Nasze błękitne lato - ebook
Patryk Han po wielu latach przybywa do Korei, w rodzinne strony ojca, gdzie czeka na niego spadek w postaci ziemi wraz z domem i dawnym pensjonatem, które chłopak odziedziczył po koreańskich dziadkach. Przyjął spuściznę pod wpływem chwili, nie wiedząc tak naprawdę, co zastanie na miejscu. Okazuje się, że jego babcia przed śmiercią przerobiła stary pensjonat na wiejską klinikę, którą obecnie zarządza Son Su-ah, pierwsza miłość Patryka z czasów, gdy mieli po trzynaście lat. Powracają wspomnienia, na nowo odżywają dawno zakopane uczucia, a jednocześnie na wierzch wypływa cała seria tajemnic rodziny Han. Wychodzi na jaw, że ktoś celowo doprowadził do rozdzielenia pary zakochanych nastolatków oraz ukrywał przed Su-ah listy, które Patryk wysyłał do niej z Polski. Trzydziestolatkowie postanawiają rozwikłać zagadkę i odkryć, kto oraz dlaczego rozdzielił ich na blisko dwadzieścia lat. Nie zdają sobie jednak sprawy, z jak mroczną i zawiłą tajemnicą przyjdzie im się zmierzyć.
Czy pierwsza miłość na nowo rozkwitnie?
Jakie sekrety skrywa rodzina Patryka?
Czemu chciano go rozdzielić z Su-ah?
Odpowiedzi poznacie, sięgając po "Nasze błękitne lato", książkę napisaną w stylu romantycznej k-dramy.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Young Adult |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-67864-09-1 |
| Rozmiar pliku: | 1 001 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Uwielbiam koreańskie seriale romantyczne oraz obyczajowe, ale jak dotąd nie było mi dane pojechać do tego kraju. A przynajmniej nie w czasie, gdy pracowałem nad tą książką. Przedstawiona tutaj historia, postacie i wydarzenia są w pełni fikcyjne, zaś wioski Dapo-ri i Dadae-ri istnieją naprawdę, choć na potrzeby fabuły zmieniłem w nich wiele elementów. Przemyciłem też trochę faktów historycznych dotyczących burzliwej i krwawej przeszłości Korei, jednak o tym więcej opowiem już w posłowiu, gdzie wskażę, dlaczego postanowiłem zawrzeć w tej historii tak dramatyczne wydarzenia.
Podczas pisania Naszego błękitnego lata od początku przyświecał mi jeden cel – stworzyć scenariusz pod własny serial obyczajowo-romantyczny w stylu k-dramy. Inspirowałem się głównie trzema ulubionymi seriami, do których lubię powracać: One Spring Night, Pewnego razu w małym miasteczku oraz Witamy w Samdal-ri. Podczas prac nad powieścią towarzyszyła mi ścieżka dźwiękowa z pierwszych dwóch wspomnianych produkcji, ale też składanka z filmu Gniew oceanu, ponieważ morze odgrywa istotną rolę w tej historii.
Potraktujcie zatem Nasze błękitne lato jako lekką k-dramę z pewną dozą humoru sytuacyjnego, szczyptą infantylności oraz nieco przerysowanymi sytuacjami. Spodziewajcie się burzliwego finału wypełnionego zwrotami akcji i rozwiązania łamigłówki rodzinnej pełnej białych plam, które nasza para protagonistów próbuje na nowo wypełnić kolorami.
Zapraszam Was do opowieści o dwójce samotnych osób, które odnalazły się po latach. Jeśli dotrwacie do końca, to nie zapomnijcie zostawić po sobie śladu w formie oceny lub krótkiego komentarza w social mediach.
Pozdrawiam i życzę Wam udanej przygody, gdziekolwiek teraz jesteście.
Artur TojzaPROLOG
– Pieprzone słońce – burknął pod nosem Patryk po polsku, czym przykuł zaciekawione spojrzenia kilku przechodniów.
Z jego perspektywy koniec czerwca był kiepskim okresem do odwiedzania Korei Południowej. Początek lata oznaczał rozpoczęcie sezonu monsunowego, a co za tym idzie – nieznośnego upału oraz wysokiej wilgotności powietrza. Już jako dziecko nienawidził przyjeżdżać tu w czasie wakacji szkolnych, w przeciwieństwie do siostry oraz matki. Obie uwielbiały smażyć się na słońcu niczym ryby na patelni. Nigdy nie umiał tego zrozumieć. Wolał aktywnie spędzać wolny czas, a ze wszystkich pór roku najbardziej lubił jesień, szczególnie pierwszą połowę.
Szedł powoli zatłoczonymi ulicami Pusanu, szukając jakiejś nienabitej ludźmi kawiarni, gdzie mógłby odpocząć. Spędził w podróży niemal czterdzieści godzin, podczas których zaliczył dwie przesiadki i jedno opóźnienie. Był obolały, wycieńczony, kark mu zesztywniał, a w głowie huczało. Cieszył się, że jego bagaż ograniczał się do pojemnego plecaka podróżnego oraz torby przewieszonej przez ramię. W innym wypadku szlag by go trafił, gdyby musiał się przeciskać przez tłum z nieporęcznymi walizkami.
Nie znosił tłoku ani zgiełku dużych miast, mimo że urodził się i wychował w Gdańsku, rodzinnym mieście matki. Tam również potrafił panować niemiłosierny ścisk, szczególnie w okresie letnim, ale to było niczym w porównaniu z tętniącym życiem Pusanem liczącym ponad cztery miliony mieszkańców. Jeśli dodać do tego przyjezdnych, turystów oraz pracowników ogromnego portu morskiego, to w godzinach szczytu chodnikami płynęły rzeki ludzkich ciał.
– Pieprzone miasto – prychnął Patryk, spoglądając ponuro przez oszkloną futrynę kolejnej zatłoczonej kawiarni.
Upał coraz bardziej mu doskwierał, skóra pociła się mocno, a kilkudniowy zarost nieprzyjemnie drapał. Od kilku dni nie miał czasu porządnie o siebie zadbać. Pragnął wreszcie dotrzeć do pensjonatu dziadków na wyspie Geojedo, zrzucić ciuchy i wziąć chłodną kąpiel. Pamiętał, że w ich domu znajdowała się naprawdę luksusowa łaźnia, niepasująca do wiejskiego krajobrazu.
Dziadek był z wykształcenia hydraulikiem, babcia zaś w młodości studiowała architekturę wnętrz. Oboje marzyli o własnej prywatnej łaźni w stylu japońskim rodem z turystycznych broszur. Przez lata odkładali więc pieniądze na materiały i powoli realizowali marzenie. Patryk pamiętał dobrze, ile wyrzeczeń ich to kosztowało, gdyż w pensjonacie zawsze znajdowało się coś do naprawy, odrestaurowania lub zainstalowania, a to nieraz pochłaniało sporo środków. Ostatecznie dopięli swego i zbudowali własne sentō. Co prawda w wersji minimalistycznej, ale jednak.
Patryk mimowolnie się uśmiechnął na wspomnienie swojej jedynej kąpieli w tym miejscu. Później podczas włóczenia się po świecie kilka razy odwiedził podobne przybytki w Japonii, ale żaden nie dorównywał temu, co zbudowali dziadkowie.
Zawsze go zastanawiało, czemu otworzyli pensjonat, zamiast zwiedzać świat, tak jak tego pragnęli. Spytał kiedyś o to w dzieciństwie, a babcia odpowiedziała jedynie, że nie każde marzenie jest warte poświęcenia własnego szczęścia. Zupełnie tego nie rozumiał, bo był przekonany, że uwielbiali wędrówki oraz podróże. Nieraz o tym mówili i wypytywali przyjezdnych o miejsca, które ci odwiedzili. Wspominali, że na pewno kiedyś sami się tam wybiorą, jednak nigdy nie wyjechali dalej niż do Pusanu. Praktycznie całe życie spędzili na rodzinnej wyspie Geojedo.
– Pieprzony upał – mruknął znów Patryk, przecierając grzbietem dłoni spocone czoło.
Strużki potu spływały mu po plecach. Dźwiganie bagażu w taką pogodę było morderczym wyzwaniem. Sięgnął do bocznej kieszeni po butelkę z wodą, która zdążyła się nagrzać. Fuknął niezadowolony, odkręcił nakrętkę i wypił duszkiem niemal połowę zawartości, lekko ciepłej, ale gaszącej pragnienie. Nie poprawiło mu to jednak humoru. Odruchowo przetarł usta drugą dłonią i dał kolejny raz upust frustracji.
– Pieprzona wo…
W tym momencie oberwał w twarz otworzonymi gwałtownie drzwiami prowadzącymi do jakiegoś biurowca. Siła uderzenia była tak potężna, że odrzuciła go do tyłu. Wylądował boleśnie tyłkiem na chodniku, trzymając się oburącz za usta i nos. Ludzie wokoło rozpierzchli się błyskawicznie, by uniknąć zderzenia z przeszkodą, podczas gdy mężczyzna rzucał wiązanką przekleństw i sprawdzał, czy niczego nie połamał.
W jego głowie zrodził się makabryczny obraz człowieczka, którego za chwilę obedrze żywcem ze skóry. Zwykle unikał przemocy i był bardzo ugodowy, ale w tej sytuacji zwyczajnie łaknął krwi, a słowiańska natura brała górę nad rozsądkiem i koreańskimi manierami wpojonymi mu w dzieciństwie.
– Czy nic się panu nie stało? – usłyszał dźwięczny kobiecy głos mówiący płynnie po angielsku.
Patryk spojrzał na pochylającą się nad nim uroczą dziewczynę w delikatnym makijażu, okularach w cienkich oprawkach oraz czarnych włosach związanych w kucyk. Była ubrana elegancko jak typowy mieszczuch pracujący w korpo.
– Przepraszam najmocniej. Spieszyłam się i niechcący za szybko otworzyłam drzwi…
– Nic nie szkodzi – burknął Patryk również po angielsku, mrużąc oczy.
Nie mógł uwierzyć, że zarobił taki cios od drobnej dziewuszki mającej może z metr sześćdziesiąt wzrostu, i to w butach na obcasie. Wstał powoli, ignorując podaną mu dłoń. Sam mierzył sto dziewięćdziesiąt pięć centymetrów i ważył nieco ponad dziewięćdziesiąt kilogramów. Miał wyśmienitą kondycję, dbał o siebie i codziennie poświęcał choćby pół godziny na praktykę jogi. Do tego wyróżniał się z tłumu przez nietypową koreańsko-słowiańską urodę oraz heterochronię – jedno oko miał jasnobrązowe po ojcu, a drugie niebieskie po matce.
– Naprawdę przepraszam – dodała kobieta i skłoniła się nisko, unikając gromiącego spojrzenia mężczyzny.
– Spoko, nic się nie stało – mruknął Patryk, po czym sprawdził językiem zęby. Przetarł usta grzbietem dłoni i zobaczył na niej krew.
– Proszę to przyjąć. – Nieznajoma podała mu oburącz paczkę chusteczek higienicznych. – Nieopodal jest apteka. Kupię panu gazik i…
– Obejdzie się. – Patryk wyjął z kieszeni spodni wymiętoloną chusteczkę jednorazową i przytknął ją do rozciętej dolnej wargi.
– Nie powinien pan…
– Spoko, jestem wytrzymały – stwierdził, wymijając kobietę. – Udanego dnia. – Skinął głową w jej stronę, a kiedy się obrócił plecami, dodał półgłosem po polsku: – Pierdolone drzwi.