Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Narzeczona - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
26 sierpnia 2026
3699 pkt
punktów Virtualo

Narzeczona - ebook

Co ukrywa człowiek, któremu ufasz najbardziej na świecie?

Odeta i Hubert świętują 10. rocznicę ślubu w ekskluzywnej restauracji. Wieczór, który miał być wyjątkowym świętem ich miłości, zamienia się w koszmar, gdy do lokalu wpada obca kobieta i urządza im awanturę. Zanim znika, patrzy Hubertowi prosto w oczy i wypowiada tylko dwa słowa: „Kocham cię”. Odeta wkrótce odkrywa, że tajemnicza nieznajoma to Adrianna - była narzeczona Huberta, która dwanaście lat wcześniej zniknęła bez śladu… w dniu ich ślubu. Mąż nigdy nie wspomniał o niej ani słowem. Nazajutrz Adrianna zostaje znaleziona martwa, a nagrania z restauracji obiegają internet. Na Odetę i Huberta spada fala hejtu. Kobieta nie wierzy już w przypadki i rozpoczyna własne śledztwo. Z każdym kolejnym odkryciem coraz bardziej wątpi w człowieka, z którym spędziła ostatnią dekadę. Bo jeśli Hubert przez tyle lat ukrywał przed nią tak wielki sekret… to co jeszcze przemilczał? I czy mężczyzna, któremu ufała najbardziej, naprawdę jest niewinny?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8441-704-1
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

ADRIANNA

Dzień śmierci

Fragmenty pamiętnika

Nie potrafię przestać płakać. Albo warczeć. Jedno przechodzi w drugie bez żadnej zapowiedzi. Najpierw dławię się łzami, aż boli mnie gardło, a chwilę później mam ochotę rozszarpać coś zębami jak wściekłe zwierzę. Sama siebie nie poznaję. Gdyby ktoś mnie teraz zobaczył, pomyślałby, że jestem obłąkana. Może by się nie pomylił.

Nie mogę uwierzyć w to, co dziś zrobiłam. W to, co planowałam zrobić. Nie mieści mi się to w głowie, pamiętniku. (…)

Teraz siedzę tu, w ciemnym pokoju, i nie wiem, kim jestem. Nie wiem, czy jeszcze da się mnie zatrzymać. Czy istnieje dla mnie jakiś ratunek. Czy to już tylko równia pochyła, po której coraz szybciej sunę w bezdenną, czarną otchłań.

Może jestem jak rozpędzony pociąg z zepsutymi hamulcami, a moim przeznaczeniem jest wykolejenie?

Muszę się z tobą pożegnać, pamiętniku. (…) Dziękuję, że zawsze byłeś przy mnie, gdy nie miałam nikogo. Ale to już mi nie pomaga. Przelewanie na papier tego wszystkiego tylko mnie nakręca. Rozpala we mnie ogień, którego nie potrafię ugasić.

Muszę cię zniszczyć. A gdy już to zrobię, pojadę do niego. (…) Co mi zostało?

Niżej już nie mogę upaść.

A jeśli on znów mnie odtrąci… to po prostu ze sobą skończę. I wreszcie przestanę cierpieć.ROZDZIAŁ 1

ODETA

OBECNIE

Już prawie kwadrans stoję przed szkołą i czekam na swoją siedmioletnią córkę, Małgosię. Większość dzieci zdążyła już wyjść z budynku – niektóre z mamami, którym odruchowo posyłam uśmiech i macham ręką na powitanie. Znając Małgosię, pewnie utknęła jeszcze w bibliotece, wybierając kolejne książki, albo została po lekcji, żeby zasypać nauczycielkę serią pytań o właśnie omawianą lekturę. Niedawno wychowawczyni powiedziała mi, że gdyby wszyscy uczniowie byli tak dociekliwi jak moja córka, to nie starczyłoby czasu nawet na sprawdzenie listy obecności. Nie przypominam sobie, żebym w jej wieku była taka sama. Podejrzewam, że Małgosia ma to po tacie.

Hubert… Na samą myśl o nim czuję przyjemne mrowienie w żołądku. Dziś mija dziesięć lat od dnia, w którym powiedziałam mu „tak”. Dziesięć lat – brzmi poważnie, niemal jak staż uprawniający do udzielania innym rad o tym, jak budować udany związek. A jednak my wciąż potrafimy pokłócić się o głupoty, takie jak źle włożone do zmywarki naczynia czy porozrzucane w łazience brudne skarpety. Może właśnie na tym polega magia dobrego małżeństwa. Na wzajemnym akceptowaniu – albo przynajmniej tolerowaniu – swoich wad.

Dziś wieczorem Hubert zabiera mnie na romantyczną kolację. Już w zeszłym tygodniu poprosił, żebym nie planowała nic na czwartek, bo ma wobec nas „ambitne zamiary”. Niby co miałabym planować? Ostatnio jedyne stałe punkty mojego harmonogramu to sprzątanie domu w każdy poniedziałek, środę i piątek. Wcześniej regularnie chodziłam na pilates i salsę, ale z tą systematycznością też ostatnio bywa różnie. Wszystko przez lipcowe wakacje na Sycylii – wynajęliśmy tam dom na trzy tygodnie i od rana do wieczora zajadaliśmy się lokalnymi przysmakami. Wróciłam nie tylko jakieś pięć kilogramów cięższa, ale też kompletnie rozleniwiona. Do tej pory chyba nie doszłam do siebie, choć doskonale wiem, że powinnam w końcu się zmotywować i zacząć praktykować dawne nawyki.

Cała ja – systematyczność i konsekwencja nigdy nie były moją mocną stroną.

W pewnym momencie podchodzi do mnie znajoma mama i ucinamy sobie krótką pogawędkę. Nie mogę się oprzeć i wspominam jej o rocznicowej kolacji. Prawda jest taka, że od kilku dni żyję wyłącznie dzisiejszym wieczorem i odliczam minuty do tej chwili. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz wyszliśmy z Hubertem na miasto tylko we dwoje. Kiedyś potrafiliśmy robić to niemal w każdy weekend, ale odkąd na świat przyszła nasza córka, coś się zmieniło. Nie twierdzę, że to czyjaś wina – może po prostu tak bywa, gdy rodzice skupiają się na dziecku. Problem w tym, że Małgosia jest już na tyle duża, że nie potrzebuje naszej obecności przez całą dobę. Nic złego się nie stanie, jeśli jeden wieczór posiedzi z nią opiekunka. No co? Rodzice też mają prawo wyjść z domu i poczuć się jak dorośli ludzie.

W końcu ją dostrzegam. Biegnie w moją stronę, z przyklejonym do twarzy uśmiechem i grubą książką pod pachą. Czyli jednak biblioteka.

– Mamo! – krzyczy i rzuca mi się na szyję.

Łapię ją, czując w ramionach jej szczupłe ciałko i tę energię, która nigdy jej nie opuszcza. I oby tak już pozostało.

– Jak minął dzień? – pytam, poprawiając jej kołnierzyk mundurka.

– Dobrze.

– Jakieś oceny?

– Nie, ale pani Borowska powiedziała, że ładnie czytam.

– A jakieś uwagi do dzienniczka? – prycham. Małgosia przecząco kręci głową. – Nic? Już nie gadasz bez przerwy z Agatą na angielskim?

– Oj, przestań robić aferę – obrusza się, a ja odpowiadam śmiechem i całusem w czubek jej głowy.

W drodze do auta Małgosia opowiada o bójce dwóch kolegów z klasy. Słucham jej jednym uchem, bo myślami jestem już w tej luksusowej restauracji Teyana na Powiślu i widzę siebie, jak w oczekiwaniu na danie główne smakuję wykwintne sery. Wiem, to żenujące, że robię wielkie wydarzenie ze zwykłej kolacji, ale dla mnie to naprawdę coś wyjątkowego.

– Mamo? Halo, tu Ziemia! – Małgosia mnie szturcha, zanim wchodzimy na jezdnię. – Życie ci niemiłe?

Dopiero wtedy zauważam nadjeżdżające auto.

– Wybacz, zamyśliłam się.

– No co ty nie powiesz?

Gdy samochód nas mija, przebiegamy na drugą stronę ulicy i wsiadamy do naszego Opla. Zanim uruchamiam silnik, na moment zamykam oczy i cofam się myślami o dwanaście lat. Do nocy, która zmieniła całe moje życie.

Był sylwester dwa tysiące czternastego roku. Miałam dwadzieścia sześć lat i tkwiłam w stanie, który najlepiej oddaje słowo „zawieszenie”. Dwa razy rzuciłam studia – za pierwszym razem doszłam do wniosku, że stomatologia nie jest dla mnie, za drugim… że filologia angielska również. Do tego pozwoliłam, by imprezowy styl życia wymknął mi się spod kontroli. Dorabiałam jako barmanka w klubie, do którego jeszcze niedawno przychodziłam ze znajomymi. Było w tym coś śmiesznego i jednocześnie żałosnego – jakby moje życie zatoczyło koło, tylko że zamiast stać po właściwej stronie baru, znalazłam się po tej drugiej, udając przed sobą i innymi, że panuję nad wszystkim i właśnie to zawsze chciałam robić.

Klub pękał w szwach. Tego wieczoru wszyscy szukali czyjegoś towarzystwa. Nawet ci, którzy na co dzień przekonywali samych siebie, że samotność im nie przeszkadza, w sylwestra nagle przypominali sobie, że o północy wypada mieć się do kogo uśmiechnąć.

On jednak siedział sam.

Pamiętam to bardzo dobrze. Nie dlatego, że od razu mnie zachwycił, lecz dlatego, że wyglądał, jakby ktoś odciął mu prąd. Tkwił ze spuszczoną głową przy barze i w zamyśleniu sączył piwo. Zastanawiałam się, po co w ogóle tu przyszedł, skoro nawet nie próbował bujać się w rytm ogłuszającej muzyki.

Co jakiś czas zagadywałam do niego, pytając, czy podać mu coś jeszcze. Robiłam to nawet wtedy, gdy w szklance wciąż miał połowę piwa. Coś mnie w nim intrygowało – chyba właśnie ta cisza i obojętność wobec całej tej sylwestrowej gorączki. A może to wcale nie była obojętność? W końcu, jakby nie patrzeć, sam tu przyszedł.

W miarę jak zbliżała się północ, ludzie byli coraz bardziej podpici i ożywieni. On jednak wciąż siedział niemal nieruchomo, niczym marmurowy posąg, i wbijał wzrok w blat kontuaru. Nie wiem, co mi wtedy strzeliło do głowy, ale po noworocznym toaście, gdy już wyściskałam się ze współpracownikami, wyszłam zza baru z dwoma drinkami – jednym dla niego, drugim dla siebie – i bez pytania usiadłam obok, ignorując jego uniesione brwi.

– Yyy… a co ty robisz? – zapytał, wyraźnie zdezorientowany.

– Ratuję ci sylwestra – odpowiedziałam, wciskając mu w dłoń szklankę z drinkiem i unosząc swoją. – Czas na toast.

– Za co?

Wzruszyłam ramionami.

– Za to, żeby nowy rok był mniej chujowy niż poprzedni.

Odpowiedział jedynie lekceważącym prychnięciem i odwrócił wzrok, jakby chciał dać mi do zrozumienia, że nie życzy sobie dalszej interakcji. Uznałam jednak, że nie pozwolę mu na tak jawną ignorancję. Chwyciłam go za podbródek, zmusiłam, by na mnie spojrzał, i spontanicznie pocałowałam go w usta.

Po wszystkim uśmiechnęłam się w typowy dla siebie sposób – jak dziewczyna, która przez całe życie udaje pewną siebie, bo nie chce, żeby inni zobaczyli jej prawdziwe, kruche oblicze.

Na jego twarzy dostrzegłam zaskoczenie. Przez chwilę siedzieliśmy nieruchomo, wpatrzeni w siebie, jakby ktoś zatrzymał czas. W końcu wziął łyk drinka i się odezwał:

– Niezły. Jak się nazywasz?

– Nie ma nazwy. To autorski drink.

– Nie. Chodzi mi o twoje imię – powtórzył głośniej.

– Ach, sorry, nie dosłyszałam. Jestem Odeta. A ty?

– Hubert.

Uścisnął moją dłoń. Nie zaprotestowałam.

– Dzięki za uratowanie mi sylwestra – powiedział.

– Uratowanie? Jeszcze nie zademonstrowałam ci wszystkich swoich umiejętności.

– Wierz mi, to, co zrobiłaś, to i tak było więcej, niż oczekiwałem od tej nocy. – Zaśmiał się, nie odrywając ode mnie spojrzenia.

W tamtej chwili czułam, że między nami rodzi się jakaś więź. Jednak nie miałam pojęcia, jak bardzo ta noc odmieni nasze życie.

Gdy wracam do teraźniejszości, łapię się na tym, że się uśmiecham. Małgosia od razu to zauważa i patrzy na mnie podejrzliwie.

– O czym myślisz? – pyta.

– O niczym – odpowiadam, ściskając mocniej jej dłoń. – Po prostu… przypomniało mi się coś miłego.

– Co? – nie odpuszcza.

– Opowiem ci kiedy indziej. To historia dla dorosłych.

– Czyli myślałaś o całowaniu – stwierdza z powagą moja córeczka, która najwyraźniej uważa, że wie już wszystko.

– Tak. O całowaniu – przyznaję, a ona odpowiada zniesmaczonym prychnięciem.

*

Dwadzieścia minut później skręcamy w naszą ulicę. Już z daleka dostrzegam stojącą na podjeździe furgonetkę i trzech mężczyzn kręcących się wokół niej.

– A co tu się dzieje? – mruczę pod nosem, po czym zauważam Huberta.

Wychodzi z domu i znika za szeroko otwartymi tylnymi drzwiami auta.

Parkuję przy płocie i proszę Małgosię, żeby wysiadła od strony posesji.

– Kochanie, wróciłyśmy! – wołam, gdy wchodzimy na podwórko.

Hubert wyłania się zza furgonetki i rusza w naszą stronę. Małgosia dopada do niego pierwsza i z impetem rzuca mu się w ramiona. Prawdziwa córeczka tatusia.

– Jak było w szkole?

– Super! – odpowiada i od razu biegnie do domu.

– Nasza córka to chyba jedyne dziecko, które lubi chodzić do szkoły – żartuje mój mąż, po czym obejmuje mnie w biodrach i całuje z czułością. – Stęskniłem się.

– Nie widzieliśmy się raptem parę godzin – odpowiadam, po czym spoglądam w stronę furgonetki. – Co to jest?

– Prezent – mówi enigmatycznie, uśmiechając się pod nosem.

– Hubert… wiesz, że nie lubię niespodzianek.

– Uważaj, bo ci uwierzę – prycha i prowadzi mnie bliżej auta. – No i? Podoba ci się?

Zamieram. W środku stoi przepiękny biały fortepian.

Na moment odbiera mi dech. Mam ochotę się rozpłakać i zawiesić mojemu mężowi na szyi, ale się powstrzymuję – nie będę się rozklejać przy obcych facetach.

– Nie… Hubert, ty naprawdę…?

– Mhm. Ciągle słyszę, że tęsknisz za graniem. Teraz już nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś do tego wróciła.

Trzech mężczyzn bierze się za wnoszenie instrumentu. Dwóch ma białe koszulki z logo sklepu, trzeci ubrany jest w czarny T-shirt i szare szorty. Wygląda jak przypadkowy biegacz, którego mój mąż zgarnął z ulicy, żeby pomógł z dźwiganiem.

Gdy fortepian w końcu ląduje w salonie, ogarnia mnie dziwne poczucie, że dopiero teraz to pomieszczenie jest kompletne.

– Idealnie – mówię z zachwytem, gdy ustawiają instrument przy oknie.

Chwilę później Hubert wyciąga portfel i wręcza każdemu napiwek. „Biegacz” wzbrania się przez moment, ale ostatecznie chowa banknot do kieszeni szortów.

– Dzięki – rzuca i wychodzi jako pierwszy.

Gdy zostajemy sami, mąż podchodzi do mnie i obejmuje mnie w pasie.

– I jak? – pyta. – Zadowolona z prezentu?

Wciągam powietrze, próbując się nie rozkleić, choć teraz już właściwie mogę.

– Jest piękny. Ale… Hubert, naprawdę nie musiałeś tak się wykosztowywać.

– To żaden problem. – Wzrusza ramionami.

Jego biuro rachunkowe rozkręciło się na dobre. Kilka miesięcy temu pozyskali dużego klienta – wielką korporację, za którą przyszły pieniądze, jakich ani on, ani ja wcześniej nie widzieliśmy na oczy.

– Chcę usłyszeć, jak grasz – mówi, po czym ciszej dodaje: – Dla mnie.

Nagle w salonie pojawia się Małgosia i obejmuje mnie od tyłu.

– Mamo, zagraj Taylor Swift!

– Taylor Swift? Nie znam jej piosenek – odpowiadam.

– Jak to nie znasz? – oburza się. – Przecież ona jest taka znana…

– Nie przeczę, ale jestem za stara na jej muzykę.

Małgosia marszczy brwi.

– Ale ona jest prawie w twoim wieku, mamo.

Hubert parska śmiechem.

– No proszę, zostałaś zaorana przez siedmiolatkę – kwituje z rozbawieniem.

– Świetnie. Dzięki za wsparcie – mruczę, choć sama też się śmieję. Cóż poradzę na to, że chwilami zachowuję się bardziej jak babcia niż mama?

Siadam na ławie i przykładam opuszki palców do chłodnych klawiszy instrumentu. Układam dłonie tak jak kiedyś i momentalnie przechodzą mnie dreszcze. Stresuję się. I to bardzo. Czuję się, jakbym spotkała niewidzianego od lat znajomego, z którym mam niedomknięte sprawy.

– To co nam zagrasz? – pyta Hubert.

Nie zastanawiam się długo. Wybieram _Imagine_ Johna Lennona – utwór, którego uczyłam się najdłużej.

Zaczynam grać. Pierwsze takty idą gładko, potem popełniam drobny błąd. Słyszę go natychmiast, ale najwyraźniej umyka Hubertowi i Małgosi, bo ani jedno, ani drugie nie reaguje. Gram dalej, wchodząc w melodię i pozwalając palcom przypomnieć sobie to, co przez lata skrywało się w podświadomości.

Małgosia stoi obok, w absolutnej ciszy, wpatrzona w klawisze. Na jej twarzy maluje się zdumienie – nie jestem pewna, czy kiedykolwiek widziała mnie przy fortepianie. Może nie dowierza, że jej mama potrafi coś takiego.

Gdy kończę, kładę dłonie na udach i wsłuchuję się w oklaski moich bliskich.

– Mamo, to było super! – ekscytuje się Małgosia.

Chwilę później Hubert nachyla się i całuje mnie w czubek głowy.

– Wiedziałem, że nadal to w sobie masz – mówi cicho, gładząc mnie po ramieniu.

Uśmiecham się, choć ten uśmiech jest słodko-gorzki. Te kilka minut gry przypomniało mi o latach, które odpuściłam. O tym, gdzie mogłabym dzisiaj być, gdybym wtedy nie zeszła z obranej drogi. Ale może życie nie polega na rozpamiętywaniu tego, czego już nie da się zmienić, tylko na skupianiu się na tym, co wciąż jest przed nami? Bo na przyszłość – w przeciwieństwie do przeszłości – mamy realny wpływ.

I ja zamierzam o swoją zawalczyć.ROZDZIAŁ 3

– Wsiadasz czy nie? – pyta mnie Hubert, gdy stoimy na parkingu obok naszego auta.

Nie odpowiadam mu. Nie jestem w stanie. Mam wrażenie, jakby ktoś wyrwał mi z głowy wszystkie myśli i zostawił w niej tylko nieznośny szum. A najgorsze, że z każdą sekundą staje się jakby głośniejszy.

Przed oczami wciąż mam ostatnie minuty w restauracji. Te spojrzenia i wpatrzone w nas twarze. A do tego uniesione smartfony… Czuję, jak po plecach przechodzą mnie ciarki zażenowania, gdy uświadamiam sobie, że ktoś być może właśnie wrzuca nagranie do sieci. „Rocznica ślubu zakończona skandalem”, „Kochanka rujnuje romantyczną kolację”. Idealny materiał na viralowy post.

Po tym, co się wydarzyło, Hubert natychmiast poprosił o rachunek. Kelner był nienagannie uprzejmy, ale w jego oczach widziałam ciekawość. I coś jeszcze: współczucie. Zapłaciliśmy, nie dokończywszy wina, i wyszliśmy w pośpiechu, jakbyśmy uciekali z miejsca zbrodni.

Najgorsze jednak jest to, że mąż wciąż nic mi nie powiedział. Obiecał, że wszystko wyjaśni, ale dopiero gdy już stąd odjedziemy.

Dlaczego tak mu się spieszy? Czy chodzi o wstyd przed gośćmi i obsługą? A może o strach, że ta wariatka wróci i zrobi kolejną scenę zazdrości?

– Odeto – rzuca ponownie, już ostrzej. – Wsiadasz?

– Nie – odpowiadam bez wahania.

Hubert przeczesuje dłonią włosy.

– Przestań. Nie wygłupiaj się.

Prycham nerwowym śmiechem.

– Że niby to ja się wygłupiam? Mam ci przypomnieć, co właśnie odwaliłeś?

– Nic nie odwaliłem – mówi z irytacją. – To ta durna Adrianna zrobiła scenę.

– Aha. Adrianna – powtarzam powoli. – Czyli tak ma na imię twoja kochanka, o której nie raczyłeś mi wspomnieć. No bo w sumie który facet wspomina żonie o kochance?

– Uspokój się – mówi, wyraźnie tracąc cierpliwość. – Ona nie jest moją kochanką. To wszystko jest dużo bardziej skomplikowane.

– To kim jest? – pytam, czując, że głos zaczyna mi drżeć. – Wyjaśnij mi to tu i teraz.

Hubert rozgląda się nerwowo po parkingu.

– Nie tutaj. Wsiądź do auta. Pojedziemy w jakieś spokojniejsze miejsce i wtedy…

– Spokojniej już nie będzie – przerywam mu. – Kobieta, z którą ewidentnie coś cię łączy, właśnie na oczach obcych ludzi zniszczyła naszą rocznicę. I postawiła znak zapytania nad naszym małżeństwem.

– Przesadzasz – kwituje nerwowo. – Dramatyzujesz.

Patrzę na niego z niedowierzaniem.

– Dramatyzuję? – powtarzam cicho. – Hubert, dramatyzować to ja dopiero zacznę.

Między nami zapada ciężka, uwierająca cisza. W końcu niechętnie otwieram drzwi auta i siadam na fotelu pasażera. Robię to, bo nie mam już siły stać tutaj i być widowiskiem dla zerkających przez okno restauracji ludzi, których nic nie obchodzę.

– Jedź na jakąś stację benzynową – mówię chłodno. – Najlepiej taką z dużym parkingiem.

Hubert bez słowa zajmuje miejsce za kierownicą i odpala silnik. Ja zaś mam przeczucie, że to, co zaraz usłyszę, zmieni znacznie więcej niż tylko ten wieczór.

*

Droga zajmuje najwyżej pięć minut, ale mam wrażenie, jakby ciągnęła się w nieskończoność. Milczymy, bo napięcie między nami jest tak duże, że każde słowo mogłoby wybuchnąć jak granat. Serce bije mi przyspieszonym, nierównym rytmem, a myśli krążą wokół kobiety, która zrujnowała naszą rocznicę.

Kątem oka zerkam na Huberta. Co chwilę ociera dłonie o uda, jakby były mokre od potu. Jest wyraźnie zdenerwowany. Może nawet przerażony.

Nagle skręca i wjeżdża w boczną, polną drogę. Pokonujemy kilkadziesiąt metrów, aż w końcu zatrzymuje auto pośrodku niczego. W oddali majaczy powstające osiedle domów jednorodzinnych. Reszta to ciemne pole i cisza niosąca mi w uszach echo wrzasków Adrianny.

– I co teraz? – rzucam kąśliwie. – Zabijesz mnie na odludziu i gdzieś zakopiesz?

Hubert piorunuje mnie wzrokiem.

– Mogłaś sobie darować – warczy. – Za kogo ty mnie masz? Co?

Wzruszam ramionami.

– Sama już nie wiem – odpowiadam szczerze.

Hubert wysiada pierwszy i odchodzi kilka kroków dalej, jakby wciąż się obawiał, że ktoś nas usłyszy. Że mimo otaczającej nas pustki i ciemności prawda i tak wyjdzie na jaw. W końcu niechętnie wysiadam i ja. Zatrzaskuję drzwi, podchodzę kilka metrów, ale zatrzymuję się w bezpiecznej odległości. Gładzę się po odsłoniętych ramionach. To naprawdę chłodny wieczór.

– No? – odzywam się. – Czekam na wyjaśnienia.

Hubert zwraca się przodem do mnie i rozkłada ręce, jakby chciał mi dać do zrozumienia, że nie ma przede mną nic do ukrycia. Akurat!

– Przysięgam ci, że nie mam romansu. Nigdy cię nie zdradziłem. Przez wszystkie lata naszego małżeństwa byłem wierny tylko tobie. Przysięgam na życie naszej córki, że nie zbliżyłem się do żadnej innej kobiety!

– Nigdy więcej nie przysięgaj na nasze dziecko – syczę przez zaciśnięte zęby.

Podchodzi bliżej i próbuje mnie objąć. Odpycham go.

– Nie dotykaj mnie! – Cofam się o pół kroku.

Hubert odczekuje chwilę, dając nam obojgu czas na ostudzenie emocji.

– Znam tę kobietę z przeszłości – zaczyna. – Ale nie widziałem jej od dwunastu lat. Nie mam pojęcia, dlaczego pojawiła się dziś w tej restauracji ani czego ode mnie chciała. Jestem tak samo skołowany jak ty.

Prycham nerwowo.

– Chyba oszalałeś. Naprawdę myślisz, że ci w to uwierzę? – pytam. – Ona wpada do lokalu jak po swoje, robi scenę, krzyczy przy wszystkich, że cię kocha, oskarża cię o coś, czego nawet nie precyzuje… i ty chcesz mi wmówić, że nie mieliście żadnego kontaktu? Hubert, czy ty masz mnie za idiotkę?! – Podchodzę bliżej i dodaję: – Wyjaśnij mi, o co jej chodziło. Czego ona od ciebie chciała? Co ty jej, do cholery, zrobiłeś?!

Mój mąż milczy. Masuje głowę dłońmi, jakby natłok myśli mu ją przegrzał. W końcu wzdycha ciężko, z rezygnacją.

– Nazywa się Adrianna Skowron. Spotykałem się z nią przez niecałe dwa lata. Z początku… byliśmy bardzo szczęśliwi. Wydawało mi się, że spotkałem tę jedyną. A potem coś zaczęło się psuć.

Patrzę na niego bez słowa.

– W pewnym momencie – ciągnie – w dniu naszego ślubu… ona po prostu zniknęła.

Marszczę lekko brwi.

– Jak to zniknęła?

– Normalnie. Po prostu rozpłynęła się w powietrzu. Od tamtej pory nigdy o niej nie słyszałem. – Podchodzi do mnie szybko, chwyta za ramiona i lekko mną potrząsa. – Przysięgam ci, Odeto, że od dwunastu lat nie miałem z nią żadnego kontaktu.

Stoję jak wryta. Dopiero teraz dociera do mnie to, co chwilę wcześniej powiedział.

– Zaraz… czekaj… jakiego ślubu? – pytam ledwo słyszalnym głosem. – O czym ty mówisz?

– Odeto, ja…

Patrzę na niego, jakbym widziała go pierwszy raz w życiu.

– Miałeś narzeczoną? Ale… nigdy mi o niej nie wspominałeś.

Coś we mnie pęka. Łzy same napływają mi do oczu. Odwracam się do niego plecami i ocieram policzki dłonią.

Hubert znowu próbuje się zbliżyć.

– Nie podchodź – mówię ostro i odchodzę kilka kroków dalej.

Potrzebuję trochę czasu, by zapanować nad stresem. Staram się miarowo oddychać, ale rozchwianie sprawia, że nie potrafię wziąć spokojnego wdechu.

– Chcę wiedzieć wszystko – mówię stanowczo, gdy udaje mi się nieco ochłonąć. – Co was łączyło. Każdy szczegół.

Hubert przeciera twarz dłońmi i rzuca krótkie spojrzenie ku niebu, jakby prosił świętych o pomoc w przetrwaniu tej rozmowy.

– Nigdy ci o niej nie powiedziałem, bo żałowałem każdej chwili spędzonej z tą kobietą – mówi cicho. – Najchętniej wymazałbym ten epizod ze swojego życia. On nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Żadnego, rozumiesz?

– Skoro nie ma, to dlaczego go ukrywałeś?

– Bo wstydziłem się tego, że dopuściłem do siebie kogoś tak niezrównoważonego. Nie chciałem, żebyś widziała we mnie słabego i naiwnego mężczyznę.

Patrzę na niego w milczeniu, starając się stać prosto. Czuję jednak, że nogi coraz bardziej mi miękną.

– Podejrzewam, że była chora – ciągnie Hubert. – Pewnie schizofrenia albo poważne zaburzenia emocjonalne.

– Schizofrenia? Brzmi jak idealna wymówka.

– Ona nie była święta! W przeszłości nadużywała narkotyków i raz omal nie zaćpała się na śmierć. Całą winą obarczono jej problematycznego brata, który miał ją w to wciągnąć, ale kto wie, jak było naprawdę…

– Zaczekaj, bo się gubię… To w końcu Adrianna była schizofreniczką czy narkomanką?

– Pewnie tym i tym – odpowiada. – Gdybyś ją wtedy widziała, na kilka tygodni przed ślubem… Nie rozumiałem, dlaczego tak dziwnie się zachowywała… Była nerwowa, podejrzliwa, jakby czegoś się bała. Robiła mi awantury o byle co. A potem… w dniu ślubu, kilka godzin przed ceremonią, zniknęła. Zostawiła tylko liścik.

– Co w nim było? – pytam.

– Napisała: „Nie dam rady. Wybacz. Nie szukaj mnie”.

– Pamiętasz każde słowo – zauważam kąśliwie.

– Dziwisz mi się? Te słowa długo chodziły za mną jak cień. Próbowałem zrozumieć, dlaczego uciekła. Przeżyłem traumę.

– Czyli to wszystko wydarzyło się dwanaście lat temu – mówię powoli. – Jeszcze zanim się poznaliśmy?

Hubert przytakuje.

– Ślub miał się odbyć w połowie sierpnia. Ciebie poznałem w sylwestra.

Przypominam sobie tamtą noc. Jego twarz. Smutek w oczach.

– To dlatego byłeś taki ponury? – pytam. – Taki… jakby cię tam nie było?

– Tak – odpowiada bez wahania. – To był najgorszy czas w moim życiu. Przez Adriannę myślałem, że już nic dobrego mnie nie spotka. A potem pojawiłaś się ty. Ta piękna, seksowna barmanka, która nie tylko uratowała mi noc… ale i życie. – Robi krok w moją stronę. – Proszę cię… Wybacz mi. Ta kobieta to przeszłość. Wróćmy do domu i zapomnijmy o tej chorej akcji.

Prycham nerwowo, ocierając przy tym łzy.

– Wybacz mi – powtarzam po nim. – Musiałabym być bardziej szalona niż ta twoja Adrianna…

– Ona nie jest moja – wchodzi mi w słowo mąż.

– Doprawdy? – Posyłam mu wymowne spojrzenie, kończąc myśl: – Musiałabym być szalona, by przejść do porządku nad tym, co ona zrobiła. Na razie mam w głowie za duży mętlik. Poza tym znam tylko strzępki informacji. I wiedz jedno: przed nami ciężki czas. Bardzo ciężki.

– Skarbie, daj spokój… – rzuca błagalnym tonem Hubert.

– Przygotuj się na długie rozmowy. Bo ja nie odpuszczę, dopóki nie dowiem się wszystkiego o tej wariatce, która właśnie zrujnowała naszą rocznicę. – Robię krótką pauzę, po czym dodaję: – I kto wie… co jeszcze zamierza.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij