. Jemu wystarczyła jedna porcja. Wstał, by odnieść talerz do kuchni.

– Halo, halo, halo – powiedział Jack, przywołując go obrotem dłoni. – Nie znikaj. Jest ten… twoja kolej.

– Kolej na co?

– Na zmywanie.

– Teraz jest kolej Wayne’a – powiedział Leon.

– Nie, jest twoja. Zbieraj talerze i nie jęcz.

– Czemu ja? Znowu ja. I nie jęczę. To Wayne jęczy.

– Wayne miał ciężki trening.

– Ja też bym z chęcią potrenował.

– Słuchaj no. Wayne nie powinien się przemęczać niczym zbędnym.

– To widać.

– Pytał cię ktoś o zdanie? – syknął Jack.

Zawsze to samo. Wayne wymigiwał się od domowych obowiązków przy pomocy ojca, a Leon wykonywał zadania za nich obu tylko dlatego, że zdaniem Jacka Wayne Bright był wybitnym talentem, który powinien się skupić wyłącznie na piłce nożnej.

– Słuchaj, brzdąkaczu – powiedział Jack. – Jeszcze jedno. Przynieś nam coś do picia.

– Chyba dacie radę sami dojść do lodówki – odpowiedział Leon. – Oczywiście dla Wayne’a może to być nie lada wysiłek.

– Nie bądź taki mądry – odparł Jack.

– Aż się prosi o kłopoty – dodał Wayne.

– Czy można mieć ich więcej? Pomyślcie, z kim mi przyszło mieszkać w jednym domu.

– Hej, hej, hej – zaczął Jack. – Już wystarczy. Siedź cicho albo dostaniesz szlaban.

– I przynieś nam picie – powtórzył Wayne.

– Jasne, skoro tylko chcecie. – Podszedł do lodówki. Wyjął piwo i colę, wstrząsnął obie puszki, zanim postawił je przed Jackiem i Wayne’em. – Proszę uprzejmie – dodał, przyśpieszył kroku i zamknął się w garażu, nim zdążyły wybuchnąć krzyki.3.

Życie Leona Browna. Książka o tym tytule prawdopodobnie byłaby najbardziej ponurym utworem we wszechświecie. Ta myśl wkradała się Leonowi do głowy nie tylko w tak zwanym domu, ale również w szkole. Jego nauczycielka, Violet Lewis, wydawała się uczulona na niektórych uczniów, a zwłaszcza na niego. Nawet nie próbował udawać, że słucha na lekcjach. Rysował w zeszytach boiska piłkarskie i planował filmiki z trikami.

Zbliżanie się cotygodniowych zajęć z gry na pianinie również nie poprawiało mu humoru. Był świadomy, że jego muzyczny talent jest umiarkowany. Nawet panna Lemonhouse, doświadczona korepetytorka, miała trudności, by zrobić z niego pianistę. Leon Brown nigdy nie zasiądzie we fraku do fortepianu w sali koncertowej Royal Albert Hall z kłaniającym się obok asystentem do przewracania nut. Nie będzie dawał koncertów nawet na mniej znanych estradach. A jednak ciocia Agatha wciąż miała nadzieję. Muzykalność „może obudzić się w każdym”, powtarzała.

Leon zapukał do drzwi panny Lemonhouse raz i miał nadzieję, że się nie otworzą. Na próżno.

– Młody panie Brown, nasze zegarki chyba pokazują różne godziny – powiedziała Cecilia Lemonhouse i wpuściła chłopca do środka.

Był spóźniony. To była zagrywka taktyczna.

Liczył, że zajęcia będą krótsze, jeśli kolejny uczeń przyjdzie na czas. W akompaniamencie stukotu obcasów panny Lemonhouse podążał przez salon do biblioteki. Buty stukały równomiernie, podobnie do metronomu, który nauczycielka ustawiła na pianinie, by wybijał odpowiednie tempo. Rytm nigdy nie był wystarczająco spokojny dla Leona. Zręczności jego palców najbardziej odpowiadałoby largo, powoli, ale w żadnym wypadku nie allegro, szybko, którego niepotrzebnie wymagało wiele z zanotowanych w zeszycie utworów.

Opadł na siedzisko przed czarnym pianinem.

– Wyżej – upomniała panna Lemonhouse. – Proszę pamiętać o poprawnej wysokości. Krzesełko powinno być dopasowane do grającego. I proszę się wyprostować! Nie ma żadnego powodu, by wyglądać na przygnębionego.

Sama Cecilia Lemonhouse trzymała idealną postawę. Siadała na eleganckim zabytkowym krześle i opierała przedramiona na jego ozdobnych oparciach.

– Najpierw ćwiczymy palce – przykazała.

Leon zaczął grać skalę całotonową, ale palce potknęły się na klawiszach.

– A teraz skala molowa.

W mieszkaniu unosił się zapach dymu, perfum i mandarynek leżących w misie na pobliskim stoliku. Podczas rozgrzewki palców korepetytorka zawsze obierała pierwszą mandarynkę i jadła ją powoli, kawałek po kawałku. Cała lekcja trwała trzy mandarynki. Przed i po prawdopodobnie paliła papierosa, ponieważ po zajęciach zapach dymu zawsze zostawał na ubraniach.

– Tak, tak. A teraz zaczynamy. Gdzie skończyliśmy ostatnio? Czy nauczyliśmy się już „Canoe song”?

– Nauczyliśmy się.

– Chyba jednak nie skończyliśmy. Czyli zaczniemy od tego.

Leon był chyba jedynym uczniem, który przez lata zmagał się z pierwszym tomem „Szkoły na fortepian” J. Thompsona. Wciąż miał problemy z czytaniem nut. Podczas gry musiał patrzeć kolejno to na palce, to na nuty.

– Nie tak. – Pomylił się i wrócił do początku utworu. Kolejna próba nie była lepsza. – Ech, spróbuję jeszcze raz.

Panna Lemonhouse wzięła kawałek mandarynki do ust i zamknęła oczy.

Kiedy Leon po raz siódmy próbował utrzymać tempo „Canoe song”, nauczycielka westchnęła głęboko, wypuszczając woń mandarynki.

– Zupełnie inny niż matka – mruknęła nauczycielka.

Leon uniósł palce znad klawiszy i spojrzał na nią. Na bladej jak ściana twarzy zarysował się wyraz cierpienia.

– W jaki sposób?

– Co w jaki sposób?

– W jaki sposób inny niż matka?

– Sugar była utalentowana, niezmiernie utalentowana. To było widać już za młodu. Mogła stać się kimś. I prawie osiągnęła przełom, gdy…

– Ale jaki przełom? – zapytał. – I kto go osiągnął? – Opuścił palce i pomylił akord.

– Ach, więc… twoja… hm… więc była – zająknęła się i odchrząknęła. – Właściwie to nieważne.

– Nie znam żadnej Sugar – powiedział Leon. – Moja mama miała na imię Allison.

Panna Lemonhouse dostała nagłego ataku kaszlu.

– Spróbujmy teraz ten utwór, którego uczyliśmy się w ubiegłym tygodniu – oznajmiła, wycierając chusteczką pozostały na palcach sok z mandarynek.

– Ale o co chodziło z…

– Koniec gadania! Przyszedłeś spóźniony, więc powinniśmy się przyłożyć.

W drodze do domu Leon rozglądał się na wszystkie strony. Nie chciał, żeby ktokolwiek znajomy zobaczył go wracającego z książką do nauki i zeszytem do nut. Był z pewnością jedynym chłopakiem w Weston, który grał na pianinie.

– Jak było? – zapytała Agatha, gdy wrócił, ale chłopiec bez słowa zamknął się w swoim pokoju. Po zajęciach z pianina zazwyczaj był w złym nastroju, tak jak i teraz.

„…zupełnie inny niż matka…”

„…Sugar była tak utalentowana…”

„…prawie osiągnęła przełom, gdy…”

Słowa panny Lemonhouse kołatały mu się w głowie. Jaka Sugar? Jaki przełom? Czy coś jej się pomieszało? Czemu zaczęła kasłać, gdy wreszcie Leon chciał o coś zapytać?

Oczywiście byłoby fajnie wiedzieć, że jest się utalentowanym. Choć raz. W czymkolwiek. Byłoby miło usłyszeć dla odmiany: „Mógłbyś zostać kimś”.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij