Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Narzeczeni - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Rok wydania:
2011
Czytaj fragment
Pobierz fragment
0,00
Cena w punktach Virtualo:
0 pkt.

Narzeczeni - ebook

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

Kategoria: Klasyka
Zabezpieczenie: brak
Rozmiar pliku: 887 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

„Czym­że jest za­praw­dę hi­sto­ria, je­śli nie peł­nym chwa­ły bo­jem to­czo­nym z Cza­sem? Bo­wiem, wy­dzie­ra­jąc mu z rąk mi­nio­ne lata, niby wzię­tych prze­zeń w nie­wo­lę wo­jow­ni­ków czy na­wet tru­py po­le­głych, po­wra­ca ich ży­ciu, pod­da­je prze­glą­do­wi i usta­wia po­now­nie w szyk bo­jo­wy. Wszak­że zna­ko­mi­ci owi Woje, któ­rzy w ta­kiej wal­ce zdo­by­wa­ją Pal­my i Lau­ry, zwy­kli za­gar­niać dla się co cen­niej­sze i wspa­nial­sze łupy, bal­sa­mu­jąc w in­kau­ście Czy­ny Wiel­kich, Moż­nych tu­dzież zna­ko­mi­tych Per­son, ha­ftu­jąc nie koń­czą­cą się wstę­gę Sła­wy ostrą igłą swe­go je­niu­szu, zło­tem i wie­lo­barw­nym je­dwa­biem na­wle­czo­ną. Memu wszak­że mi­zer­ne­mu pió­ru nie przy­stoi się­gać do spraw tak wznio­słych, do­stoj­nych a nie­bez­piecz­nych ni za­pusz­czać się w La­bi­ryn­ty Po­li­tycz­nych Za­my­słów, ni po­wta­rzać dźwię­ki Surm wo­jen­nych. Prze­to, sko­ro do­szły mnie wie­ści o za­dzi­wia­ją­cych wy­da­rze­niach, ja­kie spo­tka­ły oso­by mi­zer­nej kon­dy­cji i ubo­gie, spo­so­bię się do prze­ka­za­nia ich pa­mię­ci Po­tom­nych, po­da­jąc szcze­rą i praw­dzi­wą o nich Opo­wieść albo Re­la­cją. Na któ­rej po­sęp­nym Te­atrum uj­rzeć moż­na bę­dzie łac­no Tra­ge­dy­je strasz­li­we, Sce­ny nie­go­dzi­wość ludz­ką przed­sta­wia­ją­ce na prze­mian z cno­tli­wy­mi Czy­na­mi i ob­ra­za­mi aniel­skiej za­iste Do­bro­ci, sta­ją­cej na prze­kór dy­abel­skim za­my­słom.

Za­praw­dę bo­wiem, zwa­żyw­szy, iż ta Oy­czy­zna na­sza pod ber­łem Jego Kró­lew­skiej Mo­ści Ka­to­lic­kiej, Pana na­sze­go, się znaj­du­je, któ­ren jest na po­do­bień­stwo Słoń­ca, co nig­dy nie za­cho­dzi, tu­dzież iż przy­świe­ca tey Oy­czyź­nie na­szey, niby świa­tłem od­bi­tym, Księ­życ nie za­cho­dzą­cy, Ry­cerz szla­chet­ne­go Rodu, pro tem­po­re opie­kę nad nią spra­wu­ją­cy, wresz­cie Szla­chet­ni Se­na­to­ro­wie niby Gwiaz­dy sta­łe, wraz z in­ny­mi Do­stoj­ny­mi Pa­na­mi Urzęd­ni­ka­mi na po­do­bień­stwo Pla­net wę­dru­ją­cy wszę­dy do­bro­czyn­ne świa­tło roz­sie­wa­ją, wznio­sły two­rząc Fir­ma­ment – in­ney niż­li w sztu­ce dy­abel­skey nie po­dob­na do­pa­trzyć się przy­czy­ny tego, iż zie­mia ta zły­mi czy­na­mi, nie­pra­wo­ścią i okru­cień­stwem w sro­gie pie­kło prze­mie­nio­ną zo­sta­ła… sama bo­wiem złość ludz­ka nie by­ła­by zdol­na sta­nąć na prze­kór wszyst­kim tym Ry­ce­rzom, któ­rzy okiem Ar­gu­sa i Bria­reu­so­wym ra­mie­niem nad po­myśl­no­ścią kra­ju czu­wa­ją.

Opi­su­jąc owe zda­rze­nia za­szłe w cza­sie, gdym nie­źra­łym był pa­cho­lę­ciem, mimo iż wiel­ka mno­gość przed­sta­wio­nych w nich per­son z daw­na już opu­ści­ła Sce­nę tego Świa­ta, Par­kom w len­no się od­daw­szy, z na­leż­nym re­spek­tem prze­mil­czeć wolę ich imio­na, pa­ran­te­lę jako też i miej­sca, w któ­rych per­so­ny owe prze­by­wa­ły, wy­mie­nia­jąc li tyl­ko ge­ne­ra­li­ter Pro­win­cją. Nie wiem, zali nie naj­dą się tacy, któ­rzy po­dob­ne prze­mil­cze­nie za uszczer­bek tej pro­stej mo­jej Opo­wie­ści po­czy­ta­ją; wsze­la­ko wie­rzę, iż kry­tyk ów mu­siał­by być zgo­ła Fi­lo­zo­fiey wszel­kiey nie­świa­dom, na­to­miast co się ty­czy tych, któ­rzy w ta­ko­wey są bie­gli, tu­szę, iż ni­ja­kie­go man­ka­men­tu w Opo­wie­ści tey nie do­strze­gą. Boć rzecz to nie­wąt­pli­wa, któ­ra przez ni­ko­go ne­go­wa­na być nie może, iż imio­na są je­dy­nie czy­stym, naj­czyst­szym przy­pad­kiem…"

– Ależ je­że­li na­wet do­ko­nam tej gi­gan­tycz­nej pra­cy i prze­pi­szę rzecz całą z tego wy­bla­kłe­go i nie­czy­tel­ne­go rę­ko­pi­su, je­że­li – jak się to mówi – wy­do­bę­dę ową hi­sto­rię na świa­tło dzien­ne, czy znaj­dzie się kto­kol­wiek, kto by za­dał so­bie trud jej prze­czy­ta­nia?

Wąt­pli­wo­ści te ogar­nę­ły mnie w cza­sie mo­zol­ne­go od­cy­fro­wy­wa­nia ba­zgra­ni­ny na­stę­pu­ją­cej po sło­wie „przy­pad­kiem” i spra­wi­ły, że prze­rwa­łem pra­cę i za­sta­no­wi­łem się po­waż­nie nad tym, co po­wi­nie­nem uczy­nić. „Co praw­da – mó­wi­łem so­bie prze­rzu­ca­jąc kar­ty rę­ko­pi­su – ta plą­ta­ni­na za­wi­łych okre­sów nie cią­gnie się, na szczę­ście, przez całą dłu­gość opo­wie­ści. Mój czci­god­ny sie­dem­na­sto­wiecz­ny ko­le­ga wy­si­lił się, aby za­raz na pierw­szych kar­tach uwi­docz­nić cały swój kunszt, ale w dal­szym cią­gu opo­wia­da­nia styl jego sta­je się miej­sca­mi zu­peł­nie zwy­kły i na­tu­ral­ny.

Tak, ale ja­kiż za to tu­zin­ko­wy! Jaki nie­zdar­ny! Jak roi się od błę­dów! Dia­lekt lom­bardz­ki po­mie­sza­ny ze zda­nia­mi w ję­zy­ku li­te­rac­kim, uży­ty­mi bez sen­su, fan­ta­stycz­na gra­ma­ty­ka, dłu­gie, bez­ład­ne okre­sy. W do­dat­ku tu i ów­dzie hisz­pań­ska ozdob­ność. A na do­bit­kę w naj­tra­gicz­niej­szych czy naj­bar­dziej wzru­sza­ją­cych mo­men­tach ma­ją­cych wy­wo­łać po­dziw, zdu­mie­nie, po­bu­dzić do my­śle­nia, we wszyst­kich tych miej­scach, jed­nym sło­wem, któ­re wy­ma­ga­ją pew­ne­go pa­to­su, ale pa­to­su dys­kret­ne­go, w do­brym gu­ście, au­tor nie omiesz­ka nig­dy ura­czyć nas swo­ją prze­sad­ną, taką jak w przy­to­czo­nym wstę­pie, re­to­ry­ką. I, łą­cząc z nie­by­wa­łą zręcz­no­ścią wręcz prze­ciw­ne ro­dza­je sty­lu, osią­ga to, że na prze­strze­ni jed­nej stro­ni­cy, w jed­nym zda­niu, ba, w jed­nym sło­wie na­wet – po­tra­fi być nie­okrze­sa­ny i afek­to­wa­ny za­ra­zem. Wszę­dzie na­pu­szo­ne de­kla­ma­cje, kle­co­ne nie­zdar­nie i w nie­zgo­dzie z gra­ma­ty­ką, pre­ten­sjo­nal­ność ce­chu­ją­ca pi­sma owej epo­ki w na­szym kra­ju. Do­praw­dy, nie jest to utwór, któ­ry moż­na by dać dzi­siej­szym czy­tel­ni­kom: są wy­ma­ga­ją­cy i zbyt zde­gu­sto­wa­ni do tego ro­dza­ju dzi­wo­lą­gów. Całe szczę­ście, że opa­mię­ta­łem się dość wcze­śnie, na sa­mym po­cząt­ku tej nie­for­tun­nej ro­bo­ty – umy­wam od niej ręce.

Ale kie­dym za­my­kał rę­ko­pis, aby odło­żyć go na miej­sce, zro­bi­ło mi się żal, że taka pięk­na opo­wieść ma po­zo­stać nie­zna­na na za­wsze. Bo jed­nak hi­sto­ria ta, choć może in­a­czej osą­dzą ją czy­tel­ni­cy, mnie wy­da­ła się pięk­na, bar­dzo pięk­na. „Czyż­by – po­my­śla­łem – nie dało się za­czerp­nąć z tego rę­ko­pi­su sa­mych tyl­ko fak­tów i opo­wie­dzieć je na nowo?” A po­nie­waż nie przy­szedł mi na myśl ża­den ar­gu­ment prze­ciw­ko temu, na­tych­miast po­wzią­łem po­sta­no­wie­nie. Oto jest ge­ne­za tej książ­ki; wy­ło­ży­łem ją z pro­sto­tą od­po­wia­da­ją­cą wa­dze książ­ki sa­mej.

Nie­któ­re jed­nak z opi­sa­nych w na­szym ma­nu­skryp­cie wy­da­rzeń i oby­cza­jów wy­da­ły nam się czymś tak no­wym, tak dzi­wacz­nym (że nie uży­ję sil­niej­sze­go okre­śle­nia), że za­nim da­li­śmy im wia­rę, po­sta­no­wi­li­śmy po­szu­kać in­nych jesz­cze świa­dectw. Za­czę­li­śmy szpe­rać w pa­mięt­ni­kach i do­ku­men­tach tej epo­ki, chcąc wy­ba­dać, czy rze­czy­wi­ście ta­kim try­bem to­czył się wów­czas świat. Re­zul­ta­ty tych po­szu­ki­wań roz­pro­szy­ły wszyst­kie na­sze wąt­pli­wo­ści: na każ­dym kro­ku na­po­ty­ka­li­śmy po­dob­ne lub ja­skraw­sze jesz­cze fak­ty. Rów­nież, co wy­da­ło nam się naj­bar­dziej prze­ko­ny­wa­ją­ce, na­tknę­li­śmy się na sze­reg po­sta­ci, o któ­rych wzmian­ki nig­dzie poza na­szym ma­nu­skryp­tem nig­dy­śmy przed­tem nie spo­tka­li i któ­rych rze­czy­wi­ste ist­nie­nie po­da­wa­li­śmy wo­bec tego w wąt­pli­wość. We wła­ści­wych miej­scach po­wo­ła­my się na nie­któ­re spo­śród tych świa­dectw gwo­li po­twier­dze­nia praw­dzi­wo­ści fak­tów, zbyt dzi­wacz­nych, by czy­tel­nik ła­two dał im wia­rę.

Ale od­rzu­ca­jąc for­mę nada­ną opo­wie­ści przez jej au­to­ra, jako zbyt nie­zno­śną, czym­że­śmy ją za­stą­pi­li? Oto do­cho­dzi­my do sed­na spra­wy.

Kto­kol­wiek nie­pro­szo­ny bie­rze się do prze­ra­bia­nia cu­dze­go utwo­ru, musi być go­tów zdać ści­śle spra­wą z tego, co uczy­ni; w pew­nym sen­sie za­cią­ga zo­bo­wią­za­nie, jest to ogól­nie przy­ję­ta za­sa­da i nie za­mie­rza­my by­najm­niej z niej się wy­ła­my­wać. A na­wet, pod­po­rząd­ko­wu­jąc się jej do­bro­wol­nie i w ca­łej roz­cią­gło­ści, po­sta­no­wi­li­śmy uza­sad­nić szcze­gó­ło­wo przy­ję­ty przez nas spo­sób pi­sa­nia tej książ­ki. W cza­sie jej two­rze­nia sta­ra­li­śmy się od­ga­dy­wać wszel­kie moż­li­we za­rzu­ty i za­wcza­su je od­pie­rać. Nie było to bar­dzo trud­ne za­da­nie; w imię praw­dy win­ni­śmy tu stwier­dzić, że nie przy­cho­dził nam na myśl ani je­den taki za­rzut, któ­re­mu nie to­wa­rzy­szył­by ar­gu­ment prze­ciw­ny, może nie roz­strzy­ga­ją­cy za­gad­nie­nia, ale zmie­nia­ją­cy jego isto­tę. Nie­raz też pró­bo­wa­li­śmy usta­wiać dwa za­rzu­ty twa­rzą w twarz i po­zwa­la­li­śmy im sto­czyć ze sobą wal­kę. I cóż? Roz­pa­trzo­ne do głę­bi, roz­trzą­śnię­te do­kład­nie, oka­zy­wa­ły się wbrew po­zor­nym prze­ci­wień­stwom jed­na­kiej w grun­cie rze­czy na­tu­ry: wy­pły­wa­ły za­zwy­czaj z lek­ce­wa­że­nia za­rów­no fak­tów, jak i za­sad, na któ­rych win­ni­śmy opie­rać swo­je sądy. Stwier­dziw­szy to, usta­wia­li­śmy, ku ich wiel­kie­mu zdzi­wie­niu, na­sze za­rzu­ty pa­ra­mi i wspól­nie wy­pra­wia­li, do­kąd oczy po­nio­są.

Jak świat świa­tem nie było chy­ba pi­sa­rza, któ­ry by tak skru­pu­lat­nie do­wo­dził swo­jej słusz­no­ści. Ale cóż? Kie­dy przy­szło do zgro­ma­dze­nia wszyst­kich tych za­rzu­tów i od­po­wie­dzi, aby za­pro­wa­dzić w nich pe­wien ład – li­to­ści! Toż wy­szła z nich cała książ­ka. Co wi­dząc, od­rzu­ci­li­śmy pier­wot­ny za­miar z dwóch po­wo­dów, któ­re czy­tel­ni­ko­wi rów­nież za­pew­ne wy­da­dzą się słusz­ne: po pierw­sze, że książ­ka na­pi­sa­na ce­lem uspra­wie­dli­wie­nia in­nej książ­ki i jej sty­lu mo­gła­by się wy­dać czymś za­iste śmiesz­nym; po dru­gie, że wy­star­czy jed­na książ­ka na raz, o ile i to nie jest zbyt wie­le.ROZ­DZIAŁ DRU­GI

Le­gen­da gło­si, że ksią­żę Kon­de­usz prze­spał spo­koj­nie noc po­prze­dza­ją­cą wiel­ki dzień pod Ro­croi; ale, po pierw­sze, ogrom­nie był stru­dzo­ny, po dru­gie, wy­dał przed­tem wszyst­kie po­trzeb­ne roz­ka­zy i usta­lił do­kład­nie, cze­go mą ran­kiem do­ko­nać. Don Ab­bon­dio na­to­miast wie­dział to je­dy­nie, że na­za­jutrz cze­ka go bój. To­też stra­wił więk­szą część nocy na peł­nych nie­po­ko­ju roz­wa­ża­niach. Tego, by zlek­ce­wa­żyć groź­ne ostrze­że­nie i ślu­bu udzie­lić – nie brał na­wet wca­le pod uwa­gę. Zwie­rzyć się Ren­zo­wi z tego, co się wy­da­rzy­ło, i wspól­nie z nim szu­kać wyj­ścia… Boże broń!… „Ani pary z gęby, bo jak nie, to… ehm…” – po­wie­dział prze­cież je­den z owych zu­chów. A wspo­mnie­nie tego „ehm”. spra­wi­ło, że don Ab­bon­dio nie tyl­ko od­rzu­cił myśl o prze­ła­ma­niu za­ka­zu, ale po­czuł doj­mu­ją­cy żal, że wy­ga­dał się przed Per­pe­tuą. Więc może uciec? Ale do­kąd? A zresz­tą, ile nie­bez­pie­czeństw, jaka od­po­wie­dzial­ność!

Za każ­dym od­rzu­co­nym po­my­słem nie­szczę­śnik prze­wra­cał się z boku na bok na łóż­ku. Jed­no wy­da­wa­ło mu się nie­wąt­pli­we: że na­le­ży zy­skać na cza­sie oma­miw­szy Ren­za ja­kąś zmy­ślo­ną prze­szko­dą. Przy­szło mu na myśl, że nie­ba­wem za­cznie się ad­went, kie­dy to ślu­by są wzbro­nio­ne. „Że­bym jeno po­wstrzy­mał chło­pa­ka przez tych parę dni, to będę miał dwa mie­sią­ce wy­tchnie­nia; a przez dwa mie­sią­ce nie­jed­no może się wy­da­rzyć.”

Za­czął prze­my­śli­wać, ja­kich by tu użyć ar­gu­men­tów. A choć wszyst­kie wy­da­wa­ły mu się dość bła­he, prze­cież po­cie­szał się my­ślą, że jego su­kien­ka du­chow­na doda im zna­cze­nia, a do­świad­cze­nie po­de­szłe­go wie­ku stwo­rzy po­trzeb­ną prze­wa­gę nad mło­do­cia­nym pro­stacz­kiem. „No cóż – po­my­ślał pro­boszcz – jemu cho­dzi o dziew­czy­nę, mnie zaś o wła­sną skó­rę; ju­ścić mój in­te­res bar­dziej jest waż­ki, a i ja spryt­niej­szy je­stem od nie­go. Dro­gi synu, je­że­li cie­bie grzbiet świerz­bi, to trud­no; ale ja nie my­ślę wła­zić w tę ka­ba­łę.”

Uspo­ko­iw­szy nie­co umysł po­wyż­szym roz­wa­ża­niem pro­boszcz zdo­łał wresz­cie zmru­żyć oczy. Ale cóż to był za spo­czy­nek! Ja­kie sny! Zwi­dy­wa­li mu się bra­vi, don Ro­dri­go, Ren­zo, ja­kieś dróż­ki, ska­ły, uciecz­ki, po­ści­gi, krzy­ki i strze­la­ni­na.

Chwi­la prze­bu­dze­nia jest dla ko­goś, komu zda­rzy­ło się nie­szczę­ście albo kto zna­lazł się w cięż­kim kło­po­cie, za­zwy­czaj peł­na go­ry­czy. Umysł na pół ock­nio­ny po­wra­ca do po­wsze­dnich my­śli i do­tych­cza­so­we­go spo­koj­ne­go ży­cia; ale rap­tem na­tręt­nie sta­je przed oczy­ma ów nowy stan rze­czy, bar­dziej jesz­cze trud­ny do znie­sie­nia przez kon­trast z pierz­chłym przed chwi­lą złu­dze­niem. Za­kosz­to­waw­szy go­ry­czy ta­kie­go prze­bu­dze­nia don Ab­bon­dio prze­biegł szyb­ko my­ślą swo­je noc­ne roz­wa­ża­nia, utwier­dził się w po­wzię­tych za­mia­rach, upo­rząd­ko­wał je nie­co i pod­nió­sł­szy się z łoża jął nie­cier­pli­wie, acz­kol­wiek z pew­nym nie­po­ko­jem, ocze­ki­wać na­dej­ścia Ren­za.

Lo­ren­zo czy też Ren­zo, jak go po­wszech­nie zwa­no, nie dał na sie­bie dłu­go cze­kać. Wy­brał się do pro­bosz­cza tak wcze­śnie, jak tyl­ko wy­da­ło mu się to moż­li­we bez na­tręc­twa, gna­ny ra­do­snym za­pa­łem dwu­dzie­sto­let­nie­go mło­dzień­ca, któ­ry w tym dniu za­mie­rza po­ślu­bić uko­cha­ną. W chło­pię­cych jesz­cze la­tach utra­cił swo­ich bli­skich; trud­nił się przę­dze­niem je­dwa­biu, co było w jego ro­dzi­nie za­ję­ciem, moż­na by rzec, dzie­dzicz­nym. Nie­gdyś było to rze­mio­sło dość in­trat­ne; w owym cza­sie chy­li­ło się już ku upad­ko­wi, nie tak jed­nak da­le­ce, żeby wy­kwa­li­fi­ko­wa­ny ro­bot­nik nie mógł w tym fa­chu za­ro­bić na ży­cie. Pra­cy uby­wa­ło wpraw­dzie z dnia na dzień, rów­no­cze­śnie jed­nak nie­usta­ją­ca emi­gra­cja ro­bot­ni­ków, zwa­bia­nych do są­sied­nich pań­ste­wek na­dzie­ją lep­szych płac i roz­ma­itych ko­rzy­ści, spra­wia­ła, że dla tych, co po­zo­sta­li na miej­scu, pra­cy wciąż jesz­cze wy­star­cza­ło.

Prócz swe­go fa­chu miał jesz­cze Ren­zo tro­chę zie­mi, któ­rą upra­wiał bądź z po­mo­cą in­nych, bądź sam w okre­sach, kie­dy przę­dzal­nia była nie­czyn­na. Tak więc w po­rów­na­niu z in­ny­mi Ren­zo mógł uwa­żać się za ma­jęt­ne­go i mimo że rok za­po­wia­dał się jesz­cze cięż­szy od po­przed­nie­go i głód za­czy­nał nie na żar­ty da­wać się lu­dziom we zna­ki, nasz mło­dzie­niec, któ­ry stał się bar­dzo za­bie­gli­śmy, od­kąd zwró­cił oczy na Łu­cję, miał dom wy­star­cza­ją­co za­opa­trzo­ny i mógł się gło­du nie oba­wiać.

Przed pro­bosz­czem sta­wił się w peł­nej gali, z pę­kiem róż­no­barw­nych piór u ka­pe­lu­sza, z tkwią­cym za pa­sem pu­gi­na­łem o pięk­nej rę­ko­je­ści. Wy­glą­dał uro­czy­ście, ale rów­no­cze­śnie tro­chę za­wa­diac­ko, jak więk­szość męż­czyzn, na­wet naj­spo­koj­niej­szych, w owych cza­sach. Nie­pew­ny i jak gdy­by tro­chę ta­jem­ni­czy wy­raz, z ja­kim po­wi­tał go don Ab­bon­dio, sta­no­wił ja­skra­wy kon­trast z we­so­łym i re­zo­lut­nym za­cho­wa­niem mło­dzień­ca. „Coś go wi­dać tra­pi” – po­my­ślał Ren­zo i ode­zwał się:

– Przy­sze­dłem, księ­że pro­bosz­czu, za­py­tać, o ja­kiej po­rze bę­dzie księ­dzu do­god­nie, by­śmy się sta­wi­li w ko­ście­le?

– A o jaki dzień cho­dzi?

– Jak­że to: jaki dzień? Czy za­po­mniał ksiądz pro­boszcz, że­śmy się umó­wi­li na dzi­siaj?

– Dzi­siaj? – po­wtó­rzył ksiądz ta­kim to­nem, jak­by pierw­szy raz o tym sły­szał.– Dzi­siaj?… dzi­siaj… mu­si­cie mieć cier­pli­wość, dzi­siaj to nie po­dob­na.

– Dziś nie po­dob­na? A cóż się sta­ło?

– Przede wszyst­kim, wi­dzisz, nie czu­ję się dziś zdrów.

– To nie­do­brze; aleć na to, co ksiądz pro­boszcz ma do zro­bie­nia, nie trze­ba wie­le cza­su ani wie­le fa­ty­gi…

– Ale poza tym…

– Co poza tym?

– Są prze­szko­dy.

– Prze­szko­dy? Ja­kież tu prze­szko­dy być mogą?

– Ech, nam tyl­ko, ka­pła­nom, wia­do­mo, ile trud­no­ści jest na każ­dym kro­ku, jaka na nas spo­czy­wa od­po­wie­dzial­ność! Ja mam ser­ce mięk­kie, za­wsze chcę wszyst­ko ła­go­dzić, uła­twić, usu­nąć prze­szko­dy, każ­de­mu wy­go­dzić nie ba­cząc, że wy­kra­czam poza swo­je obo­wiąz­ki, a po­tem mam jeno wy­mów­ki albo i co gor­sze­go.

– Na mi­łość bo­ską, księ­że pro­bosz­czu, nie­chże mnie ksiądz nie trzy­ma w ta­kiej nie­pew­no­ści, ale po­wie ja­sno, o co idzie.

– A masz ty po­ję­cie, ile po­trze­ba prze­róż­nych ko­ro­wo­dów, aby za­wrzeć le­gal­ne mał­żeń­stwo?

– Chy­ba że wiem coś o tym – od­parł Ren­zo, któ­re­go za­czął ogar­niać gniew. – Toć mi ksiądz pro­boszcz do­syć gło­wy na­su­szył o to wszyst­ko ostat­ni­mi cza­sy. Ale prze­cież wszyst­ko to już zro­bio­ne, co było do zro­bie­nia, czy może nie?

– Wszyst­ko, wszyst­ko, tak się to­bie zda­je. Tro­chę cier­pli­wo­ści! Wszyst­ko wali się na mnie, na mnie, któ­ry dep­czę swo­je obo­wiąz­ki, byle tyl­ko lu­dziom tro­ski oszczę­dzić!… Ale te­raz… do­syć tego. Do­syć, wiem, co mó­wię. My, nie­szczę­śni pro­bosz­cze, je­ste­śmy niby mię­dzy mło­tem a ko­wa­dłem… Ty się nie­cier­pli­wisz, ja ci współ­czu­ję, bied­ny chłop­cze, a tym­cza­sem moi prze­ło­że­ni… ale sza, nie wszyst­ko przy­stoi mi mó­wić… dość, że za­wsze na nas się skru­pi.

– Nie­chże mi ksiądz pro­boszcz po­wie na ko­niec ja­sno, co mam zro­bić jesz­cze, a bę­dzie wnet zro­bio­ne.

– A wiesz ty, ja­kie są prze­szko­dy ka­no­nicz­ne?

– Skąd­że bym miał wie­dzieć?

– Er­ror, con­di­tio, vo­tum, co­gna­tio, cri­men, Cul­tus di­spa­ri­tas, vis, ordo, li­ga­men, ho­ne­stas,

Si sis af­fi­nis. – roz­po­czął don Ab­bon­dio ra­chu­jąc na roz­sta­wio­nych pal­cach.

– Drwi so­bie ksiądz ze mnie? – prze­rwał mło­dzie­niec. – Co mnie ob­cho­dzą księ­dza la­ti­no­rum?

– A wi­dzisz? Sko­ro nie wiesz, uzbrój się w cier­pli­wość i zdaj się na ta­kich, co wie­dzą.

– Hola!…

– No, no, Ren­zo, nie unoś się gnie­wem, mój miły; go­tów je­stem uczy­nić wszyst­ko… wszyst­ko, co w mo­jej mocy. Chciał­bym z du­szy cię za­do­wo­lić, bom ci szcze­rze życz­li­wy. Ech, po­my­śleć, jak ci było do­brze na świe­cie… cze­góż ci było brak? A tu strze­li­ło ci do gło­wy, żeby się że­nić…

– Cóż to za mowa, księ­że pro­bosz­czu? – wy­krzyk­nął Ren­zo rów­nie zdu­mio­ny jak roz­złosz­czo­ny.

– Mó­wię i po­wia­dam: uzbrój się w cier­pli­wość. Chcę dla cie­bie jak naj­le­piej…

– Ale w koń­cu…

– W koń­cu, synu dro­gi, to nie moja wina. Nie ja usta­na­wiam pra­wa. Przed udzie­le­niem ślu­bu pra­wo na­ka­zu­je nam zba­dać wszyst­ko su­mien­nie, aby mieć pew­ność, że nie ma żad­nych prze­szkód.

– Czy po­wie mi ksiądz wresz­cie, jaka tu się zna­la­zła prze­szko­da?

– Uzbrój się w cier­pli­wość, to się nie da tak wy­ło­żyć w mgnie­niu oka. Nie bę­dzie tu może nic tak waż­kie­go, mam tę na­dzie­ję. Ale moim obo­wiąz­kiem jest zba­dać… wszyst­ko. Pra­wo mówi ja­sno: An­te­qu­am ma­tri­mo­nium de­nu­tiat…

– Ju­żem mó­wił księ­dzu, że nie chcę tej ła­ci­ny!

– Ale prze­cie mu­szę ci wy­ło­żyć …

– Al­boż ksiądz nie zro­bił daw­no tych ja­kichś ba­dań?

– Nie wszyst­ko, nie tak, ja­kem był po­wi­nien…

– Cze­muż ksiądz nie zro­bił tego na czas? Cze­mu mnie zwo­dził, że wszyst­ko go­to­we? Po cóż cze­kać…

– A! Wy­ma­wiasz mi te­raz moje do­bre ser­ce? Uła­twia­łem rzecz Każ­dą, sta­ra­łem się czy­nić we­dle twe­go ży­cze­nia. A tym­cza­sem… ale dość, wiem, co mó­wię.

– A ja? Cóż ze mną?

– Mu­sisz być cier­pli­wy jesz­cze kil­ka dni. Synu dro­gi, kil­ka dni to prze­cież nie wiecz­ność, uzbrój się w cier­pli­wość…

– Jak dłu­go?

„No, je­ste­śmy na do­brej dro­dze” – po­my­ślał don Ab­bon­dio i rzekł bar­dzo ła­ska­wie:

– Za dwa ty­go­dnie. Będę się sta­rał; może się da zro­bić.

– Dwa ty­go­dnie! A to co zno­wu? Zro­bi­li­śmy wszyst­ko, jak nam ksiądz ka­zał; umó­wi­li­śmy dzień, dzień nad­cho­dzi, a ksiądz mi te­raz po­wia­da: dwa ty­go­dnie! Dwa!… – wy­krzyk­nął gło­śno, wście­kle wy­ma­chu­jąc wznie­sio­ną w górę pię­ścią i nie wia­do­mo ja­kie do­dał­by do tej licz­by prze­kleń­stwo, gdy­by don Ab­bon­dio nie prze­rwał mu chwy­ciw­szy go za dru­ga rękę i przy­trzy­mu­jąc ją w skwa­pli­wym, a nie­śmia­łym uci­sku.

– No, no, nie unoś się, na mi­łość bo­ską! Zo­ba­czę, po­sta­ram się, może za ty­dzień…

– A co ja po­wiem Lu­cji?

– Po­wiesz, żem się omy­lił.

– A lu­dzie co będą ga­da­li?!

– Po­wiesz wszyst­kim, że to moja wina, że po­mył­ka, że to z po­śpie­chu, bom chciał dla was jak naj­le­piej… zrzu­cisz wszyst­ko na mnie… Cóż mogę wię­cej? Ty­dzień je­den za­le­d­wie.

– A po tym ty­go­dniu nie przyj­dą inne prze­szko­dy?

– Sko­ro mó­wię…

– Do­brze więc. Będę cier­pli­wy przez ty­dzień. Ale niech ksiądz pa­mię­ta: jak ty­dzień mi­nie, nie po­prze­sta­nę na żad­nych obie­can­kach… Kła­niam się księ­dzu pro­bosz­czo­wi!

To rze­kł­szy wy­szedł kła­nia­jąc się nie tak głę­bo­ko jak za­zwy­czaj i rzu­ca­jąc spoj­rze­nie bar­dziej wy­mow­ne niż peł­ne sza­cun­ku.

Idąc po raz pierw­szy bez ra­do­ści w stro­nę domu na­rze­czo­nej, roz­pa­mię­ty­wał gniew­nie roz­mo­wę z pro­bosz­czem, a im wię­cej o niej my­ślał, tym bar­dziej wy­da­wa­ła mu się dziw­na. Chłod­ne i ja­kieś nie­pew­ne za­cho­wa­nie don Ab­bon­dia, jego ton nie­cier­pli­wy i nie­chęt­ny, jak­by z przy­mu­sem wy­po­wia­da­ne sło­wa, spoj­rze­nie jego sza­rych oczu ucie­ka­ją­ce gdzieś w bok, jak­by oba­wia­ło się spo­tkać ze sło­wa­mi, któ­re rów­no­cze­śnie wy­ma­wia­ły jego usta, to uda­wa­nie, ja­ko­by pierw­szy raz sły­szał o za­mie­rzo­nym mał­żeń­stwie, szcze­gó­ło­wo przed­tem oma­wia­nym, a zwłasz­cza te nie­ja­sne wzmian­ki o czymś, co wzbra­niał się wy­raź­nie po­wie­dzieć – wszyst­ko to, ra­zem ze­bra­ne, na­sti­wa­ło Ren­zo­wi po­dej­rze­nie ja­kiejś ta­jem­ni­cy oraz myśl, że don Ab­bon­dio usi­łu­je weń wmó­wić coś zgo­ła in­ne­go, niż jest w rze­czy­wi­sto­ści. Przy­sta­nął na­wet na chwi­lę w za­mia­rze za­wró­ce­nia na ple­ba­nię, przy­par­cia księ­dza do muru i wy­do­by­cia zeń wy­zna­nia, o co mu cho­dzi. Ale w tej­że chwi­li zo­ba­czył przed sobą Per­pe­tuę wcho­dzą­cą do po­ło­żo­ne­go nie opo­dal domu ogród­ka. Za­wo­łał na nią, kie­dy sta­nę­ła przy furt­ce, przy­śpie­szył kro­ku i do­go­nił ją u wej­ścia z moc­nym po­sta­no­wie­niem zdo­by­cia po­trzeb­nych mu wia­do­mo­ści.

– Dzień do­bry, Per­pe­tuo; spo­dzie­wa­łem się, że bę­dzie­my się dzi­siaj wspól­nie we­se­li­li.

– Ha, wszyst­ko w ręku Boga, mój bied­ny Ren­zo!

– Od­daj­cie mi przy­słu­gę; nasz świą­to­bli­wy pro­boszcz pra­wił mi tu coś, cze­go w ża­den spo­sób wy­ro­zu­mieć nie mogę. Wy­tłu­macz­cież mi wy, cze­mu to on nie może czy nie chce po­że­nić nas dzi­siaj.

– A cóż to, al­boż ja znam se­kre­ty mego pana?

„A więc tkwi w tym ja­kiś se­kret, tak jak mi się wy – da­wa­ło” – po­my­ślał Ren­zo i chcąc wy­do­być ten se­kret na świa­tło dzien­ne cią­gnął da­lej:

– No, Per­pe­tuo, by­li­ście mi prze­cie za­wsze życz­li­wa. Po­wiedz­cie mi, co wie­cie, do­po­móż­cież mi, bie­da­ko­wi.

– Nie­do­brze uro­dzić się bie­da­kiem, mój Ren­zo.

– Świę­ta praw­da – przy­tak­nął utwier­dza­jąc się co­raz bar­dziej w swo­ich po­dej­rze­niach i pró­bu­jąc zgłę­bić do dna ta­jem­ni­cę do­dał: – Ale czyż przy­stoi ka­pła­nom po­mia­tać bie­da­ka­mi?

– Słu­chaj, Ren­zo. Nie mogę nic po­wie­dzieć, bo… no, bo nic nie wiem. Ale mo­żesz mi wie­rzyć, że mój pan nie chce krzyw­dzić ani cie­bie, ani ni­ko­go. To nie jego wina!

– Więc czy­jaż? – za­py­tał Ren­zo na po­zór nie­dba­le, lecz z drże­niem ser­ca, cały za­mie­nio­ny w słuch.

– Toć mó­wię ci, że nie nie wiem… ale prze­cie trze­ba mi bro­nić mego pana… ser­ce mi się kra­je, kie­dy sły­szę, jak się go po­ma­wia o to, że chce czy­jejś krzyw­dy. Bie­da­czek! Je­śli grze­szy, to chy­ba przez zby­tek do­bro­ci. Za do­bry on do tego świa­ta łaj­da­ków, gwał­tow­ni­ków, lu­dzi, co się Boga nie boją…

„Łaj­da­ki? Gwał­tow­ni­cy? – po­wtó­rzył w my­śli Ren­zo. – Nie o wła­dzy ko­ściel­nej tu mowa.”

– No – rzekł sta­ra­jąc się nie oka­zać wzbu­rze­nia – po­wiedz­cież mi wresz­cie, kto to taki.

– Ale, chciał­byś mnie zmu­sić do mó­wie­nia. A ja nie mogę… nie mogę… no, bo nic nie wiem. A jak nic… nie wiem, to to samo, co gdy­bym przy­się­ga­ła, że nie po­wiem. Ani po­wro­zem sło­wa nie wy­rwiesz mi z gar­dła. No, z Bo­giem, dar­mo tu tyl­ko czas tra­ci­my.

To rze­kł­szy we­szła szyb­ko do ogro­du za­my­ka­jąc za sobą furt­kę. Ren­zo po­że­gnał ją i od­szedł po­wo­li, nie chcąc, by za­uwa­ży­ła, w któ­rą stro­nę się kie­ru­je. Ale za­le­d­wie od­da­lił się poza za­sięg uszu za­cnej nie­wia­sty, przy­śpie­szył kro­ku i wnet sta­nął u drzwi don Ab­bon­dia. Wszedł i udał się wprost do po­ko­ju, w któ­rym do­pie­ro co zo­sta­wił był księ­dza. Za­stał go też tam jesz­cze i pod­biegł doń śmia­ło, groź­nie bły­ska­jąc oczy­ma.

– Ech! Ech! Cóż tam zno­wu? – wy­krzyk­nął don Ab­bon­dio.

– Kto jest ten nie­go­dzi­wiec – za­py­tał Ren­zo to­nem czło­wie­ka zde­cy­do­wa­ne­go otrzy­mać ja­sną od­po­wiedź –

kto jest ten nie­go­dzi­wiec, któ­ry nie chce, że­bym się oże­nił z Lu­cją?

– Co? Co? Co ta­kie­go? – wy­beł­ko­tał za­sko­czo­ny bie­da­czy­na z twa­rzą po­bla­dłą i niby mo­kry łach­man zwiot­cza­łą. Rap­tem, nie prze­sta­jąc coś mru­czeć, ze­rwał się z krze­sła i rzu­cił ku drzwiom. Ren­zo jed­nak wi­dać spo­dzie­wał się tego i miał się na bacz­no­ści; po­sko­czył do drzwi wy­prze­dza­jąc pro­bosz­cza, prze­krę­cił klucz w zam­ku i wsu­nął go do kie­sze­ni.

– A, po­wie ksiądz te­raz, księ­że pro­bosz­czu? Wszy­scy wie­dzą coś o mo­ich spra­wach oprócz mnie jed­ne­go. Chcę i ja to wie­dzieć, do li­cha! Jak on się zo­wie?

– Ren­zo, Ren­zo, na mi­ło­sier­dzie boże, zważ, co czy­nisz! Po­myśl o du­szy!

– My­ślę o tym, co tu chcę usły­szeć, za­raz, nie zwle­ka­jąc! – To mó­wiąc po­ło­żył, może bez­wied­nie, dłoń na rę­ko­je­ści szty­le­tu.

– Li­to­ści! – wy­krzyk­nął za­mie­ra­ją­cym gło­sem don Ab­bon­dio.

– Chcę wie­dzieć!

– Mó­wi­łem…

– Nie, nie. Dość za­wra­ca­nia gło­wy. Mów, księ­że, na­tych­miast i ja­sno.

– Chcesz mo­jej śmier­ci?

– Chcę wie­dzieć i mam pra­wo wie­dzieć.

– Ależ, je­że­li po­wiem, zgi­nę. Czyż mi ży­cie nie miłe?

– Wła­śnie. Mów, księ­że.

Owo „wła­śnie” za­brzmia­ło tak nie­ubła­ga­nie, a wy­gląd Ren­za był tak groź­ny, że don Ab­bon­dio ani my­śleć nie mógł o opo­rze.

– Przy­rzek­nij, przy­się­gnij, że nig­dy nie po­wiesz ni­ko­mu…

– Przy­się­gam, że po­peł­nię ja­kiś czyn sza­lo­ny, je­że­li za­raz, na­tych­miast, nie usły­szę jego imie­nia.

Na to po­now­ne za­klę­cie don Ab­bon­dio za­czął ją­kać ta­kim gło­sem i z taką twa­rzą, jak­by w jego ustach tkwi­ły ob­cę­gi cy­ru­li­ka.

– Don…

– Don? – po­wtó­rzył Ren­zo, jak­by chciał po­móc nie­szczę­śni­ko­wi wy­krztu­sić resz­tę. I stał po­chy­lo­ny, z uchem zbli­żo­nym do ust księ­dza, trzy­ma­jąc z tyłu za­ci­śnię­te pię­ści.

– Don Ro­dri­go! – wy­rzu­cił z sie­bie pro­boszcz, w po­śpie­chu po­ły­ka­jąc sy­la­by, jak gdy­by, ostat­nim bły­skiem roz­sąd­ku do­ko­naw­szy wy­bo­ru po­mię­dzy dwo­ma nie­bez­pie­czeń­stwa­mi, chciał po­chwy­cić fa­tal­ne imię i wtło­czyć je z po­wro­tem w gar­dło w tej sa­mej chwi­li, w któ­rej zmu­szo­ny był je wy­po­wie­dzieć.

– A pies! – ryk­nął Ren­zo. – Jak on to zro­bił? Co księ­dzu po­wie­dział?

– Jak? Ech, jak? – po­wtó­rzył don Ab­bon­dio to­nem wzgar­dli­wym. Te­raz, po speł­nie­niu tak wiel­kiej ofia­ry, po­czuł się jak gdy­by wie­rzy­cie­lem Ren­za. – Jak? Wo­lał­bym, żeby to na cie­bie pa­dło miast na mnie, któ­rym tu prze­cież nic nie za­wi­nił. Nie miał­byś pew­nie wów­czas tak pstro w gło­wie!

Tu po­czął w strasz­li­wych bar­wach od­ma­lo­wy­wać fa­tal­ne spo­tka­nie. A czu­jąc, jak wzma­ga się w nim z każ­dą chwi­lą obu­rze­nie przy­tłu­mio­ne uprzed­nio stra­chem, wi­dząc za­ra­zem, jak Ren­zo, zły i zmie­sza­ny, stoi bez ru­chu z opusz­czo­ną na pier­si gło­wą, za­grzmiał po­tęż­nie:

– Pięk­nieś się spi­sał! Od­da­łeś mi nie lada przy­słu­gę! Tak po­trak­to­wać za­cne­go czło­wie­ka, swe­go pro­bosz­cza! W jego wła­snym domu! W po­świę­co­nym miej­scu! Wspa­nia­ły czyn! Wy­drzeć mi pod­stęp­nie wy­zna­nie mo­je­go nie­szczę­ścia… two­je­go nie­szczę­ścia! To, com przed tobą ukry­wał z roz­wa­gi, dla twe­go do­bra! A te­raz wiesz już, coś chciał. Rad bym też wie­dzieć, co mi chcia­łeś zro­bić? Ale, na miły Bóg! Nie czas te­raz na fa­ce­cje. I nie w tym rzecz, kto tu ma słusz­ność, a kto nie. Tu cho­dzi o to, kto ma siłę. A kie­dym ci dziś rano życz­li­wie" ra­dził, tyś się wściekł za­raz. Mia­łem ro­zum za nas ob,u. Ale te­raz? Co po­cznie­my? Otwórz­że przy­najm­niej!… Od­daj mi klucz!

– Być może zbłą­dzi­łem – od­rzekł Ren­zo ła­god­nie, ale w gło­sie jego da­wa­ło się wy­czuć wście­kłość na od­kry­te­go wro­ga – być może zbłą­dzi­łem; lecz nie­chże ksiądz z ręką na ser­cu po­wie, co by w moim wy­pad­ku…

To mó­wiąc wy­jął klucz z kie­sze­ni i ru­szył, by otwo­rzyć drzwi. Don Ab­bon­dio su­nął za nim i kie­dy Ren­zo prze­krę­cił klucz w zam­ku, ksiądz sta­nął przy nim z twa­rzą po­nu­rą i peł­ną zgry­zo­ty, pod­niósł w górę trzy pal­ce pra­wej ręki i jak­by mu chciał po­móc ze swej stro­ny, po­wie­dział:

– Przy­się­gnij cho­ciaż…

– Być może zbłą­dzi­łem, pro­szę o wy­ba­cze­nie – po­wie­dział Ren­zo i otwie­rał drzwi, aby wyjść.

– Przy­się­gnij – po­wtó­rzył don Ab­bon­dio chwy­ta­jąc go za ra­mię dy­go­cą­cą ręką.

– Być może zbłą­dzi­łem – po­wtó­rzył Ren­zo, gwał­tow­nie uwal­nia­jąc ra­mię z uści­sku, i wy­biegł, prze­ry­wa­jąc ten dys­kurs, któ­ry, na po­do­bień­stwo dys­ku­sji li­te­rac­kich, fi­lo­zo­ficz­nych i in­nych, mógł­by trwać przez wie­ki, jako że obie stro­ny po­wta­rza­ły tyl­ko upar­cie wła­sne ar­gu­men­ty.

– Per­pe­tua! Per­pe­tua! – po­czął wo­łać don Ab­bon­dio po bez­owoc­nych pró­bach za­trzy­ma­nia zbie­ga. Per­pe­tua jed­nak nie da­wa­ła od­po­wie­dzi, a bied­ny don Ab­bon­dio nie wie­dział już wca­le, co o tym my­śleć.

Zda­rza się nie­raz, i to do­stoj­niej­szym niż don Ab­bon­dio oso­bi­sto­ściom, tak za­plą­tać się w ja­kieś kło­po­ty, w taką wpaść roz­ter­kę, że naj­lep­sze wyj­ście, ja­kie wi­dzą – to po­ło­żyć się do łóż­ka z go­rącz­ką. Ale don Ab­bon­dio nie mu­siał na­wet ucie­kać się do tego wy­bie­gu – wszedł mu on sam w ręce. Trwo­ga dnia po­przed­nie­go prze­ży­ta, bez­sen­na, peł­na nie­po­ko­ju noc, wstrząs, ja­kie­go do­znał przed chwi­lą, po­sęp­ne prze­wi­dy­wa­nia na przy­szłość – wszyst­ko to nie po­zo­sta­ło bez wpły­wu na jego zdro­wie. Sie­dząc w swo­im fo­te­lu, udrę­czo­ny i oszo­ło­mio­ny, czuł ja­kieś prze­ni­ka­ją­ce do szpi­ku ko­ści dresz­cze; cięż­ko wzdy­cha­jąc spo­glą­dał na swo­je pa­znok­cie i raz po raz na­wo­ły­wał drżą­cym z iry­ta­cji gło­sem: – Per­pe­tua!

Przy­szła na­resz­cie, nio­sąc pod pa­chą ogrom­ną gło­wę ka­pu­sty, z bez­czel­nie spo­koj­ną twa­rzą, jak­by nic się nie sta­ło. Oszczę­dzę czy­tel­ni­ko­wi tych wszyst­kich la­men­tów, skarg, ża­lów, oskar­żeń i obro­ny, tych wszyst­kich: „Ty jed­na mo­głaś się wy­ga­dać”, i „Nic nie mó­wi­łam”, wszyst­kich cią­gną­cych się bez koń­ca roz­ho­wo­rów. Wy­star­czy, je­śli po­wie­my, że don Ab­bon­dio roz­ka­zy­wał Per­pe­tui za­ry­glo­wać sta­ran­nie drzwi i nie otwie­rać pod żad­nym po­zo­rem, a gdy­by ktoś za­pu­kał, od­po­wie­dzieć przez okno, że pro­boszcz leży w łóż­ku z go­rącz­ką. Na­stęp­nie po­wlókł się na górę po­wta­rza­jąc co trze­ci sto­pień scho­dów: „A to mi do­go­dzi­li!” Po czym po­ło­żył się rze­czy­wi­ście do łóż­ka, gdzie go też na ra­zie zo­sta­wi­my.

Ren­zo tym­cza­sem szedł wiel­ki­mi kro­ka­mi ku do­mo­wi;

nie miał żad­ne­go pla­nu dzia­ła­nia, ale czuł prze­moż­ną chęć uczy­nie­nia cze­goś nie­zwy­kłe­go a strasz­li­we­go.

Wszel­cy krzyw­dzi­cie­le i pod­że­ga­cze, wszy­scy ci, któ­rzy w taki czy inny spo­sób wy­rzą­dza­ją "lu­dziom zło, dźwi­ga­ją na so­bie dwo­ja­ki cię­żar: nie tyl­ko krzywd, któ­rych są spraw­ca­mi, ale i winy za zde­pra­wo­wa­nie tych skrzyw­dzo­nych. Ren­zo był mło­dzień­cem spo­koj­nym i by­najm­niej nie sko­rym do roz­le­wu krwi; był szcze­ry i wro­gi wszel­kim in­try­gom, a prze­cież w tej chwi­li ser­ce jego biło pra­gnie­niem mor­du, a umysł knuł pod­stęp i zdra­dę. Pra­gnął biec do domu don Ro­dri­ga, chwy­cić go za gar­dło i… ale przy­po­mniał so­bie, że dom ten był nie­mal for­te­cą z sil­ną za­ło­gą bra­vich, za­rów­no z wnę­trza, jak i z ze­wnątrz strze­żo­ną; for­te­cą, do któ­rej je­dy­nie przy­ja­cie­le jej pana i do­brze zna­na służ­ba mo­gli wejść bez do­kład­nych od stóp do głów oglę­dzin. Nie­zna­ny rze­mieśl­nik nie zdo­łał­by na pew­no tam się do­stać bez skru­pu­lat­ne­go zba­da­nia jego oso­by, a cóż do­pie­ro on, za­pew­ne zna­ny tam, nie­ste­ty, aż nad­to do­brze. Snuł więc tyl­ko mści­we pla­ny, jak to uzbro­jo­ny w strzel­bę za­czai się gdzieś za pło­tem i bę­dzie cze­kał w na­dziei, że kie­dyś wresz­cie tam­ten po­ja­wi się sa­mot­nie na dro­dze. Z okrut­ną lu­bo­ścią po­grą­żał się w ma­rze­niu; wi­dział sie­bie, jak sły­sząc kro­ki – jego kro­ki – ostroż­nie wy­su­wa gło­wę, roz­po­zna­je wro­ga, uno­si strzel­bę, mie­rzy i daje ognia; jak nie­go­dzi­wiec pada ugo­dzo­ny, drga­jąc w przed­śmiert­nych kon­wul­sjach. Wi­dział, jak sam zry­wa się, rzu­ca tam­te­mu prze­kleń­stwo i ru­sza dro­gą ku gra­ni­cy, za któ­rą bę­dzie bez­piecz­ny.

„A Lu­cja?” Za­le­d­wie to imię prze­mknę­ło bły­ska­wi­cą po­przez mro­ki mor­der­czych ma­rzeń, lep­sze my­śli, ja­kie za­zwy­czaj wy­peł­nia­ły umysł Ren­za, tłum­nie po­wró­ci­ły. Wspo­mniał na ostat­nie proś­by i prze­stro­gi swych ro­dzi­ców, wspo­mniał na Boga, Mat­kę Bo­ską i świę­tych, po­my­ślał o tym, ile razy czy­ste su­mie­nie było mu po­cie­chą w cięż­kich chwi­lach i ja­kiej za­wsze do­zna­wał od­ra­zy sły­sząc opo­wie­ści o mor­der­stwach.. Otrzą­snął się ze swych krwa­wych ro­jeń z prze­ra­że­niem, skru­chą i z ogrom­ną ulgą na myśl, że prze­cież po­peł­nił ten czyn je­dy­nie w wy­obraź­ni.

W ślad za wspo­mnie­niem Lu­cji, ileż in­nych nad­cią­gnę­ło my­śli! Ileż na­dziei, ile obiet­nic, przy­szłość upra­gnio­na, któ­ra zda­wa­ła się tak pew­na, dzień z ta­kim ocze­ki­wa­ny utę­sk­nie­niem! W jaki spo­sób, ja­ki­mi sło­wy ma jej oznaj­mić złą no­wi­nę? I co przed­się­wziąć? W jaki spo­sób uczy­nić ją swo­ją żoną wbrew woli nie­go­dzi­we­go wiel­mo­ży? Wraz z tymi my­śla­mi za­kra­dło się do jego du­szy coś – nie po­dej­rze­nie może, ale ja­kiś drę­czą­cy cień. Przy­czy­ną po­stęp­ku don Ro­dri­ga mo­gła być je­dy­nie bru­tal­na żą­dza, jaką ży­wił wzglę­dem Lu­cji. A ona? O tym, żeby mia­ła mu dać ja­ką­kol­wiek na­dzie­ję, żeby ośmie­la­ła czymś ową na­mięt­ność, Ren­zo na­wet po­my­śleć nie był w sta­nie. Ale czy o niej wie­dzia­ła? Czy było moż­li­we, aby don Ro­dri­go ży­wił taką ha­nieb­ną żą­dzę, a ona wca­le tego nie spo­strze­gła? A on – czy nadał­by spra­wie po­dob­ny ob­rót, nie spró­bo­waw­szy naj­pierw in­nych, ła­twiej­szych dróg? A Lu­cja­nie przy­zna­ła się nig­dy ani słów­kiem! Jemu, swe­mu przy­szłe­mu mę­żo­wi!

Po­grą­żo­ny w po­dob­nych my­ślach Ren­zo mi­nął swój dom po­ło­żo­ny po­środ­ku wsi i skie­ro­wał się na krań­ce osie­dla, ku do­mo­wi Lu­cji. Po­mię­dzy dom­kiem tym a dro­gą le­żał nie­wiel­ki dzie­dzi­niec oto­czo­ny mur­kiem. Wszedł­szy nań Ren­zo usły­szał zmie­sza­ny szmer gło­sów do­cho­dzą­cy z gór­nej izby i do­my­ślił się, że to roz­ma­ite kumy i przy­ja­ciół­ki ma­ją­ce sta­no­wić we­sel­ny or­szak Lu­cji. Nie miał ocho­ty po­ka­zy­wać się temu zgro­ma­dze­niu przy­gnę­bio­ny fa­tal­ną wie­ścią. A wła­śnie po­ja­wi­ła się na dzie­dziń­cu mała dziew­czyn­ka i pod­bie­gła do nie­go wo­ła­jąc we­so­ło:

– Pan mło­dy! Pan mło­dy!

– Ci­cho, Bet­ti­no, ci­cho – po­wie­dział Ren­zo. – Chodź no tu do mnie. Pójdź na górę, od­wo­łaj Łu­cję na bok i szep­nij jej do ucha, ale tak, żeby nikt tego nie sły­szał, nikt nic nie spo­strzegł… szep­nij jej, że mu­szę z nią po­mó­wić, że cze­kam na nią w izbie na dole, niech przyj­dzie nie zwle­ka­jąc.

Dziec­ko po­bie­gło śpiesz­nie na górę, dum­ne i uszczę­śli­wio­ne z po­ta­jem­ne­go zle­ce­nia. Lu­cja wy­szła była wła­śnie z mat­czy­nych rąk w we­sel­nym stro­ju. To­wa­rzysz­ki ci­snę­ły się do­ko­ła niej, każ­da chcia­ła obej­rzeć pan­nę mło­dą, ona zaś bro­ni­ła się z tą wła­ści­wą wie­śniacz­kom, nie­co wo­jow­ni­czą skrom­no­ścią i za­sła­nia­ła zgię­tym ra­mie­niem schy­lo­ną twarz, marsz­cząc pięk­ne czar­ne brwi, pod­czas gdy usta jej roz­chy­la­ły się w uśmie­chu. Buj­ne czar­ne wło­sy, roz­dzie­lo­ne nad czo­łem wą­ziut­ką bia­łą li­nią, uło­żo­ne były w tyle gło­wy w mi­ster­ne splo­ty i przy­trzy­ma­ne dłu­gi­mi srebr­ny­mi szpi­la­mi, two­rzą­cy­mi do­ko­ła gło­wy niby pro – myki au­re­oli; tak po dziś dzień cze­szą się wie­śniacz­ki w oko­li­cach Me­dio­la­nu. Szy­ję Lu­cji ota­czał sznur gra­na­tów na­wle­czo­nych na prze­mian z pa­cior­ka­mi ze zło­te­go fi­li­gra­nu; na so­bie mia­ła bro­ka­to­wy, tka­ny w kwie­ci­ste wzo­ry sta­nik o bu­fia­stych, prze­dzie­lo­nych barw­ny­mi wstąż­ka­mi rę­ka­wach i krót­ką, drob­no fał­do­wa­ną spód­ni­cę z gru­be­go je­dwa­biu; na no­gach czer­wo­ne poń­czo­chy i ha­fto­wa­ne, rów­nież je­dwab­ne, ci­żem­ki.

Nie tyl­ko uro­czy­sty, we­sel­ny strój, ale i roz­licz­ne wzru­sze­nia ma­lu­ją­ce się na twa­rzy Lu­cji pod­no­si­ły jej pe­łen skrom­no­ści urok. Na twa­rzy jej wid­nia­ła ra­dość przy­mglo­na le­ciut­kim nie­po­ko­jem, jak gdy­by cie­niem smut­ku, jaki czę­sto moż­na doj­rzeć w ry­sach ob­lu­bie­nic i któ­ry, nie umniej­sza­jąc ich uro­dy, wy­ci­ska na niej pew­ne szcze­gól­ne pięt­no.

Mała Bet­ti­na prze­ci­snę­ła się przez tłum ku Lu­cji i nie­znacz­nie, do ucha, po­wtó­rzy­ła jej zle­ce­nie.

– Scho­dzę na chwi­lę i wnet wra­cam – po­wie­dzia­ła Lu­cja zgro­ma­dzo­nym nie­wia­stom i zbie­gła w po­śpie­chu na dół.

– Co się sta­ło? – wy­krzyk­nę­ła spoj­rzaw­szy w zmie­nio­ną twarz tra­wio­ne­go nie­po­ko­jem Ren­za, ogar­nię­ta na­głym prze­czu­ciem cze­goś złe­go.

– Łu­cjo – ode­zwał się Ren­zo – na dziś wszyst­ko prze­pa­dło i Bogu jed­ne­mu wia­do­mo, kie­dy bę­dzie­my mo­gli zo­stać mę­żem i żoną.

– Jak to? – spy­ta­ła za­sko­czo­na.

Ren­zo opo­wie­dział jej po­krót­ce wy­da­rze­nia tego ran­ka. Słu­cha­ła peł­na nie­po­ko­ju, a kie­dy pa­dło imię don Ro­dri­ga, wy­krzyk­nę­ła, drżą­ca, z za­ru­mie­nio­ną na­gle twa­rzą:

– Ach! Więc aż do tego do­szło!

– Więc wie­dzia­łaś o tym? – za­py­tał Ren­zo.

– Nie­ste­ty! Ale żeby aż do tego do­szło… – Co wie­dzia­łaś?

– Nie każ mi te­raz mó­wić, bo się po­pła­czę. Pój­dę, za­wo­łam mat­kę i od­pra­wię tam­te nie­wia­sty. Trze­ba nam zo­stać sa­mym!

– Nic mi nie mó­wi­łaś – wy­szep­tał Ren­zo, kie­dy od­cho­dzi­ła.

Od­wró­ci­ła się nie za­trzy­mu­jąc i po­wie­dzia­ła tyl­ko:

– Ach, Ren­zo!

Ren­zo zro­zu­miał, co mia­ło zna­czyć jego imię wy­po­wie – dzia­ne przez nią w ta­kiej chwi­li i ta­kim to­nem: „Czy mo­żesz wąt­pić, że je­śli mil­cza­łam, to mia­łam po temu waż­ne i słusz­ne przy­czy­ny?”

Tym­cza­sem po­czci­wa Agne­se (ta­kie imię no­si­ła mat­ka Lu­cji), któ­rą szep­ty ma­łej Bet­ti­ny, a po­tem znik­nię­cie cór­ki za­nie­po­ko­iły i za­cie­ka­wi­ły za­ra­zem, ze­szła w ślad za nią, chcąc do­wie­dzieć się, co za­szło. Dziew­czy­na zo­sta­wi­ła ją z Ren­zem, wró­ci­ła na górę i opa­no­wu­jąc w mia­rę moż­no­ści głos i wy­raz twa­rzy oznaj­mi­ła ze­bra­nym nie­wia­stom:

– Ksiądz pro­boszcz za­cho­ro­wał, nic dzi­siaj nie bę­dzie. Po czym po­że­gna­ła je spiesz­nie i ze­szła po­now­nie na dół.

Nie­wia­sty ro­ze­szły się, żąd­ne opo­wie­dze­nia in­nym, co za­szło. Dwie czy trzy po­śpie­szy­ły pod drzwi ple­ba­nii, aby spraw­dzić, czy pro­boszcz na­praw­dę jest cho­ry.

– Ma strasz­ną go­rącz­kę – oznaj­mi­ła przez okno Per­pe­tua.

Smut­na wieść ro­ze­szła się na­tych­miast, tłu­miąc po­dej­rze­nia, któ­re za­czy­na­ły już kieł­ko­wać w umy­słach i ja­wić się w roz­mo­wach, nie­do­po­wie­dzia­ne i ta­jem­ni­cze.ROZ­DZIAŁ CZWAR­TY

Słoń­ce nie wyj­rza­ło jesz­cze cał­ko­wi­cie spo­za wid­no­krę­gu, kie­dy oj­ciec Cri­sto­fo­ro wy­ru­szył ze swe­go klasz­to­ru w Pe­sca­re­ni­co zdą­ża­jąc w stro­nę dom­ku, w któ­rym go ocze­ki­wa­no. Pe­sca­re­ni­co jest małą wio­ską na le­wym brze­gu Addy, a ra­czej je­zio­ra, nie­zbyt da­le­ko od mo­stu: ot, grup­ka chat za­miesz­ka­łych prze­waż­nie przez ry­ba­ków, zdob­na w roz­wie­szo­ne do su­sze­nia sie­ci i wię­cie­rze. Klasz­tor le­żał (mury jego sto­ją po dziś dzień) poza ob­rę­bem wio­ski, u wej­ścia do niej, obok dro­gi wio­dą­cej z Lec­co do Ber­ga­mo.

Nie­bo było czy­ste i w mia­rę jak wzno­si­ło się ukry­te jesz­cze za górą słoń­ce, świa­tło jego scho­dzi­ło co­raz ni­żej z prze­ciw­le­głych szczy­tów i roz­le­wa­ło się szyb­ko, obej­mu­jąc stop­nio­wo do­li­nę. Je­sien­ny wie­trzyk od­ry­wał z ga­łę­zi morw ze­schnię­te li­ście i niósł je chwi­lę, po­zwa­la­jąc im opaść w od­le­gło­ści paru kro­ków od ma­cie­rzy­ste­go drze­wa. Po obu stro­nach dro­gi, w win­ni­cach, roz­pię­te łozy mie­ni­ły się roz­ma­ity­mi od­cie­nia­mi czer­wie­nie­ją­cych li­ści. Świe­żo zo­ra­na, bru­nat­na zie­mia od­ci­na­ła się ostro od bia­ła­wych, błysz­czą­cych rosą ścier­nisk. We­so­ły to był kra­jo­braz, ale ile­kroć po­ja­wi­ła się na jego tle po­stać ludz­ka, wi­dok jej na­peł­niał smut­kiem wzrok i myśl pa­trzą­ce­go. Raz po raz spo­ty­ka­ło się że­bra­ków, wy­chu­dłych i ob­dar­tych, ta­kich, któ­rzy ze­sta­rze­li się w swym pro­ce­de­rze, i ta­kich, któ­rych smut­na ko­niecz­ność po­pchnę­ła ostat­nio do wy­cią­ga­nia ręki. W mil­cze­niu mi­ja­li oni ojca Cri­sto­fo­ro spo­glą­da­jąc ku nie­mu ża­ło­śnie i choć nie mo­gli spo­dzie­wać się od nie­go jał­muż­ny, gdyż ka­pu­cy­ni pie­nię­dzy na­wet do ręki nie bra­li, prze­cież kła­nia­li mu się w po­dzię­ce za to, czym ich klasz­tor już wspo­mógł, lub za to, co do­pie­ro spo­dzie­wa­li się tam do­stać.

Wi­dok nie­licz­nych pra­cu­ją­cych na po­lach lu­dzi miał w so­bie bo­daj jesz­cze coś bo­le­śniej­sze­go od wi­do­ku że­bra­ków. Jed­ni szli rzu­ca­jąc siew­ne ziar­no – rzad­ko, oszczęd­nie, jak­by z przy­mu­sem, jak ktoś, kto ry­zy­ku­je rzecz zbyt cen­ną. Inni z wy­sił­kiem Wbi­ja­li w zie­mię ry­del, od­rzu­ca­jąc ski­by po­wo­li i nie­chęt­nie. Wy­chu­dzo­na dziew­czyn­ka cią­gnę­ła na po­stron­ku rów­nie chu­dą kro­wi­nę, pa­trząc w zie­mię i raz po raz schy­la­jąc się szyb­ko, aby pod­kraść zwie­rzę­ciu ja­kieś zie­le, któ­re w czas gło­do­wy na­uczy­li się jeść i lu­dzie. Po­dob­ne wi­do­ki z każ­dą chwi­lą wzma­ga­ły smu­tek za­kon­ni­ka, któ­ry kro­czył za­tro­ska­ny, z przy­krym prze­czu­ciem ja­kie­goś nie­szczę­ścia.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: