Niania z piekła rodem - ebook
Uważaj na idealnych mężczyzn – to właśnie oni zamienią twoje życie w piekło.
Poukładane życie miliardera Dextera Moore’a wywraca się do góry nogami, gdy na progu jego domu pojawia się kobieta z niemowlęciem na rękach – jego córką, o której istnieniu nie miał pojęcia.
Dexter musi błyskawicznie odnaleźć się w nowej rzeczywistości, a to wcale nie jest proste. Chaos związany z pojawieniem się dziecka odbija się zarówno na jego domu, jak i na pracy. Widząc, że jego przyjaciel traci grunt pod nogami, Riccardo Marchetti poleca mu swoją zaufaną nianię.
Gdy przed drzwiami Dextera staje różowowłosa kobieta wyglądająca na nastolatkę, mężczyzna jest skonsternowany. Szybko jednak przekonuje się, że niania doskonale zna się na tym, co robi, dzięki czemu nie podejrzewa, że wpuszcza do swojej rezydencji zaprzysięgłego wroga…
Waverly Woods ma zamiar wykorzystać tę okazję, by zemścić się na człowieku, który zrujnował jej życie. Nie spodziewa się jednak, jak trudne będzie to wyzwanie.
W obecności mężczyzny, którego powinna nienawidzić, budzą się w niej nieoczekiwane emocje. Takie, które rozpalają zmysły i takie, które mogą pogrzebać jej misternie zaplanowaną wendettę…
18+
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-502-7 |
| Rozmiar pliku: | 1 018 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Najgorszy dzień z życia Waverly
Tego dnia w Nowym Jorku nie padało. Po raz pierwszy od wielu dni zza chmur wyjrzało słońce. Zupełnie jakby chciało przekonać Waverly Woods, że świat wcale nie jest taki zły, jak sądziła.
Nie uwierzyła.
Ten poranek był tak absurdalny, że do tej pory nie miała pojęcia, jak udało jej się dotrzeć do biura. Najpierw spaliła owsiankę wraz z rękawicą, którą pozostawiła w piecu – o mały włos nie puszczając przy tym z dymem rodzinnego domu. Potem zawiesiła na zbyt długo wzrok na przystojnym mężczyźnie z auta obok i umknęło jej zmieniające się światło. Problemu ze wzrokiem niestety nie miała policja, która kilka metrów dalej zatrzymała jej samochód. Waverly otrzymała mandat i pouczenie tak ostre, że nagle poczuła się jak najgorsza kryminalistka.
Konkretnie spóźniona, w wygniecionej koszulce z logo Guns N’ Roses i z plamą na ramieniu, dotarła do biura, dysząc, jakby gonił ją seryjny morderca. Waverly, zwykle poukładana, tego dnia zmieniła się w swoje roztrzepane alter ego, które czasami przejmowało kontrolę, gdy dopadał ją cholerny stres. A dzisiaj dopadł ją nie tylko stres, ale także seria niefortunnych przypadków.
Przesunęła łokciem stos papierów, mając wrażenie, że nie rozwiązuje problemu, a tylko go spycha na coraz to bardziej piętrzącą się stertę spraw do załatwienia. Po raz kolejny przetarła zaspane oczy, przy okazji rozmazując po policzku tusz do rzęs. Jęknęła cicho, sięgając do szafki biurka po dwa waciki. Nasączyła je wodą z dna szklanki i upewniając się, że nikt nie patrzy, wytarła czarne szlaczki.
Chwyciła kubek z kawą i spojrzała na niego z nabożną czcią. Jakby kofeina była najlepszym, co ją w życiu spotkało. Przechyliła go i wlała gorący, czarny napar do ust.
Cholera jasna – zaklęła w duchu.
Kawa poparzyła ją w język, co sprawiło, że w końcu obudziła się z tego dziwnego letargu, w jaki wpadła tego ranka. Pierwszy łyk wypalił jej przełyk. Drugi upewnił ją, że to nie przypadek. Skrzywiła się, lecz mimo to ból nie przeszkodził Waverly w upiciu kolejnego łyka, a potem jeszcze jednego. Nim się zorientowała, jej ulubiony kubek był pusty. Ziewnęła sennie i spojrzała przez duże okno na panoramę Nowego Jorku. Odniosła wrażenie, że unosi się w powietrzu, a wieżowiec dosięga chmur. Nie była pewna, czy to efekt nadmiaru kofeiny, czy też jej wybujałej wyobraźni.
Firma Moore Lab, w której pracowała, zajmowała czternaście pięter biurowca One Vanderbilt, znajdującego się na rogu 42nd Street i Vanderbilt Avenue. Nie były to najwyższe piętra, a i tak widok z okien zapierał dech w piersi. Mający ponad czterysta metrów wysokości budynek uznawano za jeden z najwyższych wieżowców Wielkiego Jabłka1. Na ostatnim piętrze znajdowała się odwiedzana przez turystów panoramiczna platforma widokowa.
Waverly nie potrafiłaby zliczyć, ile razy widziała na Instagramie zdjęcia wykonane na szklanym tarasie budynku, który odwiedzała każdego dnia. Na niej samej już nie robił takiego wrażenia jak jeszcze dwa lata temu, kiedy zaczęła pracę dla Moore Lab.
Odgarnęła dłonią jasne włosy, które i tak bezwiednie opadły jej na oczy, poprawiła oprawki pudroworóżowych okularów, po czym wbiła wzrok w dwa duże ekrany przed sobą. Z trudem zmusiła się, by skupić całą uwagę na tym, co musiała zrobić. Tego ranka nic nie szło po jej myśli. Miała ochotę uderzyć pięścią w ten cholerny monitor i wyjść. Kochała swoją pracę, lecz ta dziś doprowadzała ją do szału. Zrobiła, co musiała – stworzyła backup danych na dysk zewnętrzny oraz do chmury, a potem jeszcze przetestowała przywracanie danych z kopii zapasowej. Dziś swój jakże bezcenny czas poświęcała systemowi kancelarii Stephena Rootha. Człowieka, którego nawet nie widziała na oczy.
Ziewając, powróciła wspomnieniami do poprzedniej nocy, kiedy to do trzeciej nad ranem pochylała się przy kuchennym stole nad dokumentacją od swojego prawnika, Christophera, przygotowując się do jutrzejszej rozprawy. Za każdym razem, gdy o niej pomyślała, czuła, jak panika wdziera się do jej umysłu, a palce nerwowo drgają.
Musiała wygrać.
Dla niego.
Była już tak blisko…
Nie mogła pozwolić sobie na niespodzianki. Tego dnia musiała skupić się na przygotowaniu do rozprawy, dlatego też zamiast zrobić skan podatności strony internetowej na atak hackerski, ponownie zerknęła na stos dokumentów. Sprawdziła, czy wszystko się zgadza, czy dane kontaktowe są aktualne i czy wszystkie źródła dochodu zostały wyszczególnione.
Były.
Westchnęła z ulgą. Podkreśliła kwoty brzoskwiniowym zakreślaczem, uśmiechając się lekko. Było elegancko, ale i czytelnie.
Z pewnością sędzia weźmie to pod uwagę.
Jednym słowem – panikowała. I to bardzo.
Nie mogła i nie chciała odpuścić, skoro na szali leżała przyszłość jej młodszego brata, Matthew.
Gdy ich rodzice zginęli w wypadku samochodowym trzy lata wcześniej, Waverly przysięgła przy ich grobie, że się nim zajmie. Matthew liczył na nią, a ona liczyła na to, że jeszcze w tym tygodniu będzie mogła zabrać chłopaka do ich wspólnego domu. Tak bardzo za nim tęskniła. Nie widzieli się od trzech tygodni. Był świetnym dzieciakiem i nie zasłużył, by mieszkać w domu dziecka. Nikt na to nie zasługiwał, lecz on w szczególności. Powinien od samego początku być z nią. Od miesięcy mieszkać tam, gdzie spędził całe swoje dotychczasowe życie. Z kimś, kto go kocha i kto o niego zadba.
Gdyby nie system, z którym Waverly nie miała szans, już dawno temu byliby razem.
Utknęła w gąszczu procedur prawnych. Musiała pozamykać rozgrzebane sprawy, jak ta spadkowa, i wyjaśnić z bankiem swoją sytuację finansową, bo ta zmieniła się diametralnie z dnia na dzień. Wraz ze śmiercią rodziców prócz domu Waverly odziedziczyła pokaźną hipotekę i dwa niespłacone kredyty, które zaciągnęli kilka miesięcy wcześniej.
I choć pragnęła zająć się bratem od razu, doskonale wiedziała, że nikt przy zdrowych zmysłach nie przyznałby jej nad nim opieki, a już tym bardziej żaden sąd. Jeszcze jakiś czas temu Waverly nie było na nic stać. Hipoteka, koszty życia, rata za sprzęt, a dodatkowo wydatki Matthew… Musiała udowodnić, że w ogóle posiada jakiekolwiek środki finansowe, dzięki którym mogła go utrzymać.
Na szczęście nadszedł dzień, gdy w końcu, po wielu miesiącach, po licznych wnioskach i planowaniu rozpraw, miała okazję wszystko naprawić. Wziąć na swoje barki opiekę nad rezolutnym siedemnastolatkiem, którego kochała całym sercem. I choć zdawała sobie sprawę, że będzie ciężko, pragnęła to zrobić. Z utęsknieniem, ale i pewnym stresem oczekiwała jutrzejszej rozprawy, na której sąd miał orzec, czy przekaże jej opiekę nad Matthew. Musiał to zrobić, bo Waverly nie wyobrażała sobie innej możliwości.
Westchnęła ciężko i powróciła wzrokiem do ekranu z przeskakującymi okienkami. Powieki jej drgały, a palce samowolnie błąkały się po klawiaturze, tworząc nowe, silniejsze hasła. Tego dnia nie myślała o tym, co robi. Pracowała jak na autopilocie, zajmowała się niemal tym samym co każdego dnia.
Jako inżynier do spraw bezpieczeństwa IT w Moore Lab odpowiadała za analizę zagrożeń. Sprawdzała zabezpieczenia dostępu, ochraniała stacje robocze i serwery, choć najwięcej czasu spędzała nad szyfrowaniem danych. Do jej obowiązków należało także przeprowadzanie testów penetracyjnych. I choć to właśnie tym powinna się teraz zajmować, jej myśli wędrowały wszędzie, tylko nie tam, gdzie były potrzebne.
Dwa kwadranse później westchnęła pokonana. Zesztywniały jej mięśnie, a głowa pulsowała boleśnie, zwiastując nadchodzącą migrenę.
Odepchnęła się od biurka i wstała z fotela, rozprostowując kości. Chwyciła w dłoń pusty kubek i ruszyła w kierunku niewielkiego pomieszczenia znajdującego się na końcu korytarza, w którym spotykali się wszyscy planujący choć na moment uchylić się od swoich obowiązków. Minęła grupkę roześmianych współpracowników, posyłając im coś na kształt półuśmiechu, a potem jej wzrok powędrował niżej, na brudną koszulkę. Czuła, że na nią patrzą, i wiedziała że myślą teraz o tym, jak niechlujnie tego ranka wygląda.
I co z tego?
Przewróciła ostentacyjnie oczami, ignorując wścibskie spojrzenia. Nikt z nich nie był dla niej na tyle ważny, by przejmowała się tym, co o niej sądzą.
Gwałtownie odwróciła się do zebranych plecami. Wypłukała kubek i chwyciła czysty, który podstawiła pod ekspres. Z bolesnym uczuciem rozczarowania własnym życiem nacisnęła przycisk na panelu dotykowym i zaciągnęła się wspaniałym aromatem świeżo zmielonej arabiki. Z wiszącej po prawej stronie szafki wyciągnęła paczkę ciastek Snickerdoodles, które podkradła w zeszłym tygodniu otyłej Karen z księgowości, i ułożyła dwa na małym porcelanowym talerzyku przed sobą. Kobieta nie powinna ich jeść. A ona oddała jej tylko przysługę, dbając o jej kruche zdrowie i figurę.
Postawiła na talerzyku kubek z kawą, po czym w towarzystwie dziwnych, niekoniecznie dyskretnych spojrzeń powróciła do swojego biurka.
Ponownie zerknęła na zegarek, a na usta cisnął się jej szereg pytań.
Dlaczego czas tak wolno płynie?
Dlaczego moje życie jest niekończącym się ciągiem komplikacji?
Dlaczego nie może być prościej?
Gdy w końcu wybiła tak bardzo wyczekiwana przez nią czwarta po południu, Waverly poderwała się z miejsca jak oparzona. Nie minęła nawet minuta, a ona stała już gotowa do wyjścia z plecakiem w dłoni. Zignorowała stojący na biurku brudny kubek oraz talerzyk z okruszkami ciastek, obiecując sobie, że posprząta jutro. Chociaż nie – pomyślała. Jutro miała przecież wolny dzień z uwagi na rozprawę Matthew. No nic. Wzięła naczynia i pobiegła do socjalnego, przy okazji o mało nie potknęła się o kończyny Landona Knoxa. Brunet w lnianej koszuli i czarnych garniturowych spodniach stał oparty o ścianę. Gdy się zatrzymała tuż przed nim, do jej nozdrzy dotarł ciężki, duszący zapach jego perfum wymieszany z wonią papierosów, które widocznie niedawno palił. Wzdrygnęła się, czując tę paskudną mieszankę.
Mężczyzna spojrzał na nią z ukosa, a potem zjechał wzrokiem na jej koszulkę oraz rozczochrane włosy i posłał jej pełen politowania uśmiech.
– Gdzie się tak spieszysz, Woods? – spytał lekko zachrypniętym głosem.
– A co? – prychnęła.
– Nie potrafisz odpowiedzieć na proste pytanie? – Uniósł brew.
– Od kiedy interesuje cię moje życie, Knox? – odburknęła.
– Odkąd prawie mnie staranowałaś, blondi – zakpił.
– Och. Wybacz, książę, ale się spieszę. Nie mam czasu na pogaduszki. A już w szczególności takie, które mnie nudzą – uprzedziła jego kolejne pytania. – Masz. Skoro ci się nudzi, to… włóż to do zmywarki. Ja muszę lecieć. – Wcisnęła w jego dłonie brudny kubek i talerz, po czym uciekła, zanim zdążył zaprotestować.
– Hej! Woods! Żarty sobie robisz? – wykrzyczał za nią. – Wracaj tu!
– Bądź tak dobry i przestań się drzeć, Knox – skarciła go Loren, dziewczyna pracująca w dziale analiz. Na co dzień odpowiadała za analizę złośliwego oprogramowania. Była małym rudym geniuszem potrafiącym rozłożyć każdego wirusa na części pierwsze. – Po prostu wstaw te brudne naczynia i przestań się awanturować.
– Baby.
– Jak masz jakiś problem…
– A żebyś wiedziała, że mam…
– No to słucham. Wyżal się. Śmiało… Chętnie posłucham.
Waverly nie dosłyszała dalszej rozmowy Loren i Landona, gdyż opuściła pokój socjalny, zanim zdążyli rozkręcić swoją cotygodniową kłótnię. Za każdym razem kończyła się identycznie – nie odzywali się do siebie przez kilka kolejnych dni tylko po to, by potem rozpocząć swoją odwieczną słowną przepychankę od początku.
Waverly wróciła do biurka i wyłączyła monitory. Pospiesznie chwyciła niewielki skórzany plecak i przerzuciła go przez ramię. Upewniła się tylko, że włożyła do niego kluczyki od auta i domu oraz telefon, po czym pognała w stronę korytarza.
Wbiegła do windy i zjechała na parter, a potem wypadła z budynku i skręciła w boczną uliczkę, gdzie tego dnia zaparkowała. Minęła słynny Roosevelt Hotel przy 45th East Street i przystanęła przed starym, wysłużonym autem. Wsunęła się na fotel Chryslera, przekręciła kluczyk w stacyjce i wyjechała z parkingu. Włączyła się do ruchu i popędziła w kierunku Queens, największej dzielnicy Nowego Jorku, gdzie mieszkała od urodzenia. Rodzice kupili tam dom, gdy Waverly miała zaledwie kilka miesięcy.
Zostawiła za sobą najwyższe drapacze chmur i wjechała na Most Queensboro, który łączył jej rodzinną dzielnicę z Manhattanem, gdzie pracowała.
Spojrzała na malowniczy krajobraz East River i westchnęła cicho, jakby z ulgą. Podkręciła lecącą w radiu piosenkę i nucąc, uśmiechnęła się do swojego odbicia w bocznym lusterku. Dzięki temu, że zjechała górnym poziomem wychodzącym wprost na 62nd Street, uniknęła tak zwanego korkowego za przejazd płatną strefą w godzinach szczytu, a potem skierowała się bezpośrednio do centrum Queens.
Kwadrans później parkowała już przy 82nd Street. Spojrzała zza szyby na wysłużony budynek z czerwonej cegły, a wspomnienia szczęśliwych chwil, które w nim spędziła, zalały jej umysł. Wspomnienia idealnych momentów. Jej dzieciństwa, wczesnej młodości i powrotu do domu po studiach.
Z plecakiem w dłoni zatrzasnęła poobijane drzwi starego Chryslera, którego zostawił po sobie jej ojciec. Mimo że lata świetności miał już dawno temu za sobą, Waverly nie potrafiła się go pozbyć. Stanowił dla niej wartość sentymentalną. Co chwilę naprawiała stary alternator, a i tak ani razu nie przeszła jej przez głowę myśl, by sprzedać wóz. Kochała tego szarego gruchota. Może dlatego, że czuła w nim obecność taty. Z Forda mamy, którym rodzice jechali tamtego dnia, nic nie zostało. Od razu został zezłomowany.
Waverly zjadła późny obiad, wykąpała się, a resztę wieczoru spędziła na kanapie, próbując odgonić od siebie stres. Robiła wszystko, by nie myśleć o tym, co czeka ją nazajutrz. Rozprawę sąd wyznaczył na dwunastą, zatem miała sporo czasu, by ponownie przejrzeć dokumentację i zadzwonić do prawnika.
Popijała gorącą herbatę, nucąc cicho. Christopher uspokoił ją nieco, mówiąc, że wygraną ma w garści. Sąd przychyli się do jej wniosku, bo nie było podstaw, by go odrzucić. Przynajmniej teoretycznie. Spełniała wszystkie niezbędne warunki. Posiadała dom, cieszyła się nieposzlakowaną opinią, miała dobre referencje i pracę, dzięki której zarabiała tyle, że starczało jej na opłacenie rachunków, hipoteki i zostawało jeszcze trochę na inne wydatki.
Do łóżka trafiła chwilę przed jedenastą. Nie było jej jednak dane pospać zbyt długo, gdyż raptem dwa kwadranse później obudził ją dzwonek telefonu. Odkopała w pościeli aparat, spojrzała na ekran i zamarła na kilka sekund.
Telefonował Brad Chabert, jej bezpośredni zwierzchnik.
Cholera.
To zdecydowanie nie wróżyło niczego dobrego.
– Waverly? – spytał, gdy odebrała.
– Tak.
– Śpisz?
– Próbowałam – odparła zgodnie z prawdą. – Brad, coś się stało?
– Masz pół godziny, by zjawić się w biurze – warknął do słuchawki.
– Co? Dlaczego? – Odchrząknęła.
– Czego nie zrozumiałaś? – wysyczał z irytacją.
– Ale…
– Nie interesuje mnie, jak to zrobisz, Woods – przerwał jej.
– Powiesz mi, po co mam przyjechać? Nie wiem, czy jesteś świadomy, ale jutro mam wolne… – nie dawała za wygraną.
– Dowiesz się na miejscu. To nie zabawa w przedszkole, a poważna firma. Dwa kwadranse i ani minuty więcej.
– Będę – wymamrotała pospiesznie, po czym wyskoczyła z łóżka.
Wsunęła na ciało koszulę i ciemne dżinsy. Uczesała i wymodelowała na końcówkach swoje krótkie blond włosy, a usta pociągnęła błyszczykiem. Łącznie zajęło jej to ze dwie minuty. Zanim wybiegła z domu, chwyciła leżące na starej dębowej komodzie kluczyki. Przez całą drogę zastanawiała się, co musiało się stać, że Brad zmuszony był wezwać ją do firmy o tak późnej porze, praktycznie w środku nocy. Podobna sytuacja jeszcze nigdy się nie zdarzyła, a przecież pracowała dla nich od dwóch lat.
Gdy odbiła swoją kartę dostępu i przekroczyła próg Moore Lab, dochodziła północ.
– Brad… – urwała, dostrzegając czekających mężczyzn. Spojrzeli na nią wymownie, lecz w żaden sposób nie skomentowali jej obecności. Skinęli jej tylko głowami i czekali na rozwój wydarzeń.
– Dajcie nam chwilę – poprosił Chabert.
Mężczyźni zniknęli w sali konferencyjnej.
Brad oparł się o blat jej biurka i przymknął na moment powieki. Starał się zebrać myśli i przekazać wszystko Waverly w jakiś cywilizowany sposób.
– Coś się stało? – spytała. – Wytłumacz mi…
– To chyba ty powinnaś się teraz tłumaczyć, nie ja – warknął. Zmierzwił ciemne włosy dłonią i zacisnął na nich palce. Denerwował się, co było do niego niepodobne. Waverly zdała sobie sprawę, że nigdy wcześniej nie widziała go tak niespokojnego, a to tylko oznaczało kłopoty. Stres powoli zaczynał dopadać i ją.
– Nie rozumiem. – Zmarszczyła brwi, a jej ramiona opadły. Nie miała pojęcia, o co mu chodzi. I nie planowała bawić się w zgadywanki. Była na to zbyt zdenerwowana.
– Kwadrans po osiemnastej ktoś włamał się do bazy kancelarii Stephena Rootha – odparł, po czym westchnął. Przez cały ten czas obserwował jej reakcję.
Waverly miała wrażenie, że przestała oddychać. Brała coraz to płytsze wdechy, a jej błękitne oczy zaszły mgłą.
– Co…? – wyszeptała.
– Chyba nie muszę ci tłumaczyć, w jaki sposób działa atak hackerski.
– Nie – zaprzeczyła. – Wiem, jak działa.
– Skradziono dane aktualnie prowadzonych spraw oraz wymazano foldery z aktami z 2020 i 2022 roku.
– Jak to możliwe? Przecież dziś… – urwała, przełykając nerwowo ślinę. Przecież dziś sprawdziłam wszystko – miała już na końcu języka. Niestety słowa te nie przeszły jej przez gardło. Nie było sensu kłamać. Już i tak niewiele by to zmieniło.
– Jutro rano Rooth ma rozprawę, do której przygotowywał się miesiącami. Na dysku były wszystkie dowody gromadzone przez Stephena przez ostatnie trzy lata. To dość głośna sprawa. Resztę sama sobie dopowiedz. Jesteś inteligentna.
– Chryste… – Waverly potarła oczy dłońmi. – Ja…
– Wytłumacz mi coś, bo nie rozumiem…
Milczała, czując na sobie spojrzenie zwierzchnika.
– Jakim cudem ktoś to zrobił pod twoim nosem? – spytał. – Z tego, co się orientuję, to właśnie ty odpowiadasz za sprawdzenie zapór i wszystkich zabezpieczeń. Każdego pierdolonego dnia. Przychodzisz do pracy i wszystko sprawdzasz. Dbasz, by nasi klienci mogli spokojnie spać. A może się mylę?
– Nie. Nie mylisz się. – Waverly przymknęła powieki. Z jej piersi wyrwało się jedynie ciche sapnięcie.
– Sprawdziłaś to dziś? Wykonałaś skan podatności? Nie dostaliśmy raportu z testów, który powinnaś wysłać do szesnastej – kontynuował, nie czekając na jej wyjaśnienia.
– Bo… zrobiłam je tylko częściowo – odparła zgodnie z prawdą.
– Słucham? – Zmarszczył brwi. – Jak to, kurwa, „częściowo”?
– Ale przed wyjściem przetestowałam przywracanie danych z kopii zapasowej. Wszystko działało bez zarzutu. – Palce Waverly nerwowo błądziły po krawędzi paska torebki. Usta zadrżały jej lekko, ale starała się mówić spokojnie. Przecież nawet jeśli zrobiłaby ten skan w całości, atak i tak mógłby się udać. Jeśli ten, kto za nim stał, znał się na rzeczy…
– Jak widać, to nie wystarczyło – prychnął Brad. – Atak był celowany. Zależało im na konkretnych folderach. Część pozostała nietknięta. Zniknęły tylko te najważniejsze. Według raportu uruchomiłaś eksploity w trybie active.
Słucham?
Jakim cudem?
Przecież nie ma takiej możliwości…
– Kurwa.
– No kurwa. – Westchnął, łapiąc się za nasadę nosa. – Nie usunęłaś payloadu, dzięki czemu pozostała luka, z której chętnie skorzystał nasz hacker. Już zapomniałaś sprawę Equifax z 20172?
Waverly przełknęła z trudem. Doskonale wiedziała, o czym mężczyzna mówił. Była to najgłośniejsza ze spraw, o jakich słyszała. Mimo to nie pozwoliła sobie na łzy.
– I co teraz? – spytała, choć chyba wolałaby nie wiedzieć. Poczuła, jak jej dłonie drżą, a wargi mimowolnie się rozchylają. Miała problem, by zaczerpnąć powietrza.
– Twój błąd kosztował firmę pięć milionów dolarów. – Waverly przełknęła głośno ślinę. – Minimum. Masz szczęście, że nasze ubezpieczenie pokryje całkowicie tę kwotę – kontynuował Chabert. – Musimy zapłacić karę za niewywiązanie się z powierzonej nam ochrony. Firma poniesie konsekwencje prawne i finansowe. Czeka nas prawdopodobnie wypowiedzenie umowy świadczenia usług dla kancelarii Rootha. Wątpię, by chciał nas zatrudniać po czymś takim. Ja bym nie chciał. Błąd leży po naszej stronie, co bezsprzecznie wynika z raportu. Jednym słowem, spierdoliłaś, Waverly, i osobiście poniesiesz konsekwencje – skwitował.
– Przecież ja tylko… – urwała, widząc gromy w oczach Chaberta.
Zamilkła od razu.
– Szef strasznie się wkurwił. Już dawno nie widziałem go tak zirytowanego. Specjalnie tu przyjechał, by osobiście ratować sytuację. Stephen Rooth chce pozwać firmę. Będzie niezłe szambo. Jeśli ktoś się o tym dowie, nasze akcje polecą w dół. Jeśli sądziłaś, że ci się upiecze, to…
– Jakiego typu konsekwencje mnie czekają? – przerwała mu nagle. Domyśliła się, że Moore nie pozostawi tego bez odpowiedzi. Pytanie tylko, jak dotkliwą karę otrzyma ona.
Obetnie jej pensję?
Pozbawi awansu, o który się starała?
Tak… Z pewnością nie miała już co liczyć na wyższe stanowisko…
Cholera.
– Myślę, że już to wiesz – syknął Brad.
– Co wiem? – Waverly uniosła brew, przyglądając się mężczyźnie z niezrozumieniem. Nie mógł mówić wprost, zamiast bawić się w pieprzone domysły?
– To dla ciebie. – Chabert wyjął z kieszeni białą kopertę i podał ją jej.
Powoli wysunęła ze środka kartkę i niemal zakrztusiła się śliną. Zacisnęła palce na kawałku papieru i odchrząknęła. Poczuła, jak jej serce zaczyna walić. Przez moment patrzyła na rozmywające się litery. Dopiero gdy dotarło do niej znaczenie poszczególnych słów, wpadła w złość. Gniew, jaki zawrzał w jej żyłach, nie był dobrym doradcą. Ponownie spojrzała na kartkę i zmięła ją w pięści.
Wypowiedzenie umowy o pracę ze skutkiem natychmiastowym wraz z odpowiednim wpisem do akt.
Co takiego?
Ale…
Nie.
Nie.
Nie.
Nie może…
Kurwa.
Chryste.
Zwolnił mnie.
Tak po prostu…
I to dyscyplinarnie.
Jezu…
Nie wierzę.
I co ja teraz zrobię?
Potrzebuję tej pieprzonej pracy.
Bez niej jutro…
Waverly zagryzła mocno wargę i na moment oderwała wzrok od kartki, którą trzymała w dłoni.
– Jest teraz w firmie? – spytała, zrywając się z miejsca.
– Kto? – Chabert uniósł ciemną brew.
– Szef. Dexter Moore – doprecyzowała.
– Jest, ale…
Waverly nie słuchała go już. Ruszyła wprost do gabinetu prezesa. Wpisała kod na panelu windy i wjechała na siedemdziesiąte czwarte piętro. Minęła przeszklone biura i hol, a także pokoje Chloe i Gabriela, z którymi najczęściej współpracowała w ciągu minionego roku. Wstyd się przyznać, lecz Dextera Moore’a nigdy nie poznała. Nie miała pojęcia, jak mężczyzna wygląda. Wiedziała tylko, że znajdzie go w gabinecie. Słyszała już wcześniej plotki, że gdy przyjeżdżał do firmy, zaszywał się w nim na wiele godzin. Mogła się założyć, że był już stary i zmęczony pracą, dlatego tak często działał zdalnie z domu. Do tej pory niespecjalnie ją to interesowało. Wolała skupić się na pracy niż trwonić czas na analizowanie domysłów biurowych plotkar.
– Mogę? – spytała, mijając stanowisko Sary, asystentki prezesa. Na oko czterdziestoletnia kobieta siedziała wyprostowana jak struna przy biurku, stukając czarnymi szpilkami o marmurową posadzkę. Jej długie czerwone paznokcie sunęły po klawiaturze, wzrok miała wbity w monitor.
Waverly nie zdziwiło, że i ją ściągnięto do firmy o tak nieludzkiej porze. Dawało to jednak nadzieję, że szef jeszcze nie wyszedł. Był to zdecydowanie dobry znak.
Asystentka przechyliła głowę w stronę Waverly i spojrzała na nią, mrużąc miodowe oczy.
– Spytam – oznajmiła. Zarzuciła długie czarne włosy na ramię i podniosła się z fotela. – Waverly Woods. No tak… – przeczytała widoczne na jej plakietce dane i odwróciła się. Podeszła do drzwi gabinetu i zastukała w nie.
Waverly stała nieruchomo, opierając się lekko biodrem o biurko Sary. Miała wrażenie, że czas przestał płynąć. Przez moment słyszała tylko ciche pomruki, potem asystentka zamknęła drzwi biura i podeszła do niej wolnym krokiem. W ogóle się nie spieszyła. Jak widać, jako jedyna miała tej nocy czas. Waverly dostrzegła na jej twarzy ledwo widoczny grymas. Sara rozejrzała się dookoła, upewniając się, że nikt prócz Waverly jej nie słyszy, po czym powiedziała, ściszając głos:
– Pan Moore pani nie przyjmie.
– Słucham? – Waverly zamrugała niespokojnie. Dopiero po chwili dotarło do niej, co usłyszała.
– Prezes Moore stwierdził, że nie widzi sensu rozmowy z panią. Podjął nieodwołalną decyzję i powinna pani być wdzięczna, że nie ma czasu ani ochoty na włóczenie się po sądach. W przeciwnym razie otrzymałaby pani pozew na kwotę będącą równowartością kary, jaką firma musi zapłacić za tę… hmm… rażącą niekompetencję.
– Proszę mnie wpuścić. – Waverly nie odpuszczała. Zrobiła krok do przodu, lecz wtedy poczuła delikatny uścisk na ramieniu. Miał być dla niej ostrzeżeniem. – Muszę mu wszystko wyjaśnić! Przecież…
– Dla pani dobra radzę przestać krzyczeć i wrócić do domu. – Sara wyglądała na szczerą, gdy to mówiła. – Prezes jest w takim stanie, że nie ręczę za niego. Już dawno nie widziałam go tak wściekłego. Obawiam się, że spełniłby każdą z gróźb. Może lepiej będzie przyjąć to, co zaoferował. To i tak dobroduszne z jego strony…
– Jak mam się zgodzić na dyscyplinarkę z wpisem do akt?! – grzmiała. – Chyba jest chory psychicznie, jeśli sądzi, że…
– Waverly – przerwała jej Sara i uniosła palec. Musnęła nim jej wargi, na co Waverly zadrżała. – Wracaj do domu. Jeśli wejdziesz tam bez jego zgody, będę zmuszona wezwać ochronę. Naprawdę tego chcesz? Mało ci jeszcze kłopotów? Nie dokładaj sobie ich więcej. Nie pogarszaj tej niekomfortowej dla każdej ze stron sytuacji.
Waverly zrobiła krok w tył i przyjrzała się asystentce. Dopiero teraz zaczynało do niej docierać znaczenie słów Sary. Tyle tylko, że gdy odpuści, może pożegnać się z karierą na podobnym stanowisku. Wpis do akt od samego prezesa Moore Lab był jak pieprzony wyrok śmierci. Równie dobrze mogła zacząć składać CV do firm sprzątających biurowce. Z podobną historią zatrudnienia nie zaoferują jej niczego innego.
Jestem skończona.
Przecież to był tylko jeden dzień.
Jedno niedopatrzenie, a to nawet nie błąd.
Nie mogła uwierzyć w to, co się działo. Stała nieruchomo, a jej klatka piersiowa unosiła się i opadała. Połykała nerwowo powietrze i jeszcze przez dłuższy czas wpatrywała się w drzwi gabinetu Dextera Moore’a.
Nawet do niej nie wyszedł.
Nie miał jaj, by zmierzyć się z nią osobiście.
Jeszcze nikt nie potraktował Waverly Woods w ten sposób.
Jak rzecz, która się zepsuła i której nie warto naprawiać, lecz należy od razu wyrzucić do śmietnika.
Nie chciał jej wysłuchać, umożliwić przedstawienia drugiej wersji wydarzeń. Jej wersji. Wytłumaczyłaby mu przecież, dlaczego tak się stało. Powiedziałaby, że ona również ma dobre ubezpieczenie, które pokryje wszelkie straty, że sama poniesie konsekwencje finansowe i przeprosi, a także porozmawia z Roothem i przekona go, by od nich nie odchodził. Chciała wziąć na siebie wszystko i zrobiłaby to tylko po to, by zachować stanowisko. Mogłaby nawet zgodzić się na degradację, choć i tak zajmowała jedno z niższych stanowisk w firmie.
Potrzebowała tej pracy.
Tak bardzo jej teraz potrzebowała.
Bez niej wszystko legło w gruzach.
Szef jednak postawił na niej krzyżyk, już zanim dotarła do biura. I cokolwiek by nie powiedziała, nie miało to dla niego znaczenia.
Odwróciła się i odeszła. Zostawiła na biurku identyfikator. Do koperty, którą wcześniej wcisnął w jej dłoń Brad Chabert, wsunęła zapisaną odręcznie kartkę i zakleiła. Zaadresowała i rzuciła ją ze złością na blat.
Wyszła z biura z nadzieją, że notka nie wpadnie w niepowołane ręce i Dexter Moore otrzyma ją już wkrótce.
Wybiegła z wieżowca, nie oglądając się za siebie.
Do domu wróciła godzinę później, bo jeszcze przez długi czas krążyła po pustych ulicach Queens, próbując uspokoić skołatane nerwy. Wiedziała, że z konsekwencjami przyjdzie jej się zmierzyć kolejnego dnia.
------------------------------------------------------------------------
1.
1 Historia nazywania Nowego Jorku jako The Big Apple sięga początku XX wieku. W latach 20. zaczął ją stosować John J. Fitzgerald, dziennikarz sportowy „New York Morning Telegraph”. Używał tego określenia jako metafory nagrody – najlepszego miejsca do wyścigów. Jabłko było symbolem kuszącego, atrakcyjnego, dużego i pełnego możliwości miasta, w którym spełniały się najskrytsze marzenia wielu muzyków, przedsiębiorców i artystów. Na cześć Fitzgeralda miasto Nowy Jork sfinansowało mu nowy nagrobek na cmentarzu w Queens z tabliczką, że to on jest twórcą słynnego określenia.
2.
2 Equifax to jedna z największych firm zajmujących się oceną zdolności kredytowej (tuż obok TransUnion i Experian). W 2017 roku hackerzy wykorzystali eksploit w trybie aktywnym, po czym włamali się do systemu i ukradli dane osobowe, numery ubezpieczenia społecznego, daty urodzenia i adresy 147 milionów osób, co stanowiło połowę populacji USA. Przez 76 dni atakujący przebywali w sieci Equifax bez wykrycia. Konsekwencje finansowe opiewały na kwotę ponad 700 milionów dolarów.ROZDZIAŁ 2
Pogrzeb
12 godzin wcześniej
Odziany w czerń wysoki mężczyzna pochylił się po raz ostatni nad rozkopanym grobem. Jego stopy tonęły w morzu białych kwiatów. Spojrzał na drewnianą tabliczkę i posłał w jej stronę krzywy uśmiech. Ile by dał, by jego ojciec był tu teraz z nim. Niestety nie potrafił cofnąć czasu, a tym bardziej przywrócić mu życia. Był zdolnym człowiekiem, lecz wskrzeszanie akurat nie należało do jego umiejętności.
Dexter poprawił czarny krawat, który przekrzywił się, gdy się pochylał, i zrobił krok w tył. Poczuł obecność przyjaciół, która dodawała mu otuchy tego ponurego dnia. I choć słońce w końcu przedarło się przez warstwę chmur, a ranek był piękny, nastrój Dextera pozostawiał wiele do życzenia.
Pełnym smutku głosem podziękował bliskim za ich obecność i zaprosił na stypę. Podążał w ciszy za zgromadzonymi gośćmi. Dopiero przy aucie dostrzegł Riccarda i Bruna, którzy wspierali go w tym przykrym obowiązku, jakim było pochowanie ojca.
I choć nie łączyły ich więzy krwi, Moore wiedział, że mężczyźni skoczyliby za nim w ogień. Co zresztą udowadniali mu każdego dnia. A on odwdzięczał się tym samym. Zrobiłby dla nich wszystko. Ochroniłby ich własną piersią. Riccardo i Bruno byli jak bracia, których nigdy nie miał. Stali mu się bliżsi niż własny ojciec, który pod koniec życia nie chciał z nim zbytnio rozmawiać. Od miesięcy mijali się i żaden nie planował do drugiego nawet zadzwonić. O śmierci taty Dexter dowiedział się od znajomego komisarza, który zatelefonował do niego tego dnia. Milton Moore został odnaleziony w swojej nowojorskiej willi. Leżał w łóżku do momentu, aż któregoś ranka sprzątaczka odnalazła jego zwłoki. Wynik sekcji wykluczył udział osób trzecich. Raport wykazał, że w mózgu Miltona Moore’a rósł tętniak, który w końcu pękł, gdy ten zapadł w sen. Rozwijał się bezobjawowo przez wiele lat, aż w końcu stał się przyczyną jego śmierci.
***
Gdy dzień chylił się ku końcowi, zmęczony i rozdrażniony Dexter wpakował się za kierownicę swojego czarnego Dodge’a Chargera, który przywodził na myśl słynne filmy akcji. Poniekąd jego fascynacja rozpoczęła się właśnie od nich i Dominica Toretto, który jeździł wersją z dziewięćset siedemdziesiątego, nieco bardziej zmodyfikowaną, z charakterystycznymi felgami i sportowym tunelem. Ale Dexter tego nie potrzebował. Kupił odpowiednik prosto z salonu z imponującą mocą ponad siedmiuset koni mechanicznych w wersji SRT Hellcat.
Gdy odpalił silnik, prócz przyjemnego dla uszu mruczenia w aucie rozbrzmiały także nuty jego ulubionej składanki. Nieco mrocznej i klimatycznej, spokojnej jak on sam. Pieściły jego zmysły, częściowo odganiając ból po stracie ojca.
– Jeszcze tylko chwila szopki i będzie po wszystkim – powtarzał sobie, puszczając piosenkę w zapętleniu.
Musiał pojawić się na moment na stypie, nim w końcu będzie mógł zakończyć ten trudny etap i wrócić do swojego pustego, cichego domu.
***
Wiedział, że nie powinien pić, a mimo to umoczył usta w alkoholu. Ledwo co, a jednak. Potrzebował chociaż jakiejś imitacji jego smaku. Oparł umięśnione przedramiona o kontuar baru i zlizał pozostałość whisky z warg. Zanim kogokolwiek usłyszał, poczuł klepnięcie w ramię. Skrzywił się lekko i uniósł wzrok. Spojrzał w czarne jak węgiel oczy, uśmiechając się lekko.
– Jak się trzymasz? – Riccardo przysiadł na stołku tuż obok niego.
Jego najlepszy przyjaciel był wysoki i potężny, prawie dziesięć centymetrów wyższy od niego. Mierzył ponad dwa metry i gdziekolwiek się nie pojawiał, zawsze roztaczał dookoła aurę tajemnicy i cholernego niebezpieczeństwa. Ludzie drżeli na samą myśl o tym, że na nich spogląda.
Inaczej było z Vitalim, który przeczesał dłonią włosy w odcieniach ciemnego blondu i posłał w jego stronę ciepły, porozumiewawczy uśmiech. Przypominał raczej angielskiego lorda, chłopca z wyższych sfer niż prawą rękę szefa nowojorskiej mafii. Rozsiadł się po jego lewej stronie. W szytym na miarę grafitowym garniturze w prążki wyglądał tego wieczoru jak żywcem wyjęty z okładki modowego magazynu. Zamówił wódkę z lodem, a gdy barman podał mu szklankę, podziękował skinieniem głowy.
– Jakoś – odburknął Moore. – Nie za ciekawie, jeśli mam być szczery. Nie przepadałem za nim, ale miałem tylko jego. Teraz zostałem kompletnie sam.
– To zrozumiałe. Straciłeś ojca. To raczej nie powód do radości – zauważył Riccardo.
– Powiedzmy… Nawet nie wiem, dlaczego jest mi przykro. Nie mieliśmy zbyt dobrych kontaktów.
– Bo obaj żyliście swoimi firmami – wtrącił Bruno.
– Wszyscy go lubili – przyznał Marchetti. – Choć w sumie to nie wiem dlaczego. Był z niego kawał chuja.
– Szkoda tylko, że dzisiaj tego nie okazują. Nie ma tu żadnego z jego przyjaciół. Ciekawe dlaczego… – wysapał Dexter.
– W takich sytuacjach widać, kto był prawdziwym przyjacielem, a kto tolerował go tylko ze względu na jego pieniądze. W tym przypadku jednak wygrało to drugie.
– Zawsze tak jest – zauważył Bruno. – Kasa przyciąga przyjaźnie. Później się okazuje, że to tylko mrzonki. A w szczególności przyciąga laski. Dlatego nigdy nie pokazuj tego, ile masz kasy – polecił, wbijając w ramię Dextera palec wskazujący. – Jeśli taka dowie się, że jesteś miliarderem, masz przejebane.
– Widziałeś te babki, które na nas spoglądają? Te w rogu? – mruknął Marchetti i skrzywił się lekko. Stale kogoś obserwował, weszło mu to już w nawyk.
– Taa. – Dexter posłał mu pełen politowania uśmiech. – Szkoda gadać.
– Kto to? – spytał zaciekawiony jego reakcją Bruno.
– Ta ruda to kochanka ojca – stwierdził beznamiętnym tonem. – Madison Green. A te obok to jej siostra i kuzynka. Nie wiem, dlaczego dziś tu przyszły. To zwykła dziwka, z którą kiedyś ojciec zdradzał matkę. Pewnie liczy na spadek.
– Twój ojciec miał kochankę? – Riccardo był wyraźnie zaskoczony jego słowami. – Nigdy o niej nie wspominałeś.
– To raczej nie temat do dumy.
– Ale przynajmniej ciekawy – zakpił Vitali.
– Chociaż tyle.
– Zastanawiam się, ile jeszcze ciekawych smaczków z jego życia wyjdzie po latach.
– Pewnie całkiem sporo.
– Nie zdziwiłbym się.
– Takie życie – mruknął Bruno.
– Jego prawnik już się odzywał? – Riccardo upił łyk whisky, a potem powrócił wzrokiem do przyjaciela.
– Tak. W piątek odczytanie testamentu – jęknął Moore. – Nie mam ochoty tam być. Nawet nie wiem, po co zgodziłem się na tę szopkę. I tak dostanę wszystko, co miał…
– Skąd wiesz?
– Serio? – Bruno uniósł brew.
– Kilka miesięcy przed śmiercią wspomniał o tym podczas krótkiej rozmowy. Jeśli nic się nie zmieniło, jestem jego jedynym spadkobiercą – wyjaśnił markotnym tonem.
– To chyba dobra informacja?
– Nie cieszysz się? – spytał Vitali.
– Mam tyle swojej kasy, że nie zdołam jej wydać do śmierci. A teraz jeszcze będę musiał zająć się nieruchomościami ojca i firmą. Same kłopoty. Nie chcę ich. Wolę to, na co sam zapracowałem. Nie potrzebuję jego aktywów.
– W razie czego masz nas. Pomożemy – stwierdził Riccardo.
– Jasne. Jak coś, to zawsze mogę zaopiekować się jedną z nieruchomości – zażartował Vitali.
– Z pewnością.
– Nie powierzyłbym ci żadnych nieruchomości – wtrącił Riccardo. – Każdą jedną doprowadzisz do ruiny.
– Bardzo, kurwa, zabawne.
Dexter mruknął coś i przymknął na moment powieki. Uwielbiał ich konwersacje i przekomarzania, lecz w tym momencie pragnął zniknąć. Wsiąść do auta i wrócić do swojego domu w lesie.
– Mam ochotę stąd iść – jęknął. – Czuję się jak małpa w zoo. Wszyscy się na mnie gapią.
– Jeśli chcesz, możemy się zawinąć… Jechać gdzieś, gdzie…
Wypowiedź Bruna przerwał głośny dźwięk telefonu Moore’a. Szybko wysunął aparat z kieszeni i zerknął na ekran. Ignorując karcący wzrok pozostałych gości, odebrał połączenie. Miał gdzieś to, co sobie o nim pomyślą.
– Mamy problem – usłyszał. Brad Chabert, szef działu cyberbezpieczeństwa w jego firmie, brzmiał na zdenerwowanego.
– Nie możesz poczekać z tym do jutra? – Odchrząknął. Nie za bardzo miał ochotę w takiej chwili na dramaty związane z firmą. Przetarł dłonią oczy, czekając na wyjaśnienia swojego bezpośredniego podwładnego.
– No właśnie nie bardzo.
– Co tym razem? – warknął, czując, jak gniew powoli zaczyna rozpychać jego żyły.
– Doszło do ataku…
Nie musiał mówić nic więcej.
Brad próbował mu w skrócie wytłumaczyć, co się stało, lecz Dexter już go nie słuchał. Wystarczyło, by wspomniał o kradzieży danych jednej z największych kancelarii adwokackich w Nowym Jorku.
– Będę za chwilę – przerwał Dexter mężczyźnie i poderwał się z miejsca.
Pożegnał przyjaciół i wsiadł do auta, by kwadrans później pojawić się na rogu 42nd Street i Vanderbilt Avenue, przed przeszklonym budynkiem nowojorskiej siedziby Moore Lab. Zaparkował na swoim miejscu, poprawił poły czarnej marynarki i wszedł do budynku, kiwając głową w stronę ochrony.
Zapowiadał się ciężki wieczór.
Dexter miał tylko nadzieję, że uda mu się ogarnąć jakoś ten bajzel.
***
– Nie mogę uwierzyć, że to spieprzyliście. Podstawową, kurwa, tak dziecinną rzecz. Przecież to są jebane podstawy! Nic skomplikowanego! Więc jakim… jakim cudem zostawiliście furtkę? No, kurwa, jakim!? – grzmiał, zaciskając palce na raporcie, który przed sobą miał. Był tak bardzo zły, a jego smętny nastrój dodatkowo tylko pogłębił wybuch złości.
Brad milczał. Tak samo jak czterech pozostałych szefów działów, których do siebie wezwał. Stali i spoglądali na niego z pewną obawą o swoje stołki. I dobrze. Zasłużyli, by ich wyjebał na bruk. I ten, kto dopuścił się tak rażącego błędu, z pewnością poniesie konsekwencje. Dexter był tego pewien. Skoro już Chabert ściągnął go tu z pogrzebu ojca, zamierzał teraz zrobić porządek.
– Stephen Rooth planuje pozwać Moore Lab – poinformował zgromadzonych.
– Co?
– Ale…
A czy to tak dziwne? – pomyślał. Na jego miejscu z pewnością zrobiłby tak samo.
– Przecież…
– A w ogóle może? – spytał stojący obok Chaberta brunet.
– Oczywiście, że może. A w czym tu widzisz problem? – warknął Moore, spoglądając z rozczarowaniem na Philippa Crowneya, szefa działu Business Intelligence, zajmującego się zbieraniem i analizą danych. Był cholernie inteligentny, ale, jak widać, otaczającej ich rzeczywistości nie ogarniał.
– Wyjdźcie. Muszę zadzwonić do Rootha i ogarnąć jakoś ten bajzel – zażądał.
Mężczyźni nie dyskutowali. Oddalili się pospiesznie. Tylko Chabert pozwolił sobie na to, by pozostać w gabinecie Dextera. Podszedł do jego biurka i oparł dłonie o szklany blat.
– Który z pracowników był odpowiedzialny za sprawy bezpieczeństwa kancelarii Rootha? – spytał z irytacją Moore.
– Jedna taka młoda… Niby inżynier do spraw bezpieczeństwa, a popełnia podstawowe błędy.
– Od jak dawna tu pracuje? – spytał, choć w sumie niewiele go to interesowało. Już niebawem nie będzie to jego sprawą.
– Zaczęła od razu po studiach. Może jakieś dwa lata – odparł Chabert. – Do tej pory nie było z nią problemów.
– Na pewno?
– Tak. Była moją bezpośrednią podwładną. Młoda, zdolna, pracowita.
Moore przewrócił oczami, wyklinając pracownicę pod nosem, a potem wrócił spojrzeniem do raportu. Czym były dwa lata pracy w porównaniu z kilkunastoma latami jego doświadczenia? Sam nigdy nie popełniłby tak dziecinnego błędu. Nawet w środku nocy, wybudzony ze snu, potrafiłby to ogarnąć. Jak widać, zatrudnił kogoś, kto temu nie sprostał.
– I to właśnie jest argument za tym, by nie zatrudniać tak młodych osób – stwierdził.
Chabert w odpowiedzi mruknął coś nieskładnie, lecz Dexter już włączył telefon i zignorował swojego rozmówcę. Wystukał wiadomość do Vitaliego, który po raz kolejny pytał, czy wszystko gra. Razem z Riccardem zmartwili się, bo tak szybko opuścił stypę. Domyślili się, że to, co wydarzyło się w firmie, musiało być ważne. Cholernie ważne. W przeciwnym razie zostałby z nimi, by wspominać ojca.
Dexter zmusił się, by ponownie spojrzeć w kierunku miejsca, gdzie nadal stał Chabert.
– Wiem, że jest późno, ale poproś Sarę, by zadzwoniła do kogoś z działu kadr i przygotowała wypowiedzenie – poinstruował mężczyznę.
– A muszę teraz?
– Tak.
Chabert wywrócił oczami i mruknął znudzonym głosem:
– Standardowe?
– Za to, co odwaliła? – zakpił Moore. – Dyscyplinarkę z wpisem do akt.
– Serio? Ale…
– Nie pozwolę, by inna firma stała się ofiarą niekompetencji jakiejś gówniary – wtrącił Dexter ze złością.
Chabert przełknął głośno ślinę.
Znał Waverly i nie do końca podobało mu się, jak zakończy pracę w Moore Lab. Nawet jeśli spieprzyła ochronę serwerów Rootha, widział w niej potencjał.
– Jasne. Jeszcze dziś je otrzyma – obiecał wbrew sobie.
– Wspaniale. A teraz zejdź mi z oczu, muszę naprawić to, co spieprzyła ta małolata.