Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Nexus: Kraków - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
8 stycznia 2026
19,98
1998 pkt
punktów Virtualo

Nexus: Kraków - ebook

W piątek o 17:23 Kraków umiera: elektronika gaśnie, ulice zamieniają się w teren łowiecki, a w polu widzenia Adriana Nowickiego wypalają się złote komunikaty Nexusa. Od tej chwili przetrwanie to nie kwestia odwagi—tylko poprawnych obliczeń. Jeden błąd i ktoś zginie na zawsze. Jeśli lubisz LitRPG osadzone w prawdziwym świecie, twardy survival, taktyczne walki, wyraźną progresję i konflikt frakcji z moralną stawką – „Nexus: Kraków” wciągnie cię od pierwszego komunikatu i nie wypuści aż do finału. Wejdź do Krakowa po Dniu Zero. Odczytaj komunikaty. Podejmij decyzję – zanim podejmie ją System.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788384330326
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

DZIEŃ ZERO

Wypełniony wiersz w Excelu mrugnął do mnie złośliwie, jakby wiedział, że spędziłem nad nim ostatnie czterdzieści minut, a i tak wynik się nie zgadzał. Komórka A142 krzyczała błędem formuły, a ja czułem, jak w kącikach moich oczu zbiera się piasek zmęczenia.

Statystycznie rzecz biorąc, spędzamy jedną trzecią życia w pracy, której nienawidzimy, by kupować rzeczy, których nie potrzebujemy. Taka była współczesna mantra. Siedziałem w klimatyzowanym akwarium biurowca przy ulicy Mogilskiej, otoczony szumem wentylatorów i stukotem klawiatur, który przypominał deszcz padający na blaszany dach. Moje biurko, standardowy kawałek płyty wiórowej w kolorze jasnego buku, było zawalone wydrukami, których nikt nigdy nie przeczyta.

Przesunąłem palcem po gładkiej powierzchni myszki, zmuszając kursor do powrotu na właściwe tory. Moje palce drgały lekko, wystukując na blacie rytm, którego nikt inny nie słyszał. To był mój nerwowy tik. Gdy rzeczywistość stawała się zbyt nudna, mój mózg szukał wzorców, nawet tam, gdzie ich nie było.

Spojrzałem przez wielką, panoramiczną szybę na rondo. Było szare, listopadowe popołudnie. Tramwaje linii 4 i 52 sunęły po szynach jak ospałe, metalowe gąsienice, wioząc ludzi zmęczonych życiem do domów, gdzie czekały na nich kolejne obowiązki. Samochody stały w korkach, tworząc rzekę czerwonych świateł stopu. Wszystko było przewidywalne. Wszystko było policzalne. Mógłbym z dużą dozą prawdopodobieństwa określić, ile osób w tym momencie patrzy w telefony, a ile dłubie w nosie, myśląc, że nikt nie widzi.

Poprawiłem okulary środkowym palcem, czując chłód oprawki na nasadzie nosa. Moje odbicie w monitorze było blade, niemal przezroczyste. Ciemne włosy sterczały w nieładzie, jakby toczyły własną wojnę z grawitacją, a cienie pod oczami były jedynym dowodem na to, że w ogóle żyję, a nie jestem tylko elementem biurowego wyposażenia.

— Adrian, masz ten raport o retencji klientów? — Głos dobiegł zza ścianki działowej. To był Marek, team leader, człowiek, którego zasób słownictwa składał się w połowie z korporacyjnej nowomowy, a w połowie z narzekań na pogodę.

— Optymalnie byłoby, gdybyś dał mi jeszcze dziesięć minut — odpowiedziałem, nie odrywając wzroku od ekranu. — Mam drobną anomalię w danych z trzeciego kwartału.

— ASAP, stary. ASAP. Centrala ciśnie.

Westchnąłem. Centrala zawsze cisnęła. To była jedyna stała we wszechświecie. Wróciłem do tabelek, próbując znaleźć błąd. Cyfry tańczyły mi przed oczami. 4, 8, 15, 16... Nie, to nie te liczby. Skupiłem się. Wzór musiał tam być. Zawsze jest jakiś wzór. Chaos to tylko brak wystarczającej ilości danych.

Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, monitory zgasły.

Nie było to zwykłe wygaszenie ekranu. To było nagłe, brutalne odcięcie zasilania, któremu towarzyszył cichy, elektryczny syk, jakby uciekająca dusza maszyny. W ułamku sekundy open space pogrążył się w półmroku. Szum klimatyzacji ustał, zastąpiony przez dzwoniącą w uszach ciszę. To była cisza tak gęsta, że można by ją kroić nożem.

Podniosłem głowę. Wszyscy wokół zastygli. Marek stał z kubkiem kawy w połowie drogi do ust. Kaśka z HR-u przestała malować paznokcie. Przez chwilę nikt się nie ruszał, jakbyśmy wszyscy czekali na restart systemu.

— Co jest? — rzucił ktoś z głębi sali. — Znowu korki wywaliło?

Wstałem powoli. Czułem dziwny niepokój, mrowienie na karku, które nie miało nic wspólnego z brakiem prądu. Podszedłem do okna. Moje odbicie zniknęło, bo za szybą nie było już szarego, listopadowego Krakowa.

Miasto umarło.

Latarnie uliczne, światła samochodów, neony sklepów, podświetlane reklamy — wszystko zgasło w jednej chwili. Rondo Mogilskie, zazwyczaj tętniące życiem serce komunikacyjne tej części miasta, stało się czarną dziurą. Nawet sygnalizacja świetlna była martwa. Tramwaje zatrzymały się w połowie skrzyżowania, jak porzucone zabawki.

Ale to nie ciemność mnie przeraziła. To było niebo.

Chmury, które jeszcze przed chwilą były jednolitą, ołowianą masą, teraz rozstępowały się, rozdzierane przez coś, co wyglądało jak złote blizny. Wstęgi czystego światła przecinały nieboskłon, pulsując rytmicznie, jak żyły jakiegoś tytanicznego organizmu. Nie wydawały dźwięku, ale czułem ich obecność w zębach, w kościach. Wibracja, która szła nie od uszu, ale od samej ziemi.

— Widzicie to? — zapytałem cicho, ale mój głos brzmiał w tej ciszy jak krzyk.

Ludzie zaczęli podchodzić do okien. Słychać było szuranie krzeseł i nerwowe szepty. Wyciągnąłem telefon z kieszeni. Czarny ekran. Wcisnąłem przycisk zasilania. Nic. Martwy. Spojrzałem na smartwatcha. To samo. Ciemna tafla szkła.

— Mój telefon nie działa — powiedziała Kaśka drżącym głosem. — U was też?

— Padła sieć? — zapytał Marek, waląc palcem w swój smartfon. — Kurwa, mam calla za pięć minut.

Spojrzałem na niego z niedowierzaniem. Niebo pękało, miasto pogrążyło się w mroku, a on martwił się o telekonferencję. Ludzka zdolność do ignorowania rzeczywistości była fascynująca. I przerażająca.

— To nie jest awaria sieci, Marek — powiedziałem, czując suchość w gardle. — To impuls elektromagnetyczny. Albo coś gorszego.

Odsunąłem się od okna. Instynkt, ten pierwotny głos, który zazwyczaj zagłuszamy cywilizacyjnym szumem, krzyczał do mnie: *UCIEKAJ*. Nie wiedziałem przed czym, nie wiedziałem dokąd, ale wiedziałem, że to szklane pudełko na czwartym piętrze stanie się wkrótce pułapką.

— Gdzie idziesz? — zapytał ktoś, gdy ruszyłem w stronę wyjścia.

— Schodami. Windy nie działają — rzuciłem przez ramię. — Radzę wam zrobić to samo.

Wyszedłem na korytarz. Było tu jeszcze ciemniej. Awaryjne oświetlenie, które powinno się włączyć, również było martwe. To potwierdzało moją teorię. Cokolwiek uderzyło, usmażyło wszystko, co miało w sobie choćby krzemowy okruch. Szedłem po omacku, trzymając się ściany. Zapach ozonu był tu silniejszy, gryzący w nozdrza jak zapach burzy, ale bardziej metaliczny, sztuczny.

Dotarłem do klatki schodowej. Drzwi ppoż były ciężkie, musiałem naprzeć na nie całym ciałem, żeby ustąpiły. Na schodach panował mrok, rozświetlany jedynie przez słabe światło wpadające przez wąskie okienka na półpiętrach. Złote wstęgi na niebie rzucały na betonowe stopnie dziwne, tańczące cienie.

Zacząłem schodzić. Każdy stopień dudnił pod moimi butami. Nie biegłem, to byłoby nierozsądne. Potknięcie się i skręcenie kostki w tej sytuacji drastycznie obniżyłoby moje szanse na... na co? Na przetrwanie? Nawet nie wiedziałem, co się dzieje, a już kalkulowałem szanse przeżycia. Może to te gry. Może lata spędzone na analizowaniu systemów RPG sprawiły, że mój mózg automatycznie przeszedł w tryb awaryjny.

Na drugim piętrze minąłem kogoś, kto siedział na schodach i płakał. Kobieta w garsonce, twarz ukryta w dłoniach. Nie zatrzymałem się. To było okrutne, wiedziałem o tym, ale w mojej głowie pojawiła się nowa zmienna: czas. Nie wiedziałem, ile go mam, ale czułem, że ucieka.

Wyszedłem z budynku tylnym wyjściem. Chłodne, listopadowe powietrze uderzyło mnie w twarz, niosąc ze sobą zapach spalin i... czegoś jeszcze. Spalenizny? Nie, to było coś słodkawego, mdłego. Jak psujące się mięso.

Ulica Cystersów była zablokowana. Samochody stały jeden przy drugim, kierowcy wysiadali, gestykulowali, krzyczeli na siebie. Panował chaos, ale taki ludzki, zrozumiały. Ktoś trąbił, choć klakson nie działał, ktoś inny kopał w oponę.

Ruszyłem chodnikiem, mijając zdezorientowanych ludzi. Musiałem się napić. Zaschło mi w gardle tak bardzo, że język przyklejał mi się do podniebienia. Adrenalina robiła swoje. Żabka. Była tuż obok, na rogu.

Wszedłem do środka. Dzwonek nad drzwiami nie zadziałał, bo był elektroniczny. Wewnątrz panował półmrok. Kilka osób kręciło się między regałami, świecąc sobie zapalniczkami. Sprzedawca, młody chłopak z kolczykiem w brwi, stał za ladą i nerwowo stukał w terminal płatniczy, który oczywiście był martwy.

— Tylko gotówka! — krzyknął, choć jego głos łamał się ze strachu. — Terminal nie działa!

Złapałem butelkę wody mineralnej z półki. Była ciepła. Lodówki też padły. Podszedłem do kasy, grzebiąc w kieszeni w poszukiwaniu drobnych. Znalazłem pięciozłotówkę. Położyłem ją na ladzie.

— Reszty nie trzeba — mruknąłem.

Chłopak spojrzał na mnie, a potem jego wzrok powędrował gdzieś ponad moim ramieniem, w stronę witryny. Jego oczy rozszerzyły się, źrenice stały się wielkie jak spodki.

Odwróciłem się.

Niebo za szybą eksplodowało.

To nie był wybuch w sensie fizycznym. To było rozdarcie samej tkanki rzeczywistości. Złote wstęgi, które wcześniej tylko pulsowały, teraz rozbłysły oślepiającym światłem. Przez ułamek sekundy widziałem wszystko w negatywie — cienie stały się białe, światło czarne. Dźwięk zniknął całkowicie, jakby ktoś nacisnął przycisk "mute" na pilocie wszechświata.

A potem pojawił się tekst.

Nie na szybie, nie na ścianie. Pojawił się bezpośrednio w moim polu widzenia, zawieszony w powietrzu, jarzący się błękitnym neonem. Litery były kanciaste, bezszeryfowe, idealnie czytelne.

****

****

****

Zamrugałem. Tekst nie znikał. Przesuwał się wraz z moim wzrokiem. Halucynacja? Zbiorowa psychoza? Spojrzałem na innych klientów. Wszyscy patrzyli w pustkę przed sobą, niektórzy machali rękami, jakby chcieli odgonić niewidzialne muchy. Widzieli to. Wszyscy to widzieli.

Odwróciłem się z powrotem do sprzedawcy.

— Też to widzisz? — zapytałem.

Chłopak nie odpowiedział. Stał sztywno, z rękami opartymi o ladę. Jego głowa była nienaturalnie przechylona w bok, pod kątem, który powinien złamać kręgosłup. Z jego gardła wydobył się dźwięk. Nie był to krzyk, nie był to jęk. To brzmiało jak pękające szkło, jak zgrzyt metalu o metal.

— Ee... ghh... khrrr... — charczał.

Cofnąłem się o krok. Coś było bardzo nie tak. Skóra na jego twarzy zaczęła falować, jakby pod spodem przemieszczały się robaki. Żyły na jego skroniach napęczniały, stając się czarne, grube jak postronki.

— Stary? — rzuciłem niepewnie.

Nagle jego palce zacisnęły się na blacie. Usłyszałem trzask łamanego plastiku. Paznokcie chłopaka wydłużyły się w mgnieniu oka, przebijając niebieskie, gumowe rękawiczki. Stały się szarymi, zakrzywionymi szponami. Jego szczęka opadła, ukazując zęby, które rosły, ostrzyły się, zamieniając się w kły drapieżnika.

****

****

Komunikat mignął mi przed oczami na czerwono. Mój mózg, wytrenowany na setkach godzin w grach MMO, zarejestrował informację szybciej, niż zdążyłem ją świadomie przetworzyć. Wróg. Poziom 1. Zainfekowany.

To się działo naprawdę.

Sprzedawca — czy raczej to, co z niego zostało — wydał z siebie kolejny, tym razem głośny, wibrujący ryk i skoczył na ladę. Chipsy i batony poleciały we wszystkie strony. Klienci zaczęli wrzeszczeć. Wybuchła panika. Ludzie rzucili się do drzwi, tratując się nawzajem.

Stałem jak wryty. Paraliż decyzyjny. Moja największa wada. W sytuacjach stresowych, gdy brakowało danych, zamierałem. Mój umysł gorączkowo szukał rozwiązania, ale ciało odmawiało posłuszeństwa. Bestia była na ladzie, kucała, gotowa do skoku. Jej oczy, teraz całkowicie czarne, bez białek, wpatrywały się we mnie. Ślina kapała z pyska na podłogę, dymiąc lekko przy kontakcie z linoleum.

Szukałem broni. Czegokolwiek. Butelka wody? Za lekka. Stojak z gumami? Bezużyteczny. Mój wzrok padł na ladę, tuż obok kasy. Leżał tam nóż do kartonów. Zwykły, żółty nożyk z wysuwanym ostrzem, którego sprzedawca używał pewnie minutę temu do otwierania zgrzewek z napojami.

Mój mózg wysłał impuls. *BIERZ.*

Rzuciłem się do przodu. Moja dłoń zacisnęła się na plastikowej rękojeści. W momencie, gdy moje palce dotknęły narzędzia, poczułem coś dziwnego. Jakby prąd przeszedł przez moje ramię, ale nie był to ból. To było ciepło. Mrowienie, które rozlało się od dłoni aż po bark. Było to przyjemne, uzależniające uczucie mocy.

****

****

****

Informacja przepłynęła przez moją świadomość jak wspomnienie, którego nigdy nie miałem. Wiedziałem, jak trzymać ten nóż. Wiedziałem, że nie należy go ściskać kurczowo, ale pozwolić mu być przedłużeniem ręki. Wiedziałem, gdzie celować.

Zainfekowany skoczył.

To nie był ludzki skok. To była sprężyna zwolniona z ogromną siłą. Bestia leciała prosto na mnie, z wyciągniętymi szponami, celując w gardło.

Czas zwolnił. Nie, to nie czas. To moja percepcja. Widziałem każdą kroplę śliny wylatującą z pyska potwora. Widziałem brud pod jego paznokciami. Widziałem pulsującą żyłę na jego szyi.

Zrobiłem unik. Nie myślałem o tym. Moje ciało po prostu to zrobiło. Przesunąłem się w lewo, obracając biodra. Czułem podmuch zimnego, zgniłego powietrza, gdy bestia przeleciała centymetry od mojej twarzy. Jej szpony rozcięły powietrze tam, gdzie przed chwilą była moja głowa.

Wylądowała na regale z alkoholem za moimi plecami. Butelki wódki i whisky roztrzaskały się z hukiem, zalewając podłogę śmierdzącą cieczą. Potwór poślizgnął się na szkle i alkoholu, próbując odzyskać równowagę.

To była moja szansa. Jedyna.

"Statystycznie rzecz biorąc, w walce wręcz z przeciwnikiem o przeważającej sile i zasięgu, jedyną szansą jest atak w punkty witalne" — pomyślałem chłodno.

Doskoczyłem do niego. Wysunąłem ostrze noża kciukiem. Klik, klik, klik. Maksymalna długość. Bestia próbowała się podnieść, rycząc wściekle. Zamachnąłem się. Nie na oślep. Celowałem w szyję, tam gdzie widziałem tę pulsującą, czarną żyłę.

Ostrze weszło gładko, zaskakująco łatwo, jak w masło. Ciepła, lepka ciecz trysnęła mi na rękę. Czarna krew. Bestia zacharczała, jej łapy zaczęły drapać powietrze, próbując mnie dosięgnąć, ale byłem już poza zasięgiem. Odskoczyłem, dysząc ciężko.

Potwór drgnął jeszcze kilka razy, wydając bulgoczące dźwięki, a potem znieruchomiał. Nad jego ciałem pojawił się szary napis:

****

****

Stałem tam, w oparach taniej wódki i krwi, ściskając w dłoni nożyk do tapet za pięć złotych. Serce waliło mi jak młot pneumatyczny. Zabiłem. Zabiłem człowieka. Nie, poprawiłem się w myślach. Zabiłem potwora. System to potwierdził. To był "Zainfekowany".

Spojrzałem na swoje ręce. Drżały. Ale nie ze strachu. Z ekscytacji. To było chore, ale czułem się... żywy. Bardziej żywy niż przez ostatnie pięć lat siedzenia za biurkiem.

Klienci uciekli. Byłem sam w sklepie. Musiałem się ruszyć. Zapach krwi mógł przyciągnąć inne... rzeczy. Złapałem zgrzewkę wody mineralnej — tym razem nie dbając o płacenie — i wepchnąłem ją pod pachę. Zabrałem też kilka batonów proteinowych, wrzucając je do kieszeni marynarki. Survival. Podstawy. Woda i kalorie.

Wyszedłem ze sklepu, przeciskając się przez zablokowane drzwi. Na zewnątrz panował mrok, rozświetlany jedynie przez łunę pożarów i te cholerne złote wstęgi na niebie.

Rondo Mogilskie wyglądało jak pobojowisko. Jakby ktoś wziął makietę miasta i wstrząsnął nią z całej siły. Samochody były powbijane w siebie, tworząc groteskowe rzeźby z metalu i szkła. Autobus miejski przebił barierki i zawisł nad dolnym poziomem ronda, kołysząc się niebezpiecznie. Z maski jakiegoś SUV-a buchał błękitny płomień, rzucając upiorne cienie na betonowe filary estakady.

Powietrze było gęste od dymu. Gryzło w gardło, szczypało w oczy. Słyszałem krzyki. Dalekie, stłumione, ale pełne przerażenia. I wycie alarmów samochodowych, które jakimś cudem w niektórych autach się włączyły, zasilane z niezależnych akumulatorów, tworząc kakofonię rozpaczy.

Przeskoczyłem przez barierkę oddzielającą chodnik od torowiska. Moje ruchy były płynne, lekkie. Czułem się, jakbym ważył o połowę mniej. Czy to adrenalina, czy system już zaczął modyfikować moje ciało? Spojrzałem na interfejs. W rogu pola widzenia widniał pasek: ****. Byłem w połowie drogi do poziomu drugiego.

Szedłem wzdłuż torów tramwajowych, kierując się w stronę domu. Mieszkałem niedaleko, przy Cystersów, zaledwie kilkaset metrów stąd. Musiałem się tam dostać. Zamknąć drzwi. Pomyśleć. Przeanalizować dane.

Nagle zatrzymałem się.

Z dołu, z czeluści tunelu tramwajowego pod rondem, dobiegł dźwięk.

To nie był krzyk człowieka. To nie był warkot silnika. To był niski, gardłowy ryk, który rezonował w mojej klatce piersiowej. Dźwięk, który sprawił, że włosy na karku stanęły mi dęba, a instynkt samozachowawczy zaczął wyć syreną alarmową. Brzmiało to jak tarcie kamieni o siebie, jak głos wydobywający się z głębi ziemi.

Spojrzałem w czerń tunelu. Coś tam było. Coś dużego. Wyczuwałem to. Nie widziałem, ale czułem presję, ciężar spojrzenia, które spoczywało na mnie z ciemności.

****

****

Wycofałem się powoli, nie odwracając pleców do tunelu. Krok za krokiem, starając się nie robić hałasu. Buty chrzęściły na rozbitym szkle. Każdy dźwięk wydawał mi się głośny jak wystrzał armatni.

Gdy tylko znalazłem się za filarem estakady, odwróciłem się i ruszyłem biegiem. Nie sprintem, żeby się nie zmęczyć od razu, ale szybkim, miarowym truchtem. Biegłem wzdłuż ulicy Cystersów. Latarnie były martwymi kikutami, a budynki po obu stronach ulicy wyglądały jak ciemne monolity. W oknach nie paliły się światła. Tylko gdzieniegdzie widać było blask świec lub latarek.

Trzymałem się cienia. Mój umysł pracował na najwyższych obrotach. Analiza otoczenia. Skanowanie zagrożeń.

Przede mną, przy wejściu do jednej z klatek, ktoś siedział. Postać była skulona, owinięta w koc. Zwolniłem. System milczał. Brak czerwonego obramowania. Brak ostrzeżenia. Czyli człowiek. Nie zainfekowany.

Minąłem go szerokim łukiem. Mężczyzna podniósł głowę. Miał puste, przerażone oczy.

— One tu są... — szepnął. — One wyszły z cienia...

Nie odpowiedziałem. Nie miałem czasu na filozoficzne dysputy z wariatami. Moim celem był mój blok. Moje mieszkanie. Moja twierdza.

Przyspieszyłem. Płuca zaczynały mnie palić. Zimne powietrze, przesycone pyłem, drapało gardło. W prawej dłoni wciąż ściskałem nóż. Plastik wrzynał mi się w skórę, ale to był dobry ból. Ból, który przypominał, że mam narzędzie. Że nie jestem bezbronny.

Usłyszałem to za sobą.

Tupot. Szybki, rytmiczny stukot o asfalt. Zbyt szybki na człowieka. Zbyt wiele stóp. Jakby biegł za mną gigantyczny owad.

Nie odwracałem się. To by mnie spowolniło. Zacisnąłem zęby i zmusiłem nogi do większego wysiłku. Brama mojego bloku była już blisko. Pięćdziesiąt metrów. Czterdzieści.

Dźwięk się zbliżał. *Tik-tak-tik-tak-tik-tak*. Pazury na betonie.

Trzydzieści metrów.

Czułem na plecach oddech pościgu. Wyobraźnia podsuwała mi obrazy potworów z najgorszych koszmarów, ale odpychałem je. Skupienie. Cel. Brama.

Wpadłem w prześwit bramy, poślizgnąłem się na czymś mokrym, ale utrzymałem równowagę. Dopadłem do ciężkich, metalowych drzwi wejściowych. Kod nie zadziała, domofon martwy. Ale drzwi były uchylone! Ktoś zablokował je cegłą. Błogosławiony niech będzie ten sąsiad, który zawsze zapominał klucza.

Wskoczyłem do środka, kopnąłem cegłę i z całej siły pchnąłem drzwi. Zatrzasnęły się z głośnym hukiem. Przekręciłem zasuwę. Sekundę później coś uderzyło w metal z drugiej strony. Potężne uderzenie, od którego zadrżała cała framuga. Potem drapanie. Wściekłe, szybkie drapanie, jakby ktoś próbował wydrążyć dziurę w stali.

Oparłem się plecami o drzwi i zjechałem na podłogę. Serce waliło mi o żebra jak uwięziony ptak, który chce się wydostać z klatki. Dyszałem ciężko, łapiąc powietrze haustami.

Byłem bezpieczny. Przynajmniej na chwilę.

Spojrzałem na interfejs Nexusa. Godzina 17:42. Świat skończył się niecałą godzinę temu. A ja wciąż żyłem.

Wstałem powoli. Nogi miałem jak z waty. Musiałem wejść na górę, do mieszkania. Trzecie piętro. Tam miałem zapasy. Tam miałem więcej noży. Tam miałem plan.

Zacząłem wchodzić po schodach. Klatka schodowa była pogrążona w mroku. Wyjąłem z kieszeni zapalniczkę — stary nawyk palacza, chociaż rzuciłem pół roku temu — i pstryknąłem. Mały płomień rozświetlił przestrzeń, rzucając chybotliwe cienie na ściany.

Dotarłem do swojego mieszkania. Drzwi były nienaruszone. Otworzyłem je kluczem, weszłem do środka i natychmiast zamknąłem za sobą wszystkie zamki. Górny, dolny, łańcuch.

Byłem u siebie. W znajomym zapachu kurzu i starej kawy. Rzuciłem zgrzewkę wody na podłogę w przedpokoju. Nóż położyłem na szafce na buty, tuż obok kluczy.

Podszedłem do okna w salonie. Wyjrzałem ostrożnie przez żaluzje. Ulica na dole była pusta, ale w cieniach coś się poruszało. Widziałem sylwetki przemykające między samochodami. Szybkie, drapieżne kształty.

Z czeluści tunelu tramwajowego dobiegł kolejny ryk, tym razem znacznie bliższy, a system wyrzucił krwawoczerwony komunikat:

****

Zamknąłem drzwi klatki, ale wiedziałem, że ten dźwięk to dopiero zaproszenie na moją pierwszą, prawdziwą lekcję przetrwania. To coś szło po mnie. A ja miałem tylko nóż do kartonów i głowę pełną statystyk, które właśnie stały się moją jedyną religią.PIWNICZNY SURVIVAL

Statystyka to wredna suka. Nigdy nie bierze jeńców. Jeśli wylądujesz po niewłaściwej stronie krzywej Gaussa, jesteś martwy, zanim w ogóle zdążysz zrozumieć, co cię trafiło.

Zatrzasnąłem za sobą drzwi klatki schodowej i oparłem się o nie plecami. Zimna stal chłodziła rozpaloną skórę przez cienką tkaninę koszuli. Płuca paliły, jakbym nawdychał się dymu, a w uszach wciąż dźwięczał ten nieludzki ryk dochodzący z tunelu pod Rondem Mogilskim. Nie miałem pojęcia, czym był "Łowca Miejski", o którym poinformował mnie system. Wiedziałem tylko jedno: nie zamierzałem zostać jego trofeum.

Przełknąłem ślinę. Smakowała żelazem. W dłoni wciąż ściskałem ten cholerny nóż do tapet, moje jedyne narzędzie w walce o przetrwanie. Plastikowa rękojeść ślizgała się w spoconej dłoni.

Spojrzałem w górę, w czeluść klatki schodowej. Ciemność była tu gęsta, rozbijana jedynie przez wąskie smugi księżycowego światła wpadające przez brudne okna na półpiętrach. Cisza, która tu panowała, była gorsza niż hałas na zewnątrz. To była cisza oczekiwania.

Ruszyłem w górę. Każdy krok na lastryko wydawał się hukiem wystrzału. Starałem się stawiać stopy na palcach, balansując ciężarem ciała tak, jak uczyłem się w grach, ale teoria rzadko pokrywała się z praktyką, gdy nogi odmawiały posłuszeństwa.

Pierwsze piętro. Drzwi do mieszkań były pozamykane. Niektóre miały wizjery zasłonięte, spod innych sączyło się słabe światło świec. Ludzie się bali. I mieli rację.

Na drugim piętrze zatrzymałem się gwałtownie.

Ktoś tam był.

W cieniu, tuż przy wejściu na kolejne schody, kuliła się drobna postać. Siedziała pod ścianą, z kolanami podciągniętymi pod brodę, obejmując coś długiego i szarego. Mój wzrok, wyostrzony adrenaliną, potrzebował chwili, by przetworzyć obraz.

To była Maja. Maja Kowalczyk, moja sąsiadka z naprzeciwka. Pielęgniarka z SOR-u, która zawsze uśmiechała się do mnie w windzie, mimo że wyglądała, jakby nie spała od tygodnia. Teraz nie uśmiechała się. Jej twarz była blada jak ściana, a oczy wielkie, nienaturalnie rozszerzone, wpatrywały się w przestrzeń przed nią z otępieniem.

W dłoniach ściskała plastikową rurę od odkurzacza. Wyglądało to groteskowo. Broń godna końca świata.

Zrobiłem krok w jej stronę. Drgnęła gwałtownie, unosząc rurę jak miecz.

— Ciii... — syknąłem, kładąc palec na ustach. — To ja. Adrian. Z naprzeciwka.

Maja zamrugała. Jej wzrok powoli ogniskował się na mojej twarzy. Rozpoznała mnie, ale napięcie w jej ramionach nie zelżało. Widziałem, jak drży. To nie było zwykłe drżenie z zimna. To była reakcja organizmu na szok. Jej zęby szczękały cicho, rytmicznie.

— Adrian... — szepnęła. Jej głos był suchy, łamiący się. — Oni... tam na dole... widziałeś?

— Widziałem — przerwałem jej szybko. Nie chciałem, żeby wracała do tego myślami. Nie teraz. — Musimy iść do góry. Do mnie. Mam solidne drzwi.

Wyciągnąłem do niej rękę. Wahała się przez ułamek sekundy, patrząc na moją dłoń, jakby to była pułapka. W końcu chwyciła mnie. Jej palce były lodowate. Pociągnąłem ją w górę. Była lekka, niepokojąco lekka.

— Rura — powiedziałem, wskazując na jej "broń". — Weź ją. Może się przydać.

Skinęła głową, chociaż w jej oczach widziałem wątpliwość. Nie dziwiłem się jej. Plastik kontra potwory. Ale w tej nowej rzeczywistości, gdzie logika poszła na spacer i nie wróciła, nawet rura od odkurzacza mogła być różnicą między życiem a śmiercią.

Ruszyliśmy na trzecie piętro. Maja szła tuż za mną, trzymając się kurczowo mojej marynarki. Czułem jej oddech na plecach, szybki i płytki.

Dotarliśmy pod moje drzwi. Wyjąłem klucze, starając się nie robić hałasu. Metal zgrzytnął w zamku. Przekręciłem raz, drugi. Otworzyłem drzwi i wciągnąłem ją do środka, niemal wrzucając w ciemny korytarz.

Wszedłem za nią i natychmiast zamknąłem drzwi. Przekręciłem górny zamek, potem dolny. Zasunąłem łańcuch. Oparłem czoło o zimne drewno, wypuszczając powietrze z płuc.

Byliśmy w środku. Moja kawalerka. Trzydzieści dwa metry kwadratowe bezpieczeństwa.

W środku panował zaduch. Zapach starego kurzu mieszał się z aromatem wczorajszej pizzy, której pudełko wciąż leżało na stoliku. Ale dla mnie był to zapach raju.

— Jesteśmy bezpieczni? — zapytała Maja, stojąc na środku przedpokoju. Wciąż ściskała tę rurę.

Odwróciłem się do niej. W półmroku widziałem, że jej fartuch pielęgniarski jest umazany czymś ciemnym. Krwią.

— Względnie — odpowiedziałem zgodnie z prawdą. — Bardziej niż na klatce. Ale musimy to zabezpieczyć.

Wskazałem na ciężką, dębową komodę stojącą w salonie. Była to pamiątka po babci, mebel, który nienawidziłem wnosić na trzecie piętro, ale teraz błogosławiłem jego masę.

— Pomóż mi — rzuciłem, podchodząc do mebla.

Maja odłożyła rurę i stanęła obok mnie. Chwyciliśmy za krawędź.

— Na trzy — zarządziłem. — Raz, dwa, trzy!

Pchnęliśmy. Komoda ani drgnęła. Była wypełniona po brzegi starymi dokumentami, kablami, których "szkoda wyrzucić", i innym śmieciem.

— Jeszcze raz! — warknąłem, czując, jak mięśnie ramion napinają się do granic możliwości. — Mocniej!

Tym razem mebel przesunął się o kilka centymetrów, wydając z siebie przeraźliwy zgrzyt drewna szorującego o panele podłogowe. W tej ciszy brzmiało to jak krzyk. Zamarliśmy, nasłuchując. Czy coś nas usłyszało? Czy coś idzie po schodach?

Cisza.

— Dalej — szepnąłem.

Pchaliśmy centymetr po centymetrze. Pot spływał mi po plecach, szczypiąc w oczy. Maja dyszała ciężko, jej drobne ciało napinało się z wysiłku. W końcu dopchnęliśmy komodę do samych drzwi, blokując je całkowicie. Teraz, żeby wejść, ktoś musiałby rozwalić nie tylko zamki, ale i przesunąć sto kilo dębu.

Opadłem na podłogę, opierając się plecami o barykadę. Maja usiadła naprzeciwko mnie, podciągając kolana pod brodę.

— Co to jest, Adrian? — zapytała cicho. — Co się stało z ludźmi?

Poprawiłem okulary, które zsunęły mi się na czubek nosa. To był mój odruch. Analiza. Dane.

— System — powiedziałem, patrząc na błękitne powiadomienia, które wciąż wisiały na peryferiach mojego wzroku. — Nexus. Protokół Przebudzenia. Wygląda na to, że nasza rzeczywistość została nadpisana.

Maja patrzyła na mnie, jakbym mówił w obcym języku.

— Nadpisana? — powtórzyła. — Jak w komputerze?

— Dokładnie. — Skinąłem głową. — Widziałaś te napisy? Te okienka?

— Tak... — zawahała się. — Myślałam, że zwariowałam. Że to jakiś udar. Widziałam... widziałam nad pacjentem napis "Zgon". A potem... potem on wstał.

Przełknęła ślinę, a w jej oczach pojawiły się łzy.

— On nie żył, Adrian. Miał zatrzymanie akcji serca. Reanimowaliśmy go pół godziny. A potem pojawił się ten złoty błysk, napis, i on wstał. I zaczął gryźć.

Ukryła twarz w dłoniach. Jej ramiona zaczęły się trząść.

Nie wiedziałem, co zrobić. Empatia nigdy nie była moją mocną stroną. Wolałem liczby, wykresy, twarde dane. Ludzkie emocje były zmienne, nieprzewidywalne. Ale wiedziałem, że nie mogę jej tak zostawić.

Przunąłem się bliżej. Nie dotknąłem jej, to byłoby zbyt wiele, ale byłem obok.

— Maja — powiedziałem stanowczo, ale spokojnie. — To nie był już twój pacjent. System nazwał ich "Zainfekowanymi". To są moby. Przeciwnicy.

Podniosła głowę. Jej twarz była mokra od łez, rozmazany tusz do rzęs tworzył ciemne smugi na policzkach.

— Moby? — zapytała z niedowierzaniem. — To byli ludzie, Adrian! Pan Staszek z parteru... widziałam go na klatce. Miał... miał coś z twarzą.

— Wiem — przerwałem jej. — Ale teraz musimy myśleć o sobie. O przetrwaniu. Masz jakieś obrażenia?

Pokręciła głową.

— Chyba nie. Tylko siniaki. A ty?

Spojrzałem na swoje ramię. Marynarka była rozdarta, a na skórze widniało długie, płytkie zadrapanie. Pamiątka po ucieczce z Żabki.

— Nic groźnego — mruknąłem. — Powierzchowne.

Wstałem i podszedłem do okna. Ostrożnie odchyliłem jedną lamelkę żaluzji. Na zewnątrz panował mrok, ale miasto nie spało. Słyszałem odległe wycie syren, które urywały się nagle, jakby ktoś przecinał kable. Widziałem łuny pożarów nad centrum. Kraków płonął.

— Musimy sprawdzić zapasy — powiedziałem, odwracając się od okna. — Woda, jedzenie. Cokolwiek.

Przeszliśmy do kuchni. Było to małe pomieszczenie, aneks połączony z salonem, oddzielony jedynie barkiem. Otworzyłem szafki.

Pustka.

No, prawie. Dwie puszki tuńczyka w oleju. Pół bochenka chleba tostowego, który zaczynał już czerstwieć. Słoik z resztką dżemu truskawkowego. Zgrzewka wody, którą przyniosłem.

— To wszystko? — zapytała Maja, zaglądając mi przez ramię.

— Nie robiłem zakupów — mruknąłem defensywnie. — Planowałem zamówić coś z Uber Eats.

Ironia tej sytuacji była bolesna. W świecie, w którym można było mieć wszystko na kliknięcie, nagle staliśmy się zbieraczami walczącymi o puszkę ryby.

— Mam trochę batonów w torebce — powiedziała Maja. — I wodę.

— Dobre i to. — Zamknąłem szafkę. — Mamy jedzenia na dwa dni. Może trzy, jeśli będziemy oszczędzać.

Wtedy to usłyszałem.

Chrobot.

Dźwięk dobiegał zza ściany, tuż przy podłodze. Nie był to odgłos sąsiada wiercącego dziurę w betonie. To było coś organicznego. Drapanie pazurów o tynk. Szybkie, rytmiczne, natarczywe.

Maja też to usłyszała. Zamarła, patrząc na ścianę z przerażeniem.

— Co to? — szepnęła.

— Ciii...

Podszedłem bliżej ściany, nasłuchując. Dźwięk przesuwał się. Szedł w górę. W stronę kratki wentylacyjnej.

Mój mózg, wytrenowany na horrorach i grach survivalowych, natychmiast połączył kropki. Wentylacja. System tuneli łączący wszystkie mieszkania w pionie. Autostrada dla... czegoś.

— Odsuń się od okna! — krzyknąłem, cofając się gwałtownie.

W tym samym momencie kratka wentylacyjna eksplodowała.

Nie wypadła. Została wyrwana z siłą pocisku armatniego. Plastikowe odłamki posypały się na blat kuchenny. Z czarnego otworu w ścianie wyłonił się łeb.

To nie był szczur, jakiego znałem. To była abominacja.

Łeb był wielkości piłki futbolowej, pokryty rzadkim, szarym futrem, spod którego prześwitywała różowa, guzowata skóra. Oczy świeciły w mroku mętną, czerwoną barwą, jak dwie małe diody. Z pyska wystawały żółte, zakrzywione siekacze długości moich palców.

Maja wrzasnęła. Dźwięk był wysoki, piskliwy, wwiercający się w mózg.

Bestia wyślizgnęła się z otworu z obrzydliwą płynnością. Była wielka, wielkości dorosłego spaniela, ale jej ciało było wydłużone, elastyczne, stworzone do przeciskania się przez wąskie szczeliny. Ogon, gruby jak bicz, smagnął powietrze.

Szczur wylądował na blacie kuchennym, przewracając czajnik. Jego pazury zgrzytnęły o laminat.

****

****

Poziom 2. Był silniejszy ode mnie.

Szczur zasyczał, ukazując pełen garnitur ostrych jak igły zębów, i skoczył.

Nie na mnie. Na Maję.

Stała pod oknem, sparaliżowana strachem, z rękami uniesionymi w obronnym geście. Bestia leciała prosto na nią, celując w gardło. Instynkt drapieżnika. Atakuj najsłabsze ogniwo.

Nie myślałem. Kalkulacja trwała ułamek sekundy. Dystans: dwa metry. Prędkość obiektu: wysoka. Moja pozycja: boczna.

Rzuciłem się.

To nie był elegancki ruch mistrza sztuk walki. To był desperacki skok zdesperowanego biurwy. Wpadłem na szczura w locie, uderzając go barkiem. Siła zderzenia była zaskakująca. Czułem się, jakbym uderzył w worek z cementem, a nie w żywe stworzenie. Mięśnie bestii były twarde, zbite.

Oboje runęliśmy na podłogę. Szczur zapiszczał wściekle, kłapiąc szczękami centymetry od mojej twarzy. Czułem jego odór – smród ścieków, zgnilizny i piżma.

Przetoczyliśmy się po panelach. Bestia była silna. Nienaturalnie silna. Jej tylne łapy drapały mnie po brzuchu, próbując wypruć flaki. Czułem, jak pazury drą koszulę i wbijają się w skórę. Ból był ostry, piekący, ale adrenalina tłumiła go, zamieniając w zimną wściekłość.

Przycisnąłem przedramię do gardła stwora, próbując go odepchnąć. Jego zęby kłapały w powietrzu, bryzgając śliną.

— Maja! Nóż! — wrzasnąłem.

Ale Maja tylko stała i krzyczała. Była w szoku. Nie mogłem na nią liczyć. Musiałem sobie poradzić sam.

Moja prawa ręka była wolna. Wciąż ściskałem w niej nożyk do tapet. Ale to było za mało. Ostrze było krótkie, łamliwe. Potrzebowałem czegoś solidniejszego.

Szczur szarpnął się, uwalniając jedną łapę. Pazury przeorały mi policzek. Ciepła krew zalewała mi oko.

Kopnąłem go kolanem w brzuch. Stwór stęknął, na ułamek sekundy rozluźniając uścisk. Wykorzystałem to. Odepchnąłem go i przetoczyłem się w stronę szafki ze sztućcami.

Szczur był szybszy. Odbił się od ściany i skoczył mi na plecy. Czułem jego ciężar, jego pazury wbijające się w moje ramiona. Jego zęby szukały mojego karku.

Sięgnąłem ręką na oślep. Moje palce trafiły na uchwyt szuflady. Szarpnąłem. Szuflada wyleciała z prowadnic, wysypując zawartość na podłogę z brzękiem metalu.

Łyżki, widelce... gdzie on jest?

Moja dłoń zacisnęła się na czymś twardym, drewnianym. Rękojeść.

Nóż szefa kuchni. Dwadzieścia centymetrów japońskiej stali. Prezent od byłej dziewczyny, który miał mnie zachęcić do gotowania. Nigdy go nie używałem. Do teraz.

Chwyciłem go.

Szczur wgryzł się w mój bark. Ból eksplodował w mojej głowie białą plamą. Krzyknąłem, ale nie puściłem noża.

Obróciłem się na plecy, zrzucając bestię z siebie. Szczur wylądował na podłodze, otrząsnął się i przygotował do kolejnego skoku. Jego czerwone oczy płonęły nienawiścią.

Wtedy to zobaczyłem.

Świat zwolnił. Interfejs Nexusa nałożył na rzeczywistość siatkę danych. Na ciele szczura, tuż pod lewą łopatką, pulsował czerwony punkt.

****

****

To była informacja. Czysta dana. A ja wiedziałem, co robić z danymi.

Szczur skoczył.

Ja też.

Nie cofnąłem się. Wyszedłem mu naprzeciw. Zrobiłem krok w przód, obniżając środek ciężkości. Lewą ręką, owiniętą resztkami rękawa marynarki, zasłoniłem twarz, wystawiając ją na atak.

Pazury bestii wbiły się w moje przedramię. Ból był potworny, ale zignorowałem go. To była cena. Koszt transakcji.

Prawą ręką wyprowadziłem pchnięcie.

Nóż wszedł dokładnie tam, gdzie wskazywał system. Pod łopatkę. Czułem opór twardych mięśni, potem chrupnięcie żebra, a na końcu... miękkie, mokre zapadnięcie się ostrza w organ witalny.

Szczur wrzasnął. To nie był pisk. To był dźwięk pękającego balonu.

Gorąca, cuchnąca posoka trysnęła mi prosto w twarz. Oślepiła mnie na moment, ale nie puściłem rękojeści. Przekręciłem nóż w ranie, tak jak widziałem to w filmach instruktażowych dla komandosów, które oglądałem kiedyś o trzeciej w nocy z nudów.

Bestia drgnęła konwulsyjnie raz, drugi. Jej łapy drapały powietrze, potem opadły bezwładnie. Ciężkie cielsko zwisło na mojej ręce.

Odetchnąłem ciężko, wypluwając krew – swoją i szczura. Odsunąłem martwego mutanta od siebie, pozwalając mu upaść na podłogę z mokrym plaśnięciem.

Przed oczami pojawił się złoty komunikat.

****

****

****

****

****

****

****

Poczułem falę ciepła, która przeszła przez moje ciało. Ból w barku i przedramieniu zelżał, stał się tępym pulsowaniem. Zmęczenie zniknęło, zastąpione nową energią. Czułem się, jakbym właśnie wypił potrójne espresso.

Usiadłem na podłodze, opierając się o szafkę. Byłem cały we krwi. Śmierdziałem jak rzeźnia. Ale żyłem. Statystycznie rzecz biorąc, moje szanse były bliskie zeru, a jednak żyłem.

— Adrian... — głos Mai był cichy, drżący.

Spojrzałem na nią. Stała w kącie kuchni, wciąż z rękami przy ustach. Ale coś było nie tak.

W kuchni było ciemno, jedyne światło wpadało z salonu, ale wokół Mai... wokół niej było jaśniej.

Jej dłonie świeciły.

To nie była latarka. To jej skóra emitowała łagodne, zielonkawe światło, pulsujące w rytm jej oddechu. Wyglądało to jak bioluminescencja głębinowych stworzeń.

— Co się ze mną dzieje? — zapytała, patrząc na swoje ręce z przerażeniem.

Przetarłem okulary rąbkiem koszuli, rozmazując tylko krew, ale udało mi się odzyskać jako taką widoczność. Skupiłem wzrok na niej. Moja nowa pasywka, , zadziałała automatycznie.

Wokół sylwetki Mai pojawiła się błękitna obwódka.

****

****

****

****

— Ewoluujesz — powiedziałem chrapliwie, wstając powoli. Nogi miałem wciąż trochę miękkie, ale stabilne. — Tak jak ten szczur. Tak jak ja.

Podszedłem do niej. Cofnęła się o krok, ale zatrzymała się, gdy zobaczyła moją twarz. A raczej to, co z niej zostało pod warstwą krwi.

— Jesteś ranny — powiedziała, a jej instynkt pielęgniarski wziął górę nad strachem. — Pokaż to.

Wyciągnęła ręce w moją stronę. Kiedy jej dłonie zbliżyły się do mojego ramienia, zielone światło zintensyfikowało się. Poczułem dziwne mrowienie, chłód, który przenikał przez skórę prosto do mięśni.

Ból zniknął całkowicie.

Spojrzałem na ranę na przedramieniu. Głębokie zadrapania po pazurach szczura... zamykały się. Skóra ściągała się, tworząc różowe blizny, które bladły w oczach.

— Jak ty to robisz? — zapytałem, zafascynowany.

— Nie wiem — szepnęła. — Po prostu... chcę, żeby przestało boleć.

Cofnęła ręce. Światło przygasło, a Maja zachwiała się. Złapałem ją w ostatniej chwili, zanim upadła. Była blada, jeszcze bardziej niż wcześniej. Na jej czole pojawiły się kropelki potu.

— To kosztuje — stwierdziłem, sadzając ją na krześle w salonie. — Twoja energia. Mana. Cokolwiek to jest. Nie ma nic za darmo w tym systemie.

— Jestem zmęczona — powiedziała cicho. — Tak strasznie zmęczona.

— Odpocznij.

Wróciłem do kuchni. Martwy szczur leżał w kałuży własnej krwi, która powoli krzepła, zmieniając się w czarną galaretę. Musiałem go stamtąd zabrać. Zapach przyciągnie inne.

Chwyciłem go za ogon. Był ciężki. Pociągnąłem go w stronę balkonu. Otworzyłem drzwi balkonowe, wpuszczając do środka mroźne, listopadowe powietrze. Przerzuciłem truchło przez barierkę. Spadło w dół, w ciemność. Nie usłyszałem uderzenia. Może spadło na krzaki, a może... może coś je złapało w locie.

Wróciłem do środka i zamknąłem drzwi. Zasunąłem rolety. Nie chciałem widzieć tego, co jest na zewnątrz.

Usiadłem na podłodze w salonie, obok Mai, która zdążyła już zasnąć na krześle, z głową opartą o stół. Wyglądała tak niewinnie, tak krucho w tym brutalnym, nowym świecie.

Wyciągnąłem z kieszeni puszkę tuńczyka. Była ostatnia. Otworzyłem ją, używając zawleczki. Zapach ryby wypełnił pomieszczenie.

Zjadłem połowę, wygrzebując mięso palcami. Drugą połowę zostawiłem dla Mai.

Spojrzałem na interfejs.

****

****

****

****

****

**- **

**- **

**- **

Poziom 2. Byłem silniejszy. Szybszy. Ale to wciąż było za mało.

Wymagane doświadczenie do następnego poziomu wzrosło czterokrotnie. 400 EXP. To oznaczało pięć takich szczurów. Albo osiem "Zainfekowanych".

Grind. Czekała mnie ciężka praca.

Spojrzałem na pustą puszkę po tuńczyku, którą obracałem w dłoniach. Metal był zimny i ostry.

Zerkam na to puste opakowanie i czuję, jak żołądek zaciska mi się w supeł, boleśnie przypominając o swojej obecności. Dwie puszki, pół chleba, zgrzewka wody. Dwoje ludzi. Jeden zmutowany metabolizm, który domagał się paliwa po każdej walce, i jedna magiczna uzdrowicielka, która padała z wycieńczenia po uleczeniu zadrapania.

Matematyka była bezlitosna. Zasoby skończą się pojutrze. Jeśli zostaniemy tutaj, bezpieczni za dębową komodą i trzema ryglami, umrzemy z głodu. Albo z pragnienia. To nie była kwestia "czy", tylko "kiedy".

Jeśli nie wyjdę na zewnątrz, w ten chaos, dym i krew, i nie zacznę polować na punkty, by otworzyć systemowy sklep – o ile taki w ogóle istnieje – to mieszkanie stanie się naszą wspólną trumną szybciej, niż te szczury przegryzą się przez ściany. A sądząc po odgłosach, które znowu zaczęły dobiegać z wentylacji, one wcale nie zamierzały czekać na zaproszenie.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij