Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Nic nie jest w porządku. Wołyń – moja rodzinna historia - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
2 sierpnia 2025
36,90
3690 pkt
punktów Virtualo

Nic nie jest w porządku. Wołyń – moja rodzinna historia - ebook

Krzesimir Dębski, znany kompozytor, od lat walczy, żeby Ukraińcy to, co stało się w 1943 roku na Wołyniu, kiedy nacjonaliści z Ukraińskiej Powstańczej Armii wtargnęli do kościołów i domów w wołyńskich miastach i wsiach, by pozabijać Polaków, uznali zgodnie z prawdą historyczną za ludobójstwo. Jego rodzice cudem uratowali się z pogromu, jaki urządzili Ukraińcy z UPA we wsi Kisielin i okolicach, banderowcy jednak porwali i zabili jego dziadka i babcię. Pozbierane w tej książce relacje świadków tej rzezi, w tym rodziców Krzesimira Dębskiego, są wstrząsającym świadectwem barbarzyństwa.

Do tej pory na Ukrainie rzeź wołyńska nie została oficjalnie nazwana czystką etniczną, jakiej ukraińscy nacjonaliści z UPA dopuścili się na Polakach. We wszystkich krajach naziści i faszyści zostali potępieni. A zbrodniarze z UPA wręcz przeciwnie, w swoim kraju są gloryfikowani. 60 procent Ukraińców uważa Stepana Banderę za największego bohatera Ukrainy. W czasie wojny z Putinem stał się symbolem oporu wobec Rosjan. A ja bym chciał – pisze Krzesimir Dębski – żeby w ukraińskich podręcznikach było napisane, co naprawdę robiła UPA. Wydanie nowe, uzupełnione.

 

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68401-05-9
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

Wstęp

Moi rodzice zarę­czyli się na ple­ba­nii kościoła w Kisie­li­nie, na pię­trze, w miesz­ka­niu księ­dza. Przez okna wpa­dały gra­naty, w uszach dud­niły strzały, pło­nęły drzwi i dach. Mama miała 18 lat, a ojciec 21. Ojciec pro­sił mamę o rękę już kilka mie­sięcy wcze­śniej, ale powie­działa mu, że jest za młoda i nie wie, co to miłość. Teraz jed­nak zarę­czyli się, bo nie wie­dzieli, czy prze­żyją.

Był 11 lipca 1943 r., Krwawa Nie­dziela na Woły­niu. W tym dniu nacjo­na­li­ści z Ukra­iń­skiej Powstań­czej Armii wtar­gnęli do kościo­łów i domów w wołyń­skich mia­stach i wsiach, by poza­bi­jać Pola­ków zebra­nych na sumach. Napa­dli też na kościół w Kisie­li­nie, gdzie na mszę poszli moi rodzice.

Ta nie­dziela była dniem roz­po­czy­na­ją­cym masa­krę. Wcze­śniej zda­rzały się mordy, ale od tej nie­dzieli zaczęła się rzeź. Upo­wcy zaata­ko­wali 99 miej­sco­wo­ści. Napa­dali na domo­stwa, wywle­kali rodziny, łapali ucie­ka­ją­cych, pod­pa­lali ukry­wa­ją­cych się. Strze­lali, dźgali widłami, tłu­kli w głowy sie­kie­rami, pod­rzy­nali gar­dła kosami. Mor­do­wali dzieci, ich rodzi­ców, cię­żarne kobiety i star­ców. Nikogo nie było im szkoda. W sumie zabili około 90 tys. Pola­ków. To była potężna akcja meto­dycz­nego eli­mi­no­wa­nia ich z Woły­nia. Wielka etniczna czystka, w któ­rej ginęli także Czesi, Ormia­nie i ina­czej myślący Ukra­ińcy. Wcze­śniej nacjo­na­li­ści UPA poma­gali Niem­com w Holo­cau­ście. Celem tego bez­względ­nego ludo­bój­stwa było przy­go­to­wa­nie jed­no­rod­nego etnicz­nie terenu, by na Woły­niu była Ukra­ina.

Tej nie­dzieli na mszę w Kisie­li­nie przy­szli Polacy z tego mia­steczka i oko­licz­nych wsi. Ban­de­rowcy oto­czyli kościół i cze­kali, aż msza się skoń­czy i ludzie zaczną wycho­dzić pro­sto pod ich lufy i sie­kiery. Kiedy jed­nak ludzie zoba­czyli, co się dzieje przed kościo­łem, prze­ra­żeni cof­nęli się do środka. Pró­bo­wali się cho­wać. Cztery osoby ukryły się pod dachem. Kil­ka­dzie­siąt innych pobie­gło na połą­czoną z kościo­łem ple­ba­nię, scho­dami na pię­tro do miesz­ka­nia księ­dza. 80 osób zostało w kościele. Ban­de­rowcy wywle­kli ich na dzie­dzi­niec, zapro­wa­dzili pod dzwon­nicę, zdarli z nich ubra­nia, by się nie podziu­ra­wiły od kul, i po kolei roz­strze­li­wali, prze­bi­jali bagne­tami.

Moi rodzice prze­żyli dzięki temu, że się nie pod­dali. Wraz z kil­ku­na­stoma innymi oso­bami zaba­ry­ka­do­wali się na przy­le­ga­ją­cej do kościoła ple­ba­nii, a ojciec, który był w kon­spi­ra­cji ZWZ, zor­ga­ni­zo­wał obronę. Przez 11 godzin odpie­rali atak. Odrzu­cali wpa­da­jące przez okna gra­naty, gasili pod­pa­lone drzwi, odpy­chali dra­biny, po któ­rych wbie­gali Ukra­ińcy z nożami, rzu­cali w nich cegłami. Cztery osoby zgi­nęły, sześć zostało ran­nych. W nocy Ukra­ińcy ode­szli spod kościoła.

Ojca zra­nił wybu­cha­jący gra­nat. Leżał na łóżku pro­bosz­cza z roze­rwaną nogą, a z tęt­nicy pod kola­nem biła mu krew jak z fon­tanny. Matka robiła mu opa­trunki z pod­szewki ode­rwa­nej z płasz­cza i zaci­skała nogę paskiem. Tamo­wała krwo­tok. Musiała jed­nak popusz­czać ucisk, bo noga robiła się sina. Wtedy jed­nak znowu lała się krew, więc mama nie mogła popusz­czać na długo. Nie było wody, więc zwil­żała ojcu usta zsia­dłym mle­kiem, które ksiądz nasta­wił poprzed­niego dnia. Ura­to­wała mu życie.

Kiedy po ucieczce z kościoła ponow­nie spo­tkała ojca, nie miał już nogi, którą opa­try­wała. Ranę zaata­ko­wała gan­grena, jedy­nym ratun­kiem była ampu­ta­cja prze­pro­wa­dzona bez znie­czu­le­nia w nie­miec­kim szpi­talu we Wło­dzi­mie­rzu Wołyń­skim. Mama żało­wała, że po zarę­czy­nach nie mogła ni­gdy z ojcem zatań­czyć.

Moi rodzice zdo­łali uciec z pogromu dzięki pomocy ukra­iń­skiej rodziny Par­fe­niu­ków. Zna­leźli bez­pieczne miej­sce z dala od Kisie­lina. Ura­to­wali się i dzięki temu jestem na świe­cie. Ukra­ińcy jed­nak porwali i zabili mojego dziadka i bab­cię, rodzi­ców ojca.

Mój ojciec miał genialną pamięć. To dar i prze­kleń­stwo jed­no­cze­śnie, bo z naj­drob­niej­szymi szcze­gó­łami pamię­tał okropne wyda­rze­nia z prze­szło­ści. Miał też talent malar­ski, więc dawał upust pamięci, malu­jąc obrazy. Na ścia­nach w domu rodzi­ców wisiały odma­lo­wane z naj­więk­szą szcze­gó­ło­wo­ścią pano­ramy i pej­zaże Kisie­lina. Domy na obra­zach stoją dokład­nie tak, jak tam stały, przed nimi te same ogródki, a w ogród­kach kwiaty, ten sam układ ulic. Odtwa­rzał dro­bia­zgowo wszyst­kie istotne obiekty i fakty.

Malo­wał też sceny masa­kry w kościele i przed nim. Kule prze­bi­ja­jące ludziom plecy, ogień ska­czący po dachach. Ojciec kom­po­no­wał rów­nież utwory upa­mięt­nia­jące Wołyń – sym­fo­niczne i wokalno-instru­men­talne. Przed jego oczami wciąż prze­la­ty­wał film z tam­tymi wyda­rze­niami. Nie uwol­nił się od niego przez całe życie. Potrzeba malo­wa­nia tam­tego świata była tym więk­sza, że już go nie było. Z kościoła zostały ruiny, Kisie­lin zwiądł i zmar­niał, sąsied­nie miej­sco­wo­ści prze­stały ist­nieć, po domach Pola­ków zostały kawałki fun­da­men­tów i stare drzewa owo­cowe, teraz zaro­śnięte przez las. Ojciec czuł, że na swój spo­sób ratuje to, co prze­pa­dło, odtwa­rzał dawny świat, pozo­sta­wia­jąc po nim w ten spo­sób ślad.

Cho­ciaż był pogod­nym czło­wie­kiem, można powie­dzieć nawet, że nie­zwy­kłym opty­mi­stą, to ludo­bój­stwo, które prze­trwał, zostało z nim na całe życie. Żyli­śmy tym w domu wszy­scy, ja i moi bra­cia, bo rodzice opo­wia­dali o swo­ich dobrych i złych doświad­cze­niach. Aż w końcu ojciec posta­no­wił napi­sać o tym książkę. Zapi­sać grun­tow­nie Kisie­lin w ludz­kiej pamięci.

Nosił się z tym pomy­słem od wcze­snej mło­do­ści. Długo jed­nak roz­my­ślał, jak zabrać się do reali­za­cji. Raz widział tę książkę jako powieść histo­ryczną, innym razem jako dra­mat oby­cza­jowy, a cza­sami nawet jako powieść humo­ry­styczną w stylu _Pereł i wie­przów_ Kor­nela Maku­szyń­skiego. Z cza­sem malały w nim ambi­cje pisar­skie, a rosły malar­skie, aż poje­chał na swoją trze­cią wyprawę na Wołyń. Wtedy doj­rzał w nim zamiar pisa­nia. Sto­jąc w kisie­liń­skim kościele, czyli nad mogiłą pomor­do­wa­nych w nim sąsia­dów, uznał, że naj­lep­szym pomni­kiem dla nich będzie książka o tym, co się z nimi i innymi stało. Posta­no­wił napi­sać coś w rodzaju mono­gra­fii Kisie­lina. Kro­nikę mia­steczka, jego miesz­kań­ców. Nie­stety, pokaźną czę­ścią tej książki musiał być opis śmierci.

Zaczął zbie­rać doku­men­ta­cję. Robił to, jak to on, skru­pu­lat­nie, rze­tel­nie, dokład­nie. Docie­rał do ludzi – tych, któ­rzy prze­żyli, albo do ich rodzin. Latami pro­wa­dził kore­spon­den­cję z oca­la­łymi miesz­kań­cami. Roz­ma­wiał z nimi, pisał listy, pro­sił o rela­cje, zdję­cia, każde naj­mniej­sze choćby wspo­mnie­nie. Doku­men­to­wał nazwi­ska, rodziny i ich los. Pamię­tał, kto w któ­rej miesz­kał zagro­dzie, ile miał dzieci, i zapi­sy­wał wszystko. Moja mama poma­gała mu w zbie­ra­niu tych infor­ma­cji. To było dzieło jego życia, a też ich wspólna psy­cho­te­ra­pia.

Ojciec pisze o Kisie­li­nie i „kręgu kościoła kisie­liń­skiego”, bo taką sobie wybrał metodę. Cho­dziło o miej­sco­wo­ści, z któ­rych ludzie przy­szli na mszę do kościoła 11 lipca. Stwo­rzył z nich wspól­notę prze­la­nej krwi. Opi­suje oblę­że­nie kościoła i dal­szą rzeź trwa­jącą aż do wrze­śnia.

Jest szcze­gó­łowy jak archi­wi­sta. Nie tylko zebrał słowne rela­cje, ale także odtwo­rzył wszel­kie infor­ma­cje doty­czące miej­sco­wo­ści, o któ­rych pisał. Sta­ty­styki demo­gra­ficzne poszcze­gól­nych miej­sco­wo­ści, ich topo­gra­fię. Do każ­dego opisu dołą­czone są nary­so­wana przez niego mapka oraz rysunki domów i ulic. Są też rysunki i gra­fiki ilu­stru­jące na przy­kład, jak wyglą­dały stogi, sprzęty domowe itp. Opi­sał histo­rię naj­waż­niej­szych rodów. Wymie­nił i opi­sał dzia­ła­jące tam insty­tu­cje rzą­dowe i samorzą­dowe, jak dzia­łały poli­cja, admi­ni­stra­cja, poczta, waż­niej­sze budynki. Opi­sał codzienne życie, zabawy, święta, jak żyły ze sobą różne naro­do­wo­ści. Z czego utrzy­my­wali się ludzie, gdzie były żyzne zie­mie, a gdzie byle jakie. Gdzie była dobra woda, a gdzie taka, która „szybko zaczy­nała śmier­dzieć”, jaki kształt miały gonty na dachach, płoty przed domami oraz stu­dzienne żura­wie. Udo­ku­men­to­wał, jak prze­bie­gały melio­ra­cja, budowy dróg i ich wpływ na przy­rodę. Zaj­mo­wały go nawet takie szcze­góły, jakie kto palił papie­rosy i kto kupił pierw­szy moto­cykl czy samo­chód. Jego pamięć do szcze­gó­łów znowu zna­la­zła ujście w opi­sach takich dro­bia­zgów, o któ­rych nie pamię­tali sami boha­te­ro­wie tych histo­rii. Co naj­dziw­niej­sze, ojciec uro­dził się prze­cież we Lwo­wie, a zamiesz­kał wraz z rodziną w Kisie­li­nie dopiero jako nasto­la­tek. Uczył się w gim­na­zjum i w liceum w Łucku, i u pija­rów w Lubie­szo­wie (tam gdzie Tade­usz Kościuszko), tak więc w domu w Kisie­li­nie bywał tylko w cza­sie świąt i waka­cji. Zapa­mię­tał jed­nak w tak krót­kim cza­sie zdu­mie­wa­jąco dużo infor­ma­cji.

W dru­giej czę­ści książki odtwo­rzył z zegar­mi­strzow­ską pre­cy­zją to, co zostało uni­ce­stwione. Opi­sał chwila po chwili atak na kościół i jego obronę, w któ­rej z mamą uczest­ni­czył. Co cie­kawe, nie pisze tam o mamie „moja przy­szła żona” – jak wszyst­kich, także i ją przed­sta­wia z imie­nia i nazwi­ska, czyli Aniela Sła­wiń­ska. O swoim bra­cie, który razem z nim rato­wał życie swoje i innych przed hordą napast­ni­ków, pisze: „ranny Jerzy Dęb­ski”. O hor­dzie mor­der­ców pisze: „upo­wcy i Ukra­ińcy”. Żad­nych emo­cji, czy­ste fakty. Opi­suje, ile osób zgi­nęło w poszcze­gól­nych wsiach i w jaki spo­sób, w tabe­lach zamiesz­cza listę ich nazwisk. Pre­zen­tuje rela­cje ludzi, któ­rzy opo­wia­dają bez nie­do­mó­wień o tym, jak ginęli dzieci i doro­śli. Nie komen­tuje tego, po pro­stu cytuje. Okru­cień­stwo komen­tuje się samo.

Myślę, że praca nad tą książką była potrzebna obojgu rodzi­com. Pomo­gła im przy­wró­cić część ich histo­rii. Nie cho­dzi tylko o ujaw­nie­nie zbrodni, ale także o wskrze­sze­nie pamięci o uni­ce­stwio­nych miej­sco­wo­ściach i przy­po­mnie­nie ich miesz­kań­ców. Opusz­cza­jąc swoje strony, ucie­kali prze­cież przed śmier­cią, rato­wali się, nie brali żad­nych rodzin­nych pamią­tek, wszystko zostało w domach i prze­pa­dło wraz z nimi. Spło­nęło, znisz­czało albo zostało roz­kra­dzione przez sąsia­dów. Książka pełni więc też rolę skrzyni z rodzin­nymi pamiąt­kami.

W końcu napi­sał swoje dzieło, 550 stron zaty­tu­ło­wa­nych _Było sobie mia­steczko, opo­wieść wołyń­ska_. Zbu­do­wał pomnik, przy­wró­cił pamięć swo­jej czę­ści tego regionu. To było jego zada­nie, jego misja. Po jego śmierci wyda­łem tę książkę. Teraz sam piszę swoją, bo też nie mogę poczuć się spo­koj­nie, dopóki rzeź na Woły­niu nie zosta­nie wła­ści­wie nazwana. Wyko­rzy­stuję tu dzieło ojca, obszer­nie je cytuję, bo suche fakty na temat nastę­pu­ją­cych po sobie nie­ubła­gal­nie okrut­nych śmierci powinny być przy­ta­czane, by budzić pamięć.

Kiedy ojciec pra­co­wał nad książką, atmos­fera w domu była ciężka. Prze­ży­wał na nowo obrazy, któ­rych nie mógł zapo­mnieć. Był ner­wowy, drę­czyły go skur­cze mię­śni i fan­to­mowe bóle po ampu­to­wa­nej nodze. Wszy­scy prze­ży­wa­li­śmy wtedy Wołyń na nowo.

Zebrał rela­cje 80 świad­ków z Kisie­lina i oko­licz­nych wsi. Do świad­ków zagłady kilku miej­sco­wo­ści nie dotarł, bo nikt nie prze­żył, albo prze­żył, ale nie chciał mówić. Nie­któ­rzy sta­rzy ludzie nie byli w sta­nie wspo­mi­nać, cier­pieli na otę­pie­nie, cho­ro­wali. Inni nie chcieli wra­cać do bole­snych wspo­mnień, było to dla nich za trudne. Pisał na przed­wo­jen­nej, wypro­du­ko­wa­nej w Pol­sce maszy­nie do pisa­nia z ukra­iń­skimi czcion­kami. Kiedy w 1991 r. Ukra­ina uzy­skała nie­pod­le­głość, posłał ją ukra­iń­skiemu MSZ jako dar.

Ojciec, pra­cu­jąc nad książką, zazna­czał, że nie kie­ruje się rewan­ży­zmem, chę­cią odwetu. Nie cho­dziło mu o to, żeby poczuć satys­fak­cję z obna­że­nia zbrod­nia­rzy. Chciał szcze­gó­łowo roz­li­czyć straty. Dla­tego książka jest do bólu sucha, cza­sami przy­po­mina kro­nikę. A że opi­suje nie­wy­obra­żalne okru­cień­stwa, tym trud­niej ją się czyta.

_Krze­si­mir Dęb­ski_

ROZDZIAŁ I. TA NIEDZIELA

Roz­dział I

Ta nie­dziela

Jede­na­stego lipca 1943 r. rano moja mama lepiła z sio­strą pie­rogi na nie­dzielne śnia­da­nie. Zawsze w nie­dzielę jedli pie­rogi, taki mieli rodzinny zwy­czaj. Lepiły ruskie, jed­nak na Woły­niu pie­rogi z kar­to­fli i sera nazy­wały się war­szaw­skie.

Mama miała 18 lat, a jej sio­stra 15. Były młode, wesołe, miały dobre humory, więc przy lepie­niu śpie­wały. Nie zdzi­wiły się, kiedy do kuchni weszła stara Ukra­inka, usia­dła przy stole i przy­glą­dała się, jak dziew­czyny pra­cują. Znały ją dobrze. Miesz­kała w zie­miance, która ostała się jesz­cze z nędz­nych lat dwu­dzie­stych, kiedy w znisz­czo­nym po I woj­nie Kisie­li­nie domy były zbu­rzone, a ludzie żyli w ubó­stwie. Stara kobieta na­dal była biedna. Nie miała rodziny, nie miała gospo­dar­stwa, zara­biała na chleb, pra­cując u sąsia­dów. Sprzą­tała domy, myła pod­łogi, a w piątki cho­dziła do Żydów poma­gać im w przy­go­to­wa­niach do sza­basu. Słu­żyła też u rodzi­ców mojej mamy, była więc z nimi zaprzy­jaź­niona. Idąc przez mia­steczko, zacho­dziła do nich nawet wtedy, gdy dzia­dek nie miał dla niej nic do roboty. Jak przy­szła w porze obiadu, to dosta­wała obiad. Jak zaszła w porze śnia­da­nia, to śnia­da­nie.

W nie­dzielę 11 lipca przy­szła na śnia­da­nie, bar­dzo lubiła pie­rogi. Sie­działa więc i patrzyła, jak dziew­czyny lepią, i słu­chała, jak śpie­wają. Aż w pew­nym momen­cie prze­rwała im i kiwa­jąc głową, powie­działa: „Dzieci! I wam się jesz­cze chce śpie­wać?”. Według mojej mamy patrzyła na nie, jak na przy­szłe ofiary, na które jest już wydany wyrok, tyle że one wtedy tego nie zauwa­żyły. Nie ostrze­gła ich, nie powie­działa: „Nie idź­cie do kościoła, bo was tam zatłuką”. Tylko zja­dła pie­rogi i poszła do sie­bie. A moja mama i jej sio­stra poszły do kościoła.

Tego dnia wyda­rzyła się jesz­cze jedna symp­to­ma­tyczna rzecz: nabo­żeń­stwo w cer­kwi zostało odwo­łane. Wygląda na to, że sporo osób wie­działo, co się sta­nie w połu­dnie, ale nikt nie kiw­nął pal­cem, żeby ostrzec przed tym swo­ich sąsia­dów.

Rodzice mojej mamy i rodzice mojego ojca zostali tego dnia w domu. Aniela Sła­wiń­ska i Wło­dzi­mierz Sła­wosz Dęb­ski – moi póź­niejsi rodzice – byli na mszy. Nie byli jesz­cze wtedy parą, znali się, lubili, inte­re­so­wali się sobą, ale dopiero tego dnia wie­czo­rem posta­no­wili zostać mał­żeń­stwem.

Uro­dzi­łem się dzie­sięć lat póź­niej, jed­nak kolejne godziny 11 lipca 1943 r. znam, jak­bym sam je prze­żył. Bo ten dzień został w moich rodzi­cach już na zawsze, pamię­tali do końca życia każdy szcze­gół, wspo­mi­nali i spi­sy­wali swoje rela­cje. Opo­wia­da­jąc o tej nie­dzieli, przy­to­czę je. Niech to będzie ich wła­sna opo­wieść. Cytuję spi­sane wspo­mnie­nia mamy i frag­menty książki ojca, w któ­rej opi­suje szcze­gółowo to, co widział on sam i inni, któ­rych popro­sił o rela­cje. Opo­wia­dają o tym dniu chłodno, rze­czowo, bez nie­na­wi­ści, jakby pisali kro­nikę. Może wła­śnie dla­tego ich opo­wie­ści są tak wstrzą­sa­jące.

Mama:

Na tydzień przed napa­dem na kościół nie można było cho­dzić do lasu. Upo­wcy roz­sta­wili czujki, które pil­no­wały, by nikt nie zoba­czył, co tam się dzieje. Wszy­scy zaczęli mówić, że w lesie szkoli się banda. Tuż przed ową straszną nie­dzielą 11 lipca do Kisie­lina przy­je­chał z Woron­czyna mój przy­szły mąż. Uciekł z tej miej­sco­wo­ści, gdzie się zaj­mo­wał two­rze­niem struk­tur kon­spi­ra­cyj­nych. Jak zoba­czył, że kilku Ukra­iń­ców idzie w kie­runku cha­łupy, w któ­rej miesz­kał, wysko­czył przez okno i ruszył w pole. Nie wie­dział, kim są, ale słusz­nie przy­pusz­czał, że idą po niego. Nie pomy­lił się. Ci zaczęli za nim strze­lać. Lekko go ranili w nogę i dla­tego przy­je­chał do domu, żeby się wyle­czyć. Jego ojciec był prze­cież leka­rzem. Gdyby nie przy­je­chał i nie przy­szedł do kościoła, to Ukra­ińcy wymor­do­wa­liby wszyst­kich Pola­ków, któ­rzy byli na mszy świę­tej. To on rzu­cił hasło, że trzeba się bro­nić i nie dać się Ukra­iń­com. O tym, że mord jest przy­go­to­wany, więk­szość Ukra­iń­ców zapewne wie­działa. Nikt z nich Pola­ków jed­nak nie ostrzegł, że ich ziom­ko­wie zamie­rzają doko­nać mor­dów na swych sąsia­dach.

10 lipca poja­wiła się nowa grupa upo­wców w lesie kisie­liń­skim. Widać było, jak cho­dzili skra­jem lasu. Cza­sem wybie­gali na łąki, jak gdyby były to ćwi­cze­nia w natar­ciu.

W nie­dzielę rano 11 lipca wcho­dzili do wielu domów, aby się umyć i napić cze­goś cie­płego. Weszło też dwóch do Kra­szew­skich, tych naprze­ciw Kane­łyka Kali­szuka. Po sko­rzy­sta­niu z usług jeden z nich powie­dział: _Czoho dywy­teś na nas jak na ban­di­tiw?_ (Dla­czego patrzy­cie na nas jak na ban­dy­tów?).

Dzień 11 lipca był bar­dzo pochmurny. Około godz. 11 zaczął padać deszcz. Ludzie szybko wcho­dzili do kościoła. Nabo­żeń­stwo odbyło się bez prze­szkód, nor­mal­nie. Ja jak zwy­kle poszłam na chór, nale­ża­łam bowiem do kościel­nego chóru, który zawsze śpie­wał pod­czas nabo­żeństw. Na koniec jak zwy­kle wyko­na­li­śmy _Żegnaj, Kró­lowo_.

Ojciec:

Ludzie, jak zwy­kle w nie­dzielę cią­gnęli na sumę z oko­licz­nych wio­sek, ale nie­liczni. W cza­sie mszy ktoś się zorien­to­wał i szep­tano, że coś się dzieje, bo w pobliżu domów oka­la­ją­cych kościół od zachodu i pół­nocy kręcą się uzbro­jeni Ukra­ińcy. Po nabo­żeń­stwie chór jak zwy­kle zaśpie­wał _Żegnaj, Kró­lowo_. Ludzie zaczęli wycho­dzić. Wtedy ze wszyst­kich stron nad­bie­gli upo­wcy.

Mama:

Po mszy św. jako jedna z pierw­szych wyszłam z kościoła, razem z męż­czy­znami, któ­rzy jak zwy­kle spie­szyli się na papie­rosa. Sta­nęli w gru­pie przy kościel­nym murku. Gdy sta­nę­łam przed świą­ty­nią i spoj­rza­łam w stronę ogrodu księ­dza, zoba­czy­łam idącą tyra­lierę. Obró­ci­łam się w drugą stronę, gdzie znaj­do­wał się park hra­biow­ski i tam też zoba­czy­łam uzbro­jo­nych Ukra­iń­ców. Gdy zoba­czy­łam, że idą w stronę kościoła, to nie mia­łam żad­nych wąt­pli­wo­ści, że przy­szli nas wymor­do­wać. Krzyk­nę­łam: „Zobacz­cie, co się dzieje!”, a potem szybko ze wszyst­kimi cof­nę­łam się do świą­tyni. Mój przy­szły mąż, czyli Wło­dzi­mierz Sła­wosz Dęb­ski, jako czło­nek kon­spi­ra­cji też wie­dział, co się święci, i zaczął zamy­kać drzwi w kościele. Ludzie byli prze­ra­żeni. Niektó­rzy stali nie­ru­chomo pod ścia­nami kościoła. Część pobie­gła na chór, a nawet na strych.

Adela Prejs z domu Ziół­kow­ska:

Wyszli­śmy do kościoła: ja, sio­stra Anto­sia, brat Staś i ojciec. Na zakoń­cze­nie mszy ojciec zain­to­no­wał _Anioł Pań­ski_, jakby prze­czu­wał, że to odpo­wied­nia modli­twa na ten dzień. Ja ze Staś­kiem byli­śmy na chó­rze. On zszedł pierw­szy, ja za nim, póź­niej. Na dole spo­tka­łam się z sio­strą. W tym cza­sie przy drzwiach wej­ścio­wych powstał jakiś ruch. Zoba­czy­łam, jak wystra­szeni ludzie cofają się. Na końcu stał blady Sła­wek Dęb­ski. Kie­ro­wał się pod główny ołtarz i w kie­runku drzwi do zakry­stii. Usły­sza­łam krzyki:

– Napa­dli Ukra­ińcy!… Kościół oto­czony!…

Ojciec:

Boh­dan Mazecki, Kon­stan­cja Kra­szew­ska, Ste­fan Jana­szek i Wacław Laskow­nicki pobie­gli scho­dami na chór i przez otwór w murze prze­do­stali się nad skle­pie­nie nawy bocz­nej, gdzie prze­cze­kali do rana. Więk­szość prze­szła z kościoła do bocz­nej kaplicy i na kory­tarz ple­ba­nii. Po chwili od drzwi głów­nych, które nie tylko były pro­wi­zo­ryczne, ale do tego zamy­kane od zewnątrz, dobiegł roz­kaz: _Wychod’te po szty­roch_ (Wychodź­cie czwór­kami).

Romana Jur­kow­ska-Radzie­wicz:

Poszli­śmy do kościoła: ja, sio­stra Regina i ojciec Józef. Po sumie, około godziny trzy­na­stej, wokół kościoła i przy­le­głej ple­ba­nii uka­zali się uzbro­jeni upo­wcy i kazali nam wycho­dzić czwór­kami. Oczy­wi­ście nikt nie wyszedł. Wtedy zaczęli strze­lać w okna i drzwi.

Ojciec:

Prze­bie­głem przez kościół ostatni. Zamkną­łem za sobą haki, drzwi pro­wa­dzące z kaplicy do wnę­trza kościoła i z kaplicy na dzie­dzi­niec kościelny. Zauwa­ży­łem, że nie­któ­rzy ludzie stali pod drzwiami nie­ru­chomo. Inni pobie­gli na pię­tro, część nawet na strych. Ja pró­bo­wa­łem ucieczki przez okno na ogród, ale zauwa­ży­łem, że wszę­dzie stali napast­nicy z bro­nią wymie­rzoną w okna. Powró­ci­łem więc na kory­tarz, gdzie natkną­łem się na Tade­usza Różań­skiego. Był to dzielny czło­wiek, ochot­nik wojny z bol­sze­wi­kami w 1920 roku. Stał ner­wowo, skrę­ca­jąc papie­rosa, i wołał w naszym kie­runku: „Otwórz­cie, oni tylko kogoś szu­kają!”.

Mama:

Po chwili roz­legł się okrzyk: „Otwórz­cie drzwi, oni tylko kogoś szu­kają. Zabiorą go i pójdą sobie!”. Mnie wtedy zmro­ziło. Oka­zało się, że nie­któ­rzy Polacy, ratu­jąc swe życie, byli skłonni wydać na śmierć kogoś ze swo­ich sąsia­dów. Zaraz potem córka orga­ni­sty Bro­ni­sława Janasz­kówna zwró­ciła się do swo­jej stry­jecz­nej sio­stry: „Chodź, Tere­ska, otwórzmy”. I poszły obie otwie­rać. Część ludzi, w tym ja, na komendę mojego przy­szłego męża ruszyło przej­ściem z kościoła na pię­tro ple­ba­nii. Ukra­ińcy już wtedy zaczęli do nas strze­lać. Celo­wali w okna w przej­ściu. Idący przede mną wysoki męż­czy­zna, któ­rego zapa­mię­ta­łam, bo bar­dzo ład­nie śpie­wał, dostał kulę i padł ranny. Nie wiem, jak razem z sio­strą zdo­ła­ły­śmy go pod­nieść i zawlec na górę.

Romana Jur­kow­ska-Radzie­wicz:

Ojciec nas pona­glał, byśmy prze­szły na ple­ba­nię do orga­ni­sty Janaszka. Tam już nikogo nie było, widocz­nie ucie­kli na pię­tro do księ­dza. Tu na dole strze­lali do drzwi wzdłuż kory­ta­rza. Wtedy u moich nóg upa­dła pani Mar­kow­ska, a po dru­giej stro­nie kościelny. W tym cza­sie tłum nas roz­dzie­lił. Ja z sio­strą zosta­łam za ścianą przy scho­dach na górę. Dostrze­głam ojca ucie­ka­ją­cego przez ogród księ­żow­ski. Strze­lali do niego.

Adela Prejs z domu Ziół­kow­ska:

Bez­wied­nie pobie­głam do kaplicy, a potem na ple­ba­nię. Tam spo­tka­łam brata, ojca i sio­strę. Padły pierw­sze strzały. Na kory­ta­rzu, przy oknie stały jakieś beczki. Wsko­czy­łam na nie i patrzy­łam na plac kościelny. Przy mnie był ojciec. Widzia­łam, jak moja ciotka, Sta­ni­sława Kołek, prze­cho­dząc przez otwór w murze ogro­dze­nio­wym, prze­wraca się i pod­biega do niej Ukra­iniec. Widzia­łam, jak bije ją gru­bym kijem. Ojciec też to widział. Ścią­gnął mnie z tych beczek. Ze stra­chu nic już nie widzia­łam. Wbie­głam do kuchni na dole. Stały tam oparte o ścianę deski i za nie się scho­wa­łam. Scho­wała się tam też nauczy­cielka z Twe­dryń i tam potem została spa­lona. Ja wysko­czy­łam stam­tąd i pobie­głam do miesz­ka­nia orga­ni­sty Janaszka. Tam już sie­działo kilka kobiet, mię­dzy innymi ciotka Tekla Ada­chowa. Pood­su­wa­łam kwiaty i chcia­łam ska­kać przez okno do ogrodu, ale tam zoba­czy­łam Ukra­iń­ców z kara­bi­nami. Ponow­nie wbie­głam do kościoła.

Ojciec:

W tym momen­cie zoba­czy­łem leżą­cego pod drzwiami klatki scho­do­wej Igna­cego Marka, gospo­da­rza z Ada­mówki. Ten potężny męż­czy­zna ciężko ranny krzy­czał roz­pacz­li­wie: „Dobij­cie mnie!”.

Nie zwa­ża­jąc na nie­bez­pie­czeń­stwo, kilka osób pobie­gło na pię­tro. Ja podą­ży­łem za nimi. Będąc już na miej­scu, krzyk­ną­łem, żeby ludzie szli za mną na górę, ale nikt się nie ode­zwał. Nasłu­chi­wa­łem jesz­cze przez chwilę, a potem zamkną­łem drzwi i zasu­ną­łem sztabę. W tym cza­sie na kory­ta­rzu pię­tra nikogo nie było. Pobie­głem więc po scho­dach wyżej na strych. Tam, w naj­cia­śniej­szych kątach ludzie szu­kali kry­jó­wek. Zauwa­ży­łem, jak jakaś mło­dziutka dziew­czyna usi­ło­wała bez­sku­tecz­nie wejść do komina. Kilku męż­czyzn cho­wało się na pod­da­szu księ­żej spi­żarni nad kaplicą. Stam­tąd wołali do mnie: „To przez cie­bie nas tu znajdą!”.

Prze­ra­żony pobie­głem na kory­tarz pierw­szego pię­tra. Dopiero tam spo­strze­głem, że trzy­mam w rękach cegły. W tym momen­cie przy­biegł mój brat Jerzy. Gotowi do obrony zaczę­li­śmy tara­so­wać drzwi klatki scho­do­wej sto­ją­cymi obok kuframi i skrzy­niami wyła­do­wa­nymi war­to­ścio­wymi przed­mio­tami i odzieżą, zło­żoną tu przez zamoż­niej­szych para­fian na prze­cho­wa­nie. Wkrótce dołą­czyli do nas inni.

Romana Jur­kow­ska-Radzie­wicz:

Pod samymi drzwiami stał Wacław Sła­wiń­ski, mój wujek, zięć Janasz­ków. Ci na górze usły­szeli jego nawo­ły­wa­nie i otwo­rzyli drzwi. Wszy­scy tło­czący się na scho­dach weszli na pię­tro. Wtedy powtór­nie zamknięto drzwi i zaczęto je tara­so­wać. W tym momen­cie dobi­jali się już ban­de­rowcy.

Adela Prejs z domu Ziół­kow­ska:

W kaplicy dopadł mnie Jurek Dęb­ski i zacią­gnął na ple­ba­nię na pię­tro. Nie widzia­łam już swo­ich bli­skich. Drzwi były już zamknięte. Ale pod drzwiami był Dziu­nek Chmiel­nicki. Zaczął wołać. Drzwi się otwo­rzyły i jesz­cze kilka osób wpusz­czono.

Ojciec:

Ktoś zna­lazł i przy­niósł sie­kierę. Inni zno­sili cegły, jesz­cze inni deski, które zostały na stry­chu po zakoń­czo­nej odbu­do­wie kościoła. W pew­nym momen­cie stary Kru­piń­ski, trzy­ma­jąc w ręce sie­kierę, spoj­rzał na mnie i z wyrzu­tem powie­dział: „Jak łazić i zakła­dać orga­ni­za­cję, to was było pełno, broni jak potrzeba, to nie ma!”. Sta­łem mil­czący jak skar­cony sztu­bak. Uspra­wie­dli­wia­łem się w duchu naiw­nie, że prze­cież nie peł­nię żad­nej kie­row­ni­czej funk­cji. W tym cza­sie ban­de­rowcy zaczęli wypro­wa­dzać tych, któ­rzy się pod­dali. Wyszło na dzie­dzi­niec kościelny drzwiami kaplicy kil­ka­na­ście osób. Ukra­ińcy pro­wa­dzili ich za dzwon­nicę tą samą drogą, którą wcze­śniej cho­dzili w pro­ce­sji.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij