-
nowość
Nie budź licha, kiedy śpi - ebook
Nie budź licha, kiedy śpi - ebook
książka przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich (18+). „Jebnięte się nie starzeją”. Doświadczona przez życie Marysia postanowiła sprawdzić, czy w tej sentencji kryje się ziarno prawdy. Od zawsze przyciągała problemy jak lep muchy. Po kilku potknięciach, wciąż idzie przez nie z dumnie uniesioną głową. Kobieta w końcu może być sobą i gwiżdże na to, co i kto o niej myśli. Na jej drodze pojawia się pewny siebie prawnik. Teodor podejmie próbę poskromienia zołzy. Czy mu się to uda?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-657-3 |
| Rozmiar pliku: | 2,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
— Słoneczko, wróć do nas. Jeszcze nie odchodź — wymruczałam smutno, spoglądając na przetaczające się chmurzyska.
Skończyło się lato i powoli nadchodziła jesień. Nie lubię tej pory roku. Dzień staje się coraz krótszy, a pogoda coraz bardziej depresyjna. Częściej pada deszcz, a widoki za oknem tracą swój koloryt, stając się bure i ponure. Tak było i wtedy. Od tygodnia nieprzerwanie lało. Ziemia była przesiąknięta wodą. Już nawet nie znikała z ulic i chodników, a parkingi powoli zamieniały się w zapuszczone stawy. Stojąc w oknie mojego gabinetu, popijałam gorącą herbatę i traciłam nadzieję, że przestanie padać, gdy będę wychodzić z biura. Chyba podświadomie zaczęłam nucić dziecięcą piosenkę, a gdy doszłam do refrenu zaśpiewałam:
_Słoneczko nasze rozchmurz buzię._
_Nie do twarzy Ci w tej chmurze._
_Słoneczko nasze…_
— Rozchmurz się! — wydarła się wchodząca do pokoju Karolina.
_Spacerować z tobą będzie lżej…_
Dokończyłyśmy obie przyśpiewkę.
— Ale ty fałszujesz — rzuciła jędzowato, przewracając oczami. — Proszę, zrób przysługę światu i nie śpiewaj więcej.
— Spadaj, wredoto. Tonący brzytwy się chwyta — fuknęłam na asystentkę.
— Głupia, masz nadzieję wziąć je na litość?
— Może… — Wzruszyłam ramionami, odwracając się frontem do biurka — Co tam masz? — zapytałam zaciekawiona
— Przyniosłam ci oferty i drafty umów leasingowych do analizy. — Dziewczyna pokazała mi naręcze dokumentów.
— O nie! Zabieraj to. — Klapnęłam na fotel zrezygnowana. –Wiesz, że ja się na tym nie znam. Za dużo cyferek do liczenia, za dużo paragrafów do zrozumienia. Zanieś je Janowi, on lubi ślęczeć nad papierami. Albo lepiej Antkowi. On potrzebuje kosztów w firmie. Obiecał znaleźć kogoś, kto mi pomoże.
— No i znalazł. To kopie dla ciebie. Sama powiedziałaś: „Oni są od zarabiania, ty od wydawania kasy”.
— Nieee. Ja jestem od umilania życia pracownikom. Powinniście mi dziękować.
— Mania, wiesz, że jesteś naszą królową — odpowiedziała Karolina, kłaniając się lekko.
— Lizus — skarciłam asystentkę z uśmiechem. — Zostaw te styrtę. Zajmę się nią jutro. — Poderwałam się od biurka. — A teraz się zbieram, bo jak zawsze będę spóźniona. Muszę zawieźć Leona do lekarza.
— A Marek nie może go zawieźć? — dopytywała koleżanka.
— Marek to Marek. On ma swój świat i swoje kredki — skwitowałam i przewróciłam oczami.
Zmieniłam buty ze szpilek na super wygodne i strasznie wyglądające, w połączeniu ze spódnicą, kaloszki. Zarzuciłam na grzbiet płaszcz w kolorze ciemnego nude i szczelnie zapięłam się pod samą szyję. Na głowę naciągnęłam szarą czapkę, a na plecy zarzuciłam torbę z laptopem i dużą shopperkę.
— Paaa! — krzyknęłam w stronę Karoli i posłałam jej buziaka.
Dziewczyna pomachała mi na do widzenia, uśmiechając się pod nosem. Nie musiała nic mówić, doskonale wiedziałam, jak wyglądam. Mierzący zaledwie metr sześćdziesiąt pięć wzrostu, okuty w wełnianą zbroje wojowniczy żółw ninja. I kto by pomyślał, że jestem prawą ręka Prezesa. Szczerze mówiąc, miałam to w dupie. Nie zamierzałam marznąć i moknąć w imię doskonałego looku. Za stara jestem.
Grzebiąc w torbie w poszukiwaniu kluczy, szłam do auta jak zaprogramowana. Pomimo możliwości pozostawienia auta na parkingu pod budynkiem, parkowałam tam, gdzie pozostali pracownicy. Nie jestem wyjątkowa. Dzięki temu nie traktują mnie jak TĘ z elity, ale jak swoją. Oczywiście po drodze weszłam w jedną z licznych kałuż, tworzących się w dołkach zapadniętej kostki. Nie omieszkałam sponiewierać partaczy, którzy wykonali tę fuszerkę. Obiecałam sobie, że zadzwonię do administratora terenu i upomnę go o remont parkingu, który już dawno miał się zakończyć. Jeśli to nie pomoże, kolejna faktura na pewno zostanie pomniejszona.
Kiedy z triumfem na twarzy wyciągnęłam kluczyki z torebki, przez parking przejechał samochód ze stanowczo niedostosowaną prędkością. Koła pojazdu wpadły w jedno z zagłębień i cała woda — a raczej ten szlam z piachem i nie wiadomo czym jeszcze — trafił centralnie we mnie. Teraz to się wkurwiłam. Podniosłam głowę, śląc kurwy i chuje do wszystkich świętych. Zaczęłam wygrażać, że jak spotkam kierowcę na swojej drodze, to mu nogi poprzetrącam.
W tym samym momencie poczułam na ramieniu czyjąś dłoń. Stał za mną rosły mężczyzna, mierzący, na bank, ponad metr osiemdziesiąt, w rozpiętym markowym, czarnym płaszczu. Przez kark przewiesił wzorzysty, czerwony szalik. Miał delikatny rudawy zarost, ciemno brązowe oczy i postawioną do góry grzywkę. Na jego przystojnej twarzy malowało się rozbawienie pomieszane z troską. Ciasteczko. Dosłownie wszystko uszłoby mu na sucho, gdyby nie ten nieschodzący z twarzy kpiący uśmieszek. Sprawca mojej tragedii perfidnie śmiał się z całej sytuacji.
— Co pana tak bawi!? Też bym się chętnie pośmiała, ale raczej sytuacja nie sprzyja — fuknęłam zła, gdy nieznany mężczyzna skakał pomiędzy kałużami, by przypadkiem nie zamoczyć skórzanych pantofli.
— Bardzo przepraszam. Nie się spodziewałem się, że kałuża okaże się tak skuteczna w czynie i wyleje się na panią wodospad tego…
— No właśnie, tego — powiedziałam, rozmazując na płaszczu rudawe krople wody. — Kto by pomyślał, że trzeba omijać kałuże? Gdzie pan ma oczy? Kto normalny zapieprza w taką pogodę po parkingu. — Popukałam się w czoło, dając mu znać, jaki z niego nieogar.
Mężczyźnie szybko uśmiech zniknął z twarzy. Wsadził ręce do kieszeni.
— O co się pani tak piekli? — odpowiedział butnie. — Przecież przeprosiłem. Kręci pani aferę bez powodu.
— Bez powodu! — Zagotowałam się. — Uważa pan, że zwykłe przepraszam rozwiązuje sprawę? Że teraz z uśmiechem powiem, że nic się nie stało, i w podskokach radości wsiądę do samochodu i pojadę w pizdu? Bo jaśnie pan powiedział przepraszam. W dupę wsadź se pan to przepraszam.
Odwróciłam się, żeby odejść obrażona. Wiem, zareagowałam trochę za mocno. Dałam upust emocjom, jad się wylał. Już w myślach kazałam mężczyźnie pocałować mnie w cztery litery.
— Mógłbym wsadzić tobie. — Stanęłam jak wryta, kiedy usłyszałam jego odpowiedź. –Zapewniam, że krzyczałabyś na mnie w całkiem innym tonie.
Stałam jak porażona. To mnie zaskoczył, cham jeden. Przemyślana zmiana strategii, ale nie ze mną te numery, koleś. Jestem mistrzem takich rozgrywek. Odwróciłam się energicznie. Nie mogłam odejść bez ostatniego słowa. Miałam tylko jeden cel — zetrzeć z tej ślicznej buźki ten szelmowski uśmieszek. Uśmiechnęłam się szeroko, zmieniając mimikę na bardziej kokieteryjną. Przygryzłam wargę, widząc jak facet włazi na zwycięskie miejsce na podium w tej potyczce. Ależ jesteś głupi. Nikt cię nie nauczył, że nie bawi się ogniem, bo można się poparzyć? Z wolna podeszłam do jegomościa i przysunęłam się do niego znacząco. Przejechałam wolno ręką po kołnierzu płaszcza w górę. Zahaczyłam paznokciem o skórę szyi, po czym zaczęłam kreślić po bielutkiej koszuli niewidoczne ślady przyjemnego dotyku.
— Ho, ho. Casanova mi się trafił — powiedziałam kusząco. Zjeżdżałam dłonią coraz niżej, aż do paska, widząc aprobatę w oczach mężczyzny. — Słuchaj, chłopczyku. — Spojrzałam mu pewnie w oczy, kontynuując moją diabelską grę i wślizgując dłonie pod poły jego płaszcza, by objąć go w tali. — Zapewniam cię, że gdybyś jakimś cudem doprowadził mnie do przyjemności, twój mózg mógłby tego nie udźwignąć. Bo za każdym razem, gdy tylko zamknąłbyś oczy w chwili błogiego relaksu, słyszałbyś mój melodyjny jęk rozkoszy. Czułbyś przyjemny zapach mego ciała i delikatny dotyk przyprawiający cię o ciarki. Jestem pewna, że wpłynęłoby to znacząco na twoja psychikę.
Pociągnęłam mocno za szlufki, jak nadopiekuńcza matka poprawiająca dziecku spodnie. Materiał werżnął się w ciało faceta, wydobywając z jego gardła pomruk dezaprobaty. Na twarzy pojawił mu się grymas bólu. Zadowolona puściłam oczko, bezwstydnie patrząc w twarz mężczyzny. Pewnym ruchem ściągnęłam z jego szyi szmatkę. Wytarłam płaszcz materiałową zdobyczą i zadowolona pomaszerowałam do auta. Szach mat, frajerze.
***
Po zabieganym popołudniu, wizycie u weterynarza i niezbędnych zakupach spożywczych, marzyłam już tylko o tym, by przebrać się w wygodny dres, opatulić kocykiem, włączyć odmóżdżający film i delektować się dzbankiem gorącej herbaty z Five o’clock. Niestety nie było mi to dane. Do domu wpadł tłum dzikich chłopców z moim synem na czele, a za nimi Marek ze skwaszona miną.
— Cześć, mamo. Nie masz nic przeciwko, żeby chłopaki zostały na kolacji? Popykamy w FIF-ę na konsoli — oznajmił Fabian, nie czekając na moją reakcję.
Skierował się do swojego pokoju, a za nim czterech rosłych nastolatków.
— Spoko — wysapałam z przerażeniem w oczach. — A co zjecie na kolację? — zapytałam zrezygnowana.
— Wszystko, co pani zrobi, będzie dobre — odpowiedział mi Arek, najlepszy kolega Fabiana.
— To na początek zrobię wam herbatę, a potem coś… wymyślę. — Pokręciłam głową z wymowną miną.
— OK — odpowiedzieli chórem, wchodząc do pokoju syna.
O ile chłopcy jakoś niespecjalnie mi przeszkadzali, bo i tak zaraz zamkną się w pokoju i tam spędzą większą część wieczoru, Marek to inna bajka. Ciekawe jaką tym razem niestworzoną historią mnie zaskoczy. Serio, dla tego faceta każdy normalny dzień życia jest równie zagadkowy, jak pokazy magika w galerii handlowej. Marek jest u mnie częstym gościem, nawet ma klucze do mojego domu. Je ze mną kolacje, a w weekendy nawet śniadania. W takim sensie, że przychodzi na śniadanie, nie że tu śpi i… my ze sobą… O nie, fuj. Nie. W życiu. Choć do brzydkich nie należy. W sumie to jest przystojny. Mierzy prawie sto osiemdziesiąt centymetrów i ma przeciętną posturę z delikatnie zarysowującym się brzuszkiem. Łysy, niebieskie oczy, orli nos, wąskie usta, bez zarostu, zawsze ogolony na gładko, dobrze ubrany. W sumie? NIE… On ma coś z banią i dziwnie postrzega świat. Żyje w swojej własnej rzeczywistości, często się spóźnia albo zawala terminy. Chodzi rozkojarzony, jakby żył w innej bajce. Często gada od rzeczy i wyciąga anegdotki w ogóle nie związane z tematem rozmowy. Mimo tego jest w chuj inteligentny. Czasami swoją wiedzą onieśmiela i zadziwia towarzystwo. Ma też dobre wykształcenie i potrafi się pięknie wysławiać nie tylko po polsku. Ale, słowo honoru, czasami myślę, że jego IQ jest na poziomie rozgwiazdy. Kiedyś nastawił pralkę bez płynu czy proszku i trzymał w niej mokre ciuchy przez tydzień. HIT. Czekał aż pranie wyschnie. Prowadzi też segregację śmieci. W szafce pod zlewem ma cztery kosze, oczywiście każdy z woreczkiem w odpowiednim kolorze. Tylko że w momencie sprzątania wrzuca wszystkie worki do jednego pojemnika. Cały Marek. Jednak za każdym razem, gdy patrzę na tę chodzącą niemotę, uśmiech sam wychodzi na twarz. Jestem wdzięczna wszystkim siłom kierującym losem, że połączyły nas pewne… sprawy. Poznaliśmy się w biedzie. Bo tak właśnie poznaje się najlepszych przyjaciół. Byłam w czarnej dupie, a on, dziennikarz śledczy, nie zdradził, kim jestem. Od tamtej pory — razem. Ramię w ramię.
— Cześć — powiedział ledwie żywy.
Przysunął się bliżej, by przywitać się całusem w czółko.
— Cześć. A tobie co się stało?
— Moje arcydzieło — stwierdził z westchnięciem.
Marek od dekady walczy z rynkiem wydawniczym. Po odwieszeniu prochowca na wieszak postanowił zmonetyzować swoją wiedzę. Idzie mu w tym świetnie, bo ma z czego tworzyć historie kryminalne. Niejedno wydawnictwo chciałoby mieć Aureliusza.
— Powinienem pomyśleć o młodszych odbiorcach niż ci z domu starców i zmienić język na bardziej młodzieżowy. Rozumiesz?
— Oj nie załamuj się. Posiedzisz w weekend z Fabianem, pogadasz z Nadią. — Moją starszą córką. — Pokręcisz się po uniwerku. Pójdziesz do klubu i teksty same zaczną się odmładzać.
— Pomożesz mi? — poprosił błagalnie.
No pewka! Uwielbiam to. Wcielimy się w role bohaterów i odegramy kilka scenek. A może nawet wyskoczymy razem na miasto, nie wychodząc z ról. Maryśka, ochłoń. To Marek. Nie pokazuj emocji, bo go zniechęcisz.
— No dobra — powiedziałam kręcąc nosem. — Ale pomożesz mi zrobić pizzę — zażądałam.
Coś za coś. Taka jestem.
— W jedzeniu zawsze — odparł rozpromieniając się.
Oboje ruszyliśmy do kuchni. Marek rozejrzał się po wnętrzu.
— Gdzie Leon? — zapytał otwierając drzwi lodówki. Wyciągnął spory kawał kiełbasy swojskiej i zaczął go jeść.
— Leży w pokoju Nadii. Dziś miał wizytę u lekarza — wyjaśniłam, dlaczego pupil nie pilnuje gościa, sępiąc o skrawek smakołyka.
— I co powiedział? — zapytał Marek mlaszcząc.
— Że potrzebuje dziewczyny, i to pilnie. Znasz może kogoś, kto by dopuścił go do swojej lady? — zagadnęłam, przepychając kolegę.
— Popytam chłopaków od tresury — odparł i powąchał kiełbasę.
Spojrzałam na sąsiada z lekkim szokiem. Nie chcesz wiedzieć, Mania.
— A co, jeśli nie znajdzie się chętna panienka? — dopytał przyjaciel i odgryzł kolejny kawał mięsiwa.
Wyjęłam nożyczki z szuflady i energicznie zobrazowałam Markowi, co czeka Leona, jeśli nie zacznie spółkować. Marek skrzywił się znacząco na dźwięk ruchu nożyczek.
— Sprawa życia lub śmierci — oświadczył. — Nic dziwnego, że ma doła.
Ze smutkiem na twarzy przyznałam mu rację i zaczęłam szykować kolację dla mojego garnizonu.
***
Kolejny dzień zaczął się klasycznie. Odkąd Nadia wyprowadziła się do akademika, a Fabian odkrył uroki nastoletniego życia, mam sporo czasu dla siebie. Nie ma już porannej gonitwy, by każdy zdążył. Przed pracą na spokojnie wykręciłam rowerkiem kilkanaście kilometrów. Wzięłam prysznic, ogarnęłam się i wyszłam do biura. To pierwszy dzień bez deszczu. Weekend zapowiadał się naprawdę zacnie. Miałam nadzieję, że spędzę go w ogrodzie, grzebiąc w ziemi i kosząc trawę.
Wchodząc do biura, jak zawsze z uśmiechem na ustach, przywitałam wszystkich zebranych. Ułożyłam na paterze ciastka kupione rano w piekarni i weszłam do gabinetu. Nie zdążyłam się rozebrać, kiedy Antek stanął w progu ze zbyt radosną miną.
— A co ciebie sprowadza do mnie o tak nieludzkiej porze, skowroneczku? — powitałam Pana Prezesa melodyjnym głosem.
— Nie mogłem się ciebie doczekać, moja sówko — odpowiedział z uśmieszkiem na ustach.
Podszedł do mnie, pomógł zdjąć płaszcz, pocałował w czubek głowy i usiadł na fotelu. Zastukał palcami o blat biurka, jakby grał skoczny numer na perkusji.
— Zamieniam się w słuch — ośmieliłam go, wciąż przygotowując się do rozpoczęcia pracy.
— Znalazłem prawnika, który pomoże ci w zrozumieniu tych wszystkich prawnych kruczków spędzających ci sen z powiek — pochwalił się dumny z siebie.
— No proszę. Od kiedy może zacząć?
— Będzie po weekendzie, przygotuj umowy i dziękuj Panu za łaskę.
— Dziękuję — powiedziałam z przekorą, siadając na swoim miejscu za biurkiem.
W tym momencie weszła Karolina z dwoma talerzykami ciasta i parującymi kubkami. Rozstawiła wszystko na biurku i szybko się wycofała z pomieszczenia, by zająć się swoimi sprawami. Wróciłam do rozmowy z przełożonym.
— Nie świętuj jeszcze zwycięstwa — upomniałam Antka. — Jeśli okaże się takim samym geniuszem jak poprzedni, to ja będę tańczyć nad twoim ciałem. To, że ty go wybrałeś, nie znaczy, że spodoba się Janowi — wytknęłam przełożonemu.
— Wiem, wiem, ale jestem o niego spokojny. To naprawdę łebski facet — szedł w zaparte Pan Prezes, broniąc swojego kandydata.
— OK. Skoro tak uważasz — oświadczyłam z niedowierzaniem.
O wszystkich tak mówił, a potem Jan robił swój test lojalności i kicha. Prawnika nie ma.
— Widzę, że się rozgościłeś. Więc czym jeszcze mogę ci służyć? — zapytałam, składając ręce na biurku i pochyliłam się w jego stronę.
— Ty wiesz czym. — Mówiąc to, puścił do mnie oczko i szelmowsko się uśmiechnął. W odpowiedzi przewróciłam oczami i złapałam za łyżeczkę, by skosztować słodkości. — Ale tę kwestię wyjaśniliśmy sobie dawno temu. Za bardzo cenię swoje klejnoty rodowe, nie chce ich stracić.
— Skoro już mówimy o klejnotach. — Podniosłam rękę, bo przypomniało mi to o Leonie. — Masz może kogoś kto… jak by to ująć. — Nie wiedziałam, jak mu to powiedzieć.
Antek zachłysnął się kawą, mocno odchrząknął i patrząc na mnie podejrzliwie, zapytał:
— Nie mów, że chcesz wrócić do gry?
— Nie o mnie chodzi, głupku — skarciłam mężczyznę. — Leon ma pewien… Potrzebuje… się zabawić… Bo inaczej… — Pokazałam mu gest zamykanych nożyczek.
— No to sprawa życia lub śmierci — odparł równie przerażony co Marek. Faceci. — Popytam znajomych, chyba mam kilka kandydatek. Doprecyzujmy. Chcesz zostać babcią czy ma to być tylko niezobowiązująca zabawa?
— Żadnych dzieci. Czysta zabawa — odparłam zdecydowanie.
— I to mi się podoba. — Uśmiechnął się lubieżnie. — W takim razie spełnienie twojej potrzeby będzie czystą przyjemnością.
— Wiedziałam, że w tych sprawach jesteś nieoceniony — rzekłam odwzajemniając uśmieszek. — Tylko się pospiesz. — Spoważniałam i zaczęłam odpalać urządzenia. — Sprawa jest pilna i Marek też się w nią zaangażował.
— Proszę cię. Marek? — prychnął. — To dla mnie żadna konkurencja. Jeśli chodzi o swatanie jestem mistrzem.
— Taaa, jasne. — Ponownie przewróciłam oczami.
— A, właśnie — zareagował nazbyt radośnie. — Może ciebie też powinniśmy zeswatać? Może przestałabyś być taką suką?
Spojrzałam na niego śmiercionośnym wzrokiem. Moja kamienna mina mówiła wszystko, a Antek wiedział, że wkracza na niebezpieczne wody. Strategicznie wstał, zabrał kubek z kawą i ostatni raz spojrzał na mnie.
— WON! — krzyknęłam w jego kierunku, wskazując drzwi.
— Wrócimy do tematu — powiedział, wychodząc z gabinetu.
Niestety zdążył uchylić się przed lecącym w jego stronę długopisem.
Pokiwałam głową w geście bezsilności i zaczęłam pracę. Jednak nie mogłam się skupić. W głowie ciążyło mi pytanie Antka — „Wróciłaś do gry?”. Minęło już tyle czasu od śmierci Rafała. Może nie spotkałam nikogo wartościowego na swojej drodze? Bzdura, przecież znam tylu fajnych facetów. Byłam na paru randkach. Ale dlaczego nie pykło? Może to moja wina? Może odstraszam facetów. Nie jestem najdelikatniejsza w obejściu. Chyba że po prostu nie jest mi to potrzebne? A może jestem zbyt pojebana? Nieważne. Jebać to. Choć porządny seks by mi się przydał. O tak. Taki… Uch… Chciałabym znów poczuć porządny kawał mięsa między nogami, a nie zimny plastik napędzany bateriami Duracell. Właśnie, myśląc o moich rozłożonych nogach, przypomniało mi się, że muszę umówić się do ginekologa. I tak za długo odwlekałam wizytę u Grześka w gabinecie. Złapałam telefon za pamięci i wybrałam numer przychodni. Na szczęście nie czekałam długo. Pełna radości i życzliwości w głosie przywitałam się.
— Dzień dobry pani Basiu, tu Marianna Carycka. Wciśnie mnie pani w grafik do doktora Stępkowskiego? — wytrajkotałam.
— Poniedziałek, dziewiąta rano. Nie spóźnić się — poinformowała mnie oschłym tonem starsza kobieta po drugiej stronie słuchawki.
— Dobrze, będę. Dzię…
Spojrzałam na trzymany aparat. Usłyszałam tylko sygnał rozłączonego połączenia. Nic więcej. Żadnego „do widzenia”, „miłego dnia”, „pocałuj mnie w dupę”. Nic.
***
W przychodni, do gabinetu Grześka czekała kolejka ciężarnych. Wszystkie jak jeden mąż łypały na mnie dziwnym wzrokiem, bo przecież doktor przyjmuje tylko kobiety w ciąży. No cóż, dla niektórych robi wyjątki. Niezastąpiona pani Basia odhaczyła moje pojawienie się i, z równie dużym entuzjazmem jak podczas rozmowy telefonicznej, poinformowała, że wezwie mnie do gabinetu, kiedy doktor skończy. Tak przesiedziałam czterdzieści pięć minut.
— A kogoż to widzą moje śliczne oczka? — przywitał mnie doktor Grzegorz. Lekarz, chirurg, ginekolog i przyjaciel. Wpadliśmy sobie w ramiona.
— Cześć, Grzesiu. Wybacz, że tak dawno mnie nie było. No ale wiesz, praca.
Skłamałam. Po prostu musiałam dojrzeć do tej decyzji. Nie widziałam potrzeby, by wyciągać wkładkę i wkładać nową.
— Co cię sprowadza? — zapytał. — Zamierzasz zacząć korzystać z uroków stosunków międzyludzkich? — Wróżbita Maciej, normalnie.
— Nie … — Zaśmiałam się nieszczerze. — Chcę wymienić wkładkę. I… chyba zatrzymał mi się okres.
— Oho! Mówiłem. — Przewróciłam oczami. — Ale nie chciałaś słuchać. Z takimi zabawkami nie ma żartów. Dobra rozbieraj się. Sprawdzimy, co się tam dzieje.
Szybko przygotowałam się do USG, w końcu to nie pierwszy raz. Położyłam się na leżance i próbując się rozluźnić, patrzyłam, jak Grzesiek zakłada osłonkę na sonograf.
— Dobra, będzie przyjemnie. — Puścił do mnie oczko. — Piąstki pod pośladki i jedziemy.
Nie wiem, czego szukał na monitorze tak długo, jednak w końcu powiedział:
— Wrosła, ale tylko troszeczkę. Zaczął się proces wchłaniania obcego ciała w organizm. Trzeba to wyciągnąć, nie ma innego wyjścia. Już ci się do niczego nie przyda, a może tylko narobić problemów.
Grzesiek jeszcze raz spojrzał na wykonane USG.
— Do tego prawy jajnik jest powiększony. Jeśli nie wymienisz wkładki, to za trzy miesiące przyjdziesz na kontrolę i powiesz mi, że bardzo boli. A ja powiem to, czego najbardziej nie lubisz.
— A nie mówiłem — powiedzieliśmy razem znienawidzoną przez mnie frazę. Tylko z tą różnicą, że ja go parodiowałam, a on mówił serio.
— Pani Basia umówi cię na wizytę. Im wcześniej tym lepiej. Zabieg jest prawie bezbolesny i mało inwazyjny. Z niczego nie będziesz musiała rezygnować. No chyba że z seksu na sześć tygodni, ale ciebie to i tak nie dotyczy.
— Auć, zabolało — oburzyłam się, przykładając dłoń do piersi. — Uszczypliwością zaraziłeś się w którymś ze szpitali? — zapytałam równie kąśliwie.
— Maryśka, zachowujesz permanentny celibat od…. ilu już lat? — zapytał, marszcząc czoło.
— Zapomniałeś? — odparłam z urazą. — Od pięciu. No chyba że liczy się chłopak na baterie?
— Nie, nie liczy się — przyznał doktor gniewnie.
— Znajdź porządnego chuja, a nie bawisz się zabawkami jak mała dziewczynka. — Och, ty kutasie. Ty tak do mnie? No ewidentnie szuka zaczepki. Serio chcesz się ze mną kłócić?
— Wymienisz mi ją od razu? Czy dalej mam słuchać twoich mądrości? Zaraz się pokłócimy — oświadczyłam już naprawdę wkurzona.
— A masz badania? — zapytał przemądrzale.
— Mam — odparłam tym samym tonem. Boże, jak z dzieckiem. Co go ugryzło? — Jak mnie puścisz, to ci dam.
— Jak zawsze przygotowana. — Zaśmiał się pod nosem.
— Czysty przypadek. Musiałam zrobić badania krwi i poprosiłam panią doktor, by dopisała mi do skierowania potrzebne dodatki — wyjaśniłam, chodząc z gołą dupą po pomieszczeniu.
Jak widać, nie mam problemu z nagością. Wzięłam telefon i przesłałam Grześkowi wyniki badań. Wskoczyłam na samolot i usadziłam się jak sierotka. Doktor usiadł przed komputerem i zaczął pomrukiwać, analizując wyniki.
— Zastanów się, czy tym razem nie chcesz tej z hormonami — powiedział, nie odwracając głowy od monitora. — Też wkłada się ją na pięć lat, tylko że zatrzymuje okres — wyjaśnił, wstając z fotela. Podszedł do mnie bliżej i wymądrzał się dalej. — Choć powiedziałaś, że sam zaczyna zanikać. Dzięki hormonom skutki menopauzy będą mniej odczuwalne i nie będzie waliło ci tak na mózg. Choć w twoim przypadku to diabli wiedzą. — Machnął ręką niedbale.
Dość. Wyciągnijmy z niego prawdę.
— Ale masz humor. Coś się stało? — zapytałam z troską w głosie.
— Nic się nie stało. — Zamilkł na chwilę, zakładając rękawiczki. — No dobra, stało się. Mamy z Tamarą mały kryzys w związku.
— O Chryste. — Odrzuciłam głowę do tyłu. Znowu.
— Chodzi o to, że Tamka myśli, że ja oglądając całe dnie cipki, zmienię zdanie i znowu zechcę być singlem i korzystać z uroków mojego zawodu. Chore! Prawda? — zapytał, biorąc się pod boki.
Czy chore? No nie wiem. Nasz romans też zaczął się w gabinecie. Był wtedy szczylem po studiach i przyjął mnie bez kolejki. A potem… Wiele się wydarzyło. Szaleliśmy. Grzesiek nie wybrzydzał w partnerach, często powtarzał: „Żeby życie miało smaczek, raz dziewczynka, raz chłopaczek”. Ja zresztą nie byłam lepsza. „Z kobietą to nie zdrada”. Też se usprawiedliwienie wymyśliłam. To był pierwszy raz, gdy postanowiłam wrócić do gry, i od razu takie rozczarowanie. Znaczy seks był zajebisty, ale Grzesiek okazał się niezainteresowany głębszą znajomością. Jeśli… teraz też nie jest, to Tamara zasługuje na szczerość. Wyświadczyła mi ogromną przysługę, prostując zwoje mózgowe. Czas się odwdzięczyć. Sprawdźmy to albo wskażmy temu chujowi kierunek, w którym powinien podążać.
— No nie wiem… — odparłam zalotnie. Grzesiek skierował na mnie spojrzenie. — To ty mi powiedz. — Spojrzałam kusząco na mężczyznę. Wiedziałam, że w moich oczach iskrzą się kurwiki pokusy, którą wydobywam z wnętrza duszy. Odpięłam na koszuli dwa guziki więcej, ukazując mężczyźnie biel wyzywającego stanika. — Czego ty chcesz? — Zagryzłam wargę, lepiej usadzając się na fotelu. Rozwarłam nogi, pokazując doktorowi swoją cipkę.
— Maryś — wyszeptał, prostując się.
Złapałam Grześka za kitel i mocno przyciągnęłam do siebie. Wpadłam w jego usta bez ostrzeżenia.
— Co ty czujesz? — zapytałam odrywając się od mężczyzny.
— Czuję — warknął. Zagryzł mocno zęby, po czym wywarczał: — Och, demonie…
Chyba tylko dla utwierdzenia się w przekonaniu, tym razem on wdarł się językiem w moje wnętrze. Delektowałam się każdym ruchem jego języka. Och matko. Zapomniałam, jakie całowanie jest przyjemne. Czerpałam pełnymi garściami z tego, czym mnie obdarowywał mężczyzna. Jednak w głębi duszy modliłam się o to, by nie uległ pokusie. By nie przestąpił progu piekła. Jego dłonie wtargnęły pod moją bluzkę, zachłannie kosztując krągłości ciała. W końcu przeniósł dotyk na szyję. Złapał za nią władczo, odrywając mnie od siebie.
— Wiem, że warto. Nie żałowałbym nic a nic. — Łapał powietrze, by się uspokoić. Przełknął ślinę z bólem. — Ale nie mogę tego zrobić Tamarze. Kocham ją — wyznał szczerze.
Dzięki ci Panie. Uśmiechnęłam się przepełniona radością, demonstrując ją prosto w twarz mężczyzny. Odepchnęłam go od siebie z impetem.
— To się jej, kurwa, w końcu oświadcz! — krzyknęłam z udawaną złością. — Myślisz, że ile będzie na ciebie czekać, do cholery!
Grzesiek roześmiał się szczerze.
— Kiedy zamierzasz jej powiedzieć, że ją kochasz? — zapytałam.
— Dziś jej to powiem — odparł pewnie.
— Tylko, kurwa, jasno i wyraźnie, drukowanymi literami — zażądałam, wymierzając w niego karcąco palec. — Bo jak nie, to ja cię, kurwa, znajdę i cię wyjaśnię — zagroziłam.
— Tak jest. — Zasalutował.
— Zuch chłopak. A teraz proszę, bądź delikatny — poprosiłam, zakładając nogi na podpory.
Rozweselony Grzesiek szykował się do badania.
— Widzisz, do jakiego stanu mnie doprowadziłeś? — Położyłam się na fotelu ginekologicznym, próbując się uspokoić. — Oszaleję z wami facetami. Och, mężczyźni — uskarżałam się do momentu, aż poczułam dotyk.
— No już, ślicznotko. Nie gniewaj się — powiedział, obrysowując palcem wejście do pochwy. — Przepraszam.
Wsunął wzierniki i rozciągnął mnie chyba do granic możliwości. Moje mięśnie samowolnie zaczęły walkę.
— Mała, rozluźnij się. Im mocniej zaciskasz, tym będzie gorzej.
— Jestem rozluźniona — warknęłam.
— OK. No to… pośpiewamy.
Wygrzebał sznureczki i zaczął ciągnąć. KURWA, JAK BOLAŁO. Tego nawet nie da się opisać. Naprawdę jestem odporna na ból, starałam się nie krzyczeć, ale nie dałam rady. Zacisnęłam mocniej dłonie na poręczy fotela.
— Kurrrwwwaaa! — krzyknęłam, podnosząc głowę z oparcia.
— Już kończę, mała, już kończę. — Grzesiek uszczypnął mnie w pośladek i pewnym ruchem dopchnął wkładkę.
Zabieg zakończony. Wkładka wymieniona. Ciężko oddychając, opadłam na fotel.
— Mała, jak ty pięknie jęczysz — śmieszkował sobie.
Przysunął sprzęt USG bliżej fotela, przygotowując go do kolejnego badania. Tym razem sprawdzającego, czy wszystko jest na swoim miejscu.
— Mała to jest twoja pała — warknęłam, wciąż ciężko oddychając.
Lekarz wstał z uśmiechem z krzesełka. Zdjął ostrożnie moje nogi z fotela ginekologicznego i pomógł mi powrócić do pozycji siedzącej.
— Oj wiesz, że nie jest. Oj wiesz. — Puścił oczko.
Z bólem zeszłam z samolotu. Zaczęłam się ubierać, a Grzesiek podał mi przez parawan podpaskę.
— Dzięki — powiedziałam z irytacją w głosie.
— Chodź, jeszcze cię obmacam. Dziś będzie full serwis. Zasłużyłaś — powiedział rozradowany. Super, że poprawiłam ci humor, ale ty spieprzyłeś mój.
Grześ delikatnie obmacał moje piersi. Sprawnie pougniatał mięsistą tkankę w poszukiwaniu niepożądanych guzków. Gdy skończył, był zadowolony.
— Dziękuję za wizytę. — Przysunął się do mnie. — Dziękuję za wszystko — powiedział szczerze. Pocałował czule w czoło i delikatnie przytulił. Och, faceci.
***
Dziś postanowiłam skorzystać z przywileju parkowania pod drzwiami. W końcu przyjechałam do pracy na jedenastą. Siłowałam się, by nie obetrzeć ciasno ustawionych samochodów. Kurczę, coś było nie tak, coś za dużo tu aut. W końcu jakoś zaparkowałam i wygramoliłam się z pojazdu. Gdy wchodziłam do biura, przywitał mnie pan Tadeusz — ochroniarz i najmilszy człowiek na świecie.
— Dzień dobry, pani dyrektor! — Uśmiechnął się do mnie szeroko.
— Oj nie, jeszcze nie pani dyrektor — upomniałam go.
— W takim razie dzień dobry, pani Marysiu — przymilał się życzliwie.
— Dzień dobry, panie Tadeuszu. Jak tam, wszystko w porządeczku? — zapytałam.
— Jak zawsze na mojej warcie. Nie może być inaczej. Tylko cisza i spokój.
— Bardzo mnie to cieszy. Antek zmienił samochód? — zapytałam, rzucając spojrzenie za siebie.
Ochroniarz złapał moją torbę i, jak prawdziwy dżentelmen, pomógł mi zdjąć płaszcz.
— Ależ skąd. To tego nowego prawnika — wyszeptał. — Mówię pani, co za mężczyzna. Pani Krysia uważa, że ciasteczko z kremem. — Zaśmiał się na wspomnienie o księgowej.
— Żeby tylko po tym kremie niepotrzebny był Raphacholin — rzuciłam zabawnie. — Panie Tadeuszu, już mieliśmy jednego takiego asa. Pamięta pan? — Wspominałam o sytuacji sprzed trzech miesięcy, kiedy musiał wyprowadzić mężczyznę za wszarz z budynku.
— Pamiętam, pamiętam. Ależ to był ancymon. — Stróż pokręcił głową złowrogo.
Mężczyzna odprowadził mnie do windy, oddał mi torebkę oraz płaszcz, który przewiesiłam przez ramię. Pożegnałam go machnięciem ręki, nim drzwi się zamknęły. Wchodząc na moje piętro, usłyszałam, jak w sekretariacie ktoś opowiada bardzo emocjonującą historię. Na centralnie położonej wyspie, która służyła dziewczynom za biurko, siedziały obie asystentki — Karolina i Agata. Zaśmiewały się wniebogłosy ze słów rosłego mężczyzny, który stał przed nimi. Ubrany był w białą koszulę i czarne spodnie od garnituru. Szybko przeleciałam wzrokiem po jego plecach i zatrzymałam go na zakończeniu kręgosłupa. Tyłek niczego sobie. Już myślałam, że przemknę niezauważona do swojego gabinetu, gdy nagle mężczyzna odwrócił się zamaszyście i cała zawartość jego filiżanki wylądowała na mojej twarzy i bluzce. Nie zdążyłam nic zrobić.
— KURWA! JEBANA! MAĆ! — poleciało rzewnie z mojego gardła.
Obie asystentki, jak jeden mąż, zerwały się na równe nogi. Pierwsza ruszyła na pomoc Karolina. Pobiegła po ręczniki papierowe. Agata wpadła do mojego gabinetu. Oniemiały mężczyzna zaczął coś dukać.
— Ja… yyy… Ja nie… To wypadek. Ja… Bardzo przepraszam.
Dopadła mnie Karolina z ręcznikami i zaczęła nerwowo rzucać je w moja stronę.
— Zostaw! — krzyknęłam. — Poradzę sobie.
Wepchnęłam płaszcz i torebkę w dłonie koleżanki, która pędem poleciała do gabinetu. Podniosłam głowę i dwa razy zamrugałam. Następnie zacisnęłam zęby, przymrużyłam oczy i wycelowałam palec w miotającego się sprawcę mojej tragedii.
— Ty — syknęłam.
— O kurwa… — wyrwało się z ust mężczyzny. Spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczami.
— Tym razem zapłacisz mi za to — warknęłam groźbę.
Wyminęłam nowego kolegę, wpadłam do pokoju i mocno trzasnęłam drzwiami.
— Kto to, kurwa, jest i co tu robi?! — ryknęłam.
— To nowy prawnik, nazywa się Teodor O’Reilly. Dziś… — wydusiła Agata.
— Teczka z kadr, i to migiem! — przerwałam jej w pół zdania, na co ona wypadła z pokoju.
Odwróciłam się do Karoli i ściągnęłam zalaną bluzkę przez głowę.
— Co tam masz? — Asystentka przebierała wyciągnięte z szafy przez Agatę, awaryjne rzeczy.
— Jest biała bluzka z drobnym nadrukiem w koty, pensjonarka lub ciemnozielona szmizjerka — poinformowała bez zadowolenia.
— Co się głupio gapisz w te szmaty? Trzeba było uzupełnić garderobę — karciłam dziewczynę w złości. — Dawaj bluzkę — zażądałam.
— Stanik będzie prześwitywał — powiedziała z grymasem.
— Chuj mnie to obchodzi — warknęłam. — Zabieraj te brudy. — Wepchnęłam asystentce moją bluzkę i płaszcz w ręce. — Oddaj je do pralni. Albo nie! — Obróciłam się na pięcie, podnosząc palec do góry. — Przekaż rzeczy panu Teodorowi i powiedz, że jeszcze dziś chce dostać wszystko z powrotem czyste i pachnące. Jako prawdziwy mężczyzna powinien poczuwać się do odpowiedzialności i odwiedzić pralnie. Rachunek ma opłacić on sam, a nie firma. Jasne? — Wycelowałam w Karole palec wskazujący. Pokiwała tylko potwierdzająco głową i wyszła z gabinetu.
Złapałam za szmatkę, wrzuciłam ją na grzbiet, zapięłam guziki i podwinęłam rękawy, tak jak lubię. Zaczęłam poprawiać koczek na głowie, a Karola podeszła do mnie i ułożyła mi bluzkę.
— Ciężki poranek, co? — zapytała.
— Skąd… Jest zajebiście! — syknęłam z ironią.
— Dzwonił Grzesiek, zaraz przyniosę ci podpaski i leki przeciwbólowe.
Asystentka wyszła z pokoju. Zdjęłam botki i założyłam czarne szpilki z czerwoną podeszwą — klasa. Przejrzałam się w lustrze. Złapałam za torbę i zaczęłam się rozpakowywać. Nie zdążyłam obejść biurka, kiedy do mojego gabinetu wparował Antek w towarzystwie Borysa. Kurwa. Zapomniałam o tym spotkaniu. Już wiem, skąd komentarz Karoli o staniku.
— Mówiłem ci, że jest — nie przerywał swojego monologu Antek. — Od rana siedzi w swojej pieczarze i nawet na moment nie wyściubiła nosa.
Starszy mężczyzna szeroko rozłożył ręce, zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów i z powrotem. Wzrok zatrzymał na moim prześwitującym biustonoszu.
— Witaj, moja siódma, przyszła, niedoszła żono — przywitał się radośnie, rozkładając ramiona.
— Witaj, mój drugi, przyszły, niedoszły, były mężu. — Podeszłam do niego i mocno przytuliłam.
— Jak zawsze piękna. — Mężczyzna odwzajemnił uścisk. Pocałował mnie w policzek i oplótł ręką w pasie.
— Oj przestań. — Zbyłam go machnięciem dłoni. — Co cię do nas sprowadza? — zapytałam.
— Ty i malutki interesik z Antonim. — Wskazał ręką na rozgaszczającego się na moim fotelu Antka, który zwolnił blokadę w oparciu i rozwalił się jak żaba na liściu. — Mówiłem temu podrostkowi, by wtajemniczył cię we wszystko. Przyda nam się nowe spojrzenie na sprawę.
— O nie… — powiedziałam, podnosząc ręce w geście poddania się. — Mnie proszę nie mieszać w wasze interesy. Im mniej wiem, tym krótszy dostanę wyrok. — Mężczyźni roześmiali się.
Do pokoju weszła asystentka z ciastkiem, wodą i tabletkami.
— Dziękuję, Karolino. — Dziewczyna tylko spojrzała na mnie i skrzyżowała palce.
Antek pochwycił tabletki.
— Coś ci dolega? — zapytał i spojrzał na mnie podejrzliwie.
— Nic szczególnego, kobiece sprawy. — Pogładziłam się po brzuchu, by jak najszybciej uciąć temat, dodałam: — Ciocia przyjechała.
— Aha — odparł trochę zmieszany Antek. — Siadajcie, co tak stoicie? Na wesele będziecie prosić? — zapytał i ponownie zerknął na mnie i wciąż obejmującego moją talię Starszego Pana.
Spojrzałam na niego krzywo.
— Ja bardzo chętnie, ale najpierw muszę się rozwieść. — Borys podłapał propozycję.
— To trochę poczekam. Która to już żona od ciebie odchodzi? Piąta?
— Kto by je liczył, śliczna. To nie moja wina, że kocham was wszystkie.
Pocałował mnie w rękę i podprowadził do stojącej pod ścianą małej, dwuosobowej kanapy. Standard wyposażenia gabinetów wymagał tego typu mebli. My szczurki korporacyjne lubimy, gdy ktoś od razu widzi, z kim ma do czynienia. Moje biuro może nie było za duże, ale na wyposażeniu miało oczywiście wygodny fotel o anatomicznym kształcie podtrzymującym odcinek lędźwiowy w prawidłowej pozycji. Duże, solidne i nowoczesne biurko z funkcją podnoszenia blatu, ustawione pod oknem, przez które słońce rozświetlało wnętrze. Obok stały dwa eleganckie fotele na złotych nóżkach, obite miękką czarną tkaniną. Pod ścianą umieszczona była dość wysoka szafka, która po otwarciu drzwi, stawała się praktycznie niewidoczna. Miała być przeznaczona na dokumenty, ale jedną z części przeznaczyłam na prywatną garderobę z zapasowymi ciuchami. Jak widać przydawała się. Za nią w kącie stał wysoki wieszak na wierzchnie ubranie i parasole. Obok kanapy ustawiono dużą, rozłożystą monsterę, a po przeciwnej stronie mały stoliczek kawowy, z którego praktycznie nikt nie korzystał.
Usiedliśmy, a Borys wciąż trzymając mnie za dłoń, przypatrywał mi się uważnie. Antek zerknął na nas i wrócił do zabawy blistrem tabletek.
— Kochana, musisz mnie odwiedzić w klubie. Dawno cię tam nie było — rozpoczął rozmowę Borys i jeszcze raz pocałował moją dłoń.
— Zabiegana jestem. Prezes mnie męczy — poskarżyłam się i zabrałam dłoń z uścisku mężczyzny. — Straszna jęczydupa się z niego zrobiła. — Spojrzałam na przełożonego, ale on jedynie prychnął z rozbawienia. — Chodzi po biurze i męczy ludzi ciągłymi projektami, zadaniami, wyzwaniami — dodałam, gestykulując i przewracając oczami.
Antek szeroko się uśmiechnął. Tak, był moim szefem i prezesem tej maszynki do zarabiania pieniędzy, ale prywatnie także moim przyjacielem. Borys zaś zaufaną osobą, przy której mogliśmy zachowywać się normalnie.
— Wiesz, bardzo chętnie skorzystam z zaproszenia. Chyba potrzebuje się rozerwać — powiedziałam po chwili zastanowienia. — Nie zaszkodzi mi chwila zapomnienia i oczyszczenie mózgu za pomocą dobrej zabawy i alkoholu.
— Wspaniale. — Staruszek był rozradowany. — Nie zapomnij zabrać ze sobą Ani, mam do niej interes — dodał tajemniczo. Oho. Więc o to ci chodzi, lisie jeden. — Jej wyrafinowany gust do dzieł sztuki jest obecnie bardzo pożądany — wtrącił, podsycając moją ciekawość.
— Mam nadzieję, że ten interes jest legalny? — dopytałam, kładąc nacisk na ostatnie słowo. Akurat dobrze wiem, jakie prowadzi interesy.
— Oczywiście. Planuję małe odnowienie wnętrza klubu. Mam nadzieję, że wspomoże mnie swoim dobrym gustem — wyjaśnił pospiesznie.
— Będzie zachwycona. Szczególnie, jak obiecasz jej wolną rękę i nieograniczony budżet — rzuciłam. Anka tanio skóry nie sprzeda.
— Dobrze. W takim razie czekam na was z niecierpliwością. Pamiętaj, że zawsze jesteście tam mile widziane. I mam nadzieję, że wciąż masz białą kartę? — zapytał Borys, podnosząc się.
— Tak, mam i zamierzam z niej korzystać. Poza tym kto mnie tam nie zna? — zażartowałam.
— Właśnie — odparł Borys, dokładnie mi się przyglądając. — Zostawię was. — Wstał z fotela, zapinając marynarkę. — I tak wpadłem tylko na chwilę — usprawiedliwił się.
Podniosłam się i pożegnałam starszego mężczyznę. Wróciłam do biurka i stanęłam za Antkiem. Milczałam, miałam nadzieję, że tym razem odczyta moje intencje i ustąpi mi miejsca. Niestety gówniarz nie stosował wobec mnie zasad dobrego wychowania. Nie wytrzymałam i zabrałam tabletki z jego dłoni. Obeszłam biurko i usiadłam na jednym z foteli. Pan Prezes podsunął mi szklankę z wodą.
— Ładnie ze sobą wyglądacie — wyznał.
— Przestań, Antek. — Łyknęłam dwie tabletki i popiłam wodą.
— Tak tylko mówię. Bo wiesz, ostatnio rozmawialiśmy… — zaczął zmieszany w przypływie odwagi.
Łypnęłam na niego groźnym wzrokiem.
— Won. — Wskazałam kierunek, w którym powinien się udać.
— Już idę, już idę. Złośnica. — Podniósł ręce w akcie poddania i szybko wstał z fotela.TEO
Zamurowało mnie. Antek wezwał mnie do gabinetu, a sam zniknął nie wiadomo gdzie. Nie odezwał się słowem, co planuje. Dopiero wróciłem z podróży zorganizowanej naprędce przez Borysa. Nie zdążyłem mu nic powiedzieć o moich spotkaniach z Manią. Że trzeba rozegrać sprawę delikatnie. Nie chciałem palić mostów na samym początku znajomości. Gdy kobieta stanęła w progu, myślałem, że dostałem udaru. W niczym nie przypominała tej krzykaczki z parkingu czy biura. By the way — jej ciuchy wcale nie są tanie w czyszczeniu. Paragon od Ivana o mało nie wyrwał mnie z pantofli. Bluzka faktycznie była z jedwabiu, a dorzucony kaszmirowy płaszcz tylko podbił rachunek o kilka stów. Teraz widok tej złośnicy przyprawiał o ciarki na ciele. Delikatna sukienka pasowała do jej sylwetki i uwydatniała zgrabne nogi. Dekolt delikatnie odsłonięty, ozdobiony złotym łańcuszkiem z zawieszką korony. Włosy mocno ściągnięte w koczek, upleciony wysoko na czubku głowy — dodawał jej kilku centymetrów do nikczemnego wzrostu. Tak samo jak niebotycznie wysokie granatowe szpilki. Petarda.
Ze ślicznej twarzy szybko zniknął szeroki uśmiech. Poprawiła okulary i zaczęła mi się przyglądać. Pomyślałem, że będzie się drzeć na mnie i na Antka, że robimy sobie z niej żarty. Jednak nie, profesjonalnie podeszła do sprawy, a widząc zmieszanie Prezesa po pierwszym zdaniu, postanowiła odwrócić kota ogonem. Szybko pochwyciłem jej nikczemny plan. Serio, to miejsce pracy może okazać się bardzo interesujące. Z wierzchu normalna korpo, w środku morze prawdziwych ludzkich emocji. Miałem nadzieję, że tym przedstawieniem ugram kilka punktów niwelujących poprzednie złe doświadczenia. Cała sytuacja naprawdę nieźle mnie ubawiła. Nie pamiętałem już, kiedy mogłem poczuć się tak swobodnie, będąc w pracy.
Do momentu, aż Antek wygłosił swój rzewnie szczery monolog. Widziałem, jak kobieta zaczęła szybciej oddychać i zaciskać pulsacyjnie dłonie w pięści. Naprawdę myślałem, że pęknie. I znowu mnie zaskoczyła. Mężnie przyjęła każdy cios. Była twarda, a do tego jeszcze cwana i przebiegła. Pokazała kto tu tak naprawdę rządzi. Antek tańczył, jak mu zagrała, ale tak, by nie zorientował się, co się dzieje. Patrzenie na jej grę było bardzo pobudzające. Mimo wszystko Antek przesadził i, choć zdawałem sobie sprawę, że przyjaciel chciał dobrze, nie wiedziałem, czy jest świadomy konsekwencji.
— Stary, przegiąłeś — uzmysłowiłem przyjacielowi, rozsiadając się w fotelu.
— Co? — zapytał jeszcze zmieszany, jakby dopiero wrócił do rzeczywistości.
— Przegiąłeś. Wygarnąłeś dziewczynie. To cud, że się nie rozbeczała.
— Mania? Proszę cię — prychnął i wszedł za swoje biurko. — To twarda babka, przeżyje.
— W to nie wątpię, tylko jakim kosztem. — Antek tylko machnął ręką.
— My tak zawsze. Lepiej, że usłyszała to ode mnie, a nie od obcego.
— Czym się tak wkurzyłeś? — zapytałem ciekawsko. To nie było jego normalne zachowanie.
— Tym, że mój najlepszy kumpel wszedł w układ z laską, by mi zagrać na nosie. — Wycelował we mnie palec wskazujący.
— Nie wiedziałem, że jesteś taki delikatny. — Uśmiechnąłem się zadziornie. — Zabolało, że mógłbym dotknąć twojego skarbu? — rzuciłem wrednie.
W głębi ducha naprawę pomyślałem, że to by było coś. Dostać to, czego ten bananowy dzieciak nie może mieć i wie, że nigdy nie dostanie.
— Nie jestem zazdrosny… — powiedział, krzyżując ręce na piersi jak małe dziecko.
— Tego nie powiedziałem — stwierdziłem, podnosząc do góry ręce.
Antek usiadł ciężko na fotelu za biurkiem i na chwilę zamilkł. Starł dłonią niewidoczny kurz z blatu.
— No dobra, może trochę jestem — wyznał w końcu. Pokiwałem głową i uśmiechnąłem się kącikiem ust. — Nie patrz tak na mnie. To naprawdę świetna dziewczyna. Bardzo inteligentna, da się z nią o wszystkim pogadać. Zawsze mogę do niej zadzwonić i poprosić o radę czy pomoc. Nie ocenia ludzi przez pryzmat kasy. Jest szczera do bólu i tego oczekuje od przyjaciół. Zależy mi na niej. Jest dla mnie bardziej jak… siostra, której nigdy nie miałem.
O kurwa, tego się nie spodziewałem. Takie słowa z ust Antka to rzadkość. Nieczęsto mówi tak otwarcie o uczuciach i bliskich mu osobach. Teraz naprawdę muszę lepiej poznać Panią Kierownik. Ciekawe jak by to było faktycznie się do niej zbliżyć. Zerwać zakazany owoc. Zamyśliłem się, a przez moją głowę przeleciały obrazy złośnicy w moich ramionach. Odchrząknąłem i potrząsnąłem energicznie głową, by odgonić fantazje.
— Dobra, mniejsza z tym. Powiedz mi lepiej, o co chodzi z tym cennikiem — zmieniłem temat.
— Ha. Dziewczyny cię jeszcze nie wtajemniczyły.
— No, raczej nie. Na czym to polega? — zapytałem szczerze zaciekawiony.
— Mania stworzyła swój własny sposób wynagradzania ludzi. Nie lubi pracować charytatywnie i uważa, że drobna przyjemność jest bliższa sercu niż potok fałszywego „dziękuję”. Wymyśliła sobie, że za drobną przysługę lub za małe przewinienie należy się czekolada. Im większa prośba lub wtopa, tym lepsze słodycze. Jeśli naprawdę potrzebujesz pomocy lub, tak jak ja, narozrabiałeś, stawiasz flaszkę. Ona uwielbia słodkie musujące wino. Kiedy potrzebujesz cudu lub rzeczy niemożliwej, którą akurat ona jest wstanie załatwić od ręki lub naprawdę obraziłeś majestat królowej, kupujesz komplet. Stąd powiedzenie krążące po firmie: „cydr i czekolada”.
— Czyli szeroko rozwinięty system łapówkarstwa — stwierdziłem.
— Można tak to nazwać, ale wszystko w granicach zdrowego rozsądku. Poza tym, a tak naprawdę dzięki temu, każdy jest chętny do pomocy i nie boczy się, że odwala za kogoś czarną robotę. I zapamiętaj, jeśli potrzebujesz coś załatwić w księgowości, to musisz mieć ze sobą pudełko pączków lub dobrych ciastek.
— Ciekawe czego od ciebie zażąda ta złośnica.
— Muszę wybadać, jak bardzo nabroiłem. Ale spokojnie, jak zawsze mam asa w rękawie. — Uśmiechnął się do mnie szeroko. — A co wyszło z twojej tajnej akcji z Borysem? — Tym razem to Antek zmienił temat.
Opowiedziałem mu pokrótce, w jakim gównie znów się znalazłem.