-
nowość
NAWRÓCONA ze śmierci do życia - ebook
NAWRÓCONA ze śmierci do życia - ebook
Prawdziwa historia nawrócenia, doświadczenia Boga żywego w najciemniejszym momencie życia. Bliska śmierci. Całkowicie zrezygnowana, bez resztek nadziei spotykam JEGO. Jezus Chrystus - całkowicie zmienia moje życie. Książka opisuje dzieciństwo, start w dorosłość, spełnianie marzeń i w tym wszystkim potworną pustkę...którą wypełnia tylko On. On sam wystarczy. Ta książka jest dla każdego kto myśli, że jest sam. Nie jesteś sam/a. Nigdy nie byłaś/eś.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Wiara i religia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 2,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
WSTĘP
Już nigdy nic nie będzie takie samo jak kiedyś.
Kiedy poznajesz prawdę, ona wyzwala cię od wszystkiego, co do chwili przełomu więziło, pętało nogi i odbierało oddech. To jak mgła, która znika o poranku, odsłaniając pełen obraz miejsca, w którym naprawdę stoisz. A kiedy już wiesz, dokąd zmierzasz — i z Kim — wszystko nabiera innego znaczenia. Nawet jeśli po drodze zasłabniesz, On doda ci sił.
Stworzeni na Jego obraz i podobieństwo, nie zdajemy sobie sprawy, jak wielkich rzeczy jesteśmy w stanie dokonać… aż do chwili, gdy stawia nas w miejscu powołania.
Po raz pierwszy usłyszałam, że powinnam napisać książkę, kiedy opowiadałam kolejnym osobom o tym, co wydarzyło się w moim życiu. Było to w latach 2019–2020. Jeśli słyszysz to od więcej niż jednej osoby, to znak, że naprawdę warto coś z tym zrobić. Ale jak? Przecież nie jestem pisarką.
Wygooglałam więc „jak napisać książkę”, kliknęłam pierwszy z brzegu film na YouTube autorstwa Beaty Pawlikowskiej i włączyłam go. Zaczynał się tak: „Chciałabym odpowiedzieć dzisiaj na pytanie Pauliny, jak napisać książkę…”
Tak — ja też otworzyłam szeroko usta ze zdziwienia. Tego się na pewno nie spodziewałam.
Mam na imię Paulina i chcę opowiedzieć ci o tym, jakich rzeczy dokonał w moim życiu Bóg. Jest moim przyjacielem — czasem się z Nim kłócę, czasem śmieję, czasem płaczę, ale najczęściej po prostu rozmawiam.
Zdarzało mi się wyrzucać Mu, że o mnie zapomniał, ale On nigdy tego nie zrobił. To ja odchodziłam, kiedy było mi wygodnie i kiedy nie potrzebowałam Jego pomocy.
Szybko zapominamy o dobru, które otrzymaliśmy — czy to od Boga, czy od człowieka.4
ŚWIAT OCZAMI DZIECKA
Siedziałyśmy na schodach domu z pruskiego muru, kiedy dziecięcym głosem zapytałam:
– Mamo, a czemu ty płaczesz?
A wtedy ona zaczęła płakać jeszcze bardziej.
Wychowałam się w tradycyjnym domu, jak ty. Mama, tata, rodzeństwo. Jako dziecku niczego mi nie brakowało — byłam zawsze ubrana, czysta i najedzona. Mama pragnęła mieć rodzinę, ale tata… miał inne priorytety. Jego serce było otwarte na wiele kobiet. Mama nie miała szczęścia. Nie trafiła dobrze. Pokazywała mi czasem zdjęcia taty z wczasów, w towarzystwie innych pań. Bardzo to przeżywała.
– Patrz, jakiego masz tatusia! – mówiła, cała roztrzęsiona.
Ranił ją strasznie. Szukała miłości, jak każdy z nas. Nie znalazła. Opowiadała, że chciała mieć dzieci — może po to, by móc tę miłość przelać na nas. I tu też coś poszło nie tak. Na świat przyszli moi bracia, a potem ja. Dziecko niechciane, bo mama już wiedziała, że z moim tatą życia bezpiecznego mieć nie będzie. A jednak się poczęłam. Odrzucona od pierwszego tchnienia. Lekarz ginekolog zaproponował, że można mnie przecież usunąć. W tamtych latach było to legalne. Jak wyrwanie zepsutego zęba.
Siedemnasty dzień pięknego maja w latach osiemdziesiątych. Dusza artystyczna przyszła na świat — wbrew temu, że miała go nigdy na oczy nie ujrzeć. Wychowałam się wśród lasów, jezior i łąk. Miejsce było i jest przepiękne. Dzikie. Z dala od wielkich miast. Całe lato spędzaliśmy nad jeziorem, do którego szło się przez pachnący sosnowy las. Mama przywoziła nam obiad na plażę. Tak pokazywała, że kocha. Dla dziecka to było jednak za mało. Potrzebowałam, żeby mi to powiedziała. Czas spędzałam sama. Sama się bawiłam. Sama wymyślałam, co robić. Chodziłam na spacery z psami, których u nas nie brakowało. To one były moimi najbliższymi towarzyszami życia. Tak jest do dziś. Wierne, oddane, pełne uczuć. To one przytulały najczulej. Właściwie — tylko one. Dziecięce lata mijały w poczuciu ogromnej pustki i smutku. Byłam przerażona samym faktem, że żyję, oddycham i mam ciało. „Urodziłam się i muszę żyć” — ta myśl napadała mnie jak paraliżujący lęk. Miałam swój dziecięcy świat pasji i marzeń, i ten drugi — realny, w którym nie chciałam być. Skazana na życie, które jest darem, a ja odbierałam je jako coś, co nigdy nie powinno było się wydarzyć. Ataki duszności. Napady lęku. Szkoła podstawowa i liceum były dla mnie katorgą. Chciałam uciec od świata. Nie miałam dokąd. Później doszła arytmia serca — tak silna, że trzęsło całym łóżkiem. Czułam, że świat mnie nienawidzi. I w końcu zaczął to pokazywać. Pierwszy raz dostałam w twarz od taty w wieku czterech lat. Powód? Nie chciałam zjeść zupy w restauracji nad morzem. Uderzył mnie przy wszystkich ludziach, z tak zwanego „liścia”. Do dziś pamiętam wzrok oburzenia gości, mój wstyd i strach tak ogromny, że nawet się nie rozpłakałam. Od tamtej pory nie byłam w stanie płakać przy kimkolwiek. Zatrzymane emocje w ciele małego dziecka przeniosły się na dorosłe życie. Zjadłam tę zupę szybko, żeby nie narażać się na kolejny cios. Oberwał też mój brat, który nieumiejętnie chwycił talerz z drugim daniem i wszystko wylądowało na nim.
– Ty debilu! – usłyszał od poirytowanego ojca.
Siedzieliśmy przy stole skamieniali i wystraszeni. Nikt nas w tej restauracji nie obronił. Nikt nie zareagował. Nikt nie zwrócił uwagi, że dzieci się tak nie traktuje.Dzieci potrzebują miłości i szacunku. To miały być takie super wakacje w Międzyzdrojach. To morze, które widziałam pierwszy raz w życiu, nie było mnie nawet w stanie ucieszyć. Dusza małego dziecka wyła z cierpienia. Tata nie mógł znieść, że wczasy pracownicze spędza z czwórką dzieci. Nie mógł swobodnie romansować, a robił to nagminnie. Mama powiedziała później, że wcisnęła nas jemu na ten wyjazd na siłę. W drodze nad Bałtyk, starym żukiem, ojciec nerwowo żartował z kierowcą, że sprzeda mnie gdzieś po drodze. Miałam cztery lata. Ja naprawdę myślałam, że to zrobi. Strach narastał we mnie z każdą minutą. Mała istota, która już żyła z raną odrzucenia przez mamę, teraz doświadczała kolejnego ciosu — od własnego ojca. Cała jego wściekłość i niezadowolenie skupiły się wtedy na mnie. Kim byłam w jego oczach, skoro mógł powiedzieć coś takiego? Po co zakładał rodzinę, jeśli jej nie potrzebował?
Ten błąd popełniają dziś całe masy ludzi — kobiety i mężczyźni. Ja dziękuję Bogu, że nie założyłam swojej rodziny wcześniej. Nie byłabym w stanie. Najpierw musiał mnie poskładać od nowa. Uleczyć.
Byłam grzecznym dzieckiem, cichym i zamkniętym w sobie. Miałam swój świat. Dużo malowałam. Projektowałam ubrania na lalkach. Bawiłam się samochodami moich braci i marzyłam, że kiedyś będę dużo jeździła. Będę piękną, zadbaną kobietą z własną firmą. Skąd w dziecku takie myśli w tamtych czasach? Później się okaże…
W środku lasu, w którym mieszkaliśmy mieliśmy tylko jednych sąsiadów, a ja rówieśniczkę Gosię, z którą przyszło mi być porównywaną, kiedy podrosłyśmy. Typ chłopczycy wszędzie weszła i wyszła. Ja byłam delikatna i spokojna. Nie wiem o co poszło. Chyba nie umiałam zejść z płotu, na który weszłyśmy. Usłyszałam od mamy:
- Ona by Cię 10 razy sprzedała!
Miałam wtedy może 5 lat. Znowu dorosły, rodzic, ten który miał budować łamał dziecięce serce. Świat warczał – i po co się urodziłaś? Te słowa często słychać było na spotkaniach rodzinnych i podczas Świąt:
- Paulina miała być wyskrobana - śmiała się mama, popijając wino, ale jest - dodawała po chwili.
Czułam, że nie spełniam jej oczekiwań, że nie jestem taka jaka ona chciałaby, żebym była. W jej oczach zawsze mogłam zrobić coś lepiej niż zrobiłam. Ciągle byłam nie taka jak inne dzieci. Naprawdę nie wiedziałam jaka mam być i co robię źle. Jak się po latach okazało, chciała żebym była bardziej ambitna niż ona….w wieku 5 lat. Byłam dzieckiem mamo, zamiast dodawać mi wiary w siebie odbierałaś ją. Katowała mnie psychicznie nawet przy ludziach. Kiedy byłam już dorosła, na jedne z jej urodzin przyszły koleżanki. Zachwalała moich braci, jacy są zdolni i zaradni. Przerwała jej ten wywód znajoma, zaznaczając:
– ale ty masz jeszcze taką piękną córkę?!
Stanęłam w drzwiach na te słowa, kiedy mama warknęła z pogardą…
– a tam! taka Paulinka… szybko biorąc łyk wina.
Zatrzymałam wzrok na mine niezrozumienia tej pani. Zgasły moje oczy. Serce zgasło. Wróciłam do swojego pokoju, a koleżanki mamy wyszły z naszego domu chwilę później i już nigdy więcej się w nim nie pojawiły.
Tak mijały lata życia obok rodziców - nie z nimi. Jak bardzo człowiek pragnie miłości, dowiaduje się wtedy, gdy zostaje zauważony naprawdę. Jak ja wtedy, kiedy palił się nasz dom w środku lasu. Miałam 5/6 lat. Spałam. Obudził mnie huk, a przez okno pokoju widziałam lecący gruz i dym. Wyszłam zaspana na korytarz. Mama biegała cała w popłochu. Zobaczyła mnie, podbiegła i przytulając mocno powiedziała - ubieraj się żabciu ! Nie wiele pamiętam z tamtego okresu mojego życia, ale te słowa poruszyły mnie wyjątkowo mocno. To było z serca w obliczu tragedii. Nieważne, że palił się nasz dom, który ostatecznie straciliśmy. Usłyszałam, że jestem dla niej ważna. Mogliśmy w tym pożarze umrzeć. Wybuchł w nocy. Obudził rodziców telefon sąsiadki, która miała w zwyczaju czytanie książek do rana i po prostu poczuła dym. To u nich mieszkaliśmy przez pewien czas, zanim dostaliśmy dach nad głową. Potem przeprowadzka w nowe miejsce. Poniemiecki stary domek z cegły. Ogrzewany dwoma piecami kaflowymi. Kiedy przychodziła zima, było ciepło tylko przy nich. Wszyscy się tam gromadziliśmy wraz z kotami. Kiedy termometr pokazywał minus dwadzieścia stopni w dzień. Było je czuć także w domu. Telewizję oglądaliśmy w kurtkach i czapkach, a z ust leciała nam para. Wtedy się z tego śmialiśmy. Nie znaliśmy innych realiów. Poprzedni dom był bardzo ciepły. Mama o tym pamiętała. Wiele razy wspominjąc naszą wille w leśnie. Podobało jej się tam. Miała swój azyl. Przeżyła pożar strasznie. Do końca życia chodziła z nim w pamięci, wybiegając często na zewnątrz, kiedy poczuła dym. Już do końca życia sprawdzała czy kolejny dom nie stoi w ogniu. Ja również zapamiętałam ten widok wyprowadzona wtedy na zewnątrz naszej leśnej chatki. Dach cały stał w płomieniach.
W nowym miejscu mama wyganiała nas z kuchni, gdzie chowała się chyba przed całym światem nakazując zająć się sobą, a tata? Tata żył swoim własnym życiem. Kiedy wpadał w furię wyżywał się na nas. Kiedyś w kuchni uderzał mną o taboret tak mocno, aż przestraszona mama powiedziała w końcu:
– dobra wystarczy… Drżącą ręką odsunęła go, przerywając atak zła.
Też się go bała. To wtedy w jej oczach zobaczyłam pierwszy raz – nie mam siły, żeby cię przed nim obronić…Całkowicie zależna od męża. We wszystkim. Gdyby nie było mnie i braci z pewnością uciekłaby jak od pierwszego męża alkoholika.
Wychowałam się sama, ale wśród ludzi. Bez wsparcia. Radziłam sobie sama z problemami w szkole. Ze wszystkim byłam sama. Nikt nie wiedział, co dzieje się ze mną w środku. Nikt ze mną nie rozmawiał. Chodziłam z bólem niewiadomego pochodzenia. Nie wiedząc po co na tym świecie jestem, skoro wszystko mówiło mi, że nie powinnam w ogóle żyć. Kiedy skończyłam 16 lat, mama postanowiła zostawić tatę. Była gotowa. Zabrała mnie i mojego brata wraz z żoną do babci pięćset kilometrów na południe Polski. Chciała zaopiekować się swoją mamą na starość, ale wiem, że była już bardzo zmęczona tym małżeństwem, a to była doskonała okazja do ucieczki od męża tyrana. Z ojcem zostało dwóch moim braci. Zostali z wyboru. Trzeci brat też w końcu wrócił z powrotem. Zostałyśmy same. Tak zaczęło się nasze nowe życie. Rodzina w dwóch różnych miejscach Polski. Samotne i puste Święta Bożego Narodzenia. Z żalem patrzyłam w okna sąsiadów, kiedy spotykali się całymi rodzinami przy stole Wigilijnym. Tak bardzo chciałam wtedy, móc wejść do ich świata i opuścić swój.5
BÓG SKŁADA PRAGNIENIA W NASZYCH SERCACH
Odkąd pamiętam lubiłam malować. Wszystkie lalki miały dorysowane rzęsy i kreskę na oku. Tak rodziła się pasja makijażu. Przenosiłam go również na papier i rysowałam księżniczki z bajek wyraźnie zaznaczając oczy. Oczy zawsze interesowały mnie najbardziej. Teraz już wiem dlaczego – zwierciadło duszy, widać w nich wszystko. Ból i Ulgę. Smutek i radość. Cierpienie i błogość. Wstyd i pewność siebie. Strach i Odwagę. Zaglądałam ludziom głęboko w oczy. Widziałam wszystko.
Dużo marzyłam, wyobrażałam sobie moje życie w wieku 30 lat w swoim aucie, jako elegancką kobietę biznesu, przemierzając Polskę wzdłuż i wszerz. Spotkania z ludźmi. To rodziło się w małej dziewczynce. Wtedy już nikogo nie będę się bała. Będę dorosła i obronię się sama – myślałam. Będę silna. Wewnętrznie byłam, nie wiedziałam tylko, że naprawdę jestem.
Po skończonym liceum nie wiedziałam kompletnie co mam robić w życiu. Nie miałam celu. Byłam pozbawiona własnej wartości i planów na życie. Miałam w głowie ciągle słowa mamy, że nic nie potrafię i naprawdę tak o sobie myślałam. W wieku 19 lat z koleżanką podjęliśmy pracę jako kelnerki w restauracji czynnej 24h . Praca po 12-14 godz. dniówki i nocki. Czułam całym sercem, że nie chce tak. To nie jest moje miejsce. Po miesiącu zwolniłam się, czując ogromną ulgę. Co dalej? Nie wiedziałam kompletnie. Nie pamiętam dokładnie jak i dlaczego znalazłam się na rocznym studium makijażu i stylizacji. Duża grupa 30 osób i brak skupienia na nauce. Ludzie z przypadku, ale to tam pierwszy raz usłyszałam od nauczycielki:
- pani wie o co chodzi w makijażu, pani to czuje.
Moje prace nie należały wtedy do najlepszych. Czasem malowałam koleżanki na dyskoteki tym, co akurat miałyśmy pod ręką. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to początek mojej zawodowej drogi — tej, którą przygotował dla mnie Bóg. Spełnienie marzeń z dzieciństwa, o których nawet nie śmiałam głośno mówić. W międzyczasie zrobiłam też upragnione prawo jazdy. Tata nauczył mnie jeździć, kiedy miałam trzynaście, może czternaście lat. Zawsze, gdy wracał z pracy, szłam do jego samochodu i siadałam za kierownicą. Przesiadywałam tam długo, wyobrażając sobie, że prowadzę. Aż w końcu, w wieku dwudziestu lat, trzymałam w rękach wymarzone prawo jazdy. Bałam się egzaminu, ale pasja była silniejsza. To ona prowadzi mnie przez życie. Ten ogień w sercu. Tak i ty rozpoznasz swoją drogę. Nieznana siła będzie cię pchać w ramiona przeznaczenia i spełnienia. To On — Bóg — złożył w twoim sercu dobre pragnienia i pomoże ci je zrealizować. Przez ludzi, sytuacje i odwagę, która przyjdzie, kiedy nastąpi właściwy czas. Będzie cię pchać, powtarzając w sercu: Dasz radę. Potrafisz.
Po ukończonym studium nic dalej z tym makijażem nie zrobiłam. Poszłam na fryzjerstwo, które nie interesowało mnie ani trochę, ale wydawało mi się wtedy, że to zawód, po którym na pewno znajdę pracę. Zawód makijażysty istniał w tamtych czasach tylko na potrzeby telewizji, filmu, fotografii i mody. Makijaże ślubne i okolicznościowe wykonywały kosmetyczki. Po ukończeniu kursu fryzjerskiego trafiłam na staż do salonu, w którym za miesiąc pracy, której nienawidziłam dostawałam 200 zł. Sto złotych pochłaniały same dojazdy. Myłam ludziom głowy, a kiedy pojawił się klient z okropną, śmierdzącą naroślą na skórze, szefowa kazała mi go ostrzyc, bo sama się brzydziła. Ten zapach czułam jeszcze przez kilka dni. Przyszedł sylwester. Właścicielka zauważyła mój makijaż i postanowiła to wykorzystać. Umówiła mi klientki na makijaż sylwestrowy u siebie w salonie, oczywiście bez dodatkowego wynagrodzenia. Ale to nie było najważniejsze. To, co poczułam, malując te kobiety, było przełomowe. To, co usłyszałam — jeszcze bardziej. Jak bardzo są zadowolone. Jak im się podoba. Jak pięknie wyglądają. W końcu ktoś mnie pochwalił. W końcu ktoś mnie docenił. Wracałam do domu podniesiona. „Umiem coś, mamo. Jednak coś umiem” — myślałam. Po tym sylwestrze odeszłam z salonu i od szefowej, która już zacierała ręce na kolejne zyski z moich makijaży. Wytrzymałam trzy miesiące. Ciągnęło mnie na wolność. Mama nie zostawiła tego bez komentarza:
– Nigdzie więcej nie zarobisz. Trzymaj się tego, co masz. Czyli tych 200 zł…
W międzyczasie córka fryzjerki — piękna dziewczyna — odwiedziła salon. Spojrzała mi prosto w oczy i powiedziała:
– Jesteś tak śliczną dziewczyną, że powinnaś pracować w telewizji albo jako modelka.
Coś drgnęło wtedy w moim sercu. Jaki komplement. I to od kobiety. Nie znałam takich słów. Nikt mnie tak nie doceniał. Uderzyły mnie tak mocno, że poszłam za tym impulsem. Wysłałam swoje zdjęcia do różnych agencji w Krakowie i… tadam. Zaczęło się.
Pierwsze zlecenia, casting na billboard, który wygrałam, a później praca hostessy na wyjazdach w różne miejsca. Nie spodobało się to mojemu ówczesnemu chłopakowi. który zazdrosny wysłał mi jakże budującego smsa tuż po pierwszej sesji:
– i jak tam? Już się sprzedałaś?