Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Neurochirurg - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Audiobook
54,99 zł
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Neurochirurg - ebook

Pasjonująca opowieść o walce na śmierć i życie toczącej się na sali operacyjnej.

Jay Jayamohan, wybitny brytyjski neurochirurg dziecięcy, zabiera czytelnika za kulisy sal operacyjnych, oddziałów intensywnej terapii i rodzinnych dramatów, które rozgrywają się w cieniu trudnych decyzji medycznych.

Autor z niezwykłą szczerością opisuje zarówno spektakularne sukcesy, jak i bolesne porażki, odsłaniając emocjonalną cenę, jaką płaci lekarz ratujący najbardziej kruche ludzkie istnienia.

To historia o odwadze i nadziei, o momentach niewyobrażalnej ulgi i przytłaczającego smutku, ale przede wszystkim o bezwarunkowej determinacji, by zrobić wszystko, co możliwe – i często to, co wydaje się niemożliwe.

„Praktykuję neurochirurgię dziecięcą, aby podarować dzieciom życie. Dać im szansę. Okazać im szacunek”.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8441-101-8

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG
PO PIERWSZE, NIE SZKODZIĆ

_Tam. Ta-da-dam. Ta-da-dam. Tam. Tam. Tam. Tam_, rozbrzmiewają pierwsze akordy _Back in Black_ AC/DC. Przez myśl przelatuje mi – szybko, bardzo szybko – wizerunek Angusa Younga, gitarzysty zespołu, występującego zawsze w charakterystycznym mundurku szkolnym.

Ogromne ekrany za moimi plecami są skalibrowane, przygotowane do akcji. Spoglądam na anestezjolog, która kiwa głową. Instrumentariuszka również jest przygotowana i skoncentrowana. Gotowa.

Wreszcie spoglądam na drobny kłębek człowieczeństwa leżący na stole chirurgicznym pod moimi dłońmi. Chwytam skalpel.

– Zaczynajmy – mówię.

*

Od wczesnego dzieciństwa muzyka była dla mnie ogromnie ważna. Kiedy miałem dziewięć lat, wujek podarował mi tani magnetofon kasetowy Pye. Używałem go do tego, co z pewnością w tamtych czasach robił mój każdy rówieśnik, czyli do nagrywania radiowej listy przebojów Top 40. Zdawałem sobie sprawę, że kiedy słucham tych utworów, reszta świata traci ostrość, a ja jestem w stanie się skoncentrować. Im głośniej, tym lepiej. Z łatwością przychodziło mi odrabianie lekcji i czytanie książek. W czasie nauki do egzaminów O- oraz A-level¹, a potem podczas studiów medycznych, jeśli nie miałem na uszach słuchawek z muzyką, nic nie wchodziło mi do głowy. Przeszkadzał mi nadmiar zewnętrznego zgiełku. Zbyt łatwo się rozpraszałem.

A na sali operacyjnej, z osiemnastomiesięcznym maluszkiem przed sobą, brak koncentracji jest ostatnią rzeczą, na jaką można sobie pozwolić. Dla dobra dziecka – i własnego – trzeba być w szczytowej formie. To jedyny sposób, aby przechylić szalę na niekorzyść tego, co akurat niszczy pacjenta: guz, rozszczepienie kręgosłupa, rozległy uraz głowy. Ja – my – możemy podjąć walkę z tym wszystkim, ale tylko wtedy, gdy się skoncentruję.

Nie zawsze wygrywam. Nie da się tak. Ale próbuję. Robię wszystko, co w mojej mocy, aby przestrzegać najważniejszej reguły (zawartej zresztą w tytule podręcznika lekarskiego napisanego przez jednego z moich najstarszych nauczycieli i inspiracji, Henry’ego Marsha): po pierwsze, nie szkodzić. A nawet więcej. Właśnie to zawsze mówię pacjentom i ich rodzicom, kiedy przychodzą do mnie z pytaniem, które zawsze koniec końców zadają:

– Doktorze Jay, niech pan nam powie, jakie są szanse?

Nie potrafią się powstrzymać. Chcą wiedzieć, w zrozumiałych dla nich kategoriach, jak duże jest prawdopodobieństwo, że ich dziecko przeżyje; jak dużą mam pewność, że operacja, której wkrótce zostanie poddana ich pociecha, odniesie sukces. Pragną usłyszeć procenty, liczbę pomiędzy zerem a sto – coś, co potrafią przełożyć na swój własny, wewnętrzny język. Chcą informacji, którą są w stanie jakoś zintegrować w myślach.

Nie jestem matematykiem, ale robię, co mogę. Zawsze jestem szczery i zawsze odpowiadam. Niekiedy szanse powodzenia lokują się gdzieś w połowie. Czasem proporcja wynosi 90:10 – a czasami jest odwrotnie.

Tak naprawdę to nie ma znaczenia. Zawsze dodaję ten sam komentarz:

– Mogę państwu podać współczynnik, ale to, czy szanse wynoszą pięć procent, czy dziewięćdziesiąt pięć, nie ma znaczenia. Przeprowadzimy tę operację i zrobimy to, jak najlepiej potrafimy.

„My” oznacza cały zespół – lekarzy, pielęgniarki, instrumentariuszy i oczywiście rodziców oraz pacjentów. Alternatywa zwyczajnie nie wchodzi w rachubę.

Zostałem lekarzem, żeby ratować życie ludzi. Neurochirurgię wybrałem, ponieważ uważam, że ta specjalizacja jest najwyższym osiągnięciem w medycynie. Praktykuję neurochirurgię dziecięcą, aby podkreślić wagę tych pacjentów, którymi przez bardzo długi czas się nie zajmowano ze względu na ich wiek – by podarować im życie. Dać im szansę. Okazać im szacunek.

*

W tle mój młody asystent podkręca głośność.

_TAM. TA-DA-DAM. TA-DA-DAM. TAM. TAM. TAM. TAM._

– Zaczynajmy.

1 O-level, czyli GCE, to ogólny certyfikat edukacji, przyznawany po egzaminach na koniec szkoły podstawowej. A-level to odpowiednik polskiej matury (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).ROZDZIAŁ PIERWSZY
RANY GOŚCIA

Jest 7.45 rano. Czas na spotkanie z dzisiejszymi „konkursowiczami”.

Oddział przedoperacyjny jest (lubię tak myśleć, na swój egocentryczny sposób) trochę niczym śluza powietrzna w statku kosmicznym: przygotowuje cię na to, co ma nastąpić. Przyszedłem tu z moim asystentem oraz kilkoma młodymi stażystami – to trzon zespołu, który za chwilę rozpocznie pracę. Szczerze mówiąc, dzisiejsze spotkanie to bardziej uprzejmość niż konieczność, ponieważ pacjentka i jej rodzina widzieli się już z nami wcześniej. Omówiliśmy szczegółowo całą procedurę podczas konsultacji, a potem jeszcze raz w ciągu ostatnich kilku dni. W tygodniu poprzedzającym zabieg zawsze staram się, aby moi pacjenci zostali przebadani przez cały zespół specjalistów. W moim szpitalu nikt nie zostaje dłużej, niż to konieczne. Pacjenci są sondowani i sprawdzani przez każdego, kto w mojej opinii mógłby zaoferować konstruktywną opinię. Wolę, aby podczas samej operacji spotkało mnie jak najmniej niespodzianek.

W owych wizytach tuż przed samą operacją chodzi głównie o skontrolowanie, czy mały pacjent nie nabawił się przez noc infekcji dróg oddechowych lub czegoś równie nieprzyjemnego, oraz o upewnienie się, czy nie ma jakichś pytań na ostatnią chwilę. Jest to również ostatnia szansa, aby pacjent i rodzice spotkali się twarzą w twarz z całym zespołem, zanim wszyscy ukryjemy się za zasłoną masek. Dla mnie to bardzo ważne, aby wiedzieli dokładnie, kto zajmuje się ich ukochanym dzieckiem.

Wreszcie zdobywam ostatnie kilka podpisów (Akceptują państwo ryzyko? Czy są jeszcze jakieś pytania?) i gotowe. Wszystkie poważne konwersacje odbyły się wcześniej. Dbam o to, by rodzina usłyszała standardowe zapewnienie Jayamohana: zajmę się ich pociechą tak, jak chciałbym, aby ktoś potraktował moje własne dzieci, gdyby były chore. Według mnie nie istnieje poważniejsza obietnica.

Jeżeli dobrze wszystko obliczyliśmy, reszta zespołu powinna dołączyć do nas podczas obchodu, dokładnie o ósmej. Mamy czterech neurochirurgów, dwóch lub trzech specjalistów chirurgii plastycznej, którzy współpracują z nami na stałe, do tego całe stadko młodzieży – lekarzy oddziałowych i kilku stażystów szykujących się do specjalizacji, a także pielęgniarkę lub dwie i od czasu do czasu studentów. Potrafi się z tego zrobić niezły tłum.

Jestem pewien, że obecność wokół łóżka całej załogi oddziału XI w szpitalu Johna Radcliffa potrafi być dość onieśmielająca – zwłaszcza jeśli pacjent jest na tyle młody, że zajmuje ledwie jedną trzecią długości rzeczonego łóżka. Mam jednak nadzieję, że podkreśla to właściwy przekaz: jesteśmy tu wszyscy, żeby pomóc.

Dzieci zazwyczaj traktują tę sytuację jak wszystko inne: z zaspaną obojętnością. Są jak koty, tylko mniej kapryśne. Rodzice za to nie wiedzą, gdzie podziać oczy i gdzie się schować.

Żaden pacjent nie jest ważniejszy od drugiego – z wyjątkiem dni operacji. O 8.30 wyłączam się z obchodu i ruszam na salę operacyjną.

*

Często widuje się, jak przed ważnym meczem sportowcy zbierają się w grupę. Dla nich jest to publiczny symbol solidarności: drużyna przeciwko reszcie świata. Nam chodzi głównie o upewnienie się, że nie wytniemy niewłaściwego fragmentu mózgu.

Przed każdą operacją odhaczamy „rejestr WHO” – chirurgiczną listę kontrolną wprowadzoną przez Światową Organizację Zdrowia (WHO), aby wykorzenić błędy proceduralne. To proste, a jednocześnie niezwykle skuteczne.

Zabiegi na pacjentach są zawczasu wpisywane w nasz system elektroniczny, aby instrumentariusze wiedzieli, jaką procedurę zaplanowaliśmy i który zestaw narzędzi należy przygotować. Najpierw wszyscy, którzy będą w jakikolwiek sposób zaangażowani w zbliżającą się operację, przedstawiają się sobie nawzajem. W dziewięciu przypadkach na dziesięć wszyscy i tak dobrze się znamy, ale dość często towarzyszą nam praktykanci i pielęgniarki. Badania naukowe wskazują, że nawet taki drobiazg, jak poznanie imienia wszystkich członków zespołu, może zredukować błędy.

Następnie rozmawiamy o pacjentach. Osoba prowadząca przedstawia skrótowo historię choroby oraz plan całego zabiegu. Jeżeli ja tam jestem, to zazwyczaj jestem „liderem”. W przypadkach, w których chodzi głównie o rekonstrukcję czaszki lub twarzy, pałeczkę przejmuje chirurg plastyczny. Omawiamy oprzyrządowanie, którego będziemy potrzebować. Sprawdzamy, czy instrumentariusze przygotowali wszystkie narzędzia, o które prosiliśmy. Oglądamy też samo pomieszczenie. Wreszcie wszyscy potwierdzają słownie, że nie widzą żadnych problemów i nie mają obaw.

Jeśli mam jakieś ważne wytyczne, przekazuję je zespołowi. Na przykład: „dzisiaj głównym problemem będzie utrata krwi”, albo „w tym przypadku należy się obawiać infekcji pooperacyjnej, dlatego proszę się upewnić, że drzwi pozostaną zamknięte przez cały czas, że na sali nie będzie studentów i że podczas zabiegu nikt nie będzie tu wchodził lub wychodził”. Oczywiście wszystkie te zalecenia są kwestią zdrowego rozsądku, ale i tak wypada powtórzyć je na głos.

Jednym z założeń WHO jest równouprawnienie: chodzi o to, aby najmłodsi członkowie kadry mieli prawo kwestionować to, co robi najstarsza stażem osoba. Z mojego punktu widzenia (jako najstarszego stażem chirurga) podczas większości operacji taka sytuacja bardzo szybko może stać się denerwująca. Tym niemniej samemu założeniu nie można odmówić sensu. Jeżeli, dajmy na to, mamy przeprowadzić zabieg po lewej stronie głowy, a obserwujący operację student widzi, że właśnie zamierzamy dobrać się do prawej strony, musi się czuć na tyle swobodnie i komfortowo, aby powiedzieć:

– Bardzo przepraszam, doktorze Jayu, ale jestem przekonany, że mówił pan o lewej stronie głowy.

Uwierzcie mi, to się gdzieś kiedyś musiało wydarzyć, inaczej nie wprowadzono by takiej reguły.

Jeśli wszyscy zaaprobowali plan działania, rozchodzimy się na jakiś czas. Większość z nas wraca na oddział, aby dokończyć obchód, anestezjolog zaś każe przywieźć do siebie pacjenta. To, co nastąpi potem, zależy od tego, jak długo trwa przygotowanie do podania środka znieczulającego i uśpienia. Im więcej czasu spędza na tym etapie anestezjolog, tym bardziej jestem zadowolony. W ciągu czterdziestu minut mogę odwiedzić około dziesięciu pacjentów. Wszystko polega na sprawnym ustawianiu zadań.

Jeżeli to ja prowadzę operację – a dzisiaj tak właśnie jest – schodzę z oddziału wcześniej niż wszyscy. Gdy chodzi o moich pacjentów neurologicznych, lubię pojawiać się na sali operacyjnej gotowy do działania, zanim jeszcze pacjent zostanie uśpiony.

Każdy blok operacyjny ma swoją przebieralnię. Rozbieram się do bielizny i zakładam odzież chirurga, łącznie z parą butów. Ze względu na zalecenia higieniczne strój jest prany i gotowany w szpitalu, więc pachnie tak jak wszystko tutaj. Dostępne są cztery rozmiary, co teoretycznie powinno pasować każdemu. W praktyce można raczej mówić, że żaden rozmiar nikomu nie pasuje.

Buty wyglądają jak brzydsze wersje crocsów, ale jeśli człowiek dorwie odpowiednią parę, są naprawdę superwygodne. Ja zazwyczaj chomikuję moje w szafce. Jeżeli zostawię je na zewnątrz, ktoś (najprawdopodobniej student) z całą pewnością je sobie „pożyczy”. Kiedy człowiek stoi przez siedem czy osiem godzin, ważne jest, żeby nie przestępować z nogi na nogę. Kiedyś mieliśmy zmywarkę do naczyń, którą przerobiliśmy na zmywarkę do butów, ale już się to skończyło. Teraz trzeba samemu sobie je czyścić.

Medycyna nie jest idealnym zawodem dla kogoś o wrażliwej skórze. Zanim mija godzina 9.30, zazwyczaj myję ręce już jakieś piętnaście do dwudziestu razy. Jeśli dotyka się pacjenta, trzeba umyć ręce. Zanim dotknie się pacjenta, trzeba umyć ręce. W międzyczasie myje się ręce z nawyku. Człowiek po prostu non stop się szoruje i dezynfekuje.

Już prawie czas na przedstawienie. Najszybsza droga na salę operacyjną prowadzi przez pokój anestezjologa. Zazwyczaj (z szacunku do ich pracy) wykorzystujemy jednak drzwi po drugiej stronie sali. Kiedy nadejdzie właściwy moment, pacjent zostanie wtoczony na wózku z sąsiedniego pokoju.

Sama sala operacyjna to pomieszczenie o wymiarach 5 na 5 metrów, w którego centrum znajduje się stół. Gdybyście podrzucili mnie na salę operacyjną w którymkolwiek szpitalu, pewnie nawet bym się nie zorientował, w jakiej placówce jestem. Wszystkie pomieszczenia operacyjne wyłożone są takim samym nudnym melaminowym materiałem, który łatwo jest umyć i wysterylizować. Na suficie zamontowane są światła. Jest również cały szereg kabli i rur, które przewodzą tlen i inne gazy oraz zasysają niechciane pozostałości operacji – krew, śluz, ślinę oraz różnorakie substancje, na których łatwo się można poślizgnąć. Większość oprzyrządowania jest przenośna. Wwozi się je i wywozi w zależności od potrzeb.

Dzisiaj mamy tu maszynę anestezjologiczną, ustawioną w nogach stołu – bo oczywiście po drugiej stronie będę pracował ja. Poza tym jest jeszcze kilka urządzeń, takich jak ssak, diatermia chirurgiczna (narzędzie wykorzystujące prąd do rozcinania tkanki; moim zdaniem to najbliższy, istniejący w naszej rzeczywistości, kuzyn miecza świetlnego). Umieszczone są na dużym ruchomym stoliku obok maszyny anestezjologicznej. W różnych miejscach sali, rozstawione dla zmaksymalizowania dostępu, stoją również cztery komputery. Na ogromnych ekranach wyświetlimy skany, będziemy też przeprowadzać elektroniczny monitoring pacjenta i dostarczymy zapisy anestezjologowi. Oczywiście pod warunkiem, że wszystkie maszyny działają…

Wystarczy jedno fiasko w newralgicznym momencie i człowiek już nigdy nie zaufa żadnemu urządzeniu. Jak się okazuje, dobrze, że postanowiliśmy wszystko sprawdzić.

– Jay, tylko jeden z ekranów działa – mówi mój asystent. Nie jestem Billem Gatesem, ale i tak próbuję zdiagnozować problem.

– Sądzisz, że to sam komputer, czy tylko monitor?

– Nie mam pojęcia.

– Bardzo cię proszę, weź i zamień go na ten z dwunastki.

– O nie, znów to samo! Ostatnim razem też musiałem.

– Wcale nie! To _mnie_ niemal przyłapali, a nie ciebie.

Ach, radość pracy w NHS²… Nie jestem pewien, dlaczego nasz sprzęt nie działa. Podejrzewam, że ludzie z jakiejś innej sali zabrali nasz i podrzucili nam swój, więc tym bardziej uważam, że możemy zrobić to samo. Zazwyczaj staram się wysyłać do takiej roboty jednego z młodszych członków zespołu, ale nieraz biorę na siebie ten szwindelek.

Kiedy już cały sprzęt elektroniczny działa, wrzucamy skany na ekran i ponownie omawiam z zespołem nasze cele i nadzieje. Lekarze na specjalizacji są różni, w zależności od tego, kiedy się pojawiają. Czasami wychodzą prosto ze szkoły, a niekiedy mają nawet osiem lat praktyki chirurgicznej. Dlatego dobrze jest się rozeznać, kto jest kim. Oczywiście starszych asystentów już znam, ale tak czy owak łatwo się zorientować, kto jest nowicjuszem, bo ci zazwyczaj zadają mnóstwo pytań, podczas gdy ci bardziej doświadczeni chcą po prostu chwycić za narzędzia i zrobić wszystko samemu. Czasem się zdarza, że próbują mi ukraść pacjenta. Konsultanci neurochirurgii dziecięcej wykonują nieprawdopodobnie więcej operacji niż konsultanci jakiejkolwiek innej specjalizacji, a to dlatego, że podczas operacji na mózgu szybko coś może pójść nie tak i potrzeba wprawnej ręki, żeby uratować sytuację. Staram się jednak zachęcać moich asystentów i angażować ich wtedy, kiedy mogę. Gdy tylko skany pojawiają się na ekranie, pytam stażystę o jego zdanie na temat planowanej operacji.

Na koniec jeszcze zostaje nam odhaczenie listy z pielęgniarzami lub raczej instrumentariuszami. Pewnie nie raz widzieliście w telewizji dużą tacę ze srebrnymi chirurgicznymi narzędziami. W oparciu o to, co instrumentariusz wie o moich planach, powinno już na niej czekać wszystko, czego będę potrzebował.

– Wygląda w porządku, Jay? – pyta główna instrumentariuszka. Gdybym nie sprawdził, byłoby to nieprofesjonalne z mojej strony, ale wiem, że wszystko, co mogłoby mi się przydać podczas zabiegu, na pewno tam leży. Spoglądam na około 250 instrumentów. To dość kosztowny zestaw narzędzi. Mamy tu różnego rozmiaru klipsy, obsadki do skalpeli, „grabki”³ i rozwieracze (urządzenia służące do odciągania tkanki na boki), niektóre z nich tępe, inne znów ostre. Mamy też odgryzacze kostne (narzędzia takie, jak specjalne obcęgi, które obcinają, czyli „odgryzają” kawałki kości), retraktory (haki) mózgowe, wyglądające jak patyczki do lodów i różniące się rozmiarami: od gigantycznych wręcz do miniaturowych (używa się ich do odsuwania mózgu na bok). Są jeszcze szpatułki, ssaki, nożyczki – od dość dużych, którymi tnie się grubą tkankę albo przycina szwy, do maleńkich mikronożyczek. Mamy narzędzia do dłubania, sondowania, popychania, wyciągania, kłucia, cięcia i chwytania – to naprawdę imponujące.

Kiedy już wszystko zostaje sprawdzone, jesteśmy gotowi do pracy. Teraz czekamy na gwiazdę przedstawienia. Jeżeli zabieg jest prosty i nie wymaga założenia cewnika, podłączenia wielu kroplówek i innych rurek, wystarczy jedynie szybkie znieczulenie i pacjent jest nam przekazywany w ciągu 15–20 minut. Jeżeli szykuje się poważniejsza operacja, jak na przykład usunięcie guza, lub jeżeli pacjent ma nietypową anatomię, przygotowanie może zająć nawet półtorej godziny. Anestezjolodzy są odpowiedzialni nie tylko za monitorowanie znieczulenia i narkozy. W razie potrzeby (poważnego krwawienia) muszą również mieć gotową krew do transfuzji. Ich praca polega na utrzymaniu pacjenta przy życiu, podczas gdy ja pracuję nad nim po drugiej stronie stołu operacyjnego.

Wreszcie drzwi otwierają się i przybywa pacjent. Jeszcze raz odbywam szybką rozmowę z anestezjologiem, upewniając się, że wszystko gra. Potem przenosimy pacjenta z ruchomego łóżka na stół i dość długo pracujemy nad tym, aby ułożyć go w odpowiedni sposób. Operacje potrafią trwać siedem lub osiem godzin. Pacjenci muszą pozostać nieruchomi przez tak długi czas i nie odnieść z tego powodu żadnych szkód. Leżenie przez osiem godzin na twardym cewniku lub jakimś kablu może doprowadzić do martwicy skóry. Następnie dezynfekujemy ciało pacjenta gazikami i obkładamy chustami. W dzisiejszych czasach wykorzystujemy również specjalną, zapamiętującą kształt piankę, która otula pacjenta i zapewnia mu naprawdę przyjemną, miękką, podatną powierzchnię do leżenia.

Musimy się również upewnić, że będziemy mieli łatwy dostęp. Wiemy dokładnie, gdzie będziemy operować, ale musimy się dostać do tego obszaru bezpiecznie i bezproblemowo. Trzeba również pomyśleć o tym, czy podczas operacji chcemy stać, czy siedzieć. Wszystkie te wybory przelatują mi przez głowę, zanim zacznę zabieg.

Nie muszę się martwić tylko o jedno: o otaczający mnie zespół. W neurochirurgii często mamy do czynienia z elementem nagłości. Wiele trafiających do nas przypadków jest bezpośrednią odpowiedzią na telefon po pogotowie ratunkowe. Wtedy wszyscy rzucają się do pracy – a przynajmniej tak być powinno. Pracowałem z anestezjologami i stażystami, którzy autentycznie kochali tę robotę i byli bardzo dobrzy, tyle że w normalnych godzinach pracy. Niejednokrotnie musiałem jednak uzbroić się w cierpliwość, kiedy przychodziło mi zadzwonić po niektóre osoby w środku nocy, wiedziałem bowiem, że nie będą zbytnio zainteresowane pomocą. O trzeciej nad ranem, kiedy pada się z nóg, naprawdę nie pomaga widok kolegi z nieszczęśliwą miną, bo ściągnięto go z domu do pracy. Nie sprzyja to odpowiedniej atmosferze, zwłaszcza kiedy walczy się o czyjeś życie. Wolałbym już raczej, żeby ktoś na mnie nawrzeszczał, żeby wylać z siebie frustrację, a potem zajął się swoją pracą, jak zwykle. Albo – w idealnym przypadku – chciałbym mieć przy boku kogoś, kto rozumie, że tutaj chodzi o pracę zespołową i że jesteśmy tu po to, aby pomóc pacjentowi. Przecież nie operujemy w środku nocy tylko dlatego, że w telewizji akurat nie ma nic ciekawego.

Przez cały czas przygotowań w pomieszczeniu rozlegają się dźwięki muzyki z mojej listy techno-dance na Spotify. Mam różne zestawy do różnych zabiegów. Na dole, gdzie pracujemy przeważnie nad rekonstrukcjami twarzoczaszki, puszczam głównie rocka, ale to dlatego, że goście z plastycznej nie wytrzymują dużych dawek muzyki elektronicznej. Na górze, gdzie w tej chwili się znajdujemy i za chwilę zmierzymy się z groźnym guzem, najlepiej pomaga mi muzyka techno i dance. Coś w tym rytmie pozwala mi się wyłączyć na świat zewnętrzny i widzieć tylko pracę. Ale nigdy nie wiadomo, czy tak będzie, dopóki nie zacznę.

I wreszcie jesteśmy gotowi.

*

Naszą pacjentką jest jednoroczna dziewczynka z guzem mózgu zajmującym niemal połowę jej głowy. Jest to, delikatnie mówiąc, dość niezwykły nowotwór – nie dlatego, że guzy nie urastają do koszmarnych rozmiarów, ale dlatego, że dziewczynka wydaje się tego w ogóle nie zauważać. To naprawdę niesamowite. Widziałem wyniki tomografii i rezonansu magnetycznego już wielokrotnie, ale mimo to oglądanie ich teraz na monitorach sprawia, że potrząsam głową z niedowierzaniem, tak jak za pierwszym razem, kiedy to zobaczyłem.

Poznaliśmy naszą pacjentkę, gdy miała osiem tygodni. Wtedy oczywistą decyzją było wykonanie operacji. Wyciąć tego drania. Mimo złośliwej natury guz wydawał się jednak dość nieaktywny. Łutem szczęścia wyrastał nad powierzchnię mózgu, uciskając go, a nie wrastał w głąb tkanki. Spoglądając na skany, nie widać było masy splątanych pasm, lecz raczej coś przypominającego symbol yin i yang – dwie struktury rosnące obok siebie, jak dwoje ludzi ściśniętych na tylnym siedzeniu małego samochodu, odczuwających niewygodę, ale nieprzeszkadzających sobie nawzajem.

Wiele lat temu, kiedy zaczynałem karierę, nie postawiłbym nawet grosza na to, że mała przeżyje do dzisiejszego dnia, ale tylko dlatego, że bardzo rzadko można się natknąć na tak uprzejmie współpracujący nowotwór. Szczerze mówiąc, mózgowi też należy się uznanie. Ponieważ guz zaczął rozwijać się _in utero_ (zanim dziewczynka się urodziła), mózg mógł się adaptować już wtedy. Kontrola nad lewą stroną ciała zazwyczaj mieści się tutaj? Trudno, to miejsce jest zajęte. Może w takim razie wetkniemy je tam? Mózg pacjentki dosłownie przeniósł ważne ośrodki nerwowe w inne, wygodniejsze miejsca. Zdolność dziecięcego mózgu do zmiany okablowania i do przeorganizowania jest niewiarygodna. Cóż za fantastyczne predyspozycje do plastyczności! Wierzcie mi: dorosły umarłby już dawno temu. Nasze mózgi stają się zbyt utrwalone w swojej strukturze. Ta mała była żywym, rozwijającym się arcydziełem natury.

Mimo wszystko, wystarczyło już tego dobrego. Cztery godziny później udaje mi się usunąć praktycznie cały guz. Tam, gdzie normalnie mieściłby się prawidłowo rozwinięty mózg, ziała teraz pustką wielka jama. Mimo to żadne istotne funkcje tego organu nie zostały zablokowane. Wygląda to dziwnie, powiem nawet – niesamowicie, ale ponieważ cała reszta tkanki nerwowej ściśnięta w małej połówce pozostała nietknięta, dziewczynka wróci do normalnego życia właściwie zaraz po wybudzeniu z narkozy.

I rzeczywiście tak właśnie się stało. Została jedynie lekka słabość prawej strony ciała, co zresztą w miarę dorastania zaczęło się poprawiać i nigdy nie wpłynęło na jakość życia dziecka.

*

Nawet po sześciu latach, za każdym razem, gdy widzę moją małą pacjentkę, czuję się fantastycznie. Myślę sobie: „Rany gościa! A sądziłem, że nie przeżyjesz sześciu miesięcy”. Mała nie tylko ma się dobrze, ale jest wspaniała i z całą pewnością mnie przeżyje. Oczywiście nie wie, kim jestem. Ona widzi tylko irytującego pana, który raz do roku stuka młoteczkiem w jej kolano i bombarduje ją pytaniami. Pewnie ma mnie dosyć.

Ale wiecie co? Nie przeszkadza mi to wcale a wcale. Życzyłbym sobie tylko takich rezultatów.

2 NHS – National Health Service, brytyjska publiczna służba zdrowia.

3 Specjalny hak chirurgiczny (retraktor), przypominający wyglądem małe grabie.ROZDZIAŁ DRUGI
MÓW MI PER „PAN”

Ręce. Zawsze zaczyna się od rąk.

W sumie to nawet zabawne. Dziecko może stać u progu śmierci i w oczach rodziców jestem bodaj jedyną osobą, która ma szansę przywrócić ich pociechę do normalnego funkcjonowania. Robię to przez całe moje dorosłe życie. Ocaliłem już setki dzieci z tymi samymi symptomami. Ale rodzicom czasem nie przychodzi do głowy, żeby to sprawdzić. Nie pytają mnie o życiorys ani o wskaźnik moich chirurgicznych sukcesów. Patrzą mi na ręce.

_Czy ma dłonie człowieka, który potrafi ocalić nasze dziecko?_

Rozumiem to. W końcu zamierzam włożyć palce w głowę ich pociechy, dotykać jej mózgu. Rodzice chcą się upewnić, że jestem tego godzien, że ręce mi się nie trzęsą i że jestem _czysty_. Przed operacją zawsze dokładnie szorujemy ręce i oczywiście przez cały czas trwania zabiegu nosimy rękawiczki. W którymś momencie pojawiła się sugestia, że wystarczyłoby jedno porządne „chirurgiczne mycie” (takie, jak widujecie w telewizji) nad ranem danego dnia, a potem tylko zwykłe mycie rąk przed kolejnymi przypadkami. Była to bardzo przelotna sugestia i nie weszła w życie pomimo przedstawionych nam dowodów na poparcie jej skuteczności. Niektórych rzeczy nie da się zmienić. Chirurdzy i pielęgniarki mają swoją rutynę i potrzebują jej, aby nie dopuścić do napadów paniki. Wszystko tak naprawdę opiera się na pozorach. A jeśli chodzi o zdenerwowanych rodziców – tym bardziej. To ważna lekcja, którą dobrze wbiłem sobie do głowy w ciągu ponad piętnastu lat pracy jako konsultant i niemal dwukrotnie dłuższej kariery jako lekarz.

Mimo to nie wszyscy przywiązują do tego tak wielką wagę. Nie każdy interesuje się, co myślą sobie rodzice. Niektórzy w zasadzie mają to w głębokim poważaniu. Dlatego właśnie jestem dziś takim, a nie innym człowiekiem i dlatego wybrałem pracę z dziećmi. Z tego samego powodu naprawdę zawsze staram się stawiać w sytuacji zarówno rodziców, jak i moich pacjentów. Jak ja bym się czuł na ich miejscu? Co mogłoby nieco zmniejszyć ciężar tego okropnego doświadczenia?

Mam nadzieję, że robię, co w mojej mocy (i to, co powinienem) dla moich pacjentów. Nie zawsze jednak tak było – i nie zawsze myślałem w taki sposób.

*

W wieku osiemnastu lat poszedłem na akademię medyczną. Wybrałem St. Mary’s w Paddington, w Londynie. Rozmyślałem o studiach w Oksfordzie (mój nauczyciel biologii powiedział, że właśnie tam powinienem startować), ale po wizycie uznałem, że jest tam zbyt cicho i prowincjonalnie. Pragnąłem brudu, zgiełku i świateł wielkiego miasta. Ciekawe, jak bardzo moje spojrzenie na tę kwestię uległo zmianie w późniejszym życiu. Sześć lat studiów medycznych to szmat czasu, ale wkrótce po egzaminach końcowych człowiek orientuje się, że nawet pół wieku wkuwania nie wypełniłoby wszystkich luk w jego wiedzy. Minęło już tyle lat, a ja wciąż się uczę. Oczywiście teraz, z perspektywy czasu, już to rozumiem, ale kiedy ma się osiemnaście lat, człowiek uważa, że zjadł wszystkie rozumy.

Byłem bystry, pełen energii, optymizmu i entuzjazmu. Byłem na tyle pewny siebie, że wydawało mi się, iż mogę zmienić świat na lepsze. Innymi słowy, typowy osiemnastolatek. Z ogromnym szokiem przyjąłem fakt, że moja wybrana profesja ma nieco mniejsze ambicje. Ojciec współczesnej medycyny, czyli Hipokrates we własnej osobie, podsumował to w krótkim stwierdzeniu: „Po pierwsze, nie szkodzić” (cóż, tak naprawdę nie on to wymyślił⁴, ale nie spierajmy się o szczegóły. Powiedzmy, że jest to parafraza jego przysięgi, którą tak kochają medycy). Innymi słowy, nie spieprz sprawy. To wszystko. Tylko tyle się od nas oczekuje. Nie pogarszaj stanu pacjenta, a jeśli uda się coś poprawić, to wyłącznie dodatkowy zysk. Ale chyba musieliśmy już jakoś wyewoluować od czasów Hipokratesa, prawda?

Pomijając rzeczywistość, studia obejmowały przekrojową wiedzę i chociaż zabrzmię przez to jak kujon, bardzo mi się podobały. Którykolwiek temat przerabialiśmy w danym tygodniu, natychmiast stawał się najnowszą ambicją mojego życia. Byłem niczym kociak uganiający się za plamkami światła. _Och, to takie błyszczące! Och, to nowe! Chcę, chcę, chcę!_

Dopiero na piątym roku studiów wybrałem ostatecznie moją przyszłą specjalizację. A przynajmniej tak mi się zdawało. Podczas przedostatniego roku nauki, czyli po niemal sześciu latach harówki i picia na umór, uniwersytet rzuca ci kość. Oferuje trzymiesięczny staż specjalistyczny z możliwością wyboru, gdzie chcesz go odbyć. Większość ludzi decyduje się na Jamajkę, Tajlandię albo Australię, czyli miejsce, gdzie można się wyluzować.

Ja wybrałem Państwowy Szpital Neurologii i Neurochirurgii na Queen Square w Londynie. Czyli po sąsiedzku. Co za palant.

Na swoje usprawiedliwienie powiem, że placówka owa miała znakomitą reputację w zakresie mojego nowego ulubionego zagadnienia: neurologii, medycznego spojrzenia na choroby mózgu. Pasja do tego przedmiotu rosła we mnie już od jakiegoś czasu. Wiele osób ma na półce frenologiczny model ludzkiej głowy z różnymi częściami mózgu zaznaczonymi niczym pierwszorzędne sztuki mięsa na rysunku krowy⁵. Nikt nie wziąłby wam za złe, gdybyście pomyśleli, że jest to wierne przedstawienie tego, co mamy „pod sufitem” (a przynajmniej tak właśnie sądzili dziewiętnastowieczni znawcy), ale jest to wysoce nieadekwatne spojrzenie. Z drugiej strony, chociaż zabrzmi to niewiarygodnie, niektóre obszary mózgu rzeczywiście zostały właściwie powiązane ze specyficznymi funkcjami organizmu – i to już w starożytnym Egipcie.

Amerykański kolekcjoner antyków, niejaki Edwin Smith, odkrył papirus sprzed niemal 4 tysięcy lat, zawierający fantastyczną kolekcję opisów ran neurochirurgicznych wraz z wytłumaczeniem, co należy zrobić, aby poprawić ich stan. Były tam stwierdzenia w rodzaju: „Jeżeli człowiek ma ranę na skroni i nie może mówić, jest to uraz, którego nie można wyleczyć”. Najwyraźniej Egipcjanie wiedzieli, że w tych właśnie obszarach mózgu znajdują się ośrodki mowy. W dokumentach były również wymienione różnorakie urazy kręgosłupa wraz z porażająco adekwatnymi prognozami dla każdego z nich. Istnieje wiele takich perełek, wszystkie zrodzone tysiące lat temu z (jak należy przypuszczać) obserwacji ludzi ranionych w bitwach. To fascynujące, gdy pomyśli się, że lekarze pracowali niezależnie od siebie, ale wszystkie ich odkrycia zostały z czasem zebrane w jednym miejscu. Jakiś doktor mógł spojrzeć na pacjenta i powiedzieć: „No dobrze, nie możesz się ruszać, a w tej części głowy masz dziurę, a zatem oba fakty muszą być ze sobą połączone”. Zapisał to następnie, a kolejne pokolenia lekarzy wykorzystywały i uzupełniały tę wiedzę.

Tak jak w przypadku wielu postępów nauki i technologii w dzisiejszych czasach, głównym czynnikiem napędowym były konsekwencje wojny, a nie pragnienie uzdrowienia ludzkości. Starożytni Egipcjanie nie byli jedyną nacją, która parała się neurochirurgią. Istnieją dowody sprzed 3 tysięcy lat, że w Ameryce Centralnej i Południowej wykonywano trepanację czaszki (czyli wiercono dziury w głowach, aby uwolnić z nich złe humory). To niemal nie do pomyślenia, że w tamtych czasach istniała neurochirurgia, ale owe fakty archeologiczne tym bardziej przekonały mnie do tej specjalizacji jako interesującej drogi kariery.

W każdym neurologicznym przypadku interesujące (i dlatego mnie to pociąga) jest to, że wymaga wielu rozważań. To bardzo dociekliwa specjalizacja. Bada się pacjentów i trzeba wydedukować, gdzie leży problem oraz na jakim poziomie i w jakim zakresie funkcjonalności dotknął on daną osobę. To zupełnie jak rozwiązywanie krzyżówki hetmańskiej: są wskazówki, ale czy uda ci się nadać im jakiś sens? Człowiek staje się doktorem Watsonem i Sherlockiem Holmesem połączonym w jedno. Uwielbiałem to. Owa koncepcja przemawiała do mnie, była próbą sił, a przy okazji moje ego raczej na tym nie cierpiało.

To nie jest zabawa dla każdego. Wielu moich znajomych skusiła ortopedia. Nie chciałem ich wtedy oceniać, ale gdzie tu było jakieś wyzwanie? „Ma pan złamaną nogę. Oto prześwietlenie potwierdzające, że noga jest złamana”. I zrobione.

Oczywiście teraz wiem, że ortopedia może być niezwykle zawiła i stawiać ogromne wyzwania, ale w tamtych czasach tego nie dostrzegałem. Cóż, podczas studiów medycznych praktyki trwają przez dwa, najwyżej trzy miesiące – a często dużo krócej.

Nie zamierzałem zajmować się dziedziną, w której odpowiedzi miałbym podane na talerzu. Chciałem być zmuszony do rozważania i dedukcji; być twórcą, a nie robotem na taśmie produkcyjnej. Zaczynałem się jednak zastanawiać, czy to wystarczy.

Oczywiście z Sherlockiem jest tak, że ów najwybitniejszy detektyw świata był jednocześnie Mrocznym Rycerzem, któremu nieobce były utarczki i bijatyki na pięści. Holmes świetnie sobie radził zarówno z częścią teoretyczną, jak i praktyczną detektywistyki. W neurologii natomiast, kiedy zaczynało się robić ciekawie, byłem niejako zmuszany do stania w drugiej linii. Czułem się nieco bezsilny, wiedząc, że będę musiał podać pacjentowi lek, a potem sprawdzić, czy ów pomaga, zamiast samemu coś zrobić. Równie dobrze mógłbym po prostu sprzedawać w aptece ibuprofen. Sądziłem, że do tego będzie się ograniczał mój wkład w leczenie. Nie czułem się częścią procesu, lecz zaledwie przekaźnikiem medykamentów. Myślę, że wypełniało mnie wtedy młodzieńcze pragnienie bycia centrum wszystkiego, co się dzieje.

_I co z tego, jeśli się nie narobię?_ – tłumaczyłem sobie. _To jest specjalizacja, w której się chcę szkolić._

Po dwóch miesiącach wreszcie jednak mnie dopadło. Byłem akurat w stołówce szpitalnej na Queen Square, stałem w kolejce po danie z frytkami (cokolwiek było daniem dnia) i pamiętam, że narzekałem głośno do kilku moich kolegów na temat mojej wybranej dziedziny:

– Mam wrażenie, że nigdy nic _nie robię_. Poszedłem na medycynę, żeby pomagać ludziom, a nie czytać książki. Chcę wreszcie trochę podziałać.

Moimi rozmówcami byli przyszli neurolodzy, więc nie doczekałem się od nich sympatii. Podobnie jak od innego przypadkowego słuchacza.

– Przestań, kurwa, marudzić – rozległ się głos za moimi plecami. Odwróciłem się i zobaczyłem jednego ze starszych rezydentów neurochirurgii (tak głosił jego identyfikator). – Jeżeli rzeczywiście chcesz pobrudzić sobie rączki ciężką pracą, to zamiast wyrzekać, zrób coś w tym kierunku. Przyłącz się do nas. Zostań chirurgiem mózgu. Rzuć w cholerę tych cieniasów i zostań członkiem elity.

Przez dobrą minutę stałem jak wryty, tak mnie zszokował fakt, iż jakiś obcy rzucał we mnie mięsem. Kiedy wreszcie ochłonąłem, kolejka do lady przesunęła się, omijając mnie sprawnie, i mój rozmówca znalazł się przy kasie. Miałem ogromny dylemat: nałożyć sobie chili czy pobiec za nim. Ostatecznie spróbowałem chwycić dwie sroki za ogon. Trzymając jedzenie, rzuciłem kasjerowi piątaka i pognałem za moim nowym mentorem. I co z tego, że podsłuchiwał rozmowę obcych ludzi? Podobał mi się ten gość. Miał w sobie arogancję, której jeszcze nigdy nie widziałem u lekarzy. Była odurzająca, przemawiała do mnie. Ten człowiek był wszystkim, czym ja chciałem zostać.

– Wyświadcz sobie przysługę i przyjdź popatrzeć, co robimy – powiedział, zerkając na mnie pobieżnie, kiedy wreszcie go dogoniłem. – Albo masz to w sobie, albo nie.

Wyjaśnił, że następnego dnia będzie operował i mogę go obserwować.

Osiemnaście godzin później przyglądałem się już, jak otwiera skalpelem głowę młodej dziewczyny. Musiałem zostać jednym z tych gości. Oczywiście, że musiałem – bezdyskusyjnie. Ten facet nie diagnozował problemu i nie przepisywał pacjentowi kilku pigułek. On był mistrzem dedukcji diagnostycznej i na dodatek zapewniał rozwiązanie problemu przy użyciu własnych rąk.

On się nie parał medycyną. On nią _był_.

W tamtej chwili dokonała się ostateczna decyzja definiująca moją przyszłość. Zanim jednak dotarłem do celu i bez względu na to, że podczas ceremonii rozdania dyplomów ukończenia studiów powiedziałem, że wreszcie jestem wykwalifikowany, musiałem się jeszcze nauczyć, jak być _prawdziwym_ lekarzem.

*

Żadna dawka wiedzy teoretycznej nie jest w stanie przygotować człowieka na to, co czeka go za drzwiami college’u. Kiedyś po uzyskaniu dyplomu trzeba było odbębnić cały rok medycyny i chirurgii ogólnej (czyli wszystkiego po trochu), zanim można było w ogóle zacząć przebąkiwać o specjalizacji. Innymi słowy, wypuszczano cię w szeroki świat. I znów, jak przedtem, przedłożyłem Ealing Hospital nad wspaniałe, egzotyczne zakątki dalekiego świata. Jak wszyscy nowicjusze sądziłem, że zjadłem wszystkie rozumy. I tak jak wszystkim nowicjuszom, wkrótce pokazano mi moje miejsce. Nie wiedziałem nic.

Spędziłem sześć miesięcy na chirurgii, a drugie pół roku na medycynie ogólnej. Wtedy właśnie człowiek uczy się, jak być lekarzem, czasem w dość zawrotnym tempie. Podczas mojej pierwszego dyżuru pod telefonem poproszono mnie o wypisanie paracetamolu. Akurat obok mnie, w szafce z lekami, leżało opakowanie tego leku, więc urwałem z listka kilka tabletek i wręczyłem je pacjentowi.

– Co ty robisz, chłopcze? – spytała przełożona pielęgniarek. – Nie można tak po prostu wydawać leków. Trzeba je przepisać.

– W porządku – odparłem i grzecznie wpisałem „dwa paracetamole”. – Proszę, zrobione.

Kobieta wywróciła oczami i roześmiała się.

– Nie możesz napisać „dwie tabletki” i już. Musisz zapisać: jeden gram.

– Serio? Sześć lat nauki i nikt mi o tym nie powiedział?

– Właśnie dlatego tutaj jesteś.

Odmierzanie dawki leków to tylko początek. Podręczniki nie wspominają o oceanie swoistych reakcji na różne czynniki (idiosynkrazji) i oczywiście jedynym sposobem na poznanie ich jest doświadczenie praktyczne. Przebadałem setki pacjentów, pobrałem tysiące próbek krwi, wysłuchałem niezliczonych uderzeń serca. Zdumiewało mnie, że tyle osób należących wszak do tego samego gatunku posiada tak różne organizmy. W szkole medycznej wszystkie manekiny szkoleniowe wyglądały tak samo. Cóż, tak czy owak, wszystko to było częścią nauki.

Brak czasu i zasobów w państwowej służbie zdrowia oznacza, że nie ma w niej miejsca dla opieszałych diagnostyków. Ludzie byli wprawdzie bardzo mili, ale nikt specjalnie nie miał ochoty ciągnąć za sobą „nowego”. Dawali to wyraźnie do zrozumienia – i czemu nie? Sami kiedyś musieli bardzo szybko dobić do wymaganego poziomu, więc dlaczego ja miałbym oczekiwać ułatwień?

Trzeba było szybko się uczyć. Po prostu nie było czasu na nic innego. Wszystko pokazywano mi, praktycznie rzecz biorąc, tylko raz. Jeśli nie zapamiętałem procedury, nie śmiałem pytać ponownie. Cała ta subkultura została dość dosadnie podsumowana przez jednego z lekarzy: „Zobacz, zrób i nauczaj”⁶. Owa zasada działała, kiedy człowiek musiał wypisywać recepty. Kiedy jednak zaczęło się sześć miesięcy chirurgii, czynnik ryzyka nagle nieco się podniósł i słowa przysięgi Hipokratesa raptem nabrały sensu. Pamiętaj, że grzebiesz w czyichś wnętrznościach. To nie lego czy inne klocki. Jeśli już, to raczej jenga. Jedno omsknięcie i można wszystko zrujnować. Chirurdzy nie są magikami. Jak to powiedział jeden z nich: „My nie bawimy się w cuda. Jeśli masz wątpliwości, lepiej nie rób nic”.

_Po pierwsze, nie szkodzić._

*

Każdy świeżo opierzony doktor musi zaliczyć minimum rok stażu. Bez względu na to, czy chce się zostać lekarzem pierwszego kontaktu, ginekologiem, czy przyszłością onkologii, wszystko zaczyna się od tego zimnego prysznica. Teraz staż rozciąga się na okres ponad dwóch lat, chociaż moim zdaniem nawet dwukrotnie dłuższe szkolenie nie zdołałoby odpowiednio przygotować człowieka na zetknięcie z otaczającym nas prawdziwym światem.

Staż na chirurgii jedynie potwierdził moją decyzję o skoncentrowaniu się na neurochirurgii, ale nadal miałem przed sobą jeszcze dwa lata biegu z przeszkodami, zanim w ogóle mogłem zacząć specjalizację. Wreszcie po awansie na SHO⁷, czyli starszego stażystę, w wybranym przeze mnie szpitalu (zdecydowałem się na Kingston w Surrey), od „doktora Jaya” zaczęto oczekiwać zajmowania się absolutnie wszystkim.

Na początek wylądowałem na stażu na SOR-ze. Jeżeli sądziłem, że wydawanie środków przeciwbólowych było trudne, praca tutaj okazała się zupełnie innego rodzaju gehenną. Jeżeli kiedykolwiek byliście na ostrym dyżurze i wydało się wam, że zajmujący się wami lekarz wygląda na nieco przerażonego, to mieliście absolutną rację. Daję słowo, często nie miałem zielonego pojęcia, co robię. Gdybyście w ramach egzaminu postawili mnie przed pozornie przypadkową listą rzadkich objawów, rozprawiłbym się z tym na szóstkę:

– Pacjent wykazuje anormalne zachowanie, a mocz oraz wosk w uszach wydzielają słodki zapach? To musi być zaburzenie metaboliczne znane jako ketoaciduria aminokwasów rozgałęzionych. Myślę, panie profesorze, że nasz pacjent cierpi na chorobę syropu klonowego (tak przy okazji, to prawdziwa choroba).

Jednak spoglądając w oczy prawdziwego, żywego pacjenta w niedzielę o pierwszej nad ranem i usiłując zrozumieć, co się dzieje, na podstawie chaotycznych sugestii „ofiary”, która dokonała samodiagnozy, presja była zupełnie innego rodzaju. Tak wiele zmiennych, tyle fałszywych tropów. Dzięki Bogu za pielęgniarzy i pielęgniarki. Ci ludzie ratowali mi tyłek niezliczoną ilość razy i są kręgosłupem oddziału. Doświadczony pielęgniarz z ostrego dyżuru jest wart więcej niż sen – a było to coś, czego potwornie wręcz mi brakowało.

SOR to prawdziwy front wojenny medycyny. Przez cały czas człowiek gasi pożary. To naprawdę bardzo ważna część całego systemu, ale nie tutaj chciałem być. Podobne odczucia miałem wobec chirurgii ogólnej i ortopedycznej, nawet po sześciu miesiącach stażu na tych oddziałach. _Nie_, myślałem. _Czeka mnie przyszłość na neurochirurgii. Chcę zostać panem chirurgiem_.

_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_

4 Rzeczywiście, wbrew powszechnej opinii autorem przysięgi lekarskiej byli uczniowie Hipokratesa z kręgu pitagorejczyków, samą zaś formułę zasad etycznych zawodu lekarza przypisuje się Imhotepowi. Obecnie obowiązuje przysięga deklaracji genewskiej lub dokumenty na niej oparte.

5 W dziewiętnastowiecznej teorii frenologicznej kora mózgowa podzielona była na odrębne ośrodki, z których każdy stanowił anatomiczne podstawy zjawisk psychicznych, jak talent itp.

6 Ang. _See one, do one, teach one_ – metoda dydaktyczna w chirurgii klasycznej sformułowana przez W.S. Halsteda w XIX wieku.

7 Ang. _senior house officer_.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij