Nasi Niemcy - ebook
„Poniemieckie” to słowo, które odruchowo przywodzi na myśl Polskę zachodnią albo Warmię i Mazury. Mało kto zdaje sobie sprawę, że niejedną wieś zamieszkaną dawniej przez Niemców można znaleźć na Mazowszu, Lubelszczyźnie czy w Małopolsce. Niemieckich kolonistów ściągali na wschód Piastowie śląscy, Kazimierz Wielki i Krzyżacy, Rosjanie, Prusacy i Austriacy, a także polscy właściciele i zarządcy majątków. Przybysze zakładali wsie i miasta, leżącą odłogiem ziemię zamieniali w pola i sady, osuszali bagna i walczyli z wylewającymi rzekami. Wprowadzali innowacje, otwierali fabryki i rozwijali przemysł. Wielu, szczególnie katolików, nie zachowało swojej niemieckiej tożsamości i z czasem zostało Polakami.
W granicach II Rzeczpospolitej żyło około miliona polskich obywateli narodowości niemieckiej. Kilkusetletnią obecność większości z nich zakończyła II wojna światowa i powojenna polityka polskiego państwa. Dziś o tej historii świadczą głównie zapomniane cmentarze ewangelickie, a także budynki i gospodarstwa, kanały, rzędy wierzb czy terpy.
Maciej Falkowski szuka takich właśnie śladów. Odnajduje domy z żelaza w Puszczy Pyzdrskiej, pozostałości po osadnikach olęderskich wzdłuż Wisły, potomków Głuchoniemców na Podkarpaciu i Bambrów w Poznaniu. Opowiada o ewangelikach, braciach morawskich i mennonitach. Stara się ocalić od zapomnienia świat tych, którzy po 1945 roku musieli z Polski wyjechać; opisuje losy tych, którzy zdecydowali się zostać i stali się integralną częścią polskiego społeczeństwa.
| Kategoria: | Sport i zabawa |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8396-275-7 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Jakieś pięćdziesiąt kilometrów na południowy zachód od Hanoweru, w Dolnej Saksonii, leży miasteczko Hameln. Spopularyzowana przez braci Grimm legenda głosi, że w XIII wieku rozegrały się tam dramatyczne wydarzenia. Miasteczko nawiedziła niespotykana nigdy wcześniej plaga szczurów, z którą mieszkańcy nijak nie potrafili sobie poradzić. Znalazł się jednak pomysłowy śmiałek, który za pomocą fletu i hipnotyzującej muzyki wyprowadził gryzonie z miasta. Utonęły w przepływającej tuż obok Wezerze. Umowa przewidywała, że mieszczanie zapłacą za jego trud, ci jednak nie wywiązali się z obietnicy. W akcie zemsty szczurołap, używając tego samego triku, wywiódł z miasta kilkaset dzieci, po których ślad zaginął.
Bajka straszna, jak na braci Grimm przystało. Wielokrotnie próbowano wyjaśnić źródła tej legendy. Niektóre interpretacje wiązały ją z epidemią dżumy pustoszącą średniowieczną Europę. Inne wskazywały na krucjatę dziecięcą z 1212 roku, opartą na mistyczno-zbrodniczej idei, zgodnie z którą to niewinne dzieci miały wyzwolić Ziemię Świętą z rąk muzułmanów. Jeszcze inne teorie mówiły o ofiarach pedofilii albo ekstremalnej biedzie, która zmusiła rodziców do wysłania własnego potomstwa z miasta w nadziei na jego ocalenie. Istnieje jednak jeszcze jedna hipotetyczna wersja wydarzeń. Według niej dramatyczne sceny, jakie rozegrały się przed wiekami w saksońskim mieście, są alegorią zapoczątkowanego wtedy historycznego procesu, który trwał odtąd niemal nieprzerwanie przez kolejnych siedemset lat. Tym procesem było _Ostsiedlung_ – niemieckie osadnictwo na wschodzie. Jeśli legenda rzeczywiście opowiada o niemieckich emigrantach, brakuje jej zakończenia. Kilkaset lat później wielu potomków tych, którzy zdecydowali się na wyjazd, poturbowanych i moralnie skacowanych, musiało udać się w drogę powrotną, na zawsze porzucając wszystko to, czego dorobili się ich przodkowie.
„Poniemiecki” to słowo, które automatycznie przywodzi nam na myśl zachodnią Polskę – Szczecin, Wrocław, Zieloną Górę – albo wchodzące w skład dawnych Prus Wschodnich Warmię i Mazury. Z Niemcami kojarzy nam się też Śląsk Opolski – największe skupisko dzisiejszej mniejszości niemieckiej. Mało kto zdaje sobie jednak sprawę, że niejedną wieś zamieszkałą jeszcze nie tak dawno przez Niemców można znaleźć również pod Łodzią i Warszawą, w Wielkopolsce i Małopolsce, na Mazowszu, Podkarpaciu, Lubelszczyźnie, a nawet Podlasiu i Suwalszczyźnie. Wszędzie tam, na ziemiach rdzennie polskich, w dziesiątkach, a nawet setkach miejscowości, do lat czterdziestych XX wieku żyli Niemcy. Czuli się Niemcami, mówili po niemiecku lub w _plattdeutsch_, dialekcie dolnoniemieckim, chodzili do niemieckich szkół i ewangelickich zborów. W granicach II Rzeczpospolitej żyło około miliona polskich obywateli narodowości niemieckiej. Kilkusetletnią obecność większości z nich na tych terenach zakończyła II wojna światowa, wywołana przez ich zaślepionych narodowosocjalistyczną ideologią rodaków z Rzeszy, którzy obiecali tym ludziom raj pod rządami Führera, uwikłali ich we współpracę z nazizmem, a często i jego zbrodnie, co doprowadziło do unicestwienia ich świata, pozbawiło ojczyzny i dorobku wielu pokoleń i zmusiło do ucieczki.
Choć to III Rzesza pogrzebała świat polskich Niemców, nasi przodkowie i nasze, rządzone wtedy przez komunistów, państwo również miało w tym swój udział. Na Niemców, niezależnie od tego, jak zachowywali się podczas wojny, spadły po 1945 roku masowe represje, zarówno oddolne, jak i ze strony władz. Polscy biskupi mieli rację, kiedy w liście do biskupów niemieckich z 1965 roku, ku oburzeniu władz i pamiętającego ogrom niemieckich zbrodni społeczeństwa, „przebaczali i prosili o wybaczenie”. Ci z naszych Niemców, którzy mimo wszystko zdecydowali się w Polsce zostać, woleli milczeć. Nie przekazywać ani wspomnień, ani języka, ani wiary, ani tym bardziej tożsamości. Nie chcieli. Bali się. Zbyt wiele przeszli. Podobnie jak ich ściągnięci do Polski przed wiekami przodkowie, oni również stali się zakładnikami Zeitgeistu – ducha czasów, w których żyli, zmieniającego się zawsze w zależności od pomysłów i interesów władców, polityków, ideologów i innych możnych tego świata.
Dziś o dawnej obecności kolonistów niemieckich świadczą głównie zapomniane, zarośnięte i zdewastowane cmentarze ewangelickie. W całej Polsce są ich setki. Najczęściej wystarczy rozejrzeć się po najbliższej okolicy, aby taki cmentarz odnaleźć. Pozostały też coraz trudniejsze do zidentyfikowania domy i gospodarstwa, które w 1945 roku przeszły na własność kogoś innego, a w dolinie Wisły i innych rzek: kanały, rzędy rosochatych wierzb i terpy – charakterystyczne sztuczne wzniesienia, które usypywano, aby ochronić dom przed powodzią. Tereny zalewowe, bagna i piaski odbierali przyrodzie pracowici i dobrze zorganizowani Olędrzy – wolni osadnicy, którzy począwszy od XVI wieku najpierw przybywali z Niderlandów, a później głównie z krajów niemieckich. To im zawdzięczamy zagospodarowanie tych terenów. Byli tylko jedną z napływających do Polski na przestrzeni dziejów fal osadnictwa niemieckiego. Ich inicjatorami nie byli sami emigranci, tylko ci, którzy owych Niemców na swoje ziemie zapraszali – władcy poszczególnych państw i właściciele ziemscy. Potrzebowali tych ludzi, aby zapewnić rozwój gospodarczy.
Przybysze z krajów niemieckich osiedlali się nie tylko w Polsce. Nieprzerwane, zapoczątkowane w IX, a na dobre w XIII wieku, i trwające przez co najmniej siedemset lat migracje niemieckie na wschód określa się czasami mianem _Drang nach Osten_ – naporu na wschód. Jedni widzieli w tym pojęciu nierozumną, atawistyczną siłę, pchającą Niemców akurat w tym kierunku świata, inni – misterny i konsekwentnie realizowany polityczny plan, którego celem było zasiedlenie, a później podbój tej części Europy. W przededniu II wojny światowej w krajach leżących na wschód od Niemiec żyło kilka milionów Niemców, nie licząc tych, którzy mieszkali na terenach wchodzących obecnie w skład Polski i Rosji (obwód królewiecki). Niemcy żyli w czeskich Sudetach, na Słowacji, w rumuńskich Siedmiogrodzie i Banacie, w państwach bałtyckich, na Wołyniu, Krymie i stepach czarnomorskich, a nawet nad Wołgą, na Kaukazie i Ałtaju. Wszystkich ich zmiotła II wojna światowa.
Nie wszyscy Niemcy, którzy osiedlali się przez wieki na ziemiach polskich, zachowali swoją niemiecką tożsamość. Wielu, zwłaszcza ci, którzy byli katolikami, z upływem czasu stało się Polakami. Oni przetrwali wojnę, choć zdarzało się, że przymuszani do podpisywania niemieckiej listy narodowościowej, tak zwanej volkslisty, musieli wybierać między polskością a niemieckością. Dla większości z nich odległe niemieckie pochodzenie czy niemiecko brzmiące nazwiska nie mają znaczenia, choć zdarza się, że pod wpływem działaczy, naukowców bądź aktywistów zaczynają na nowo odkrywać swoje korzenie i pielęgnować pamięć o przodkach lub własną odrębność. Przykładem takiej grupy są poznańscy Bambrzy – potomkowie osiemnastowiecznych przybyszów z Frankonii, którzy spolonizowali się w czasie największej germanizacji w zaborze pruskim i wytrwali w swojej polskości i których zwyczaje, takie jak strój bamberski, stały się nieodłącznym elementem poznańskiej kultury. Do własnych korzeni, w tym specyficznego języka, wracają też mieszkańcy miasteczka Wilamowice pod Bielskiem-Białą. Choć nigdy nie uważali się za Niemców, ich przodkowie kilkaset lat temu przybyli na pogranicze Śląska i Małopolski z germańskiego kręgu kulturowego, a ich odrębna wilamowska tożsamość, na przekór wszystkiemu, przetrwała przez setki lat.
Ta książka opowiada zarówno o tych pierwszych, jak i o drugich. Jest zapisem podróży w czasie i do miejsc, w których przez wieki osiedlali się, żyli, gospodarzyli i współtworzyli Polskę niemieccy imigranci. „Jaką nicią chce pan związać te historie?” – zapytał jeden z moich rozmówców, gdy przedstawiłem mu koncepcję swojego reportażu. Nici są dwie: imigracja do Polski i germańskie pochodzenie przybyszów. W książce opowiadam o meandrach tożsamości migrantów z zachodu, ich zawiłych i nierzadko dramatycznych losach, o tym, co po nich pozostało, oraz o ludziach, którzy pamięć o nich próbują ocalić od zapomnienia, aby wyrazić szacunek za ich wkład w rozwój naszego kraju. Na łamach książki zabieram czytelniczki i czytelników na Żuławy, Pomorze i do Wielkopolski, na Mazowsze, Sądecczyznę, Podkarpacie, Śląsk, Lubelszczyznę i w okolice Łodzi. Będziemy szukać domów z żelaza w Puszczy Pyzdrskiej, pozostałości po osadnikach olęderskich wzdłuż Wisły, resztek pamięci o kolonistach józefińskich w Galicji, Głuchoniemców na Podkarpaciu i Bambrów w Poznaniu. Zapuścimy się również, przynajmniej intelektualnie, nad Wołgę, do Saksonii, Siedmiogrodu, Kanady, Paragwaju, łotewskiej Łatgalii i innych bliskich lub bardzo odległych miejsc, gdzie będziemy szukać siedmiogrodzkich Sasów, braci morawskich, mennonitów i spolonizowanych bałtyckich Niemców.
Jednocześnie jest to książka o doświadczeniu migracji. O wyborach, przed jakimi stają migranci, o asymilacji bądź izolacji i upartym trwaniu przy swoim. O skażonej złem ludzkiej naturze oraz nikczemnych politykach i ideologiach, które albo każą w migrantach widzieć obcych, albo w imię własnych interesów i wyobrażeń próbują ich na siłę w owej obcości utwierdzać.
Książka składa się z siedmiu rozdziałów. Pierwsze sześć to portrety wybranych, różniących się od siebie miejsc/regionów/społeczności, których historia związana jest z niemieckim lub – szerzej – germańskim osadnictwem. Ostatni rozdział ma wymiar osobisty, bo tak się składa, że dzieje niemieckich kolonistów to również część dramatycznej historii mojej własnej rodziny. Historii skrzętnie skrywanej, którą dopiero niedawno odkryłem i zrekonstruowałem.
Podczas pracy nad tą publikacją spotkałem wielu życzliwych ludzi, którzy bardzo mi pomogli w moich wysiłkach, czy to poprzez podzielenie się swoją wiedzą i refleksjami, nakierowanie na właściwe tory, czy też wskazanie odpowiedniej literatury. Chciałbym im za to bardzo podziękować. Spotkania i rozmowy z wieloma z tych osób znalazły odzwierciedlenie w tekście. Dziękuję Witoldowi Błażowi, księdzu Michałowi Bogucie, Gabrielowi Boguckiemu, Zdzisławowi Brzykcemu, Antoniemu Chorążemu, księdzu biskupowi Janowi Cieślarowi, Tomaszowi Ciołkowskiemu, Wandzie Falk, Eugeniuszowi Fuchsowi, Karlowi Günterowi Fuchsowi, Łukaszowi Giertlerowi, Andrzejowi Kaliszowi, Piotrowi Kirschowi, Sławomirowi Kowalskiemu vel Schmidtowi, Antoniemu Krohowi, Tymoteuszowi Królowi, Danucie Kubicy, Andrzejowi Kublowi, Magdalenie Licy-Kaczan, Wojciechowi Marchlewskiemu, Tomaszowi Markiewiczowi, Ewie Michalskiej, Wincentemu Muthowi, Dorocie Nieznalskiej, księdzu Eugeniuszowi Nyczowi (zmarłemu w 2025 roku), Sebastianowi Piątkowskiemu, Annie Plenzler, Marii Magdalenie Pocgaj, Karolowi Pospiszyłowi, Ewie Pustole-Kozłowskiej, Mariuszowi Jerzemu Raniszewskiemu, Mai Rausch-Purzyckiej, Janowi Rodakowi, księdzu Wojciechowi Rutkowskiemu, Jozefowi Šedzie, Ryszardowi Skibińskiemu, Marcinowi Solarzowi, Michałowi Stachowiakowi, Krzysztofowi Strachocie, Jerzemu Szałyginowi, wiceprezesowi IPN Mateuszowi Szpytmie, Hannie Szurczak, Pawłowi Szutowowi, Michałowi Umińskiemu, Tadeuszowi Wodzińskiemu, Celinie i Edwinowi Zelentom, Andrzejowi Zielińskiemu, Przemysławowi Zielnicy oraz Małgorzacie i Marcinowi Złomskim.
Chciałbym też szczególnie podziękować pięciu kobietom: mojej mamie za dzielenie się ze mną szczątkami wspomnień, które przekazała jej moja babcia Janina Wiśniewska; mojej kuzynce Doris Etienne z Kanady, bez której nie dowiedziałbym się tego, czego się dowiedziałem; moim córkom Julii i Soni za dzielne towarzyszenie mi podczas wypraw po Polsce; oraz mojej żonie Andrei – za wszystko.