-
nowość
-
promocja
Nasze wieczory - ebook
Nasze wieczory - ebook
Wielki powrót Alana Hollinghursta, zwanego współczesnym Henrym Jamesem. Pisarz kreśli tu fantastyczny portret Anglii ostatnich kilku dekad, a jednocześnie opisuje kwestie tak uniwersalne jak nieubłagany upływ lat, poszukiwanie sensu, ograniczenia klasowe czy wreszcie miłość z całą ambiwalencją uczuć, jaka się na nią składa.
Głównego bohatera, Dave’a Wina, poznajemy, gdy ma trzynaście lat i bawi z wizytą u Marka Holdena – fundatora stypendium, dzięki któremu pochodzący z klasy robotniczej Dave, półkrwi Birmańczyk, może uczyć się w prestiżowej prywatnej szkole. W internacie niepewny siebie, lecz nadrabiający miną Dave zetknie się z zazdrością i przemocą syna swojego dobroczyńcy, Giles’a – skoncentrowanego na sobie rasisty, który w przyszłości zostanie politykiem zaangażowanym w brexit. Dave natomiast, zmagając się z homofobią i dyskryminacją, odda się karierze aktorskiej i rozwinie awangardową scenę teatralną Londynu. Dwie rozbieżne wrażliwości i odmienne kariery bohaterów są dla siebie w tej rozpisanej na kilkadziesiąt lat historii kontrapunktem, który nasuwa pytania o szczęście, dobrze przeżyte życie i miarę sukcesu. Hollinghurst w „Naszych wieczorach” dotyka całej złożoności ludzkich relacji – opisuje więdnące przyjaźnie, radosne erotyczne uniesienia, ale też miłość, która odmienia życie.
W tej wspaniałej powieści zdobywca Bookera kolejny raz dowodzi, że jest mistrzem prozy psychologicznej.
„Najwspanialsza powieść jednego z najwybitniejszych pisarzy naszych czasów”.
„The Guardian”
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68180-76-3 |
| Rozmiar pliku: | 957 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Richard spotkał Marka tylko raz, na kolacji w Tate z okazji jego dziewięćdziesiątych urodzin – tamtego dnia w sali, którą na tę okoliczność obwieszono darami jubilata, zasiadało dwieście osób. Wygłaszając przemówienie, Mark sprawiał wrażenie słabowitego, wszyscy go jednak wspierali, a on, skromny i hojny, wzniósł toast za dzień starszą Carę. Gdy potem chwilę z nimi rozmawialiśmy, nie potrafiłem stwierdzić, czy nieobecność Gilesa zraniła ich, czy też w skrytości ducha czuli ulgę.
Z punktu widzenia mediów historia Marka Hadlowa zawsze była irytująco uboga w skandale – prawy biznesmen, wielki filantrop, od siedemdziesięciu lat jedna żona; żaden pustelnik, człowiek niezwykle gościnny, niegustujący jednak w blasku reflektorów: podobno odrzucił zarówno tytuł szlachecki, jak i godność para, a żadna z galerii czy auli, które ufundował, nie nosiła jego imienia. Wścibska plotka mogła się do niego dobrać wyłącznie za pośrednictwem dzieci. O Lydii wiadomo było tylko, że raz pojawiła się topless w filmie Warhola i zginęła w wypadku samochodowym we Francji pięć lat temu. Za to Giles, oczywiście, jest wszędzie, przy tym tak zaciekle występuje przeciwko wszystkiemu, za czym opowiadał się Mark, że niszczycielska kariera syna przesłoniła życie i dzieło ojca. _Odszedł Mark Hadlow, ojciec architekta brexitu_, napisał „Times”, „Mail” zaś w ogóle pominął imię: _Ojciec Gilesa Hadlowa zmarł w wieku 94 lat_. Zdjęcie, na którym stoją razem, spięci, pochodzi z lat osiemdziesiątych. Szaleństwem byłoby twierdzić, że to Giles wpędził ojca do grobu, ale zastanawiałem się, co teraz czuje – nadal bunt czy podszyty winą smutek?
– Zadzwonisz do Cary? – spytał Richard.
– Powinienem – odrzekłem, ale to pytanie sprawiło, że zacząłem się zastanawiać: choć łączyła nas niezłomna przyjaźń, czułem się zbyt onieśmielony, żeby dzwonić. – Albo może później do niej napiszę.
Zaraz jednak uznałem, że list wszystkiego nie pomieści. Spojrzałem w lustro, które odbijało łóżko, ukazując nas jakby w obszerniejszym i piękniejszym pomieszczeniu.
– Mieć pieniądze i przeznaczać je tylko na to, co dobre, to rzadkość, prawda?
– Rzecz właściwie niespotykana – stwierdził Richard.
Pomyślałem, ile Mark dla mnie zrobił, jeszcze zanim poznaliśmy się w Woolpeck w czasach mojej wczesnej młodości. Zobaczyłem siebie w tamten słoneczny weekend – lęk pod maską opanowania, inteligencja skryta za nerwowym napięciem przed ludźmi, którzy mieli nadzieję ją dostrzec.
– Prawda jest taka, że zmienił moje życie. – Potrafię płakać na zawołanie przed kamerą i na scenie, nawet co wieczór, teraz jednak zadziwiłem sam siebie. – Nie umiem sobie wyobrazić, gdzie bym bez niego był.
– Och, kochanie. – Richard pogładził mnie pocieszająco po ramieniu. – Czasem myślę, że był jak ojciec, którego nie miałeś.
– Nigdy nie byliśmy aż tak blisko – odparłem, ten pomysł wzbudził we mnie nieufność. – Zwykły przypadek. Gdybym nie zdobył stypendium Hadlowów, nigdy bym nie poszedł do tamtej szkoły.
– I nie poznałbyś Gilesa.
Przypomniało mi się, co powiedziała mama tuż przed śmiercią, na początku kampanii:
– Pomyśleć, że wszyscy możemy znaleźć się na łasce tego twojego okropnego kolegi.
– Mamo, oni nie wygrają – odparłem wtedy.
– Mnie to nie dotknie, bo mnie nie będzie – powiedziała. – Ale ty… i Richard.
Popatrzyłem znów w lustro na dwóch starszych panów w łóżku. Mama odeszła i Mark odszedł, zostaliśmy tylko my – z Gilesem we wszystkich gazetach, depczącym naszą przyszłość i nasze nadzieje.
------------------------------------------------------------------------
* * *
Wieczorem natknąłem się w internecie na zdjęcie Marka, musiało pochodzić z czasów, kiedy go poznałem; co za słodko zapierające dech w piersi uczucie, jakbym zobaczył własne zdjęcie z młodości, fotografię, o której istnieniu nie miałem pojęcia – zapomniałem, że kiedyś znałem go właśnie takiego. Usta nadają twarzy wyraz stanowczości, wręcz zniecierpliwienia, dla którego przeciwwagę stanowią wielkie rozbawione brązowe oczy. Uważne skupienie idzie w parze z potrzebą, by zaraz przejść do czegoś innego. Bliskie miłości przywiązanie, które żywiłem do niego jako dziecko, przetrwało i powraca do mnie w postaci niesłabnącej sympatii z lat późniejszych, gdy nawyk przyjaźni stał się jego istotną częścią.
Kiedy ma się pięćdziesiąt, sześćdziesiąt parę lat, figury ojca stopniowo się wykruszają, znikają ci, którzy uprawomocniali życie, umożliwiali je, byli jego świadkami, i nikt nie jest w stanie ich zastąpić. Roland, Raymond, Mark – wszyscy odeszli, a ja nie mam szansy stać się kimś takim. Moi dwaj chrześniacy dorośli, pożenili się, sami zostali ojcami i prawie się nie widujemy; naszym rzadkim spotkaniom towarzyszy niezwykła serdeczność, ściskamy się zawzięcie i uśmiechamy ponad przepaścią dzielącą życie biznesmenów i starego dziwaka, w dodatku geja. Okazują mi wielki szacunek, a o moich niejasnych osiągnięciach mówią w tonie zachęty, jakbym to ja był ich chrześniakiem. Poza tym zdarza mi się uczyć, a gdy biorę udział w spektaklu, częstuję młodych aktorów teatralnymi plotkami i niekiedy za sceną po kryjomu ćwiczę z nimi role. Moja serdeczność ma odcień raczej koleżeński niż ojcowski – czy miłosny: odnotowałem moment, gdy kilka lat temu mój flirt przestał uwodzić, a zaczął niepokoić.
------------------------------------------------------------------------
* * *
Teraz od dwóch tygodni jestem w trakcie prób do _Bajazet_ w Anvil – zbieramy się w sali nieopodal, poobijane niebieskie drzwi między rzeźnikiem a sklepem ze starociami („Oto współczesny teatr dla ciebie”, mówi Richard). Gram starego Acomata, wielkiego wezyra, ta rola to prawdziwy dar, i zastanawiam się, kiedy pierwszy raz powiedziałem: „Gram starego kogoś” – minęło już trochę czasu. W „The Telegraph” w zeszłym roku napisano, że „cieszę się złotą jesienią kariery”, choć mnie się wydaje, że po prostu trafiło mi się kilka postaci, które łatwo dostrzec. Reżyserzy uznali, że im się przydam, a Martin, mój agent, szybko wszedł w rolę kogoś, kto zawsze we mnie wierzył.
Normalnie znałbym już tekst na pamięć, choć nigdy przed próbami, tego czterdzieści lat temu nauczył mnie Ray: najlepiej „zakuć” kwestie w pierwszym tygodniu albo dwóch, gdy wypowiada się je do innych osób. Otwieram sztukę i przez pierwszych dziesięć minut mam nierymowany pentametr jambiczny, bite sześć stron: skomplikowana opowieść o intrygach, wojskach i imperiach, którą widownia w swej zniecierpliwionej niewiedzy będzie chłonęła z uwagą, świadoma, że od tego zależy jej wieczór. Jesteśmy tylko ja i mój totumfacki, Osmin, grany przez Keitha Mackle’a, młodego chłopaka o mieszanym pochodzeniu (Glasgow, Ghana), który urodą i skupieniem przypomina mi Hectora; ma niespożyte pokłady cierpliwości, gdy żądam promptera albo przez pomyłkę przeskakuję do dalszego monologu, tego o wojskach babilońskich. Faktem jest, że moja słynna pamięć nie jest już taka jak dawniej. Pamiętam ze szczegółami, co było wczoraj, rzeczy sprzed pięćdziesięciu lat wracają do mnie z nieoczekiwaną nową wyrazistością, lecz maleńkie umysłowe paprochy zamazują i przesłaniają ostatni tydzień. Na początku zostawiłem scenariusz na krześle, potem jednak wziąłem go i nosiłem jak nie ja.
------------------------------------------------------------------------
* * *
Rzeczywiście napisałem do Cary, ale nie dostałem odpowiedzi, zadzwoniła dopiero tuż przed zdjęciem sztuki z afisza: od razu przeszła do rzeczy, powiedziała, że ma raka, sześć tygodni przed śmiercią Marka zoperowano jej gardło.
– Wiem, że mój głos brzmi inaczej – stwierdziła.
– Nie dla mnie – odparłem z galanterią, do której nigdy nie miała cierpliwości.
– Och, to miłe z twojej strony.
Pomyślałem, że faktycznie mówi nieco inaczej, jakby coś jej przeszkadzało, z wyczuwalnym wysiłkiem typowym dla ludzi starszych.
Spytała:
– Może przyjdziesz jutro na lunch? Albo jakiegoś innego dnia? – Nieoczekiwanie pusty kalendarz.
Wpadłem z wizytą trzy dni później, sam.
Miałem do dyspozycji całą czułą wiedzę, którą zdobyłem przy mamie w jej ostatnich latach, i umiejętność obcowania z osobami bardzo wiekowymi. Ale oczywiście Cara to nie mama. Między nami była szczerość, nie zażyłość z jej pobłażaniem słabości, poza tym Cara miała ludzi, którzy się nią opiekowali. Wpuściła mnie milcząca młoda kobieta, która wzięła ode mnie płaszcz i zaprowadziła mnie do pokoju dziennego z wysokimi oknami wychodzącymi na ogród i wielkimi abstrakcyjnymi obrazami spoglądającymi na siebie ponad białym dywanem. Cara siedziała przy kominku, na nosie miała okulary i najwyraźniej do kogoś pisała – marszczyła brwi, wystukując litery na telefonie. Mogłem się jej przyjrzeć: grube białe brwi, czerwony zawój na głowie, szyja okręcona jedwabnym szalikiem, lekko opadający prawy kącik ust, dobrze mi znana kwadratowa twarz, zarazem łagodniejsza i bardziej wychudła.
– Witaj! – powiedziała ze wzruszającym ciepłem, nie podnosząc wzroku, po czym stuknęła „wyślij” i wyciągnęła do mnie rękę.
Podszedłem i pocałowałem ją w policzek, a ona na moment chwyciła mnie za ramię.
– Wiem, że nie pijesz.
– No cóż – odparłem – nie piję dużo.
– Koniecznie się czymś poczęstuj, ja w tej chwili nie mogę.
Dziewczyna czekała.
– Może wodę? – zasugerowałem.
Oboje z Carą dostaliśmy więc wodę, a gdy usiadłem, spojrzeliśmy sobie w oczy. Miałem nadzieję, że w moim wzroku widać współczucie i żartobliwość, jej był jakby nieobecny – nie potrafiłem wyczuć, od czego chciałaby zacząć.
– Możesz malować? – spytałem.
– Och, teraz to nie dla mnie – odparła i uniosła prawą rękę z nieśmiałością, jak mi się zdawało, wielkie białe knykcie, palce, które trudno wyprostować. – Trochę rysuję, ale to niewiele warte.
– Tak mi przykro – powiedziałem. – Dobrze pamiętam twoje prace.
– Zawsze je chwaliłeś.
– Nie tylko ja – odparłem, choć ze świadomością, że podobały mi się przede wszystkim dlatego, że ją znałem.
Chciałem się dowiedzieć czegoś o pogrzebie – kierował mną szczególny splot uczuć: ciekawości, żalu, że mnie tam nie było, i okropnej, niedopuszczalnej urazy, że nie zostałem zaproszony.
– Och, to była bardzo prywatna uroczystość – powiedziała Cara. – Tak jak chciał Mark.
– Całkowicie zrozumiałe.
– Nie czułam się najlepiej, nie dałabym rady. Tylko rodzina i trzy, może cztery osoby spoza.
– Oczywiście – odparłem lekko.
– Był Bach i zdaje się, że Rameau. Mike Kidstow, stary przyjaciel Marka, nie wiem, czy go znasz, wygłosił mowę.
– Wiem, kto to, ale nigdy go nie spotkałem.
– Oczywiście żadnych hymnów ani nic w tym stylu. Giles przeczytał coś krótkiego.
– Ach, zastanawiałem się…
Spojrzała na mnie.
– Czytał bardzo dobrze.
– Tak, z pewnością – odparłem i poczułem, że mogę dodać: – Ma ogromne doświadczenie!
– Właśnie o to chodzi, Dave, nie mogliśmy pozwolić, żeby były tłumy ludzi i dziennikarze.
– Rozumiem, naprawdę.
– Zatrzymali fotografów przed bramą krematorium.
– Całe szczęście.
– To znaczy, wiesz, nie zjawili się z powodu Marka… Wychodziliśmy w morzu fleszy. – Uniosła wykręconą rękę, żeby osłonić oczy.
------------------------------------------------------------------------
* * *
Zjedliśmy lunch w jadalni, którą pamiętałem jako bardziej ponurą, z innymi obrazami – było w tym niezmordowane Hadlowowskie przekonanie, że rzeczy można wciąż zmieniać i udoskonalać. Cara miała laskę – zaproponowałem jej ramię, ale odparła cicho:
– Nie trzeba.
Usiedliśmy naprzeciwko siebie na końcu długiego rozsuwanego stołu – na drugim znajdował się biały gipsowy odlew jakiejś pustej formy, może kartonu lub szafki, autorstwa Rachel Whiteread. Ciąg ogromnych pokojów ze ścianami w kolorze złamanej bieli musiał się wydawać zimny bez męża.
Do stołu podawał młody mężczyzna, Rihaan, który od czasu do czasu szeptał Carze coś na ucho i zdawał się w opiece nad nią odgrywać większą rolę. Przypomniał mi się Ashok dekady temu, uśmiech oddania i poczucie, że wszyscy mamy swoje miejsce. Cara wymagała pewnej troski, ale nie chciała robić wokół siebie zamieszania; posiłek był prosty i lekki: sola, młode ziemniaki, sałata, woda w dzbanku. Może i była kobietą niezwykle zamożną, lecz jednocześnie chłopską córką, która nigdy nie wyzbyła się niechęci do marnotrawstwa, wspólnej wszystkim, którzy przeżyli wojnę.
W ciepłych słowach wspomniałem o ogromnej wystawie _Nowe malarstwo europejskie_ w Hayward, Mark był jej dobrym duchem.
– Tak się cieszę, że ją widziałeś, to jego ostatnie wielkie dzieło.
– Och, była wspaniała – powiedziałem z tym samym przejęciem, z którym zawsze Hadlowowie mówili o sztuce współczesnej. – Niezwykłe osiągnięcie. – Składały się na nią prace ze wszystkich dwudziestu ośmiu krajów członkowskich Unii, pomysł bardzo szlachetny, godny naśladowania, wręcz wizjonerski, choć według Richarda gdzieś tak w połowie człowiek zaczynał żałować, że jeszcze kilka państw nie zdecydowało się na brexit.
Po jakimś czasie Cara powiedziała:
– Dave, znamy się tak długo.
– Pięćdziesiąt… cztery lata! – odparłem.
– Cieszę się, że utrzymujemy kontakt.
– Och, ja również! – Cara, tak samo jak Mark, zwykle mnie uciszała, gdy próbowałem dać wyraz swojej wdzięczności, teraz jednak poczułem, że kilka szczerych słów może jej przynieść pociechę. Spojrzałem na szeroką, pochyloną twarz, oświetloną mocno z prawej strony światłem wpadającym przez wielkie okno. – Zawsze powtarzam, ile zawdzięczam tobie i Markowi. Znajomość z wami odmieniła moje życie.
Skrzywiła się, ale tylko przelotnie, wyczułem, że mam jej przyzwolenie.
– Wiesz, Dave, że Mark był z ciebie bardzo dumny, interesował się wszystkim, co robisz. Oboje z radością patrzyliśmy na twoje sukcesy. Zdaję sobie sprawę, że nie było ci łatwo, zwłaszcza na początku.
– Dziękuję! – Mówiła to już nieraz, niemal tymi samymi słowami, co nie znaczy, że mniej mnie teraz poruszały: wyczuwałem, że dla niej ta deklaracja wciąż ma sens i ciepło czegoś, co się mówi po raz pierwszy. – To dla mnie bardzo wiele znaczy.
– Ogromnie żałuję, że nie widziałam tej sztuki Racine’a, zebrałeś wspaniałe recenzje.
– Absolutnie się tym nie przejmuj.
– No cóż. – Uśmiechnęła się ze wzruszającym nowym odcieniem niepewności. – Zastanawiam się czasami, co sobie wtedy o nas myślałeś.
– Pobyt w Woolpeck był cudowny.
Zamrugała, może próbując to sobie wyobrazić.
– Naprawdę? Pamiętam, że po jednym z brutalniejszych wyskoków ministra musiałam ci coś zabandażować.
– Boże – westchnąłem, ucieszył mnie jednak ten niespodziewany żarcik.
– Zanim nas poznałeś, miewaliśmy szczęśliwsze okresy. Ale Giles i Lydia nigdy się ze sobą nie dogadywali, w dodatku oboje byli trudnymi nastolatkami, nie to co ty.
– No tak, ja zacząłem sprawiać kłopoty trochę później.
– Ty byłeś bardzo zżyty z matką – stwierdziła Cara. – A ja mam poczucie, że w jakimś niezrozumiałym dla mnie sensie my z Markiem nie byliśmy dla naszych dzieci dobrymi rodzicami.
– Caro, byliście wymarzonymi rodzicami! – zaprotestowałem.
Spojrzała na mnie.
– Och, mój drogi, co za melancholijna rozmowa, przepraszam.
Znów pomyślałem, że w wieku dziewięćdziesięciu paru lat, gdy jej towarzystwo się przerzedziło, pewnie nie ma z kim rozmawiać.
Na deser była ogromna tarta z kremem cytrynowym.
– Twoja ulubiona – powiedziała, gdy Rihaan ukroił jej maleńki kawałek i postawił przede mną dobrą jedną trzecią, z porcją bitej śmietany na wierzchu.
– Masz wspaniałą pamięć – odrzekłem; w istocie lepszą niż moja. Nie jadłem kremu cytrynowego co najmniej trzydzieści lat, ale uśmiechnąłem się i zacząłem pałaszować na znak wielkiej wdzięczności.
------------------------------------------------------------------------
* * *
Po lunchu wypiliśmy kawę w eleganckim sześcianie ze szkła wychodzącym na ogród. Cara usiadła ze stęknięciem, oparła laskę o krzesło i gdy nalewano kawę, z roztargnieniem patrzyła na trawnik. Spokojnie moglibyśmy się rozstać, nie wspominając o ministrze, oboje jednak mieliśmy chyba poczucie, że byłaby to stracona okazja lub uchylanie się od odpowiedzialności.
– Zaglądasz jeszcze czasem do Woolpeck? – spytałem.
– Od paru lat nie – odparła. – Od śmierci mojego brata, Petera. Dziękuję… – podjęła, gdy drzwi się zamknęły. – Nie mogę, Dave, naprawdę… Rozumiesz.
– Ale to był przecież twój dom.
– Tak, dawno temu… Tam się urodziłam, jak może wiesz. Ale teraz należy do Gilesa.
– Ciekawe, czy często tam bywa. – Byłem oburzony, w jej imieniu i w pewnym sensie we własnym. Nie miałem pojęcia, czy Cara widziała go w telewizji, w materiale na temat wpływu brexitu na rolnictwo, na górze przy Pierścieniach, w zielonej kurtce Barbour, z jesionową laską w dłoni i włosami potarganymi przez wiatr. „Cała ta ziemia, jak okiem sięgnąć, to moje włości”, oznajmił. „Naprawdę?”, spytał dziennikarz, a kamera powoli przesunęła się po przestworze Vale. „W tamtą stronę”, sprostował Giles, laska wskazywała teraz długi pas lasu milę dalej.
– Podejrzewam, że Laury to nie interesuje. Oczywiście ma znakomitego zarządcę.
– Który zajmuje się dopłatami z Unii…
– No właśnie – szepnęła Cara. Całe to szaleństwo już jej nie dziwiło.
Wyczułem, że jest gotowa na dalszą rozmowę o synu. W moim życiu Giles pojawiał się, znikał, potem pojawiał się znowu, ale całymi latami prawie o nim nie myślałem; Cara najpewniej myślała o nim codziennie.
– Powiedz mi, Dave – uniosła wzrok znad filiżanki i spojrzała mi w oczy – czy jeśli sięgniesz pamięcią wstecz, do czasów, kiedy się poznaliśmy, to dziwi cię kariera Gilesa?
Śmiałem się tylko chwilę. Cara ceniła szczerość, ale na pewno nie chciała słyszeć, że jej syn od dziecka był kanalią.
– Myślę, że zawsze lubił władzę, tak, i lubił karać innych.
– Czyli powiedziałbyś, że już wtedy był despotyczny.
– Pamiętam, że bardzo chciał zostać prefektem. I bardzo przeżywał, że nigdy nim nie został.
– Cóż, wciąż nie stoi na czele – stwierdziła Cara i oboje skrzywiliśmy się na samą tę myśl, możliwość. – Ale był inteligentny, prawda? – Jakby go w ogóle nie znała albo głęboko wątpiła w to, co wie.
– Tak mi się zdaje – odparłem. – Nie pamiętam, jak sobie radził w Oksfordzie.
Spuściła wzrok.
– Bardzo go wciągnęła polityka, no wiesz, debaty i tak dalej. Ale wydaje mi się, że załapał się na dobry.
– No tak – powiedziałem ostrożnie. Nie bardzo wierzyłem, że w ten sposób można znaleźć klucz do zachowania Gilesa, i nie sądzę, żeby to było satysfakcjonujące dla Cary, ale może rozmowa na ten temat przynosiła jej ulgę, łagodziła wieloletni niepokój przykryty późniejszym żalem.1
Byliśmy na górze, przy Pierścieniach, ganialiśmy się i bawiliśmy w wojnę, nie uzgodniwszy wcześniej zasad. Giles krzyknął coś ze szczytu i pognał w jedną stronę, ja pobiegłem w drugą, potknąłem się i ześlizgnąłem do zagłębienia w kredzie, przykucnąłem, krew dudniła mi w uszach, a wiatr przetaczał się po obrośniętych trawą szańcach. Czy to ja miałem teraz ścigać Gilesa, czy on polował na mnie? Poprawiłem zegarek na nadgarstku i zaczekałem, aż wskazówka sekundowa zrobi dwa obroty wokół tarczy. Żadnych kroków, tylko co jakiś czas z odległych pól dobiegał szczęk maszyn rolniczych. Usłyszałem przedziwny krzyk i uniosłem wzrok: wysoko w górze przepłynął myszołów, ciemny na tle zamglonego błękitu, zauważył nasze pozycje, zatrzepotał skrzydłami, zatoczył dwa kręgi, po czym pomknął ślizgiem ponad grzbietem wzgórza i dalej nad trzystumetrowym spadkiem. Niemal natychmiast pojawił się cichy rytmiczny odgłos, coraz bliższy, zdradliwe pobrzękiwanie krokomierza Gilesa w kieszeni spodni. Nadciągał z tyłu, szedł szybko wzdłuż nawisu nad moją głową, a ja nie zaryzykowałem i nie spojrzałem w górę – siedziałem zgarbiony w swojej jamie, on zaś zatrzymał się nie więcej niż dziesięć stóp ode mnie, napawając się swoją przewagą… lecz najwyraźniej mnie nie spostrzegł, przeklął pod nosem i po dziesięciu sekundach potruchtał dalej. Kiedy się podniosłem i na czworakach zakradłem na krawędź dołka, zobaczyłem go w odległości stu jardów, na dalekim krańcu kręgu, przechadzającego się ostentacyjnie na tle nieba. Trzymał ręce w kieszeniach, jakby chciał dać mi do zrozumienia, że zabawa dobiegła końca albo że tak naprawdę wcale się nie bawił.
Spotkaliśmy się przy słupku triangulacyjnym. Giles, szurając obcasami po gładkiej betonowej powierzchni, podciągnął się i usiadł na nim. W nagim, smaganym wiatrem krajobrazie niewielki słupek był monumentem równie tajemniczym jak prehistoryczne głazy rozrzucone po Downs. Przyglądałem się uważnie zatopionemu w ściance mosiężnemu wskaźnikowi, strzałce i numerowi. Rowki służące do mocowania teodolitu na płaskim szczycie tworzyły trójramienny symbol, teraz prawie niewidoczny pod udami Gilesa.
– Można by tu zamontować karabin maszynowy – powiedział. – Niemcy, którzy by szli od strony gospodarstwa, nie mieliby szans.
O ile zrozumiałem, byłem Japońcem, czyli walczyliśmy na różnych frontach.
– To wszystko wasza ziemia? – spytałem.
Rozejrzał się, jakby się chciał upewnić.
– Tak, to wszystko nasze. Choć oczywiście tam się zaczyna ziemia Denhamów.
Poniżej Pierścieni ścieżka biegnąca przez całą długość Downs znikała na zachodzie w cienkiej białej bruździe, którą ćwierć mili dalej przecinała droga gruntowa prowadząca do Woolpeck. Powoli przesuwał się po niej land rover, kolebiąc się w głębokich koleinach. Zabudowania farmy znajdowały się znacznie niżej, długie L budynków gospodarczych i trzy szczyty domu, niewielkie, ale wyraźne, po lewej bielił się kort tenisowy. Maleńka postać, raptem drobina plewy, przeszła przez podwórze i zniknęła za domem, a ja wyobraziłem sobie tam dzwon na sznurze wzywający na podwieczorek, dźwięk niosący się w migocie wiatru i dali. Znów spojrzałem na zegarek, a potem spod zmrużonych powiek zerknąłem na Gilesa, przystojnego w słońcu za plecami. Był tylko trzy miesiące starszy ode mnie, ale wyrósł szybciej, imponująco wielki.
– Nie powinniśmy już iść? – spytałem.
Siedział ze wzrokiem wbitym w przestrzeń, jakby mówił, że najwyraźniej nie rozumiem, po co tu jesteśmy, a może po co w ogóle cały ten spacer.
Pani Hadlow powiedziała przy śniadaniu, że w dni takie jak ten z Pierścieni rozciąga się widok na pięćdziesiąt mil, ale i tak zapytałem o to Gilesa.
– Stąd? Na osiemdziesiąt – stwierdził.
– Osiemdziesiąt mil to bardzo daleko. – Tyle dzieliło nas od Londynu czy Birmingham.
– Jak nie ma chmur – powiedział Giles – to można stąd zobaczyć pięć hrabstw, choć nie sądzę, żebyś wiedział jakie. Berkshire i oczywiście Oxfordshire… – Spojrzał w dal.
– Gloucestershire – dodałem. – Wiltshire.
– Wiltshire – __ powtórzył, na wpół się obracając, i zmarszczył brwi, jakby coś przykuło jego uwagę.
– I Buckinghamshire!
Zerknąłem z grubsza w stronę Gloucestershire, a Giles spojrzał na mnie z drwiną czy wręcz powątpiewaniem. Na lśniącym przestworze równiny nie sposób było odgadnąć granic dzielących hrabstwa, szczegóły szybko znikały w powłoce kwietniowego światła. Przeszedł mnie dreszcz i czułem, że mam gęsią skórkę, choć świeciło słońce i co jakiś czas trafiała się chwila ciszy, dziesięć sekund wonnego ciepła otulonego zimnym wiatrem, który bez ustanku wiał ponad Anglią. Odbiegłem kilka jardów i zapatrzyłem się na niewyraźny okrąg za naszymi plecami, nędzną trawę pełną owczych bobków, chociaż żadnych owiec nie było widać ani słychać. Kiedy się obejrzałem, Giles zeskoczył już ze słupka i ruszył w stronę drogi, krzycząc coś, czego nie potrafiłem zrozumieć.
Popędziłem za nim długimi susami, prawie tracąc równowagę w stromym kredowym korytarzu, ale on był daleko przede mną, w końcu zniknął mi z oczu, przestałem go więc ścigać, co za ulga, że sobie poszedł. W połowie zbocza słychać było meczenie jagniąt i owiec dobiegające z pól w dole, a kiedy się obejrzałem, nagi masyw wzgórza wznosił się wysoko na tle nieba. Lepiej mi było samemu. Zabawy z Gilesem od początku były podszyte poczuciem, że jesteśmy na nie za duzi. A jego agresja, kiedy mnie dopadał, pokrzywki, wyłamywanie palców budziły we mnie lęk. Stałem, słuchając śpiewu ptaków, potem ruszyłem dalej, omijając długie błotniste kałuże w koleinach; jasna dal zdążyła się już schować i miejsca, które dziesięć minut temu leżały niżej niczym na tacy, ześlizgnęły się za las i żywopłot w codzienną tajemnicę krajobrazu.
Nieopodal podnóża góry bramka na pole po prawej stała otworem, a gdy przeszedłem przez niekoszoną trawę i spojrzałem ponad krzakami, dostrzegłem niewielki fragment drogi i główny wjazd do gospodarstwa, ale nigdzie ani śladu Gilesa. Dom był z tyłu, za łąką i przyciętym w kwadrat ciemnym żywopłotem ogrodu. Wzniesiono go z czerwonej cegły, skrajna lewa część, ta z trzecim szczytem, miała inny odcień, widać było, że dodano ją później. Wpatrywał się we wzgórze dziesięcioma kwadratowymi oknami. Podwórko gospodarcze z całą swoją krzątaniną znajdowało się za nim, pierwotny ogrom wzgórza od frontu zdawał się wyznaczać domostwu miejsce, określać je i niemal hipnotyzować.
Do moich uszu docierał gwar nieskrępowanego wiejskiego życia, a za nim niczym wzbierająca fala szum zbliżającego się samochodu – czerwony citroën DS wyskoczył zza rogu i pomknął drogą tuż pode mną, a gdy zwolnił i skręcił na podjazd prowadzący do gospodarstwa, w przedniej szybie rozbłysło słońce. Nigdy dotąd nie widziałem kabrioletu z jego miękkim czarnym dachem, w dodatku kierowca, który mi mignął, siedział po lewej stronie. Od razu wiedziałem, że to ojciec Gilesa – czekano na niego i oto się zjawił; gdy włączył światła hamowania i auto skręciło na podwórze, wyobraziłem sobie scenę naszego spotkania w korytarzu albo w kuchni, gdzie będę mógł mu w końcu podziękować. Wprawdzie na tę myśl serce zaczęło mi walić jak szalone, ale odbyta w wyobraźni próba dodała mi otuchy. Po całym dniu wygłupów czekałem na tę chwilę z niepokojem i niemal poczuciem winy, choć równocześnie ulżyło mi, że się zjawił, by wziąć sprawy w swoje ręce. Wnosił sens i porządek, odrobinę dyscypliny w czas wakacji, a dla mnie może jeszcze ochronę przed Gilesem. Nagle za plecami poczułem podmuch, zaszeleścił żywopłot, coś szarpnęło i stęknęło, on nie pisnął ani słowa, a ja prawie go nie dostrzegłem, tylko oko i zęby; leżałem na brzuchu wśród kamieni, nie mogąc złapać tchu, z palącym bólem w lewym barku, a Giles klęczał na mnie, szarpał za drugą rękę i ciągnął ją do tyłu.
– Mam cię, brudasie – zawołał. – Mam cię! Kurde, półnelson!2
Wyłożony czerwonymi płytkami korytarz biegł przez cały dom, od rzadko używanych frontowych drzwi z okienkiem po ubłocony mrok przy drzwiach z tyłu, którymi wszyscy wchodzili i wychodzili i przy których zdejmowali gumowce za pomocą starego nieheblowanego pachołka, a potem ciskali je pod wiszące rzędem kurtki. Kuchnia była po prawej, ubikacja i ponure małe biuro po lewej, a wędrówka przez korytarz, obok schodów i drzwi do jadalni w stronę salonu, była jak wstępowanie w jasność. Ojciec Gilesa wychodził właśnie z jadalni, ledwie zarys postaci, nim nas dostrzegł i się uśmiechnął.
– Tato – powiedział Giles – to nędzne indywiduum to Dave, jak pewnie zdążyłeś się domyślić.
– Bardzo mi miło, Dave – oznajmił Mark Hadlow, ściskając nam dłonie i powoli kiwając głową, na długie pięć sekund utkwił w moich oczach ciepłe, badawcze spojrzenie. Wyczułem, że to, co dostrzegł, całkowicie go uspokoiło, choć zarazem nie śmiał się przyjrzeć całej reszcie. – Ogromnie się cieszymy, że mogłeś do nas dołączyć.
– Tato, serio, a co innego miał do roboty? – spytał Giles.
– Bardzo panu dziękuję za zaproszenie – powiedziałem, przyglądając mu się zachłannie: włosy miał jedwabiste i brązowe, usta cienkie i stanowcze, ale oczy wielkie i pełne życzliwości.
Ojcowie – to, jak wyglądali, jaka atmosfera ich otaczała, na co pozwalali swoim dzieciom i innym ludziom, jakość ich uwagi – budzili we mnie szczególne uczucia. Oczywiście zawsze widziało się tylko wycinek, mieli pracę, którą rozumiało się tylko częściowo, stanowili jednak dowód na istnienie życia rodzinnego, na to, że to wszystko działało. Tak jak nauczyciele mieli swoje charaktery, bywali surowi, zabawni lub wyniośli, ale ich władza polegała na czymś innym. Z reguły zachowywali się wobec nas bardzo miło i traktowali uprzejmiej niż naszych kolegów – swoje dzieci. W tym pierwszym momencie Mark Hadlow promieniował czymś wyjątkowo krzepiącym – poczuciem sprawiedliwości.
– Pomożesz mi, młody? – spytał Gilesa i zabrał nas z powrotem na podwórze.
Lśniący DS19 stał obok rileya pani Hadlow, pyszniąc się na swoim niskim zawieszeniu. Mark otworzył bagażnik, a ja zacząłem krążyć wokół, wbijając wzrok w czerń i chrom deski rozdzielczej, pustą obręcz kierownicy, zaskakujący brak orzecha i wytworności. Maska po długiej jeździe z Londynu była wciąż rozgrzana, zdawała się wręcz promieniować ważnością miasta.
– Dave, jak masz ochotę, to wsiadaj – powiedział Mark.
– Och, nie, proszę pana, nie trzeba – odparłem. I po chwili: – Mogę w czymś pomóc?
Giles zademonstrował, że potrafi sam unieść skrzynkę francuskiego wina, gdy jego ojciec, przytrzymując na kolanie drugą, zatrzasnął bagażnik. Nie znałem dotąd nikogo, kto by kupował wino skrzynkami. Potruchtałem za nimi w poczuciu bezużyteczności, ale usprawiedliwionej.
Skrzynki trafiły do zimnej piwniczki, na chwilę stanęliśmy w kuchni.
– Czyli Giles się tobą zaopiekował? – spytał Mark, a ja wyczułem, że to coś więcej niż rutynowe pytanie.
– Zabrałem go do Pierścieni, tato – oznajmił Giles i wyciągnął krokomierz. – Sześć i trzy czwarte mili.
– Ale wiesz, że to urządzenie trzeba dopasować do swojego kroku, prawda? – Spojrzał na mnie, nieomal puszczając oko. – W każdym razie to i tak bardzo przyzwoity spacer. Pewnie marzycie o herbacie, co? Bo ja się nie mogę doczekać. – I ruszając w stronę drzwi: – Audrey jeszcze nie ma?
– Będzie dopiero o szóstej.
– Wstaw wodę, młody, dobrze? – poprosił Mark. – Gdzie matka?
Wyszedł na korytarz, wołając „Cara, Cara” nieomal śpiewnie, jakby to był fragment piosenki, a ja podążyłem za nim, początkowo nieświadom, że to imię pani Hadlow, choć oczywiście wiedziałem, co znaczy. Wpadli na siebie w drzwiach salonu, a gdy ruszyli w moją stronę, ona nie była już tą samą poważną panią Hadlow z lunchu, zdawała się odmieniona przez to, że jej mąż wrócił i zawołał ją po imieniu. W przebłysku jasności zrozumiałem, że właśnie zaczyna się scena druga, i to zanim zdążyłem wygłosić krótką mowę, która dla mnie stanowiła najważniejszą część pierwszej. Powiedziałem więc:
– Panie Hadlow, chciałem panu bardzo podziękować… – Ale pani Hadlow, Cara, od razu dostrzegła to, co Mark przeoczył, to znaczy rozdarty i zabrudzony rękaw mojej koszuli.
– Dave, czyżbyś się przewrócił?
– Boże – powiedział Mark. – Co się stało?
Wyciągnąłem rękę z rozdartą koszulą i długim zadrapaniem inkrustowanym krwią, widmo Gilesa wisiało nade mną, zamykając mi usta.
– Bardzo przepraszam, pani Hadlow. – Przez chwilę istniała możliwość wyjaśnienia sprawy i uzyskania sprawiedliwości, sam ją jednak odrzuciłem. – Bawiliśmy się na wzgórzu.
– Hm. – Odsunęła rękaw i zbadała zadrapanie wraz z otarciem wzrokiem powstrzymującej się od osądów matki szkolnego kolegi. – Obawiam się, że zabawy Gilesa bywają żywiołowe. Chodźmy to przemyć. – Zaprowadziła mnie do kuchni, gdzie Giles jadł herbatnika, a czajnik na kuchence hałaśliwie rwał się do życia. Wydobyła z kredensu czarną puszkę, ja zaś czułem się rozdarty: z jednej strony chciałem zachować szlachetne milczenie, z drugiej miałem ochotę poskarżyć się na piekący środek do odkażania. – Najlepiej zagoi się bez opatrunku – stwierdziła.
Teraz chłodno zaintrygowany Giles zawisł nade mną we własnej postaci.
– Nic ci nie jest, prawda, Dave? – powiedział, a gdy jego rodzice odwrócili się do nas tyłem, uśmiechnął się i walnął mnie w ramię.
– Lubimy poznawać stypendystów – oznajmił Mark Hadlow w jadalni, gdy usiedliśmy do podwieczorku – ale to nie znaczy, że uważamy was za swoją własność. Traktujemy was jak swoich, a nie jakbyście do nas należeli.
– No tak, oczywiście – odparłem, jakbym był przyzwyczajony do tego rodzaju szczerości.
– Dlatego nie proponujemy spotkania na początku. Naszym zdaniem najpierw powinniście poczuć się pewnie. A potem liczymy, że uda nam się zaprzyjaźnić.
– Nie zawsze wychodzi – stwierdziła Lydia.
– Julian Donnington. – Giles przewrócił oczami.
– Nie tracimy nadziei – powiedziała jego matka.
– Poznałeś Andrew Warda? – spytał Mark. – I Petera Sealyhama?
– Tak, proszę pana. Pan Yule nas sobie przedstawił. – Problem w tym, że jeśli się nie było fagasem albo zdzirą, rozmowa ze starszymi chłopakami była wbrew zasadom, nie mogłem się więc przyjaźnić ze stypendystami Hadlowów z lat wcześniejszych. Kiedy następnym razem natknąłem się na Warda w umywalni na górze, spojrzał na mnie, jakbym był powietrzem.
– Mam wrażenie, że całkiem dobrze się zaaklimatyzowałeś, prawda?
– Tak, proszę pana, bardzo dobrze – odparłem i przy tych słowach mignęła mi ciemna sala sypialna w internacie. Problemem, który mnie dręczył, ale o którym nie mogłem wspomnieć ani jemu, ani tym bardziej Gilesowi, była tęsknota za domem, zwłaszcza w nocy, już po zgaszeniu świateł; mogliby pomyśleć, że tęsknię za nim także tutaj, w Woolpeck.
– Bampton to przyjazne miejsce – ciągnął Mark – i cywilizowane, a to już połowa sukcesu.
– Ach tak – odrzekłem, zaintrygowany tą opinią.
– Żadnych walk kogutów jak w innych prywatnych szkołach. No i oczywiście jest znacznie mniejsza. Nie miałeś problemów z… no wiesz? – Znów spojrzał mi w oczy z ciepłem i stanowczością. – Nie, nie sądzę.
Giles skrzywił się i poprawił na krześle.
– Przecież i tak jest tam mnóstwo, eee… – Odchrząknął niepotrzebnie.
– No tak – powiedziałem niepewnie. Zerknąłem na Carę, jej milczącego brata Petera, właściciela gospodarstwa, i na Lydię, która siedziała ze znudzoną miną, od czasu do czasu kręcąc głową. Po czterech niczym niezatrutych latach w Bishop Alfred’s byłem całkowicie nieprzygotowany na bezustanne szyderstwa, złośliwości i codzienne akty przemocy w Bampton.
– A jak sobie daje radę twoja matka? – drążył Mark.
– Tato, naprawdę – powiedziała Lydia.
– Skarbie, musi jej być trudno samej, po wyjeździe Dave’a. Wcześniej chodziłeś do szkoły na miejscu, prawda?
Rozumiał to aż za dobrze.
– Tak, proszę pana. Na początku martwiła się bardziej niż ja.
– Mogę sobie wyobrazić. – Patrzył teraz na Carę, ale ona tylko uniosła brwi, jakby chciała powiedzieć, że sama nie miała takiego problemu.
W ciągu semestru moja matka była obrazem wywoływanym przez przychodzącą w środę pocztę: wyraźniej czułem jej obecność w charakterze pisma niż w tym, o czym wspominał pełen wykrzykników list – pracy, wizycie w Wantage, zwykłych codziennych sprawach, którymi zapełniała cztery strony niebieskiej papeterii Basildon Bond w dzielnej próbie uniknięcia prawdziwego problemu, tego, że nie tylko za mną tęskniła, ale też wiedziała, o ile bardziej ja tęsknię za nią.
– Podoba nam się ten człowiek od sztuki, Gregson – oznajmiła Cara.
– O tak, jest bardzo miły – przytaknąłem.
– I nowy nauczyciel od angielskiego – powiedział Mark. – Słyszeliśmy o nim dobre rzeczy.
– Tak, jeszcze go nie poznałem.
– Hudson to cholerny pedzio – stwierdził Giles.
– Tylko bez takich słów, Giles – zwrócił mu uwagę Mark, a ja się zaczerwieniłem, choć nie byłem pewien, które konkretnie słowo wzbudziło jego sprzeciw.
– Dave, może jeszcze kanapkę? – spytała Cara. – Wolisz z dżemem czy z pastą? Albo weź obie! – I przesuwając talerz w moją stronę, obdarzyła mnie jednym ze swoich rzadkich uśmiechów.
------------------------------------------------------------------------
* * *
Pomagałem sprzątnąć stół po podwieczorku, gdy przy tylnych drzwiach zjawił się młody mężczyzna, na którego mówiono Roly – przyjechał z Challow, żeby pograć z Lydią w tenisa, i miał na sobie dres.
– Znasz w ogóle tę okolicę? – spytał, gdy mnie przedstawiła.
– Dave jest z Foxleigh – odparła Lydia. – Mieszka tu całe życie.
– Z Foxleigh, serio? Kurczaki… – Pokiwał głową i spojrzał na mnie całkiem miło. – Zawsze uważałem, że to sympatyczne miasteczko.
– Chodźmy grać, dopóki jest jasno – powiedziała Lydia.
Wyszedłem na podwórze, żeby sprawdzić, czy nie zostało coś do wniesienia, nie byłem pewien, co dalej, ale Mark oznajmił:
– Dave, jeśli nie zmęczyło cię zbytnio sześć i trzy czwarte mili, to idę rozejrzeć się po ogrodzie.
– Och, z wielką przyjemnością, proszę pana – powiedziałem i obaj się zaśmialiśmy.
– Lepiej weź kurtkę.
Pobiegłem po nią, a Mark odryglował frontowe drzwi z okienkiem i wypuścił mnie na dróżkę. Ruszyliśmy przed siebie, mijając po drodze okno pokoju zabaw, i przez trawnik poszliśmy nad staw, żeby przeprowadzić inspekcję. W brązowych zamszowych butach, szarych flanelowych spodniach, sportowej kurtce i czerwonym jedwabnym krawacie Mark wciąż emanował wielkomiejskością.
Stanęliśmy obok siebie i pochyliliśmy się, żeby spojrzeć na wodę, twarz Marka – na wpół cień, na wpół odbicie – wypełniła bladą smugę nad moją głową. Pomyślałem, że to odpowiednia pora, żeby spróbować znowu, o ile nie było już za późno:
– Proszę pana, chciałem tylko bardzo podziękować za pomoc… – Słowa jednak wyszły sztywne, a Mark uciszył mnie, zanim skończyłem.
– Nie, nie, Dave, nie dziękuj mi. To mój ojciec ufundował stypendium, a ja po prostu pilnuję, żeby wszystko działało, jak należy.
– Ach, rozumiem – odparłem, niepewny, czy ojciec Marka wciąż żyje, żebym mógł mu podziękować.
– Najlepszym podziękowaniem będzie dobrze spędzony czas w Bampton.
– Dziękuję – powiedziałem i tak.
– Wykorzystaj to, co szkoła ma ci do zaoferowania. Jeśli skończysz ze stypendium do Oksfordu, będziemy szczęśliwi. Ale jeśli zechcesz robić coś innego, to śmiało. – Położył mi rękę na ramieniu i spojrzał rozsądnie, choć z życzliwością. – Ach, kochanie! – Teraz patrzył w dal, na Carę, która wyszła, żeby do nas dołączyć.
– Cześć! – zawołała, jakby nie rozstali się pięć minut temu. Ruszyliśmy przed siebie, rozmawiając, ja między nimi, niespiesznym krokiem, który sprawiał, że sam spacer zdawał się równie ważny jak to, żeby dotrzeć na drugi koniec trawnika, a potem podejść kawałek w górę, do wiaty na krańcu kortu, i popatrzeć, jak Roly i Lydia odbijają piłkę.
------------------------------------------------------------------------
* * *
Tamtego wieczoru poszedłem do łazienki pierwszy, a potem zamknąłem drzwi do sypialni w poczuciu kruchego bezpieczeństwa, rozebrałem się i włożyłem piżamę ze stanowczym postanowieniem, że pozostanę głuchy na to, co mnie czekało, gdy zgaszę światło i zwrócę w chłodnym mroku twarz do okna – na wzbierającą falę uczucia, wstydliwego i pochłaniającego bez reszty, na niewypowiedziany ścisk serca i gardła. Wtem szczęknęła klamka, nad moim ramieniem mignęło światło i usłyszałem głos, który zagruchał:
– Winny?4
Stałem chwilę pod dzwonem, myśląc o tym, że gdybym pociągnął za sznur, pewnie zjawiłby się Giles, ale w samą porę doszedłem do wniosku, że przecież mogę powiedzieć, że go szukałem i nie znalazłem. Otworzyłem drzwi do schowka, zakurzonego i pełnego pajęczyn, z zaschniętym błotem na kamiennej posadzce, pachnącego olejem silnikowym i nawozem, i przez chwilę myszkowałem wśród wiader i skrzynek. Nad głową dały się słyszeć powolne kroki, to pewnie wuj George wrócił do pokoju, potem szuranie krzesła i cichy głos radia. Szarpnąłem ciężkie drzwi po drugiej stronie i zszedłem po schodkach na brukowaną dróżkę pod jabłoniami, gdzie dziobały kury. To była kolejna część gospodarstwa, której dotąd nie widziałem. Wzdłuż jednego krańca biegł żywopłot z brzuchatych cisów, przesłaniający pobliski kort tenisowy – jasną słoneczną pustynię dziesięć jardów dalej, o której myślałem z podziwem, wałęsając się w półmroku wśród kur. Kury miały do dyspozycji kilka ogrodzonych siatką wybiegów z prymitywną drewnianą budką i bramką przypominającą gilotynę, żeby można je było zamknąć na noc. Teraz kręciły się tu i tam, wypatrując rozrzuconych ziaren, dziobiąc żwir i trawę i gdacząc z irytacją, kiedy między nimi przechodziłem; jedna minęła mnie dumnym krokiem, chytrze udając zajętą, by znienacka wskoczyć do schowka za moimi plecami – rzuciłem się do drzwi, machając i krzycząc, czym jeszcze bardziej ją wystraszyłem: zagdakała i wskoczyła na stół, wywróciła jakieś puszki, przez kilka sekund szaleńczo stukała dziobem w szybę, po czym wypadła do sadu, wydając serię nastroszonych gdaknięć, które zdawały się mówić „no, doprawdy”, zostawiwszy mnie z poczuciem drobnego występku, który mógł się zakończyć reprymendą. Zamknąłem starannie drzwi i zszedłem z powrotem między drzewa.
Na dalekim krańcu sadu było widać mur z czerwonej cegły i omszałe dachówki, stary budynek gospodarczy oderwany od domu i ukryty zarówno przed podwórzem, jak i przed każdym, kto po drugiej stronie żywopłotu serwował i wolejował. Było coś, co chciałem zrobić, ale w samotności, i uznałem, że to jest dobre miejsce, zarzuciłem jednak ten pomysł, bo usłyszałem głosy. Ruszyłem dróżką okrążającą szopę – w budynku było okno z wielką pojedynczą szybą otwarte pod takim kątem, że odbijała się w niej postać drobnego nastolatka na tle zieleni, jego twarz trudno było dostrzec wśród cieni drzew.
W szopie ktoś parsknął śmiechem:
– Proszę, tylko nie wyciągaj pochopnych wniosków!
Dopiero po dwóch czy trzech sekundach rozpoznałem głos Lydii; stałem, nie zdradzając się ze swoją obecnością, teraz podwójnie niepewny, co robić.
– Skarbie, nie wyciągam żadnych wniosków – odparł głębszy głos, oczywiście Cary, cieplejszy i bardziej żartobliwy.
– To znaczy możesz sobie wyciągać, co chcesz.
Szelest i szuranie, chrząknięcie.
– Hm, cóż.
Wyobraziłem sobie, że robią coś razem, wykonują jakąś rutynową pracę, coś, do czego służył ten budynek i co wypełniało przerwy w ich rozmowie skrobaniem i szuraniem. Rozmowa była ożywiona, ale jej tempo niespieszne.
– Wiesz, że tatuś jest gotów zapłacić też za Roly’ego.
Znów krótka pauza i obie naraz:
– Dzięki, mamo…
– Chcemy tylko, żebyś była ostrożna…
Lęk przed tym, że zostanę przyłapany, sprawił, że przemknąłem obok, jakbym zmierzał gdzie indziej.
– Zwiedzasz teren? – To był głos Cary, znacznie serdeczniejszy i głośniejszy niż wcześniej, więc się odwróciłem. Stała przy otwartym oknie w sfatygowanych niebieskich spodniach, z pędzlem w jednej i zmiętą szmatką w drugiej ręce; przekrzywiła głowę, jakby czekała na odpowiedź. Czy zwiedzanie było dozwolone, czy też wykorzysta ewentualną wymówkę przeciwko mnie? Dwa jasne słowa były lekcją niejasności. – Boję się, że Giles cię porzucił.
– Nie jestem pewien – odparłem.
– Typowe – stwierdziła Lydia.
Podszedłem bliżej. Przez drzwi mogłem zobaczyć ją z profilu: siedziała na kuchennym krześle z prawą ręką, tą bliżej mnie, uniesioną do ramienia. W przeciwieństwie do Cary wyglądała zbyt oficjalnie jak na to miejsce i porę, miała czerwoną suknię i długie kolczyki, falujące jasne włosy zaczesała do tyłu, zrzuciła za to buty. Choć płótno widziałem tylko z ukosa, domyśliłem się, że Cara maluje jej portret.
– Zróbmy przerwę – zarządziła Cara.
Słysząc to, Lydia wstała, pospiesznie zapędziła stopy w kierat butów i umknęła do domu, omiatając wieczorową suknią młode pokrzywy. Cara została na schodku, ważąc coś w myślach.
– Interesujesz się malarstwem? – spytała.
– I to bardzo – odparłem.
– Naprawdę? A kto ci się podoba?
– W tym semestrze Lawrence Alma-Tadema.
– Ach, rozumiem.
– Przerabialiśmy go z panem Gregsonem.
– Zaczynam mieć wątpliwości co do pana Gregsona.
– Podoba mi się też całkiem Francis Bacon.
Obróciła śmiech w chrząknięcie.
– Lepiej wejdź do środka.
– Jeśli można. Nie wiedziałem, że to tu. – Wszedłem ostrożnie, pobielone ściany i krokwie sprawiały, że pomieszczenie wydawało się dwa razy większe, niż można by sądzić. Wyczułem gryzącą woń chemikaliów, farby i terpentyny, spostrzegłem stół z tubkami i słoikami pełnymi pędzli, a w ustawieniu sztalug, krzesła i wazonu z tulipanami zobaczyłem coś dla mnie nowego, choć rozpoznawalnego od razu: artystkę przy pracy.
Cara miała papierosy w kieszeni swetra, zapaliła jednego i odsunęła się na bok, a ja w tym czasie zwiedzałem pracownię. Odniosłem wrażenie, że papieros wyznacza czas, jaki mogę tu spędzić, granice jej tolerancji.
– Zwykle pracuję tutaj. W Londynie za dużo się dzieje.
– O tak, domyślam się – odparłem. Przyjrzałem się uważnie portretowi Lydii: wciąż był to kłąb czerwonych kresek, tylko twarz oddano ze szczegółami, nie przypominała za bardzo modelki, w każdym razie na ile znałem Lydię, ale też nigdy nie widziałem prawdziwego obrazu na tak wczesnym etapie. A potem zerknąłem na parę płócien opartych o ścianę, martwe natury z potłuczoną brązową ceramiką, kielnią i starym koszem, najpewniej ze składziku, gdzie niedawno myszkowałem, ukazane w nowym świetle.
– Nie musisz nic mówić – powiedziała Cara. – Młodzi bywają potwornie krytyczni.
– Nie – odrzekłem – to bardzo ciekawe.
– Większość jest jeszcze nieskończona, a człowiek nie chce przedwczesnych ocen.
– No tak.
– Zaczekaj, aż zobaczysz po skończeniu, zanim zechcesz wtrącić swoje trzy grosze.
Uśmiechnąłem się nerwowo.
– Dziękuję, że mi pani pozwoliła popatrzeć.
Wypuściła smugę dymu i zgniotła niedopałek na spodku wśród innych.
– Giles jest dla ciebie podły? Tak podejrzewam.
– Och! – zawołałem zawstydzony i poirytowany, choć jednocześnie mi ulżyło. Tutejsze życie zdawało się stwarzać okazje do nielojalności, być może to normalne w pełnej rodzinie, ale ja do tego nie przywykłem. Zdecydowałem się użyć sformułowania mamy: – Myślę, że on nie zdaje sobie sprawy z własnej siły, pani Hadlow.
– Hm, raczej wątpię – stwierdziła i spojrzała na mnie, jakby Giles stanowił problem dla nas obojga. – Dokucza ci w szkole?
– Niezupełnie – odparłem szybko i uznałem, że warto wyjaśnić. – Nie widujemy się zbyt często. Wie pani, jesteśmy w innych klasach.
– No tak.
Stałem przez chwilę, wpatrując się w różowawą twarz Lydii na płótnie, zagadkę rodzinną i malarską. Najwięcej pracy Cara włożyła w oczy, które spoglądały niepokojąco. Wytarła pędzel w szmatkę i zanurzyła go w słoiku z terpentyną, róż zmętniał do szarości. Powiedziała:
– Oczywiście Giles jest w trudnym wieku.
– Tak – odrzekłem, niepewnie chłonąc to zaufanie.
– Mam wrażenie, że w szkole cieszy się sporą popularnością?
Pokręciłem głową.
– Tak mi się wydaje – odparłem. O pewnych rzeczach nie mówiło się rodzicom, na przykład o tym, że Giles bardzo się podobał niektórym osobom i że bardzo podobał się sobie.
– Nie powinnam cię tak wypytywać!
– Nie, nic się nie stało.
– Cały czas ciągniemy cię za język.
– To naprawdę nic wielkiego.
– W takim razie do zobaczenia na lunchu.
– Och… tak – powiedziałem, czerwieniąc się, gdy dotarł do mnie sens jej słów. – Do zobaczenia!
Wyszedłem z szopy i dziarskim krokiem pomaszerowałem w stronę domu, kury na mój widok zagdakały złowrogo.
– Nie zwracajcie na mnie uwagi – mruknąłem, zatrzymując się i rozglądając na boki.
Cara wróciła do pracowni, byłem sam i wewnętrzny przymus, żeby wejść między cisy, który poczułem poprzedniego dnia na korcie, pojawił się znowu, tym razem po tej stronie żywopłotu. Pod najniższymi gałęziami zauważyłem mroczne tunele, które mogły pomieścić psa albo chłopca mojej wielkości. Ukląkłem, a ponieważ wydawały się suche, błyskawicznie wpełzłem do środka i choć gałęzie boleśnie napierały na zranioną rękę, przez iglasty pył przeczołgałem się do środka żywopłotu. Leżałem z kolanami przyciśniętymi do piersi, patrząc od dołu na kort, siatkę zwisającą luźno między słupkami i dwie sroki patrolujące odległą linię końcową.