Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Niania z piekła rodem - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 maja 2026
3839 pkt
punktów Virtualo

Niania z piekła rodem - ebook

Uważaj na idealnych mężczyzn – to właśnie oni zamienią twoje życie w piekło.

Poukładane życie miliardera Dextera Moore’a wywraca się do góry nogami, gdy na progu jego domu pojawia się kobieta z niemowlęciem na rękach – jego córką, o której istnieniu nie miał pojęcia.

Dexter musi błyskawicznie odnaleźć się w nowej rzeczywistości, a to wcale nie jest proste. Chaos związany z pojawieniem się dziecka odbija się zarówno na jego domu, jak i na pracy. Widząc, że jego przyjaciel traci grunt pod nogami, Riccardo Marchetti poleca mu swoją zaufaną nianię.

Gdy przed drzwiami Dextera staje różowowłosa kobieta wyglądająca na nastolatkę, mężczyzna jest skonsternowany. Szybko jednak przekonuje się, że niania doskonale zna się na tym, co robi, dzięki czemu nie podejrzewa, że wpuszcza do swojej rezydencji zaprzysięgłego wroga…

Waverly Woods ma zamiar wykorzystać tę okazję, by zemścić się na człowieku, który zrujnował jej życie. Nie spodziewa się jednak, jak trudne będzie to wyzwanie.

W obecności mężczyzny, którego powinna nienawidzić, budzą się w niej nieoczekiwane emocje. Takie, które rozpalają zmysły i takie, które mogą pogrzebać jej misternie zaplanowaną wendettę…

18+

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-502-7
Rozmiar pliku: 1 018 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Najgorszy dzień z życia Waverly

Tego dnia w No­wym Jor­ku nie pa­da­ło. Po raz pierw­szy od wie­lu dni zza chmur wyj­rza­ło słoń­ce. Zu­peł­nie jak­by chcia­ło prze­ko­nać Wa­ver­ly Wo­ods, że świat wca­le nie jest taki zły, jak są­dzi­ła.

Nie uwie­rzy­ła.

Ten po­ra­nek był tak ab­sur­dal­ny, że do tej pory nie mia­ła po­ję­cia, jak uda­ło jej się do­trzeć do biu­ra. Naj­pierw spa­li­ła owsian­kę wraz z rę­ka­wi­cą, któ­rą po­zo­sta­wi­ła w pie­cu – o mały włos nie pusz­cza­jąc przy tym z dy­mem ro­dzin­ne­go domu. Po­tem za­wie­si­ła na zbyt dłu­go wzrok na przy­stoj­nym męż­czyź­nie z auta obok i umknę­ło jej zmie­nia­ją­ce się świa­tło. Pro­ble­mu ze wzro­kiem nie­ste­ty nie mia­ła po­li­cja, któ­ra kil­ka me­trów da­lej za­trzy­ma­ła jej sa­mo­chód. Wa­ver­ly otrzy­ma­ła man­dat i po­ucze­nie tak ostre, że na­gle po­czu­ła się jak naj­gor­sza kry­mi­na­list­ka.

Kon­kret­nie spóź­nio­na, w wy­gnie­cio­nej ko­szul­ce z logo Guns N’ Ro­ses i z pla­mą na ra­mie­niu, do­tar­ła do biu­ra, dy­sząc, jak­by go­nił ją se­ryj­ny mor­der­ca. Wa­ver­ly, zwy­kle po­ukła­da­na, tego dnia zmie­ni­ła się w swo­je roz­trze­pa­ne al­ter ego, któ­re cza­sa­mi przej­mo­wa­ło kon­tro­lę, gdy do­pa­dał ją cho­ler­ny stres. A dzi­siaj do­padł ją nie tyl­ko stres, ale tak­że se­ria nie­for­tun­nych przy­pad­ków.

Prze­su­nę­ła łok­ciem stos pa­pie­rów, ma­jąc wra­że­nie, że nie roz­wią­zu­je pro­ble­mu, a tyl­ko go spy­cha na co­raz to bar­dziej pię­trzą­cą się ster­tę spraw do za­ła­twie­nia. Po raz ko­lej­ny prze­tar­ła za­spa­ne oczy, przy oka­zji roz­ma­zu­jąc po po­licz­ku tusz do rzęs. Jęk­nę­ła ci­cho, się­ga­jąc do szaf­ki biur­ka po dwa wa­ci­ki. Na­są­czy­ła je wodą z dna szklan­ki i upew­nia­jąc się, że nikt nie pa­trzy, wy­tar­ła czar­ne szlacz­ki.

Chwy­ci­ła ku­bek z kawą i spoj­rza­ła na nie­go z na­boż­ną czcią. Jak­by ko­fe­ina była naj­lep­szym, co ją w ży­ciu spo­tka­ło. Prze­chy­li­ła go i wla­ła go­rą­cy, czar­ny na­par do ust.

Cho­le­ra ja­sna – za­klę­ła w du­chu.

Kawa po­pa­rzy­ła ją w ję­zyk, co spra­wi­ło, że w koń­cu obu­dzi­ła się z tego dziw­ne­go le­tar­gu, w jaki wpa­dła tego ran­ka. Pierw­szy łyk wy­pa­lił jej prze­łyk. Dru­gi upew­nił ją, że to nie przy­pa­dek. Skrzy­wi­ła się, lecz mimo to ból nie prze­szko­dził Wa­ver­ly w upi­ciu ko­lej­ne­go łyka, a po­tem jesz­cze jed­ne­go. Nim się zo­rien­to­wa­ła, jej ulu­bio­ny ku­bek był pu­sty. Ziew­nę­ła sen­nie i spoj­rza­ła przez duże okno na pa­no­ra­mę No­we­go Jor­ku. Od­nio­sła wra­że­nie, że uno­si się w po­wie­trzu, a wie­żo­wiec do­się­ga chmur. Nie była pew­na, czy to efekt nad­mia­ru ko­fe­iny, czy też jej wy­bu­ja­łej wy­obraź­ni.

Fir­ma Mo­ore Lab, w któ­rej pra­co­wa­ła, zaj­mo­wa­ła czter­na­ście pię­ter biu­row­ca One Van­der­bilt, znaj­du­ją­ce­go się na rogu 42nd Stre­et i Van­der­bilt Ave­nue. Nie były to naj­wyż­sze pię­tra, a i tak wi­dok z okien za­pie­rał dech w pier­si. Ma­ją­cy po­nad czte­ry­sta me­trów wy­so­ko­ści bu­dy­nek uzna­wa­no za je­den z naj­wyż­szych wie­żow­ców Wiel­kie­go Jabł­ka1. Na ostat­nim pię­trze znaj­do­wa­ła się od­wie­dza­na przez tu­ry­stów pa­no­ra­micz­na plat­for­ma wi­do­ko­wa.

Wa­ver­ly nie po­tra­fi­ła­by zli­czyć, ile razy wi­dzia­ła na In­sta­gra­mie zdję­cia wy­ko­na­ne na szkla­nym ta­ra­sie bu­dyn­ku, któ­ry od­wie­dza­ła każ­de­go dnia. Na niej sa­mej już nie ro­bił ta­kie­go wra­że­nia jak jesz­cze dwa lata temu, kie­dy za­czę­ła pra­cę dla Mo­ore Lab.

Od­gar­nę­ła dło­nią ja­sne wło­sy, któ­re i tak bez­wied­nie opa­dły jej na oczy, po­pra­wi­ła opraw­ki pu­dro­wo­ró­żo­wych oku­la­rów, po czym wbi­ła wzrok w dwa duże ekra­ny przed sobą. Z tru­dem zmu­si­ła się, by sku­pić całą uwa­gę na tym, co mu­sia­ła zro­bić. Tego ran­ka nic nie szło po jej my­śli. Mia­ła ocho­tę ude­rzyć pię­ścią w ten cho­ler­ny mo­ni­tor i wyjść. Ko­cha­ła swo­ją pra­cę, lecz ta dziś do­pro­wa­dza­ła ją do sza­łu. Zro­bi­ła, co mu­sia­ła – stwo­rzy­ła bac­kup da­nych na dysk ze­wnętrz­ny oraz do chmu­ry, a po­tem jesz­cze prze­te­sto­wa­ła przy­wra­ca­nie da­nych z ko­pii za­pa­so­wej. Dziś swój jak­że bez­cen­ny czas po­świę­ca­ła sys­te­mo­wi kan­ce­la­rii Ste­phe­na Ro­otha. Czło­wie­ka, któ­re­go na­wet nie wi­dzia­ła na oczy.

Zie­wa­jąc, po­wró­ci­ła wspo­mnie­nia­mi do po­przed­niej nocy, kie­dy to do trze­ciej nad ra­nem po­chy­la­ła się przy ku­chen­nym sto­le nad do­ku­men­ta­cją od swo­je­go praw­ni­ka, Chri­sto­phe­ra, przy­go­to­wu­jąc się do ju­trzej­szej roz­pra­wy. Za każ­dym ra­zem, gdy o niej po­my­śla­ła, czu­ła, jak pa­ni­ka wdzie­ra się do jej umy­słu, a pal­ce ner­wo­wo drga­ją.

Mu­sia­ła wy­grać.

Dla nie­go.

Była już tak bli­sko…

Nie mo­gła po­zwo­lić so­bie na nie­spo­dzian­ki. Tego dnia mu­sia­ła sku­pić się na przy­go­to­wa­niu do roz­pra­wy, dla­te­go też za­miast zro­bić skan po­dat­no­ści stro­ny in­ter­ne­to­wej na atak hac­ker­ski, po­now­nie zer­k­nę­ła na stos do­ku­men­tów. Spraw­dzi­ła, czy wszyst­ko się zga­dza, czy dane kon­tak­to­we są ak­tu­al­ne i czy wszyst­kie źró­dła do­cho­du zo­sta­ły wy­szcze­gól­nio­ne.

Były.

Wes­tchnę­ła z ulgą. Pod­kre­śli­ła kwo­ty brzo­skwi­nio­wym za­kre­śla­czem, uśmie­cha­jąc się lek­ko. Było ele­ganc­ko, ale i czy­tel­nie.

Z pew­no­ścią sę­dzia weź­mie to pod uwa­gę.

Jed­nym sło­wem – pa­ni­ko­wa­ła. I to bar­dzo.

Nie mo­gła i nie chcia­ła od­pu­ścić, sko­ro na sza­li le­ża­ła przy­szłość jej młod­sze­go bra­ta, Mat­thew.

Gdy ich ro­dzi­ce zgi­nę­li w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym trzy lata wcze­śniej, Wa­ver­ly przy­się­gła przy ich gro­bie, że się nim zaj­mie. Mat­thew li­czył na nią, a ona li­czy­ła na to, że jesz­cze w tym ty­go­dniu bę­dzie mo­gła za­brać chło­pa­ka do ich wspól­ne­go domu. Tak bar­dzo za nim tę­sk­ni­ła. Nie wi­dzie­li się od trzech ty­go­dni. Był świet­nym dzie­cia­kiem i nie za­słu­żył, by miesz­kać w domu dziec­ka. Nikt na to nie za­słu­gi­wał, lecz on w szcze­gól­no­ści. Po­wi­nien od sa­me­go po­cząt­ku być z nią. Od mie­się­cy miesz­kać tam, gdzie spę­dził całe swo­je do­tych­cza­so­we ży­cie. Z kimś, kto go ko­cha i kto o nie­go za­dba.

Gdy­by nie sys­tem, z któ­rym Wa­ver­ly nie mia­ła szans, już daw­no temu by­li­by ra­zem.

Utknę­ła w gąsz­czu pro­ce­dur praw­nych. Mu­sia­ła po­za­my­kać roz­grze­ba­ne spra­wy, jak ta spad­ko­wa, i wy­ja­śnić z ban­kiem swo­ją sy­tu­ację fi­nan­so­wą, bo ta zmie­ni­ła się dia­me­tral­nie z dnia na dzień. Wraz ze śmier­cią ro­dzi­ców prócz domu Wa­ver­ly odzie­dzi­czy­ła po­kaź­ną hi­po­te­kę i dwa nie­spła­co­ne kre­dy­ty, któ­re za­cią­gnę­li kil­ka mie­się­cy wcze­śniej.

I choć pra­gnę­ła za­jąć się bra­tem od razu, do­sko­na­le wie­dzia­ła, że nikt przy zdro­wych zmy­słach nie przy­znał­by jej nad nim opie­ki, a już tym bar­dziej ża­den sąd. Jesz­cze ja­kiś czas temu Wa­ver­ly nie było na nic stać. Hi­po­te­ka, kosz­ty ży­cia, rata za sprzęt, a do­dat­ko­wo wy­dat­ki Mat­thew… Mu­sia­ła udo­wod­nić, że w ogó­le po­sia­da ja­kie­kol­wiek środ­ki fi­nan­so­we, dzię­ki któ­rym mo­gła go utrzy­mać.

Na szczę­ście nad­szedł dzień, gdy w koń­cu, po wie­lu mie­sią­cach, po licz­nych wnio­skach i pla­no­wa­niu roz­praw, mia­ła oka­zję wszyst­ko na­pra­wić. Wziąć na swo­je bar­ki opie­kę nad re­zo­lut­nym sie­dem­na­sto­lat­kiem, któ­re­go ko­cha­ła ca­łym ser­cem. I choć zda­wa­ła so­bie spra­wę, że bę­dzie cięż­ko, pra­gnę­ła to zro­bić. Z utę­sk­nie­niem, ale i pew­nym stre­sem ocze­ki­wa­ła ju­trzej­szej roz­pra­wy, na któ­rej sąd miał orzec, czy prze­ka­że jej opie­kę nad Mat­thew. Mu­siał to zro­bić, bo Wa­ver­ly nie wy­obra­ża­ła so­bie in­nej moż­li­wo­ści.

Wes­tchnę­ła cięż­ko i po­wró­ci­ła wzro­kiem do ekra­nu z prze­ska­ku­ją­cy­mi okien­ka­mi. Po­wie­ki jej drga­ły, a pal­ce sa­mo­wol­nie błą­ka­ły się po kla­wia­tu­rze, two­rząc nowe, sil­niej­sze ha­sła. Tego dnia nie my­śla­ła o tym, co robi. Pra­co­wa­ła jak na au­to­pi­lo­cie, zaj­mo­wa­ła się nie­mal tym sa­mym co każ­de­go dnia.

Jako in­ży­nier do spraw bez­pie­czeń­stwa IT w Mo­ore Lab od­po­wia­da­ła za ana­li­zę za­gro­żeń. Spraw­dza­ła za­bez­pie­cze­nia do­stę­pu, ochra­nia­ła sta­cje ro­bo­cze i ser­we­ry, choć naj­wię­cej cza­su spę­dza­ła nad szy­fro­wa­niem da­nych. Do jej obo­wiąz­ków na­le­ża­ło tak­że prze­pro­wa­dza­nie te­stów pe­ne­tra­cyj­nych. I choć to wła­śnie tym po­win­na się te­raz zaj­mo­wać, jej my­śli wę­dro­wa­ły wszę­dzie, tyl­ko nie tam, gdzie były po­trzeb­ne.

Dwa kwa­dran­se póź­niej wes­tchnę­ła po­ko­na­na. Ze­sztyw­nia­ły jej mię­śnie, a gło­wa pul­so­wa­ła bo­le­śnie, zwia­stu­jąc nad­cho­dzą­cą mi­gre­nę.

Ode­pchnę­ła się od biur­ka i wsta­ła z fo­te­la, roz­pro­sto­wu­jąc ko­ści. Chwy­ci­ła w dłoń pu­sty ku­bek i ru­szy­ła w kie­run­ku nie­wiel­kie­go po­miesz­cze­nia znaj­du­ją­ce­go się na koń­cu ko­ry­ta­rza, w któ­rym spo­ty­ka­li się wszy­scy pla­nu­ją­cy choć na mo­ment uchy­lić się od swo­ich obo­wiąz­ków. Mi­nę­ła grup­kę ro­ze­śmia­nych współ­pra­cow­ni­ków, po­sy­ła­jąc im coś na kształt pół­u­śmie­chu, a po­tem jej wzrok po­wę­dro­wał ni­żej, na brud­ną ko­szul­kę. Czu­ła, że na nią pa­trzą, i wie­dzia­ła że my­ślą te­raz o tym, jak nie­chluj­nie tego ran­ka wy­glą­da.

I co z tego?

Prze­wró­ci­ła osten­ta­cyj­nie ocza­mi, igno­ru­jąc wścib­skie spoj­rze­nia. Nikt z nich nie był dla niej na tyle waż­ny, by przej­mo­wa­ła się tym, co o niej są­dzą.

Gwał­tow­nie od­wró­ci­ła się do ze­bra­nych ple­ca­mi. Wy­płu­ka­ła ku­bek i chwy­ci­ła czy­sty, któ­ry pod­sta­wi­ła pod eks­pres. Z bo­le­snym uczu­ciem roz­cza­ro­wa­nia wła­snym ży­ciem na­ci­snę­ła przy­cisk na pa­ne­lu do­ty­ko­wym i za­cią­gnę­ła się wspa­nia­łym aro­ma­tem świe­żo zmie­lo­nej ara­bi­ki. Z wi­szą­cej po pra­wej stro­nie szaf­ki wy­cią­gnę­ła pacz­kę cia­stek Snic­ker­do­odles, któ­re pod­kra­dła w ze­szłym ty­go­dniu oty­łej Ka­ren z księ­go­wo­ści, i uło­ży­ła dwa na ma­łym por­ce­la­no­wym ta­le­rzy­ku przed sobą. Ko­bie­ta nie po­win­na ich jeść. A ona od­da­ła jej tyl­ko przy­słu­gę, dba­jąc o jej kru­che zdro­wie i fi­gu­rę.

Po­sta­wi­ła na ta­le­rzy­ku ku­bek z kawą, po czym w to­wa­rzy­stwie dziw­nych, nie­ko­niecz­nie dys­kret­nych spoj­rzeń po­wró­ci­ła do swo­je­go biur­ka.

Po­now­nie zer­k­nę­ła na ze­ga­rek, a na usta ci­snął się jej sze­reg py­tań.

Dla­cze­go czas tak wol­no pły­nie?

Dla­cze­go moje ży­cie jest nie­koń­czą­cym się cią­giem kom­pli­ka­cji?

Dla­cze­go nie może być pro­ściej?

Gdy w koń­cu wy­bi­ła tak bar­dzo wy­cze­ki­wa­na przez nią czwar­ta po po­łu­dniu, Wa­ver­ly po­de­rwa­ła się z miej­sca jak opa­rzo­na. Nie mi­nę­ła na­wet mi­nu­ta, a ona sta­ła już go­to­wa do wyj­ścia z ple­ca­kiem w dło­ni. Zi­gno­ro­wa­ła sto­ją­cy na biur­ku brud­ny ku­bek oraz ta­le­rzyk z okrusz­ka­mi cia­stek, obie­cu­jąc so­bie, że po­sprzą­ta ju­tro. Cho­ciaż nie – po­my­śla­ła. Ju­tro mia­ła prze­cież wol­ny dzień z uwa­gi na roz­pra­wę Mat­thew. No nic. Wzię­ła na­czy­nia i po­bie­gła do so­cjal­ne­go, przy oka­zji o mało nie po­tknę­ła się o koń­czy­ny Lan­do­na Kno­xa. Bru­net w lnia­nej ko­szu­li i czar­nych gar­ni­tu­ro­wych spodniach stał opar­ty o ścia­nę. Gdy się za­trzy­ma­ła tuż przed nim, do jej noz­drzy do­tarł cięż­ki, du­szą­cy za­pach jego per­fum wy­mie­sza­ny z wo­nią pa­pie­ro­sów, któ­re wi­docz­nie nie­daw­no pa­lił. Wzdry­gnę­ła się, czu­jąc tę pa­skud­ną mie­szan­kę.

Męż­czy­zna spoj­rzał na nią z uko­sa, a po­tem zje­chał wzro­kiem na jej ko­szul­kę oraz roz­czo­chra­ne wło­sy i po­słał jej pe­łen po­li­to­wa­nia uśmiech.

– Gdzie się tak spie­szysz, Wo­ods? – spy­tał lek­ko za­chryp­nię­tym gło­sem.

– A co? – prych­nę­ła.

– Nie po­tra­fisz od­po­wie­dzieć na pro­ste py­ta­nie? – Uniósł brew.

– Od kie­dy in­te­re­su­je cię moje ży­cie, Knox? – od­burk­nę­ła.

– Od­kąd pra­wie mnie sta­ra­no­wa­łaś, blon­di – za­kpił.

– Och. Wy­bacz, ksią­żę, ale się spie­szę. Nie mam cza­su na po­ga­dusz­ki. A już w szcze­gól­no­ści ta­kie, któ­re mnie nu­dzą – uprze­dzi­ła jego ko­lej­ne py­ta­nia. – Masz. Sko­ro ci się nu­dzi, to… włóż to do zmy­war­ki. Ja mu­szę le­cieć. – Wci­snę­ła w jego dło­nie brud­ny ku­bek i ta­lerz, po czym ucie­kła, za­nim zdą­żył za­pro­te­sto­wać.

– Hej! Wo­ods! Żar­ty so­bie ro­bisz? – wy­krzy­czał za nią. – Wra­caj tu!

– Bądź tak do­bry i prze­stań się drzeć, Knox – skar­ci­ła go Lo­ren, dziew­czy­na pra­cu­ją­ca w dzia­le ana­liz. Na co dzień od­po­wia­da­ła za ana­li­zę zło­śli­we­go opro­gra­mo­wa­nia. Była ma­łym ru­dym ge­niu­szem po­tra­fią­cym roz­ło­żyć każ­de­go wi­ru­sa na czę­ści pierw­sze. – Po pro­stu wstaw te brud­ne na­czy­nia i prze­stań się awan­tu­ro­wać.

– Baby.

– Jak masz ja­kiś pro­blem…

– A że­byś wie­dzia­ła, że mam…

– No to słu­cham. Wy­żal się. Śmia­ło… Chęt­nie po­słu­cham.

Wa­ver­ly nie do­sły­sza­ła dal­szej roz­mo­wy Lo­ren i Lan­do­na, gdyż opu­ści­ła po­kój so­cjal­ny, za­nim zdą­ży­li roz­krę­cić swo­ją co­ty­go­dnio­wą kłót­nię. Za każ­dym ra­zem koń­czy­ła się iden­tycz­nie – nie od­zy­wa­li się do sie­bie przez kil­ka ko­lej­nych dni tyl­ko po to, by po­tem roz­po­cząć swo­ją od­wiecz­ną słow­ną prze­py­chan­kę od po­cząt­ku.

Wa­ver­ly wró­ci­ła do biur­ka i wy­łą­czy­ła mo­ni­to­ry. Po­spiesz­nie chwy­ci­ła nie­wiel­ki skó­rza­ny ple­cak i prze­rzu­ci­ła go przez ra­mię. Upew­ni­ła się tyl­ko, że wło­ży­ła do nie­go klu­czy­ki od auta i domu oraz te­le­fon, po czym po­gna­ła w stro­nę ko­ry­ta­rza.

Wbie­gła do win­dy i zje­cha­ła na par­ter, a po­tem wy­pa­dła z bu­dyn­ku i skrę­ci­ła w bocz­ną ulicz­kę, gdzie tego dnia za­par­ko­wa­ła. Mi­nę­ła słyn­ny Ro­ose­velt Ho­tel przy 45th East Stre­et i przy­sta­nę­ła przed sta­rym, wy­słu­żo­nym au­tem. Wsu­nę­ła się na fo­tel Chry­sle­ra, prze­krę­ci­ła klu­czyk w sta­cyj­ce i wy­je­cha­ła z par­kin­gu. Włą­czy­ła się do ru­chu i po­pę­dzi­ła w kie­run­ku Qu­eens, naj­więk­szej dziel­ni­cy No­we­go Jor­ku, gdzie miesz­ka­ła od uro­dze­nia. Ro­dzi­ce ku­pi­li tam dom, gdy Wa­ver­ly mia­ła za­le­d­wie kil­ka mie­się­cy.

Zo­sta­wi­ła za sobą naj­wyż­sze dra­pa­cze chmur i wje­cha­ła na Most Qu­eens­bo­ro, któ­ry łą­czył jej ro­dzin­ną dziel­ni­cę z Man­hat­ta­nem, gdzie pra­co­wa­ła.

Spoj­rza­ła na ma­low­ni­czy kra­jo­braz East Ri­ver i wes­tchnę­ła ci­cho, jak­by z ulgą. Pod­krę­ci­ła le­cą­cą w ra­diu pio­sen­kę i nu­cąc, uśmiech­nę­ła się do swo­je­go od­bi­cia w bocz­nym lu­ster­ku. Dzię­ki temu, że zje­cha­ła gór­nym po­zio­mem wy­cho­dzą­cym wprost na 62nd Stre­et, unik­nę­ła tak zwa­ne­go kor­ko­we­go za prze­jazd płat­ną stre­fą w go­dzi­nach szczy­tu, a po­tem skie­ro­wa­ła się bez­po­śred­nio do cen­trum Qu­eens.

Kwa­drans póź­niej par­ko­wa­ła już przy 82nd Stre­et. Spoj­rza­ła zza szy­by na wy­słu­żo­ny bu­dy­nek z czer­wo­nej ce­gły, a wspo­mnie­nia szczę­śli­wych chwil, któ­re w nim spę­dzi­ła, za­la­ły jej umysł. Wspo­mnie­nia ide­al­nych mo­men­tów. Jej dzie­ciń­stwa, wcze­snej mło­do­ści i po­wro­tu do domu po stu­diach.

Z ple­ca­kiem w dło­ni za­trza­snę­ła po­obi­ja­ne drzwi sta­re­go Chry­sle­ra, któ­re­go zo­sta­wił po so­bie jej oj­ciec. Mimo że lata świet­no­ści miał już daw­no temu za sobą, Wa­ver­ly nie po­tra­fi­ła się go po­zbyć. Sta­no­wił dla niej war­tość sen­ty­men­tal­ną. Co chwi­lę na­pra­wia­ła sta­ry al­ter­na­tor, a i tak ani razu nie prze­szła jej przez gło­wę myśl, by sprze­dać wóz. Ko­cha­ła tego sza­re­go gru­cho­ta. Może dla­te­go, że czu­ła w nim obec­ność taty. Z For­da mamy, któ­rym ro­dzi­ce je­cha­li tam­te­go dnia, nic nie zo­sta­ło. Od razu zo­stał ze­zło­mo­wa­ny.

Wa­ver­ly zja­dła póź­ny obiad, wy­ką­pa­ła się, a resz­tę wie­czo­ru spę­dzi­ła na ka­na­pie, pró­bu­jąc od­go­nić od sie­bie stres. Ro­bi­ła wszyst­ko, by nie my­śleć o tym, co cze­ka ją na­za­jutrz. Roz­pra­wę sąd wy­zna­czył na dwu­na­stą, za­tem mia­ła spo­ro cza­su, by po­now­nie przej­rzeć do­ku­men­ta­cję i za­dzwo­nić do praw­ni­ka.

Po­pi­ja­ła go­rą­cą her­ba­tę, nu­cąc ci­cho. Chri­sto­pher uspo­ko­ił ją nie­co, mó­wiąc, że wy­gra­ną ma w gar­ści. Sąd przy­chy­li się do jej wnio­sku, bo nie było pod­staw, by go od­rzu­cić. Przy­naj­mniej teo­re­tycz­nie. Speł­nia­ła wszyst­kie nie­zbęd­ne wa­run­ki. Po­sia­da­ła dom, cie­szy­ła się nie­po­szla­ko­wa­ną opi­nią, mia­ła do­bre re­fe­ren­cje i pra­cę, dzię­ki któ­rej za­ra­bia­ła tyle, że star­cza­ło jej na opła­ce­nie ra­chun­ków, hi­po­te­ki i zo­sta­wa­ło jesz­cze tro­chę na inne wy­dat­ki.

Do łóż­ka tra­fi­ła chwi­lę przed je­de­na­stą. Nie było jej jed­nak dane po­spać zbyt dłu­go, gdyż rap­tem dwa kwa­dran­se póź­niej obu­dził ją dzwo­nek te­le­fo­nu. Od­ko­pa­ła w po­ście­li apa­rat, spoj­rza­ła na ekran i za­mar­ła na kil­ka se­kund.

Te­le­fo­no­wał Brad Cha­bert, jej bez­po­śred­ni zwierzch­nik.

Cho­le­ra.

To zde­cy­do­wa­nie nie wró­ży­ło ni­cze­go do­bre­go.

– Wa­ver­ly? – spy­tał, gdy ode­bra­ła.

– Tak.

– Śpisz?

– Pró­bo­wa­łam – od­par­ła zgod­nie z praw­dą. – Brad, coś się sta­ło?

– Masz pół go­dzi­ny, by zja­wić się w biu­rze – wark­nął do słu­chaw­ki.

– Co? Dla­cze­go? – Od­chrząk­nę­ła.

– Cze­go nie zro­zu­mia­łaś? – wy­sy­czał z iry­ta­cją.

– Ale…

– Nie in­te­re­su­je mnie, jak to zro­bisz, Wo­ods – prze­rwał jej.

– Po­wiesz mi, po co mam przy­je­chać? Nie wiem, czy je­steś świa­do­my, ale ju­tro mam wol­ne… – nie da­wa­ła za wy­gra­ną.

– Do­wiesz się na miej­scu. To nie za­ba­wa w przed­szko­le, a po­waż­na fir­ma. Dwa kwa­dran­se i ani mi­nu­ty wię­cej.

– Będę – wy­mam­ro­ta­ła po­spiesz­nie, po czym wy­sko­czy­ła z łóż­ka.

Wsu­nę­ła na cia­ło ko­szu­lę i ciem­ne dżin­sy. Ucze­sa­ła i wy­mo­de­lo­wa­ła na koń­ców­kach swo­je krót­kie blond wło­sy, a usta po­cią­gnę­ła błysz­czy­kiem. Łącz­nie za­ję­ło jej to ze dwie mi­nu­ty. Za­nim wy­bie­gła z domu, chwy­ci­ła le­żą­ce na sta­rej dę­bo­wej ko­mo­dzie klu­czy­ki. Przez całą dro­gę za­sta­na­wia­ła się, co mu­sia­ło się stać, że Brad zmu­szo­ny był we­zwać ją do fir­my o tak póź­nej po­rze, prak­tycz­nie w środ­ku nocy. Po­dob­na sy­tu­acja jesz­cze ni­g­dy się nie zda­rzy­ła, a prze­cież pra­co­wa­ła dla nich od dwóch lat.

Gdy od­bi­ła swo­ją kar­tę do­stę­pu i prze­kro­czy­ła próg Mo­ore Lab, do­cho­dzi­ła pół­noc.

– Brad… – urwa­ła, do­strze­ga­jąc cze­ka­ją­cych męż­czyzn. Spoj­rze­li na nią wy­mow­nie, lecz w ża­den spo­sób nie sko­men­to­wa­li jej obec­no­ści. Ski­nę­li jej tyl­ko gło­wa­mi i cze­ka­li na roz­wój wy­da­rzeń.

– Daj­cie nam chwi­lę – po­pro­sił Cha­bert.

Męż­czyź­ni znik­nę­li w sali kon­fe­ren­cyj­nej.

Brad oparł się o blat jej biur­ka i przy­mknął na mo­ment po­wie­ki. Sta­rał się ze­brać my­śli i prze­ka­zać wszyst­ko Wa­ver­ly w ja­kiś cy­wi­li­zo­wa­ny spo­sób.

– Coś się sta­ło? – spy­ta­ła. – Wy­tłu­macz mi…

– To chy­ba ty po­win­naś się te­raz tłu­ma­czyć, nie ja – wark­nął. Zmierz­wił ciem­ne wło­sy dło­nią i za­ci­snął na nich pal­ce. De­ner­wo­wał się, co było do nie­go nie­po­dob­ne. Wa­ver­ly zda­ła so­bie spra­wę, że ni­g­dy wcze­śniej nie wi­dzia­ła go tak nie­spo­koj­ne­go, a to tyl­ko ozna­cza­ło kło­po­ty. Stres po­wo­li za­czy­nał do­pa­dać i ją.

– Nie ro­zu­miem. – Zmarsz­czy­ła brwi, a jej ra­mio­na opa­dły. Nie mia­ła po­ję­cia, o co mu cho­dzi. I nie pla­no­wa­ła ba­wić się w zga­dy­wan­ki. Była na to zbyt zde­ner­wo­wa­na.

– Kwa­drans po osiem­na­stej ktoś wła­mał się do bazy kan­ce­la­rii Ste­phe­na Ro­otha – od­parł, po czym wes­tchnął. Przez cały ten czas ob­ser­wo­wał jej re­ak­cję.

Wa­ver­ly mia­ła wra­że­nie, że prze­sta­ła od­dy­chać. Bra­ła co­raz to płyt­sze wde­chy, a jej błę­kit­ne oczy za­szły mgłą.

– Co…? – wy­szep­ta­ła.

– Chy­ba nie mu­szę ci tłu­ma­czyć, w jaki spo­sób dzia­ła atak hac­ker­ski.

– Nie – za­prze­czy­ła. – Wiem, jak dzia­ła.

– Skra­dzio­no dane ak­tu­al­nie pro­wa­dzo­nych spraw oraz wy­ma­za­no fol­de­ry z ak­ta­mi z 2020 i 2022 roku.

– Jak to moż­li­we? Prze­cież dziś… – urwa­ła, prze­ły­ka­jąc ner­wo­wo śli­nę. Prze­cież dziś spraw­dzi­łam wszyst­ko – mia­ła już na koń­cu ję­zy­ka. Nie­ste­ty sło­wa te nie prze­szły jej przez gar­dło. Nie było sen­su kła­mać. Już i tak nie­wie­le by to zmie­ni­ło.

– Ju­tro rano Ro­oth ma roz­pra­wę, do któ­rej przy­go­to­wy­wał się mie­sią­ca­mi. Na dys­ku były wszyst­kie do­wo­dy gro­ma­dzo­ne przez Ste­phe­na przez ostat­nie trzy lata. To dość gło­śna spra­wa. Resz­tę sama so­bie do­po­wiedz. Je­steś in­te­li­gent­na.

– Chry­ste… – Wa­ver­ly po­tar­ła oczy dłoń­mi. – Ja…

– Wy­tłu­macz mi coś, bo nie ro­zu­miem…

Mil­cza­ła, czu­jąc na so­bie spoj­rze­nie zwierzch­ni­ka.

– Ja­kim cu­dem ktoś to zro­bił pod two­im no­sem? – spy­tał. – Z tego, co się orien­tu­ję, to wła­śnie ty od­po­wia­dasz za spraw­dze­nie za­pór i wszyst­kich za­bez­pie­czeń. Każ­de­go pier­do­lo­ne­go dnia. Przy­cho­dzisz do pra­cy i wszyst­ko spraw­dzasz. Dbasz, by nasi klien­ci mo­gli spo­koj­nie spać. A może się mylę?

– Nie. Nie my­lisz się. – Wa­ver­ly przy­mknę­ła po­wie­ki. Z jej pier­si wy­rwa­ło się je­dy­nie ci­che sap­nię­cie.

– Spraw­dzi­łaś to dziś? Wy­ko­na­łaś skan po­dat­no­ści? Nie do­sta­li­śmy ra­por­tu z te­stów, któ­ry po­win­naś wy­słać do szes­na­stej – kon­ty­nu­ował, nie cze­ka­jąc na jej wy­ja­śnie­nia.

– Bo… zro­bi­łam je tyl­ko czę­ścio­wo – od­par­ła zgod­nie z praw­dą.

– Słu­cham? – Zmarsz­czył brwi. – Jak to, kur­wa, „czę­ścio­wo”?

– Ale przed wyj­ściem prze­te­sto­wa­łam przy­wra­ca­nie da­nych z ko­pii za­pa­so­wej. Wszyst­ko dzia­ła­ło bez za­rzu­tu. – Pal­ce Wa­ver­ly ner­wo­wo błą­dzi­ły po kra­wę­dzi pa­ska to­reb­ki. Usta za­drża­ły jej lek­ko, ale sta­ra­ła się mó­wić spo­koj­nie. Prze­cież na­wet je­śli zro­bi­ła­by ten skan w ca­ło­ści, atak i tak mógł­by się udać. Je­śli ten, kto za nim stał, znał się na rze­czy…

– Jak wi­dać, to nie wy­star­czy­ło – prych­nął Brad. – Atak był ce­lo­wa­ny. Za­le­ża­ło im na kon­kret­nych fol­de­rach. Część po­zo­sta­ła nie­tknię­ta. Znik­nę­ły tyl­ko te naj­waż­niej­sze. We­dług ra­por­tu uru­cho­mi­łaś eks­plo­ity w try­bie ac­ti­ve.

Słu­cham?

Ja­kim cu­dem?

Prze­cież nie ma ta­kiej moż­li­wo­ści…

– Kur­wa.

– No kur­wa. – Wes­tchnął, ła­piąc się za na­sa­dę nosa. – Nie usu­nę­łaś pay­lo­adu, dzię­ki cze­mu po­zo­sta­ła luka, z któ­rej chęt­nie sko­rzy­stał nasz hac­ker. Już za­po­mnia­łaś spra­wę Equ­ifax z 20172?

Wa­ver­ly prze­łknę­ła z tru­dem. Do­sko­na­le wie­dzia­ła, o czym męż­czy­zna mó­wił. Była to naj­gło­śniej­sza ze spraw, o ja­kich sły­sza­ła. Mimo to nie po­zwo­li­ła so­bie na łzy.

– I co te­raz? – spy­ta­ła, choć chy­ba wo­la­ła­by nie wie­dzieć. Po­czu­ła, jak jej dło­nie drżą, a war­gi mi­mo­wol­nie się roz­chy­la­ją. Mia­ła pro­blem, by za­czerp­nąć po­wie­trza.

– Twój błąd kosz­to­wał fir­mę pięć mi­lio­nów do­la­rów. – Wa­ver­ly prze­łknę­ła gło­śno śli­nę. – Mi­ni­mum. Masz szczę­ście, że na­sze ubez­pie­cze­nie po­kry­je cał­ko­wi­cie tę kwo­tę – kon­ty­nu­ował Cha­bert. – Mu­si­my za­pła­cić karę za nie­wy­wią­za­nie się z po­wie­rzo­nej nam ochro­ny. Fir­ma po­nie­sie kon­se­kwen­cje praw­ne i fi­nan­so­we. Cze­ka nas praw­do­po­dob­nie wy­po­wie­dze­nie umo­wy świad­cze­nia usług dla kan­ce­la­rii Ro­otha. Wąt­pię, by chciał nas za­trud­niać po czymś ta­kim. Ja bym nie chciał. Błąd leży po na­szej stro­nie, co bez­sprzecz­nie wy­ni­ka z ra­por­tu. Jed­nym sło­wem, spier­do­li­łaś, Wa­ver­ly, i oso­bi­ście po­nie­siesz kon­se­kwen­cje – skwi­to­wał.

– Prze­cież ja tyl­ko… – urwa­ła, wi­dząc gro­my w oczach Cha­ber­ta.

Za­mil­kła od razu.

– Szef strasz­nie się wkur­wił. Już daw­no nie wi­dzia­łem go tak zi­ry­to­wa­ne­go. Spe­cjal­nie tu przy­je­chał, by oso­bi­ście ra­to­wać sy­tu­ację. Ste­phen Ro­oth chce po­zwać fir­mę. Bę­dzie nie­złe szam­bo. Je­śli ktoś się o tym do­wie, na­sze ak­cje po­le­cą w dół. Je­śli są­dzi­łaś, że ci się upie­cze, to…

– Ja­kie­go typu kon­se­kwen­cje mnie cze­ka­ją? – prze­rwa­ła mu na­gle. Do­my­śli­ła się, że Mo­ore nie po­zo­sta­wi tego bez od­po­wie­dzi. Py­ta­nie tyl­ko, jak do­tkli­wą karę otrzy­ma ona.

Obe­tnie jej pen­sję?

Po­zba­wi awan­su, o któ­ry się sta­ra­ła?

Tak… Z pew­no­ścią nie mia­ła już co li­czyć na wyż­sze sta­no­wi­sko…

Cho­le­ra.

– My­ślę, że już to wiesz – syk­nął Brad.

– Co wiem? – Wa­ver­ly unio­sła brew, przy­glą­da­jąc się męż­czyź­nie z nie­zro­zu­mie­niem. Nie mógł mó­wić wprost, za­miast ba­wić się w pie­przo­ne do­my­sły?

– To dla cie­bie. – Cha­bert wy­jął z kie­sze­ni bia­łą ko­per­tę i po­dał ją jej.

Po­wo­li wy­su­nę­ła ze środ­ka kart­kę i nie­mal za­krztu­si­ła się śli­ną. Za­ci­snę­ła pal­ce na ka­wał­ku pa­pie­ru i od­chrząk­nę­ła. Po­czu­ła, jak jej ser­ce za­czy­na wa­lić. Przez mo­ment pa­trzy­ła na roz­my­wa­ją­ce się li­te­ry. Do­pie­ro gdy do­tar­ło do niej zna­cze­nie po­szcze­gól­nych słów, wpa­dła w złość. Gniew, jaki za­wrzał w jej ży­łach, nie był do­brym do­rad­cą. Po­now­nie spoj­rza­ła na kart­kę i zmię­ła ją w pię­ści.

Wy­po­wie­dze­nie umo­wy o pra­cę ze skut­kiem na­tych­mia­sto­wym wraz z od­po­wied­nim wpi­sem do akt.

Co ta­kie­go?

Ale…

Nie.

Nie.

Nie.

Nie może…

Kur­wa.

Chry­ste.

Zwol­nił mnie.

Tak po pro­stu…

I to dys­cy­pli­nar­nie.

Jezu…

Nie wie­rzę.

I co ja te­raz zro­bię?

Po­trze­bu­ję tej pie­przo­nej pra­cy.

Bez niej ju­tro…

Wa­ver­ly za­gry­zła moc­no war­gę i na mo­ment ode­rwa­ła wzrok od kart­ki, któ­rą trzy­ma­ła w dło­ni.

– Jest te­raz w fir­mie? – spy­ta­ła, zry­wa­jąc się z miej­sca.

– Kto? – Cha­bert uniósł ciem­ną brew.

– Szef. De­xter Mo­ore – do­pre­cy­zo­wa­ła.

– Jest, ale…

Wa­ver­ly nie słu­cha­ła go już. Ru­szy­ła wprost do ga­bi­ne­tu pre­ze­sa. Wpi­sa­ła kod na pa­ne­lu win­dy i wje­cha­ła na sie­dem­dzie­sią­te czwar­te pię­tro. Mi­nę­ła prze­szklo­ne biu­ra i hol, a tak­że po­ko­je Chloe i Ga­brie­la, z któ­ry­mi naj­czę­ściej współ­pra­co­wa­ła w cią­gu mi­nio­ne­go roku. Wstyd się przy­znać, lecz De­xte­ra Mo­ore’a ni­g­dy nie po­zna­ła. Nie mia­ła po­ję­cia, jak męż­czy­zna wy­glą­da. Wie­dzia­ła tyl­ko, że znaj­dzie go w ga­bi­ne­cie. Sły­sza­ła już wcze­śniej plot­ki, że gdy przy­jeż­dżał do fir­my, za­szy­wał się w nim na wie­le go­dzin. Mo­gła się za­ło­żyć, że był już sta­ry i zmę­czo­ny pra­cą, dla­te­go tak czę­sto dzia­łał zdal­nie z domu. Do tej pory nie­spe­cjal­nie ją to in­te­re­so­wa­ło. Wo­la­ła sku­pić się na pra­cy niż trwo­nić czas na ana­li­zo­wa­nie do­my­słów biu­ro­wych plot­kar.

– Mogę? – spy­ta­ła, mi­ja­jąc sta­no­wi­sko Sary, asy­stent­ki pre­ze­sa. Na oko czter­dzie­sto­let­nia ko­bie­ta sie­dzia­ła wy­pro­sto­wa­na jak stru­na przy biur­ku, stu­ka­jąc czar­ny­mi szpil­ka­mi o mar­mu­ro­wą po­sadz­kę. Jej dłu­gie czer­wo­ne pa­znok­cie su­nę­ły po kla­wia­tu­rze, wzrok mia­ła wbi­ty w mo­ni­tor.

Wa­ver­ly nie zdzi­wi­ło, że i ją ścią­gnię­to do fir­my o tak nie­ludz­kiej po­rze. Da­wa­ło to jed­nak na­dzie­ję, że szef jesz­cze nie wy­szedł. Był to zde­cy­do­wa­nie do­bry znak.

Asy­stent­ka prze­chy­li­ła gło­wę w stro­nę Wa­ver­ly i spoj­rza­ła na nią, mru­żąc mio­do­we oczy.

– Spy­tam – oznaj­mi­ła. Za­rzu­ci­ła dłu­gie czar­ne wło­sy na ra­mię i pod­nio­sła się z fo­te­la. – Wa­ver­ly Wo­ods. No tak… – prze­czy­ta­ła wi­docz­ne na jej pla­kiet­ce dane i od­wró­ci­ła się. Po­de­szła do drzwi ga­bi­ne­tu i za­stu­ka­ła w nie.

Wa­ver­ly sta­ła nie­ru­cho­mo, opie­ra­jąc się lek­ko bio­drem o biur­ko Sary. Mia­ła wra­że­nie, że czas prze­stał pły­nąć. Przez mo­ment sły­sza­ła tyl­ko ci­che po­mru­ki, po­tem asy­stent­ka za­mknę­ła drzwi biu­ra i po­de­szła do niej wol­nym kro­kiem. W ogó­le się nie spie­szy­ła. Jak wi­dać, jako je­dy­na mia­ła tej nocy czas. Wa­ver­ly do­strze­gła na jej twa­rzy le­d­wo wi­docz­ny gry­mas. Sara ro­zej­rza­ła się do­oko­ła, upew­nia­jąc się, że nikt prócz Wa­ver­ly jej nie sły­szy, po czym po­wie­dzia­ła, ści­sza­jąc głos:

– Pan Mo­ore pani nie przyj­mie.

– Słu­cham? – Wa­ver­ly za­mru­ga­ła nie­spo­koj­nie. Do­pie­ro po chwi­li do­tar­ło do niej, co usły­sza­ła.

– Pre­zes Mo­ore stwier­dził, że nie wi­dzi sen­su roz­mo­wy z pa­nią. Pod­jął nie­odwo­łal­ną de­cy­zję i po­win­na pani być wdzięcz­na, że nie ma cza­su ani ocho­ty na włó­cze­nie się po są­dach. W prze­ciw­nym ra­zie otrzy­ma­ła­by pani po­zew na kwo­tę bę­dą­cą rów­no­war­to­ścią kary, jaką fir­ma musi za­pła­cić za tę… hmm… ra­żą­cą nie­kom­pe­ten­cję.

– Pro­szę mnie wpu­ścić. – Wa­ver­ly nie od­pusz­cza­ła. Zro­bi­ła krok do przo­du, lecz wte­dy po­czu­ła de­li­kat­ny uścisk na ra­mie­niu. Miał być dla niej ostrze­że­niem. – Mu­szę mu wszyst­ko wy­ja­śnić! Prze­cież…

– Dla pani do­bra ra­dzę prze­stać krzy­czeć i wró­cić do domu. – Sara wy­glą­da­ła na szcze­rą, gdy to mó­wi­ła. – Pre­zes jest w ta­kim sta­nie, że nie rę­czę za nie­go. Już daw­no nie wi­dzia­łam go tak wście­kłe­go. Oba­wiam się, że speł­nił­by każ­dą z gróźb. Może le­piej bę­dzie przy­jąć to, co za­ofe­ro­wał. To i tak do­bro­dusz­ne z jego stro­ny…

– Jak mam się zgo­dzić na dys­cy­pli­nar­kę z wpi­sem do akt?! – grzmia­ła. – Chy­ba jest cho­ry psy­chicz­nie, je­śli są­dzi, że…

– Wa­ver­ly – prze­rwa­ła jej Sara i unio­sła pa­lec. Mu­snę­ła nim jej war­gi, na co Wa­ver­ly za­drża­ła. – Wra­caj do domu. Je­śli wej­dziesz tam bez jego zgo­dy, będę zmu­szo­na we­zwać ochro­nę. Na­praw­dę tego chcesz? Mało ci jesz­cze kło­po­tów? Nie do­kła­daj so­bie ich wię­cej. Nie po­gar­szaj tej nie­kom­for­to­wej dla każ­dej ze stron sy­tu­acji.

Wa­ver­ly zro­bi­ła krok w tył i przyj­rza­ła się asy­stent­ce. Do­pie­ro te­raz za­czy­na­ło do niej do­cie­rać zna­cze­nie słów Sary. Tyle tyl­ko, że gdy od­pu­ści, może po­że­gnać się z ka­rie­rą na po­dob­nym sta­no­wi­sku. Wpis do akt od sa­me­go pre­ze­sa Mo­ore Lab był jak pie­przo­ny wy­rok śmier­ci. Rów­nie do­brze mo­gła za­cząć skła­dać CV do firm sprzą­ta­ją­cych biu­row­ce. Z po­dob­ną hi­sto­rią za­trud­nie­nia nie za­ofe­ru­ją jej ni­cze­go in­ne­go.

Je­stem skoń­czo­na.

Prze­cież to był tyl­ko je­den dzień.

Jed­no nie­do­pa­trze­nie, a to na­wet nie błąd.

Nie mo­gła uwie­rzyć w to, co się dzia­ło. Sta­ła nie­ru­cho­mo, a jej klat­ka pier­sio­wa uno­si­ła się i opa­da­ła. Po­ły­ka­ła ner­wo­wo po­wie­trze i jesz­cze przez dłuż­szy czas wpa­try­wa­ła się w drzwi ga­bi­ne­tu De­xte­ra Mo­ore’a.

Na­wet do niej nie wy­szedł.

Nie miał jaj, by zmie­rzyć się z nią oso­bi­ście.

Jesz­cze nikt nie po­trak­to­wał Wa­ver­ly Wo­ods w ten spo­sób.

Jak rzecz, któ­ra się ze­psu­ła i któ­rej nie war­to na­pra­wiać, lecz na­le­ży od razu wy­rzu­cić do śmiet­ni­ka.

Nie chciał jej wy­słu­chać, umoż­li­wić przed­sta­wie­nia dru­giej wer­sji wy­da­rzeń. Jej wer­sji. Wy­tłu­ma­czy­ła­by mu prze­cież, dla­cze­go tak się sta­ło. Po­wie­dzia­ła­by, że ona rów­nież ma do­bre ubez­pie­cze­nie, któ­re po­kry­je wszel­kie stra­ty, że sama po­nie­sie kon­se­kwen­cje fi­nan­so­we i prze­pro­si, a tak­że po­roz­ma­wia z Ro­othem i prze­ko­na go, by od nich nie od­cho­dził. Chcia­ła wziąć na sie­bie wszyst­ko i zro­bi­ła­by to tyl­ko po to, by za­cho­wać sta­no­wi­sko. Mo­gła­by na­wet zgo­dzić się na de­gra­da­cję, choć i tak zaj­mo­wa­ła jed­no z niż­szych sta­no­wisk w fir­mie.

Po­trze­bo­wa­ła tej pra­cy.

Tak bar­dzo jej te­raz po­trze­bo­wa­ła.

Bez niej wszyst­ko le­gło w gru­zach.

Szef jed­nak po­sta­wił na niej krzy­żyk, już za­nim do­tar­ła do biu­ra. I co­kol­wiek by nie po­wie­dzia­ła, nie mia­ło to dla nie­go zna­cze­nia.

Od­wró­ci­ła się i ode­szła. Zo­sta­wi­ła na biur­ku iden­ty­fi­ka­tor. Do ko­per­ty, któ­rą wcze­śniej wci­snął w jej dłoń Brad Cha­bert, wsu­nę­ła za­pi­sa­ną od­ręcz­nie kart­kę i za­kle­iła. Za­adre­so­wa­ła i rzu­ci­ła ją ze zło­ścią na blat.

Wy­szła z biu­ra z na­dzie­ją, że not­ka nie wpad­nie w nie­po­wo­ła­ne ręce i De­xter Mo­ore otrzy­ma ją już wkrót­ce.

Wy­bie­gła z wie­żow­ca, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

Do domu wró­ci­ła go­dzi­nę póź­niej, bo jesz­cze przez dłu­gi czas krą­ży­ła po pu­stych uli­cach Qu­eens, pró­bu­jąc uspo­ko­ić sko­ła­ta­ne ner­wy. Wie­dzia­ła, że z kon­se­kwen­cja­mi przyj­dzie jej się zmie­rzyć ko­lej­ne­go dnia.

------------------------------------------------------------------------

1.

1 Hi­sto­ria na­zy­wa­nia No­we­go Jor­ku jako The Big Ap­ple się­ga po­cząt­ku XX wie­ku. W la­tach 20. za­czął ją sto­so­wać John J. Fit­zge­rald, dzien­ni­karz spor­to­wy „New York Mor­ning Te­le­graph”. Uży­wał tego okre­śle­nia jako me­ta­fo­ry na­gro­dy – naj­lep­sze­go miej­sca do wy­ści­gów. Jabł­ko było sym­bo­lem ku­szą­ce­go, atrak­cyj­ne­go, du­że­go i peł­ne­go moż­li­wo­ści mia­sta, w któ­rym speł­nia­ły się naj­skryt­sze ma­rze­nia wie­lu mu­zy­ków, przed­się­bior­ców i ar­ty­stów. Na cześć Fit­zge­ral­da mia­sto Nowy Jork sfi­nan­so­wa­ło mu nowy na­gro­bek na cmen­ta­rzu w Qu­eens z ta­blicz­ką, że to on jest twór­cą słyn­ne­go okre­śle­nia.

2.

2 Equ­ifax to jed­na z naj­więk­szych firm zaj­mu­ją­cych się oce­ną zdol­no­ści kre­dy­to­wej (tuż obok Trans­U­nion i Expe­rian). W 2017 roku hac­ke­rzy wy­ko­rzy­sta­li eks­plo­it w try­bie ak­tyw­nym, po czym wła­ma­li się do sys­te­mu i ukra­dli dane oso­bo­we, nu­me­ry ubez­pie­cze­nia spo­łecz­ne­go, daty uro­dze­nia i ad­re­sy 147 mi­lio­nów osób, co sta­no­wi­ło po­ło­wę po­pu­la­cji USA. Przez 76 dni ata­ku­ją­cy prze­by­wa­li w sie­ci Equ­ifax bez wy­kry­cia. Kon­se­kwen­cje fi­nan­so­we opie­wa­ły na kwo­tę po­nad 700 mi­lio­nów do­la­rów.ROZDZIAŁ 2

Pogrzeb

12 go­dzin wcze­śniej

Odzia­ny w czerń wy­so­ki męż­czy­zna po­chy­lił się po raz ostat­ni nad roz­ko­pa­nym gro­bem. Jego sto­py to­nę­ły w mo­rzu bia­łych kwia­tów. Spoj­rzał na drew­nia­ną ta­blicz­kę i po­słał w jej stro­nę krzy­wy uśmiech. Ile by dał, by jego oj­ciec był tu te­raz z nim. Nie­ste­ty nie po­tra­fił cof­nąć cza­su, a tym bar­dziej przy­wró­cić mu ży­cia. Był zdol­nym czło­wie­kiem, lecz wskrze­sza­nie aku­rat nie na­le­ża­ło do jego umie­jęt­no­ści.

De­xter po­pra­wił czar­ny kra­wat, któ­ry prze­krzy­wił się, gdy się po­chy­lał, i zro­bił krok w tył. Po­czuł obec­ność przy­ja­ciół, któ­ra do­da­wa­ła mu otu­chy tego po­nu­re­go dnia. I choć słoń­ce w koń­cu przedar­ło się przez war­stwę chmur, a ra­nek był pięk­ny, na­strój De­xte­ra po­zo­sta­wiał wie­le do ży­cze­nia.

Peł­nym smut­ku gło­sem po­dzię­ko­wał bli­skim za ich obec­ność i za­pro­sił na sty­pę. Po­dą­żał w ci­szy za zgro­ma­dzo­ny­mi go­ść­mi. Do­pie­ro przy au­cie do­strzegł Ric­car­da i Bru­na, któ­rzy wspie­ra­li go w tym przy­krym obo­wiąz­ku, ja­kim było po­cho­wa­nie ojca.

I choć nie łą­czy­ły ich wię­zy krwi, Mo­ore wie­dział, że męż­czyź­ni sko­czy­li­by za nim w ogień. Co zresz­tą udo­wad­nia­li mu każ­de­go dnia. A on od­wdzię­czał się tym sa­mym. Zro­bił­by dla nich wszyst­ko. Ochro­nił­by ich wła­sną pier­sią. Ric­car­do i Bru­no byli jak bra­cia, któ­rych ni­g­dy nie miał. Sta­li mu się bliż­si niż wła­sny oj­ciec, któ­ry pod ko­niec ży­cia nie chciał z nim zbyt­nio roz­ma­wiać. Od mie­się­cy mi­ja­li się i ża­den nie pla­no­wał do dru­gie­go na­wet za­dzwo­nić. O śmier­ci taty De­xter do­wie­dział się od zna­jo­me­go ko­mi­sa­rza, któ­ry za­te­le­fo­no­wał do nie­go tego dnia. Mil­ton Mo­ore zo­stał od­na­le­zio­ny w swo­jej no­wo­jor­skiej wil­li. Le­żał w łóż­ku do mo­men­tu, aż któ­re­goś ran­ka sprzą­tacz­ka od­na­la­zła jego zwło­ki. Wy­nik sek­cji wy­klu­czył udział osób trze­cich. Ra­port wy­ka­zał, że w mó­zgu Mil­to­na Mo­ore’a rósł tęt­niak, któ­ry w koń­cu pękł, gdy ten za­padł w sen. Roz­wi­jał się bez­ob­ja­wo­wo przez wie­le lat, aż w koń­cu stał się przy­czy­ną jego śmier­ci.

***

Gdy dzień chy­lił się ku koń­co­wi, zmę­czo­ny i roz­draż­nio­ny De­xter wpa­ko­wał się za kie­row­ni­cę swo­je­go czar­ne­go Do­dge’a Char­ge­ra, któ­ry przy­wo­dził na myśl słyn­ne fil­my ak­cji. Po­nie­kąd jego fa­scy­na­cja roz­po­czę­ła się wła­śnie od nich i Do­mi­ni­ca To­ret­to, któ­ry jeź­dził wer­sją z dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­te­go, nie­co bar­dziej zmo­dy­fi­ko­wa­ną, z cha­rak­te­ry­stycz­ny­mi fel­ga­mi i spor­to­wym tu­ne­lem. Ale De­xter tego nie po­trze­bo­wał. Ku­pił od­po­wied­nik pro­sto z sa­lo­nu z im­po­nu­ją­cą mocą po­nad sied­miu­set koni me­cha­nicz­nych w wer­sji SRT Hel­l­cat.

Gdy od­pa­lił sil­nik, prócz przy­jem­ne­go dla uszu mru­cze­nia w au­cie roz­brzmia­ły tak­że nuty jego ulu­bio­nej skła­dan­ki. Nie­co mrocz­nej i kli­ma­tycz­nej, spo­koj­nej jak on sam. Pie­ści­ły jego zmy­sły, czę­ścio­wo od­ga­nia­jąc ból po stra­cie ojca.

– Jesz­cze tyl­ko chwi­la szop­ki i bę­dzie po wszyst­kim – po­wta­rzał so­bie, pusz­cza­jąc pio­sen­kę w za­pę­tle­niu.

Mu­siał po­ja­wić się na mo­ment na sty­pie, nim w koń­cu bę­dzie mógł za­koń­czyć ten trud­ny etap i wró­cić do swo­je­go pu­ste­go, ci­che­go domu.

***

Wie­dział, że nie po­wi­nien pić, a mimo to umo­czył usta w al­ko­ho­lu. Le­d­wo co, a jed­nak. Po­trze­bo­wał cho­ciaż ja­kiejś imi­ta­cji jego sma­ku. Oparł umię­śnio­ne przed­ra­mio­na o kon­tu­ar baru i zli­zał po­zo­sta­łość whi­sky z warg. Za­nim ko­go­kol­wiek usły­szał, po­czuł klep­nię­cie w ra­mię. Skrzy­wił się lek­ko i uniósł wzrok. Spoj­rzał w czar­ne jak wę­giel oczy, uśmie­cha­jąc się lek­ko.

– Jak się trzy­masz? – Ric­car­do przy­siadł na stoł­ku tuż obok nie­go.

Jego naj­lep­szy przy­ja­ciel był wy­so­ki i po­tęż­ny, pra­wie dzie­sięć cen­ty­me­trów wyż­szy od nie­go. Mie­rzył po­nad dwa me­try i gdzie­kol­wiek się nie po­ja­wiał, za­wsze roz­ta­czał do­oko­ła aurę ta­jem­ni­cy i cho­ler­ne­go nie­bez­pie­czeń­stwa. Lu­dzie drże­li na samą myśl o tym, że na nich spo­glą­da.

Ina­czej było z Vi­ta­lim, któ­ry prze­cze­sał dło­nią wło­sy w od­cie­niach ciem­ne­go blon­du i po­słał w jego stro­nę cie­pły, po­ro­zu­mie­waw­czy uśmiech. Przy­po­mi­nał ra­czej an­giel­skie­go lor­da, chłop­ca z wyż­szych sfer niż pra­wą rękę sze­fa no­wo­jor­skiej ma­fii. Roz­siadł się po jego le­wej stro­nie. W szy­tym na mia­rę gra­fi­to­wym gar­ni­tu­rze w prąż­ki wy­glą­dał tego wie­czo­ru jak żyw­cem wy­ję­ty z okład­ki mo­do­we­go ma­ga­zy­nu. Za­mó­wił wód­kę z lo­dem, a gdy bar­man po­dał mu szklan­kę, po­dzię­ko­wał ski­nie­niem gło­wy.

– Ja­koś – od­burk­nął Mo­ore. – Nie za cie­ka­wie, je­śli mam być szcze­ry. Nie prze­pa­da­łem za nim, ale mia­łem tyl­ko jego. Te­raz zo­sta­łem kom­plet­nie sam.

– To zro­zu­mia­łe. Stra­ci­łeś ojca. To ra­czej nie po­wód do ra­do­ści – za­uwa­żył Ric­car­do.

– Po­wiedz­my… Na­wet nie wiem, dla­cze­go jest mi przy­kro. Nie mie­li­śmy zbyt do­brych kon­tak­tów.

– Bo obaj ży­li­ście swo­imi fir­ma­mi – wtrą­cił Bru­no.

– Wszy­scy go lu­bi­li – przy­znał Mar­chet­ti. – Choć w su­mie to nie wiem dla­cze­go. Był z nie­go ka­wał chu­ja.

– Szko­da tyl­ko, że dzi­siaj tego nie oka­zu­ją. Nie ma tu żad­ne­go z jego przy­ja­ciół. Cie­ka­we dla­cze­go… – wy­sa­pał De­xter.

– W ta­kich sy­tu­acjach wi­dać, kto był praw­dzi­wym przy­ja­cie­lem, a kto to­le­ro­wał go tyl­ko ze wzglę­du na jego pie­nią­dze. W tym przy­pad­ku jed­nak wy­gra­ło to dru­gie.

– Za­wsze tak jest – za­uwa­żył Bru­no. – Kasa przy­cią­ga przy­jaź­nie. Póź­niej się oka­zu­je, że to tyl­ko mrzon­ki. A w szcze­gól­no­ści przy­cią­ga la­ski. Dla­te­go ni­g­dy nie po­ka­zuj tego, ile masz kasy – po­le­cił, wbi­ja­jąc w ra­mię De­xte­ra pa­lec wska­zu­ją­cy. – Je­śli taka do­wie się, że je­steś mi­liar­de­rem, masz prze­je­ba­ne.

– Wi­dzia­łeś te bab­ki, któ­re na nas spo­glą­da­ją? Te w rogu? – mruk­nął Mar­chet­ti i skrzy­wił się lek­ko. Sta­le ko­goś ob­ser­wo­wał, we­szło mu to już w na­wyk.

– Taa. – De­xter po­słał mu pe­łen po­li­to­wa­nia uśmiech. – Szko­da ga­dać.

– Kto to? – spy­tał za­cie­ka­wio­ny jego re­ak­cją Bru­no.

– Ta ruda to ko­chan­ka ojca – stwier­dził bez­na­mięt­nym to­nem. – Ma­di­son Gre­en. A te obok to jej sio­stra i ku­zyn­ka. Nie wiem, dla­cze­go dziś tu przy­szły. To zwy­kła dziw­ka, z któ­rą kie­dyś oj­ciec zdra­dzał mat­kę. Pew­nie li­czy na spa­dek.

– Twój oj­ciec miał ko­chan­kę? – Ric­car­do był wy­raź­nie za­sko­czo­ny jego sło­wa­mi. – Ni­g­dy o niej nie wspo­mi­na­łeś.

– To ra­czej nie te­mat do dumy.

– Ale przy­naj­mniej cie­ka­wy – za­kpił Vi­ta­li.

– Cho­ciaż tyle.

– Za­sta­na­wiam się, ile jesz­cze cie­ka­wych smacz­ków z jego ży­cia wyj­dzie po la­tach.

– Pew­nie cał­kiem spo­ro.

– Nie zdzi­wił­bym się.

– Ta­kie ży­cie – mruk­nął Bru­no.

– Jego praw­nik już się od­zy­wał? – Ric­car­do upił łyk whi­sky, a po­tem po­wró­cił wzro­kiem do przy­ja­cie­la.

– Tak. W pią­tek od­czy­ta­nie te­sta­men­tu – jęk­nął Mo­ore. – Nie mam ocho­ty tam być. Na­wet nie wiem, po co zgo­dzi­łem się na tę szop­kę. I tak do­sta­nę wszyst­ko, co miał…

– Skąd wiesz?

– Se­rio? – Bru­no uniósł brew.

– Kil­ka mie­się­cy przed śmier­cią wspo­mniał o tym pod­czas krót­kiej roz­mo­wy. Je­śli nic się nie zmie­ni­ło, je­stem jego je­dy­nym spad­ko­bier­cą – wy­ja­śnił mar­kot­nym to­nem.

– To chy­ba do­bra in­for­ma­cja?

– Nie cie­szysz się? – spy­tał Vi­ta­li.

– Mam tyle swo­jej kasy, że nie zdo­łam jej wy­dać do śmier­ci. A te­raz jesz­cze będę mu­siał za­jąć się nie­ru­cho­mo­ścia­mi ojca i fir­mą. Same kło­po­ty. Nie chcę ich. Wolę to, na co sam za­pra­co­wa­łem. Nie po­trze­bu­ję jego ak­ty­wów.

– W ra­zie cze­go masz nas. Po­mo­że­my – stwier­dził Ric­car­do.

– Ja­sne. Jak coś, to za­wsze mogę za­opie­ko­wać się jed­ną z nie­ru­cho­mo­ści – za­żar­to­wał Vi­ta­li.

– Z pew­no­ścią.

– Nie po­wie­rzył­bym ci żad­nych nie­ru­cho­mo­ści – wtrą­cił Ric­car­do. – Każ­dą jed­ną do­pro­wa­dzisz do ru­iny.

– Bar­dzo, kur­wa, za­baw­ne.

De­xter mruk­nął coś i przy­mknął na mo­ment po­wie­ki. Uwiel­biał ich kon­wer­sa­cje i prze­ko­ma­rza­nia, lecz w tym mo­men­cie pra­gnął znik­nąć. Wsiąść do auta i wró­cić do swo­je­go domu w le­sie.

– Mam ocho­tę stąd iść – jęk­nął. – Czu­ję się jak mał­pa w zoo. Wszy­scy się na mnie ga­pią.

– Je­śli chcesz, mo­że­my się za­wi­nąć… Je­chać gdzieś, gdzie…

Wy­po­wiedź Bru­na prze­rwał gło­śny dźwięk te­le­fo­nu Mo­ore’a. Szyb­ko wy­su­nął apa­rat z kie­sze­ni i zer­k­nął na ekran. Igno­ru­jąc kar­cą­cy wzrok po­zo­sta­łych go­ści, ode­brał po­łą­cze­nie. Miał gdzieś to, co so­bie o nim po­my­ślą.

– Mamy pro­blem – usły­szał. Brad Cha­bert, szef dzia­łu cy­ber­bez­pie­czeń­stwa w jego fir­mie, brzmiał na zde­ner­wo­wa­ne­go.

– Nie mo­żesz po­cze­kać z tym do ju­tra? – Od­chrząk­nął. Nie za bar­dzo miał ocho­tę w ta­kiej chwi­li na dra­ma­ty zwią­za­ne z fir­mą. Prze­tarł dło­nią oczy, cze­ka­jąc na wy­ja­śnie­nia swo­je­go bez­po­śred­nie­go pod­wład­ne­go.

– No wła­śnie nie bar­dzo.

– Co tym ra­zem? – wark­nął, czu­jąc, jak gniew po­wo­li za­czy­na roz­py­chać jego żyły.

– Do­szło do ata­ku…

Nie mu­siał mó­wić nic wię­cej.

Brad pró­bo­wał mu w skró­cie wy­tłu­ma­czyć, co się sta­ło, lecz De­xter już go nie słu­chał. Wy­star­czy­ło, by wspo­mniał o kra­dzie­ży da­nych jed­nej z naj­więk­szych kan­ce­la­rii ad­wo­kac­kich w No­wym Jor­ku.

– Będę za chwi­lę – prze­rwał De­xter męż­czyź­nie i po­de­rwał się z miej­sca.

Po­że­gnał przy­ja­ciół i wsiadł do auta, by kwa­drans póź­niej po­ja­wić się na rogu 42nd Stre­et i Van­der­bilt Ave­nue, przed prze­szklo­nym bu­dyn­kiem no­wo­jor­skiej sie­dzi­by Mo­ore Lab. Za­par­ko­wał na swo­im miej­scu, po­pra­wił poły czar­nej ma­ry­nar­ki i wszedł do bu­dyn­ku, ki­wa­jąc gło­wą w stro­nę ochro­ny.

Za­po­wia­dał się cięż­ki wie­czór.

De­xter miał tyl­ko na­dzie­ję, że uda mu się ogar­nąć ja­koś ten baj­zel.

***

– Nie mogę uwie­rzyć, że to spie­przy­li­ście. Pod­sta­wo­wą, kur­wa, tak dzie­cin­ną rzecz. Prze­cież to są je­ba­ne pod­sta­wy! Nic skom­pli­ko­wa­ne­go! Więc ja­kim… ja­kim cu­dem zo­sta­wi­li­ście furt­kę? No, kur­wa, ja­kim!? – grzmiał, za­ci­ska­jąc pal­ce na ra­por­cie, któ­ry przed sobą miał. Był tak bar­dzo zły, a jego smęt­ny na­strój do­dat­ko­wo tyl­ko po­głę­bił wy­buch zło­ści.

Brad mil­czał. Tak samo jak czte­rech po­zo­sta­łych sze­fów dzia­łów, któ­rych do sie­bie we­zwał. Sta­li i spo­glą­da­li na nie­go z pew­ną oba­wą o swo­je stoł­ki. I do­brze. Za­słu­ży­li, by ich wy­je­bał na bruk. I ten, kto do­pu­ścił się tak ra­żą­ce­go błę­du, z pew­no­ścią po­nie­sie kon­se­kwen­cje. De­xter był tego pe­wien. Sko­ro już Cha­bert ścią­gnął go tu z po­grze­bu ojca, za­mie­rzał te­raz zro­bić po­rzą­dek.

– Ste­phen Ro­oth pla­nu­je po­zwać Mo­ore Lab – po­in­for­mo­wał zgro­ma­dzo­nych.

– Co?

– Ale…

A czy to tak dziw­ne? – po­my­ślał. Na jego miej­scu z pew­no­ścią zro­bił­by tak samo.

– Prze­cież…

– A w ogó­le może? – spy­tał sto­ją­cy obok Cha­ber­ta bru­net.

– Oczy­wi­ście, że może. A w czym tu wi­dzisz pro­blem? – wark­nął Mo­ore, spo­glą­da­jąc z roz­cza­ro­wa­niem na Phi­lip­pa Crow­neya, sze­fa dzia­łu Bu­si­ness In­tel­li­gen­ce, zaj­mu­ją­ce­go się zbie­ra­niem i ana­li­zą da­nych. Był cho­ler­nie in­te­li­gent­ny, ale, jak wi­dać, ota­cza­ją­cej ich rze­czy­wi­sto­ści nie ogar­niał.

– Wyjdź­cie. Mu­szę za­dzwo­nić do Ro­otha i ogar­nąć ja­koś ten baj­zel – za­żą­dał.

Męż­czyź­ni nie dys­ku­to­wa­li. Od­da­li­li się po­spiesz­nie. Tyl­ko Cha­bert po­zwo­lił so­bie na to, by po­zo­stać w ga­bi­ne­cie De­xte­ra. Pod­szedł do jego biur­ka i oparł dło­nie o szkla­ny blat.

– Któ­ry z pra­cow­ni­ków był od­po­wie­dzial­ny za spra­wy bez­pie­czeń­stwa kan­ce­la­rii Ro­otha? – spy­tał z iry­ta­cją Mo­ore.

– Jed­na taka mło­da… Niby in­ży­nier do spraw bez­pie­czeń­stwa, a po­peł­nia pod­sta­wo­we błę­dy.

– Od jak daw­na tu pra­cu­je? – spy­tał, choć w su­mie nie­wie­le go to in­te­re­so­wa­ło. Już nie­ba­wem nie bę­dzie to jego spra­wą.

– Za­czę­ła od razu po stu­diach. Może ja­kieś dwa lata – od­parł Cha­bert. – Do tej pory nie było z nią pro­ble­mów.

– Na pew­no?

– Tak. Była moją bez­po­śred­nią pod­wład­ną. Mło­da, zdol­na, pra­co­wi­ta.

Mo­ore prze­wró­cił ocza­mi, wy­kli­na­jąc pra­cow­ni­cę pod no­sem, a po­tem wró­cił spoj­rze­niem do ra­por­tu. Czym były dwa lata pra­cy w po­rów­na­niu z kil­ku­na­sto­ma la­ta­mi jego do­świad­cze­nia? Sam ni­g­dy nie po­peł­nił­by tak dzie­cin­ne­go błę­du. Na­wet w środ­ku nocy, wy­bu­dzo­ny ze snu, po­tra­fił­by to ogar­nąć. Jak wi­dać, za­trud­nił ko­goś, kto temu nie spro­stał.

– I to wła­śnie jest ar­gu­ment za tym, by nie za­trud­niać tak mło­dych osób – stwier­dził.

Cha­bert w od­po­wie­dzi mruk­nął coś nie­skład­nie, lecz De­xter już włą­czył te­le­fon i zi­gno­ro­wał swo­je­go roz­mów­cę. Wy­stu­kał wia­do­mość do Vi­ta­lie­go, któ­ry po raz ko­lej­ny py­tał, czy wszyst­ko gra. Ra­zem z Ric­car­dem zmar­twi­li się, bo tak szyb­ko opu­ścił sty­pę. Do­my­śli­li się, że to, co wy­da­rzy­ło się w fir­mie, mu­sia­ło być waż­ne. Cho­ler­nie waż­ne. W prze­ciw­nym ra­zie zo­stał­by z nimi, by wspo­mi­nać ojca.

De­xter zmu­sił się, by po­now­nie spoj­rzeć w kie­run­ku miej­sca, gdzie na­dal stał Cha­bert.

– Wiem, że jest póź­no, ale po­proś Sarę, by za­dzwo­ni­ła do ko­goś z dzia­łu kadr i przy­go­to­wa­ła wy­po­wie­dze­nie – po­in­stru­ował męż­czy­znę.

– A mu­szę te­raz?

– Tak.

Cha­bert wy­wró­cił ocza­mi i mruk­nął znu­dzo­nym gło­sem:

– Stan­dar­do­we?

– Za to, co od­wa­li­ła? – za­kpił Mo­ore. – Dys­cy­pli­nar­kę z wpi­sem do akt.

– Se­rio? Ale…

– Nie po­zwo­lę, by inna fir­ma sta­ła się ofia­rą nie­kom­pe­ten­cji ja­kiejś gów­nia­ry – wtrą­cił De­xter ze zło­ścią.

Cha­bert prze­łknął gło­śno śli­nę.

Znał Wa­ver­ly i nie do koń­ca po­do­ba­ło mu się, jak za­koń­czy pra­cę w Mo­ore Lab. Na­wet je­śli spie­przy­ła ochro­nę ser­we­rów Ro­otha, wi­dział w niej po­ten­cjał.

– Ja­sne. Jesz­cze dziś je otrzy­ma – obie­cał wbrew so­bie.

– Wspa­nia­le. A te­raz zejdź mi z oczu, mu­szę na­pra­wić to, co spie­przy­ła ta ma­ło­la­ta.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij