-
nowość
-
promocja
Nie biec! Iść! - ebook
Nie biec! Iść! - ebook
To zapis pamięci, która nie została wygładzona ani domknięta. Autor miał sześć lat, gdy wybuchła wojna, i dwanaście, gdy się skończyła. Najdotkliwsze nie były głód ani strach, lecz samotność i rozpaczliwe pragnienie odnalezienia rodziców.
Książka oparta jest na wielogodzinnym wywiadzie zarejestrowanym dla francuskich archiwów ocalałych z Zagłady i zachowuje rytm mówionej opowieści — z jej pęknięciami i dygresjami. Uzupełniają ją wstrząsające wspomnienia ojca autora, spisane po latach milczenia.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
Spis treści
Słowo wstępne
Nie biec! Iść!
Ryszard Polański – Listy do mojego syna
Chronologia
Przypisy
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8325-266-7 |
| Rozmiar pliku: | 2,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Już kilkakrotnie opowiadałem o tamtych czasach.
Po raz pierwszy zebrałem myśli i uporządkowałem wspomnienia pod koniec lat siedemdziesiątych, kiedy postanowiłem napisać autobiografię. Wydarzenia, o których mowa w tej książce, opisałem tam w sposób subiektywny, starając się przede wszystkim wiernie oddać doświadczenia małego chłopca wtrąconego w koszmar, który go przerasta i z którym próbuje się mocować na swój dziecięcy sposób – by przetrwać.
Miałem sześć lat i trzynaście dni, kiedy wybuchła wojna, a dwanaście, gdy się skończyła. Nie warunki materialne, nędza czy głód były wtedy dla mnie najdotkliwsze, ani nawet strach. Najbardziej cierpiałem z powodu braku rodziców, bolesnego pragnienia, by ich odnaleźć, i samotnej egzystencji w obcym, zimnym świecie.
Musiałem ponownie zmierzyć się z tymi wspomnieniami około piętnastu lat później – na prośbę Stevena Spielberga i jego Shoah Foundation, założonej w 1994 roku jako archiwum świadectw ocalałych z Holokaustu. Dziś te świadectwa liczą się w dziesiątki tysięcy.
W tym nowym kontekście trzeba było raz jeszcze przemyśleć wszystko, co mnie spotkało, i ujrzeć to z szerszej perspektywy – jako część niewyobrażalnego zjawiska, jedynego w swoim rodzaju w dziejach ludzkości: próby systematycznej eksterminacji całego narodu żydowskiego, podjętej przez garstkę psychopatów.
W roku 2005 Francuski Instytut Audiowizualny (INA), we współpracy z Fundacją Pamięci o Zagładzie, zainicjował podobny, ambitny projekt, którego celem było zachowanie w formie audiowizualnej wspomnień ostatnich ocalałych. Wśród setki rozmów wówczas przeprowadzonych znalazł się również mój wywiad.
Książka, którą dziś oddajemy w ręce Czytelników, oparta jest na tym wielogodzinnym nagraniu.
Muszę przyznać, że zgadzając się na jej publikację w tej nowej formie, nie zdawałem sobie sprawy, ile trudu wymaga spisanie takiej rozmowy – z natury pełnej dygresji, niedokończonych zdań i urwanych wątków.
Jednak od samego początku nalegałem, by zbytnio nie wygładzać ani nie porządkować tej oryginalnej narracji. Mam nadzieję, że udało nam się znaleźć stosowną równowagę – w dużej mierze dzięki naszej redaktorce, Sandrine Treiner.
Tym samym tekst, który oddajemy w ręce Czytelników, stanowi w moich oczach coś na kształt kwintesencji, opowieści wydestylowanej, sprowadzonej do samej istoty rzeczy. Niech to będzie moje ostatnie słowo. Pamięć nie przyniesie mi już nic nowego; przeciwnie – może mi raczej coś odebrać.
Dwa dokumenty, które składają się na wspomnienia mojego ojca, powstały wcześniej i mają własną historię.
Pierwszy, Moja droga do Mauthausen, to list, który ojciec przysłał mi po jakiejś błahej sprzeczce telefonicznej, do której doszło między nami w 1973 roku. Wojna nas rozdzieliła. Lata rozłąki naznaczyły mnie i jego w bardzo odmienny, choć równie bolesny sposób, gdy się więc w końcu odnaleźliśmy, żaden nie był już tym samym człowiekiem. Okazało się to szczególnie uderzające w moim wypadku – chłopca wówczas ledwo nastoletniego.
Nigdy nie rozmawialiśmy o tych przejściach. Po latach wyszło na jaw, że to milczenie było wówczas zjawiskiem powszechnym, dzisiaj już dobrze udokumentowanym i zbadanym za pomocą najsubtelniejszych narzędzi nowoczesnej psychologii. Z naszego punktu widzenia – sądzę, że mogę mówić również w imieniu mojego ojca – sprawa była znacznie prostsza. Mówiąc dosadnie, mieliśmy to gdzieś! Zawracanie głowy i tyle. Były rzeczy o wiele ciekawsze i ważniejsze: życie i przyszłość.
Aż tu nagle, trzydzieści lat po swoim powrocie z piekła, po raz pierwszy, i to specjalnie na mój użytek, ojciec opisał najstraszniejszy okres swojego życia.
Poprosiłem go wtedy, by rozszerzył temat, opisując wszystko, do czego doszło przed obozem w Mauthausen, oraz to, co przeżył zaraz po wojnie.
Jego rękopis dotarł do mnie jesienią 1975 roku. Zajęty zdjęciami do Lokatora, włożyłem go do szuflady i – wstyd przyznać – zapomniałem o jego istnieniu.
Przypomniała mi go dopiero praca nad projektem wydawniczym Flammariona. Tekst wydał mi się znakomicie napisany, bardzo oryginalny w tonie i – po kilku koniecznych poprawkach i skrótach – w pełni godzien publikacji.
Zwłaszcza dziś, kiedy znowu chce się krzyczeć, za Ferdynandem w Burzy Szekspira: „Kto piekła pilnuje, / Gdy wszystkie diabły tutaj?”¹.NIE BIEC! IŚĆ!
Rozmowa została przeprowadzona przez Catherine Bernstein 5 maja 2006 roku w ramach cyklu „Pamięć o Zagładzie”, zainicjowanego przez francuską Fundację Pamięci o Zagładzie oraz Państwowy Instytut Audiowizualny. Jesienią 2024 roku Roman Polański zgodził się przekształcić to ustne świadectwo w tekst, który w całości przeczytał i poprawił.
Prosiliście mnie o zdjęcia, więc kilka przyniosłem. Oczywiście, nie ma ich zbyt wiele, bo większość przepadła w czasie wojny. Ale kilka ocalało, u krewnych i u znajomych.
To jest moje najstarsze zdjęcie, zrobili mi je w Paryżu. Mam trzy lata.
Urodziłem się w Paryżu. Moi rodzice tutaj mieszkali. Nie wiem, dlaczego wybrali Paryż. Mieli pewnie nadzieję na to samo, co inni, którzy wtedy wyjeżdżali do Francji. To znaczy, że nie jechali tam, jak dzisiejsi imigranci, pełni uprzedzeń i niechęci do jej kultury, ale wręcz przeciwnie: dlatego, że podziwiali Francję, jej ustrój, historię i obyczaje.
Kiedy się urodziłem, byli tu już od kilku lat.
To zdjęcie zrobiono po naszym powrocie do Krakowa w 1936 roku. Są na nim moja mama, ojciec i jego dwóch braci. Mam około trzech lat.
Dlaczego wyjechali z Francji? Czasem sam się nad tym zastanawiam. Myślę, że po prostu mieli problemy materialne, no i tęsknili za ojczyzną.
Tutaj mam około pięciu lat.
Moi rodzice nie byli wierzący, religia niewiele ich obchodziła. Właściwie – wcale.
Ojciec uprawiał różne zawody. Przez dłuższy czas pracował w firmie płytowej, prowadził sklep His Master’s Voice. Wszyscy znają tę markę z pieskiem słuchającym gramofonu. Po francusku to się nazywało La Voix de son maître, ale w Polsce zachowano nazwę oryginalną.
Z Francji wróciliśmy do Polski, do Krakowa, i właśnie stamtąd mam najstarsze wspomnienia.
Miałem jakieś trzy i pół roku. Doskonale pamiętam nasze mieszkanie – z balkonem wychodzącym na wielką parcelę. Ta dzielnica Krakowa nie była wtedy jeszcze gęsto zabudowana. A tuż przed naszym domem znajdował się targ. Po drugiej stronie ulicy rozciągał się plac budowy. Teraz ta część miasta jest całkowicie zurbanizowana, ale wtedy to było prawie przedmieście.
Bardzo dobrze pamiętam sąsiadów. Mieszkali na tym samym piętrze, co ja z rodzicami i siostrą Annette². To nie było duże mieszkanie. Pachniało nowością. Dom był całkiem nowy. Na każdym piętrze po dwa mieszkania, a cały blok miał jakieś cztery piętra. Mieszkaliśmy na trzecim. Ci sąsiedzi nazywali się Kostrzewa. Mieli dwóch chłopców, do jednego z nich mówiło się „Titek”, ale chyba nigdy nie wiedziałem, jak miał naprawdę na imię.
W domu było spokojnie. Nie mieliśmy służby, czasem tylko przychodziła młoda pomoc domowa.
Moi rodzice należeli do klasy średniej.
Kiedy przyjechałem do Krakowa, mówiłem już po polsku. To był mój język ojczysty, obok francuskiego. Znałem oba. „R” wymawiałem z francuska, co wszystkich bardzo bawiło. Zresztą długo, chyba aż do szóstego czy siódmego roku życia, nie udawało mi się wymówić „r” po polsku.
Moi rodzice nigdy nie rozmawiali w jidysz. Znali ten język, ale go nie używali. Dopiero później, kiedy trafiłem do getta, częściej słyszałem jidysz. Bo w Polsce, rzecz jasna, byli różni Żydzi, potomkowie różnych fal imigracji, ale większość z nich żyła w kraju od wieków, co najmniej od sześciu stuleci. Ci, których widywałem na co dzień, byli całkowicie zasymilowani.
Moi rodzice mieli przyjaciół, którzy nie byli Żydami. Ja też – choćby tych chłopców z naszego piętra.
Niektóre święta religijne obchodziliśmy z całą rodziną, jak na przykład seder. I może jeszcze dwa czy trzy inne takie dni. Na ogół była to po prostu okazja, żeby wszyscy siedli razem przy stole. Ale poza tym moi rodzice nie praktykowali. Jeden z moich wujków zabrał mnie parę razy do synagogi, żebym zobaczył, jak to wygląda, poznał niektóre obrządki. Ale mnie, małego chłopca, zupełnie to nie interesowało. Raczej się nudziłem. Nie byłem wierzący.
Zresztą to, czy późniejsze ofiary wierzyły, czy nie, nie miało kompletnie żadnego znaczenia. Żadnego wpływu na to, co nas spotkało.
W owym czasie w Polsce nie organizowano wielu rozrywek, ale jedna uroczystość bardzo się wyróżniała. Nie było mowy, żeby ją przegapić: wianki. Wciąż się je świętuje w Krakowie. To jeszcze pogańska tradycja. Przez jeden letni, czerwcowy wieczór, w sobotę najbliższą Nocy Świętojańskiej, czci się nad Wisłą pod Wawelem pamięć legendarnej polskiej księżniczki, która „nie chciała Niemca” i wolała rzucić się do rzeki. Wisłą płyną wianki z kwiatów z lampkami i świeczkami – na cześć księżniczki Wandy – i barki, na których odgrywają różne sceny z tej legendy.
Na koniec był zawsze wielki pokaz fajerwerków, więc wszyscy mieszkańcy Krakowa zbierali się na wzgórzu i na murach Wawelu, żeby oglądać widowisko. Przychodziło mnóstwo ludzi. Dla dzieci to było wielkie wydarzenie. Coś niezapomnianego. Nie można się było doczekać!
Zagrożenie i wojna
Oczywiście, zapamiętałem bardzo dużo z tego, co się działo na samym początku wojny i jeszcze przed jej wybuchem, z tej szczególnej, przedwojennej atmosfery. Miałem sześć lat, kiedy wybuchła. Ludzie zaczęli się bać na długo przed inwazją, aż wrzało od plotek. Nikt nie był zaskoczony, wszyscy się czegoś takiego spodziewali. Hitler stał nad granicą od trzech lat. Wiedziano, ku czemu to zmierza.
Choć na początku można było nie brać tego całkiem poważnie. Pogróżki Hitlera wydawały się absurdalne – przecież był śmieszny, kiedy tak wrzeszczał do niemieckich tłumów. Tylko że tłumy słuchały go jak zahipnotyzowane. A potem robiło się coraz groźniej. Dorośli mówili tylko o tym.
Szczególnie utkwił mi w pamięci jeden epizod: spacerowałem z ojcem po Plantach. Stał tam facet z małym stolikiem i sprzedawał jakieś rysunki. Sporo ludzi stało dookoła i się przyglądało. Dużo gadał i pokazywał kartkę z karykaturami czterech niemieckich przywódców: Göringa, Goebbelsa, Hitlera i – zdaje się – Himmlera. I kiedy się tę kartkę odpowiednio poskładało, całość przedstawiała świnię. Ojciec mi wytłumaczył, dlaczego on narysował taką świnię i co to byli za ludzie. Wtedy pierwszy raz uświadomiłem sobie, że coś nam grozi.
Przed samym wybuchem wojny znowu się przeprowadziliśmy, do mojej babci, bo cała rodzina chciała być razem. Mieszkanie babci było duże – mieszkaliśmy tam z dwoma wujkami. Wujkowie nie byli tam przez cały czas – zresztą nie pamiętam. Chyba to było pod numerem 3 przy ulicy Zielonej³. Później nazwę ulicy zmieniono na Józefa Sarego⁴.
I właśnie u babci, na ulicy Zielonej, ojciec zdecydował, że powinniśmy wyjechać do Warszawy, bo tam będzie bezpieczniej. Najpierw wysłał tam nas, mamę, siostrę i mnie. Pojechaliśmy pociągiem, w wielkim pośpiechu. Pamiętam to dobrze, bo był piękny letni dzień. I także dlatego, że dzień czy dwa wcześniej bawiłem się nad Wisłą i złapałem wspaniałego motyla. Jeden z wujków pokazał mi, jak go wsadzić pod klosz, żeby zasnął, i jak go potem przypiąć szpilką do korka. Nie chciałem się z nim rozstawać – z moim skarbem – i wziąłem go ze sobą. Mama wzięła kilka walizek i pudełko na kapelusze. Była noc – i tak właśnie wyjechaliśmy z Krakowa. Ojciec miał do nas dołączyć później, wujkowie postanowili, że nie pojadą
Zaczął się exodus, podobnie jak we Francji, masowa ucieczka. W Polsce oczywiście na wschód, bo Niemcy szli z zachodu. Nie wiem, w którą stronę uciekano we Francji – pewnie w przeciwną.¹ W. Shakespeare, Burza, akt I, scena 2, przeł. P. Kamiński, wstęp i komentarz A. Cetera-Włodarczyk, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2022, s. 76.
² Annette Katz-Przedborska, siostra przyrodnia Romana Polańskiego, z pierwszego małżeństwa matki, Buli Katz, po pierwszym mężu Przedborskiej. Na kartach tej książki, szczególnie w listach Ryszarda Polańskiego, Annette pojawia się także jako Anetta, Anetka, Hanka i Hanna.
³ Według ojca – pod numerem 25.
⁴ Józef Sare (1850–1929), architekt, wiceprezydent Krakowa, poseł na Sejm. Ulica nosi tę nazwę od roku 1932, przedtem (od 1882) nazywała się Zielona i ten adres figuruje na karcie identyfikacyjnej Ryszarda Polańskiego z Mauthausen.