Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Nathalie - Pierwsze spotkanie - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
29 czerwca 2026
32,90
3290 pkt
punktów Virtualo

Nathalie - Pierwsze spotkanie - ebook

Dla Nathalie Rickmann Maeline zawsze było bezpieczną przystanią. Ale progi liceum przynoszą nowe wyzwania: walkę o marzenia na lekcjach u surowego Vincenta Harpa i pierwsze, drżące uczucie, które pojawia się pod skrzydłami papierowego samolotu. Kto wysłał wiadomość z tyłu szkolnego autobusu? I dlaczego chłopak, który wzbudził jej ciekawość, nie pojawił się na najważniejszym apelu w roku? Nathalie wkracza w świat, gdzie sportowa rywalizacja miesza się z szeptami na korytarzach, a ambicja staje naprzeciw lojalności. W miasteczku otulonym górami, gdzie każda pora roku pisze własną historię, Nath będzie musiała odkryć, czy pierwsza miłość jest warta ryzyka złamanego serca.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Young Adult
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398199803
Rozmiar pliku: 7,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Wysiadłam z pociągu. Drzwi zatrzasnęły się za mną z głuchym dźwiękiem, który odbił się echem w mojej piersi. Chwilę później rozległ się gwizdek, a tuż po nim znajomy, mozolny syk, maszyny, dźwigającej swój ciężar, by ruszyć dalej. Czułam dokładnie to samo wewnątrz siebie.

Zrobić pierwszy krok naprzód… Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać, gdy ciężar niesiony w sercu tak bardzo to utrudnia. Odwróciłam się. Wagony powoli odjeżdżały, zostawiając za sobą nie tylko starą, podniszczoną stację, ale i mnie – bez schronienia, bez możliwości odwrotu. Nagle zdałam sobie sprawę, że ten ciasny kąt kabiny, w którym spędziłam wciśnięta ostatnie kilka godzin, był tak naprawdę bezpiecznym azylem.

Złapałam zachłannie oddech, czując jak moja pewność siebie – jak dotąd nieodłączna towarzyszka – kurczy się w mgnieniu oka. w pociągu miałam naprawdę sporo czasu, by krążyć myślami wokół tego co było i co mnie czeka. Ta chwila zawieszenia pomiędzy światami była jedynym wytchnieniem, jakie miałam od dawna.

Wróciłam. Nie spodziewałam się komitetu powitalnego, ani oklasków, do których przyzwyczaił mnie tamten z pozoru słodki świat. Właściwie nie wiedziałam czego się spodziewać. Być może tliła się we mnie ledwie żywa iskierka nadziei na to, że on tu będzie. Że wciąż płonie w nim dawny żar, że przywita mnie z kwiatami lub chociaż otuli ciepłym ramieniem.

Górskie powietrze dawało mi się we znaki; zapomniałam już, jak ostry potrafi być tu klimat. Stałam w bezruchu, czując jak krew odpływa mi z palców dłoni zaciśniętej ze wszystkich sił na uchwycie walizki. Nikt na mnie nie czekał. Peron był niemalże pusty. Pojedyncze, ciekawskie twarze spoglądały na mnie z ukosa. w tym ekstrawaganckim płaszczu i wymodelowanych włosach, które z każdą sekundą stawały się coraz bardziej mokre, wyglądałam, jakbym pochodziła z innej planety.

To właśnie ja – pani z wielkiego miasta, która nawet nie ma przy sobie parasola.

Deszcz zacinał bezlitośnie, dając mi do zrozumienia, że nie jestem tu mile widziana.

Wiedziałam, że nic nie będzie takie jak dawniej. w powietrzu unosił się zapach mokrego betonu i wspomnień, które teraz bolały bardziej niż kiedykolwiek. Gardło zacisnęło mi się na samą myśl o tym, że muszę spojrzeć im w oczy. Dwa światy, pomiędzy którymi byłam rozdarta, do tej pory nie pozwoliły mi się zebrać w jedno.

Zrobiłam kilka kroków naprzód, czując jak zamszowe buty nasiąkają wodę z kałuż stojących w nierównym chodniku. Nie śpieszyłam się. Tak naprawdę nie wiedziałam dokąd iść. Miałam tu swoje miejsce, które mogłam nazwać domem, jednak panicznie bałam się tego, co tam zastanę. Zastanawiałam się, czy ten, którego ramiona od zawsze były moim schronieniem, wciąż tam na mnie czeka.

Należałam do dwóch światów. w Northbreeze byłam pozornie ważna. Wywiady, błyski aparatów, pełne entuzjazmu i zachęt słowa – to dawało mi poczucie spełnienia i sięgania po nieosiągalne. Jednak każde brawa, sztuczne uśmiechy i uściski dłoni oddalały mnie od tego co było prawdziwe. Tu w Maeline byłam czyjaś. Byłam prawdziwa i za to mnie kochano. Nawet bez makijażu, w luźnej koszulce, słaba, w rozczochranych włosach. Nieidealna, bez filtrów i masek.

Tęsknię za tym, co miałam i być może utraciłam na zawsze. Moje serce drży na myśl o nim i o naszej maleńkiej Rose. Och Nathalie… Narozrabiałaś i teraz musisz zmierzyć się z konsekwencjami.

Siedzę na przystanku autobusowym. Deszcz uderza rytmicznie w dach wiaty, a moje myśli błądzą w przeszłości, przywołując wspomnienia o tym, jak to wszystko się zaczęło.ROZDZIAŁ 1 LETNIA BEZTROSKA W MAELINE

Wakacje w Maeline oficjalnie dobiegały końca i powrót do szkoły zbliżał się nieubłaganie. Niezwykle upalne tego roku lato, tworzyło złudzenie, że jesień długo nie nadejdzie. Mimo że mieszkańcy miasta hucznie pożegnali lato, słońce zdawało się protestować, przedłużając najprzyjemniejszy okres w roku.

Towarzyszyły jej trzy przyjaciółki: Maria, Claudia i Francesca. Było samo południe, a promienie słoneczne rozświetlały okolicę, padając niemal pod kątem prostym. Wszelkie żywe stworzenia usilnie szukały cienia, by choć na chwilę odpocząć od skwaru. Jedynie dziewczęta, jakby na przekór naturze, wybrały najbardziej nasłonecznione miejsce – wszystko po to, by wrócić do szkoły z idealną opalenizną. Tylko Nathalie, która ceniła swoją jasną karnację, skrywała się pod parasolem. Ostatnie dni wolności mijały im na pogaduszkach przy zimnej lemoniadzie, w której po kostkach lodu zostało już tylko wspomnienie.

Dla Nathalie koniec wakacji oznaczał rozpoczęcie nauki w szkole średniej. Nie czuła jednak żalu. Nadchodzące wyzwania były dla niej tajemnicą, którą chciała jak najszybciej odkryć. Cieszyła się na myśl o tym, co nieznane. Tęskniła za czymś, choć jeszcze nie potrafiła nazwać tego uczucia. Wiedziała, że gdy jedne drzwi w życiu się zamykają, kolejne stają otworem – była po prostu ciekawa, co za nimi znajdzie.

Liczyła na to, że rozwinie swoje pasje, ale w głębi duszy pragnęła czegoś jeszcze. Pierwszej miłości. Takiej z książek – niewinnej, romantycznej i wolnej od ciężaru złych doświadczeń. Naiwnej, a zarazem tak bardzo pożądanej. To pragnienie sprawiało, że wakacje dłużyły jej się nieznośnie.

Przyjaciółki uwielbiały ogród Nathalie. Precyzyjnie przystrzyżona, soczyście zielona trawa pozwalała na przechadzki boso, co szczególnie kochała Maria. Działka jej rodziców nie była szeroka, ale ciągnęła się daleko wzdłuż rwącego potoku. Pas zieleni służył ojcu Nathalie jako wybieg dla jego rasowych koni.

Pomiędzy dwoma orzechami wisiał hamak, który znał pewnie setki historii z czytanych na nim książek. Obok stała huśtawka z ciosanego drewna, pomalowana kiedyś na różowo. Ojciec Nathalie – Ralph, zbudował ją sam, gdy ta była jeszcze malutka. z różowej farby pozostało niewiele. Mimo corocznych obietnic, Ralph nigdy nie znalazł czasu na renowację. Nathalie wolała ją jednak taką: nadgryzioną zębem czasu. Przypominała jej, że już nie jest dzieckiem, lecz nastolatką. a to słowo brzmiało w jej głowie dumnie i dorośle.

— Dziewczyny! — Claudia głośno siorbnęła końcówkę lemoniady przez słomkę. — Czujecie to? To już po weekendzie!

— Taaaa… Ciekawe, jak to będzie w szkole średniej — odparła melancholijnie Nathalie, gładząc dłonią świeżo skoszone źdźbła trawy.

— Nie mogę się już doczekać — wtrąciła żywo Claudia.

— a czego to się tak nie możesz doczekać, kochana? — Nathalie podparła się na łokciu i uśmiechnęła. Jej szmaragdowe oczy zapłonęły blaskiem, gdy odbiło się w nich słońce.

— Hmmm, niech pomyślę… — zaświergotała piskliwym głosem Maria. — Tłumów chłopców? — Spojrzała na Claudię, unosząc brew, i zarechotała.

— Znasz mnie! — odrzekła dumnie Claudia, rozkładając ręce.

— Wszystkie cię znamy, głuptasku. Jak to szło? „Każda okoliczność jest dobra, by poznać fajnego chłopaka” — Nathalie doskonale sparodiowała koleżankę.

— a mnie to wszystko trochę stresuje — wyznała cicho Francesca, przyglądając się pracowitemu kosowi, który wyciągał robaki z ziemi. — Autobusy, nowi nauczyciele, spojrzenia obcych ludzi…

— i to, gdzie będziemy siadać… z tyłu czy z przodu? — zamyśliła się Claudia, zarażając się nastrojem koleżanki.

— Jak to gdzie? — Nathalie chciała wyrwać je z zadumy. — Obok przystojniaków!

Dziewczyny spojrzały po sobie i westchnęły rozmarzone. w tej samej chwili niebo przeciął samolot akrobatyczny z pobliskiego aeroklubu. Pokazy pilotów były stałym elementem życia w Maeline, a ich podniebne ewolucje zawsze budziły podziw mieszkańców.

— Wiecie co? — Maria spoważniała. — z jednej strony się cieszę, ale z drugiej… Nie będziemy już tak do końca razem.

— Co to zmienia? — żachnęła się Francesca. — Jesteśmy przyjaciółkami. Będziemy się widywać w autobusie i na korytarzach. Poza tym, wciąż możemy spotykać się tutaj!

— Francesca ma rację. Zawsze będziemy sobie bliskie — potwierdziła Nathalie z przekonaniem.

Wpadły sobie w ramiona, pokrzepione młodzieńczą obietnicą. w tej chwili wydawała się ona nienaruszalna, choć czas miał zweryfikować, ile wysiłku będzie kosztować jej dotrzymanie.

– Teraz żałuję, że nie będziemy wszystkie w jednej klasie – westchnęła Francesca. – Ale klasa matematyczna to nie moja bajka. Ja i Claudia wolimy biologię.

— Ja też nie wyobrażam sobie zajmowania się czymś, czego nie czuję — pocieszyła je Nathalie.

— Nathalie! — krzyknęła nagle Francesca, jakby doznała olśnienia. — Przypomniałam sobie coś! w naszej nowej szkole uczy sam pan Harp. Geniusz naszych czasów! a przecież ty kochasz śpiewać.

— Eeee, co to za Harp? — skrzywiła się Maria.

— Vincent Harp! Najlepszy nauczyciel śpiewu, autorytet na skalę międzynarodową. Podobno przeprowadza przesłuchania, żeby wybrać osoby do swojej „elitki”. Ciężko zrobić na nim wrażenie — tłumaczyła z entuzjazmem Francesca.

— Też o nim słyszałam — odparła Nathalie, dodając z rozbawieniem: — Pewnie niełatwo się do niego dostać.

— Spokojnie, ty go oczarujesz. Nie ma osoby, której nie podobałby się twój głos — pokrzepiła ją Claudia.

— Pracować z takim Harperem to musi być coś – stwierdziła Maria widząc oczami wyobraźni jak stoi na wielkiej scenie.

— Harpem! – zrugała ją Francesca.

— Nath! Musisz nam obiecać, że spróbujesz – wtrąciła Claudia.

— Obiecuję. Nathalie uśmiechnęła się ciepło, po czym dodała: – Myślicie żeby dołączyć klubu naukowego, albo artystycznego?

— Jasne! Tylko ciężko się zdecydować. – odparła Francesca.

— Świat stoi przed nami wyborem! — rzuciła Maria, siląc się na głęboką puentę.

— Chyba otworem… — poprawiła ją zażenowana Francesca.

— Mniejsza z tym. Czeka nas wspaniały czas! — podsumowała Nathalie.

— To się okaże, jak przyjdzie nam odrabiać sterty zadań — mruknęła Maria.

— Koniec tych narzekań! Kto ma ochotę na zimny prysznic? — Radosna Nathalie nagle odkręciła zraszacze i chwyciła za wąż ogrodowy.

Pisk dziewcząt i śmiech wypełniły ogród, a lodowata woda stała się najlepszym zakończeniem tego upalnego, ostatniego piątku wakacji.ROZDZIAŁ 2 ZŁODZIEJ NALEŚNIKÓW

Nathalie była żywiołową dziewczyną, która lubiła wieść we wszystkim prym. No… być może poza jedną kategorią, w której nawet nie marzyła o rywalizacji – porannym wstawaniem. Nastolatka uwielbiała wylegiwać się w łóżku aż do ostatniej chwili, kiedy nie miała już wyjścia i musiała porzucić swoją oazę na rzecz codziennych obowiązków. Były jednak jeszcze wakacje, a właściwie ostatni weekend przed pierwszym dzwonkiem, więc mogła pozostać w łóżku, w zgodzie ze swoją naturą śpiocha, tak długo, jak tylko pragnęła.

W tę sobotę poranek wyglądał jednak zupełnie inaczej. Słońce wschodziło dość wcześnie. Przy pierwszych promieniach wpadających przez okno, Nathalie, jak to miała w zwyczaju, odruchowo schroniła głowę pod solidną warstwą pierzyny, odwracając się plecami do szyby. Po chwili jednak słońce okazało się nie dawać za wygraną. Jakby złośliwie, promienie padły na lustro toaletki, po czym odbiły się wprost na twarz nastolatki.

Nathalie otworzyła oczy i podniosła się, opierając na łokciu. Zaczęła rozglądać się, szukając źródła światła, które mąciło jej drzemkę.

— Aha! Lustro! — pomyślała. — No dobrze, jeden do zera — powiedziała w duchu, patrząc w kierunku okna, jakby chciała pogratulować przeciwnikowi pokonania jej w tej mistrzowskiej kategorii, jaką jest długie spanie.

Ziewnęła krótko, rozciągnęła się i wstała z łóżka.

Pokój dziewczyny był typowy dla jej wieku. Znajdował się na piętrze i nie był duży. Ścian nie zdobiły jednak plakaty z wizerunkami przystojnych aktorów czy wokalistów. To nie był styl Nathalie; uważała plakaty za przejaw absolutnego braku gustu. Ściany pokrywała farba w kolorze jasnej lawendy. Miejscami wisiały stylowe ramki ze zdjęciami, przedstawiającymi najważniejsze momenty w jej życiu.

W pokoju nie zabrakło również toaletki, przy której Nath stroiła się każdego dnia. To ta sama, która tego poranka przejęła stronę wroga. Stały na niej kosmetyki i ulubione perfumy. w honorowym miejscu spoczywał skarb Nathalie – stary, dobry mikrofon, który od najmłodszych lat służył jej przy realizowaniu hobby, jakim było śpiewanie. Dziewczyna w chwilach zadumy spoglądała w jego kierunku, myśląc, jak by to było śpiewać na wielkiej scenie.

Nathalie ceniła sobie bezpośredni dostęp z pokoju do dużego tarasu z pięknym widokiem na okolicę. Tego dnia, wciąż będąc w piżamie, wyszła na balkon, aby odetchnąć po dobrze przespanej nocy. Na zewnątrz spostrzegła ojca. Ralph już od samego rana opiekował się końmi. w tej chwili wypuszczał kolejno rasowe rumaki z dużej, nowoczesnej stajni. w pracy chętnie asystował mu Spike – ukochany pies Nathalie. Dziewczyna patrzyła przez chwilę, jak jej pupil goni za nimi, jakby chciał pokazać, kto jest szybszy. z duchem charta, niczym iskra, obiegał galopujące rumaki, radośnie szczekając. Spike był berneńskim psem pasterskim, pieszczotliwie określanym przez Nath jako „wielka puchata kula miłości”.

Nastolatka przeczesała palcami długie, jasne blond włosy, spoglądając w lustro. Napuszyła je dłońmi ku górze, po czym zaczęła bawić się, układając różne fryzury, pozując i naśladując znane osoby ze świata rozrywki. Uśmiech nie schodził jej z ust. Po chwili postanowiła poćwiczyć coś bardziej praktycznego – pozy uwodzicielskie, mruganie oczkiem, różne warianty uśmiechu czy oburzenia.

— w końcu idę do szkoły średniej. Muszę wiedzieć, jak dobrze wyglądać — pomyślała stanowczo, po czym sama zaśmiała się z powagi, jaką wprowadziła. Cieszyła się ze swoich aktorskich przedstawień, które były tajemnicą pomiędzy nią a tą Nathalie po drugiej stronie lustra. Spojrzała jeszcze ostatni raz na swoje odbicie, przykładając palec do ust, jakby chciała powiedzieć, żeby „ta druga Nath” nikomu nic nie zdradziła. Zaśmiała się do siebie, po czym żwawo zeszła na dół do kuchni.

W kuchni już od samego rana przebywała Laura, mama Nathalie, która jak zwykle szykowała dla wszystkich śniadanie. Była to zadbana kobieta o blond włosach, niemal identycznych jak u córki, choć odrobinę ciemniejszych. Wkładała na głowę opaskę przyozdobioną błyszczącymi kamieniami, aby rozpuszczone włosy nie ograniczały jej prędkości działań. Praktykę tę przejęła z pracy w okolicznej klinice, gdzie pełniła funkcję pielęgniarki.

— Cześć, mamo! — przywitała się dziewczyna.

— Och, Nathalie… Czyżby moja mała córeczka zmieniła się w rannego ptaszka? — zagadnęła czule matka.

— Yhym… — odparła dziewczyna z pełnymi ustami, mieląc podkradzionego z talerza naleśnika.

— Nath! — skarciła ją mama, uśmiechając się jednak ciepło. — Ale z ciebie chomik z tymi pełnymi policzkami.

— Mamo… przecież jedziemy do miasta na zakupy, pospiesz się! — odrzekła podekscytowana i zaczęła odwiązywać fartuszek, który Laura założyła, aby nie ubrudzić nowej, kwiecistej sukienki.

— a już myślałam, że zapomnisz… — droczyła się Laura, ponownie zawiązując fartuszek.

— o takich rzeczach się nie zapomina, mamo — odparła dziewczyna, komicznie udając zażenowanie.

— Dobrze wiesz, córciu, że najpierw musimy wszyscy zjeść śniadanie. Idź, proszę, i zawołaj swojego brata. Za chwilkę tata wróci ze stajni i zjemy razem.

— Już się robi, mamo.

Nastolatka nabrała powietrza w płuca i wrzasnęła ile sił:

— Bruuuuuuuunooooooo!!!!!

— Nath… — zganiła ją Laura. — Miałaś iść i zawołać brata.

— Oj, mamciu… Skupiłam się bardziej, gdy powiedziałaś „zawołaj”. — Dziewczyna wyszczerzyła się tak uroczo, jak tylko potrafiła, aby załagodzić minę matki.

— Ty cwana bestyjko — odrzekła Laura, która nie potrafiła długo gniewać się na córkę, po czym chwyciła ją czule za policzek.

— No dobrze… Pójdę się ubrać i zawołam go zgodnie z twoimi wskazówkami, mamo — odparła Nath, wywracając oczami.

Dziewczyna pobiegła w stronę swojego pokoju, bez przerwy nawołując imię brata, chcąc jak najskrupulatniej wykonać polecenie.

— Co ja z nimi mam… — pomyślała Laura, kiwając głową.

Bruno przyszedł na śniadanie z wyraźnie niezadowoloną miną. Nie sposób było nie słyszeć nawoływań młodszej siostry. Chłopak każdego dnia wstawał wcześnie, aby wraz z ojcem zajmować się końmi. Praca ta dawała mu sporo satysfakcji, co cieszyło również Ralpha, który widział w nim przyszłość stadniny. w weekendy jednak ojciec dawał wypocząć synowi.

— Gdzie. Ona. Jest — wycedził przez zęby chłopak.

— Kto, synku? — zapytała Laura.

— Ta paskudna dziewucha, która już od rana przyprawia mnie o ból głowy… — odparł, już trochę mniej poirytowany, gdy ujrzał na stole swoje ulubione naleśniki.

— Masz na myśli „twoją małą siostrzyczkę”? — droczyła się matka. — Poszła się przebrać, za chwilkę będzie.

— Co się stało, że tak wcześnie dzisiaj wstała? Piorun ją poraził? — ironizował Bruno.

— Bruno… przecież twoja siostra od poniedziałku zaczyna naukę w nowej szkole. Dziś jedziemy na zakupy — odparła mama.

— Ach, tak… — westchnął ciężko. — Zakupy.. Taaak, to wiele tłumaczy — odrzekł, interesując się coraz bardziej naleśnikiem na talerzu.

— Pamiętasz, synu, jak to było, kiedy ty szykowałeś się do szkoły średniej? — zapytała podekscytowana Laura. — Teraz jesteś już moim dużym chłopczykiem.

— Oj, mamo… Pamiętam doskonale, ale jakoś umknęły mi z pamięci te zakupy. — Uniósł brwi, patrząc na matkę pytającym wzrokiem.

— Bruno, nie bądź zazdrosny. Przecież to były inne czasy…

— Inne czasy, tak? Jakoś pokoju z tarasem też sobie nie przypominam, żebym dostał — wymruczał pod nosem.

Nathalie po drodze do kuchni otworzyła drzwi wejściowe, przez które wpadł jak strzała rozradowany berneńczyk. Spike podbiegł do dziewczyny, padając u jej stóp brzuchem do góry i zamiatając ogonem po podłodze. Przechylał masywną głowę, spoglądając na Nath i pomrukując, dopominał się pieszczot. z przyjemnością wplatała dłonie w jego długą sierść.

Nathalie, widząc brata siedzącego tyłem do niej, z zaskoczenia uwiesiła mu się na szyi, tak że chłopak niemal spadł z krzesła.

— Cześć, braciszku! — wykrzyczała mu prosto do ucha.

— Cześć… mały potworku — odpowiedział, po czym jęknął i złapał się za ucho.

W międzyczasie, gdy uwagę Bruna rozpraszała Nathalie, Spike zainteresował się talerzem chłopaka. Pies najciszej jak potrafił stanął łapami na stole i uprowadził naleśnika. Chłopak jedynie zdążył zobaczyć, jak jego nadzieja na dobry początek dnia ginie w przepastnym przełyku psiego złodziejaszka.

— Spike! Jak mogłeś… To było moje… — krzyknął zrezygnowany Bruno. — Dobrze… To ja już pójdę do siebie. Opłacało mi się czekać na was wszystkich — dodał z wyrzutem i spojrzał z pogardą na psa.

— Zostań, skarbeńku — powiedziała Laura. — Myślałeś, że tylko tyle było naleśników? — Spojrzała na syna z empatią i wyjęła spod emaliowanej pokrywki cały stos pysznych, świeżutkich sztuk, polanych sosem czekoladowym.

Bruno zawstydził się swoją impulsywną reakcją. Uśmiechnął się do mamy wdzięcznie, a jego oczy pierwszy raz tego dnia były pełne radości.

Bruno zawstydził się swoją reakcją. Uśmiechnął się do mamy wdzięcznie, a jego oczy pierwszy raz tego dnia były pełne radości. Do kuchni jako ostatni wszedł Ralph. Przywitał wszystkich serdecznie i potarmosił Spike’a po głowie.

— Dobry piesek, świetnie mi pomagałeś.

— Bruno, ty znowu dokuczałeś swojej siostrze? — zapytał ojciec. Nathalie, słysząc zarzuty, ledwo zdusiła śmiech.

— Ja? Ale jak to? Dlaczego tak uważasz, tato? — odpowiedział zszokowany chłopak, a jego uśmiech znowu pobladł.

— Przecież słyszałem, będąc już w pobliżu domu, jak Nathalie krzyczała twoje imię… Na pewno jej dokuczałeś. Głosu Nath nie da się pomylić, nawet kiedy nad głową latają samoloty…

— Och, Ralph, nic się nie stało. Nath po prostu wołała Bruna na śniadanie na moją prośbę — odrzekła Laura, śmiejąc się.

Rodzina Rickmannów dokończyła śniadanie w dobrych nastrojach. Zniecierpliwiona Nathalie chwyciła mamę za rękę i pociągnęła w stronę samochodu. Pojechały spełnić upragniony cel dnia.

— a te…? Gdzie tak poniosło? — zapytał syna zdziwiony Ralph.

— No jak to gdzie? — odparł ironicznie Bruno. — Na zakupy.

Ojciec otworzył szeroko oczy, uniósł brwi i odparł, wzdychając ciężko: — Ach. To wszystko wyjaśnia…ROZDZIAŁ 3 MADAME MERCIER

Nathalie, jak większość dziewczyn w jej wieku, uwielbiała zakupy. Tego dnia mogła pozwolić sobie na więcej – w grę wchodziło uzupełnienie lub całkowita wymiana garderoby, co tylko zaostrzało jej apetyt. Wbrew przypuszczeniom Nath nie odczuwała presji, by dobrze wyglądać przed nowymi osobami w szkole; dzięki energii, którą emanowała, z łatwością zjednywała sobie ludzi. Nie zamierzała jednak rezygnować z czystej przyjemności sprawienia sobie nowych ubrań. Nieważne, że jej szafa, gdyby tylko umiała mówić, już dawno krzyknęłaby: „dość!”.

Większość produktów potrzebnych na co dzień można było kupić w pobliskich mini delikatesach, jednak po coś więcej niż prowiant należało udać się do centrum Maeline. Ze względu na odległość trasę najlepiej było pokonać samochodem, choć spacer również wchodził w grę – każdy przebyty kilometr wynagradzały wtedy malownicze krajobrazy i widok na jeziora.

Laura każdego dnia dojeżdżała tędy do pracy. Samotna jazda dawała jej chwilę na oddech i poukładanie myśli pomiędzy obowiązkami służbowymi a domowymi. Za każdym razem podziwiała okolicę, jakby widziała ją po raz pierwszy. Czuła dumę z miejsca, w którym przyszło jej żyć.

Dziś ciszę w ogromnym Jeepie Wagoneerze wypełniała radosna gadanina córki. Dziewczyna promieniała, żywiołowo okazując emocje.

— o mamo, uwielbiam tę piosenkę! — krzyknęła podekscytowana, podgłaśniając radio niemal do oporu.

— Nathalie, ja też ją lubię, ale cenię swój słuch i nie chcę go stracić — zażartowała Laura, ściszając muzykę. — Skoro już jesteśmy same… Masz na oku jakiegoś chłopca?

Nathalie nagle urwała śpiew w połowie słowa i spojrzała na matkę szeroko otwartymi oczami. Laura uśmiechała się z pytającym wzrokiem, jakby chciała powiedzieć: „No co? Jestem nie tylko matką, ale też kobietą”.

— Mamo, zaskoczyłaś mnie. Wiem, że mogę ci powiedzieć wszystko — odparła Nath. — Ale nie… nie mam nikogo. Najpierw musiałby znaleźć się ktoś, kto by się mocno postarał. Nie mam zamiaru za nikim biegać — dodała z uśmiechem, dumnie unosząc głowę.

— Masz rację, skarbie. Mężczyzna musi zabiegać o kobietę — przytaknęła Laura. — Ach, aż przypomniałam sobie twojego tatę. Cóż to był za niepoprawny romantyk… — westchnęła.

— Że co? Tata? Nasz tata? Mamo, nie pomyliłaś się? — Nathalie wykrzywiła usta w niedowierzaniu. — Tata romantykiem? Może zaraz się dowiem, że Bruno potajemnie struga jednorożce z drewna?

— Nathalie, Ralph też był kiedyś w twoim wieku. Odkąd pamiętam, fascynowały go konie. Opowiadał mi, jak spędzając wakacje u dziadków, godzinami obserwował te potężne stworzenia, a wieczory spędzał, malując je na płótnie. Obraz, który wisi w salonie, to dzieło jego młodzieńczej pasji.

— Stąd ta obsesja… Ale z obrazem mnie zszokowałaś. Tata mówił, że kupił go na jarmarku. Jest piękny — przyznała Nath.

— Tak, córeczko. Twój tata tylko udaje takiego zasadniczego. — Laura mrugnęła do niej. — Dziadek Ralpha, widząc zainteresowanie wnuka, kupił mu pierwszego własnego konia. Wtedy nauczył się jeździć i odkrył talent. Obiecał dziadkowi, że zostanie wybitnym trenerem. Och, kiedy się poznaliśmy, zawsze udawał rycerza na białym koniu, choć koń był raczej karej maści. Przyjeżdżał pod mój dom, nazywał mnie swoją damą i zawsze przynosił czerwone róże… Taki właśnie był.

— Mamo, niesamowita historia. i pomyśleć, że ten nasz wiecznie gderający tata bawił się w rycerza. — Nathalie wybuchła śmiechem, ale spoważniała, widząc rozmarzoną minę matki.

Zbliżały się do rynku głównego. Maeline tętniło życiem. Pogoda sprzyjała spacerom, a na każdym kroku widać było młodzież korzystającą z ostatniej soboty wakacji. Dziewczęta wychodziły od fryzjera w nowych cięciach, rodzice z pociechami oblegali księgarnie, a cukiernie stały się prawdziwym rajem dla łasuchów. Gdzieniegdzie trafiały się posępne miny nastolatków, którzy z żalem myśleli o końcu wolności, ale większość starała się jeszcze cieszyć chwilą w gronie znajomych.

Rynek – serce miasteczka – prostokątny plac otoczony przez strzeliste kamieniczki w niebanalnych kolorach. Odcienie zieleni, błękitu i czerwieni mieszały się ze sobą, zwieńczone ciemnoczerwonymi dachami. z okien na piętrach spoglądały zaciekawione głowy plotkarzy, którzy chętnie wyłapywali każdy szczegół ceremonii zakupowej. Na placu unosił się gwar, dzieci bawiły się przy fontannach tryskających wprost z chodnika, a zapach przekąsek z okolicznych stoisk kusił przechodniów.

Nath chłonęła ten chaos z zadowoleniem. Choć kochała rodzinne obrzeża, jej serce czasem tęskniło za czymś większym, za gwarem i ruchem. Tego dnia odczuwała olbrzymią satysfakcję widząc tyle ludzi w jednym miejscu.

Laura i Nathalie rozglądały się za szyldem ich ulubionego butiku. Zatrzymywały się przy większości witryn, przyglądając się kuszącym kreacjom wdzięcznie pozujących manekinów.

Dotarły do celu. Nath spojrzała w górę na elegancki szyld.

— To tutaj! — krzyknęła. — Sklep Madame Odette Mercier.

Sklep z zewnątrz wydawał się niewielki, lecz zaraz po wejściu, oczom ukazywało się przestronne, doskonale oświetlone wnętrze. Niezliczona ilość luster, marmurowe kafle i drewniane wykończenia nadawały mu luksusowy charakter. Uroku dodawały niezwykłe instalacje z czarnego drutu – postacie ludzkie służące za manekiny. Służyły one jako modele, prezentujący kreacje przygotowane przez wyobraźnię właścicielki. Nathalie nie mogła oderwać wzroku od drucianej tancerki w zwiewnej sukni, wygiętej w pozie z teatru tańca.

— Ależ piękna… — rozmarzyła się. — Byłaby idealna na specjalną okazję.

Zza lady, która wyglądała jak okrągła wyspa pełna perfum, wyłoniła się ruda, tapirowana kula włosów. To był wysoki kok samej właścicielki.

— Nathalie! — krzyknęła radośnie kobieta. — Dzień dobry! Och, Lauro, witaj!

— Dzień dobry, Odetto — odparła mama.

— Co was dzisiaj sprowadza? Ach, nic nie mówcie! Już wszystko wiem — stwierdziła Odette, wybiegając zza lady.

Madame Mercier przyjrzała się dziewczynie bardzo dokładnie, delikatnie gładząc jej sięgające sporo poniżej pasa blond włosy. Rzuciła uśmiech pełen podziwu, jakby składała gratulacje.

— Wyglądasz cudownie, kochana. Dziewczyna taka jak ty zasługuje na coś wyjątkowego. Mam coś specjalnie dla ciebie.

- Dziękuję – odparła nastolatka.

Pani Mercier zniknęła za grubą kotarą magazynu, a po chwili wróciła obwieszona naręczem ubrań. Odłożyła je na ławę, poprawiając czerwone okulary na łańcuszku.

Laura spojrzała na stos sukienek, spódnic i bluzek. Spojrzała na Odettę, po czym skierowała wzrok na swoją zachwyconą widokiem córkę.

— Zapraszam do przymierzalni, złociutka! Od twojej ostatniej wizyty odkładałam dla ciebie same perełki.

Odette Mercier była prawdziwą pasjonatką. Co miesiąc odwiedzała targi mody i wiedziała dokładnie, co jest na topie. Laura przyglądała się kolejnym kreacjom, a Odette podawała coraz to nowe spódniczki i bluzki.

— Spróbuj przymierzyć tą skarbeńku — mówiła co jakiś czas pani Mercier. — Ta będzie idealna.

W końcu Nathalie wyszła z przymierzalni ze stosem ubrań na ramieniu.

— To jak, Nath? Wiesz już, co wybierasz? — zapytała Laura przekornie.

— Mamo… — Nathalie spojrzała na nią błagalnie. — Wszystkie mi się podobają. To niemożliwy wybór.

— Tak myślałam — uśmiechnęła się matka. — Jak mogłabym ci odmówić? w końcu liceum zaczyna się tylko raz.

— Dziękuję, mamo! — wykrzyczała uszczęśliwiona dziewczyna.

Wyszły ze sklepu z torbami pełnymi nowej garderoby. Resztę dnia spędziły na kupowaniu podręczników i wizycie w cukierni, ciesząc się wspólnym czasem i słodkościami.ROZDZIAŁ 4 DOBREGO ZŁE POCZĄTKI

Od samego rana w domu Rickmannów panowało głębokie poruszenie. Nathalie, na wpół żywa, zajmowała się poranną toaletą, podczas gdy mama już od jakiegoś czasu czekała na nią z gotowym śniadaniem. Dziewczyna w pośpiechu założyła świeże, wyprasowane ubrania: pudrowo różową koszulę z szarfą zaplecioną pod kołnierzem w luźną kokardę oraz czarną, kloszowaną spódnicę. Na stopy wsunęła wygodne trampki, a buty na obcasie wrzuciła do samochodu. Po drodze rozglądała się uważnie, by uniknąć wylewnego przywitania ze strony Spike’a; ślina i sierść na pewno nie dodałyby jej dziś uroku. Na szczęście pies już od świtu pomagał ojcu przy koniach.

— Córeczko, ślicznie wyglądasz — powitała ją zachwycona Laura.

— Mamo… padam z nóg. Jak można wstawać o tej porze? To barbarzyństwo — odparła Nathalie, szeroko ziewając.

— Nie przesadzaj, skarbie. To twój pierwszy dzień w nowej szkole — powiedziała matka, gładząc ją po ramieniu. — Spójrz na ojca i brata. Od świtu pracują w stajni.

— Yhym… to zdecydowanie nie dla mnie — westchnęła dziewczyna i zasiadła do posiłku.

Na uroczystość rozpoczęcia roku Nathalie zawiozła mama, by oszczędzić jej stresu związanego z pierwszym przejazdem szkolnym autobusem. w samochodzie nastolatka zmieniła obuwie. Im bliżej były celu, tym bardziej rosła w niej ekscytacja, a senność odchodziła w zapomnienie.

Z parkingu Nathalie przeszła na dziedziniec, gdzie powitał ją wykuty z brązu pomnik przedstawiający herb szkoły: otwartą księgę na tle tarczy. Dostrzegła wygrawerowany, nieco już zatarty napis: _„Światło wiedzy rozproszy wszelki mrok. Pamięci założyciela i pierwszego dyrektora szkoły, Quentina Cowpera”_.

Pomnik stał na środku ronda, od którego odchodziły chodniki w czterech kierunkach. Nathalie wybrała jeden z nich i po chwili stanęła przed Gmachem Głównym. Budynek robił wrażenie pałacu; jego dach wieńczył taras widokowy z powiewającą flagą. Nastolatka była oczarowana architekturą oraz starannie przystrzyżoną zielenią, która otaczała kampus.

Rozglądała się za Marią, z którą była umówiona. Nie trwało to długo – przyjaciółka już z daleka machała do niej, stojąc w towarzystwie dwóch innych dziewczyn. Idąc w ich stronę, Nathalie nie mogła oprzeć się wrażeniu, że przyciąga wzrok niemal każdego mijanego chłopaka. Pewność siebie automatycznie jej podskoczyła; zgrabnym krokiem i z wysoko uniesioną głową podeszła do koleżanek.

— Cześć, Maria! Francesca, Claudia, jak dobrze was widzieć! — przywitała się uradowana.

— Już myślałyśmy, że stchórzyłaś — zażartowała Francesca.

— Taa… ledwo się pojawiła, a chłopcy już potracili głowy — dodała Maria z komiczną powagą. — Jeden gapił się tak bardzo, że o mało nie przywalił w słup.

— Dziewczyny, nawet nie wiecie, jak się cieszę, że jesteśmy tu razem — odparła Nathalie. — To… gdzie teraz?

— Jak to gdzie? — zdziwiła się Claudia. — Na halę widowiskowo-sportową. O, tam. — Wskazała palcem spory, przeszklony budynek, przy którym powiewały flagi szkolnej drużyny.

— Chodźmy już, zaraz się zacznie. Pod drzwiami robi się tłoczno — ponagliła Francesca.

Szły chodnikiem, obserwując i żywo komentując wszystko wokół. Były zgodne w tym, że budynek i teren szkoły robią dobre pierwsze wrażenie. Co krok zastanawiały się jakie zajęcia będą odbywały się w mijanych miejscach. Ich uwagę przykuł budynek teatru szkolnego, którego wejście zdobiły cztery kamienne kolumny i pomnik mężczyzny, spoglądającego na otwarty zwój, trzymany w dłoniach. w zachodnim skrzydle wyróżniała się z kolei wysoka wieża osadzona na dachu.

— Patrzcie! — zawołała Maria. — Myślicie, że tam też są lekcje?

— Wątpię — odparła Claudia. — Ale to będzie pierwsze miejsce, do którego wejdę. Przez lornetkę wypatrzę stamtąd każdego przystojniaka na kampusie! — roześmiała się.

— Muszę ostudzić wasz zapał — wtrąciła zorientowana Francesca. — To stara wieża obserwacyjna. Kiedyś badali stamtąd gwiazdy, ale teraz to relikt. Odkąd wybudowali prawdziwe obserwatorium wysoko w górach, wieża jest zamknięta na cztery spusty.

— Skąd ty to wszystko wiesz?

— Kuzyn tu chodził, trochę mi naopowiadał. Podobno pod szkołą jest nawet sieć korytarzy, ale w to akurat nie wierzę.

Przyjaciółki zajęły miejsca na trybunach hali. Wewnątrz było gwarno jak w kurniku. Uczniowie klas pierwszych przekrzykiwali się, nawiązując nowe znajomości lub witając starych znajomych. Nathalie z koleżankami obserwowała nauczycieli, zgadując, czego uczą, tylko na podstawie ich wyglądu.

— Widzicie tę w dziwnych okularach? — szepnęła Nath. — Tę z ptasim gniazdem na głowie? Na bank uczy sztuki. Wygląda na totalnie nieobecną. Spójrzcie tylko na te buty z czubkami i te wszystkie amulety na szyi.

Przyjaciółki roześmiały się, ale po chwili na sali zapadła cisza. Pewnym krokiem wszedł dyrektor. Był wysokim mężczyzną o krucho-czarnych włosach, lekko przyprószonych siwizną na skroniach. Uwagę przykuwał jego czarny, elegancki frak, zdobiony złotą nicią, przedłużany z tyłu jakby jaskółczym ogonem. Stanął na scenie i posłał widowni szarmancki uśmiech, mierząc uczniów przenikliwymi, niebieskimi oczami.

— Witajcie, moi drodzy! — zaczął, szeroko rozkładając ramiona. — Na wstępie chciałbym się przedstawić, gdyby ktoś mnie jeszcze nie znał. Otóż moja godność to Mathias Apfel. Jestem znany z wielu zasług dla tej szkoły, której dobrego imienia bronię od lat, kontynuując czcigodną tradycję sprawowania funkcji dyrektora. o moich poświęceniach możecie przeczytać w kronice w Gmachu Głównym. Na własnych barkach dźwignąłem ciężar unowocześnienia tej placówki do najwyższych standardów… — Zamilkł na chwilę, rozglądając się z teatralną skromnością. — a wszystko to uczyniłem z nieudawaną radością.

Nathalie wymieniła spojrzenia z Francescą. Obydwie dziewczyny uważały, że Mathias Apfel jest zwyczajnie zakochany w sobie i czuły się zażenowane, patrząc na oczarowane jego wielkimi słowami Marię i Claudię.

— Teraz, gdy wszyscy już wiedzą, kim jestem — kontynuował przemowę. — Pragnę wyrazić jak wielkim szczęściem dla nas, nauczycieli, jest widzieć was tutaj, drodzy uczniowie, pełnych sił i zapału. w tym wspaniałym dla was okresie, życzę wam z całego serca angażującej współpracy w duchu empatii, uczciwości i sprawiedliwości oraz przede wszystkim sukcesów porównywalnych z moimi własnymi — podsumował Apfel, wypinając pierś.

Uczniowie, jak na komendę, zaczęli bić brawo.

— Przekazuję głos pani Monique Morton, artystycznej duszy, która rozwinie w waszych sercach nową, delikatną osobowość.

— Witajcie — powiedziała pani Morton, poprawiając okulary, które zsunęły się na czubek jej szpiczastego nosa. — z przyjemnością zapraszam was, moje nieoszlifowane diamenty, na przesłuchania do teatru szkolnego. Chyba traficie bez problemu, prawda? — Zachichotała piskliwie.

Nathalie i Maria spojrzały na siebie, jakby rozumiały się bez słów. Obydwie pragnęły spróbować swoich sił w teatrze.

— Widzicie? — szepnęła triumfalnie Nath. — Mówiłam, że ta będzie od plastyki albo teatru.

Francesca wyraźnie dawała do zrozumienia, że nie jest zainteresowana propozycjami nauczycielki. Claudia zaś w ogóle nie słuchała co mówi pani Morton; wpatrywała się w zawodników drużyny siatkarskiej, którzy właśnie wychodzili na środek z trenerem.

— Tylko spójrzcie! Sportowcy! — Claudia szturchnęła Marię. — Będziemy musiały pokręcić się przy szatniach, żeby przyjrzeć się im z bliska.

— Ja tam nie zamierzam o niczyją uwagę zabiegać — prychnęła Nathalie.

— i słusznie — poparła ją Francesca.

— a ja tam bym może i pozabiegała… — mruknęła rozmarzona i lekko zarumieniona Maria.

Dyrektor zapowiedział trenera, Marcusa Drake’a. Był to wysoki, wysportowany mężczyzna. Widać było od razu, że nie jest to typ trenera, który jedynie potrafi poganiać innych, lecz sam również dba o swoją kondycję. Ubrany był w swój wyjściowy czarny, matowy dres z wyszytym pomarańczowym logo drużyny.

— Siatkówka to historia tej szkoły — ogłosił donośnie Drake. — Od osiemdziesięciu pięciu lat szkolimy mistrzów. Nasi uczniowie wielokrotnie otrzymywali stypendia sportowe na uniwersytetach. Niektórzy cały czas grają i odnoszą sukcesy. Obecnie prowadzimy w rankingach zawodów międzyszkolnych na terenie kraju — spojrzał w kierunku swoich zawodników. — Dziś pragnę wam zaprezentować dumę naszego miasta: zdolnych, ambitnych i odpowiedzialnych sportowców, których zobaczycie nieraz na zawodach. Być może i ktoś z was dołączy do drużyny. Dziś jest z nami dziesięciu zawodników — spojrzał na swoich podopiecznych.

Na trybunach zaczęło się jakieś poruszenie, ale trener kontynuował:

— Kapitan drużyny, Victor Blackthorne!

Chłopak wystąpił przed szereg. Blondyn o niebieskich oczach i wysportowanej sylwetce czuł się przed publiką jak ryba w wodzie. Posyłał uśmiechy w stronę dziewczyn, które niemal mdlały z wrażenia, kłócąc się, która będzie jego. Chłopak miał męską, wysportowaną sylwetkę i zwracał uwagę.

— Ale on jest słodki — pisnęła Claudia.

— Yhyyym — mruknęła Maria tuląc dłonie do policzka. — Fajnie byłoby go poznać…

— Dajcie spokój. Zwykły atencyjny laluś — ucięła Francesca. — Pewnie myśli, że może mieć każdą.

— Przystojny, ale czegoś mu brakuje — skomentowała Nathalie. — Hej, czy ja się przesłyszałam? Trener mówił o dziesięciu zawodnikach, a stoi ich tam tylko dziewięciu.

— Faktycznie, może się pomylił — odparła Francesca.

— Victor jest oddanym kapitanem i dba przyjaźń między zawodnikami — kontynuował Marcus Drake. — Obecnie poszukujemy młodej krwi do zespołu. Chętni, zgłaszać się do kapitana po apelu. Teraz poznajcie resztę zawodników: Phill Wayne, genialnie blokuje piłki przy siatce, John Berg, cóż za siła przy serwie.

Kolejni chłopcy wychodzili na środek: – William Johnson, Christian Stark, Francis de Lantain, Connor Fritz, Lorenzo Santana, Malcolm Benson.

Trener Drake wyczytywał kolejne nazwiska, ale przy ostatnim głos mu zadrżał: — …i nasza gwiazda, zawodnik, który uratował niejeden mecz: Maximilian Carver!

Cisza. Nikt nie wyszedł. Uczniowie zaczęli chichotać i wytykać drużynę palcami. Trener pobladł i szepnął wściekle do kapitana:

— Gdzie on jest? Victor, gdzie jest ten przeklęty chłopak?

— Gadałem z nim w szatni… przysięgam — odszepnął przerażony Victor.

— Zabiję go. Obiecywał, że nic nie wywinie! Sprawdź w szatni, natychmiast!

Na płycie zrobiło się zamieszanie. Na trybunach zawrzało od szeptów i śmiechów. Jedni byli rozbawieni, inni patrzyli z niesmakiem na zdezorientowaną reprezentację.

— Nie wiem, kim jest ten Max, ale już go lubię — zaśmiała się Francesca. — Warto było przyjść dla samej miny dyrektora. Zobacz Nath jak się te indyki zaczerwieniły, gdy idealny świat rozpadł się na ich oczach — szydziła dziewczyna.

— Racja – odparła Nathalie. — Przynajmniej jest śmiesznie. Ciekawe, co to za Maximilian. Nieźle to rozegrał.

— Musi być strasznie nieodpowiedzialny — skwitowała Claudia. — Biedny Victor…

— Biedaczek. Nawet najlepszy kapitan nie może zapanować nad sabotażystami — wtórowała Maria.

— Widocznie wcale nie jest tak dobrym kapitanem – zaśmiała się Francesca.

Dyrektor Apfel, ratując sytuację, ponownie przejął mikrofon.

— Nowy rok szkolny… czas zacząć! — wykrzyknął, próbując zagłuszyć wrzawę. — Zapraszam uczniów do swoich wychowawców.

Na płytę wyszli wychowawcy klas, aby wszyscy uczniowie mogli ich dostrzec. Dyrektor wymieniał nazwiska kolejnych nauczycieli. Pierwszoroczni kierowani byli przez dyżurujących, aby uniknąć chaosu.

Przyjaciółki pożegnały się. Francesca i Claudia poszły do pani Beatrice Bloom, opiekunki klasy biologicznej. Nathalie i Maria ruszyły w stronę grupy pana Luciusa Swansona, nauczyciela matematyki. Nowe klasy przemieściły się do sal lekcyjnych, by rozpocząć swój pierwszy tydzień w nowym liceum.ROZDZIAŁ 5 POCZTA LOTNICZA

Poranek zachęcał do wyjścia z domu, jednak cel, w jakim młodzież Maeline opuszczała dziś ciepłe łóżka, mało komu się podobał. Pierwszy dzień zajęć miał rozpocząć się o ósmej. Nathalie i Maria były szczęśliwe, gdy dowiedziały się, że Francesca i Claudia zaczynają o tej samej porze – oznaczało to wspólną podróż szkolnym autobusem.

Kierowca miał w zwyczaju odbierać uczniów niemal spod samych drzwi, choć czasem trzeba było podejść do drogi głównej. w tym miesiącu trasa przebiegała tak, że Nathalie była jedną z ostatnich pasażerek, co szczególnie ceniła ze względu na naturę śpiocha. Wiedziała dokładnie, o której spodziewać się pojazdu i nawet nie myślała o tym, by wyjść choćby minutę wcześniej. Była przekonana, że przyjaciółki zajmą jej odpowiednie miejsce. Przecież zawsze mogła na nie liczyć.

Szykowała się jednak jak zwykle zbyt długo. Dbanie o wygląd było priorytetem, więc do ostatniej chwili poprawiała włosy przed lustrem.

— Mamo, jak wyglądam? — zapytała.

— Pięknie — odrzekła Laura, przyglądając się córce. — Zakupy u madame Mercier zawsze są udane. Ta kobieta zaprzedała duszę modzie. Aż dziwne, że marnuje się w Maeline…

— Oby marnowała się u nas jak najdłużej — zażartowała Nath. — Nie wiem, co byśmy bez niej zrobiły. Jest specyficzna, ale bardzo ją lubię.

— Biegnij, skarbie, zaraz będzie autobus! — ponagliła ją mama.

Dziewczyna chwyciła plecak i pospiesznym krokiem udała się w stronę drzwi. Pomachała jeszcze Laurze i ruszyła ku drodze. Gdy tylko się do niej zbliżyła, charakterystyczny żółty pojazd właśnie podjeżdżał pod dom.

— Perfekcyjnie — pomyślała. — Wyszłam na czas co do sekundy.

Nathalie wiedziała, że organizacja czasu nie jest jej mocną stroną, ale wolała to obracać w pozytyw: „Zawsze jestem idealnie na czas”. Prawda była taka, że gdyby zwlekała jeszcze dziesięć sekund, kierowca po prostu by odjechał.

Autobus szkolny zatrzymał się z głośnym sykiem. Nath spojrzała z niechęcią na tę wielką, żółtą „beczkę śledzi”. Znała ten standard z poprzedniej szkoły, ale przez wakacje zdążyła wyprzeć z pamięci, jak bardzo nie lubi tego środka transportu. Klasyczny amerykański autobus miał już kawał historii za sobą. Był sprawny mechanicznie, ale nadwozie nadszarpnął ząb czasu; miodowa farba zdążyła złuszczyć się i wyblaknąć, a na łączeniach blachy rysowała się rdza.

Nagle rozbrzmiał głośny dźwięk klaksonu. Nathalie oprzytomniała – zamiast wsiadać, stała zamyślona przed schodkami. Szybko weszła do środka i zaczęła szukać przyjaciółek.

— Tutaj! — krzyknęła Maria, machając z połowy pojazdu.

„Kochana Maria” — pomyślała Nathalie. „Roztrzepana i lekko szalona, ale niezastąpiona”.

Pojazd był niemal pełny. Idąc w kierunku Marii, Nath czuła się, jakby brała udział w pokazie mody. Większość dziewczyn czułaby dyskomfort pod ostrzałem tylu męskich spojrzeń, ale Nathalie tylko dodało to pewności siebie. Miała na sobie opiętą białą bluzkę z krótkim rękawem i ciemnoróżową, kloszowaną spódnicę, która idealnie podkreślała jej smukłą talię.

Przywitała się wesoło z Claudią, Francescą i Marią i zajęła miejsce. Usiadła lekko na skos, eksponując długie, zgrabne nogi w nowych trampkach. To jednak nie buty wywołały poruszenie w ostatnim rzędzie siedzeń.

— Patrzcie… Nowy nabytek — rzucił zaczepnie jeden z chłopaków z tyłu.

— Ta blondynka jest nieziemska… — dodał drugi, nieco ciszej.

Dziewczęta, choć siedziały w dwóch różnych rzędach, odwróciły się do siebie, by wypełnić czas rozmową. Oczywiście szybko wróciły do tematu wczorajszego apelu, który dobrze zapadł im w pamięci, dzięki tajemniczemu chłopakowi.

— Jak on miał na imię? Maximilian? — zapytała Nathalie.

— a co tam jakiś Max… Nawet nie jest kapitanem — rozmarzyła się Claudia. — Victor Blackthorne… to jest dopiero chłopak marzeń.

W tej samej chwili Nathalie poczuła delikatne muśnięcie na głowie. Po jej włosach zsunął się na kolana starannie poskładany papierowy samolocik. Na skrzydle widniała wiadomość zapisana schludnym pismem. Dziewczyna chwyciła go w dłoń i gwałtownie odwróciła głowę, mierząc rozbawiony tył autobusu zirytowanym spojrzeniem. Przeczytała napis, po czym zacisnęła dłoń na papierze.

— No, mów szybko, co tam jest! — wyrwała się Claudia. — Widziałyśmy jakiś napis!

Nathalie udała obojętność, choć w środku zżerała ją ciekawość. Spojrzała na przyjaciółki wpatrujące się niecierpliwym wzrokiem z nadzieją na zaspokojenie ciekawości. Nawet Francesca spoglądała kątem oka zaciekawiona. Jak mogła tyle sekund trzymać je w niepewności?

— Wielka rzecz… — powiedziała Nathalie udając obojętność.

Rozprostowała skrzydło „papierowego gołębia”.

„Jesteś nieziemska. Ładne masz nogi.”

— Ale uroczo! — zachwyciła się Claudia. — Szkoda, że to nie do mnie.

— Jak chcesz, mogę ci go oddać — odparła przekornie Nathalie. — Żałosne. a wydawałoby się, że są już dorośli.

— Ale Nathalie… to chłopaki z drugiej klasy! — pisnęła Maria.

— Chyba dzieciaki — warknęła Francesca, ziewając.

— a co powiesz na to, że widziałam, który to rzucił? — zachichotała Claudia.

— Nie obchodzi mnie to — ucięła Nath, choć serce biło jej odrobinę szybciej.

To nie był pierwszy raz, gdy spotykała się z takimi zalotami. Jedne były mniej, inne znów bardziej wyszukane. w poprzedniej szkole jej imię, wyryte cyrklem na ławkach, zawsze występowało w towarzystwie serduszek. Ławka, przy której siedziała kiedyś na lekcjach fizyki, ozdobiona była jej imieniem i niedokończonym sercem. Czasem zastanawiała się co za tym stało. Tajemniczy zalotnik nagle odkochał się w trakcie aktu twórczego, czy został przyłapany, przez nieczułą, starą nauczycielkę?

— Który? Chcę zobaczyć! — Maria aż spłonęła rumieńcem.

— Nie odwracajcie się, nie dajcie im satysfakcji — poprosiła Nathalie.

— To ten pośrodku — wyszeptała Claudia.

Maria, nie zważając na prośby, natychmiast zerknęła do tyłu.

— Pośrodku? Czyli który od lewej?

— Trzeci — odparła poirytowana Francesca. — i od prawej, i od lewej. To właśnie oznacza „pośrodku”.

— Dziewczyny, błagam, przestańcie się gapić! — zaprotestowała Nath.

— Przecież to słodkie — odparła Claudia, chcąc ugłaskać wyraźnie zażenowaną przyjaciółkę.

— Już wiem, który to!

Maria wręcz promieniała. Zaczęła odliczać: — Jeden… dwa… trzy! To on!

— Litości. Przestań już — odrzekła Nath.

Chłopcy z ostatniego rzędu byli z siebie zadowoleni. Ładne, pierwszoroczne dziewczyny spoglądały co chwile w ich stronę, uśmiechając się i chichocząc. Jeden z nich był rozczarowany brakiem zainteresowania ze strony „tej długonogiej blondynki”. Przecież nie tak miało być.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij