Neverminder - ebook
To nie jest książka o miłości. To książka o tym, co ludzie nazywają miłością, kiedy boją się zobaczyć prawdę. O przestrzeniach pomiędzy „ja” a „ty”, gdzie rodzi się bliskość — i gdzie najczęściej zostaje zniszczona. O granicach, które miały chronić, a stały się klatką. O słowach, które brzmiały jak troska, a były tylko elegancką formą kontroli.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-950-3 |
| Rozmiar pliku: | 1,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Zanim było wszystko jakim się wydaje nie istniał nawet cień iluzji. Nazw nie dzielono na własne i obce, bo nawet i one same nie istniały. Jedno słońce i jedna ciemność występowały jednocześnie i w nikim nie wzbudzało to zdziwienia, bo i ani samo zdziwienie nie istniało, ani też nikt. A jednocześnie wszędzie istniało wszystko i formowało się w dowolne kształty i nieodgadnione materie i wszechświaty, wedle własnego widzimisię, kaprysu i uznania. Operując właściwymi tylko dla siebie emocjami, które nie były nawet archetypem tego, co współczesność emocją nazywa, przemieszczały się z prędkością nieznaną nawet dźwiękom między rozmaitymi byciami i niebyciami. A przybierane przez nie energetyczne postaciokształty wprawiały cząstki energii zawsze w niewysłowioną radość…
…aż do chwili, w której radość po raz pierwszy przestała być pewna. Nie stało się to nagle, nie było trzasku ani rozdarcia. Po prostu pewna cząstka — a może całe stado cząstek, które umiały udawać pojedynczość — zatrzymała się na ułamku ułamka czasu i popełniła rzecz niewybaczalną: zauważyła. Zauważyła różnicę między ruchem a bezruchem. Między istnieniem a podobieństwem istnienia. Między światłem, które jest, a światłem, które tylko gra. To „zauważenie” nie miało jeszcze słowa, ale miało kształt — cienki jak włos w gardle, drażniący, nie do przełknięcia. I od tego włosa zaczęło się drapanie, od drapania — rana, a od rany — granica.
Granica była nową zachcianką wszechrzeczy: kreską bez przyczyny. A jednak, gdy się pojawiła, wszystko, co dotąd tańczyło w nieskończonej swobodzie, zaczęło się o nią ocierać, jakby pragnęło bólu, który dopiero miał zostać nazwany. Granica nie oddzielała jeszcze niczego, ale obiecywała oddzielenie — i ta obietnica była słodka w sposób okrutny. Nagle można było być _tu_, skoro dało się wyobrazić _tam_. Nagle można było być _mną_, skoro zakiełkowało _nie-ja_. Wtedy w tej pierwotnej jedności powstało coś, co brzmiałoby dziś jak bluźnierstwo: pamięć. Pamięć o tym, co wcale się nie wydarzyło, a jednak zostawiło ślad. Pamięć była pierwszym grobem. Nie z kości i ziemi, lecz z powtarzalności. Z czymś takim wszechświaty jeszcze nie umiały żyć. I dlatego zaczęły umierać, zanim powstało życie. Śmierć w tamtym czasie nie była końcem. Była zgęstnieniem. Była zaciśnięciem dłoni na własnej energii tak mocno, że stawała się ciężka. Ciężar był nowy, lepki, wstydliwy — jak łza, której nikt nie potrafi wytłumaczyć, bo nie zna jeszcze pojęcia smutku. W tej lepkości rodziły się pierwsze formy, które nie umiały już swobodnie się rozpadać. Nosiły w sobie upór. Nosiły w sobie _ciąg dalszy_. Tak powstał Pierwszy Kształt — nie ciało, nie duch, lecz zapis. Zapis w materii, która nie była materią, zapis w drżeniu, które nie było drżeniem. Nie było też dłoni, która by pisała. A jednak zapisywało się coś uparcie, jakby sama rzeczywistość zaczęła prowadzić dziennik ze swojego upadku. I wtedy pojawiło się pytanie. Pierwsze prawdziwe pytanie, które nie było ciekawością, tylko przemocą: Czy można cofnąć granicę?
Od tej chwili wszechświaty przestały być beztroskim widzimisię. Stały się próbą. Eksperymentem. Laboratorium bez ścian. Każdy kształt, który się rodził, był odpowiedzią nieudolną i rozpaczliwą — a każda odpowiedź zostawiała bliznę, która chciała się nazywać prawem. Jedne światy próbowały zapomnieć, jakby zapomnienie mogło rozpuścić włos w gardle. Inne — mnożyły granice, wierząc, że z wielu kresów zrobią mur, a mur zastąpi sens. Jeszcze inne zaczęły wskrzeszać to, co dopiero co zgęstniało w ciężar, i z zachwytem odkryły, że można zmuszać coś do powrotu. Tyle że powrót nigdy nie był tym samym, co odejście. Powrót miał w sobie cień różnicy, drżący jak płomień w przeciągu. Właśnie z tej różnicy — z tego drobnego, nieusuwalnego błędu — narodziła się najstarsza istota w dziejach: Wskrzesiciel. Nie miał twarzy, ale miał intencję. Nie miał imienia, ale miał głód. Był pierwszym, który zrozumiał, że granicy nie da się cofnąć. Da się ją tylko… oszukać. I dlatego zaczął pisać. Nie piórem. Nie krwią. Nie słowem. Pisał w tych miejscach, gdzie radość nagle przestawała być pewna. Pisał w szczelinach pomiędzy „jest” a „było”. Pisał w każdym drżeniu, które pragnęło wrócić do stanu sprzed drżenia. A kiedy skończył pierwszą linijkę, wszechrzeczy zamilkły po raz pierwszy. Bo w tej linijce było coś nowego. Był w niej rozkaz.
Wstań.
I energia, która dotąd znała wyłącznie taniec, po raz pierwszy nauczyła się posłuszeństwa. A wraz z posłuszeństwem przyszło to, co późniejsze epoki będą nazywać grzechem — choć to słowo nigdy nie udźwignie jego wagi: ktoś postanowił, że nie pozwoli niczemu naprawdę odejść. I tak, w ciszy sprzed ciszy, rozpoczęła się historia snuta przez Nevermindera — myśl przed myślą i słowo przed słowem. Nie jako opowieść. Jako instrukcja. Jako rytuał. Jako pętla. A każdy, kto kiedykolwiek później zadrży na myśl o powrocie z martwych, jest tylko echem tej pierwszej linijki, która wciąż się dopisuje sama — głębiej, ciemniej, coraz bardziej nieodwołalnie.
Dźwięk, którego nie słyszał nawet wiatr…
Zanim pojawiły się imiona, była tylko różnica — cienka jak pęknięcie na szkle, którego nikt nie stłukł. Nie miała jeszcze kształtu „przed” i „po”, bo czas dopiero uczył się prostować. Nie miała też formy „ja” i „ty”, bo oddzielenie było nową chorobą wszechrzeczy. W tej różnicy narodził się dźwięk. Nie brzmiał jak nuta. Był raczej drgnięciem intencji, która nie umiała znaleźć ujścia. Próbą powiedzenia czegoś tam, gdzie nie istniały usta. Dźwięk był tak delikatny, że nawet wiatr go nie słyszał — bo wiatr słyszy tylko to, co daje się ponieść. A ten dźwięk nie chciał być niesiony. Chciał być _zauważony_.
Pierwsza, która go usłyszała, była cząstką, która nie umiała jeszcze nazywać siebie cząstką. Dryfowała w morzu energii jak oddech we śnie: bez świadomego początku, bez końca, bez powodu. Inne byty przecinały ją na wylot, przenikały, mieszały się z nią i rozpadały — wszystko było wszystkim, wszystko było wszędzie. A jednak ona pewnego razu — i to „pewnego razu” jest pierwszą zdradą narracji, ale inaczej się nie da — zatrzymała się. Zatrzymanie nie było ruchem. Było _odmową ruchu_