-
nowość
Nie całuj mnie na serio. - ebook
Nie całuj mnie na serio. - ebook
Lena przyjeżdża do Toskanii na ślub brata. Na miejscu spotyka byłego partnera z nową narzeczoną oraz Adriana – mężczyznę, który dziesięć lat wcześniej złamał jej serce. Jedno spontaniczne kłamstwo sprawia, że Lena i Adrian muszą udawać zakochanych. Ustalają jasne zasady, lecz wspólny pokój, powracające uczucia i rosnące pożądanie szybko komplikują ich układ. „Nie całuj mnie na serio” to zmysłowy romans 18+ o udawanym związku, drugiej szansie i miłości, której nie da się zaplanować.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 2,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Lena
Pierwszą osobą, którą zobaczyłam po przyjeździe do Toskanii, był mężczyzna, którego przez dziesięć lat starałam się nie wspominać.
Drugą miał być mój były.
O tym dowiedziałam się kilka minut później, kiedy było już zdecydowanie za późno, żeby zawrócić.
Samochód zatrzymał się przed szerokimi schodami prowadzącymi do willi Bellarosa. Budynek miał kolor rozgrzanego miodu, zielone okiennice i kamienne ściany porośnięte bluszczem. Wokół ciągnęły się rzędy cyprysów, a powietrze pachniało lawendą i czymś słodkim, czego nie potrafiłam nazwać.
Przez moment pomyślałam, że Marta nie przesadzała. To miejsce naprawdę wyglądało tak, jakby ktoś stworzył je specjalnie do składania obietnic na całe życie.
Potem zobaczyłam Adriana.
Stał w cieniu przy wejściu, oparty ramieniem o kamienny filar. Biała koszula miała podwinięte rękawy, ciemne okulary zasłaniały mu oczy, a na twarzy pojawił się ten sam spokojny uśmiech, który kiedyś doprowadzał mnie do szału.
Nie zmienił się aż tak bardzo, jak miałam nadzieję.
Był szerszy w ramionach, jego włosy były trochę krótsze, a przy ustach pojawiły się dwie niewielkie linie. Poza tym nadal wyglądał jak człowiek, który nigdy nie musiał zastanawiać się, gdzie położyć ręce ani co powiedzieć, żeby inni zaczęli go słuchać.
Ja tymczasem siedziałam na tylnej kanapie z włosami przyklejonymi do karku, pogniecioną sukienką i plamą po kawie na jasnej torbie.
Toskania przywitała nas nierówno.
Kierowca otworzył bagażnik. Zanim zdążyłam wysiąść, Adrian zszedł po schodach i zatrzymał się przy drzwiach samochodu.
- Lena Sadowska - powiedział, zerkając na zegarek. - Spóźniona tylko czterdzieści siedem minut. Jest postęp.
Wysiadłam, poprawiając pasek sukienki.
- Samolot miał opóźnienie.
- Oczywiście.
- A później kierowca pomylił zjazd.
- Naturalnie.
- I nie musisz udawać, że cieszy cię mój widok.
Zdjął okulary. To był błąd. Jego oczy nadal miały ten ciemny, ciepły odcień brązu, który pamiętałam znacznie lepiej, niż powinnam.
- Nie udaję.
Odpowiedział zbyt szybko. Bez uśmiechu.
Przez jedną głupią chwilę zabrakło mi gotowej riposty.
Adrian wykorzystał ją, żeby wyjąć moją walizkę. Gdy uniósł ją jedną ręką, odpadło kółko i potoczyło się po kamieniach.
Patrzyliśmy za nim, dopóki nie zatrzymało się przy donicy z oliwką.
- Nic nie mów - ostrzegłam.
- Nie zamierzałem.
- Właśnie widzę.
Kącik jego ust drgnął.
- Nadal pakujesz się tak, jakbyś uciekała z kraju na zawsze?
- Nadal zadajesz pytania, na które nie chcesz znać odpowiedzi?
- Tylko tobie.
Wziął walizkę, zanim zdążyłam zaprotestować, i ruszył w stronę schodów. Powinnam była poczuć wyłącznie irytację. Zamiast tego patrzyłam przez kilka sekund na jego plecy i przypominałam sobie letni wieczór w ogrodzie przy domu z dzieciństwa oraz dłonie, które kiedyś trzymały mnie równie pewnie jak teraz uchwyt walizki.
Jedno wspomnienie. Jeden pocałunek. Jedno zdanie wypowiedziane następnego dnia.
To nic nie znaczyło, Lena.
Dziesięć lat wystarczyło, żebym przestała o nim myśleć codziennie. Najwyraźniej nie wystarczyło, żebym zapomniała każde słowo.
- Idziesz? - Adrian obejrzał się przez ramię.
- Zastanawiam się, czy nie zaczekać na następny samolot.
- Za późno. Kacper cię widział.
Drzwi willi otworzyły się i mój brat wybiegł na schody. Za nim pojawiła się Marta w luźnej białej sukience, z włosami związanymi na czubku głowy.
Kacper objął mnie tak mocno, że na chwilę straciłam oddech.
- Wreszcie jesteś.
- Ja też się cieszę, że mnie dusisz.
Rozluźnił uścisk, ale nadal trzymał dłonie na moich ramionach, jakby chciał sprawdzić, czy przyjechałam w jednym kawałku.
- Wszystko dobrze? Dzwoniłem trzy razy.
- Byłam w samolocie.
- Później też dzwoniłem.
- Rozładował mi się telefon.
- Mogłaś pożyczyć od kierowcy.
- Kacper - odezwał się Adrian, mijając nas z walizką. - Jest dorosła. Przebyła ponad tysiąc kilometrów bez twojego nadzoru. Daj jej chociaż wejść do środka, zanim rozpoczniesz przesłuchanie.
Spojrzałam na niego zaskoczona.
- Nie potrzebuję obrońcy.
- Wiem - odpowiedział. - Próbuję tylko ocalić powitalne prosecco.
Marta odsunęła Kacpra i przytuliła mnie z dużo większym wyczuciem.
- Nie słuchaj ich. Od rana zachowują się tak, jakby organizowali spotkanie najważniejszych przywódców świata, a nie małe wesele.
- Osiemdziesiąt cztery osoby to nie jest małe wesele - zaprotestował Kacper.
- We Włoszech jest.
Marta pocałowała mnie w policzek, a później cofnęła się o krok. Jej uśmiech osłabł na ułamek sekundy.
Znałam ten wyraz twarzy. Tak wyglądał człowiek, który miał mi do przekazania coś nieprzyjemnego i rozważał ucieczkę.
- Co się stało? - zapytałam.
- Nic.
- Marta.
- Właściwie to drobiazg. Zupełnie nieistotny. Prawie na pewno nawet go nie zauważysz.
- Kogo?
Kacper westchnął.
- Michał przyjechał wcześniej.
Upał nie zniknął, cykady nie przestały grać, a jednak przez moment zrobiło mi się zimno.
- Miał przyjechać dopiero w piątek.
- Zmienił plany - wyjaśniła Marta. - Jego mama poprosiła, żeby pomógł z transportem kilku osób. Dowiedziałam się wczoraj. Chciałam ci powiedzieć, ale...
- Uznałaś, że lepiej zepsuć mi niespodziankę dopiero na miejscu?
Skrzywiła się.
- Mniej więcej.
Nie mogłam mieć do niej pretensji. Michał był jej kuzynem. To dzięki niej się poznaliśmy, długo przed tym, zanim została narzeczoną mojego brata. Rozstaliśmy się cztery miesiące temu bez krzyków, rzucania talerzami ani teatralnego wyrzucania ubrań przez okno. Po prostu pewnego wieczoru powiedział, że nie jest pewien, czy potrafi kochać mnie tak, jak tego potrzebuję.
Odpowiedziałam, że nie zamierzam przekonywać go, żeby spróbował.
Byłam z siebie dumna aż do chwili, gdy zamknęłam za nim drzwi.
- Poradzę sobie - powiedziałam.
- Wiem. Jest jeszcze jedna rzecz.
Roześmiałam się krótko.
- Oczywiście, że jest.
- Nie przyjechał sam.
Tym razem cisza trwała nieco dłużej.
- Rozumiem.
Nie rozumiałam. Cztery miesiące temu nie wiedział, czy jest gotowy na miłość. Najwyraźniej odkrył odpowiedź szybciej, niż przypuszczałam.
- Lena... - zaczął Kacper.
- Powiedziałam, że sobie poradzę.
Chciałam zabrzmieć lekko. Prawie się udało.
Adrian stał kilka kroków dalej. Nie patrzył na mnie ze współczuciem, za co byłam mu wdzięczna. Miał jednak mocno zaciśniętą szczękę.
- Gdzie jest mój pokój? - zapytałam.
- Pokażę ci - powiedziała Marta.
Ruszyłyśmy do środka. Kiedy mijałam Adriana, odezwał się tak cicho, że tylko ja mogłam go usłyszeć.
- Jeśli będziesz chciała stąd wyjść, powiedz jedno słowo.
Zatrzymałam się.
- I co zrobisz?
- Wyjdę z tobą.
Nie odpowiedziałam. Nie chciałam pytać, dlaczego zabrzmiało to jak obietnica.
◆
Godzinę później stałam przed lustrem w łazience i próbowałam zdecydować, czy czerwona sukienka mówiła „mam się świetnie”, czy raczej „bardzo zależy mi, żebyście myśleli, że mam się świetnie”.
Wybrałam ją mimo wszystko.
Sukienka miała prosty krój, cienkie ramiączka i odkryte plecy. Kupiłam ją dwa miesiące wcześniej bez konkretnej okazji, co wtedy wydawało się przejawem spontaniczności. Teraz podejrzewałam, że podświadomie przygotowywałam się do spotkania z byłym i jego nową narzeczoną w toskańskiej willi.
Moja podświadomość lubiła dramaty.
Na dziedzińcu ustawiono długi stół pod pergolą. Nad nim wisiały drobne lampki, a pomiędzy talerzami stały świece i niewielkie bukiety z oliwnych gałązek. Słońce chowało się za wzgórzami, barwiąc kamienne ściany na złoto.
Zeszłam po schodach i od razu zobaczyłam Michała.
Siedział obok szczupłej blondynki w błękitnej sukience. Trzymała dłoń na jego przedramieniu, a on pochylał się w jej stronę z uwagą, o którą kiedyś musiałam prosić.
To zabolało. Nie tak mocno, jak się obawiałam, ale wystarczająco, żebym na moment zapomniała, jak się oddycha.
Michał podniósł głowę. Nasze spojrzenia spotkały się ponad stołem.
Wstał.
- Lena. Cześć.
- Cześć.
Podeszłam, ponieważ odwrócenie się i ucieczka byłyby zbyt widoczne. Blondynka także wstała. Z bliska wyglądała na zdenerwowaną prawie tak samo jak ja.
- To Oliwia - powiedział Michał. - Moja narzeczona.
Narzeczona.
Cztery miesiące.
Może w Toskanii czas płynął inaczej.
Oliwia uśmiechnęła się niepewnie i wyciągnęła rękę.
- Miło cię poznać. Słyszałam o tobie dużo dobrego.
Nie była wyniosła ani fałszywie słodka. Była zwyczajnie miła, co znacznie utrudniało natychmiastowe jej znienawidzenie.
Uścisnęłam jej dłoń.
- Ciebie również.
- Lena! - zawołała mama z drugiego końca stołu. - Usiądź koło nas. Zostawiliśmy ci miejsce.
Wskazane krzesło znajdowało się dokładnie naprzeciwko Michała i Oliwii.
Rodzina. Zawsze gotowa pomóc.
Usiadłam i przyjęłam kieliszek prosecco od kelnera. Wypiłam pierwszy łyk trochę zbyt szybko. Później drugi.
Rozmowa toczyła się wokół podróży, pogody i planu na kolejne dni. Odpowiadałam wtedy, gdy ktoś zwracał się bezpośrednio do mnie, i bardzo pilnowałam, żeby nie patrzeć na pierścionek Oliwii.
Prawie mi się udawało.
- A ty przyjechałaś sama? - zapytała w pewnym momencie.
W jej głosie nie było złośliwości. To było zwykłe pytanie, takie samo jak pytanie o lot albo pokój. Mimo to rozmowy po obu stronach stołu nagle ucichły.
Mama pochyliła głowę. Kacper spojrzał na mnie z przesadną czujnością. Marta otworzyła usta, zapewne gotowa zmienić temat.
Michał patrzył tylko na mnie.
Mogłam odpowiedzieć prawdę.
Powinnam była odpowiedzieć prawdę.
- Nie - powiedziałam. - Nie przyjechałam sama.
Marta zamrugała.
Kacper zmarszczył brwi.
Moja matka wyprostowała się na krześle z szybkością, której nie widziałam u niej od lat.
- Naprawdę? - zapytała.
- Naprawdę.
Uniósł się we mnie ten szczególny rodzaj paniki, który każe człowiekowi brnąć w kłamstwo tylko dlatego, że wycofanie się byłoby jeszcze bardziej upokarzające.
- Kto to? - chciała wiedzieć mama.
Otworzyłam usta.
Nie miałam imienia, planu ani nawet marnego zdjęcia nieznajomego mężczyzny, które mogłabym pokazać w telefonie. Miałam za to kieliszek prosecco i rodzinę wpatrującą się we mnie tak, jakby od odpowiedzi zależał wynik wyborów.
- Ja - odezwał się za moimi plecami Adrian.
Nie poruszyłam się.
Nie byłam pewna, czy naprawdę go usłyszałam, czy alkohol w połączeniu z upałem wywołał pierwszą halucynację.
Adrian podszedł do stołu. Miał na sobie ciemną koszulę i jasne spodnie. Bez pytania położył dłoń na oparciu mojego krzesła, a potem przesunął ją na moje nagie ramię.
Skóra zapiekła mnie pod jego palcami.
- Przepraszam za spóźnienie - powiedział spokojnie. - Moja dziewczyna miała na mnie poczekać z ogłaszaniem nowiny, ale cierpliwość nigdy nie była jej najmocniejszą stroną.
Przy stole zapadła cisza.
Kacper patrzył na Adriana, jakby właśnie zobaczył obcego człowieka w ubraniu swojego najlepszego przyjaciela.
- Twoja... co? - zapytał.
Adrian nawet na niego nie spojrzał. Patrzył na mnie.
- Dziewczyna - powtórzył.
Powinnam była się roześmiać i powiedzieć, że żartujemy. Mogłam zakończyć wszystko w tej samej chwili.
Zamiast tego uniosłam głowę.
- Miałeś się nie spóźnić.
W jego oczach pojawił się błysk.
- Wynagrodzę ci to.
Przesunął dłoń z mojego ramienia na kark. Zrobił to powoli, dając mi czas, żebym się odsunęła.
Nie odsunęłam się.
Pochylił się, ale zatrzymał tuż przed moimi ustami. Jego oddech musnął moją skórę.
- Powiedz, żebym przestał - szepnął tak cicho, że nikt inny nie mógł go usłyszeć.
To nie brzmiało jak część przedstawienia.
Serce uderzało mi zbyt szybko. Czułam ciepło jego dłoni na karku i znajomy zapach, którego nie powinno pamiętać żadne rozsądne ciało po dziesięciu latach.
Mogłam powiedzieć „przestań”.
Zamiast tego zacisnęłam palce na jego koszuli i przyciągnęłam go o ostatni centymetr.
Adrian pocałował mnie.
Nie delikatnie, jak całuje się kobietę wyłącznie dla zachowania pozorów. Jego usta dotknęły moich pewnie, ciepło i z niebezpieczną cierpliwością. Pierwsza sekunda była pytaniem. Druga przypomnieniem.
W trzeciej odpowiedziałam na pocałunek.
Wokół nas ktoś odsunął krzesło. Ktoś inny cicho westchnął. Nie obchodziło mnie, kto.
Adrian przesunął kciukiem po mojej szyi, a ja na moment zapomniałam, że przy stole siedzi moja rodzina, mój były i jego przyszła żona. Zapomniałam nawet, że pocałunek miał być kłamstwem.
Pamiętałam tylko ogród sprzed dziesięciu lat i to, że wtedy przerwał pierwszy.
Teraz również to zrobił.
Odsunął się zaledwie o kilka centymetrów. Jego oddech był nierówny, choć twarz nadal pozostawała spokojna.
- Wybaczysz mi spóźnienie? - zapytał.
Patrzyłam na niego, próbując odzyskać głos.
- Zastanowię się.
Uśmiechnął się lekko, po czym zajął wolne krzesło obok mnie. Pod stołem położył dłoń na moim kolanie.
Tym razem drgnęłam.
Nachylił się do mojego ucha.
- Nie teraz - szepnął. - Jeżeli mamy kłamać, róbmy to porządnie.
Spojrzałam na Kacpra. Mój brat nadal trzymał kieliszek w połowie drogi do ust. Marta przeciwnie - uśmiechała się tak szeroko, jakby właśnie dostała najlepszy prezent ślubny. Michał spuścił wzrok, a Oliwia przyglądała nam się z wyraźnym zaciekawieniem.
Kłamstwo zadziałało.
Powinnam była poczuć ulgę.
Zamiast tego czułam dłoń Adriana na kolanie i smak jego pocałunku na ustach.
- Po kolacji porozmawiamy - powiedziałam przez zaciśnięte zęby.
- Nie mogę się doczekać.
Jego palce przesunęły się odrobinę wyżej, po czym zatrzymały. Niewinny gest dla wszystkich poza mną.
Wtedy zrozumiałam, że popełniłam dwa błędy.
Pierwszym było kłamstwo, że nie przyjechałam sama.
Drugim - pozwolenie Adrianowi Wolskiemu, żeby uczynił je wiarygodnym.
Bo jeśli pocałuje mnie drugi raz, mogę już nie pamiętać, że cokolwiek między nami miało być udawane.ROZDZIAŁ 2
Adrian
Pocałowanie Leny było złym pomysłem.
Pocałowanie jej na oczach całej rodziny, byłego chłopaka i mojego najlepszego przyjaciela było pomysłem znacznie gorszym.
Najgorsze jednak było to, że wcale tego nie żałowałem.
Siedziałem obok niej, trzymając dłoń na jej kolanie, i udawałem człowieka całkowicie spokojnego. Przychodziło mi to zwykle bez wysiłku. Tego wieczoru wymagało całej samokontroli, jaką posiadałem.
Pod cienkim materiałem sukienki czułem ciepło jej skóry. Lena siedziała wyprostowana, odpowiadała na pytania matki i nawet się uśmiechała, ale pod stołem jej palce zaciskały się na serwetce.
Nie wiedziałem, czy powstrzymywała się przed ucieczką, czy przed wbiciem mi widelca w dłoń.
Obie możliwości wydawały się rozsądne.
- Od kiedy? - zapytał Kacper.
To było pierwsze zdanie, jakie wypowiedział od chwili naszego pocałunku. Jego kieliszek wciąż stał prawie pełny, co w tej sytuacji należało uznać za przejaw niezwykłej siły charakteru.
- Od kiedy co? - odpowiedziała Lena.
Spojrzał na nią tak, jak patrzy się na człowieka, który właśnie twierdzi, że nie widzi słonia siedzącego przy stole.
- Od kiedy jesteście razem?
Lena zerknęła na mnie.
Krótko. Ostrzegawczo. Z wyraźnym poleceniem, żebym tym razem nie pogarszał sytuacji.
- Od niedawna - powiedziałem.
Jej wzrok stał się jeszcze chłodniejszy.
Uznałem, że poszło nieźle.
- Jak niedawno? - nie odpuszczał Kacper.
- Około sześciu tygodni - odpowiedziała Lena.
- Pięciu - powiedziałem w tej samej chwili.
Marta zakryła usta dłonią, ale nie zdołała ukryć rozbawienia.
Lena odwróciła się do mnie.
- Pierwszy tydzień najwyraźniej nie zrobił na tobie większego wrażenia.
- Przeciwnie. Po prostu nie wiedziałem jeszcze, że pozwolisz mi się z tobą spotkać drugi raz.
- Nadal tego nie wiesz.
Przy stole rozległo się kilka śmiechów. Napięcie zelżało, a Lena uśmiechnęła się tak słodko, że tylko ktoś bardzo nierozsądny nie zauważyłby groźby.
Przesunąłem kciukiem po jej kolanie.
Drgnęła, lecz nie odsunęła nogi.
- I nic mi nie powiedziałeś? - Kacper patrzył teraz wyłącznie na mnie.
- Chcieliśmy najpierw sprawdzić, czy to coś poważnego - wyjaśniła Lena.
- I jest? - zapytała jej matka.
Tym razem odpowiedź nie przyszła Lenie równie łatwo.
Poczułem, jak jej ciało sztywnieje. Nie powinienem był jej ratować po raz drugi. Jedna impulsywna decyzja wystarczyła, żebyśmy znaleźli się na środku pola minowego, a każde kolejne słowo mogło tylko zwiększyć liczbę ofiar.
- Jest dla mnie ważna - powiedziałem.
Nie było to kłamstwo.
Lena powoli odwróciła głowę. Przez moment patrzyła na mnie bez złości, bez ironii i bez tej ochronnej warstwy, którą nosiła od chwili przyjazdu.
Potem Michał odłożył kieliszek na stół i czar prysł.
- Cieszę się - powiedział. - Naprawdę.
Brzmiał szczerze. Właśnie dlatego poczułem irracjonalną ochotę, żeby poprosić go o powtórzenie tego zdania i sprawdzić, czy za drugim razem zabrzmi równie przekonująco.
Zabrałem dłoń z kolana Leny.
To było lepsze niż zaciśnięcie jej w pięść.
◆
Kolacja trwała jeszcze czterdzieści trzy minuty.
Wiedziałem, ponieważ sprawdzałem zegarek jedenaście razy.
Lena nie spojrzała na mnie ani razu. Rozmawiała z Martą, pochwaliła wybór kwiatów, zapytała Oliwię o podróż i zjadła pół porcji tiramisu. Każdy, kto jej dobrze nie znał, mógł uznać, że była całkowicie swobodna.
Ja pamiętałem dziewczynę, która jako dziewiętnastolatka liczyła w myślach do pięciu, ilekroć próbowała nie wybuchnąć.
Teraz stukała palcem o nóżkę kieliszka dokładnie w tym samym rytmie.
Przy pięćdziesięciu ośmiu przestałem liczyć.
Kiedy pozostali zaczęli zbierać się do środka, Lena wstała i położyła mi dłoń na ramieniu.
- Kochanie - powiedziała czule. - Możemy porozmawiać?
Kilka osób się uśmiechnęło.
Ja zauważyłem, że paznokcie wbiła mi w koszulę.
- Oczywiście.
Zaprowadziła mnie na boczny taras, za kamienny łuk oddzielający go od dziedzińca. Wystarczyły trzy kroki poza zasięg wzroku rodziny, żeby puściła moje ramię i odwróciła się do mnie z twarzą rozpaloną gniewem.
- Czy ty kompletnie oszalałeś?
Oparłem się o balustradę.
- Pomogłem ci.
- Pocałowałeś mnie.
- Jedno nie wyklucza drugiego.
- Mogłeś powiedzieć, że mój chłopak nie dotarł. Mogłeś wymyślić opóźniony lot, nagłą chorobę albo śmierć ukochanej złotej rybki. Miałeś do wyboru setki kłamstw.
- Nie masz złotej rybki.
- I dlatego uznałeś, że musisz wsadzić mi język do ust?
- Nie wsadziłem ci języka do ust.
Zamilkła.
Nie powinienem był się uśmiechać. Naprawdę próbowałem.
- Adrian.
- Zatrzymałem się. To ty pokonałaś ostatni centymetr.
- Przy osiemdziesięciu czterech świadkach?
- Dziś było najwyżej dwadzieścia osób.
- Dziękuję, od razu czuję się lepiej.
Odwróciła się i podeszła do balustrady. W dole ciągnęły się ciemne rzędy winorośli, a pomiędzy wzgórzami gasła ostatnia smuga pomarańczowego światła. Z dziedzińca dobiegały głosy i brzęk zbieranych naczyń.
Stanąłem obok niej, pozostawiając między nami bezpieczny odstęp.
- Chcesz, żebym wrócił i powiedział im prawdę?
Odpowiedziała dopiero po chwili.
- Jaką prawdę? Że skłamałam, bo mój były przyjechał z narzeczoną, a ty postanowiłeś urządzić przedstawienie? Mama będzie patrzyła na mnie jak na ranną sarnę. Kacper spróbuje wyrzucić Michała z wesela, Marta dostanie ataku paniki, a Oliwia uzna, że wszyscy jesteśmy szaleni.
- Ostatniego nie zdołamy już uniknąć.
Parsknęła śmiechem, choć natychmiast próbowała go stłumić.
- Nienawidzę cię.
- To może utrudnić nam związek.
- Nie jesteśmy w związku.
- Przed chwilą powiedziałaś coś innego dwudziestu osobom.
- Najwyżej dwudziestu - poprawiła mnie. - Nie zapominaj o precyzji.
Spojrzała na mnie i przez kilka sekund żadne z nas się nie odzywało.
Nocne powietrze nadal było ciepłe. Lekki wiatr poruszył końcami jej włosów, a mój wzrok powędrował ku jej ustom, zanim zdążyłem go zatrzymać.
Wciąż pamiętałem ich smak.
Dziesięć lat wcześniej potrzebowałem jednego pocałunku, żeby stracić rozsądek, i jednego poranka, żeby przekonać ją, że nic dla mnie nie znaczyła. Powinienem był nauczyć się czegoś przez ten czas.
Najwyraźniej nauczyłem się tylko lepiej kłamać.
- Do kiedy? - zapytałem.
- Co?
- Jak długo zamierzasz ciągnąć to przedstawienie?
Lena westchnęła i odwróciła się plecami do widoku.
- Do niedzieli. Wesele jest w sobotę, w niedzielę wszyscy zaczną się rozjeżdżać. Wtedy uznamy, że to był błąd, rozstaniemy się kulturalnie i wrócimy do swoich żyć.